BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawka x Brzask. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kawka x Brzask. Pokaż wszystkie posty

21 grudnia 2021

Od Brzasku Do Kawki

 Zimny wiatr mierzwił jego poskręcane futro. Zmrużył ślepia, zapatrzony w horyzont. Szarość i biel. Tylko tyle. Aż tyle.
Wicher wył, szamocząc się w zaspach i gałęziach. W tym roku było wyjątkowo dużo śniegu i mało igieł na drzewach. I było zimno. Wyjątkowo zimno.
Jego oddech zamienił się w chmurę pary tuż przed jego ślepiami. Potrząsnął łbem, jakby to miało pomóc mu odpędzić kłębiące się tam myśli. Było późno. Był głodny. 
Ruszył przed siebie, rozglądając się za jakąkolwiek zwierzyną.

Puska. Biel. Wycie wiatru. Nagie konary drzew. 
Śnieg go przytłaczał. Atakował ze wszystkich stron. Był wszędzie. Czyhał na spojrzenie kąta oka. Skrzypiał pod łapami. Zasłaniał widok. 
Nastroszył się mocniej, mała ciemna plama zamknięta w bezkresie krajobrazu, błądząca pośród pagórków wszechobecnej bieli.
Poczuł się nagle bardzo samotny.
Taki w tym momencie był. Sam. Szarpany powiewami wiatru, kroczący przez martwy ocean bieli. Samotny. Zagubiony gdzieś w czasie i przestrzeni…
Nie, było coś jeszcze. Iskierka… Nadziei. Przed oczami stanęła mu znajoma mordka. Uniósł łeb trochę wyżej. Nie. Może i był sam, ale nie samotny. Już nie.
Przyspieszył kroku, rozglądając się. Kontury poszczególnych zasp zaczęły się wyostrzać. Ślady. Uśmiechnął się do nieznajomego, który tak jak on zmuszony był włóczyć się po śnieżnych pustkowiach, którymi ostatnio stał się świat. Powiał wiatr. Zaczął węszyć, w nadziei złapania tropu.
Krew. Wszystkie włosy na jego karku stanęły dęba. Kocia krew. Zapach był wyraźny, jego źródło musiało być gdzieś blisko. Przyspieszył. Ślady. Szedł za nimi. Zapach… Rozpoznawał go. Nie. Nie nie nie. Biegł, rozglądając się na boki. Biel. Zaspy. Nic więcej. Nie, był tutaj. Czuł. 
Ślad. Jest. Ta zaspa. Rzucił się w nią bez wahania. Parę zbyt gwałtownych ruchów łapami wystarczyło. Posiwiałe futro wyglądało jak dziura wśród nieskazitelnego śniegu. Kark. Złapał i pociągnął, starając się wydostać go spod śniegu. Opór. Kto by się spodziewał, że biały puch potrafi być taki ciężki? Mocniej. Ostrożniej. Szybciej.
Dlaczego nie otwierał oczu?
– K-Kawko? – jego głos brzmiał jak szept wśród lodowej pustki. – Kawko?!
Nie. Nie. Nie! Chwycił go mocniej, wyciągając spod resztek zaspy. Był zimny, tak bardzo zimny… Dół. Zaczął kopać. Osłaniać ich od wiatru.
Na jego futrze zamarzały krople potu. Przestało mu być zimno. Przywarł do bezwładnego ciała brata.
– Kawko?! Błagam…
Nie mógł go stracić. Nie teraz. Nie gdy został sam.
Nie gdy nareszcie mógł odbudować to, co dawno temu zniszczył.


