Pora opadających liście przynosiła ze sobą coraz chłodniejsze dnie oraz kolejne zmiany w lesie. Wszystko toczyło się spokojnym tempem, lecz życie Czajki stanęło w miejscu, a dokładniej w momencie, gdzie tkwił od ostatnich wydarzeń. Nieprzyjemne doświadczenia z Borowikiem nadal w nim tkwiły, nie chcąc go opuścić choćby na chwilę, jakby w mało życiu już przeszedł. Jako uczeń wątpił w swój wybór co do ścieżki szkolenia, a kiedy to minęło, to na horyzoncie pojawiła się nieprzyjemna sytuacja, doprowadzająca do napiętej relacji z Czerwcem. Czekoladowy nadal miał mu za złe, że tamtego dnia samotnie opuścił obóz i o mało, co nie spadł z dębu. Młodszy nie wiedział, jak wyjaśnić mentorowi to wszystko — to jak się wtedy czuł, to jaką przyjemnością było bieganie za nim po gałęziach wysoko nad ziemią. Później nadeszła pandemia, a on na patrolu z Ziemniakiem i Pszczółką natknęli się na uzdrowicieli, którzy tak naprawdę uchronili ich od jeszcze większą ilością zgonów.
Wydawało się, że po tym życie Czajki już będzie toczyć w spokoju, lecz pewien liliowy wojownik postanowił to wszystko zburzyć. Ich kłótni przyglądał się chyba cały Owocowy Las, który wtedy przebywał w obozie — na to wspomnienie wysunął pazury, a te bez problemu zatopił się w mchu posłania, na którym spędził ostatnią bezsenną noc. Wcześniej towarzyszył mu jeszcze Orzeszek, lecz starszy opuścił legowiska niedługo po tym, jak wstał. Zwiadowca rozejrzał się zamglonym i widocznie zmęczonym wzrokiem po ciepłym kącie, gdzie sypiali stróże — Gąski także nie było, na co ciężko westchnął, rozluźniając łapy, a pazury już nie tkwiły w wyściółce posłania.
Nie zwracał uwagi, czy w legowisku obecnie przebywa Puma, lecz może i nawet lepiej. Nie zniósłby poczucia winy, że to właśnie przez niego jeden z jego synów zniknął tuż pod powierzchnią okrutnego żywiołu. Mimo tego, że wraz ze śmiercią Borowika jakiś ciężar opuścił jego ciało, to na jego miejsce pojawił się kolejny, sprawiający, że na widok Czernidłaka, Pumy lub Kurki widocznie się spinał. Z obawą wyczekiwał momentu, gdy któryś z kocurów postanowi potwierdzić go w przekonaniu, że to właśnie przez niego ledwo co mianowany wojownik zginął.
Z każdą chwilą cichy głosik w jego głowie przybierał na sile, szepcząc to, co zwiadowca już doskonale wiedział.
“Jesteś hańbą dla swojej rodziny, mentora. Nikt tu Cię nigdy nie chciał. Gdybyś tylko nie kręcił nosem, on nadal, by żył. Odebrałeś mu życie, odebrałaś brata Kurce, odebrałeś syna Pumie i Czernidłakowi. Jesteś do niczego, do niczego!” — wszystko to krążyło, jak w pętli po zmęczonym i straumatyzowanym umyśle niebieskiego. Z mocno zaciśniętymi powiekami błagał cicho Wszechmatkę o przebaczenie, błagając, by ta go osądziła, za czyny jakich się dopuścił.
Dopiero lekkie szturchnięcie w bark ściągnęło go na ziemię. Zdziwiony otworzył oczy, zauważając, że tuż obok niego stoi Miodunka, partnerka Czerwca. Czy ona także miała mu za złe jego młodzieńczy wybryk? Czerwiec w ogóle jej o tym powiedział? Był gotowy na ostre jak ciernie słowa, lecz zamiast tego kotka doradziła mu, by poszedł coś zjeść, gdyż powoli staje się cieniem dawnego siebie. Nie mając siły protestować, skinął głową i podniósł się z posłania, gdzie zazwyczaj sypiał Orzeszek. Wychodząc z legowiska, promienie słońca idealnie padały na jego zmęczony pysk, sprawiając, że boleśnie zacisnął powieki, oślepiony nagłym słońcem. Jasna kula na niebie obecnie nie była przysłonięta żadną chmurką, choć po niebie mknęły ich setki niesione z wiatrem. Po chwili już nie czuł ciepła na swojej ciemnej sierści, ostrożnie otworzył oczy, upewniając się, że znowu nie oberwie nagłym światłem w brązowe ślepia.
Zamglonym wzrokiem rozejrzał się po obozie, mając wrażenie, że przez chwilę widział kota podobnego do zmarłego. Zdziwiony zamrugał kilka razy, próbując odnaleźć liliowego osobnika, lecz nigdzie go nie dostrzegł. Napięty skierował się do stosu, który miał swoje miejsce tuż przy starej topoli, gdzie legowisko mieli uzdrowiciele oraz lider. Pochłonięty swoimi demonami nawet nie zauważył, że z dziupli drzewa wyszedł młodszy od niego uczeń Wiciokrzewu. Dopiero kiedy ten stanął mu niemal na drodze do zwierzyny, zwrócił na niego uwagę, wpatrując się w niego zmęczonymi ślepiami, sprawiając wrażenie, jakby nieco nie kontaktował z otaczającą go rzeczywistością.
— Och, hej. Wszystko dobrze…? — zapytał niepewnie uczeń. Czajka ciężko westchnął, zwieszając nisko głowę i nią kręcąc.
— Dobrze na tyle, po ile może się czuć morderca przyjaciela — wyszeptał, spoglądając gdzieś w bok. To był błąd, gdyż skutki długotrwałej bezsenności ponownie dały o sobie znać w postaci halucynacji. Tym razem wyimaginowany obraz był mniej niewinny niż wcześniej — przez środek polany przebiegała wartka rzeka, a po jej drugiej stronie biegł Borowik wprost na niego. Na ten widok całe jego ciało się spięło, a oczy ze strachem wpatrywały się w nieistniejącą halucynację. Raptem minęło parę uderzeń serca, a Czajka był świadkiem, jak liliowy wojownik ponownie wpadał do wody, która szybko go pochłania.
— Czajko…? Czajko! — wołanie Osetka w końcu dotarły do jego zmęczonego umysłu, na co ten odwrócił gwałtownie głowę w stronę młodszego z ciągłym strachem w oczach. Czarny odpowiedział zmartwiony uśmiechem, a Czajka poczuł się winny, że tyle kotów teraz się nim przejmuje, dokładając im swoich problemów.
<Osetku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz