BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Źródlany Dzwonek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Źródlany Dzwonek. Pokaż wszystkie posty

12 listopada 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Topika (Topikowej Głębiny)

 Spoglądała chwilę na syna, w swoim spowolnionym toku myślenia próbując znaleźć jakąś historię, którą mogła mu opowiedzieć. Czas kupiła położeniem głowy tuż przy jego czole, głośno mrucząc, mając nadzieję zagłuszyć inne dźwięki wibracją. 
Nie chciała przecież zawieść kolejnego dziecka, tego jednego była pewna, gdy tylko potrafiła logicznie myśleć. Nie sądziła, że da radę być najlepszą matką pod słońcem; zbyt wiele nie potrafiła. Ale będzie próbować. Teraz, gdy miała też wsparcie w Pasikonik, widziała naprawdę szansę.
Dopiero po jakimś czasie zdecydowała się, o czym może opowiedzieć, i na krótko uniosła głowę, by zerknąć, czy czekoladowy nie śpi. Na jej ruch uchylił oczy. Zaczęła więc mówić o kamiennym patronie, patrzącym z nieba i o kolorowych gwiazdach, które pojawiały się w jedną noc w ciągu pory nagich drzew.
***
Na wspomnienie Klanu Gwiazdy z pyska ich liderki ledwo powstrzymała pomruk zdegustowania. Nieważne, w jakim kontekście padało imię przodków, ta reakcja była dla niej już naturalna, niemal niezależna od świadomości.
Pasikonik nie zareagowała, może poza subtelnym pochyleniem się, objęciem głową większej części jej szyi niż wcześniej; obietnicą, że podziela jej uczucia względem tych na górze. Ich niechęć do nich była kolejną rzeczą, która je łączyła. Uścisk był formą cichego wsparcia, które partnerka darowała jej od momentu tamtej przerwy w ich tak świeżej radości, kiedy przerażona liliowa wbiegła w jej uścisk i nie chciała z niego wyjść przed wiele uderzeń ich serc.
Siedząc tutaj, nie mogła powstrzymać natrętnej myśli, że jej ukochany mentor będzie następny. Był w końcu blisko Sarniego Tupotu. A zaraz po tym stały one, i jej dzieci. Nie ufała duchom, że zechcą je chronić przed swym gniewem. Wszyscy byli przeklęci, za jakiś nieznany im grzech. Nie czekał ich szczęśliwy koniec, więc pazurami trzymała się tych skrawków radości, które dawała jej ruda, gdy tylko nad którąś z nich nie panowały nad nimi wspomnienia i uczucia. Nie sądziła, że na tą bliskość, intymność zasługuje, ale nie mogła się jej oprzeć i nie chciała od siebie odpychać, cokolwiek mogła syczeć, gdy emocje dawały górę i zaczynały na siebie warczeć - nigdy nie miała tego na myśli. 
Często szeptała Pasikonik, jak bardzo nie lubiła klanu gwiazdy, chowając teraz swoje opinie przed synem i córką, nie chcąc naruszyć ich niewinności swoimi doświadczeniami; uszanować wzajemny szacunek Topika do swoich, gdy oboje poddali się z próbą nawrócenia się nawzajem. Miała tylko nadzieję, że w życiu syna nie pojawi się nic, co zmieni jego poglądy. Że nie przekona się o tym, jakimi hipokrytami byli przodkowie. Nie będzie musiał poznać na własne oczy, jak ci, określani jako dobrzy, są bierni cierpieniu żywych.
***
 Była zmęczona. Teraz bardziej przerażona, choć przewlekłe znudzenie na jej pysku tego nie wyrażało. Miała szczęście, że jej mentor i partnerka, i dzieci, żyli i mieli się dobrze, ale zaraz zostanie sama w tym wciąż obcym legowisku wojowników; Trzcina i Pasikonik w starszyźnie, Topik w medycznym legowisku, Kaczuszka wciąż wśród uczniów. Zostanie sama z tymi kotami, które patrzyły na nią jak na obcego — choć wcale nie musiały kierować spojrzeń w jej stronę. Zostanie tutaj sama z Gawronim Obłędem, który wciąż nie chciał dać za wygraną.
Ale myśl o bliskim już odpoczynku była pocieszająca. Nie mogła doczekać się bycia w starszyźnie; pragnęła już tylko zostać odsuniętą z godnością od obowiązków, móc odpocząć, porzucić to uczucie robienia niewystarczająco by zasłużyć na opiekę. Przewalczyła większość swojego życia dla tego klanu i pragnęła już tylko spać, spędzić trochę spokojnego czasu z rodziną, wciąż próbować nadrobić stracony czas z ukochaną. Nie, żeby nie pragnęła tego, gdy była młodsza. 
Ten czas się zbliżał, przypominała sobie jak mantrę, i wraz z nią rozluźniały się rysy jej pyska. Nie ma czym się martwić do przodu, Pasikonik wciąż tu była u jej boku. Gdziekolwiek jej miłość by się udała, liliowa zamierzała podążyć za nią.
 Teraz już nic złego nie mogło się wydarzyć; nic nie zapowiadało wojny, jeśli nie wychodziła sama na patrole, to jej były uczeń nie mógł jej dopaść, niedługo będzie mogła nie wstawać z legowiska cały dzień, jak pragnęła. Albo wstawać tylko na spacery z ukochaną szylkretką; będą chodzić przez las, wzdłuż wody, jak za młodu. 
Oczywiście, do tego momentu nie mogło się obyć bez drobnych ran z polowań, szczególnie gdy kręgosłup i poczucie równowagi zawodziły ją coraz częściej. 
Z otarciami ruszyła do medyków.
— Chcę, żeby opatrzył mnie Topikowa Głębina. — oświadczyła Strzyżykowemu Promykowi, gdy medyczka podeszła jako pierwsza, tonem, który mógłby uchodzić za ostry, gdyby był głośniejszy. Oczy rudej wyglądały, jakby chciała się skrzywić, ale tylko kiwnęła głową i odsunęła się. Źródlany Dzwonek rozluźniła mięśnie, wcześniej zesztywniałe, w oczekiwaniu na dyskusję.
Spojrzenie spoczęła na uderzenie serca na wolnym legowisku, potem decydując zawiesić je na medyku, dodając do tego lekki, przepełniony jak zawsze dumą, zarezerwowaną tylko dla własnych pociech, uśmiech. Mogła nie być najlepsza w słowach, czy relacjach, ale przepełniała ją duma, że jej dzieci były dobrymi kotami z własnej woli, nawet, jeśli pół ich pochodzenia nie była od tego kota, od którego by wolała. Ignorując, że dwie kotki nie mogły się do tego przyczynić. Jakkolwiek nie podobał jej się narastający w jej niezbyt ulubionym gronie niesmak do członków jak jej syn, on dotarł do tak ważnej funkcji. Nie mogła go przed tym obronić, ale zważając, że sobie radził, mogła być choć odrobinę spokojniejsza.
 Gdy się zbliżył, powitalnie zderzyła się z nim czołem, powstrzymując chęć liźnięcia go po głowie.


<Topiku?>

11 lipca 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Gawroniego Obłędu

 Wbijane w nią spojrzenie sprawiało dyskomfort i ciągle poczucie bycia obserwowaną. Musiała sobie przypominać, że to Kurka, jej uczeń, nie żaden Wilczak. Uśmiechnęła się więc lekko do niego, kładąc głowę na łapach i przymykając oczy.
Właściwie to było miłe z jego strony, że chciał spędzać czas ze starą mentorką i okazywał w jakiś swój sposób przywiązanie. Nie było to coś, czego się spodziewała, patrząc na ich start i jego poziom empatii. Po powrocie było ciężko jej się zaaklimatyzować, zapamiętać nowe pyski, szczególnie gdy Echo ją odrzucała i coś znajomego, niepatrzącego na nią krzywo było ulgą. 
Nie słyszała też żadnych uwag na temat tego, co było, kiedy jej nie było. Rozmawiała troszkę z Przyczajonym Drozdoniem, podziękowała za opiekę nad nim, ale nie słyszała żadnych historii. Ale już był wojownikiem, od dawna, mimo że zapominała o tym, gdy tak się przylepiał, jak kocię, i miała żal do siebie, że nie była na jego mianowaniu i porzuciła go tak i nie była w tak ważnym momencie. Ale wybaczył jej to. 
***
Pojawienie się Pasikonik było jedną z lepszych rzeczy tej nowej rzeczywistości, w której się znalazła. Mogła rozpieścić swoją rutynę polowań i patroli o miłe spotkania z kimś, kogo lubiła od dawna. I najwyraźniej ten ktoś lubił ją, co było jeszcze bardziej… wspaniałe i stresujące jednocześnie. 
Ale czasami miała wrażenie, że Kurka obserwował je z niezadowoleniem lub pojawiał się w dziwnych momentach. Nie lubiła tego. Obstawiała, że był zazdrosny. Gdy myślała o tym, mogła to zrozumieć. Czuła się jak jego matka i jakby tak pomyśleć, gdy była mała i wciąż z Bylicą, gdyby znalazła ona partnera, któremu poświęcałaby czasu więcej niż im, też byłaby zazdrosna. Szczególnie gdyby nie miała innego towarzystwa. Może czułaby się porzucana. Nie o to jej przecież chodziło; nie chciała nikogo porzucać, gdy zmarnowała już szansę odebrania Wilczakom swojego syna. Chciała móc być, przyjaźnić się i z Pasikonik, i z Gawronem. Nie, żeby któreś czuło się izolowane i odrzucane.
Dlatego postanowiła porozmawiać z Kurką. Może uda jej się trochę złagodzić jego nastawienie, uspokoić obawy. 
Spojrzeniem poszukała go w obozie i szybko znalazła, patrzącego na nią. Najwyraźniej przywołała go myślami. Tak czasami bywało. Podszedł, gdy tylko spotkał jej oczy.
— Co powiesz na… polowanie? — zagadnęła, szukając wymówki, by nie musieć rozmawiać o tym w obozie, gdzie pewnie byłoby ciężko o spokojną rozmowę.

<Kurko?>

08 lipca 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Pasikonikowego Nowiu

 Wydawało jej się, że było lepiej. Miała pewność, że Pajączek żyje, że nie zrobili mu krzywdy. Stres związany ze stratą Echo, mimo że uderzyło ją znalezienie jej ciała, wydawał się odpuszczać, choć jednocześnie wciąż nie mogła pozbyć się wyrzutów sumienia o ich relację i poczucie ulgi, które poczuła, potykając się wtedy o nią. Miewała gorsze dni, przychodzące, gdy wydawało się być jak wcześniej, ale zmuszała się, mimo braku siły, by chodzić na patrole, by nie móc się wplątać w wiry wspomnień. Trochę bała się też tego, że skończy jak starsi czy jeden bliźniak z jej młodości, jeśli okaże się tak bezużyteczna, jak wydawało jej się, że była.
A teraz z Trzcinową Sadzawką u boku obserwowała obóz, nie wiedząc właściwie, na co czeka. Siedzieli daleko, ale mogli spokojnie patrzeć, bo robili to też niektórzy. Rozumiała obawy mentora, choć osobiście dużo rzeczy za władzy Śnieżnej Gwiazdy ją ominęła. Dużo przeszło obok niej, nawet gdy była już w obozie. Czuła się wręcz zagubiona, jakby trafiła znowu do nieznanego klanu. Pokusa wrócenia w niewolę wciąż była obecna. Ale żyła też za czasów Kruczej Gwiazdy i jeśli mogła wesprzeć starszego, zamierzała to zrobić. Poczucie bycia przydatną też dawało jej jakiś komfort w tym wszystkim.
Mówił o siostrze Śnieżnej Gwiazdy; był podejrzliwy, bo jej sojusznik mógł być niebezpieczny. Słusznie. Podobno z trójkolorowym futrem, takim, jakie miała córka Śnieżnej, lecz w innych kolorach, mogła na siłę ją przypominać. Może będzie trzeba ją unieszkodliwić. Chyba to było jej już obojętne, gdy wiedziała, że nie trafi nigdzie w dobre miejsce i jakby tak stwierdzono, poszłaby to zrobić. Nie chciała stracić jeszcze mentora i ucznia, mogła przyjąć więcej ciężaru na siebie.
Widząc, kto wyszedł z legowiska liderki, myślała, że się przewidziała i po chwili aż wstała, by się zbliżyć. 
— Pasikonik…? 
Przyjęła jej ofertę z kiedyś? Coś się tam stało? Zabłądziła?
Minęło tyle, od kiedy ostatni raz się widziały przez to wszystko. 
Nie widziały się przy granicy Klanu Burzy. Nie miała okazji, sprawdzić jak zareaguje na nią… w tym stanie.
Kotka wydawała się skamieniała, gdy tylko ją zobaczyła. To nie było najlepszą reakcją i nieco zwątpiła, cofnęła się o krok.
Obie milczały dalej, aż Trzcinowa Sadzawka nie stanął obok.
— Śnieżna Gwiazda cię przyjęła? Może Źródlany Dzwonek pokaże ci twoje nowe legowisko?
Spojrzała na mentora kątem oka; czy zauważył, że się znały? Na pewno. Reszta też. Jak będzie tłumaczyła znajomość kiedyś wrogiego kota? Zgromadzenie było dobrym wytłumaczeniem, ale wciąż niektórzy miewali z tym problemy. Głupi ruch. Miała przestać być tak emocjonalna, ale zawsze o tym zapominała.
Kiwnęła głową, że to zrobi i unikając patrzenia na pysk starej znajomej, zrobiła krok ku schronieniu, czekając z kolejnymi, aż zacznie za nią podążać.
<Pasikoniku?>

13 czerwca 2023

Od Źródlanego Dzwonka

*przed porwaniem do kw*
Kolejny raz nie mogła powstrzymać się przed płakaniem przez uczucie zranienia. Starała się, naprawdę się starała, utrzymać relację z Echo. Widziała, jak się kruszy i próbowała walczyć, ale kotka jej tego nie ułatwiała, z jej ciągłym odtrącaniem, obrażaniem się i krzyczeniem. Kończyły jej się siły do wymyślania kolejnych wymówek, by wyciągnąć przyjaciółkę na spacer, a potem tłumaczenia się Rudzikowemu Śpiewowi, że jednak nie idą. Nie wiedziała, co robiła źle, bo czuła już, na co szylkretka źle zareaguje, unikała mówienia tego, przytulała się, jak wcześniej chciała. Nic nie dawało efektów. Ciągle tylko słyszała narzekanie, że nikt jej nie chce i ma dać jej umrzeć w samotności, że na pewno kłamie, że ma iść do swoich innych znajomych, których lubi bardziej od niej.
 Te słowa bolały ją niemal fizycznie, ściskając żołądek i serce, przyprawiając o mdłości i zawroty głowy. Oceniające spojrzenia kotów osaczały ją. Oni nie znali Echo, więc wierzyli w słowa jej ucznia. Ale jak jej przyjaciółka mogłaby coś takiego zrobić? Nie chciała im wierzyć. Przecież Echo spędziła z nimi tyle czasu w żłobku, rozumiała Kminek jak nikt inny, znała to uczucie alienacji, bycia obcym w klanie. Nigdy nie zrobiła jej specjalnie krzywdy, choć bywały razem sam na sam, tuliły się i spały obok siebie, jak wszystkie koty klanowe. Były to rzeczy, których wcześniej nie mogła doświadczyć, nie były złe, choć z nieprzyzwyczajenia wywoływały u niej niepokój. Ale już się przyzwyczaiła, spychała te wyrzuty do tyłu głowy. Jak liliowa mogła odpuścić ich relację, gdy trwała ona tak długo i miała tak dużą przerwę w jej środku? 
 Od księżyców na ich terenach nie miała poczucia bezpieczeństwa, nie wspominając o innym towarzystwie. Jej przyjaciel, prawie brat, był w sąsiednim klanie. Może nawet nie wiedział, jak często przychodziła pod ich miejsce spotkań. Szukała jakiegoś komfortu, nie chcąc jednocześnie obarczać czekoladowego kocura swoimi emocjami. Ale nawet zwykłe rozmowy o niczym go przynosiły, więc liczyła za każdym razem, że będą mieć na nie szansę. Pod przejściem było cicho, nie było czuć tak bardzo granic, szumiała tu kojąco rzeka i na drewnie ładnie błyszczały odbicia smug z tafli, gdy świeciło słońce. Rzadko kto tędy przechodził i trzeba było mieć ogromnego pecha, by zostać wyczutym przez patrol Owocowego Lasu. Jako kot Klanu Nocy miała nad nimi przewagę, przyzwyczajona do zapachu nadbrzeża tak, że prawie go nie czuła i plusk strumienia nie zagłuszał ich kroków. Jednocześnie w takich momentach, gdy była wyjątkowo zdołowana, przerażała ją bliskość wody, słabości swojego umysłu i tak bliskiej szansy na to, czego tak naprawdę chyba nie chciała zrobić.
Z przyzwyczajenia, czy przezorności, gdy słyszała kroki, płaszczyła się jednak na ziemi. Był to przyjemny rozpraszacz od natłoku myśli, skupienie się na śledzeniu ich wzrokiem, gdy oni nie mogli jej teoretycznie zobaczyć. A potem będzie znów skazana na własny umysł, wyrzucający wszystkie możliwe najgorsze śmieci i wspomnienia na wierzch, by ją męczyć, bo patrole ich sąsiadów były zaskakująco rzadkie. Od porannego, który właśnie minął, minie trochę czasu. Ale nie życzyła im źle, nie była też informatorem Klanu Nocy, nikt nie pytał jej o opinię i nie wiedział o jej powiązaniach z nimi, więc nie miała co z tym zrobić. Tak naprawdę nie musiała ich obserwować, ale liczyła, że patrolować będzie przyszywany brat. Znowu nie był to jednak on, bo przez wciąż zaszklone, piekące oczy nie widziała nic brązowego.
 Może to i lepiej, nie będzie musiał widzieć jej w takim stanie. Jej sierść na pysku nie miała jeszcze okazji wyschnąć, pewnie była spuchnięta i co jakiś czas pociągała nosem. Napady płaczu zdążyły zwolnić, ale nie mogła mieć pewności, że znów się nie pojawią.
Koty zniknęły i po chwili podniosła się do siadu, otrzepując. To miejsce miało jedną wadę; nie mogła krążyć, spożytkować nerwowej energii kłębiącej się w niej. Przez to cały żal szedł w nerwowo drgający ogon, nie dając żadnego ukojenia.
Najwyraźniej na chwilę wyłączył jej się umysł, bo gdy usłyszała nieznany dźwięk z góry, którego nie dostrzegła, gdy się zbliżał, prawie podskoczyła. Rozpoznała po paru uderzeniach serca, że były to kroki. Nie pasowały do dwunożnego ani kota, choć były na trzy… cztery? łapy. Pokracznie brzmiały. Na początku zjeżyła się, blisko ziemi, ale po chwili analizy uznała, że lepiej będzie zbadać i ocenić nieznanego wroga, nim ten pierwszy ją znajdzie. Wychyliła głowę. Szybko jednak cofnęła się, unikając czegoś lecącego z góry. Wiedziało, że tu była?! Martwy przedmiot z pluskiem wpadł w wodę i krótko spojrzała na niego, ale nie mogła rozpoznać, czym jest, nim przerwał jej głos z góry, wraz z ustającymi krokami tuż nad jej głową.
— Podasz mi- oh — miły dla ucha głos rozległ się nad sklepieniem tunelu. — Beczałaś? — zapytała obca kotka, wychylając się. Źródlany Dzwonek odruchowo zrobiła krok do tyłu. — Nie ma co, nie zamoczyła się przecież aż tak mocno. Jak ją wyjmiesz, to wyschnie. — Nieznajoma wbiła spojrzenie ładnych, niebieskich oczu prosto w pyszczek liliowej, która przełknęła ślinę i uciekła spojrzeniem, by nie sprowokować jej przypadkiem do zmiany nastawienia. 
Nie była pewna czy dobrze rozumiała, że samotniczka myślała, że płakała nad wpadnięciem… tego czegoś do wody. Przypomniała sobie też niedokończoną prośbę kotki — lepszy taki rozpraszacz niż żaden, plus unikną wtedy potencjalnego konfliktu. Ostrożnie, najpierw nasłuchując za ruchem w Owocowym Lesie, wyszła spod mostku i szybkim ruchem, jak przy łapaniu ryby, wyłowiła materiał. Do tej pory zaczepił się chyba o kamienie, ale prąd powoli go porywał i wyrzuciła go w ostatniej chwili. Skrzywiła się na wodę w pysku, która zalewała go w nienormalnych ilościach. Nawet z ryby tyle nie wypływało. Zerknęła przez ramię na drugą stronę tunelu, jeszcze raz sprawdzając granicę i schowała się za pniakiem, by nie było jej widać. Oparła się na tylnych łapach i wyciągając się, z trudem położyła posesję czarno-białej piękności na szarym podłożu, wypluwając na bok wodę. 
Zadowolona kotka z uciechą poruszyła wąsikami i wraz z trzaśnięciem puszki na jej łapie chwyciła mokrą skarpetę i zagryza, wyżymając ją. 
— To ocieplacz na ucho — wytłumaczyła. — Często mi spada. Powinnam go czymś przytwierdzić, ale nie znalazłam jeszcze nic odpowiedniego — miauczała, rozkładając skarpetę na głazie, żeby szybciej wyschła. Źródlany Dzwonek mogła wówczas zauważyć liczne ranki i blizny na łapach nieznajomej, a także dziwny, kolorowy kabel owinięty na jej ogonie i plastikowy kołnierz zdobiący jej szyję. Dymnej jednak to wszystko zdawało się nie przeszkadzać ani trochę. — A ty swój zgubiłaś? Dlatego ci smutno? — zapytała kocica zaraz, przyglądając się jej. — Na wysypisku na pewno znalazłybyśmy nowy. Mogę się podzielić, jak znajdziemy. O! Na tobie dużo łatwiej będzie mi szukać sposobów na utrzymanie go na miejscu! — zamruczała, podekscytowana tą myślą.
— Wysypisku? Mieszkasz tam? — nieufna, na razie zignorowała propozycję. Nie zamierzała nosić dziwnych rzeczy na sobie. Przeszkadzałyby w polowaniu. Ale była w tym jakaś mądrość, bo uszy szybko odmrażały się w zimie, a samotniczka nie miała pewnie tak łatwego dostępu do medykamentów.
— Mhm! — zamruczała dymna, kiwając energicznie łebkiem, co zaraz zamieniło się w równie intensywne drapanie się po szyi. — To nie pchły, nie martw się. Próbowałam wymyślić coś, co by momentalnie się ich pozbywało i łagodziło drapanie, ale podziałało odwrotnie, tylko podrażniło mi skórę — westchnęła obca, marszcząc brwi. Czyli… jednak to były pchły. Obca ostatni raz otrząsnęła się z kurzu na futrze i zaciskając zęby na skarpecie, pozbyła się tyle wody, ile mogła. Bez uprzedniej prośby o zgodę zarzuciła skrawek materiału na grzbiet Źródlanego Dzwonka, sama sięgając do krzaków i wyciągając z nich plastikowy widelec, który najwidoczniej wcześniej tam schowała.
— Pomożesz mi, co? Nie mogę na długo zostawiać moich dzieci na wysypisku, żeby nikt ich sobie nie wziął bez mojej wiedzy.
Uniosła brwi, oglądając się na boki. Oczywiste było, że pytanie było postawione tylko z grzeczności i już zdecydowała… Przydałoby się dowiedzieć, co robi na terenach Owocowego Lasu, czy nie zagraża Agrestowi. Bądź co bądź kocur był miękką bułą i gdyby tu kiedyś czekał, mogłaby mu coś zrobić. Nie miała też zbyt wiele do roboty, oprócz sprawdzenia, czy na tym śmietnisku nie ma jakichś przetrzymywanych Owocniaków. Czekoladowych zastępców. Inną kwestią było zostawienie zapachu Klanu Nocy na terenach ich społeczności. Szkoda, że trop nie znikał w momencie zrobienia sobie od nich przerwy.
Jak oni pilnowali granic, skoro kotka wydawała się być stałą bywalczynią… — z tą myślą zmrużyła oczy — ale przynajmniej jej zapach zwietrzeje do następnego patrolu. Będzie musiała o tym wspomnieć Agrestowi. To, że ta jedna jest potencjalnie miła, nie znaczy, że ktoś tego nie wykorzysta. Pewnie połowa Klanu Nocy, gdyby zamaskowała zapachy, mogłaby się tu włamać… tak, pójdzie z nią. Najwyżej będzie miała jednego więcej samotnika na sumieniu. Albo sama umrze. Nie śpieszyło jej się w każdym razie do obozu.
— Dzieci? — dopytała, wskakując na mostek i patrząc wyczekująco, aż wskaże jej drogę.
— Dzieci! Nie podoba się nazwa? Pomyślałam, że będzie brzmiało lepiej niż twory. Eksperymenty, specyfiki, wynalazki! — wytłumaczyła zaraz. — Nie odwiedza mnie za dużo kotów, więc mam parę wytworów, które dotrzymują mi towarzystwa — miauknęła, przyskakując do kotki. — No chodź, chodź — pośpieszyła ją, kierując swoje kroki na wysypisko.
— Idę, idę. — zaczęła truchtać, co było trudne, gdy stresowało się o zgubienie bagażu — Nazwa dobra jak każda inna. Powiedz... koty stąd cię nie przepędzają? 
— Jak się dobrze schowasz, to cię nie przepędzą — zachichotała. — Poza tym, mało który wie, że tam mieszkam. Wspaniałe, metalowe królestwo pełne skarbów, a większość boi się o poranione łapy albo pułapki na szczury — wytłumaczyła, beztrosko dreptając przed siebie. — Mało kto na długo się tam zapuszcza. Chociaż... ostatnio pojawiła się taka jedna, której mało podoba się moja obecność tam. Ale nie szkodzi i na to coś się zaradzi, jak przyjdzie pora.
Stanęło jej futro na kręgosłupie, gdy usłyszała ostatnie słowa i szybko musiała je wygładzić, by nieznajoma nie zauważyła. Kotka. Nie Agrest. Tamta może sobie zdechnąć.
Mruknęła coś neutralnie na potwierdzenie, dla bezpieczeństwa od teraz trzymając się krok za nią. Niedługo mogła dostrzec wspomniane miejsce i od razu zaczęła je skanować spojrzeniem za czymkolwiek, co powinno ją zaniepokoić. Gdy weszły głębiej, wskazała ruchem głowy na swoje plecy dla zamaskowania przejrzenia większego obszaru. Niepokoiło ją to, że dymna także wodziła oczami po okolicy, aż nie dotarły do czegoś, co było… norą? schowaną za jakimś sztywnym, kolorowym materiałem dwunożnych.
— To tutaj.
— To... Gdzie to dać? Potrzebujesz z czymś jeszcze pomocy?
Niebieskooka wepchnęła widelec w ścianę i zabrała skarpetę, odkładając ją na najbliższy kamień.
— Skoro pytasz... — zamruczała, zastanowiwszy się, po czym wskazała łebkiem oponę, w której można było dostrzec nieśmiało rosnącego kwiatuszka.
— Próbuje je tu zasadzić, odkąd tu zamieszkałam, ale cały czas mi padają — westchnęła niepocieszona, przyglądając się jego liściom. — Ale patrz! Ten wygląda całkiem nieźle, chociaż przyniosłam go z pola kilka dni temu. Pomożesz mi wykopać dołek i go posadzić? Może się w końcu rozrośnie.
Pocieszne. 
Czy jakby została poza klanem, miałaby czas na takie rzeczy? Czas, bardziej… nie chęci, a siła była problemem. Nie, pewnie zostałaby z rodziną i chodziła po ich terenach, szukając zagrożenia. Tak wyobrażała sobie ich alternatywną historię.
— Mhm. Wskaż tylko gdzie. 
— O tutaj! Specjalnie oczyściłam miejsce!
Kiwnęła jej głową, sprawnie zaczynając podkopywać wskazany fragment ziemi. Niebieskooka przeniosła tam roślinę za łodyżkę. 
Przeszło jej przez myśl, że może ziemia tutaj była zła i należało zgarnąć trochę tamtej, gdzie wcześniej rósł. Chociażby tymi śmiesznymi rzeczami walającymi się wokół dało się ją przenieść. Ale kotka nie prosiła o radę, więc nie mówiła tego. Nie znała się też na roślinach na tyle, by cokolwiek sugerować. 
— Właściwie, to jak się nazywasz? — zapytała, mając oczy wlepione w łapy i chcąc wiedzieć, gdzie znajduje się obca, choćby po dźwięku.
— Misztela! — odparła energicznie kotka, by zaraz rozświetlić gdzieniegdzie zabliźniony pyszczek uśmiechem. — Ładnie, prawda? Mało komu zdarza mi się przedstawiać ostatnio... ale i tak, wciąż lubię jego wydźwięk. Na pewno lepsze niż Stukot. Kto by chciał się nazywać Stukot... chyba że ciebie tak okrzyknięto, wtedy cofam — mruczała pod nosem, widocznie rozbawiona swoim tokiem myślenia. 
— Ale koniec tego dobrego. Teraz trzeba się skupić! Roślinka będzie potrzebowała wody! Dokończysz? Ja pójdę po coś do podlania jej.
Delikatnie zakopała korzenie wcześniej usuniętą glebą, gdy druga kotka odwróciła się i potruchtała gdzieś. Przyniosła w pysku coś, co chyba było wypełnione wodą, ale miało… kolory na tafli. Od razu uznała to za podejrzane i stwierdziła w myślach, że by tego nie dotknęła bezpośrednio. Dlatego też szybko cofnęła łapy w momencie, gdy czarnobiała przechyliła głowę, by to wylać.
— Nie, okrzyknięto mnie… Kminek. — uśmiechnęła się, by zabarwić tym trochę głos — Ale myślę, że i Misztela, i Stukot to ładne imiona. To drugie fajnie się wymawia. Stuk stuk, jakoś dźwięk do ciebie pasuje. Ale ważniejsze jest to, które sama sobie wybrałaś. Takie są najlepsze. Własne. — zamyśliła się i zgubiła wątek. Potrząsnęła głową i spojrzała w niebo — Potrzebujesz jeszcze w czymś pomocy? Bo powoli będę musiała się zbierać.
— Ow, naprawdę? Musisz? Szkoda…
— Może kiedyś uda mi się jeszcze tutaj wpaść, jeśli chcesz? — zaproponowała, aby trochę złagodzić przykrą ekspresję na pysku kotki.
— O! Tak! Pomożesz mi posadzić więcej kwiatków! I może pomożesz mi z moimi dziećmi!
Na to ostatnie uśmiechnęła się przyjaźnie, chociaż stanęło jej futro. Nie, potencjalnych trutek akurat by podziękowała… Ale kwiatki jak najbardziej.