<Kawko?>

20 grudnia 2021

Od Brzasku cd. Kawki

– Umarłem – miauknął bury.
Przez parę uderzeń serca było słychać jedynie zimny wiatr szumiący w koronach drzew. Brzask przyglądał się jak przez pysk czarnego przetaczają się fale emocji. Zaskoczenie, niezrozumienie, szok, niedowierzanie, dezaprobata. Wciąż uśmiechał się słabo, ale zmęczenie coraz silniej przebijało się przez ten wątły grymas. Ledwo dosłyszalnie zaburczało mu w brzuchu.
– A jeże latają – parsknął w końcu Kawka, jakby dźwięk głodu głodu go otrzeźwił.
Bury zaprzeczył, lekko potrząsając łbem, nie spuszczając oczu z brata.
– Wróblowa Gwiazda zmarł z powodu czerwonego kaszlu. 
Czarny ledwo widocznie zjeżył futro i cofnął się o krok. Uśmiech Brzasku nabrał bardziej gorzkiego wyglądu.
– To wszystko Borsuk. Chciała mnie ratować. No i udało jej się. – Zaśmiał się do siebie jak z jakiegoś żartu, który tylko on potrafił zrozumieć. – Umarłem ale wróciłem. Wróblowa Gwiazda umarł. Brzask wrócił. 
Błękitne ślepia, jedyny element wyglądu którego nie mógł zmienić, spoczęły na czarnym kocurze. Wyglądał jakby to, co usłyszał to było dla niego zbyt wiele. Obserwując go Brzask nie miał pewności, czy kocur uwierzył w choć jedno jego słowo, nie mógł być także pewnym, że nie rzuci się zaraz na niego. Brązowe ślepia wpatrywały się w niego uważnie. Łapy czarnego drżały.
– Kawko? – miauknął trochę zbyt spokojnie, za długo rozwodząc się nad każdą głoską, zapominając o poprzednim "imieniu" kocura. Jego serce gwałtownie przyspieszyło.


<Kawko? :')>

19 grudnia 2021

Od Kawki CD. Brzaska

 *bardzo bardzo dawno temu*

Kawka uniósł brew, słysząc nowe imię brata. On tak nie wydziwiał, gdy odchodził z Klanu Wilka. Nie nadał sobie jakiegoś mrocznego imienia. Może powinien nadać sobie miano Smoły, Zwęglonego Serca, Spalonej Duszy, Mrocznego Poranka, czy inną bzdurę. 
Uniósł uszy, przyglądając się bratu. 
— Brzask — powtórzył nowe imię brata. — Skoro tak to ja jestem Przepaść. 
Brat uśmiechnął się lekko. Przekręcił łeb i spojrzał na niego swoimi błękitnymi ślipiami. Tak podobnymi do tych matki. 
— Witaj, Przepaścio. 
Kawka zlustrował burego uważnie. 
— No nie wiem czy się nie leniłeś. Trochę ci przybyło ciała od naszego ostatniego spotkania. — dodał, podchodząc do brata. 
W jego wnętrzu szalała burza emocji. Nie sądził, że go jeszcze spotka. Radość i niepewność przelewała się w nim. Wróbel był liderem Klanu Wilka, potem zniknął. Teraz stał zadowolony z siebie na jego terenie. Kawka nie rozumiał co się za bardzo działo. Jak i dlaczego tu się znalazł.
— Wybrałeś się tutaj na wakacje? — mruknął, obserwując brata. 
Brzask zdawał się zmieszany. 
— Nie nazwałbym tego tak. — odparł, uśmiechając się słabo. 
Kawka uniósł brwi. Zbyt wiele mu tu nie grało. Zbyt wiele nie trzymało się kupy. 
— To w takim razie co tu robisz? Nie wierzę, że od tak wpadłeś mnie odwiedzić. 
Wyglądał inaczej. Zabrudzony tak, że na początku go nie poznał. Myślami zdawał się być gdzieś indziej. Daleko. Kawka trzepnął ogonem. Nie lubił tajemnic. Chciał wiedzieć co się stało. Dlaczego jego brat do niedawna lider ich rodzinnego klanu znalazł się na jego marnych terenach. 
— No więc? Skąd tu się wziąłeś? Dlaczego wyglądasz jak leśna ściółka? 

<Brzask?>

29 września 2021

Od Brzasku cd. Kawki

 Wiatr prześlizgnął się po jego futrze, wsuwając w nie swoje zimne palce. Brzask nastroszył sierść. Zbliżała się Pora Nagich Drzew.
Kilka wschodów słońca temu opuścił swoje nadrzewne legowisko. Gdy ostatnie pomarańczowe liście spadły z osłaniających je konarów, zdecydował, że pora poszukać czegoś innego. Schronienia, które zapewni mu ciepło podczas mroźnych poranków. Po raz pierwszy miał spędzać je sam.
     Rozejrzał się, analizując otoczenie. Zbliżył się nieco do terenu leśnych klanów, nie na tyle jednak, by czuć się zagrożony. Jeśli nie chciał któregoś wschodu słońca natknąć się na klanowicza, powinien odbić trochę w stronę tamtej polany. Może uda mu się przy okazji coś upolować. Niebo zachmurzyło się niebezpiecznie. Zanosiło się na kolejną burzę. Jeśli nie chciał zmoknąć, powinien się pospieszyć. Brzuch zaburczał, domagając się jedzenia.
Tuż obok trzasnęła gałąź. 
- Okay, koniec twojego lenienia zada na moich terenach.
Spiął mięśnie, gotowy do obrony. Powoli odwrócił się w stronę, z której dobiegał głos. Dziwnie znajomy głos…
Kawka wyglądał na równie zaskoczonego jego widokiem.
- Nieistotny promyk ciepła, on przyniesie nadzieję… - wymamrotał kocur.
Bury nie zrozumiał z tego ani słowa. Zrozumiał za to coś innego.
- Jestem Brzask - miauknął, zanim czarny zdążył powiedzieć coś jeszcze, akcentując swoje nowe imię. - A tak w ogóle, ciebie też miło widzieć. - Jego uśmiech był ciepły, ale ślepia zmęczone. - Nie wiedziałem, że to twoje tereny. I nie leniłem się za bardzo - dodał żartobliwie. 


<Braciak? ;)>

22 sierpnia 2021

Od Kawki CD. Brzaska

Wilcze Serce nie pojawił się w jego kolejnym śnie. Ani następnym, czy jeszcze kolejnym. Kawka sfrustrowany krążył po swoich terenach. Nie rozumiał czemu dopiero teraz tata go odwiedził. Czemu nie próbował ponownie nawiedzić syna w śnie. Może faktycznie nie dbał o niego. Kawka i tak czuł, że nigdy się dla niego nie liczył. Ani on, ani Mały Wilk. Obydwoje urodzili się jak zmarł. Gdy już był w Klanie Gwiazd i nie obchodziła go jego rodzina. Myśli kocura powędrowały ku Psiej Łapie. Może jego wolał nawiedzać ojciec. Syna ze swojego romansu. A może to Cętkowany Liść była jego romansem? Przykrywką wierności wobec klanu. Kawka wściekły kopnął leżący kamień. Ciężki głaz nie ruszył się ani mysią długość, a czarny pisnął z bólu. 
— Na ostry i ciernie! 
Coś poruszyło się w krzakach. Kawka prychnął. Może los postanowił ofiarować kolejną kaleką zdobycz. Nie zamierzał tym wzgardzić. A sprawdzić nie zaszkodzi. Włożył pysk w krzew. Cudem minął się z pazurami. Liliowa kupa futro oddychała nierówno. Znał ją.
Wariatka. 
— Co ci? 
Nie otrzymał odpowiedzi. Kotka charczała, kaszląc. Jej ślipia błądziły po zmieniających kolor liściach. Nie wyglądała za dobrze. Śmierdziała śmiercią. Wyglądała żałośnie i okropnie. Zupełnie jakby zaraz miała odejść na drugi świat.
— Nie znam się na ziołach, ale jak opiszesz mi je to mogę ci je przynieść. — zaproponował niepewnie kotce.
Liliowa zakaszlała. Zapach krwi nasilił się. 
— Kolczasty... kolczasty krzew skradł gwiazdy... — wyszeptała. — Ptak o nieznanym imieniu... źródło zaranne... ocalałeś... nie po to, żeby żyć. Nieistotny promyk ciepła... on przyniesie nadzieję... nie przebaczaj... powita cię grono zimnych czaszek. Strzeż się pychy... ona... o-ona... — kaszel kotki się nasilił. 
Jej brązowe ślipia wpatrywały się prosto w niego. Widział, jak powoli gasły. Jak powoli uciekało z nich życie. Aż cały blask i emocje zniknęły z nich. Ciało przestało się unosić. Cisza zapanowała dookoła nich. Jedynie bijące serce Kawki utwierdzało go w przekonaniu, że nadal żyje. 

