BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 6 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czajka. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2026

Od Czajki CD. Lisiego Ostu

Przeszłość, w czasie pory nagich drzew

Pojawienie się Sennej Łzy było czymś, czego nikt się nie spodziewał, ani Lisi Oset, ani tym bardziej Czajka, który nie miał bladego pojęcia, że ten dawny Owocniak przez te księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć i to z jakiegoś klanu! Niebieski może i kiedyś spotkał kotkę na jakimś zgromadzeniu, lecz w ich czasie przewijało się tyle kotów, że ciężko było kogoś więcej spamiętać, szczególnie jeśli widziało się danego kota jedynie przez chwilę.
Nie ruszając się z dotychczasowego miejsca, uważnie obserwował i przysłuchiwał się całej tej rozmowie. Z każdym słowem szylkretki miał wrażenie, że gdzieś głęboko w nim rodzi się poczucie zdradzenia, zapomnienia przez kogoś bliskiego. Jakąś cząstką siebie poczuł się niczym zwykły odpad, które się pozbywa, kiedy to staje się niepotrzebny. Wszystko to było wyjątkowo absurdalnymi odczuciami, lecz Czajka sam nie wiedział, skąd one się biorą, w końcu Osetek był jedynie przyjacielem, a teraz to nawet pewnego rodzaju towarzyszem w samotniczym życiu dawnego zwiadowcy. Więc dlaczego? Dlaczego ta Nocniaczka, choć mu obca, wywoływała w nim istną burzę. Stronił od przemocy, lecz ją chciał przegonić jak najdalej, by tylko nie wracała i nie mieszała się w ich samotnicze życie u swego boku.
Mimo tego wszystkiego milczał. Milczał, kiedy młodszy wołał kocicę. Może i wtedy czułby jakąś satysfakcję z tego, że Senna Łza sama finalnie uciekła, lecz nie mógł. Nie mógł, widząc, do jakiego stanu to wszystko doprowadziło zielonookiego. To Czajka musiał co dzień znosić jego rozkojarzenie, zdenerwowanie, nieudane polowania. Z tego też powodu nie dręczył kocura o możliwość wyleczenia ze swędzącej infekcji czy kawałka szkła w łapie, który w czasie ostatniego polowania mu się boleśnie wbił. Starał się ukrywać objawy z racji zachowania Osetka. W końcu postanowił z nim o tym porozmawiać, nim któreś z nich padnie z głodu.
— Wszystko w porządku? — spytał, przysiadając obok czarnego.
Nie minęła chwila, a Lisi Oset zalał się łzami. Opuścił głowę, kładąc po sobie uszy.
— Czajko… powiedz mi, co ja narobiłem… — zaszlochał, nagle podnosząc wzrok ku niebu. — Pewnie nawet nie zobaczę tych kociąt! Pewnie nawet nie będą wiedziały, kim jest ich ojciec! Powinienem… powinienem być tam, obok Sennej Łzy. Powinienem opiekować się nią, kiedy nosi pod sercem moje kocięta! To ja powinienem rzucać im kulkę mchu, uczyć je skradać się i polować… To ja powinienem patrzeć, jak dorastają! A zamiast mnie… zrobi to jakiś inny kocur? — urwał, wbijając pazury w śnieg. — Nie chcę nawet o tym myśleć, Czajko… Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem Łezkę. Zawiodłem własne kocięta... — wymamrotał, załamując się jeszcze bardziej.
Tego to się niebieski nie spodziewał. Nie miał bladego pojęcia, jak na to zareagować — jego nigdy nie ciągnęło do kocic, ojcostwa, zakładania rodziny. Ba! On sam się do końca nie identyfikował jako kocur, więc jakby mógł myśleć o tym, że ktoś to zaakceptuje i zostanie jego partnerem lub partnerką. Nawet nie był pewny, czy dałby radę, chociażby jednego kociaka odchować, a co dopiero trójkę lub więcej.
— Może… może nie będzie tak źle, jak myślisz? Może Senna Łza opowiem im o tobie, kiedy tylko będą na tyle dojrzałe, by wiedzieć, co zachować dla siebie oraz nie robić z tego powodu głupot? Może kiedyś spotkasz je na granicy i uda ci się je rozpoznać? — odparł, starając się jakkolwiek pocieszyć przyjaciela, nawet jeśli było to jedynie gdybanie i była szansa, że nigdy do żadnej z wymienionych sytuacji nie dojdzie. — Wybacz… Nie jestem chyba zbyt dobry w pocieszaniu, jednak nie możesz się tym tak zadręczać. Najważniejsze, by Senna Łza i wasze kocięta były bezpieczne. A my musimy przetrwać zdani na siebie, każdy dzień to walka o przetrwanie, ty to doskonale wiesz. Jesteś dłużej ode mnie samotnikiem, więc doskonale wiesz, jak czasem bywa ciężko.
Tak, zdecydowanie nie jest dobry w to całe pocieszanie, jednak się starał, a to najważniejsze, tak? Tak.

•• ━━━━━ ••●•• ━━━━━ ••

Po próbie pocieszania Osetka Czajka starał dawać mu się czas i przestrzeń na wszelkie przemyślenia. Choć to też był czas dla niego samego, by zrozumieć, czemu tak reagował na słowa Sennej Łzy oraz fakt, iż młodszy przez te wszystkie księżyce zdążył sobie kogoś znaleźć, kiedy to brązowooki myślał, że ten nie żyje. Początkowo miał mu to za złe, lecz dość szybko cała złość czy żal minęły, w końcu samotnicze życie nie jest łatwe, a zawsze jakoś raźniej we dwójkę niż pojedynkę.
Kiedy tylko zielonooki dostawał czas i przestrzeń na własne przemyślenia, niebieski starał się nadrobić wszystkie zdobycze, których nie udało się złapać przez rozkojarzenie Osetka. Był to dość ambitny plan i ciężki w wykonaniu przez infekcję oraz ciągle tkwiące szkło w łapie. Kocur starał się tej konkretnej łapy zbytnio nie obciążać, lecz czasem po prostu musiał, przez co często tłumił syk bólu. Nie był pewny, jak długo tak zdoła pociągnąć, jednak jeśli Osetkowi niedługo się nie poprawi, to będzie musiał szukać pomocy medycznej u jakiegoś samotnika lub też klanu. Tego drugiego wolałby uniknąć, gdyż raczej mało kto byłby skory do pomocy jakiemuś samotnikowi, który jedynie nadwyręży cenne zapasy ziół.
Rozmyślania przerwał mu pobliski dźwięk chrobotania, który był odpowiednikiem szelestu w czasie innych sezonów. Teraz zwierzyna sama szukała pożywienia, przez co stawała się celem drapieżników, w tym wprawnego łowcę, jakim był Czajka, choć w obecnym stanie trochę daleko było mu do tego tytułu. Starając się cicho podejść na trzech łapach, wyczuł po paru krokach zapach nornicy, która po chwili znalazła się w zasięgu jego wzroku. Ta wyjątkowo nie była jakaś mizerna ani wychudzona do granic możliwości, istny rarytas w porze nagich drzew, aż na samą myśl poczuł, jak w pysku gromadzi mu się ślina.
Podszedł jeszcze parę drobnych kroczków, by mieć pewność, że gryzoń mu nie ucieknie zbyt łatwo, a wcześniej nie dostrzeże łowcy. Niebieski cierpliwie czekał. Czekał na moment, w którym ofiara poczuje się na tyle bezpieczna, by z opóźnioną reakcją próbować uciec, choć też nie mógł czyhać na zwierzę w nieskończoność, gdyż wystarczyło, by wiatr zawiał zza jego pleców, a już na starcie może pożegnać się z nornicą. Póki znajdował się pod wiatr, pozostawał niezauważony. W końcu napięte do granic możliwości mięśnie zaczęły dawać o sobie znać, lecz brązowooki nawet nie drgnął i dopiero po chwili mocno odbił się tylnymi łapami i skoczył na roślinożercę. Ten nie miał szans, więc moment później skończył w pysku samotnika.
Dopiero gdy nieco adrenalina opadła, poczuł, jak łapa zaczyna go wręcz palić żywym ogniem. Zacisnął zęby na ciele ciepłej piszczki, tłumiąc syknięcie. Kulejąc, skierował się do miejsca, które w ostatnich dniach zajmował z Osetkiem, z nadzieją, że skusi się na coś świeżego do zjedzenia, nim zagłodzi się z tych nerwów.

<I jak się trzymasz?>

25 czerwca 2026

Od Czajki CD. Lisiego Ostu

Przeszłość, niedługo po pierwszym spotkaniu Osetka

Brązowo ślepia puste, bez życia niczym gołe gałęzie drzew w porze przymrozków, skierowane były w krajobraz przed ich właścicielem. Samotnik siedział nieruchomo, niczym posąg, a jedyną oznaką, że należy do żywych istot, była lekko falujące boki, wprawiane w ruch przy każdym wdechu i wydechu. Atramentowy firmament malował się ponad najwyższym poziomem lasu, jakie stanowiły korony drzew wysoko pnące się ku nocnej czeluści. Jedynymi źródłami światła w tym mroku był księżyc oraz liczne gwiazdy, które mu towarzyszyły na niebie.
Niemal grobową ciszę przerwało ciężkie westchnienie, które opuściło pysk niebieskiego kocura. Zdawać się mogło, że cały czas dotychczas wstrzymywał oddech w napięciu, kiedy to myśli dawnego Owocniaka wręcz galopowały w jego głowie, uniemożliwiając skupienie się na jednej z nich lub na czymkolwiek innym. Nagłe ukłucie w klatce piersiowej było tak niespodziewane, że aż sparaliżowało ciało samotnika, wraz z jego oddechem, który został urwany w połowie wydechu. Czajka starał się wziąć na nowo wdech i następnie wykonać głęboki wydech, lecz jego płuca odmawiały współpracy, pozwalając mu jedynie na krótkie, nieco spanikowane oddechy. Brązowe ślepia zaszły łzami, a jedna z łap powędrowała na klatkę piersiową, jakby to miała pomóc w oddychaniu.
Nie wiedział, co czuć — złość, żal, szczęście, ulgę? Tyle księżyców żył w przekonaniu, że Osetek na stałe opuścił jego życie, a jedyne, co po nim zostanie to słodko gorzkie wspomnienia, kiedy to niewiele młodszy od niego kocur zainteresował się jego stanem po mało przyjemnym okresie, którego doświadczył u boku Borowika. A teraz? Nagle dowiaduje się, że ten zielonooki Owocniak, a obecnie samotnik, żyje i ma się dobrze. Pojedyncza łza zaczynała znaczyć na jego prawym poranionym policzku mokry ślad, którym później podążały kolejne słone krople, by w akompaniamencie cichego szlochu zakończyć swe istnienie wraz z uderzeniem w gałąź drzewa, na której przesiadywał Czajka.

«★»

Spotkanie Osetka, pora zielonych liści

Niebieski samotnik spokojnym krokiem podążał dobrze sobie znaną ścieżką po gałęziach drzew. Wysoko nad ziemią czuł się znacznie bezpieczniejszy, niż kiedy to jego białe łapy dotykały ściółki leśnej. Zdecydowanie wolał wieść życie jako samotnik ponad głowami innych, przynajmniej miał większe szanse na przetrwanie, biorąc pod uwagę jego nieco wątłą budowę, która zdecydowanie nie mogła być porównywana do tej wojowników z Owocowego Lasu. Z lekkim uśmiechem na pysku przeskakiwał to na kolejne gałęzie, zaczynając nieznacznie nabierać prędkości, aż jego spokojne kroki zmieniły się niemal w szaleńczy bieg, któremu było bliżej do tańca ze śmiercią. W takich momentach brązowooki zapominał o swojej przeszłości, decyzjach, które powoli ciągnęły go w dół.
Wiosenny wiatr mierzwił przyległą półdługą sierść samotnika, sprawiając, że ta na karku nieznacznie się podnosiła z powodu chłodu, jakie niosły ze sobą podmuchy powietrza. Po dłuższej chwili było to jednak nieco przyjemne, gdyż powiewy te stawały się orzeźwiające dla coraz bardziej rozgrzanego ciała. Kiedy jednak wiatr zaczął przynosić ze sobą słabą woń Owocowego Lasu, zwolnił, uświadamiając sobie, że musi się zbliżać do granicy jego dawnego domu. Wraz z tą wonią humor kocura uległ drastycznej zmianie, powodując zniknięcie błogiego uśmiechu z jego białego pyska.
Ostatnim czego chciał to powrotu do miejsca, gdzie już w pierwszych księżycach czuł się nie na miejscu, a później to uczucie ponownie do niego wróciło — może i miał kochających rodziców, wspierające rodzeństwo, lecz wśród innych Owocniaków czuł się obco, co zdążył raz udowodnić swoim głupim uczniowskim zachowaniem. Z gorzkim posmakiem na języku skierował się ku pniu drzewa, na którego gałęzi się zatrzymał, by następnie w grobowej ciszy zejść po konarze i drogę powrotną odbyć już w niższych partiach lasu. Podróż do miejsca, które w ostatnich dniach zajmował, pokonał w cieniu drzew, kryjąc się pomiędzy krzewami przed możliwym zagrożenie ze strony dzikich zwierząt, bądź innych samotników, których nastawienie nie będzie tak pokojowe, jak jego.
Po drodze udało mu się złapać z dwie nornice, które miały później stanowić posiłek dla kocura, kiedy tylko ten dotrze do swojego tymczasowego miejsca odpoczynku. Obszar ten był niewielki i obejmował tak naprawdę jedynie parę drzew, na których gałęziach większość czasu przebywał. Na jednej z nich mieściło się posłanie uwite przez kocura, a pomiędzy plątaniną korzeni i zdrewniałych pędów krzewów swe miejsce miały piszczki przysypane nieco ziemią i liśćmi znalezionymi w pobliżu. Nic więcej do szczęścia mu nie było trzeba — no może poza jakimś źródłem ciepła w niektórych nocach.
Kiedy dotarł do swego niewielkiego azyl, jednego z upolowanych gryzoni wrzucił do pustego dołka, by następnie zamaskować zwierzynę liśćmi. Drugą zaś nadal trzymał w pysku, mając zamiar zjeść ją, póki była ciepła i świeża. Ulokował się pomiędzy krzewami, które chroniły go przed niepożądanymi gośćmi w tej okolicy, a gdy tylko upewnił się, że może w spokoju i bez obaw rozpocząć posiłek, zatopił swoje zęby w ciele nornicy. Po porze nagich drzew była to wręcz ambrozja w pysku, w końcu coś więcej niż sama skóra i kości, których nie był zdolny zjeść.
W momencie, gdy po piszczce pozostały jedynie niejadalne resztki, podziękował w myślach Wszechmatce, chcąc już wrócić na drzewo, gdzie miał swoje posłanie. Plany jego jednak zostały pokrzyżowane przez szelest w pobliżu, a następnie kroki, które zdecydowanie były za ciężkie na jakieś niegroźne zwierzę leśne. Ciało samotnika momentalnie się spięło, będąc gotowe do ucieczki lub walki, gdyby pokojowe rozwiązania nie przynosiły efektów. Po cichu chciał się podnieść, lecz tak dobrze znane czarno białe futro go powstrzymało. Pierwszą myślą było, iż ma jedynie zwidy i to jego samotny umysł płata figla, jednakże wszelkie wątpliwości zostały rozwiane, kiedy tylko ujrzał przed sobą Osetka w pełnej swej okazałości.
— T-to… niemożliwe! — miauknął zdziwiony zielonooki, zanim Czajka zdążył powiedzieć to samo. — Dlaczego… dlaczego ty nie jesteś w Owocowym Lesie? Przecież to twój dom, przecież-
Nim udało mu się dokończyć, Czajka podniósł się z miejsca i podszedł do niego, ani razu nie mrugając. Wpatrywał się intensywnie w czarno białego, jakby podziwiał ducha, nawet jeśli był już pewnym, że dawny Owocniak przed nim jest w pełni prawdziwy, a nie wytworem wyobraźni.
— Czajko…? — mruknął po chwili.
Zastrzygł uszami, po czym łapczywie nabrał powietrza do płuc, jakby jeszcze przed chwilą zapomniał o oddychaniu i dopiero teraz sobie o tym przypomniał.
— Ty… żyjesz? — wyszeptał niebieski, po czym wyciągnął łapę w stronę młodszego. — Wszechmatko, ja chyba śnię… — dodał, a następnie zwrócił się ponownie do zielonookiego: — Zostałeś zabity przez Ziemniaka! Rokitnik wyznał całą prawdę przed Owocowym Lasem. Nie rozumiem… Dlaczego cię widzę?
Na wzmiankę o czekoladowym wojowniku czarno-biały kocur zjeżył futro.
— Ziemniak? — powtórzył, po czym przeniósł wzrok na łapy. — Ależ on mnie wcale nie zabił… Próbował, to na pewno, ale nigdy mu się to nie udało… — wyjaśnił. — Tamtego dnia… pobił mnie. Dosyć mocno. Ale ja potem… potem wstałem i odszedłem z terenów Owocowego Lasu… — dodał, choć bardziej do siebie niż do Czajki.
Brązowooki intensywnie wpatrywał się w Osetka, a grobowa cisza pomiędzy nimi nie była przerywana przez dźwięki oddychającego lasu dookoła nich. Samotnik nie wiedział, co robić, przecież dotychczas żył ze świadomością, że już nigdy nie ujrzy dawnego ucznia uzdrowiciela. Tego było za dużo jak na jeden dzień lub więcej. Z nerwów zastrzygł dwa razy prawym uchem, co było jednym z paru tików, które posiadał, aby po paru uderzeniach serca po prostu uciec. Uciekł, jak zwykły tchórz, którym był. Zamiast pozostać i skonfrontować się z tym wszystkim, wybrał ucieczkę. W czasie jego szaleńczego biegu brązowe ślepia zaszły łzami, a on powoli tracił ostrość wizji, przez co parę razy o mało, co nie wpadł na jakieś drzewo.
Dopiero kiedy płuca zaczęły go wręcz palić, domagając się tlenu i odpoczynku, zwolnił, a raczej padł w miejscu, gdzie się zatrzymał. Poczuł się oszukany, zdradzony i najchętniej wył, by wniebogłosy z tego powodu, lecz gula w jego gardle pozwalała mu jedynie na szloch i urywany oddech, nie pozwalając się uspokoić i pomyśleć racjonalnie.

«★»

Ponowne spotkanie Osetka

Od niespodziewanego natknięcia się na młodszego kocura minęło dobre parę zachodów słońca, w których czasie Czajka starał się wszystko poukładać w głowie. Wieść o pobiciu zielonookiego przez Ziemniaka księżyce temu była równie niespodziewana, co rzekoma śmierć dawnego Owocniaka, a raczej wieść o tym, że ten przeżył spotkanie ze zmarłym wojownikiem i zamiast wrócić do obozu, wyznać prawdę, wybrał odejście z ich społeczności. Początkowo niebieski miał to za złe Osetkowi, lecz dość szybko uświadomił sobie, że on zapewne podobnie, by postąpił, o ile w sumie już tego nie zrobił — w końcu wybrał samotnicze życie niż konfrontacje z konsekwencjami swoich czynów, nawet jeśli Czereśnia uznał, że brązowooki nie poniesie żadnych następstw swojego ataku na czekoladowego wojownika.
Powrót w miejsce, gdzie ostatni raz widział, czarno białego był trudny, lecz Czajka nie miał zamiaru już uciekać, chciał to wszystko wyjaśnić — również to, czemu jakaś mała cząstka niego radowała się, jak nigdy, kiedy wracał myślami do widoku Osetka przed sobą. Dotąd czuł się tak jedynie w momencie, gdy szedł spotkać się ze Zwiewnym Makiem z Klanu Burzy, lecz wtedy to szybko przeminęło, wręcz zostało zduszone w zarodku, nim rozwinęło się do skali, którą teraz odczuwał. Czyżby mimo wszystko czuł coś do zielonookiego, co można było określić inaczej niż znajomość czy przyjaźń.
Kiedy tylko do jego nozdrzy dotarła subtelna woń młodszego samotnika, poczuł, jak narasta w nim jakaś nieopisana nadzieja, która sprawiła, że słowa uwięzły w gardle, kiedy tylko chciał je wypowiedzieć kocurowi, który z lekkim szokiem obserwował starszego. Przez ostatnie dni przygotowywał wszystkie pytania i możliwe odpowiedzi w głowie, lecz teraz ich nie było, panowała kompletna pustka, a on mógł jedynie wpatrywać się w Osetka, aż słowa nie powrócą lub to młodszy przełamie ciszę pomiędzy nimi.

<Osetku?>

20 maja 2026

Od Czajki CD. Zwiewnego Maku

Przeszłość

Z uwagą słuchał słów wojowniczki, starał się cokolwiek odpowiedzieć na każde z jej kolejnych pytań, lecz gula w gardle nie ustępowały, pomimo najszczerszych chęci. Chciał, aby potok słów w końcu opuścił jego wargi, by przestać udawać, że żadnych obaw nie ma, podobnie poczucia winy przez nagłe zniknięcie. Zdawał sobie sprawę, że swoim zachowaniem rani kotkę, mógłby lepiej to rozegrać, lecz po wydarzeniach w Owocowym Lesie czuł się zbyt pokiereszowany psychicznie, by myśleć o uczuciach innych – łatwiej mu było pogrążyć się we własnym nieszczęściu niż mierzyć się z innym problemami, które miał z tyłu głowy. Nie chciał tłumaczyć się ze swojego podłego zachowania, ponieważ ono nie miało wyjaśnienia, jednakże odczuwał zbyt duży ciężar, aby to wszystko na raz rozwiązać.
— Mak, ja… — zaczął nieudolnie. — To nie chodzi o to, że nie chciałem się spotykać, lecz w Owocowym Lesie dużo się działo… Nie chcę się tłumaczyć z tego, co Ci zrobiłem, nie chcę Cię nawet prosić o wybaczenie. Zasługujesz na kogoś lepszego ode mnie, serio. Jesteś wspaniałą wojowniczką, która powinna poszukać kogoś godnego twych uczuć — kontynuował, starając się wyjaśnić wszystko w sensowny sposób, nawet jeśli w jego głowie teraz panował tylko chaos. — Jeśli chcesz, to możemy utrzymywać jakiś kontakt, lecz nie chce, byś ciągle się narażała dla tych spotkań.

Obecnie

Ciężko westchnął. Dźwięk ten niknął wśród szumu liści, które go otaczały. Zmęczone brązowe oczy miał utkwione w stronę otwartego terenu Klanu Burzy. Widok nie był najlepszy, lecz mimo to był w stanie dostrzec fragmenty połaci równin, które zajmowały koty polujące na zwinne szaraki. Kocur księżyce temu był zauroczony w pewnej wojowniczce, należącej do owej grupy.
Po dłuższej chwili wstał z dotychczasowego miejsca, by przeskakiwać na coraz to niższe gałęzie, aż w końcu dotarł do ostatniej na swej drodze. Z wyćwiczoną gracją podszedł do konara, a następnie zszedł po nim na ziemię. Gdy tylko jego łapy dotknęły ściółki leśnej, skierował swoje kroki w głąb terenów, którymi rządziły się kompletnie innymi zasadami niż w przypadku tych zajmowanych przez klany czy Owocniaków.
“Żegnaj Zwiewny Maku.”

Koniec sesji.

04 kwietnia 2026

Od Czajki

Nie mógł uwierzyć własnym uszom. Nie wierzył w to, że był właśnie świadkiem szokującej rozmowy między Rokitnikiem a Wiciokrzewem. Jak to Osetek nie żyje… Nie, to nie mogła być prawda, nie mogła! Zwiadowca poczuł, jak nagle grunt osuwa mu się spod łap. Przecież ten uczeń na to nie zasługiwał. To on mu pomógł się pozbierać po traumatycznych przeżyciach, a teraz on sam doświadczył śmierci i to z łap pobratymca. Może młodszy nie urodził się w Owocowym Lesie, lecz to nie powinno mieć znaczenia, był częścią tej społeczności. W takich momentach niczym się nie różnili od zwykłych dzikich zwierząt.
Z każdym uderzeniem serca, te już kolejny raz w jego krótkim życiu rozpadało się na kawałki. Tyle razy powstawało na nowo, lecz czy tym razem będzie podobnie? Ból w klatce narastał, a jemu coraz ciężej było oddychać, czuł, jakby się dusił. Coś przygniatało jego płuca, nie pozwalając na zaczerpnięcie głębszego oddechu. W tym czasie na jego pysku malowało się wiele emocji, jak ból, smutek, złość. Były tak silne, że dopiero dźwięk kroków liliowego uzdrowiciela ściągnął go na ziemię. Nie chcąc wyjść na kogoś wścibskiego, oddalił się od legowiska starszyzny. Nie wiedział, gdzie zmierzał, lecz był pewien tego, że zabójca taki jak Ziemniak musi ponieść konsekwencje. Wymierzanie sprawiedliwości na własną łapę nie było rozważne, jednak Czajka chyba nigdy nie grzeszył rozwagą. Było tak za młodu i jest tak obecnie, szczególnie jeśli w grę wchodził ktoś mu bliski. Może nie był z Osetkiem jakimiś najlepszymi przyjaciółmi, lecz to on zainteresował się jego niedawnym stanem, pozostając nieugiętym w przypadku spożycia ziaren maku.
Brązowooki zdawał sobie sprawę, że nie może wyjść na środek obozu i rzucać oskarżeniami na lewo i prawo, lecz gorycz cisnących mu się słów, paliła go w gardle i język. Nawet przełykana ślina nie była w stanie zmyć nieprzyjemnego posmaku w pysku zwiadowcy. Przez myśl mu nie przeszło, by próbować wyzbyć się gorzkiego smaku poprzez spożycie jakiejś piszczki z pobliskiego stosu. Uważałby to za marnotrawstwo zwierzyny, o którą starała się reszta Owocniaków na patrolach.
Początkowo kierując się jak najdalej od legowiska starszyzny, nieobecnym wzrokiem omiótł polanę, na której koty żyły własnym tempem, nie będąc świadomymi, iż pośród nich żyje morderca niedoszłego uzdrowiciela. Czajka nie był pewny czy któryś z obecnych kociaków ze żłobka chciałoby wstąpić w szeregi uzdrowicieli, lecz możliwe, że niedługo zabraknie kotów w tejże profesji. W teorii jeszcze stróżowie posiadali minimalne wyszkolenie medyczne, jednakże w cięższych przypadkach, jak ostatnia epidemia, która została opanowana tylko dzięki podróżnym uzdrowicielom, to mogą niedługo nadejść dość ciężkie czasy dla Owocowego Lasu. Z tego, co pamiętał to na patrolu, w którym sprowadził Derwisza, Jaskra i Jeżogłówkę, brał udział Ziemniak i już wtedy kocur był niezbyt zadowolony z decyzji, jaką podjął młodszy wraz z Pszczółką. W tamtym momencie wojownik zbytnio nie przypadł do gustu solidowi, lecz nie spodziewał się, że czekoladowy będzie w stanie pozbawić życia jednego ze swoich.
Brązowooki nieco nieobecny miał się właśnie skierować do drzewa, gdzie legowisko mieli zwiadowcy, chcąc to wszystko poukładać w głowie. Jednak niespodziewanie tuż przed nim przemknęła sylwetka żółtookiego wojownika. Dokładnie tego samego, który był odpowiedzialny za brak Osetka w Owocowym Lesie. Czajka nie wiedział, co w niego wstąpiło, lecz wystarczyło jedno uderzenie serca, by nagle się w nim zagotowało. Pazury niebieskiego wysunęły się, sierść nastroszyła, a z gardła wydobyło się złowrogie miauknięcie. Nieco zdziwiony tym dźwiękiem Ziemniak spojrzał na mniejszego, lecz nie był w stanie bardziej zareagować, gdyż już po chwili leżał plecami na ziemi powalony impetem, z jakim Czajka rzucił się na niego.
— Morderca! — zaczął krzyczeć, młócąc przednimi łapami po ciele starszego pod sobą. Ten nie pozostawał mu dłużny i zadrapał zwiadowcę po prawej stronie pyska, by następnie zrzucić z siebie przeciwnika. Oboje zjeżeni z wysuniętymi pazurami i uszami przyciśniętymi do czaszek stali naprzeciwko siebie, mierząc się wzrokiem. Po paru uderzeniach serca rzucili się do gardeł, w powietrzu zaczęły latać niewielkie strzępki wyrywanej sierści. Nim jednak polała się bardziej krew, kocury zostały rozdzielone przez zebranych wokół nich Owocniaków. Mimo tego rozjuszony Czajka ciągle próbował się wyrwać, chcąc ponownie dopaść wojownika w swoje białe łapy.
— To tu się dzieje? — spytał donośnym głosem obecnie jedyny zastępca Pieczarki, Czereśnia. Dumnym krokiem wkroczył pomiędzy szamoczących się ku sobie członków Owocowego Lasu, by następnie zmierzyć ich po kolei zmrużonymi żółtymi ślepiami. Najpierw spojrzenie padło na Ziemniaka, a dopiero po chwili na zawiadowcę, który, gdy napotkał oczy czekoladowego, zdał sobie sprawę, w jakiej znajduje się sytuacji. Czereśnia był ojcem Czerwca, więc teraz już oficjalnie zawiódł jako uczeń swego dawnego mentora. Przyniósł mu hańbę, zawód.
“Czyli jednak to on miał rację od początku, nie nadaje się na zwiadowcę…” — pomyślał ponuro, przywołując w pamięci dawne słowa Czerwca, które rzadko kiedy dawały mu spokój, szczególnie po młodzieńczym wybryku. Dziś jedynie utwierdził pręgowanego, że jednak nie powinien mu wybaczać.
Smętnie zwiesił głowę, mając wrażenie, że wszystko dookoła rozgrywa się jak przez mgłę. Słowa zastępcy i innych zlewały się w jeden dźwięk, który mimowolnie wpadał jednym uchem, a wypadał drugim. Nic się teraz nie liczyło, oprócz tego, jak bardzo utwierdził dawnego mentora w jego słowach i przekonaniach na swój temat. Starał się, jak mógł, aby naprawić wszystko do stanu sprzed sytuacji, która przez księżyce się za nim ciągnęła, lecz najwidoczniej Wszechmatka chciała inaczej.
“Proszę, przebacz mi ten wybuch i atak na pobratymca, lecz musiałem…” — błagał w myślach, kierując słowa do mistycznej, nieomylnej postaci, w którą wierzyła spora większość Owocowego Lasu.
“On zabił… Zabił Osetka i to tylko dlatego, że tego Rokitnik chciał…” — kontynuował, jakby to miał zmyć z niego wszystkie winy. Czuł się brudny, skażony swym postępowaniem. Mimowolnie opuścił wzrok na swoje łapy. To był błąd. Zamiast ujrzeć piękne, nieco przybrudzone białe skarpetki, zobaczył krople szarłatu oraz niewielkie kępki czekoladowej sierści wojownika pomiędzy pazurami.

«★»

Kiedy tylko emocje między kocurami nieco opadły, Czereśnia zadecydował o zajęciu się osobiście tą sprawą, mając zamiar rozwiązać to od razu. Zastępca zaczął od zwiadowcy, gdyż według innych to on rozpoczął szarpaninę. Czajka jak przez mgłę pamiętał pytania zadawane przez czekoladowego. Jego umysł znajdował się w istnym natłoku myśli, które coraz bardziej się kumulowały, obdzierając go z resztek racjonalnego myślenia. Czuł się tak… obco w swoim ciele, jakby to było jedynie pustą skorupą dla duszy, która została skalana goryczą, winą i wstydem.
Kolejny w kolejce do zdania relacji był wojownik, a następnie ktoś ze starszyzny — Czajka przyznał przed zastępcą, że to przez przypadek usłyszana rozmowa obecnie nieprzytomnego uzdrowiciela z Rokitnikiem była przyczyną ataku na domniemanego mordercę. Niebieski nie wiedział, co się teraz z nim i Ziemniakiem stanie, lecz niemal pewne było, że oboje poniosą konsekwencje swoich czynów. A przynajmniej takie domysły snuł młodszy, zapominając na ten czas, że Pieczarka była bardzo wyrozumiałą liderką, co raczej nie każdemu Owocniakowi odpowiadało. Resztę czasu brązowooki niezbyt kontaktował ze światem zewnętrznym, więc nie wiedział dokładnie, jak potoczyły się dalsze wydarzenia po potwierdzeniu zeznań przez świadków całego zamieszania. Nie obchodziło, że inne koty znane z plotkowania mogły podłapać temat, najważniejsze dla niego było teraz to, jak bardzo zawiódł Kajzerkę, zmarłego Orzeszka, Czerwca, Guziczka, Gąskę czy nawet Osetka. Gorycz na nowo zaczęła go palić w gardle, kiedy to słuchał werdyktu Pieczarki, co do jego i Ziemniaka losu.
Własnym uszom nie wierzył, kiedy uznano, że wojownik zostanie więźniem, a jemu samemu nie zostaną postawione konsekwencje za wszczęcie bójki na środku obozu. Może sam tego podświadomie pragnął, kiedy to faktycznie był niewinny i kara nie powinna go spotkać. Ignorując całe zbiorowisko, które zwołała liderka, skierował swoje kroki w stronę wyjścia — czuł, że to jedyne słuszne wyjście. Lepiej będzie, jeśli zniknie, a problemy ciągnące się za nim same znikną z Owocowego Lasu, podążając jego śladem. Nie wiedział, czy ktoś za nim poszedł, czy nie, jednakże nie miało to znaczenie, nic, by nie odwiodło myśli Czajki od odejścia ze społeczności. Nic go tu już zbytnio nie trzymało — Orzeszek zmarł, Kajzerka niedługo podzieli jego los, Gąska miała na głowie dwójkę kociąt, Guziczek miał Kurkę, a on? Pozostał sam.
Nawet nie zauważył, kiedy jego łapy pokonały Konający Buk i podążały właśnie wzdłuż rzeki, w której księżyce temu utonął liliowy wojownik. Nie chcąc już nigdy do tego wracać myślami, skupił się na dalszej drodze, gdyż miał przed sobą do pokonania Drogę Grzmotu. Ścieżka, po jakiej poruszały się Potwory, nie była mu obca, gdyż właśnie przy niej na terenie Owocowego Lasu spotykał się z czarną wojowniczką Klanu Burzy. Myślał wtedy, że jej obecność pozbawi go wszelkich trosk, a nawet może będą dla siebie kimś więcej niż tylko przyjaciółmi z różnych społeczności, jednak kocur nie był w stanie zrewanżować się takim samym czy nawet podobnym uczuciem wobec Zwiewnego Maku, jakim ona sama go darzyła.
Czekając na właściwy moment, przyczaił się przy drodze, a następnie, kiedy miał pewność, że żaden Potwór go nie stratuje, ruszył ile sił w łapach. Parę uderzeń serca później był już po drugiej stronie na terenach, które nie należały do żadnego klanu, a samotnicy mogli czuć się bezpiecznie, żyjąc tutaj bez obaw, że jakiś klanowicz ich pogoni. Od dzisiaj Czajka miał dołączyć do tego typu kotów, sam, zdany na los i własne umiejętności — może było głupotą odchodzić z Owocowego Lasu w czasie pory opadających liści, jednak czuł, że gdyby został choćby dzień dłużej, nie wytrzymałby, nie dając rady znieść palących spojrzeć czy cichych szeptów, które sprawiały, że czuł się ponownie obco wśród Owocniaków.

30 marca 2026

Od Czajki

Nie wiedział, co było gorsze: pogłębiający się letarg spowodowany dawnym zniknięciem Osetka z Owocowego Lasu, śmierć Orzeszka, czy nagłe pojawienie się dwójki kociąt, a bardziej jednego, które nosiło imię jej traumatycznej przeszłości. Niebieski starał się jak mógł, co poranek znajdywać jakiekolwiek chęci do ruszenia się z posłania w koronie drzewa, by później jakby nigdy nic wykonywać swoje obowiązki, jednak z każdy przemijającym dniem, czuł, jak zaczyna cofać się w czasie — stan zawieszenia, który ostatni raz towarzyszył mu w czasie jego szkolenia na zwiadowcę, powrócił. Strach o własne życie, na które czai się ktoś za drzewem lub krzewem, może i było to irracjonalne, biorąc pod uwagę, że liliowy wojownik zmarł księżyce temu, lecz bury kociak, który niedawno zawitał w żłóbku, stał się źródłem. Przez to też rzadko kiedy miał odwagę pójść do Gąski i zobaczyć co u niej lub chociaż nieco ją odciążyć, gdyż ciągła opieka nad dwójką kociąt mogła być męcząca po jakimś czasie — chociaż szylkretka za każdym razem zdawała się promienieć przez tę dwójkę niezdarnych kulek futra. W dodatku kocur mógł zauważyć, że siostra raczej nie ma mu za złe tych rzadkich odwiedzin i po części zdaje sobie sprawę, jakie to może być ciężkie dla zwiadowcy z jego niezbyt przyjemnymi wspomnieniami z innym kocurem, który nosił imię Borowik.
Brązowooki nie był jedynym, którym wstrząsnęła śmierć ojca, jednakże ten nie był raczej dobrym materiałem na kogoś, kto mógłby drugiego kota pocieszyć lub wspierać, dlatego też z bólem serca starał się unikać rozmów z Guziczkiem na ten temat. Niebieski powoli zaczął się od każdego odcinać, co w sumie nie było niczym trudnym, zważając na fakt, iż kontakt z Kajzerką był ograniczony przez dziwne choróbsko panujące w legowisku starszyzny, Gąska miała na głowie kocięta, a sam Guziczek miał Kurkę, z którym spędzał większość czasu. Jedynie Czajka pozostał sam na tym padole łez, będąc jedynym niepasującym elementem w tym wszystkim. Czuł jakby był jedynie przeszkodą dla innych, zawiódł każdego możliwego kota i jedynie jakieś niewielkie wewnętrzne siły trzymały go w Owocowym Lesie, który na nowo stał mu się obcy.

11 marca 2026

Od Czajki CD. Zwiewnego Maku

Przeszłość

Po niedawnych wydarzeniach w Owocowym Lesie czuł się naprawdę dobrze przy kotce z Klanu Burzy. Może ich wiara, tradycje się różniły, jednak Czajce to nie przeszkadzało, aby rozwijać relację międzyklanową. Jego brązowe oczy zdobił figlarny błysk, a krok tak lekki, jakby unosił się w powietrzu — było to coś odrealnionego, niespotykanego wcześniej. Jak dotąd przy nikim tak się nie czuł, co nieco zaprzątało jego głowę, kiedy tylko wracał z potajemnych spotkań ze Zwiewnym Makiem. Jednakże czy mimo wszystko dobrze postępował? W końcu z tego, co się orientował, to związki między kotami z dwóch różnych przynależności wśród klanów były zakazane. Może i nie byli w jakiejś tak poważnej relacji, jednakże niebieski był świadkiem tego, jak Burzak bez pozwolenia i specjalnego powodu przekracza granicę. Czy to było coś, czego chciał? Ukrywanie się w cieniu z możliwymi uczuciami? Tajemne schadzki, aż nie zostaną nakryci? Albo później, jeśli by faktycznie wkroczyli w o wiele bliższą relację i Zwiewny Mak zaciąży? Kociaki pozostaną w Klanie Burzy czy jednak pójdą z nim do Owocowego Lasu?
Machnął poirytowany ogonem, kiedy tylko zmierzał na kolejne ich spotkanie. Od jakiegoś czasu obiecywał sobie, że w końcu powie Mak o swoich obawach, jednakże za każdym razem okazywał się istnym tchórzem i zamiast tego poruszał inny temat. Czy aż tak bardzo się bał reakcji czarnej na słowa, które mu zaczynały ciążyć?

Obecnie

Czajka finalnie nic nie powiedział Zwiewnemu Makowi. Zamiast tego niespodziewanie przestał się pokazywać na ich spotkaniach, może i było to kiepskie zagranie, jednak kocur nie wiedział, jak inaczej postąpić, a w dodatku kolejne wydarzenia w Owocowym Lesie skutecznie odciągały jego myśli od jakichkolwiek schadzek z Burzaczką.
Dlatego też, kiedy w czasie patrolu spotkał na granicy znajomą kotkę, poczuł, jak stres zawiązuje mu żołądek na supeł, a w gardle tworzy gule.

<Zwiewny Maku?>

30 stycznia 2026

Od Czajki

Zgromadzenie 10.01.2026

Niebieski zwiadowca cierpliwie czekał, aż nadejdzie moment wymarszu na dzisiejsze zgromadzenie. Księżyc nieśmiało rzucał na nich swą srebrną łunę, kiedy to spora grupa Owocniaków przemierzała własne tereny, a później te należące do klanowych kotów, by dotrzeć na Bursztynową Wyspę. Zimna skała wychynęła na czas pokojowej nocy z morskiej głębiny, mieszcząc jednocześnie dość sporą ilość przedstawicieli czterech klanu oraz jednej społeczności.
Owocowy Las dotarł o dziwo nie jako ostatni, a wręcz jeden z pierwszych, gdyż na wyspie obecnie znajdował się jedynie Klan Wilka oraz Klan Klifu. Niemal od razu wojownicy i zwiadowcy rozproszyli się w tłumie, poszukując towarzyszy do rozmowy. Obserwując, jak Pieczarka zajmuje miejsce obok Nikłej i Judaszowcowej Gwiazdy, Czajka zaczął zagłębiać się we własnych myślach. Odwrócił zmęczony wzrok od przywódców, nie wiedząc, czy był już na zgromadzeniu jako pełnoprawny zwiadowca, czy też nie. Ta cienka, a jednak dużo znacząca granica dla innych zacierała się w jego wspomnieniach. Już dłuższy czas stracił poczucie przemijających dni, możliwe, że od dnia, kiedy jego relacja z Czerwcem stała się nieco napięta, a może nawet i bardziej niż tylko trochę
Zauważając niespodziewanie czekoladowego kocura niedaleko, narodziła się w nim pewna nadzieja. Zgromadzenie to czas pokoju, więc i może będzie to noc, kiedy zakopią topór wojenny. Zaczekał tylko, aż ledwo wyrośnięte pociechy Czerwca rozpierzchną się, pozostawiając starszego samemu sobie. To był właśnie moment, by spróbować naprawić coś, co księżyce temu zaprzepaścił.
— Czerwcu — zaczął, podchodząc od tyłu do kocura, choć ten początkowo nie poruszył choćby koniuszkiem ogona. Szybko i dość niespodziewanie płomień nadziei zaczął przygasać.
— Siadaj — rzekł lodowatym głosem.
— Jak... jak Ci się układa z Miodunką? Twoje kocięta są już uczniami, prawda? — kontynuował młodszy, czując, jak niezręczność ich rozmowy wisi w powietrzu. Przysiadł obok dawnego mentora, z nową nadzieją spoglądając w jego stronę. Czy on naprawdę ma ciągle do niego żal, za to, co zrobiło jako lekkomyślny uczeń pod wpływem emocji? Nawet nie zaszczycił go spojrzeniem swoich żółtych ślepi, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą
— Jak widzisz, dobrze sobie radzimy i tak moje kocięta już są uczniami. Dumnymi iskrami nadziei dla Owocowego Lasu — rzekł z dumą w głosie, ale i z czymś, czego nie dało się jednoznacznie określić.
— Nie zawiodły mnie na razie ani razu — dodał, a Czajce zdawało się, że specjalnie podkreśla każde ze słów.
Auć. To zabolało. Lecz niebieski nie dał po sobie poznać, jak dosadność słów trafiła wprost w jego skruszone serce. Na Wszechmatkę, czym on sobie zasłużył? Nie dość, że jego miłość do pewnego kocura była jedną wielką pomyłką, to jeszcze Czerwiec tak łatwo mu nie odpuści.
— Widać, że jesteś z nich dumny i... — przerwał, by wziąć głęboki wdech i wydech dla uspokojenia galopujących myśli. — I przestań się zachowywać jak obrażony kociak — dokończył z zaskakującą pewnością w głosie. — Dąsasz się na mnie, odkąd jako bezmyślny uczeń opuściłem samotnie obóz. Jak długo chcesz chować urazę do tego dnia? To było księżyce temu...
Dopiero po reakcji dawnego mentora doszło do niego, że te słowa mogły być błędem, lecz nie był w stanie ich już cofnąć. Najwidoczniej tego Wszechmatka chciała.
— Uważaj na słowa młodziaku, bo twój niewyparzony język kiedyś sprowadzi cię na złą drogę — rzekł, wcześniej kładąc uszy po sobie i po raz pierwszy przenosząc wzrok w stronę młodszego. Dzięki temu ten mógł ujrzeć w żółtych ślepiach istny gniew i ostrość.
— Owszem chowam urazę. Złamałeś zasady i o mało co nie zginąłeś. Jednak nie tylko to jest powodem. O nie. Przez ciebie mogłem stracić w oczach innych. Mogłem zawieść ojca, a w najgorszym wypadku zostać nazwany mordercą lub współmordercą. Mentor, który nie upilnował ucznia i jeszcze doprowadził do jego śmierci. Dla ciebie to nic, ale dla mnie to coś, co zrujnowałoby mi życie — warknął, a następnie odsunął się od dawnego ucznia, tworząc między nimi jeszcze większą przepaść.
— A niech sprowadza. Mam gdzieś co się stanie, gdyż jedyne, na czym obecnie mi zależy to na naprawieniu tego, co wtedy zniszczyłem — powiedział hardo, nie przejmując się lodowatym tonem, od którego aż nieco najeżyła mu się sierść na ogonie. Szybko to jednak ukrył nagłym machnięciem.
— Dla mnie to nic? Zrujnowałoby Ci życie? A pomyślałeś może o innych? O Kajzerce, moim rodzeństwie, gdybyś się nie zjawił na czas? Co noc dziękuję Wszechmatce, że się pojawiłeś w momencie, by mnie uratować. Naprawdę nie chcę się kłócić, zgromadzenie to czas pokoju... Może Cię to nic nie obchodzić, ale wtedy... byłem rozdarty. Najlepszy przyjaciel mnie unikał, a moje serce tęskno na niego czekało... Jedyne co mi wtedy pomogło to ta wolność wśród gałęzi, której zaznałem pierwszy raz, gdy mnie tam zabrałeś, pokazując mi to... Masz prawo być zły, lecz od tamtego dnia dużo się zmieniło. My się zmieniliśmy.
— Gdybyś nie postanowił się narażać, to nikt nie musiałby cierpieć. Jednak ty dałeś ponieść się emocjom, a co za tym idzie zachowałeś się gorzej, niż Guziczek — mruknął oschle. — A gdybym nie zdążył? Gdybym się tam pojawił po fakcie? Jak myślisz? Co wtedy? Pomyślałeś o tym? A bycie rozdartym tego nie usprawiedliwia. Zwiadowca powinien panować nad emocjami i tyle w temacie — odparł, by po chwili podnieść się z dotychczasowego miejsca.
— Jednak dobrze, nie będziemy się kłócić na zgromadzeniu. Dlatego pozwolę się oddalić. Być może kiedyś dostaniesz szansę naprawienia tego, ale teraz jeszcze nie jest na to czas — dokończył, a następnie zniknął wśród innych kotów.
Przez ten czas Czajka z uwagą słuchał kocura, czując, jak traci nadzieje na odbudowanie tego wszystkiego. Co miał zrobić? Błagać o wybaczenie, bo popełnił błąd? Może powinien, lecz miał nieodparte wrażenie, że to i tak, by nic nie zmieniło. Pozwolił, by czekoladowy odszedł, obserwując z bólem, jak znika w tłumie. Sam po chwili się podniósł z dotychczasowego miejsca, by oddalić się w przeciwnym kierunku. Ból w klatce był porównywalny, jakby ktoś umyślnie deptał jego już i tak strzaskane serce.
Jakiś czas później rozległ się głos Nikłej Gwiazdy, który jako pierwszy przemawiał.
— Niestety, dziś nie rozpoczynam swej przemowy radosnymi wieściami — odrzekł i zrobił pauzę. — Nie tak dawno okazało się, że Klan Wilka własnym mlekiem wykarmił grupę zdrajców! Uciekli oni jak najzwyklejsi tchórze, pozostawiając swoje dzieci, partnerki, całe rodziny! — mówił donośnie. — To jednak nie wszystko. Te same koty dopuściły się najgorszych morderstw na własnych pobratymcach i spiskowały z parszywymi samotnikami, by doprowadzić do śmierci naszych wojowników. — Skrzywił się. — Te koty odwróciły się od przodków, od kodeksu, od własnego klanu, który wykarmił ich i przez księżyce zapewniał schronienie. Zależy mi, aby wszystkie klany czujniej obserwowały swoje granice. Nie wiemy, gdzie ci zdrajcy odeszli, ale nadal mogą stanowić zagrożenie. Skoro są w stanie posunąć się do morderstwa na kocie, z którym dzielili wcześniej legowisko, to co mogą zrobić obcym wojownikom? Nie chcemy, by ktokolwiek łączył ich z naszym klanem. — Kocur obserwował przez chwilę zbiorowisko, które mocno się poruszyło. Ktoś tłumu zawołał, że kocur powinien wyjawić tożsamość zbiegów, by inne klany wiedziały na kogo uważać. Nikła Gwiazda szybko spełnił to życzenie: — Było ich kilkoro. Rysi Trop, niebieska kotka z kremowymi pasmami i brązowymi oczami, Miodowa Kora, liliowy kocur z krótkim ogonem, Kosaćcowa Grzywa, prawie całkiem okryty bielą, jedynie ze srebrzystymi uszami i ogonem, nasza własna medyczka, Jarzębinowy Żar o pstrokatym, szylkretowym futrze, biało-brązowy Szczawiowe Serce, płowy szylkret zwany Poziomkową Polaną, czarny Mglisty Sen o długiej brodzie, Zapomniana Koniczyna o niebiesko-białym futrze i wychudzonej budowie, Porywisty Dąb o srebrzysto czekoladowej okrywie oraz najmłodszy, najprawdopodobniej zmanipulowany przez pozostałych, Stroczkowa Łapa, kremowo biały kocurek! — skończył zmęczony.
Po dość długim monologu do Wilczaka zwrócił się lider Klanu Klifu, co sprawiło, że Nikły jeszcze na chwilę zabrał głos:
— Dla bezpieczeństwa nas wszystkich, chciałbym przytoczyć sposób działania tych kotów. Jeden z nich, jeszcze jako uczeń, zaprowadził naszego wojownika w sidła samotnika, który następnie brutalnie go rozszarpał. Własnymi łapami zabił natomiast inną uczennicę, z którą jeszcze rano smacznie chrapał bok w bok na mszystym posłaniu... — wycedził przez zaciśnięte zęby. — To podstępne koty. Wyrachowane. Wszyscy zdawali się zwykłymi kotami, wiernymi przodkom, jednak prawda okazała się inna...
Kiedy Judaszowcowa Gwiazda upewnił się, że nadeszła jego kolej, by poinformować innych o sytuacji własnego klanu. Podobnie też uczyniła Pieczarka, kiedy to czekoladowy zakończył.
— My także mamy się dobrze — zaczęła. — Od ostatniego zgromadzenia przywitaliśmy nową stróżkę, Drobinkę, a także czwórkę uczniów wojowników: Smugę, Purpurę, Daglezję i Całunkę; a także jedną uczennicę stróża, Kroplę. Wszyscy zostały wybrane na zgromadzenie, więc możecie im pogratulować lub życzyć owocnego treningu... — urwała na chwilę. — Niestety mianowaliśmy jeszcze jednego wojownika zaledwie parę wschodów słońca temu, lecz ten odszedł chwilę po swoim mianowaniu... Woda bywa bardzo zdradliwa, zwłaszcza po silnych deszczach — miauknęła smętnie.
Samo wspomnienie Borowika nadal było bolesne. Młody zwiadowca nawet nie zauważył, gdy zaczął gdzieś błądzić myślami i niespodziewanie przeminęło całe zgromadzenie.

Od Czajki CD. Osetka (Ostowej Łapy)

Przeszłość, przed ucieczką Osetka

— Wiesz, że nie puszczę cię, dopóki ich nie zjesz? Moim obowiązkiem, jako ucznia uzdrowiciela, jest dbanie o członków Owocowego Lasu, a ty jesteś jednym z nich. Nie pozwolę na to, by po azylu szlajał mi się chodzący trup. — Na nieudolną próbę rozluźnienia atmosfery przez ucznia, na białym pysku zwiadowcy pojawił się nieco krzywy, zbolały uśmiech. Doceniał starania Osetka, lecz to nie mogło sprawić, by poczuł się lepiej. Nie po tym, jak co noc nawiedzały go obrazy śmierci, kiedy tylko pozwalał ciężkim powiekom opaść na nieco dłużej.
— Wiem Osetku, wiem — przyznał widocznie zmęczony całą tą sytuacją. Nie wiedział, ile minęło od tragicznego dnia, każdy wschód słońca zlewał się w jeden niekończący się dzień. Była to istna droga przez męczarnie, lecz nie chciał zaniedbywać swoich obowiązków w Owocowym Lesie.
— Dziękuję — dodał słabo, schylając głowę po ziarna maku. Te chwile później pokonały jego przełyk, pozwalając się odprowadzić pod opieką młodszego do legowiska uzdrowicieli.

***

Minęło raptem kilka dni, kiedy niebieski kocur czuł się jak młodo narodzony. W końcu jakoś pogodził się ze śmiercią dawnego przyjaciela, nie obwiniając się za wypadek tamtego mrocznego dnia. Można powiedzieć, że zwiadowca wręcz promieniał z każdym wschodem słońca, nawet jeśli wielkimi krokami zbliżała się pora nagich drzew i pozostała ósemka kotów miała łapy pełne roboty, podobnie jak Czajka. Jedynym momentem, gdy radość nagle z niego ulatywała, była chwila, kiedy widział gdzieś smugę czekoladowej sierści, tak dobrze mu znanej, że od razu, by ją odróżnił w tłumie innych kotów o tym samym umaszczeniu. Od ostatniego zgromadzenie ta dwójka unikała siebie jak ognia, było widać z daleka wiszące między nimi napięcie gęste niczym mgła, którą można ciąć pazurami.
Czajka nie próbował ponownie rozmawiać z Czerwcem, gdyż miał nadzieję, że ten w końcu wybaczy mu młodzieńczy wybryk i tylko potrzebuje czasu, by to osiągnąć. Dlatego też młodszy nie naciskał, woląc nie pogarszać sprawy, jak to uczynił w czasie pokojowej nocy.
Kocur właśnie korzystał z chwili wolnego po kolejnym patrolu tego dnia, gdy usłyszał raczej znajomy głos. Ten należał do młodego wychowanka liliowego uzdrowiciela.
— Witaj Osetku! Tak, jest już zdecydowanie lepiej i bardzo Ci za to dziękuję — wymruczał z uśmiechem. — Oczywiście, skoro takie twoje zalecenie — dodał, gdy młodszy wspomniał o zażyciu maku przy następnej bezsenności, by ta się nie przerodziła w halucynacje.

***

Tamta rozmowa była ostatnią, którą odbył zwiadowca z czarnym uczniem, gdyż ten niedługo później opuścił Owocowy Las. Brązowookiego zastanawiał powód takiej decyzji przez Osetka — zdawało mu się, że podopieczny Wiciokrzewu dobrze się odnajduje w ich społeczności, a nawet jeśli to miał przecież bliskie grono kotów, jak liliowy uzdrowiciel. Czajka od dnia zniknięcia zielonookiego ponownie zaczął nieco chodzić z głową w chmurach, jakby właśnie tam znajdowała się odpowiedź na wyciągnięcie łapy.
— Skup się — syknęła czekoladowo srebrna kotka, która przewodziła obecnym patrolem. Oprócz Figi był jeszcze Hiacynt, lecz ten nie trafił energii na upominanie najmłodszego członka ich trójosobowej grupy.
Na uwagę starszej, niebieski jedynie skinął głową, co raczej spotkało się z mało przychylnym wzrokiem ze strony kotki. Młody zwiadowca podejrzewał, że może mieć to związek z faktem, iż to właśnie ta zielonooka zwiadowczyni szkoliła Czerwca i zapewne do dziś dnia utrzymywali ze sobą kontakt.

<Tęsknie każdego dnia, Osetku. Wróć do Owocowego Lasu>

14 stycznia 2026

Od Czajki

Przeszłość

Dzień jak każdy inny, cichy, spokojny, bez zbędnych sensacji. Tego właśnie potrzebował Czajka. Jego życie zbyt często robiło niespodziewany obrót, który burzył dotychczasowy porządek. Trochę jakby Wszechamatka stwierdziła, że ma się za długo dobrze w tym młodym życiu i musi przeżyć jakieś burzliwe momenty za swego żywota. Jednak jemu już wystarczyło tych burzliwości.
Owocowy Las powoli wracał do tego, co było przed epidemią, a wszystko dzięki podróżnym uzdrowicielom, którzy wykazali się dobrym sercem, by pomóc ich kociej społeczności. Widać było, że koty już nieco przywykły do trójki przybyszy, co mogło to trochę jeszcze potrwać. Nie każdy od razu zaufa samotnikom, głównie z obawy o swoje i innych bezpieczeństwo.
Niebieski zwiadowca po porannym patrolu wyruszył z Pszczółką na polowanie, chcąc nieco spędzić czas z wojowniczką. Ostatnim razem miał przyjemność być z nią na patrolu, kiedy natrafili na Derwisza, Jeżogłówkę i Jaskra, od tamtego momentu jakoś nie było im po drodze. A szkoda, ponieważ kocur widział, że szylkreta należy do tych przyjaznych kotów, które chętnie pogadają z innymi. Kocur nieco żałował, iż tak mało miał okazji do poznania także innych kotów. Starsza była wojowniczką, a on zwiadowcą, więc ich drogi nie przecinały się zbyt często.
Po udanych łowach oraz rozmowach o wszystkim i zarazem niczym wrócili do obozu. Kotka zaproponowała, że zaniesie zdobycze na stos, na co młodszy podziękował z lekkim uśmiechem, akurat w dobrym momencie, gdyż został wyciągnięty na patrol graniczny. Nawet nie wiedział, kiedy dwójka wojowników zgarnęła go przy wyjściu między swoje ciała i razem opuścili obóz. Dopiero po paru krokach rozpoznał Topolę po swojej lewej stronie i Orchideę po prawej. Oboje byli pogodnymi kotami, co sprawiło, że niemal od razu na pyszczku Czajki pojawił się mimowolny uśmiech, zapewne spowodowaną zaraźliwą przyjazną atmosferą.
Wojownicy cały patrol graniczny rozmawiali ze sobą, co jakiś czas pytając młodszego, chcąc, by ten także uczestniczył bardziej w konwersacji, lecz niestety ten zwiadowca to typ słuchacza. Finalnie nie chcąc go niepotrzebnie zmuszać dali mu spokój, co poskutkowało, że kocur poczuł się bardziej swobodnie i sam co jakiś dorzucał swoje parę słów do omawianego tematu. Przyjemnie spędził ten czas, jednak musiał przyznać, że dwa patrole jeden po drugim zużyły większość jego energii i wypadałoby się posilić. Dlatego też, gdy ponownie tego dnia wrócił do obozu, to niemal pognał do stosu ze zwierzyną, chcąc wybrać sobie coś na spokojny posiłek.
Już miał się schylać po pierwszy lepszy kąsek, gdy nagle za sobą usłyszał niski, dość znajomy głos:
— Co tam dziś u panicza? — zaczepił go stojący z boku, uśmiechający się ciepło Derwisz. Zwiadowca od razu skierował wzrok na uzdrowiciela.
— Ach, witaj Derwiszu! — odpowiedział z lekkim uśmiechem na pysku. — I nie paniczu, mów mi po imieniu — dodał po chwili.
— Och, przepraszam — miauknął natychmiast ze skruchą, gdy został poprawiony. — Zapamiętam. I rozumiem, że wszystko u ciebie w porządku. To bardzo cieszy. Zdecydowanie wyglądasz lepiej, niż te kilka księżyców temu — zaśmiał się delikatnie, po czym zamilkł.
— Nie musisz przepraszać, po prostu w Owocowym Lesie mamy w nawyku zwracać się bezpośrednio imieniem danego kota — wyjaśnił, spoglądając kątem oka na stos, w myślach wybierając już dokładnie, którą piszczkę sobie weźmie. — Tak, w końcu jest czym wykarmić innych, także nie musimy się już tak ograniczać z posiłkami. Czy... Coś się stało? Wyglądasz na zamyślonego? — spytał. — Może chcesz spożyć ze mną posiłek? No, chyba że cię już obowiązki wzywają.
— Ach, że to o kulturę chodzi. Rozumiem — powiedział, machając szybko głową, jakby próbował się otrzepać. Ten gest wywołał cichy i krótki chichot młodszego. — Nie, nie, pomyślałem, że chodzi o coś innego. Spotkałem się już w ciągu życia z kotami, którym nie odpowiadało bycie kotką czy kocurem. Do żadnego z nich nic nie mam, oczywiście, miałem także takich bliskich. Przestraszyłem się tylko, że mogłem ci sprawić przykrość, a tego bardzo bym nie chciał. — Uśmiechnął się, wciąż przepraszająco. — A, no i chętnie coś przekąszę. Chorych jest coraz mniej i szybciej dochodzą do siebie, mogę sobie pozwolić na chwilę przerwy.
— Cóż... sam nie identyfikuje się typowo jako kocur, lecz wygodniej mi się używa takich zaimków, niż na przykład zrobiłom i typ podobne. Po prostu większości kotom jest wygodniej, gdy używa się tych lub tych zaimków — oznajmił, obracając się i nachylając nad stosem. Wybrał z niego nornice, by odsunąć się lekko na bok, dając możliwość Derwiszowi na wzięcie zwierzyny. — Nie sprawiłeś mi przykrości, a nawet jeśliby tak było to nieumyślnie, prawda? — dodał z gryzoniem w zębach, więc mógł nieco niezrozumiale brzmieć.
— Oczywiście... Jestem wdzięczny, że mi to mówisz. Wiem, że takie rzeczy potrafią być ciężkie... — Wstał na chwilę i trącił nosem zwierzynę z wierzchu, by wybrać sobie okrągłego mazurka. Powrócił na miejsce, by położyć się obok Czajki, który nieco odszedł na bok, by nie przeszkadzać innym Owocniakom w obowiązkach. — Mój brat też taki był — zaczął. — Z czasem z trzech sióstr zrobiły się tylko dwie. Najpierw było ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem zrobiło się to naturalne, jakby od zawsze tak było. Zresztą, jak jest się samotnikiem, z za wieloma kotami się nie rozmawia, więc takie sprawy nie są największym problemem. No, chyba że się zdecydujesz na taką robotę jak ja. — Wziął gryza swojego posiłku. — Bardzo dobrze go wspominam. Zawsze się ze sobą dogadywaliśmy. Kiedyś jeszcze zdarzało mi się go odwiedzić, lecz później odszedłem tak daleko od rodzimych terenów, że gdybym chciał złożyć mu wizytę, musiałbym się wybrać na porządną wyprawę. No i kto wie, gdziem może teraz być... Nie każdy zostaje całe życie w jednym miejscu…
— Jak to jest być uzdrowicielem i podróżować? Tęsknota za rodziną Ci nie doskwiera? — spytał zaciekawiony po przełknięciu pierwszego kęsa. — Jak sobie radzicie z dalekimi podróżami i wrogo nastawionymi kotami?
— Każdemu czasem tęskno za kocięctwem — westchnął i oparł głowę o swój bark, uciekając wzrokiem. — Ale było, minęło. Każdy kot prędzej czy później odchodzi, by znaleźć własny teren i założyć swoją rodzinę, by jego kocięta poszły w świat i urodziły swoje kocięta, które wkrótce odejdą i urodzą swoje... Tak to już się ciągnie od pokoleń, taki nasz los. Pod warunkiem, że nie mieszkasz w zorganizowanej grupie, oczywiście. One są jednak rzadkie. Jesteście sporym wyjątkiem. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tak wielką grupą, a już z pięcioma, licząc waszych sąsiadów... — Wrócił wzrokiem na zwiadowcę, który z uwagą przysłuchiwał się jego słowom. — Gdybym nie lubił mojego życia, to bym go nie prowadził. Bycie uzdrowicielem to jednak coś więcej niż tylko praca. To powołanie, za którym trzeba iść bez względu na warunki. Podróż mam we krwi tak jak moi wychowankowie. Wrogie koty... Zdarzają się, lecz nie są takim zagrożeniem, jak myślisz. Rzadko kiedy ktoś wymierza skoncentrowaną agresję na nas. Częściej starają się wykorzystać naszą dobroć poprzez kradzież zapasów, a te zawsze można uzupełnić.
— Rozumiem, ale mimo wszystko musi czasem być ciężko. W końcu w czasie podróży macie siebie jedynie, a inni nie zawsze okażą taką dobroć jak my na przykład... A przynajmniej w większości — mruknął.
W duchu był dumny z tego, że tamtego dni udało mu się przekonać resztę, by zaprowadzić trójkę uzdrowicieli do Pieczarki, choć Ziemniak to był najmniej zadowolony. Choć reszta kotów też na początku nie pałała radością z faktu nowych kotów w obozie — w końcu oznaczało to więcej pysków do wykarmienia w czasie epidemii. Mimo tego Owocowy Las przetrwał najgorsze chwile i zaczął odzyskiwać dawne siły.
— Ważne jest to, by samemu pielęgnować w piersi złote serce. Wtedy cały świat jest dla ciebie życzliwy. Przestajesz przejmować się wrogością innych; twoja czystość jest w stanie sama w sobie uchronić cię od wszelkiego zła — wyjaśnił, choć trudno było naprawdę uwierzyć w jego słowa, a przynajmniej tak było w przypadku młodszego. — Nigdy nie czułem, by czegokolwiek mi brakowało. Zawsze wiedziałem, że obiorę samotnicze życie. Może niekoniecznie takie jak teraz... Ale uwierz mi, czasem do szczęścia nie potrzeba wcale tak wiele. Możesz mieć inną perspektywę, gdy całe życie przeżyłeś w wielkiej grupie, ale większość kotów wychowała się z matką, może ojcem i kilkorgiem rodzeństwa i to wszyscy bliscy, których kiedykolwiek znali i może kiedykolwiek poznają. I im niczego nie brakuje — zamyślił się na moment, a jego wzrok uciekł w bok, w górę, w bezchmurne niebo. — Ale dobrze byłoby się spotkać z nimi po tych wszystkich księżycach. Przypomnieć stare chwile, poznać się na nowo... W końcu jak kot dorasta, dużo się w nim zmienia. Nawet nie wiem, czy może nawet mam siostrzeńców? Lub bratanków? Ach, jeśli tak, z pewnością są to cudowne dzieciaki…
— Piękne słowa, lecz świat naprawdę bywa okrutny, nawet dla kotów takich jak ty. Mimo to mam nadzieję, że wasza dalsza wędrówka będzie równie spokojna. Jesteście wędrowcami, więc zapewne, kiedy epidemia do końca zostanie stłumiona, to odejdziecie, mam rację? — spytał. — Obyś kiedyś spotkał się z rodziną czy to przed lub po śmierci.
— Dziękuję — mruknął, skłaniając głowę. — Zawsze idziemy tam, gdzie są potrzebujący. Nie będziemy wam potrzebni, gdy epidemia się skończy. Natomiast za waszymi granicami zawsze znajdzie się ktoś, komu przyda się pomoc... Taka jest istota naszej wędrówki — miauknął i zamilkł na chwilę. Zamknął oczy, gdy po chwili niespodziewanie z jego pyska uszedł cichy chichot. — Muchołówka zawsze była żądna przygód. Gdyby mogła, to poszłaby w świat z chwilą, gdy nauczyła się przebierać łapkami. Ją z pewnością wywiało gdzieś hen, hen daleko... Jaskółka była spokojniejsza. Miła, skromna, nikomu niewadząca... Została z matką i może to dla nich obu lepiej. Otwarty świat potrafi być przerażający. A gdy spotkałem Scypuła wiele księżyców temu, żył samotnie, lecz szczęśliwie. On nigdy nie potrzebował wiele do szczęścia, chociaż z pewnością ucieszyłby się, gdybym pokazał mu zioła, które poznałem... Może nawet mógłbym mu pomóc... — Uśmiechnął się.
— Mnie dawniej też nieco ciągnęło w świat, lecz teraz... Chyba chciałbym pozostać blisko rodziny, nawet jak czasem obowiązki nas pochłaniają. Świadomość tego, że mam do kogo wracać z każdego patrolu jest czymś nieopisanym. Nawet jeśli nie z każdym tutaj rozmawiam, to chce do tego wszystkiego należeć. Nawet jeśli... Pewien kot powoduje niewyobrażalny ból — przyznał, kładąc prawą łapę na swej piersi. Tak, mówił o Borowiku, gdyż ten do dziś dnia nie zamienił z nim choćby słowa. Zwiadowca chciałby to niedługo zmienić, lecz nie wiedział, czy na pewno jest to dobry pomysł. Może lepiej jest żyć z bólem serca niż ze złamanym? — Scypuła? Czyli nie tylko ty wybrałeś samotnicze życie w rodzinie?
— Oczywiście. Wszyscy je wybraliśmy, ale on już zupełnie. Żyje sam, na zdobytym skrawku terenów, które mu absolutnie wystarcza. No, chyba że od ostatniego spotkania znalazł sobie kompana lub kompankę... Choć wątpię. Raczej należy do kotów nieufnych. Nie lubi rozmawiać z innymi, bo obcy zawsze mają go za kotkę. Ponoć nawet znaleźli się jacyś zalotnicy, którym później połamał za to nosy... Kiedyś rozmawiałem z uzdrowicielką, która znała zioło, które pomaga takim kotom. Potrafi podobno zamaskować zapach tak, by po dłuższym użytkowaniu poznanie czyjejś płci stało się niemożliwe. Nie wiem, w jaki sposób działa i czy w ogóle, sam nigdy go nie stosowałem... Ale wydaje mi się, że dałoby mu to spokój ducha, przynajmniej w części.
— Niektórzy to jednak mają ciężko samemu... — westchnął, a na wspomnieniu o połamanych nosach, aż poczuł ten ból. Bardzo nieprzyjemne. — Zioła potrafią zamaskować zapach? Nie wiedziałem, że takie mogą istnieć. Ale w sumie pokazuje to, jak mało wiemy o otaczającym nas świecie. A ty, odkryłeś jakieś nowe zioła, które dotąd nie były znane nikomu? — spytał z widocznym zaciekawieniem. Zwykle się roślinnością nie interesował, lecz wspomniane zioło przykuło jego uwagę.
Starszy zaśmiał się delikatnie.
— Cóż, jestem uzdrowicielem, nie cudotwórcą. Są tacy, co testują co nowsze znaleziska na swoich pacjentach, ale ja nie chciałbym tak ryzykować ich zdrowiem. Uzdrowiciele często dzielą się ze sobą wiedzą, która jest przekazywana z ust do ust od pokoleń. Stosowane od księżyców przez różne koty techniki są o wiele bezpieczniejsze. Może pokusiłbym się o wypróbowanie czegoś nowego, gdyby to była sytuacja bez wyjścia... Ale nie lubię tak gdybać. Wolę się trzymać utartej ścieżki. — Wziął ostatni kęs zdobyczy, zostawiając na niej jedynie strzępki futra, kości i parę śmieciowych organów, które nie nadawały się do spożycia. Zebrał je zębami w jedno zawiniątko, by wyrzucić resztki poza obóz. — Dziękuję za wspólny posiłek — miauknął do Czajki z uśmiechem, nieco niewyraźnie przez trzymany w pysku przedmiot. — Do zobaczenia. Obowiązki wzywają... — zaśmiał się i odszedł, zostawiając zwiadowcę w samotności.
— Do zobaczenia — odpowiedział kocur, samemu po chwili ruszając z dotychczasowego miejsca. Po rozmowie ze starszym poczuł się nieco lepiej, jakby tego właśnie potrzebował, choć najbardziej go zainteresowały zioła, o których uzdrowiciel wspomniał.

Od Czajki CD. Cierń

Przeszłość

— Świetnie, może kiedyś będziesz taki jak ja — rzuciła od niechcenia i odeszła, więc nie mogła dostrzec, jak oczy ucznia na moment zaświeciły się na te słowa. Dopiero po chwili dotarło do niego, że powiedziała to, by ten dał jej spokój, co nieco zabolało jego młode serduszko. Pomimo tego, że parę dni temu został mianowany na zwiadowcę, to jego mentalność nadal utrzymywała się na poziomie ucznia.

***

Parę wschodów później

Mimo bijącej wtedy niechęci od Cierń, Czajka tak łatwo się nie poddał i szukał okazji na kolejną rozmowę, tym razem może nieco dłuższą. Dlatego też zdarzało się, że w obozie uważnie obserwował kotkę, tak jak teraz — wojowniczka właśnie wróciła z patrolu wraz ze Żmiją, która po czułym geście wobec Cierń odeszła, pozostawiając swoją partnerkę samą. Zielonooka musiała poczuć jego spojrzenie na sobie, gdyż już po chwili zmierzała w jego kierunku.
— Czego chcesz? — pytanie opuściło jej pysk, kiedy tylko była wystarczająco blisko ledwo, co mianowanego zwiadowcy. Ten speszony odwrócił wzrok, zaczynając grzebać łapą w ziemi z nerwów.
— Ja… — zaczął niepewnie, dając po chwili sobie z tym spokój. — Już nic. — I nim kotka mogłaby go zatrzymać, czmychnął z obozu z nieco podkulony pod siebie ogonem. Głupi łudził się, że wszystko pójdzie po jego myśli, a strach nie zaleje jego nadal dość drobnego ciała.

***

Teraźniejszość

Minęły księżyce od tamtych niezręcznych sytuacji, a kocur dawno dał sobie z tym wszystkim spokój, skupiając się na swoim życiu. Choć w głębi duszy zazdrościł Cierń i nie tylko, bycia w szczęśliwym związku. On także miał szanse na to, lecz ulokował uczucia w niewłaściwym kocie, czego w ostatnich dniach naprawdę żałował. Może gdyby ich losy inaczej się potoczyły, to jeden z nich nie zostałby porwany przez wzburzone fale rzeki. Na mimowolne wspomnienie tego widok, wzdrygnął się przez dreszcz, który go przeszedł wzdłuż kręgosłupa.
Właśnie kierował się w stronę stosu, gdy nagle zauważył dwie kotki. Obie już trochę księżyców na karku miały, a mimo to nadal pełniły swoje funkcje jako wojownik i zwiadowca. Nieco go zastanawiało, czemu nie przejdą już na zasłużoną emeryturę do legowiska starszych — przecież z każdym dniem rosła szansa na to, że z powodu wieku spadną w czasie wspinaczki do swoich legowisk. Mimo to nie zamierzał w to ingerować, nawet nie śmiałby tego robić — ta decyzja należała tylko do nich i nikt oprócz przywódcy nie mógł za nie decydować.
Podchodząc do miejsca między żłobkiem a topolą, zatrzymał się w połowie ruchu po piszczkę, czując czyjś wzrok na sobie. Trzepnął ogonem, ignorując to uczucie, by w końcu sięgnął zębami po nornicę, która nie była jedną z naj świeżych, lecz kocur niczym nie pogardzi, a upolowana zwierzyna nie może się zmarnować. Po chwili z gryzonie w pysku obrócił się i postąpił raptem kilka kroków, gdy wcześniejsze uczucie bycia obserwowanym wrócił. Nieco zdenerwowany tym uczucie, zatrzymał się w miejscu, by rozejrzeć się po obozie. Wtedy też natrafił na oczy Cierń, z którą nawiązał kontakt wzrokowy.

<Cierń?>

Od Czajki CD. Makowej Łapy (Zwiewnego Maku)

Przeszłość, przed kłótnią z Borowikiem, początek pory opadających liści

Pora zielonych drzew dobiegała końca, ustępując miejsca kolejnemu sezonowi, który początkowo nie przynosił znacznych zmian. Temperatura nadal dopisywała, a wojownicy nadal mogli wrócić z patrolu łowieckiego ze świeżymi piszczkami w pyskach.
W życiu kocura w końcu zaczęło się układać, a epidemia w Owocowym Lesie już dobiegała końca. Większość kotów przeżyła, lecz niektórzy nie mieli tyle szczęścia, choć były to głównie starsze osobniki, lecz także najmłodsi ucierpieli. Czajka w międzyczasie został zwiadowcą, więc teraz stos zwierzyny przybierał na wielkości przez parę sztuk piszczek, które przynosił kocur. Dziś postanowił zapolować bliżej Drogo Grzmotu z nadzieją, że znajdzie jakieś gryzonie, którym niestraszne są dźwięki pobliskich Potworów.
Wychodząc z obozu, minął się z czekoladowym zwiadowcą, który wraz z dwójką innych kotów wracał z patrolu. Młodszy skinął im głową, każdy mu odpowiedział podobnym gestem poza Czerwcem — Czajka poczuł ucisk w klatce piersiowej. Szanował swojego mentora i naprawdę żałował swojego młodzieńczego wybryku, lecz wtedy czuł się tak bardzo przytłoczony wszystkim, że jedynie dziki bieg wysoko w gałęziach drzew pozwalał mu zapomnieć o wszelkich wątpliwościach.
“Ach tak? Cóż zobaczymy czy nadajesz się na zwiadowcę. W razie co zawsze możesz jeszcze prosić Sówkę o przemianowanie na ucznia stróża czy wojownika” — dawne słowa zwiadowcy powróciły do niego. Ze wzrokiem wbitym w ziemię pokonał pierwsze długości po opuszczeniu obozu. Czemu akurat teraz jego umysł przywołał tak znaczące słowa? Czyżby znowu zaczynał wątpić w swój wybór? Potrząsnął głową, odganiając uciążliwe myśli. Zajmie się tym, kiedy wróci z polowania, teraz musi się skupić, by nie narazić swojego życia.
Wprawiony przemykał pomiędzy drzewami na terenie Owocowego Lasu, co jakiś czas przystając, by podejść do żerującej zwierzyny. Nie wszystkie próby kończyły się sukcesem, lecz nie przejmował się tym, gdyż i tak stos w obozie składał się z wystarczającej ilości piszczek, by nic nie głodował, a patrole zawsze z jakimiś jeszcze wracały. Dlatego niezrażony zakopał upolowaną nornicę i skierował się do celu dzisiejszego polowania. Już z daleko mógł poczuć smród Drogi Grzmotu oraz warkot Potworów rozlegający się co jakiś czas.
Będąc na długość drzewa od czarnej ścieżki, zwolnił, nadstawiając uszy i z uwagą obserwując otoczenie. Nawet nie wiedział, kiedy jego ciało zadziałało instynktownie, widząc obcego kota na środku Drogi Grzmotu, a w jego stronę mknął Potwór. Chwilę później oboje znajdowali się po drugiej stronie niebezpiecznej przeszkody — nieco od niego leżała czarna kotka, od której biła woń Klanu Burzy. Kiedy uspokoiła oddech, usiadła i spojrzała na zwiadowcę.
— Dziękuję. Uratowałeś mi życie! — miauknęła. — Kim jesteś?
— Nazywam się Czajka — odpowiedział, obserwując mniejszą, czy na pewno nie jest ranna.
— Ja jestem Makowa Łapa z Klanu Burzy. Jestem ci tak bardzo wdzięczna, Czajko!
— Następnym razem, gdy będziesz tędy przechodziła, uważaj na Drogę Grzmotu — odparł, woląc uniknąć ponownego ratowania uczennicy.
— Słuchaj, Czajko, musisz się zmywać z mojego terytorium. Chyba słyszę patrol. Miłego dnia! — pożegnała się uczennica. Sam słyszał zbliżającą się grupę kotów, co było dla niego znakiem, by wrócić na swoje tereny. Bez słowa przytaknął, obracając się w stronę Drogi Grzmotu i po upewnieniu się, że żaden Potwór go nie stratuje, przemknął na drugą stronę. Tam na chwilę się zatrzymał, by lekko machnął do Makowej Łapy, czując na sobie jej wzrok.

***

Teraźniejszość

Kolejny sezon dobiegał końca, a on czuł, jak coraz chłodniejsze powietrze próbuje się przedrzeć przez jego zmierzwioną półdługa sierść. Nadal jakoś nie sypiał najlepiej, lecz po rozmowie z Osetkiem doszedł do wniosku, że nie może wiecznie tkwić w przeszłości i przeżywać na nowo śmierć przyjaciela. Bliżej Wysokiego Słońca opuścił obóz wraz z patrolem granicznym, w skład którego wchodził Żagnica ze swoim uczniem, Bukszpan i Ziemniak. Trochę ich było, lecz to zwiadowca robił za sztuczny tłum, chcąc później się od nich oddzielić w ramach polowania.
Droga Grzmotu stanowiła “naturalną” granicę między Owocowym Lasem a Klanem Burzy. Obie społeczności żyły w zgodzie, nie naruszając terytorium tych drugich. Czajka rzadko kiedy zapuszczał się w te strony, a ostatni raz był, gdy wybrał się ze zmarłym przyjacielem do pobliskiego Śliwowego Gaju. Starał się zbytnio nie myśleć o tamtym wydarzeniu, lecz te samo co jakiś czas do niego wracało, nie dając spokoju zwiadowcy.
Podchodząc bliżej czarnej śmierdzącej ścieżki, zauważył po drugiej stronie znajomą sylwetkę czarnej kotki z bielą na brzuchu oraz łapach. Rzucił w stronę Bukszpanu, by ci na niego nie czekali, a chwilę później zawołał znajomą Burzaczkę.
— Makowa Łapo!

<Makowa Łapo? A może już Zwiewny Maku?>

Od Czajki CD. Osetka

Pora opadających liście przynosiła ze sobą coraz chłodniejsze dnie oraz kolejne zmiany w lesie. Wszystko toczyło się spokojnym tempem, lecz życie Czajki stanęło w miejscu, a dokładniej w momencie, gdzie tkwił od ostatnich wydarzeń. Nieprzyjemne doświadczenia z Borowikiem nadal w nim tkwiły, nie chcąc go opuścić choćby na chwilę, jakby w mało życiu już przeszedł. Jako uczeń wątpił w swój wybór co do ścieżki szkolenia, a kiedy to minęło, to na horyzoncie pojawiła się nieprzyjemna sytuacja, doprowadzająca do napiętej relacji z Czerwcem. Czekoladowy nadal miał mu za złe, że tamtego dnia samotnie opuścił obóz i o mało, co nie spadł z dębu. Młodszy nie wiedział, jak wyjaśnić mentorowi to wszystko — to jak się wtedy czuł, to jaką przyjemnością było bieganie za nim po gałęziach wysoko nad ziemią. Później nadeszła pandemia, a on na patrolu z Ziemniakiem i Pszczółką natknęli się na uzdrowicieli, którzy tak naprawdę uchronili ich od jeszcze większą ilością zgonów.
Wydawało się, że po tym życie Czajki już będzie toczyć w spokoju, lecz pewien liliowy wojownik postanowił to wszystko zburzyć. Ich kłótni przyglądał się chyba cały Owocowy Las, który wtedy przebywał w obozie — na to wspomnienie wysunął pazury, a te bez problemu zatopił się w mchu posłania, na którym spędził ostatnią bezsenną noc. Wcześniej towarzyszył mu jeszcze Orzeszek, lecz starszy opuścił legowiska niedługo po tym, jak wstał. Zwiadowca rozejrzał się zamglonym i widocznie zmęczonym wzrokiem po ciepłym kącie, gdzie sypiali stróże — Gąski także nie było, na co ciężko westchnął, rozluźniając łapy, a pazury już nie tkwiły w wyściółce posłania.
Nie zwracał uwagi, czy w legowisku obecnie przebywa Puma, lecz może i nawet lepiej. Nie zniósłby poczucia winy, że to właśnie przez niego jeden z jego synów zniknął tuż pod powierzchnią okrutnego żywiołu. Mimo tego, że wraz ze śmiercią Borowika jakiś ciężar opuścił jego ciało, to na jego miejsce pojawił się kolejny, sprawiający, że na widok Czernidłaka, Pumy lub Kurki widocznie się spinał. Z obawą wyczekiwał momentu, gdy któryś z kocurów postanowi potwierdzić go w przekonaniu, że to właśnie przez niego ledwo co mianowany wojownik zginął.
Z każdą chwilą cichy głosik w jego głowie przybierał na sile, szepcząc to, co zwiadowca już doskonale wiedział.
“Jesteś hańbą dla swojej rodziny, mentora. Nikt tu Cię nigdy nie chciał. Gdybyś tylko nie kręcił nosem, on nadal, by żył. Odebrałeś mu życie, odebrałaś brata Kurce, odebrałeś syna Pumie i Czernidłakowi. Jesteś do niczego, do niczego!” — wszystko to krążyło, jak w pętli po zmęczonym i straumatyzowanym umyśle niebieskiego. Z mocno zaciśniętymi powiekami błagał cicho Wszechmatkę o przebaczenie, błagając, by ta go osądziła, za czyny jakich się dopuścił.
Dopiero lekkie szturchnięcie w bark ściągnęło go na ziemię. Zdziwiony otworzył oczy, zauważając, że tuż obok niego stoi Miodunka, partnerka Czerwca. Czy ona także miała mu za złe jego młodzieńczy wybryk? Czerwiec w ogóle jej o tym powiedział? Był gotowy na ostre jak ciernie słowa, lecz zamiast tego kotka doradziła mu, by poszedł coś zjeść, gdyż powoli staje się cieniem dawnego siebie. Nie mając siły protestować, skinął głową i podniósł się z posłania, gdzie zazwyczaj sypiał Orzeszek. Wychodząc z legowiska, promienie słońca idealnie padały na jego zmęczony pysk, sprawiając, że boleśnie zacisnął powieki, oślepiony nagłym słońcem. Jasna kula na niebie obecnie nie była przysłonięta żadną chmurką, choć po niebie mknęły ich setki niesione z wiatrem. Po chwili już nie czuł ciepła na swojej ciemnej sierści, ostrożnie otworzył oczy, upewniając się, że znowu nie oberwie nagłym światłem w brązowe ślepia.
Zamglonym wzrokiem rozejrzał się po obozie, mając wrażenie, że przez chwilę widział kota podobnego do zmarłego. Zdziwiony zamrugał kilka razy, próbując odnaleźć liliowego osobnika, lecz nigdzie go nie dostrzegł. Napięty skierował się do stosu, który miał swoje miejsce tuż przy starej topoli, gdzie legowisko mieli uzdrowiciele oraz lider. Pochłonięty swoimi demonami nawet nie zauważył, że z dziupli drzewa wyszedł młodszy od niego uczeń Wiciokrzewu. Dopiero kiedy ten stanął mu niemal na drodze do zwierzyny, zwrócił na niego uwagę, wpatrując się w niego zmęczonymi ślepiami, sprawiając wrażenie, jakby nieco nie kontaktował z otaczającą go rzeczywistością.
— Och, hej. Wszystko dobrze…? — zapytał niepewnie uczeń. Czajka ciężko westchnął, zwieszając nisko głowę i nią kręcąc.
— Dobrze na tyle, po ile może się czuć morderca przyjaciela — wyszeptał, spoglądając gdzieś w bok. To był błąd, gdyż skutki długotrwałej bezsenności ponownie dały o sobie znać w postaci halucynacji. Tym razem wyimaginowany obraz był mniej niewinny niż wcześniej — przez środek polany przebiegała wartka rzeka, a po jej drugiej stronie biegł Borowik wprost na niego. Na ten widok całe jego ciało się spięło, a oczy ze strachem wpatrywały się w nieistniejącą halucynację. Raptem minęło parę uderzeń serca, a Czajka był świadkiem, jak liliowy wojownik ponownie wpadał do wody, która szybko go pochłania.
— Czajko…? Czajko! — wołanie Osetka w końcu dotarły do jego zmęczonego umysłu, na co ten odwrócił gwałtownie głowę w stronę młodszego z ciągłym strachem w oczach. Czarny odpowiedział zmartwiony uśmiechem, a Czajka poczuł się winny, że tyle kotów teraz się nim przejmuje, dokładając im swoich problemów.

<Osetku?>

06 stycznia 2026

Od Czajki

Tw: śmierć 

Przed natknięciem się na Osetka i mianowaniem Borowika, księżyc po kłótni

Od dość głośnej i niespodziewanie kłótni między Czajką a Borowikiem minęło raptem księżyc, lecz napięcie między nimi nie minęło, wręcz przeciwnie. Młodszy na sam widok ucznia przyspieszał kroku, udając, że go wcale nie widzi, jakby po drugiej stronie polany nie stał jego dawniej najbliższy przyjaciel. Nowa rzeczywistość była okrutna, szczególnie dla zwiadowcy, lecz chyba zdążył się z nią pogodzić już księżyce temu. Kocur miał wrażenie, że niektórzy spoglądają na niego ze współczuciem — Owocowy Las jest niczym duża rodzina i tutaj wieści rozchodzą się niemal natychmiastowo, a każdy, kto miał oczy i uszy, widział, jak dla Czajki jest bliski Borowik oraz słyszał ich pierwszą tak ostrą wymianę zdań.
Przybrana matka brązowookiego próbowała z nim parę razy porozmawiać, lecz odpowiedź zawsze była ta sama:
— Wszystko dobrze, mamo — mówił z lekkim uśmiechem, który skrywał cały ból. Nie chciał, by ta czuła się winna, gdyż kiedy ten przyszedł po radę, to odpowiedziała, by spróbował pogadać z Borowikiem, jeśli naprawdę to, co czuje, jest czymś więcej niż zwykłą przyjaźnią ze żłobka.
Mało kto widział jego bezsenne noce, kiedy wylewał morze słonych łez w bezgłośnym płaczu. Mało kto widział, jak z każdym dniem jego serce coraz bardziej pęka. Czuł się, jakby wrócił do stanu sprzed całej epidemii, kiedy to był nieco nieśmiałym uczniem, pogrążającym się coraz bardziej we własnych demonach. Właśnie wtedy pojawiło się światełko nadziei, jakim była szczera i niespodziewana rozmowa Borowika z nim.
Czajka niechętnie dał się wyciągnąć do gaju, gdzie królowały drzewa śliwowe, lecz jak później się przekonał, było warto, gdyż po wyjaśnieniu wszystkiego liliowy odwzajemnił jego uczucia. Zwiadowca był wręcz w siódmym niebie, słysząc te słowa, na które czekam zawsze dniami i nocami, lecz… bezsenne noce nie odeszły. Początkowo to bagatelizował, zrzucając winę na ciągłe emocje i niedowierzaniem tym, co usłyszał z pyska Borowika. Młodszy czuł się naprawdę kochany przez ucznia, który każdego dnia o poranku witał go u podnóża drzewa, na którym mieściło się legowisko zwiadowców, a tuż obok te wojowników. Potem razem ramię w ramię wychodzili na patrol lub łowy, spędzając jak najwięcej czasu we dwójkę.
Mogłoby się wydawać, że ta sielanka trwałaby już zawsze, jednak nic nie trwa wiecznie, także i w tym przypadku. Czajka zaczął czuć się kontrolowany i postrzegany przez pryzmat bliższych i to o wiele bliższych odczuć. Niebieski nigdy nie doświadczył czegoś takiego jak miłość w drugim kocie spoza jego rodziny, więc początkowo bagatelizował wszystkie oznaki, wręcz krzyczące, że coś jest nie tak. Podobnie było z bardziej postronnymi uniesieniami, które już przestały być tak niewinne, jak w czasie pierwszych dni ich związku.
Miał wrażenie, że jego zdanie i w sumie wszystko związane z nim jest obdarte z jakiegokolwiek szacunku lub zrozumienia. Starszy coraz bardziej na niego naciskał, jakby niemal całe dnie u swego boku były niewystarczające. Tłamszony zwiadowca zaczął się wycofywać z życia, woląc pozostać na drzewie w spokoju niż być ciąganym gdzieś przez Borowika i… Na samą myśl czuł, jak jego żołądek się zaciska, a w głowie narasta wstręt do samego siebie. To wszystko jednak sprawiało, że uczeń był jeszcze bardziej spragniony obecności młodszego, zaczynając mieć na jego punkcie niezdrową obsesję. W końcu jednak młody kocur o liliowej sierści przestał panować nad sobą…
Pora opadających liści nadeszła, a z nią nieco chłodniejsze temperatury. Borowik doszukiwał się w tym idealnego pretekstu, by być całymi dniami i nocami obok swojego wybranka, lecz ten nadal go zbywał. W końcu jednak cierpliwość starszego się skończyła, co w dość nieprzyjemny sposób Czajka odczuł na własnej skórze. Uczeń chodził za nim niemal krok w krok, jakby wyczekując na coś, a dokładniej na moment, kiedy brązowooki będzie sam, zdany na jego łaskę.
Zwiadowca w obawie przed kocurem chodził cały czas napięty, rozkojarzony, rozglądając się dookoła, chcąc wcześniej wypatrzeć partnera, który zmienił się na przestrzeni księżyców. Już nie był tym samym Borowikiem, z którym spędzał czas w żłobku. Czajka z obawy zaszywał się w legowisku stróżów, gdzie zawsze mógł zastać Orzeszka lub Gąskę. Ci przejęci stanem zwiadowcy najpierw wspierali go samą swoją obecnością u jego boku, a później, kiedy upewniał się, że nie jest obserwowany przez zielonookiego, napięcie w jego ciele znikało. Wtedy też uwagę przykuwał zmęczony wyraz pyska kocura, który nie spał dobrze, a nawet w ogóle od dobrego kawałka czasu.
W końcu jednak ten ugiął się pod namowami rodziców i wyznał im wszystko. Począwszy od wrażenia bycia kontrolowany po coś… co wolałby wymazać całkowicie ze swojego życia. W tym czasie sprawca obecnego stanu Czajki został mianowany, stając się pełnoprawnym wojownikiem Owocowego Lasu, lecz nowe obowiązki nie były w stanie, mu przeszkodzi, by nadal z chorą obsesją łaknąć ciągłej obecności zwiadowcy u swego boku. Teraz nawet miał to ułatwione, gdyż legowisko wojowników i zwiadowców mieściły się obok siebie na dwóch różnych klonach.

***

Po całodniowym namyśle Czajka zdecydował się na konfrontacje Borowika z jego problemami, lecz oczywiście nic nie mogło pójść po jego myśli. Młodszy sam zaproponował wyjście we dwoje do Śliwowego Gaju, tłumacząc, że romantycznie będzie się udać w miejsce, gdzie liliowy wyznał mu uczucia. Wojownik nie miał nic przeciwko, będąc zbyt zaślepiony faktem, że jego wybranek sam proponuje spędzenie we dwoje czasu po takim okresie napięcia między nimi.
Docierając na miejsce, zwiadowca musiał zebrać w sobie całą odwagę, jaką posiadał, aby wypowiedzieć parę słów, które kosztowały go niemałą ilość stresu. Logiczne słowa jednak nie docierały do uszu Borowika, który miał zupełnie inne plany na dalszy przebieg tego spotkania. Czajka obawiał się, że nie ma z nim szans w bezpośrednim starciu, więc jedyną opcją było udanie się wręcz szaleńczym biegiem między drzewami w nadziei, że starszy w końcu odpuści.
Czuł, jak jego serce szaleje, a ciało ogarnia strach przed tym, co nastąpi, jeśli Borowik go dopadnie w swoje łapy. Krew szumiała w uszach, oddech był niespokojny, kiedy w głowie kotłowało się tysiące myśli co dalej. Nie chciał młodo ginąć, już psychicznie wystarczająco wycierpiał w swoim życiu, więcej przykrych doświadczeń nie było mu potrzebnych. Nawet nie zauważył, gdy Śliwowy Gaj zaczął się przerzedzać, a on zbliżał się coraz bardziej do wody biegnącej przez tereny Owocowego Lasu. W desperacji wspiął się na ostatnie drzewo, jakie było w zasięgu jego wzroku i szybko wspiął się na jedną z wyższych gałęzi. Stąd miał idealny widok na kocura, który jakby w amoku nie zauważył, że teren gaju się kończy, ustępując zdradliwemu żywiołowi, jakim jest woda.
Na własne oczy widział, jak wojownik jest pochłaniany przez lodowaty nurt, a on w desperacji młóci łapami, starając się nie utonąć. Jego wysiłki jednak na nic się zdały, gdyż woda była bezlitosna, pozbawiająca go ostatniego oddechu, jaki oddał za swojego żywota.
Czajka zamarł z wyciągniętą łapą w stronę rzeki, jakby mimo tego, czego doświadczył ze strony, ledwo co mianowanego wojownika nie liczyło się w obliczu jego śmierci. Z szeroko otwartymi oczami przysiadł ciężko na gałęzi, wciąż nie dowierzając w to, czego właśnie był świadkiem. Jego najlepszy przyjaciel z czasów żłobka odszedł porwany przez nurt, jakby był marnym liściem, który został poniesiony przez wiatr w śmiertelnym kierunku. Z każdym uderzeniem serca rozpacz pochłaniała jego ciało, lecz oprócz tego pojawiło się jeszcze jedno uczucie… Zdjęty ciężar, który tak długo mu ciążył.
Będąc nadal w szoku, jakoś dotarł do obozu, gdzie od razu został zauważony przez Orzeszka i Kajzerkę, którym wyjawił cały przebieg rozmowy.

20 grudnia 2025

Od Czajki CD. Kurki

Księżyce później

“— A! A! A! Cichaj! To mój brat, który cię jawnie unika i tak być nie może! Ja wiem, że nie należę do odważnych kotów… ale… mogę spróbować, tak? To w końcu mój brat!”
Słowa Kurki nagle do niego wróciły, kiedy to w końcu po długich księżycach Borowik w końcu przestał go unikać. Nawet sam właśnie zmierzał w stronę zwiadowcy. Jednak… czemu tak długo mu zajęło podjęcie chęci rozmowy z dawnym przyjacielem ze żłobka? Przecież rozmowa z drugim zwiadowcą była sezony temu, tak dawno, że gdyby nie obecna sytuacja to niebieski nadal, by żył jak dawniej — jakby Borowik istniał jedynie za żłobka, a później zniknął.
Czuł, jak z każdym uderzeniem serca te coraz szybciej przyspiesza, a umysł szuka drogi ucieczki, jednak czemu? Dlaczego jego podświadomość krzyczała, by szybko odszedł, pozostawiając Borowika bez żadnego słowa? Coś było na rzeczy czy po prostu jego umysł nie chciał zmiany stanu rzeczy, nawet jeśli było to bolesne? Tysiące pytań przewijały się w jego głowie, a on spięty stał w miejscu, czekając na zbawienie od Wszechmatki.
— Cześć Czajko — przywitał się radośnie starszy.
“Cześć Czajko?! Tylko to masz do powiedzenia po tylu księżycach milczenia? Czemu nie jesteś zdenerwowany, niepewny?! Witasz się, jakbyś kolejny raz tego dnia mnie widział!” — krzyczał w myślach, lecz żadne z tych słów nie pojawiły się na jego języku. Nieruchomo czekał na ciąg dalszy, jeśli taki w ogóle był.
— Czy… coś się stało? — spytał, co zadziałało na Czajkę jak płachta na byka. Czuł, jak cały się jeży wzdłuż kręgosłupa, uszy kładzie po sobie, pazury wbijają się w lekko zmarzniętą ziemię, a oddech przyspiesza, jakby właśnie przebiegł maraton. Wszystko w nim wrzało, co można było zobaczyć z daleka.
— Jesteś głupi czy głupi? Mysi móżdżek z Ciebie! — wypluł z jadem w głosie.
— Ale…
— Jakie “ale”, co?! Jaką masz wymówkę, co? No słucham! — Część kotów, która była najbliżej, zdziwiona skierowała wzrok na dwójkę młodych kocurów. W końcu Czajka nigdy nie krzyczał, a przynajmniej nikt chyba nie miał przyjemności usłyszeć jego podniesionego głosu, nawet za kociaka. Więc rzadkością było to, że zwiadowca działał pod silnymi emocjami, pozwalając im przejąć kontrolę.
— Może pójdziemy w bardziej ustronne miejsce? — zaproponował, sugerując to, że niektórzy zaczynają szeptać między sobą o nich.
— Nie. — Głos młodszego był twardy i pewny, jak nigdy.
— Czemu mi to robisz Czajko…? — spytał ze skruchą.
— Ja Ci robię?! — prychnął oburzony. — To nie ja mam Cię gdzieś, nie ja Ciebie unikam na każdym kroku, to nie ja nie odzywałem się od księżyców do Ciebie! — zauważył, ignorując obecność innych Owocniaków, którzy z boku podziwiali małe widowisko.
— Czyli o to chodzi… Ja… miałem gorszy okres i- — Nim zdążył kontynuować, Czajka mu przerwał, mając dość tych bredni.
— Gorszy okres? Nie rozśmieszaj mnie, bo i tak Ci to marnie idzie — syknął. — Aż tak dużo Cię kosztowało, by przyjść i powiedzieć: “Hej, ogólnie mam gorszy moment w życiu, więc możesz mnie mniej widywać”?! Ja jak głupi czekałem dniami i nocami z nadzieją, że może… — Jego oczy zaszły łzami. — Że może przypomnisz sobie o mnie i chociaż powiesz głupie "cześć" na powitanie… — Z każdym słowem jego głos tracił na sile i brzmieniu, zmieniając się w szept.
— Nie wiedziałem, że tak to odebrałeś…
— A jak mogłem inaczej? Byłeś mi bliski, by później zacząć się coraz bardziej ode mnie oddalać.
Nastała cisza, nawet las jakby przestał tętnić życiem, zamierając na słowa zwiadowcy. Ten ciężko stał na łapach z opuszczonym każdym skrawkiem ciała, a po jego pysku powoli spływały słone łzy, tworząc niewielką kałużę w źdźbłach zielonej trawy. Czuł się kompletnie wyprany z emocji, jakby był obecny tylko ciałem. Wtem poczuł ciepło po swojej prawej stronie. Poczuł falę wsparcia i zrozumienia ze strony Kurki, który już nie mógł dłużej się temu przyglądać.
— Czajko… — zaczął uczeń wojownika.
— Nie. Dość już powiedziałeś, na obecny moment nie chcę Cię na oczy widzieć — rzucił chłodno zwiadowca, by z liliowym przyjacielem u boku oddalić się od Borowika. — Byłeś tego wszystkiego świadkiem…? — spytał słabo Kurkę. — Trochę mu zajęło otwarcie pyska do mnie i niepotrzebnie, jednak dzięki Ci mimo wszystko. Zapewne po dawnej rozmowie z tobą poszedł nieco po rozum do głowy — dodał, nim kocur zdążył udzielić odpowiedzi na pytanie.

<Kurko… Czemu twój brat jest takim mysim móżdżkiem?>

10 listopada 2025

Od Czajki CD. Czerwca

Przeszłość

— Co ty sobie wyobrażałeś?! Chciałeś zginąć?! — wykrzyczał wyraźnie zdenerwowany. Czajka nawet nie wiedział, co dokładnie się stało, w końcu chwilę temu jeszcze znajdował się w koronach drzew, przeskakując pomiędzy gałęziami, a jego umysł był wolny i niezmącony niczym innym niż spokój. Szaleńcze nieprzyjemne myśli ucichły na ten czas, pozwalając młodszemu uwolnić się, chociaż na chwilę od tego wszystkiego. Czuł się wtedy na miejscu, to wszystko utwierdziło go w tym, że wybrał odpowiednią profesję.
— Ja… Przepraszam… Chciałem po prostu uciec od uciążliwych myśli — wyjaśnił, czując, jak jego oczy powoli zachodzą łzami. Mimo to ani jedna nie opuściła jego ślepi, gdyż uczeń z całej siły zaciskał powieki, kiedy Czerwiec robił mu wykład o tym, że to niebezpieczne, nieodpowiedzialne, a co gdyby spadł z drzewa, natknął się na lisa lub dwunożnych. Niebieski nawet nie zauważył, gdy nieświadomie zaczął podążać za starszym do obozu, jednak wykład nie miał końca. Całą drogę powrotną miał wzrok utkwiony w ziemi, a ogon nisko zwisał, niemal szurając po ściółce leśnej.
Cała ta samotna eskapada zakończyła się zakazem wyjścia w pojedynkę z obozu aż do odwołania.

***

Teraźniejszość

Mimo to, że minęło trochę od samotnego wyjścia do Dębowej Ostoi, a epidemia zielonego kaszlu zapanowała w obozie, to Czajka próbował jakoś odbudować dobry wizerunek w oczach Czerwca. Ten doczekał się trójki kociąt — Czajka czasem ich odwiedzał, kiedy nie był pochłonięty patrolami łowieckimi lub nie odsypiał całego dnia. Grasująca choroba każdemu dawała się we znaki, nawet jemu, pomimo bycia zdrowym.
Oczywiście Kajzerkę także starał się odwiedzić, lecz uzdrowiciele zawsze go z kwitkiem odsyłali, tłumacząc, że mógłby się zarazić i jeszcze bardziej roznieść epidemię. Zwiadowca zbytnio nie dyskutował, rozumiejąc, że to wszystko jest dla dobra klanu.
— Czerwcu, możemy porozmawiać? — spytał, wchodząc do żłobka, gdzie akurat starszy odwiedzał swoją partnerkę oraz malutkie potomstwo, które na razie dobrze się trzymało, pomimo grasującej chorobie. Czekoladowy na dźwięk swojego imienia, przeniósł wzrok na swojego dawnego ucznia z lekkim chłodem w oczach. Niebieski miał zamiar z nim odbyć pierwszą poważną rozmowę, odkąd zrobił głupi wybryk jako uczeń oraz odkąd został mianowany na zwiadowcę.

<Czerwcu, dasz drugą szansę?>

Od Czajki Do Cierń

Cierń od zawsze w jakiś sposób fascynowała Czajkę ze względu, że była jedynym kotem, którego jakkolwiek kojarzył, znał i nie posiadał na swoim ciele sierść. Zamiast tego kotka była pokryta przyklejoną na żywicę roślinnością i piórami — wyglądała na wojowniczkę, która dużo przeszła w życiu, a mimo wszystko prze do przodu i to właśnie podziwiał w niej młody kocur. Lecz był to podziw z daleka, ponieważ Cierń była znana z tego, że ma dość… specyficzny charakter, o którym słyszał od innych kotów, dlatego zawsze coś go powstrzymywało przed zagadaniem do kotki. Poza tym, co by jej powiedział? “Cześć, jestem Czajka. Nie znasz mnie, ale ja ciebie tak, ale z widzenia i ogólnie podziwiam twoją niezłomność.” Już nawet w jego myślach brzmiało to dziwnie, a co dopiero, gdyby wypowiedział te słowa na głos.
Minęło raptem parę dni, odkąd został zwiadowcą, a na jego uchu widniało nacięcie na prawym uchu, które otrzymał w dniu mianowania, lecz kiedy już odbył rytuał Poznania Oblicza Swego Mienia, a jego Imieniem Duszy zostało Czajka Czyhająca w Zaroślach. Był dumny z tego powodu, nawet późniejszy lekki ból po nacięciu nie przeszkadzał mu, póki mógł z dumą opowiadać o tym Kajzerce i Czerwcowi.
Jego zamyślenie przerwało wpadnięcie na jakiegoś kota. Przez zderzenie jego dzisiejszy obiad wypadł mu z pyska, lądując na ziemi.
— Przepraszam, zamyśliłem się… — powiedział, dopiero po chwili podnosząc wzrok na kota przed sobą. Okazało się, że miał takie szczęście, że wpadł na Cierń we własnej personie. Młodszemu aż mowę odebrało.

<Cierń?>