11 czerwca 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Gawronego Obłędu

 Prześledziła spojrzeniem kocura, powoli przesuwając oczy na maki. Ładne. Nie spodziewała się, że cokolwiek dostanie. Jej kamień od niego przepadł pod jej nieobecność i zdążyła go już przepłakać.
— Dziękuję. — mruknęła cicho, nie patrząc na niego.
***
Ledwo obudziła się, po drugim śnie wołanym ziarnami maku, by od razu spotkać nad sobą ciemną postać. W jej głowie odezwał się alarm, sprawiając, że się spięła. Pod światło wydawało jej się, że widziała Szczurzego Cienia. Dopiero po chwili zamrożonego wpatrywania się, doszło do niej, gdzie jest i że to tylko Kurka. Jej były uczeń. Nie żaden kultysta. Patrzył na nią z jakimś zranieniem, które bolało ją w serce. Kiwnęła mu głową na powitanie. 
Nie tak wyobrażała sobie powrót. Gdy siedziała w niewoli, sądziła, że jej siły wrócą, nie będzie czuła tych barier, znowu będzie przydatna, pogratuluje uczniowi mianowania. A okazało się, że była za słabym pasożytem.
— Spacer?
Zerknęła na pogodę poza gałęziami legowiska. Było ciepło jak na wieczór. Nie powinna tu siedzieć, chociaż nie bardzo miała siłę ruszać łapami, nawet po przespaniu większości dnia i wcześniej nocy. Przymknęła oczy i znowu mu kiwnęła, powoli wstając, jakby połamana. Ciało ją bolało, nieważne, czy odpoczywała, czy się ruszała. 
Tęskniła za tym, jak mogła szybko chodzić i miała na to siłę i wciąż wyrzucała sobie, że wtedy nie mogła powstrzymać swoich reakcji, zachowała się jak bachor, uciekając z klanu.
Przepłynęli rzekę z wyspy na główny teren. Spodziewała się, że zejdą do lasu, ale ruszyli piaszczystym brzegiem, a niebo nad nimi zaczynało się różowić.

<Kurko?>

08 czerwca 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Agresta

 — No nie dość, że zabiłaś mi brata, to jeszcze rzucasz we mnie szyszkami?! — wrzasnął, a ona w tym samym czasie rzuciła w niego kolejną szyszką, prosto w nos. — Jesteś… Jesteś najgorsza!!!
— No przestań mi to wypominać! — fuknęła, kopiąc z ziemi kolejną szyszkę. Wojna to wojna, skąd miała znać relacje rodzinne! Ktoś atakuje, to trzeba się bronić.
Wydał z siebie odgłos, który przypominał jakiś pierwotny, sfrustrowany ryk.
Wziął pierwszą lepszą szyszkę z ziemi i wycelował nią w kotkę, po czym kopnął kolejną w jej kierunku. Uniknęła jej i warknęła, skutecznie celując mu w łeb.
— I kto jest teraz najgorszy dzikusie!
— To ty zaczęłaś! Jesteś jakaś świrnięta!
— Sam mnie zaczepiasz stary dziadzie! Kot spokojnie na spacer wyjść nie może! — uniknęła szyszki, odkopując ją do niego.
— I kto to mówi? Psycholka, która zawsze z jakiegoś powodu krąży przy naszej granicy, jakby miała na jej punkcie jakąś obsesję!
— Wcale nie! W odróżnieniu od ciebie mam życie. To ty tutaj ciągle czatujesz, aż wyślą mnie na patrol!
***
*przed porwaniem Kminek do kw*
Jakoś się tak złożyło, że w którymś momencie zmęczyli się bitwami szyszkowymi i zaczęli rozmawiać. Jakoś udało im się dotrzeć przez księżyce przypadkowych spotkań do tego, że… w pewnym sensie się polubili. Do tego stopnia, że mieli regularne, małe rodzinne spotkania pod wymysłem dwunożnych między ich nowymi terenami.  Nie umawiali się zbyt konkretnie, raczej w okolice jakichś faz księżyca, zazwyczaj po prostu czekali i liczyli na szczęście, że drugie tknie intuicja i się zjawi. Dzisiaj była jej tura na czekanie, ale nie przeszkadzało jej to, bo miała w sobie najwięcej energii od księżyców.
W końcu się zjawił.
— Hej Agreeest — odezwała się pierwsza, z szyderczym, gorzkim uśmiechem — Wiesz, że starucha jest w okolicy? Odzywała się do ciebie?
<Agreście?>

07 czerwca 2023

Od Psiej Pokory (Źródlanego Dzwonka) CD. Pajączka (Pajęczej Łapy)

  — Nie możemy brać tego z czyjegoś legowiska. — mruknęła, trącając kociaka nosem, by go pocieszyć. — Spróbuj z naszego i wtedy się pobawimy, dobrze?
Usiadła, przenosząc śpiącą Moczarkę trochę bardziej na bok. Nie chciała mu zabierać tego fragmentu samodzielności, którym wykazywał się, chcąc coś zdobyć. To zawsze jakiś trening siły, możliwość obserwacji malucha, nim oni go zabiorą. Miała przeczucie, że niedługo go straci z oczu.
Nie wiedziała co myśleć jednak o jego niechęci do siostry. Z jednej strony martwiła ją ona, bo nie chciała, by któreś czuło się samotnie. Ale nie powinna ich zmuszać do pozytywnej relacji, mogła tylko próbować ich w niej pomóc. Z drugiej… Miała wątpliwości czy koteczka przeżyje. Była o wiele słabsza niż Pajączek. Może będzie lepiej, jeśli nie będzie jej lubił, gdyby miała zginąć. Z niepokojem wyłapywała na nich spojrzenia kultystów. Obserwowali ich. Szukali wymówki, by się ich pozbyć, obrócić ich przeciwko niej, zabić Moczarkę, a potem Pajączka, gdy tylko podwinie mu się łapa.
Nie była najlepszą matką, ale robiła, co mogła. Próbowała dawać dwójce maluchów uwagę, tyle ile mogła. Każdy moment, gdy jej świadomość dziwnie się nie wyłączała i gdy miała siłę zrobić cokolwiek innego niż odruchy bezwarunkowe, poświęcała im. Chyba próbowała odkupić w ten sposób powołanie ich na świat w tym okropnym miejscu. Wybielić swoją winę. Może ich imionami próbowała wymanifestować ich wspólne życie w Klanie Nocy. W końcu dobierała je tak, by pasowały do nadbrzeżnej natury.
Może zdążyłaby zabić ich i siebie, gdy przeniosą ich wkrótce do żłobka i będzie mniej świadków.
— Mamo! — zawołał czekoladowy i poczuła, jak spada, by wzdrygnąć się z szoku i spojrzeć na małego. Miał kawałek mchu obok siebie. Co powinna powiedzieć...?
— Brawo, udało ci się! Jesteś bardzo silny. — szepnęła i liznęła go po czółku. — To jak chcesz się pobawić?

<Pajączku?>

Od Psiej Pokory (Źródlanego Dzwonka) CD. Chłodnego Omenu

 — Gdzie Kiełż? Co z nim zrobiliście?
— Nie przeżył. Zbieraj się. Od dziś będziesz mieszkać w żłobku.
Ostrożnie wstała, obserwując jego łapy kątem oka, gdy brała w zęby Pajączka, by przenieść go bliżej Moczarki. Nie zamierzała zostawiać ich osobno, bo nie ufała, co mogą zrobić pozostawionemu maluchowi pod jej nieobecność. Jednocześnie, jeśli mieli coś zrobić, nie była w stanie ich powstrzymać, jak z Kiełżem. Udało jej się chwycić oba kocięta za skórę na karku, ale już czuła, że zbyt długo ich nie utrzyma i że już wylatują jej powoli z pyska. Ale stała i czekała, aż kocur ruszy się pierwszy.
Tam może będą mieli trochę spokoju. Kojarzyła, że mieszkała tam jeszcze Bielicze Pióro, ale niedługo powinna zostać tam sama. Z pewnością tylko jedna kotka i dwójka kociąt będą lepsze od trzech starszych, w tym dwóch kultystek.
***
Spędzała godziny na siedzeniu na granicy Klanu Burzy, najbliższej łączności do Klanu Wilka, ignorując sycząca na nią patrole. Nie mogła jednak zmusić się do przekroczenia linii zapachowej. Fizycznie nie mogła się do tego zmusić. Momentami wstawała, unosiła łapę nad nią i zastygała, jakby niewidzialny mur roślinności ją zatrzymywał. Po takich próbach opadała bez sił na tyłek wciąż na swojej stronie.
Podejrzewała, że w klanie krzywo na nią przez to patrzą. Ale nie mogła wybaczyć sobie, że Pajączek tam został. Pajęcza Łapa. Teraz byłby już chyba uczniem, choć mogła się mylić; jej postrzeganie czasu wciąż było… ciekawe.
Tym razem nie siedziała tak blisko granicy, ale wciąż czuła ją wyraźnie. Co jakiś czas unosiła łapę, by ją zaraz z rezygnacją opuścić. 
W swoim zamyśleniu ledwo zarejestrowała obecność samotnej biało-rudej plamy na granicy jej wizji, nie reagując jednak na nią bezpośrednio. Tylko bardziej uniosła jej się sierść na karku.
<Chłód?>

Od Źródlanego Dzwonka CD. Zanikającego Echo (Lepkich Łapek)

— Chodź, wrócimy już może. Powinnaś się jeszcze zdrzemnąć.
Kiwnęła głową i wstała, wciąż unikając jej spojrzeniem, idąc poprzez śledzenie oczami jej ogona, by na nic nie wpaść. Ten jednak wkrótce znikł, gdy kotka się odwróciła.
— Będziesz chciała jeszcze kiedyś pójść na łąkę?
Uśmiechnęła się ciepło na sugestię pod tym pytaniem.
—... Tak. Jest ładna. — mruknęła, szturchając Echo przypadkiem w bok.
— Co nie? — wymamrotała z uśmiechem w głosie. — I to jeszcze jak jest zachód słońca...
— Wschody też są ładne...
Echo polizała ją po głowie z chichotem.
— ... Z czego się śmiejesz? — spytała ostrożnie, nie chcąc brzmieć niemile.
— Jestem w dobrym humorze, po takim wyjściu z tobą.
— Oh — mruknęła zaskoczona, nie spodziewając się tego — w takim razie się cieszę!
Szylkretka otarła się o nią.
— Wiesz... W końcu z kimś tak spędziłam czas. To była fajna odskocznia.
Drgnęło jej na to ucho. 
— Rozumiem. Też nie miałam z kim wyjść... nigdzie. Kiedykolwiek. Um...— uśmiechnęła się, zawstydzona. Po chwili dodała — Znaczy! Nikogo nie obwiniam, to trochę moja wina, że nie szukałam kontaktów... — unikająco popatrzyła w niebo.
— Czemu nie szukałaś kontaktów? Wolisz sama spędzać czas?
— Niespecjalnie było wśród kogo. — skrzywiła się, w ostatniej chwili powstrzymując się, żeby nie powiedzieć, że nie potrafiła.
— Tak... Czasem ciężko kogoś znaleźć do towarzystwa. Niektórzy potrafią być… Wkurzający.
— Mhm... Szczególnie jak jest się obcym. — zaszurała nerwowo łapą — Może lepiej zacznijmy iść, nim nas świt zastanie. — przypomniała.
— Ah tak. To... Chodźmy. — zawiesiła głos. — Żeby nikt nie uznał, że znowu się zgubiłyśmy.
Prychnęła jakby rozśmieszona, jednak bez humoru. 
— Nie zgubiłabym się drugi raz w tak krótkim czasie...
— Pewnie nie... Nie jesteś w końcu tak głupia, jak ja.
Zmieszała się, nie wiedząc co odpowiedzieć oprócz pustych słów zaprzeczenia, jak potwierdzić, że tak nie jest. Kątem oka dostrzegła, jak Echo obraca na nią jedyne oko.
— Wszystko dobrze?
— Mhm, dlaczego?
— Po prostu się o ciebie martwię...
Ugryzła się, by nie zadać kolejnego takiego samego pytania, pamiętając, że Echo mogłaby źle zareagować. Zamiast tego skupiła na drodze przed nimi, znowu się rumieniąc, zawstydzona.
— To miłe z twojej strony...
Doszły już prawie do obozu.
— To... Do zobaczenia?
— Cześć... — popatrzyła się na nią, niepewna czy już powinna iść do legowiska, czy kotka jeszcze chce coś powiedzieć przez zawahanie przy pożegnaniu. Ta jednak tylko machnęła ogonem i poszła do legowiska.
  Następnym razem zdążyły wyjść dopiero w zimie, gdy Echo podeszła, witając się niemym szturchnięciem nosem.
— Masz czas? Bo wiesz, chciałabym z tobą gdzieś wyjść… — zrobiła ruch łapą, jakby coś chowała. Przekrzywiła głowę, zdziwiona niezapowiedzianym spotkaniem. Ale była już po treningu i trochę po nim zdążyła odpocząć, więc nie miała nic przeciwko.
— Jasne. — uśmiechnęła się szeroko.

06 czerwca 2023

Od Kminkowej Łapy (Źródlanego Dzwonka) CD. Zajączka (Zajęczej Troski)

 Z bólem przyszła do żłobka wymienić posłania, tak jak kazał jej Trzcinowa Sadzawka. Nie miała na to ochoty tak od razu po treningu. Miała wciąż zabłocone łapy i było jej zimno.
Nawet nie zdążyła zrobić tego, co miała, gdy jeden z dzieciaków Zdradzieckiej Rybki zaczął skakać w jej kierunku.
— O dzień dobry! Słoneczko ładnie świeci dzisiaj na zewnątrz? Chciałabym sama móc wyjrzeć i zobaczyć, ale to białe coś zasłania mi widoki!
Kminek spojrzała w stronę wyjścia, bo zdążyła zapomnieć, jaka była na zewnątrz pogoda.
— Śnieg? No słońca już zbytnio nie ma, głównie chmury z których prószy.
 — Ciekawa nazwa, ale i urocza! — co uroczego w tej nazwie? nie zauważyła, by była jakaś wyjątkowa — Jesteś Kminkowa Łapa, prawda? Mama mi mówiła, że jesteś bardzo miła. Ja mam na imię Zajączek! Czy skoro jesteś dobrym kotem, to lubisz mojego tatę? Bo wiesz, wielu mówi o nim brzydko i nie rozumiem dlaczego. Jeszcze ma takie nieładne imię, a przecież jest kochany! 
— Tak, jego imię… mogłoby być przyjaźniejsze. Nie wiem, nie znam go na tyle dobrze, by stwierdzić, czy go lubię. 
W myślach skrzywiła się na to, że była 'dobrym kotem'. Z pewnością, starsi wojownicy na pewno tak myśleli. Jasne. Bachor porypanej samotniczki nieumiejącej nawet przyznać się do swoich dzieci i zaryzykować życia, by je odzyskać.
Głęboko westchnęła. Kiedyś była też taka mała… 
— Nie chcesz może przejść się po obozie, Zajączku? Może twoja mama ci pozwoli. — zaproponowała, czując, że nie ma więcej nic do powiedzenia na poprzedni temat, a zamiast tego przypominając sobie spacer z Rudzikowym Śpiewem.

<Zajączku? :P >

05 czerwca 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Pasikonikowego Nowiu

— Chce z-zobaczyć.
Poruszyła uszami na jej gwałtowny ruch i coś, co mogła odczytać jako entuzjazm.
— A więc chodźmy. — uśmiechnęła się, powoli ruszając. Kątem oka zerkała czy Pasikonikowy Nów za nią idzie.
To miła odmiana. Burzaczka była nerwowa, ale nie miała takiej wysysającej aury jak Echo. Szła po jej lewym boku, każda na swojej stronie granicy, spojrzeniem wodząc wszędzie wokół, oprócz niej. Ale musiało być w niej też coś podobnego, bo momentami zapominała z kim idzie i chciała przylgnąć odruchowo do boku, aby uniknąć niepotrzebnych kłótni. 
Wśród piaskowych wydm dało się już dojrzeć szare plamy, więc przyspieszyła. Przysiadła na kamieniu, trochę podkurczając łapy pod siebie, nie chcąc całkowicie się składać, gdyby pojawiło się zagrożenie. Oglądnęła się na szylkretkę, niepewnie dosiadającą się obok. Gdy już się umościła, przymknęła powieki, unosząc głowę ku słońcu.
Nagle towarzyszka wydała z siebie pisk bólu, rzucając się do tyłu, machając łapą. Liliowa zerwała się, zaskoczona i napuszona, nie wyczuwszy wcześniej żadnego zagrożenia. Wciąż go nie widziała, dopiero przy przyjrzeniu się wciąż ruchomej kończynie kotki dostrzegła kraba, trzymającego się jej sierści. Zwierzę puściło się i ruszyło za to w stronę młodszej, która odruchowo chciała go ugryźć i przez to dziabnął ją w pysk. Wydała z siebie ciche “ow”, nie wiedząc co zrobić i widząc tylko biel z bólu. Kucnęła przy ziemi i przetrzymała jego górę. Ściągając go uciskiem łapy, czując, jak kurczowo się jej trzyma i gdy się jej udało go pozbyć, odskakując na bezpieczną odległość. Skubany robił agresywne ruchy w jej stronę, ale nie ruszał się z miejsca. — Zmywamy się, chodź. — zarządziła, nie spuszczając z niego spojrzenia.
Taktycznie wycofały się w stronę, z której przyszły, chwilę jeszcze gonione przez skorupiaka. Dopiero gdy odpuścił, Źródlany Dzwonek zwolniła kroku i spojrzała na kotkę.
— Łapa cała? Żadnej krwi?

<Pasikonik?>

19 maja 2023

Od Źródlanego Dzwonka CD. Kurkowej Łapy (Gawroniego Obłędu)

 — Kurkowa Łapo, zostaw. — mruknęła, okrążając go, by stanąć z przodu. Widząc niegasnący ogień w jego oczach, zamknęła swoje. — Proszę. Chodźmy na trening.
Pchnęła go lekko w stronę wyjścia z obozu.
***
Jej wojenny trans prysł, gdy spotkała się z biernym ciałem. Na początku go nie poznała. Gotowa była zagryźć jak poprzednich. Ale jak mogła skrzywdzić kogoś, kto był dla niej jak syn? Nawet brak wcześniejszego myślenia i całkowite poleganie na intuicji w poruszaniu się po polu bitwy nie mogły jej pozwolić na to. Coś pękło razem z tą mgłą wokół wizji i cały ciężar przeszłym wydarzeń spadł nagle na jej plecy, zginając łapy i wyciskając łzy z oczu. Jednocześnie jakby wszystko zniknęło z jej myśli, była tam tylko czarna pustka. Nie czuła się, jakby była w swoim ciele.
Nie pamiętała potem, jak znalazła się poza terenami Klanu Wilka i w obozie.
***
Miała rację, nie chcąc tu wracać. Może nie spotkało ją tyle krzywych spojrzeń, co Zdradziecką Rybkę, czy Zanikające Echo. Ale wciąż je widziała, nawet próbując nie wchodzić z nimi w interakcję. Echo nie chciała się do niej odzywać, Trzcinowa Sadzawka wylądował w starszyźnie, zbyt blisko szylkretki, która wysysała z niej teraz energię, którą ledwo miała. Próbowała tam wejść raz, na tyle pozytywnie nastawiona, na ile mogła, i spotkała się ze ścianą. Rudzikowy Śpiew był martwy, połowy kotów w klanie już nie znała. Nie mogła się zorientować w nowej rzeczywistości. Kolejna liderka szybko zginęła.
Nie wspominając o tym, jak wyżerały ją wyrzuty sumienia o te wszystkie życia, które zginęły na tej wojnie. Domyślała się, że nie chodziło im tylko o ratunek jej - to byłoby nieopłacalne. Ale nagonka spadła na nią. Nie chciała, by oni zginęli. Teraz sama nie mogła zginąć, bo ci zmarli zatłukliby ją w Klanie Gwiazdy. Chociaż czy tam by trafiła? Oni tylko dołączyli do tych, których zabiła i przeczuwała, że szala wcale nie przechyla się ku jasności po śmierci.
Dlatego siadywała w okolicach granicy Klanu Burzy, okupowanego przez Klan Wilka wpatrując się w niewidzialny punkt. Wahała się. Wszędzie było źle. Nie chciała być tu. Ani tam. Ale tam było dziecko, którego istnienie było jej winą. Chciała przy nim być. Ale te życia, które zginęły przez nią… zmarnowane… i te wygasłe na jego rozkazy, tam. Byłoby ich pewnie więcej. Ale skoro już była potępiona… Wyłączenie myślenia i po prostu słuchanie instrukcji w tym momencie brzmiało cudownie.
Siedząc w swoim zwykłym miejscu, półprzytomnie rozpoznała rytm kroków ucznia... byłego ucznia. Nie oderwała więc oczu od granicy, wiedząc, że nie musi spodziewać się ataku,

<Kurko?>

Od Źródlanego Dzwonka CD. Pasikonikowego Nowiu

Było coś miłego w zbieraniu kwiatów, skupieniu, jakie było potrzebne, by zerwać je tuż przy ziemi. Chociaż trochę zrzedła jej mina, gdy musiała zapleść je tak, by się nie rozwaliły. Przetrzymywanie wszystkich łapą i zaplatanie było trochę… mieszające w oczach z tak bliska. Zapytana o to, jak jej idzie, bez zgrywania mądrej, przyznała się od razu, że iść, nie szło. Rozlatywało się w pozycji leżącej. Co nie było zbyt dobrym sygnałem, chociaż nie wiedziała też, do czego konkretnie dążyła. Jak to ma wyglądać.
Szylkretka zbliżyła się, zaskakująco blisko, zakładając, że były z różnych klanów. Potencjalnie mogły się nawzajem pozabijać. Gdyby był tu jakiś uczeń i ktoś przekroczyłby granicę, pewnie by tak było. Ale były tu same, a życie liliowej nie było warte zbyt intensywnej samoobrony. Więc dlaczego nie podjąć ryzyka? Obie widocznie czuły z tym dyskomfort, bo unikały swoich spojrzeń.
— M-musisz m-mocniej ściskać. — poradziła.
— A wszystko inne dobrze? — zapytała, bo zwątpiła w swoją logikę.
Kotka wydała z siebie potwierdzający pomruk i cofnęła się. Trochę ją ta ucieczka zabolała w serce, ale zignorowała to obce uczucie.
Udało im się skończyć wianki i dopiero wtedy im przerwano.
Zastrzygła uszami. Kroki po stronie Klanu Burzy. Dźwignęła się na łapy, nieśmiało przesuwając swój wianek ku kotce, obawiając się śmiałego ruchu położenia go jej na głowie.
– Ktoś idzie, muszę iść. Do zobaczenia – mruknęła cicho, uśmiechając się przepraszająco. Czmychnęła w dal, zostawiając zbierane wcześniej zioła, o których dawno zapomniała. Trochę potem tego żałowała, bo ten ktoś najwyraźniej poszedł inną drogą; nie słyszała żadnych głosów. Ale głupio byłoby zawrócić i przyznać się, że czuwała w pobliżu, czy kotka znów nie zgubi się poza granicą.

<Pasikonik?>

07 kwietnia 2023

Od Psiej Pokory (Źródlanego Dzwonka)

Poruszyła zirytowana nosem, czując silny zapach mięty, którego źródła nie mogła dostrzec. Obróciła się wokół własnej osi, ostrożna, by nie spaść z wysokiego drzewa, na którym wcześniej siedziała. Nie było nic takiego, co mogło wydzielać ten smród. Westchnęła, zeskakując na najniższą gałąź po przeciwnej stronie pnia. Przekrzywiła głowę, zaskoczona.
— Pasikonik? — zawołała do kotki na ziemi. Ta niepewnie się uśmiechnęła. Odwzajemniła to i zeskoczyła do niej. Zaczęły iść przed siebie, by przestać, dopiero gdy zza krzaków wyskoczył ciemny kocur.
Oplotła czerwono-różowy łańcuch wokół kamienia i z satysfakcją zerknęła na szarą kotkę, czekając na pochwałę za swój pomysł co zrobić z agresywnie samotnikiem. Nie dostała jej, bo w pysku starszej wisiała czarno-ruda skóra, zajmująca jej całą uwagę. Odwróciła się więc. Popchnęła kamień, by ten wpadł na zakrwawiony organ, tworząc mały ołtarz. Tyle. Jej praca została ukończona. Uniosła głowę, znów szukając czegokolwiek u matki i krzyknęła, widząc zbyt znajomy wzór na głowie trupa. Cofnęła się, straciła grunt pod nogami, zaczęła spadać…
Z niepokojem rozejrzała się, mając nadzieję, że Pasikonikowy Nów była cała. Tak, leżała kawałek dalej, oddychając. Odetchnęła.
Przebiegła przez wyjście legowiska i znalazła się w gęstym lesie u boku Echo. Z pyskiem przy ziemi śledziła trop, pilnując się boku kotki czuciem, ufając, że przypilnuje, by na nic nie wpadła. Trop urwał się nagle i równie niespodziewanie zatrzymała się, rozglądając z otwartym pyskiem. 
Towarzysząca jej kotka trąciła ją, obejmując plecy ogonem. Źródlany Dzwonek uśmiechnęła się radośnie na tę bliskość i oparła o nią.
— Nie martw się, jeszcze coś znajdziesz, Myszko. 
Mruknęła coś, dając znać, że nie jest tego taka pewna i wyciągnęła grzbiet, śledząc dotyk nakrapianego ogona.
— Muszę, byłoby niezręcznie wyjść na polowanie i wrócić z pustymi łapami. — przypomniała, kierując nos z powrotem w źdźbła trawy. Poczuła, jak Echo obok sztywnieje i usłyszała, jak parska.
— Aha, czyli zależy ci bardziej na jakiejś marnej zdobyczy niż spędzaniu ze mną czasu?
Zatrzymała się w bezruchu na kilka uderzeń serca, ważąc swoje opcje i uspokajając zirytowanie, które nagle się w niej obudziło. Dla złagodzenia humoru oparła się o nią mocniej, chcąc mruczeniem zagłuszyć jej obruszenie. 
— Oczywiście, że nie! Ale przecież polując spędzamy ze sobą czas! — wyjaśniła. Lubiła przebywać z przyjaznymi kotami. Echo była jednym z nich. A skoro musiały wypełniać obowiązki, mogły to wykorzystać, by być razem.
Po energii u jej boku czuła, że biała nie kierowała się taką logiką.
— Na pewno to nie jest wymówka? Hm? Jeżeli ci na mnie nie zależy, to po prostu to powiedz. Czekam.
Otarła się czołem o podbródek kotki, nie odpowiadając, ważąc słowa i próbując znaleźć powiązania. 
— Może… może omówmy, jak lubimy spędzać czas i znajdźmy wspólny grunt. Bo zależy mi na tobie, Echo. Nie chcę, żebyś tak myślała. 
— Na pewno? Czy po prostu znowu mnie okłamujesz?
Położyła uszy, czując, jak zaczyna jej się ciężej oddychać. Miały już setki takich rozmów i nigdy do niczego nie dochodziły. Nie była kłamcą, a szylkretka ciągle jej to wypominała i powoli traciła świadomość tego, czy widzą ten sam świat i czy jej pamięć dobrze funkcjonuje.
— Mówię prawdę, na pewno. Lubię cię. Jesteś moją przyjaciółką.
Odpowiedziała jej krótkim mruczeniem i delikatnym muśnięciem języka na policzku.
— Mam nadzieję, że nie wciskasz mi kitu. Wtedy nie byłoby miło, prawda?
Zmiękły jej łapy. Podkręciła przecząco głową.
— Wiesz, byłabym na ciebie bardzo zła...- wymruczała jej do ucha — Przecież tyle dla mnie znaczysz... Ale nie powstrzymałabym się przed niczym. Nie lubię, jak ktoś mnie krzywdzi. Nie chcesz tego doświadczyć.— zębami zahaczyła o małżowinę, by po paru chaotycznych uderzeniach serca, dodać ciepłym tonem — Nie myśl o tym.
— Z-zrozumiałe. — łapy drżały jej w zgięciach i nerwowym spojrzeniem szukała czegokolwiek, co zadziałałoby jako rozpraszacz. — Możemy... Usiąść tam pod drzewem? — przełknęła ślinę — Może jak posiedzimy, coś samo przyjdzie i da się upolować…
Starsza wzruszyła ramionami.
— Skoro tak ci na tym zależy…— znów objęła ją ogonem.
Skinęła i ruszyła ku ratunkowi, otrzepując się, by zrzucić stres. Ciężko opadła na ziemię, opierają grzbiet o drzewo i śledząc towarzyszkę oczami. Ta położyła się tuż obok, liżąc ją za uchem. Przymknęła oczy, delektując się ciepłem drugiej istoty. Chciałaby, żeby te pieszczoty trwały wiecznie…
— Ostatnio ktoś nauczył mnie robić wianki... Może kiedyś pójdziemy na kolorową łąkę, jak wtedy? — zaproponowała lekkim tonem, nie myśląc, że wywoła to negatywną reakcję. 
— Z kim to tak mile spędziłaś czas? — dalej lizała ją po głowie, ale znowu wydawała się chłodna. Automatycznie ją to zaalarmowało. Nie mogła powiedzieć, że myślała o Pasikonikowym Nowiu. Echo mogła źle zareagować na wzmiankę o Klanie Burzy. Mogła je obie wkopać. 
— Z... Takim jednym... To nie ma znaczenia. — podkręciła głową 
— Z kim? No pochwal się, z kim to tak czas spędzałaś, mając mnie w nosie... Z chęcią posłucham.
Skrzywiła się na jej oskarżenia. Nie chciała się czuć nimi zmęczona. Miała wrażenie, że to niesprawiedliwe względem Echo. Wzięła głęboki wdech.
— ... Kimś. I nie mam cię w nosie! Po prostu byłam na spacerze! — przylgnęła do niej, jak tylko było możliwe, chcąc fizycznie ją zatrzymać, czując, że się od siebie w jakiś sposób oddalają.
— Aby na pewno? — położyła pysk na jej boku — Wiesz, nie jest mi chyba tak spieszno do grobu, by szukać kogoś innego!
— Co ma grób do kogoś innego...? — zmarszczyła nos. Przecież mogła dzielić swój czas między kogoś a Echo. 
— Przestań udawać, że nie wiesz, o co chodzi. Chciałabyś się mnie pozbyć, by mieć już spokój, co? Kiedy ja tak próbowałam o ciebie dbać i naprawdę cię lubię... To przykre, że już poszukujesz innych na zabicie czasu, gdy mnie nie będzie. Może nawet wbijesz mi pazury w gardło? Hm?
Zakręciło jej się w głowie. Na chwilkę zapatrzyła się w szarawą trawę, czując, jak ciężar miażdży jej brzuch i płuca.
— Nie jestem mordercą. — położyła uszy, odsuwając się od niej, zraniona i obracając na drugi bok, by ją widzieć — I wcale nikogo nie szukam na zamianę! Przecież tu jestem!
Szylkretka zaśmiała się.
— Ah tak? Tak? To czemu wcześniej nie mówiłaś mi o tym, że się z kimś spotykasz? Czemu to przede mną ukrywałaś?!
— Nie spotykam się, wpadłam na nich przypadkiem i znamy się tylko przelotnie! — skuliła łapy bliżej siebie, chowając głowę w ramionach, wodząc spojrzeniem gdzieś po niewidzialnych rozpraszaczach. 
— Mówisz? Przelotnie? — syknęła przez zęby i gwałtownym ruchem łapy ściągnęła jej głowę do ziemi, zostawiając ucisk. —Patrz na mnie, gdy do ciebie mówię! Kto to jest?!
Zaskomlała, z przerażeniem w oczach.
— Nikt w-ważny!
— Ktoś z klanu? — czuła pazury wnikające powoli w jej skórę. Zacisnęła powieki. — Powiedz mi do jasnej cholery!
— Nie! Nie jest od nas! — wypiszczała, jedną łapą zahaczając o jej łapę, jednak bez użycia zbyt dużej siły, chcąc w jakiś sposób ją zatrzymać samym gestem, nie robiąc jej krzywdy. To by zakończyło ich przyjaźń. Nie mogła.
Ale starsza nie obawiała się tego, bo uniosła łapę. Źródlany Dzwonek spodziewała się, że humor kotki znowu się zmienił i zaczęła się powoli podnosić. Zdążyła dostrzec jej rozwścieczony wyraz pyska, nim jej głowa odbiła się od ziemi pod naporem gwałtownego uderzenia. Zamroczyło ją, zatrzęsło. Głucho jęknęła, czując pieczenie skóry i powoli wyciekającą krew ze szram. 
— Przestań zaprzeczać! Czemu wszystko ukrywasz?! Masz mi mówić wszystko, co może zaszkodzić w naszej relacji!
Ledwo rozumiała jej słowa przez szum w uszach. Znowu podniosła się z trawy, ograniczając się do siadu. Wciąż miała ciemno przed oczami. Przede wszystkim, buzowała w niej złość, podbijana szokiem.
— Mówię prawdę! Nie jest stąd! — podniosła głos, tupiąc łapą.
— Ah tak? To skąd niby jest?! — wydarła się tak, że młodsza się cofnęła.
— To samotniczka! — palnęła.
Minęły dwa uderzenia serca, nim Zanikające Echo się odezwała 
— Jaka znowu samotniczka?! Zdradzasz klan czy jak?!
— Nie! — fuknęła, cała nastroszona, czując ból w sercu — Po prostu się spotkałyśmy kilka razy! Jest niegroźna!
Wojowniczka westchnęła, jakby rozprawiała się z krnąbrnym uczniem. Liliowa uniosła łapę, krzywiąc się na jej wyraz pyska.
— Z tobą się nie da rozmawiać... Chciałam tylko wiedzieć, czy nie spotykasz się z kimś podejrzanym, a ty od razu się wściekasz!
— Ja?! — praktycznie na nią splunęła. — Pewnie, wszystko to moja wina! — Machnęła agresywnie ogonem i odwróciła się z zamiarem odejścia, nie zwracając uwagi, że zabrzmiała jak przyjaciółka.
Za sobą usłyszała warknięcie i nim się zorientowała, czekoladowa pociągnęła ją za kark po ziemi. Obezwładniła ją swoim ciałem.
— Tak, wszystko to twoja wina, bo nic mi nie mówisz!
— Jak tak reagujesz, to chyba faktycznie zacznę ci nic nie mówić! — warknęła przez zęby, czując, jak gorące łzy frustracji wypływają jej spod powiek, nie robiąc nic, by wydostać się spod kotki.
— Reaguję tak, bo spotykasz się z kotami, którym nie wolno ufać! Nigdy nie możesz być pewna, czego od ciebie chce taki samotnik! Uspokój się i pomyśl logicznie!
— Bo co! Nikt nie mówi nic o ufaniu im! Przecież nie zrobi mi krzywdy, umiem się bronić!
— Skoro spędzałaś czas z tą samotniczką, musiałaś jej zaufać. A skąd wiesz, jakie miała intencje? Później taki samotnik może ci wbić pazury w gardło i co wtedy?
— Nie zrobiłaby tego.
— A ty dalej swoje... Nie możesz być tego taka pewna. Każdy może cię zdradzić w najmniej możliwym momencie, tym bardziej obce koty. Jak jesteś z kimś bliżej, znasz go lepiej i wiesz, czy byłby do tego zdolny. Za to nie wiesz wszystkiego o takiej obcej pannie…
Prychnęła, nie przyjmując takiego tłumaczenia i podparła się łapami o ziemię, z zamiarem wyrwania się jej.
— Przestaniesz w końcu?! — warknęła starsza, chwytając ją za szyję. Charknęła, zastygając w bezruchu. Mimo to nie została uwolniona. Coraz bardziej kaszlała, po chwili zaczynając się szarpać, coraz bardziej panikując, miarodajnie z zanikającym widokiem trawy przed oczami. Czerń coraz częściej powracała, dźwięki zaczęły się ściszać.
***
Czuła jak coś zaciska się jej na szyi, więc drapała w nią, ryła, mając wrażenie, że jej pazury zaczepiają o jakieś ciało obce. Czuła powoli cieknącą ciecz na jej szyi. Na języku smakowała zapach krwi. Chyba była gotowa przebić się do organów w środku. Może wyrwałaby sobie język, struny głosowe, cokolwiek, byle nie wydawać już dźwięków, które tak ją żenowały. I nagle siła puściła, a wraz z nią zniknęła energia w kończynach i bezwolnie opadły jej na ziemię.
Słyszała swój płytki, spanikowany oddech. Myśl o łące już jej nie uspokajała, jakkolwiek próbowała się w niej zatracić. Ten sen pojawiał się tak często, że nie wiedziała już, czy naprawdę nim jest, czy to coś, co wydarzyło się naprawdę. Ale Echo taka nie była. Niesprawiedliwie projektowała na nią swój ból fizyczny. Dla pewności nacisnęła na policzek, szukając szram albo siniaka po uderzeniu. Nie było. Ciężko westchnęła, to tylko zmora, nic realnego.
Wpatrzyła się w mrok nocnego nieba. Kociaki spokojnie spały, wciąż z zamkniętymi oczami. Było za wcześnie, by orientowały się w swoim nieszczęściu.
Zginą tu wszyscy troje. Nawet, teraz gdy zrosła się jej złamana łapa i jeśli może niedługo pozwolą jej wyjść, nie może zostawić tutaj maluchów. 
Myśli w spirali zasugerowały jej, że zrobili to po to, by ją tu zatrzymać. Oczywiście, było to niemożliwe. To był przypadek, na logikę rozumiała. A oni nie mieli po co tego robić; jedyne co robiła to… ukrócenie cierpienia kilku istot. Jakiejś samotnej matki. I innych, których pamiętała jak przez mgłę. Takie zadania mógł robić ktokolwiek. Nie była pewna, czy kiedykolwiek dałaby się przekonać do ich powodów. Teraz robiła to, by dać im poczucie kontroli, władzy, by po prostu oszczędzić sobie cierpienia. Nie zamierzała odgrywać twardej bohaterki jak Nocna Tafla; bez sensu. Niepotrzebnie sprowadzała na siebie cierpienie. Ból, który nie był ani przyjemny, ani potrzebny.
W pewnym sensie zazdrościła tym samotnikom. Była zmęczona. Czasami przez myśl przeszło jej sprowokowanie Sosnowej Igły, by wykorzystać jej zamiłowanie do bójki, wrzucenie się do więzienia Puszka na głowę, zjedzenie napotkanych roślin. Tutaj wciąż miała dostęp do jednej z tych opcji. Mogła po prostu nie obudzić się po nocy, chociaż to wymagało powodu. Czemu jeszcze się tu trzymała? Nie chciała dać im satysfakcji czy miała jeszcze jakąś podświadomą nadzieję, że się wydostanie? Coraz mniej w to wierzyła. A nawet jeśli… Dawno zaczęła wątpić w swoje chęci powrotu do Klanu Nocy. Nie chciała, by mieli świadomość wydarzeń z jej pojmania. Tego, że dała się złapać i nie podejmowała prób ucieczki. Nie sugerowała się już nawet tym, że nie szukali. Nie, sama by siebie nie szukała. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby ktoś zginął za nią, bo była tego po prostu niewarta. 
Może też bała się wrócić, obawiając się ich reakcji. Powracający z niewoli w Klanie Burzy ogłaszani zdrajcami nie dawali jej zbyt dużej nadziei na przyszłość poza Klanem Wilka. Ona nie wierzyła w ich zdradę, ale czy ktoś uwierzy w jej niewinność? Nigdy nie zdradziła tu nic dotyczącego ich społeczności, ale oni o tym nie wiedzieli. Gdyby ogłosili ją zdrajcą… wątpiła, by jej nerwy to wytrzymały. Mogła tylko liczyć na mądrość Rudzikowego Śpiewu. Pomysł powrotu wywoływał u niej większą panikę, niż zostanie tutaj, zaobserwowała, gdy nerwowo uderzała ogonem w ziemię. Gdyby teraz została sama w obozie, nawet bez kociąt… uciekłaby? Błaganie, bronienie się przed tym, wydawało się bardziej przekonujące, niż wolałaby się przyznać. Co więcej, gdyby wiedzieli, co zrobiła... Tutaj nie było terenu czy uczniów, których chciała bronić. Nawet broniąc Klanu Nocy, nie zabiłaby matki z kociakiem. Tutaj zrobiła to z własnej woli. Własnego tchórzostwa, uciekania od cierpienia. Jak miała z nimi walczyć, gdy nie potrafiła spojrzeć nikomu w oczy. Gdy przypadkiem ich spojrzenia się spotykały, nawet nie mogła wytrzymać uderzenia serca.
Nie chciała kolejnych ran. Od nich mogła sobie to jakiś wytłumaczyć. Ale od kotów, które były jej jakkolwiek bliskie i mogły się od niej odwrócić… Nie mogła przekonać się do myśli, że zobaczą ją taką. Nigdy nie była najpiękniejsza z jej tendencjami do blizn, nudnym futrem i jeszcze nudniejszym charakterem. Nic nie przekonałoby ich do rozmawiania z nią teraz. Jej umiejętności ją zawiodły tyle razy. Przepełniał ją wstyd gorszy niż kiedykolwiek. Nic jej nie zostało.
Czy kiedykolwiek byli jej domem? Została z przymusu. Nie mogła wyobrazić sobie już komfortowego życia z pierwszą rodziną. Ale w retrospekcji nic nie trzymało jej w klanie. Nie miała do czego wracać. Nie szukali jej. Echo nie chciała jej widzieć, o ile jeszcze żyła, zważywszy na jej wiek. Cisza, gdy ostatni raz się widziały, była dusząca. Gdy odchodziła, miała nadzieję, że może ją zatrzyma. Ale tego nie zrobiła i jej przepowiednia spełniała się, bo została teraz sama, umrze, nikt jej pewnie nie pochowa. Rozłoży się w jakiejś dziurze albo ją zeżrą. Nie, żeby po śmierci ją to obchodziło.
Przypomniała sobie, jak reagowała na próby bliskości Echo. Jak sztywna w ich czasie była. Teraz było jej tak głupio i tęskniła za tym. Obiecała sobie, że jeśli Echo będzie chciała mieć z nią cokolwiek wspólnego, już tak nie będzie. Przestanie wydziwiać. Jeśli wróci, postara się jeszcze bardziej by być lepsza, zadowolić ją, by ją chciała. Naprawi to. Tęskniła za nią i wyrzucała sobie swój egoizm, że myśli o niej tylko dlatego, że jako jedyna poświęcała jej uwagę. Rozpamiętywała dotyk i pragnęła, by powrócił. Marzyła o przytuleniu się, jakimkolwiek komforcie dotyku. Mógłby być nawet ten bolesny. Cokolwiek innego niż ta pustka. Chciała móc odwzajemnić to, spleść swój ogon z jej. Ale nie mogła przez jego długość. Bolało ją to bardziej niż kiedykolwiek. Świadomość tego wybrakowania sprawiła, że chciała uciec, schować je, całkiem uciąć ten kikut albo doczepić jakąś trawę, by imitowała resztę.
Jeden maluch wbił małe pazurki w jej brzuch, zaczynając ugniatać i gryźć. Zacisnęła powieki, nie pamiętając już, o czym myślała.
Po chwili znowu świadomie patrzyła na migające światełka. Gwiazdy… 
Skrzywiła się, gdy jej myśli popłynęły w stronę analogicznego Klanu Truposzy. Już przez chwilę myślała, że w nich wierzy. Głównie przez tamto zgromadzenie, gdy zdawali się opętać ciała kotów wokół. Z czasem znowu skłaniała się ku temu, że to po prostu masowa halucynacja spowodowana głodem i napięciem. Jak mogła uwierzyć w nich i ich moc, jeśli pozwalali na istnienie takiego Klanu Wilka, z całymi obecnymi w nim patologiami? Jeśli byli tak potężni, jak wierzyła taka Tulipanowy Płatek, chociażby, czemu po prostu nie rzucili w Mrocznego Omena piorunem? 
Czemu zesłaliby na nią tyle kłód? Czym sobie zawiniła w tym albo poprzednim wcieleniu, jeśli takie miała, by każdy jej nienawidził i by nie miała domu i żadnej szansy na niego i nawet nie mogła mieć żadnej tożsamości, która nie ciągnęłaby za sobą bagażu. Karali ją za wcześniejszy brak wiary? Jakim prawem? Jedyne co zrobili, to zdechli! Czemu mieli decydować o tym, co kogo spotyka i jeszcze pozwalać na tyle złych rzeczy, gdy mogli je ograniczyć! Mieli ją potępiać przez to, że musiała robić pewne rzeczy, by móc przeżyć?! Faszerują kociaki, nawet obce, bo przecież jedną z pierwszych rzeczy przedstawionych jej była ich wiara, strachem przed wiecznym mrokiem, gdy często nie ma się wyjścia, bo życie nie działało tylko jako całkowite dobro lub całkowite zło. 
Machnęła agresywnie ogonem, trzęsąc głową, nie chcąc nakręcać się w swojej złości.
Koniec końców wszystko było bez sensu.
***
Przyszli, gdy bawili się kulką mchu, turlając ją między sobą.
— Bierz dzieciaka. — Nawet nie oglądnęła się na nich, chwytająca w zęby bliższego Pajączka. — Nie tego. Ją.
Czuła fale niepokoju, gdy ostrożnie odstawiła synka i zamieniła go na Moczarkę. To był inny niepokój, niż gdy przychodził Gęsi Wrzask. Bardziej… bardziej jakiś, ale już była zbyt zmęczona, by to nazywać. Serce tłukło jej się w klatce piersiowej. Wstała z ziemi, z małą zwisającą z pyska. Spojrzała na czekoladowego, krótko głaszcząc go łapą, w niemej prośbie, by był grzeczny i wyszła za nimi. 
Wlokła się za nimi, nerwowo zerkając na ich pyski, próbując domyślić się, o co chodzi. Wyszli za obóz. Nigdy nie wychodzili za obóz. Coś się działo.
Liliowa wyczuwała jej niepokój i kwiliła. Uciszała ją pomrukami, które niewiele dawały.
— Podrzucimy ją do Klanu Burzy, niech im marnuje żarcie. — łypnęła na kultystę. Wciąż nie wiedziała, co stało się z drugim kocurkiem. Wątpiła, by był żywy. — Po drodze odwiedzimy twojego podopiecznego. 
Nie ufała temu chichotowi. Chciałaby iść spać, a nie chodzić z dzieciakiem i tymi zjebami po nocy…
Ale podrzucenie do innego klanu… mogło być dobrym wyjściem. Będzie mogła podpytywać Pasikonikowy Nów o losy małej. Jeśli ją znajdą. Jeśli ona przeżyje. Jeśli wypuszczą ją kiedykolwiek. 
Bolały ją już łapy od marszu — jej organizm wciąż się regenerował po stworzeniu nowych istnień. Bała się, że Moczarka zmarznie, wypadnie z jej pyska, albo przypadkiem ugryzie ją za mocno. Nie chciała jej robić krzywdy.
Może gdyby czuła się lepiej, już wcześniej zaczęłaby wątpić w ich słowa. Po klanie nosiły się przewidywania wojny. Z Klanem Burzy. Udawało jej się czasami coś usłyszeć, choć głównie skupiała uwagę na tym, co wmawiają kultyści jej dzieciom i na tym, by umilić im dzieciństwo, jak tylko mogła, by miały do czego odnosić się w przyszłości, gdy rozpocznie się piekło. Miłe wspomnienia były przecież ważne.
Powoli mrugnęła, chcąc wyostrzyć rozmazane kształty drzew. Niedługo będą u Puszka. Potem podrzucą ją na granicę… wrócą do domu. Do Pajączka. Na szczęście on wydawał się dość zdrowy. Na tyle, by się go nie pozbyli.
Ktoś zapytał ją, czy nie pomóc jej z Moczarką. Podała ją kotce, chcąc mieć siłę, by trzymać ją jej ostatnią drogę, gdy załatwią już pierwszy punkt wyjścia. Nie, żeby mogła jej odmówić.
Kazali jej się zbliżyć do więziennej dziury. Zrobiła to sztywno, spodziewając się, że znowu ją tam wepchną. Łapą oddzielała od niej Moczarkę. Mogą wepchać je tam razem. Obroni ją. Odwróciła głowę, by zerknąć na nich kątem oka, szukając czegokolwiek. Musiała coś podświadomie wyłapać z ich postur, bo gwałtownie schyliła się. Miała małą już w zębach, już miała zacisnąć na niej porządnie szczęki, gdy siła uderzyła w nią od tyłu. Kociak poleciał. W dół. Gdzie czekały już szczęki tego dzikusa. Głośno nabrała powietrza, co szybko przerodziło się w przerażony krzyk i skoczyła za nią, ze źrenicami wlepionymi w rude futro, którego właściciel nie zwracał już na nią uwagi, schylony, skupiony na rozrywaniu mięsa. Z głośnym sykiem wleciała mu na grzbiet, odpychając z całą posiadaną siłą. Za późno.
 Cicho stanęła nad kociakiem. Najwyraźniej zasnął, czekając. Czy mogła… skończyć jego cierpienie teraz?... Nie, nie miała serca. Nie dałaby rady. Jak bardzo chciałaby mu tego oszczędzić.
Wzięła go delikatnie za skórę. Poruszył się. 
— To ja. — szepnęła przez zęby, wchodząc na ich miejsce. Położyła go na mchu, delikatnie liżąc po plecach. — Śpij, kochanie.
Maluch zamrugał, ale że dopiero ledwo się przebudził, szybko wrócił do tamtego stanu. Objęła go łapą, by oprzeć na niej głowę, tuż nad nim. Czuła wąsami jego oddech. Przymknęła oczy, skupiając się na nim, by nie zacząć płakać. 
Może… mogliby spróbować uciec. Jak już wojna do nich dotrze…
***
Nie słyszała nic o tym, co będzie z nią w czasie gdy zaczną się bić. 
Nie podobało jej się to. 
Chciała móc zacząć planować ich trasę ucieczki. Wiedzieć, czy w ogóle będą mieć na nią okazję.
Ale czuła, że prędzej wyślą ja na front. Czemu mieliby ją tu zostawiać, jak mogli się jej pozbyć. Tak interpretowała zdegustowane spojrzenia.
Jednego ranka, gdy Pajączek już się obudził, a reszta spała, przerwała mycie go. Nie była dobra w takie rzeczy. 
— Wiesz… — szepnęła, kładąc głowę na ziemi, by być blisko — Jak zostaje się wojownikiem, to się walczy. Na pewno już o tym słyszałeś… i niedługo będziemy się bić z innym klanem. Ale tutaj będziesz bezpieczny. Tylko… może mnie przy tobie nie być, gdy będą się działy. Czasami koty znikają w czasie takich wydarzeń. Albo wracają… inne. Postaram się wrócić. Bo cię kocham, pamiętaj. Twoi bliscy stąd… mogą w przyszłości ci mówić, że tak nie jest, ale bardzo, bardzo cię kocham. — liznęła go dla podkreślenia — I ten klan nie jest do końca miłym miejscem. Nie musisz zgadzać się na wszystko, czego będą od ciebie żądać. Jeśli kiedykolwiek będzie ci tu źle, nie bój się szukać szczęścia gdzieś indziej. Gdziekolwiek będziesz i kimkolwiek się staniesz, będę cię kochać tak samo. Jak będziesz się bać, smucić, martwić, cokolwiek, zawsze możesz mi o tym powiedzieć.
Znowu zajęła się myciem go, odrobinę bardziej przytulając do siebie.
  Chciałaby nie znać wojennych okrzyków. Ale było o to ciężko, gdy trzeci raz było się w atakowanym obozie. 
Mogła tylko blokować Pajączkowi dostęp do wyjścia ze żłobka. Nie była gotowa mu powiedzieć, co się dzieje. Jej serce tłukło cały czas, bębniąc nieznośnie w uszach, gdy rozkojarzyła synka bawiąc się w polowanie na kulkę mchu. Być może wkradała w to wskazówki jak polować. By miał lepszy start w przyszłości. 
Towarzyszący jej stukot gwałtownie się zatrzymał, gdy do środka wpadł cień. Powoli obejrzała się na niego. Kultysta stał i patrzył. Kiwnęła mu głową, wiedząc, że to jej znak. 
Zatrzymała łapą kulkę mchu i schyliła się ku Pajączkowi. 
— Muszę iść, wiesz, ale postaram się wrócić. Kocham cię. — wyszeptała i dotknęła jego noska swoim. Ostatnio często to powtarzała. 
Szybkim krokiem ruszyła ku dorosłemu kotu, chociaż odruchowo podwinęła ogon i unikała patrzenia mu w oczy.
Pobiegli.
Dawno nie walczyła. Jej treningi z wilczakami zostały przerwane przez tamto wydarzenie. Nie była w formie, ale w momencie, gdy wpadła między koty, nie miało to znaczenia. Miała umiejętności, po prostu trochę spadły na jakości.
Niewiele myślała, gdy rozrywała jakiemuś burzakowi skórę, by zaraz doskoczyć do kolejnego. 
Pamiętała nienawiść panującą, gdy była w żłobku Klanu Nocy. Jak uwięziono ich na wyspie, jak rude futra śmiały się z nich z drugiego brzegu, jak zrujnowali życia swoich jeńców. Nie chciała, by Pajączek też tak skończył. Nawet jakby miała walczyć za klan, którego nienawidziła. Klan Burzy nie mógł wygrać.

27 marca 2023

Od Psiej Pokory CD. Chłodnego Omenu

 Wcale nie chciała, by teraz to się zaczęło. W jej planach działo się to w nocy. Gdy wszyscy spali, nikt nic nie słyszał i nie widział. 
Wydawało jej się, że Wiśniowy Świt wiedziała, co będzie się niedługo działo. Od momentu, kiedy wczoraj odrzuciła ten nędzny posiłek, który jej przynieśli, zdawała się zerkać w jej stronę częściej niż zwykle. Nawet przyniosła jej mech nasączony wodą, co bardzo ją zaskoczyło. Nie mówiła nic o tym, jak jej pysk był suchy. Nie połączyła jednak tego z… tym. Myślała, że to przez te upały. Tak samo, jak budziła się z drzemek i nie wiedziała, gdzie jest. I jak nie wiedziała co zrobić z czymkolwiek. Mózg jej się po prostu gotował w tych temperaturach. Wiedziała tylko, że coś ją stresowało. Coś, ten klan. Nie mogła pozbyć się bachorów i będą musiały tutaj żyć. Nie ochroni ich przed nimi, nie ma jak. Nie miała gdzie ich schować, gdzie będą bezpieczne, bo nawet nie mogła stąd wyjść. 
  Ale byłoby zbyt pięknie, gdyby nie miała świadków, przed którymi by się wstydziła; miejsca szczególnie nie mogła znaleźć sobie od rana, a potem kręciła się z bólu. Ciężko jej się oddychało i wraz z zębami zaciskała powieki, a w którymś momencie, gdy je uchyliła, obok widziała niebieską plamę, która coś do niej mówiła. Po chwili mrużenia oczu i skupiania się bardziej niż powinna, rozpoznała Pokrzywową Skórę. Potem zniknął, a na jego miejscu pojawił się on, medyk, który ją bardziej stresował, niż pomagał. Wolałaby tamtą medyczkę… 
Wszystko było mgliste, gdy próbowała sobie przypomnieć, co działo się minutę temu i nie poprawiało się, gdy masowała językiem kolejne kociaki, zajmując się tym, by nie skupiać się na bólu. Ale skończyło się przy trzecim. Wciąż rozrywało jej wnętrzności, ale przynajmniej nic się w niej nie ruszało.
Więc czemu nad nią wisieli. Defensywnie skuliła się wokół dzieci, blokując im do nich dostęp, na tyle ile mogła, dodatkowo strosząc sierść i sycząc, gdy byli zbyt blisko dla jej komfortu. Z niepokojem chowała pod łapą kocię, które wydawało jej się apatyczne i które 
Na chwilę miała spokój. Chciała już iść spać, była zmęczona. Ledwo trzymała głowę w powietrzu.
Aż czyjaś morda nie zbliżyła się do tego czekoladowego malucha, którego tak zawzięcie chowała. Kłapnęła na nią zębami, wyrywając trochę futra.
— Zostaw! — krzyknęła, gdy czyjąś łapą na szyi została zmuszona do leżenia na ziemi. Machała na niego łapami, zaciekle wyjąc i próbując go dorwać. — Nie ruszaj go! Zostaw! Nie zabierajcie!
Ale liliowy kocur już wychodził z czekoladowym maluchem w pysku, nawet nie ruszając w jej stronę uchem.

<Chłód?>

18 marca 2023

Od Psiej Pokory CD. Chłodnego Omenu

 — Nie chciałam uciec — załkała kolejny raz, jąkając się, potykając o słowa tak, że były ledwo zrozumiałe
— Nie? To co to było? — zmierzył ją chłodnym wzrokiem. — Co się takiego stało, że Szczurzy Cień oskarża cię o zdradę?
Skurczyła się jeszcze bardziej, jak najbardziej odsuwając tył od niego, bez dotykania nim ziemi. Jeszcze nie próbował jej dobić. Na szczęście Sosnowa Igła nie poszła za nimi; miała z nią kilka spotkań i wcale jej się nie podobały.
 Wzrokiem jeździła po całym legowisku, nie mogąc skupić się na jednym miejscu.
Jakby znała jego logikę, jakby potrafiła rozszyfrować, co to było, tym bardziej, gdy ledwo mogła skupić się na otaczającej ją rzeczywistości. Wstyd powstrzymywał ją przed zdradzeniem, co się tam stało i nie mogła znaleźć wersji, która by wytłumaczyła, bez pogrążenia jej. Całe księżyce treningów a dobijają ją najpierw on ze swoim kochasiem, teraz jakiś samotnik. Jak wcześniej miała nadzieję… teraz wierzyła, że tu zginie.
Zasyczał na nią groźnie, podchodząc i dając jej łapą po pysku.
— No mów! Nie kłam, bo inaczej źle się to dla ciebie skończy.
Zaskomlała, odsuwając się głębiej, w tył i ku ziemi, praktycznie się na niej kładąc
— No? Będziesz wreszcie gadać? — Nadepnął jej na łapę, na co zastygła 
— Nie uciekałam nie uciekałam nie uciekałam — powtórzyła przez łzy, ze spojrzeniem utkwionym w jego kończynę, w myślach błagając, by puścił. Być może mogła kilka próśb wypowiedzieć głośno.
— Nie? To co zrobiłaś? No? Mów! — zawarczał, naciskając bardziej na jej łapę.
Wydała z siebie coś, co ciężko było nazwać słowem przez wszystkie inne skomlenia i szlochania, przeszkadzające w formowaniu logicznych rzeczy. Spróbowała jeszcze raz, z marnym skutkiem. Wstyd i wyrzuty sumienia dławiły ją. Czuła, że cokolwiek powie, nie będzie miało znaczenia, bo i tak jej nie uwierzą, uwierzą mu, który ją w to wkopał, ograniczył szanse, gdy mogła wygrać
 Złapał jej łapę i boleśnie wykręcił, słysząc trzask pękającej kości. 
— A może teraz jesteś chętniejsza na zwierzenia? Hm? Mów! — wydał rozkaz.
Zawyła przez zaciśnięte zęby, ciężko oddychając. Nie mógł połamać jej pozostałych łap. Byłaby bezużyteczna, zabiliby ją, każdy by zabił królika, gdyby ten spadł do dołu i nie mógł uciekać. Jak nie z litości to dla satysfakcji rozlania krwi.
— Samotnik! — wydusiła z siebie w końcu słowo, które chciała wcześniej, prawie dostając odruchu wymiotnego, gdy wymusiła je przez gulę w gardle, dławiąc się na łzach — Szczur mu pomógł!
Nawet miała dowód, bo była pewna, że wciąż nimi cuchnie. Czuła na języku i w nosie łaskotanie jego zapachu. Ale oni nie zauważyli i nie wiedziała, czy chciała, by wiedzieli. Dla bezpieczeństwa znowu poprawiła tylną część ciała, chcąc ją najchętniej schować pod jakimś mchem, odciąć, wyrwać sierść, cokolwiek, byle ślady jej porażki zniknęły.
Nie podobało jej się, że się gapił. Ale puścił. Ból wciąż był, ale nie nadchodził kolejny, gdy go wyczekiwała. Może chciał ją zaskoczyć. Bardziej przestraszyć.
— A więc to tak… — krzywił się, słyszała w jego tonie.
Automatycznie chciała się od niego oddalić, gdy tylko siła trzymająca ją się cofnęła, ale powoli zaczynała wyczuwać wokół siebie ścianę i jej organizm pozostał zastygnięty, między dwoma pułapkami. Piekły ją policzki i oczy, a przednia łapa ciągnęła, smętnie leżąc i przypominając o braku możliwości bezbolesnego ruchu. Chciała ją zgarnąć jak najbliżej siebie, bo z nią była oczywistą zwierzyną łowną. Spuściła oczy, wbijając je w końcu w jeden punkt na ziemi przed sobą i czekając, co teraz się stanie, nie wierząc, że zaufał jej słowom. Zamilkła, niepytana na razie o nic, poza pojedynczymi skomleniami wyrywającymi się z jej gardła. 
— Mroczna Gwiazda zadecyduje co z tobą zrobić — powiedział, stojąc jeszcze chwilę nad nią, gapiąc się. Nie zarejestrowała jego wyjścia, ale zamieniła go Stokrotkowa Polana. 
Potem przyszedł Gęsi Wrzask. Oboje byli niechętni względem siebie, ale nie zamierzała protestować, gdy opatrywał jej złamaną łapę. Wpatrywała się w niewidzialny punkt, nie patrząc na niego, ale innymi zmysłami pilnując czy aby na pewno robi to, co powinien. 
***
Poprawiła głowę leżącą na zdrowej łapie, wpatrując się w najbliższą powierzchnię, nerwowo drgając ogonem. Ostatnio, gdy nie mogła nic robić, po prostu spała. Ale złamana łapa jej przeszkadzała. Nie mogła przybrać wygodnej pozycji, schować pyska w futrze, by nikt jej nie widział. Czasami udawało jej się oprzeć czoło o chłodny liść na ziemi albo jakiś kamień. Dawało jej to chwilę ulgi, nim nie ogrzały się lub nie zaczęły boleć ją kości.  
Ale teraz nie udawało jej się spać i zaczynała zbyt intensywnie myśleć, o tym, jak kończy się jej nędzny żywot.
Nawet nie mogła w spokoju popłakać, bo światło słoneczne wciąż wlatywało do legowiska, podkreślając latające w powietrzu pyłki. Było tak cholernie gorąco… 
Może wybuchnie pożar i spali się cały ich obóz z nią w środku. Prawie uśmiechnęła się do siebie sarkastycznie, ale nie rozbawiło ją to aż do tego stopnia.
A białe futro zbliżającego się Chłodnego Omenu sprawiało, że tylko bardziej bolał ją łeb — przez sekundę rozważała wręcz wydrapanie sobie oczu.


< Chłód?>

11 marca 2023

Od Źródlanego Dzwonka (Psiej Pokory) CD. Zanikającego Echa (Lepkich Łapek)

— To... Zakładając, że nie oberwie nam się za bardzo... To chciałabyś pójść na tę łąkę za kilka dni?
Obróciła głowę do tyłu, by na nią spojrzeć i liliowa kiwnęła głową, zgadzając się. Uśmiechnęła się do niej radośnie. 
— Świetnie! Już się nie mogę doczekać!
Zamrugała, rejestrując jej pozytywną reakcję i odnotowała jej powód gdzieś z tyłu głowy, czując satysfakcję z zadowolenia kota, który był do niej przyjazny. 
Były już blisko obozu, ostatnią przeszkodą była rzeka. Musiała się na to przygotować psychicznie, bo woda ją odpychała i nie miała ochoty używać łap, czuć ciężaru mokrego futra i oporu w czasie pływania. Zanikające Echo poszła przodem. Obserwowała, jak kotka prze do przodu i dopiero wtedy powoli weszła do cieczy. Będąc jeszcze na płyciźnie, usłyszała paniczne kasłanie, w którym poznała charakterystyczne krztuszenie się. Uniosła gwałtownie głowę i przyspieszyła, by dostać się bliżej, ale kotka poradziła sobie w dotarciu do brzegu. Zwolniła, czując ulgę. Zmęczyła się tą nagłą akcją i wcześniejsze stłuczenia dały o sobie znać. Zacisnęła jednak zęby, skupiając spojrzenie na ziemi. Stamtąd też patrzyła na nią szylkretka. 
Dopłynęła do niej i na suchym lądzie otrzepała się, dyskretnie rozglądając spod opuszczonej głowy. Daleko za plecami kotki widziała czarną postać i jej gniewnie zmrużone oczy. Najwyraźniej był spięty; poznała to po ruchach, bo gdy ich spojrzenia się spotkały, syknął i odszedł. Zakuło ją coś w płucach, ale udała, że tego nie dostrzegła i wyprostowała się, patrząc na towarzyszkę ostatnich godzin, która odkaszlnęła i odezwała się.
— To... Teraz dostaniemy opieprz, prawda? — zaśmiała się nerwowo. Nagle stres wrócił i odebrał jej część sił w łapach 
—... Mówiłaś, że nie dostaniemy… — przypomniała, nerwowo rozglądając się. Zniknięcie na tyle czasu było podejrzane, z ich opiniami… ale przecież nie zrobiły tego specjalnie.
— A skąd ja mam wiedzieć? — położyła uszy na jej ton — Teraz to już sama nie wiem... Długo nas nie było…— koty zaczęły się na nie oglądać — Cholera, jednak to się źle skończy.
Stwierdziła, że to jej sygnał do ewakuacji i pożegnała się, czmychając na drugą stronę obozu.
***
W ciągu paru dni jej interakcje z kotką zwielokrotniły się, choć wciąż nie poszły na obiecany spacer przez nawał obowiązków; rozmawiały tylko w obozie, gdy podeszła do czekoladowej lub przypadkiem na siebie wpadły. Ale towarzyszyła jej w myślach i powodowała lekki uśmiech na pysku.
Po ciężkim dniu, już w swoim legowisku, przymknęła oczy, kładąc głowę na łapach. Zanikające Echo zyskiwała jej sympatię. Chyba nigdy nikt nie zaproponował spędzenia z nią czasu! Powodowało to u niej miłe ciepło w środku.
Myślała też, że będą się dobrze rozumieć, i tylko zyskiwała w tym pewność; było jej szkoda kotki, oskarżonej o zdradę i odrzuconej, przez wydarzenia, którym nie miała jak się przeciwstawić i w których ucierpiała. Koty unikały jej. Ona miała podobny problem, ze swoimi korzeniami i rówieśnikami, odurzającymi ją z tego powodu. Dlatego lepiej dogadać się ze starszymi — myślała. Mieli więcej doświadczenia i bywali wyrozumiali. Jak Trzcinowa Sadzawka.
Trochę nie rozumiała jednak jej humorów. Stresowały ją. Ale zależało jej na ich relacji, więc zamierzała nauczyć się w końcu postępowania z kotami, by ta trwała jak najdłużej! Bo wiedziała, że nie zawsze potrafiła rozmawiać z nimi. Inaczej byłaby lubiana mimo pochodzenia. Nie chciała jej stracić. Wprawdzie czasami myślała, że kotka mogłaby trochę częściej sama inicjować kontakt, ale też nie chciała być wybiórcza, gdy ktoś w końcu chciał spędzić z nią czas. Może jej wspomni o tym swoim małym życzeniu, gdy Zanikające Echo będzie mieć dobry humor. Była odrobinę wrażliwa, musiała więc wybrać dobry moment. To chyba normalne, że po tylu cierpieniach zdarzało jej się źle zrozumieć kogoś, kto miał świadomość swoich niedoborów w socjalizacji. Przyczajony Drozdoń ciągle była zajęta, nawet zwolniona z obowiązków medyka. 
Wyczuła ruch przed pyskiem. Uchyliła jedno oko, a gdy rozpoznała białe łapy, podniosła głowę i spojrzała na jej pysk.
— To chciałabyś pójść na tę łąkę?
Miała radosny głos. Sama też się uśmiechnęła, mrużąc powieki, bo kotka rzucała na nią długi cień, stojąc pod zachodzące słońce.
W rzeczywistości niespecjalnie miała siłę, by dzisiaj gdzieś wychodzić; bolały ją opuszki łap po treningu i polowaniu. Nie zamierzała jednak tracić okazji na spędzenie z kimś czasu, tym bardziej że kotka źle by przyjęła odmowę.
— Jasne. — wstała i wyszły z legowiska, potem z obozu. Krok szylkretki był lekki i idąc z przodu, co chwilę oglądała się na liliową, upewniając się, że idzie za nią. Młodsza zauważyła, że to przyjemne; ktoś o niej pamiętał i nie chciał jej zgubić. Nie rozmawiały, ale przez to miała pewność, że kotka nie żywi do niej negatywnych uczuć. Nawet nie dostrzegła, gdy dotarły na łąkę.
— Jesteśmy! — zerwała od razu kilka kwiatów, w czasie gdy ona drgnęła, wyrwana z zamyślenia. Złożyła zerwane rośliny pod jej łapami, wywołując u niej zawstydzony uśmiech — Patrz jakie piękne! 
— Ano — wymamrotała, schylając się, by lepiej im się przyjrzeć, chowając wyraz pyska.
Na szczęście Zanikające Echo poszła zrywać inne pędy, także je przynosząc.
— Patrz, ile kolorów jest! Wszystkie barwy tęczy na pewno by się tu znalazły! — rozkojarzyła ją, kierując spojrzenie na trawę, by umieścić coś na jej schylonej głowie. — Ale ślicznie z nią wyglądasz…
Zarumieniła się, czując się głupio i nieświadomie wykonała swój charakterystyczny ruch uszami. Gdy je położyła i uniosła, przypadkowo strąciła to coś. Różowo-biała stokrotka wleciała w źdźbła, a ona tępawo wpatrywała się w nią, niepewna co ma zrobić i jak zareaguje kotka. Było prawdopodobne, że weźmie to zbyt do siebie, jako odrzucenie. Ale tylko zachichotała i ruchem ogona zaprosiła do pójścia za nią.
— Za niedługo będzie zima i to wszystko uschnie... Przykre.
Mruknęła potwierdzająco, szybkim truchtem mijając kotkę, zapatrzona w kwiaty z boku. Były ładne, ale ból mięśni w tle przeszkadzał jej w pełnym cieszeniu się nimi. Przeciągnęła się głęboko, wyciągając łapy do przodu i ziewając, mając nadzieję, że może to przegoni chociaż trochę potrzebę odpoczynku, bez przeszkadzania białej w entuzjastycznym zwiedzaniu. Na szczęście zdawała się nie zwracać na nią uwagi w tym momencie i dopiero gdy znalazła miejsce, dywan z kwiatów, usiadła i spojrzała na nią.
— Jesteś coś cicha. Wszystko dobrze?
— Jestem cicha na zwykłym poziomie. Nic nie pytałaś, żebym mówiła. — wytłumaczyła, stając obok, jeszcze nie siadając.
— Wiem, tylko... Chciałam się upewnić, czy może przypadkiem źle się nie czujesz, czy coś w ten deseń. A za niedługo zachód słońca. Chciałabym... Chciałabym go z tobą obejrzeć.
— Jest dobrze. — mruknęła, nie chcąc psuć jej humoru. Usiadła obok, dając znak, że akceptuje zaproszenie.
— Patrz! — słyszała w jej tonie, że się uśmiecha i pokazała łapą na pomarańczowe niebo. Mruknęła coś na znak, że patrzy. 
Ku jej zaskoczeniu, Zanikające Echo nachyliła się i oparła głowę o jej policzek. Zachłysnęła się powietrzem, kątem oka patrząc na nią, choć niewiele mogła dostrzec. Czekoladowa objęła ją ogonem, ale po mięśniach jej pyska wiedziała, że wpatruje się w niebo. Zrobiła to samo, nie wiedząc, jak zareagować.
Po chwili kotka oddaliła swój pysk i zrobiła coś jeszcze bardziej szokującego — polizała ją w policzek. Źródlany Dzwonek oddaliła się, by spojrzeć na nią, wcześniej wydając z siebie zaskoczony, cichy pisk.
Starsza położyła po sobie uszy, nagle zawstydzona.
— P-przepraszam, j-ja… — dała jej mówić, nie wiedząc, co się dzieje, co to znaczy, jak zareagować.
— Uh... N-nie w-wiedziałam, ż-że tak zareagujesz... T-to t-tak p-po prostu... B-bo cię lubię i w ogóle... Przepraszam…
Zamrugała. Lubi? Ktoś ją lubi! Czyli dzieliły języki, jak kiedyś opowiadała jej ta czarna, żółtooka kotka, której imienia nie mogła sobie przypomnieć. Czy był to ktoś wciąż żywy? Nie, raczej by wtedy ją wciąż kojarzyła. Wspominała, że tak umacniają relacje w klanie. Nawet widziała Tulipanowy Płatek i Popielaty Świt liżące się gdzieś w kącie. Ale sama nigdy nie miała okazji nawiązać z kimś takiej relacji i z czasem wręcz o tej tradycji zapomniała. Nie miała dużo szans na kontakt z innymi kotami i chyba się odzwyczaiła, bo był on niewygodny. Ale pragnęła go. Tęskniła za nim.
Dla pewności spytała się, czy dobrze myśli, a Zanikające Echo potwierdziła jej przypuszczenia skinieniem.
— Czyli... Jesteśmy przyjaciółkami? — spojrzała jej w oko, z trudem chowając rozpromienioną ekspresję, a zawstydzona kotka znowu pokiwała głową. Pomyślała, że to musi być dla niej dziwne, że zadaje takie pytania i zmieszała się.
— Oh! Um nie miałam nigdy przyjaciół! Przepraszam, że nie wiem takich rzeczy. — nerwowo poruszyła łapami, opuszczając głowę.
— Nie musisz przepraszać…— wymamrotała cicho. — Dlatego cię tutaj zaprowadziłam, chciałam z tobą trochę czasu spędzić... I w ogóle…
— Um... Dziękuję?
Mimo to wciąż zbaraniała na kolejne polizanie w policzek. Trochę mocniej zabiło jej serce i nie wiedziała, czy to z oszołomienia, czy szczęścia.
— Czyli ja też muszę cię polizać? — zapytała skołowana, nie do końca wiedząc, jak tradycja odbywała się w praktyce.
— Wiesz, to twoja decyzja... Ale... Mogłabyś…—wymamrotała, patrząc jej prosto w oczy.
Wydała z siebie zawstydzony pomruk i niepewnie, lekko liznęła jej policzek i szybko się odsunęła, speszona. Zanikające Echo uchyliła pysk jakby zdziwiona. Czy zrobiła dobrze? 
— Oh, nie spodziewałam się... Że to zrobisz…— zamruczała. 
Już całkiem się zgubiła i zaczęła panikować, chowając głowę w ramionach.
— Ale... Mówiłaś, że przyjaciele powinni tak robić...?
— Tak... Ale... Myślałam, że się przestraszysz...
— Um... — coraz bardziej się kuliła do tyłu.
Zbliżyła się do niej z powrotem i przytuliła.
— Nie musisz się tak stresować... Naprawdę.
Z rodzeństwem też czasami lizali swoje futra i się przytulali. Oh, ale to było tak dawno... Pewnie dlatego zdziczała i dlatego nikt nie chciał się z nią przyjaźnić. Wyczuwają dziwoląga. To było normalne, a zachowywała się… tak. Co mogła zrobić, by to naprawić…? 
Oparła się o kotkę, dając się obejmować. Na policzku czuła wibracje z jej gardła, gdy mruczała, liżąc ją za uchem. Poprawiła łapy, by ukryć dyskomfort oraz zrobić coś ze sobą innego, niż paniczne analizowanie sytuacji i wpatrywanie w szarzejące już niebo. Prawie wywróciła z piskiem się, gdy czekoladowa znowu się odsunęła, a gdy została polizana w pysk, ledwo złapała równowagę z zaskoczonym pomrukiem. Odruchowo cofnęła się, pocierając miejsce łapą.
Gdy opuściła ją i podniosła wzrok, zobaczyła, że przypadkiem znowu zraniła nową przyjaciółkę. Trzymała nisko głowę, jej sztywność wskazywała na obrażenie się, teatralnie się odsunęła. Spanikowała i wyciągnęła się ku niej, siedząc w tym samym miejscu, tylko jeżdżąc brzuchem po ziemi, by móc spojrzeć jej w oko, nawet gdy ta miała zwieszoną głowę. 
— Przepraszam! Nie miałam nic przez to na myśli! — szepnęła drżącym głosem, zerkając w górę, na nią. Zabolały ją niewypowiedziane zarzuty w jej mimice i bardziej położyła uszy. 
— Ale się mnie co chwilę boisz… — odwróciła się od niej całym ciałem.
— T-to tak odruchowo! Naprawdę przepraszam! — pisnęła, brzmiąc, jakby była bliska łez, płytko oddychając i nerwowo bijąc ogonem po ziemi. Jej wyraz pyska złagodniał. Od tyłu widziała, jak jej mięśnie trochę się rozluźniły.
— Nie musisz... Nie musisz przepraszać — wymruczała, obróciła się w jej stronę. — Rozumiem to. Po jakimś czasie przywykniesz… 
Energicznie pokiwała głową, brodą prawie uderzając w ziemię, wciąż mając zwrócone oczy ku górze, czujnie obserwując jej ruchy, czy aby na pewno nie zepsuła ważnej relacji.
Na chwilę zatrzymało się jej serce, gdy kotka wstała i zaczęła iść. Ale zamiast zniknąć w trawie, położyła się obok i najpierw szturchnęła nosem, by zaraz polizać w policzek.
— To... Nie jest nic strasznego.
Kiwnęła głową, gubiąc się w tym, do czego teraz się odnosiła. Bała się odezwać. Ruszyć. Znowu obrazić Zanikające Echo. Ta oparła na niej łapę i popchnęła ją na bok, z taką siłą, że niespodziewająca się tego kotka wylądowała na grzbiecie. Szylkretka nachyliła się i polizała ją w pysk. Zawstydzona, parokrotnie położyła i postawiła uszy, przyciskając łapy do klatki piersiowej. Biała łapa nasunęła się na jej ciało, przyciskając, a język znowu przejechał po policzku.
— Nie wstydź się, możesz mnie polizać… —Uchyliła przymknięte wcześniej powieki i spojrzeniem uciekła gdzieś w bok. Mruknęła coś, co miało być nieśmiałą odmową, a którą można było zamaskować jako przypadkowy dźwięk, gdyby kotka się zezłościła. Ta tylko szeroko się uśmiechnęła, choć Źródlany Dzwonek spodziewała się raczej kolejnego focha. — No dobrze, skoro nie chcesz, to cię nie będę zmuszać.
Troszkę bardziej otworzyła oczy, wdzięczna, że nie musiała tego robić i kotka się nie obraziła na jej odmowę. Zamiast tego, niczym ich kły wbite w myszy, ścisnęła ją łapa, trochę miażdżąc płuca. O tym, że nie pożerał jej właśnie potwór, zapewniał ją tylko ciepły, odnawiany co chwilę ślad na pysku i mruczenie przy uchu. Czuła się trochę jak małe kocię. Słabe, oblizywane przez matkę. Wydawało jej się, że nacisk był zbyt duży jak na platoniczne lizanie, ale też mogła się mylić.
— Z-zanikające Echo...? — mruknęła niepewnie, a wywołana wlepiła w nią oczy. Przez myśl jej przeszło, że w spojrzeniu widzi raczej chęć posiadania, niż przyjaźń. Ale to tylko jej głupi mózg ją sabotował. Położyła po sobie uszy, nie wiedząc, czy jej nie usłyszała, czy udawała, że tego nie zrobiła. Zaczynało jej się ciężko oddychać.
— Coś się stało? — zapytała cicho, całując ją w policzek.
— N-nie za d-dużo...? — wybełkotała gdzieś do przestrzeni z boku, by na nią nie patrzeć.
— Skoro tak sądzisz — wzruszyła ramionami i wstała z podłoża. Otrzepała się i spojrzała na nią… z uśmiechem. Odetchnęła cicho, czując się tym wszystkim zmęczona. Uczucie niepewności uderzyło w nią przez użyte słowa, ale spojrzenie na jej minę z poziomu ziemi, trochę jej pomogło w zduszeniu go.
— Pomóc ci wstać?
— N-nie, nie trzeba. Poleżę sobie. — popatrzyła w niebo, nie chcąc dać po sobie poznać, jak słabe wydawały się jej łapy — ChybaChyba że już wracamy? — dodała nagle, znowu patrząc na nią, a przynajmniej bardzo blisko niej 
— Nie, nie. Nie ma potrzeby jeszcze wracać.
Skinęła lekko głową z pomrukiem i głęboko westchnęła, kładąc dziwnie ciężki łeb na ziemi.
Zanikające Echo usiadła gdzieś obok i zaczęła zrywać kwiatki.
- Jak myślisz, który lepiej wygląda?- zapytała, pokazując dwa żółte sporej wielkości kwiaty, prawie że identyczne. Obróciła ku niej głowę, kładąc policzek na ziemi i przyjrzała im się, szukając jakichś różnic i wad, oceniając ich stan.
— Um... Ten? — wskazała skinięciem głowy na ten bliżej siebie. Wylądował jej za uchem i zrobiła zeza, patrząc na niego. Szylkretka zaśmiała się i odeszła, by wracać z każdym znalezionym kwiatkiem. Kładła je na niej po kolei. Przymknęła oczy. Nie chciała się ruszyć, żeby znowu ich nie zrzucić, więc kontynuowała leżenie na plecach, zaczynając przysypiać i w końcu to robiąc całkowicie. Resztkami świadomości czuła mruczenie i ciężar innego kota na swoim brzuchu. 
***
Gwałtownie otworzyła oczy, gdy coś zatrzepotało jej przy głowie. Mrugnęła, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Czuła, że nie jest w legowisku wojowników — zapach się nie zgadzał. Co więcej, jakaś siła ściskała ją. A jej oczy jeszcze nie przyzwyczaiły się do ciemności i powoli zaczynała ogarniać ją panika. Tajemnicza istota mocniej się w nią wtuliła, budząc z odrętwienia, wywołując pisk i szarpnięcie. Więzy puściły i same odskoczyły w formie szylkretowej kotki, której biel sierści rozpoznała nawet przez rozmazane spojrzenie.
— P-przepraszam… — z odległości ogona odezwał się jej głos. Źródlany Dzwonek sama dźwignęła się na łapy, powoli łącząc się z rzeczywistością. Z jakiegoś powodu miała wrażenie, że ostatni dzień był snem, w jej pamięci spowijała go biała mgła i szum. Przymknęła oczy, uspokajając szalejące serce i płuca, a kocica w tym czasie podeszła z powrotem.
— Wszystko dobrze? Bo tak nagle się obudziłaś... A jest noc.
Mruknęła coś, ale pomyślała, że kotka może to źle odebrać, więc się odezwała
— Tylko się przestraszyłam, przepraszam.
— Oh, dobrze… — mimo zwątpienia w głosie położyła na niej swój ogon w czymś, co pewnie miało przynieść jej komfort. Z pewien sposób tak się stało, bo miała pewność, że Zanikające Echo jej wybaczyła kolejny raz. Bo jakby było inaczej, po co miałaby ją dotykać. Ona, osobiście, gdyby kogoś nie lubiła, unikałaby jego towarzystwa, a nie jeszcze go dotykała. Wzięła głęboki wdech, patrząc prosto w panującą ciemność. Z sierści odkleił się jej jakiś wytrwały wcześniej kwiat i opadł na ziemię. Była ona zimna, a temperatura przesiąkała w jej ciało przez poduszeczki. Po jej kręgosłupie przeszedł dreszcz.
— Przepraszam, że zasnęłam…
— Ale nie musisz przecież przepraszać, to normalne, że byłaś zmęczona — zamruczała, po czym polizała ją za uchem. Kiwnęła głową, wciąż czując się z tym źle. Zmarnowała czas, który mogły spędzić wspólnie.
— Chcesz wracać do obozu? Czy wolisz tutaj zostać?
Chwilę milczała, ważąc opcje. Nie mogła jednak przewidzieć jej reakcji na podejmowaną decyzję, postawiła więc na bezpieczeństwo. W imię utrzymania ich przyjaźni.
— Nie wiem, ty zdecyduj.
— Wiesz, chciałabym z tobą jeszcze chwilę tutaj zostać… — otarła się o nią policzkiem, o jej szyję, czoło, liznęła uszy, co wywołało w niej przyjemne ciepło, którego nie rozumiała. Stłumiło ono niepokój. 
— Oh... Jasne. Możemy. — usiadła, ziewając z pochyloną głową. Jak kleszcz od razu został na nią rzucony częściowy ciężar innego ciała, a policzek zamoczyła ślina. Po chwili wahania wcisnęła się w dłuższą od swojej sierść, trochę w poszukiwaniu ciepła, trochę by uniknąć gniewu i przymknęła oczy. Znów w uszach słyszała mruczenie, na pysku czuła wibracje z jej krtani. Nagle liznęła ją mocno w głowę, aż pociągnęła ją za językiem.
— Zaraz będę cała obśliniona — zażartowała, chcąc, niezbyt skutecznie, rozładować z siebie napięcie. Zanikające Echo roześmiała się.
— Może... A nie podoba ci się? — Nie otrzymała na to odpowiedzi, więc obejmującym ogonem przejechała po jej plecach i przestała mruczeć, by z troską zapytać — Coś się stało?
Liliowa zaprzeczyła ruchem głowy, dla zamaskowania ziewając.
Nie mogła tego wyjaśnić, zakomunikować, jak sama nie wiedziała, co takiego sprawia, że dziwnie się czuła. Zaczynała się zastanawiać czy nie jest w jakiś sposób podświadomie uprzedzona do kotki, może te wszystkie gadania o zdrajcy weszły jej jednak do głowy, ocenia ją ukrycie, krzywdzi swoją niewiedzą. Jeśli miały być przyjaciółkami, powinna jej ufać. Tymczasem doszukiwała się wad w ich relacji, choć to Zanikające Echo tutaj ją prowadziła i się poświęcała, wszystko było o Kminek. Powinna dla wspólnego dobra po prostu dać starszej być tą doświadczoną; wszyscy zawsze mówili o mądrości wiekowych kotów. Przecież nic jej nie boli.
— Oh... Jesteś śpiąca? To możemy jeszcze się zdrzemnąć, skoro chcesz — znów obsypała ją czułościami. Tak. Zdecydowanie dramatyzowała. Ktoś dawał jej uwagę, dbał o nią i nie potrafiła tego przyjąć.
— Nie, nie... To byłoby niebezpieczne. — zwróciła uwagę, nerwowo stukając ogonem o ziemię.
— To w takim razie możemy jeszcze chwilę tu odpocząć… — położyła się, ciągnąc ją za sobą. Po chwili siedzenia zaczęła opadać jej głowa, umysł się wyłączał, wkraczając w słodką, miękką ciemność, z której czasami nie chciała się wybudzać. Wcale nie czuła się, jakby wcześniej spała i wciąż było jej zimno, otwarty teren powoli zaczynał drażnić, trawa zbyt kłuć w brzuch. Zanikające Echo otarła się o nią czołem i liliowa bezmyślnie uchyliła się przed jej pyskiem. Dopiero po uderzeniu serca dotarło do niej, co zrobiła i otworzyła szeroko oczy. Sen nagle zniknął, tak samo, jak bliskość kotki. Atmosfera między nimi oziębła, biała skuliła się, odwróciła głowę, machała ogonem. 
Młodsza otworzyła lekko pysk, widząc swój błąd i nie wiedząc jak go naprawić. Oczami przeleciała po otoczeniu, szukając ratunku.
— To... Ja już pójdę. — szylkretka markotnie wstała, jakby chcąc iść do obozu. Serce jej stanęło i prawie rzuciła się do przodu, chcąc ją złapać, zatrzymać, może nawet siłą, żeby jej nie zostawiała, nie mogła jej porzucić, nie tu, nie znowu, gdy właśnie ktoś chciał spędzać z nią czas i mimo zmęczenia była szczęśliwa.
—N-nie! Przepraszam! — pisnęła od razu, błagalnie, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. Zarobiła jej oczy na sobie.
— Ale przecież nic się nie stało — definitywnie było przeciwnie, bo mówiąc to, spuściła głowę. 
 Chciała zawyć, że jest głupim, uprzywilejowanym łajnem i jeśli Echo chce, może ją ukarać. Nie mogła zatrzymywać kotów już cierpiących, jeśli tylko dodatkowo je krzywdziła.
— A-ale cię zasmuciłam! Nie chciałam! — praktycznie wyskomlała, czując, jak drżą jej łapy. Echo wróciła na poprzednie miejsce, wlepiając oko w nią.
— Przeszkadzam ci? Szczerze.
To jak chodzenie po lodzie; jeden fałszywy ruch i wszystko przepadło. Musiała być ostrożniejsza.
Szylkretka nie robiła jej krzywdy. Nie robiła nic, by zasłużyć na jej oziębłość. Więc czemu czuła się tak niespokojna.
— N-nie. — drżała cała razem z głosem, pełnym wyrzutów sumienia. Zwiesiła głowę, chowając się przed spojrzeniem zatrzymanym stale na niej.
Kocica nachyliła się ku niej. 
— No już, nie stresuj się tym…— wyszeptała jej do ucha. Jakby to było takie łatwe!
— Ale... Nie chcę stracić przyjaciółki, a ciągle cię krzywdzę! — wypiszczała, na jednym wdechu, gotowa zalać się łzami w następnym uderzeniu serca.
— Nie krzywdzisz mnie... No może trochę. Ale przecież kiedy nie masz nic przeciwko, to ja się nie wkurzam. Po prostu... Kiedy tak nagle się odsuwasz, to sama nie wiem... Może cię krzywdzę? Ja tylko się staram być dobrą przyjaciółką…
Jej słowa tylko potwierdzały jej myśli.
— W-wiem… Przepraszam… nie-nie to miałam na myśli! T-to ja jestem jakaś głupia... Nie krzywdzisz mni-ie... — położyła głowę na ziemi i przycisnęła do niej łapy, chcąc się schować ze wstydu.

<Echo?:3>