* * *

Słowa kotki nawiedzały umysł Kawki każdego wschodu słońca. Niczym modlitwę powtarzał je każdego wieczoru. Szedł w transie, stawiając niepewnie łapy przed siebie. 
Świergot. 
Uniósł łeb. Spojrzał na ptaka. Niebieski z brązowymi odznaczeniami. Nigdy wcześniej nie widział takie. 
— Ptak o nieznanym imieniu... — miauknął do siebie. 
Spojrzeli na siebie. Zwierzę utkwiło w nim wzrok i wniosło się ku niebu. Czarny obserwował go jeszcze uderzenie serce. Nie rozumiał nic. Nie był nawet pewny czy bełkot kotki miał jakiś sens. Może umierająca myliła rzeczywistość ze wymysłami swojego umysłu. Kawka spojrzał na łapy. Tak. To musiało być to. Musiał w końcu przestać szukać w tym drugiego dna. Przyspieszył krok. Musiał oczyścić umysł. Wybrać się gdzieś. Może do Burzowej Nocy? Tak dawno nie widział kotki. Cichy ból w klatce piersiowej sprawił, że Kawka poczuł już się kompletnie zagubiony. 

* * * 

Jego plany się zmieniły wraz z obcą wonią na jego terenach. Ktoś beztrosko po nich chadzał, irytując Kawkę. Polował na jego zwierzynę. Spał jak u siebie. Czarny nie mógł tego tak zostawić. Zaczął tropić intruza. Nie zamierzał mu pozwalać na dalszą własnowolkę. Czuł jak powoli zbliża się do delikwenta. Przeskoczył konar. Gałązki pękły pod jego ciężarem zapowiadając jego nadejście. 
— Okay, koniec twojego lenienia zada na moich terenach. — zaczął przemowę, wyciągając pazury. 
Intruz nieco zaskoczony zerwał się na łapy. Wyglądał marnie. I dobrze. Kawka nie zamierzał walczyć. Nie miał siły na to. Nie mógł zostać ranny przed porą nagich drzew. Wystarczy, że przestraszy delikwenta. Zjeżył futro dla lepszego efektu. 
Intruz odwrócił się w jego stronę. Niebieska para ślip utkwiła w nim spojrzenie.
— Nieistotny promyk ciepła, on przyniesie nadzieję... — mimowolnie wypowiedział te słowa, wpatrując się w kocura. 
W swojego brata.

<braciak?>

12 marca 2021

Od Wróblowej Gwiazdy cd. Kawczego Lotu (Kawki)

Czasami sobie myślał, że nie zasłużył na takiego ucznia jak Pokrzywek. Kocurek był w niego wpatrzony jak w pejzaż, jego słowa traktował jak objawienie i zawsze starał się ze wszystkich sił żeby wypełnić jego polecenia. Czasami go to przerażało. Bał się, że nie dorasta do pięt swojemu wizerunkowi w głowie ucznia. Że nie okaże się wystarczająco dobry. Ale próbował. Skupił się na treningu jak na niczym wcześniej, obiecując sobie, że tym razem nie zawiedzie. Nie dopuści do tego, żeby kocurkowi stała się jakakolwiek krzywda.
Odprowadził ucznia do legowiska, nakazując być gotowym kolejnego wschodu słońca i udał się do własnej siedziby. Momentalnie padł na mech. Może i miał dobrą kondycję, ale w jakiś niepojęty dla niego sposób Pokrzywek zawsze dawał mu w kość.
Ktoś stanął w wejściu i na burego padł cień.
- Już jesteś? I nic nie mówisz?
Modrzewiowa Kora siadł obok i przytulił się do niego. Odwzajemnił gest, mrucząc cicho. 
- Przepraszam - miauknął. - Nie mam siły nawet podnieść łapy.
Poczuł, że bury się uśmiecha.
- Przyniosłem ci coś do jedzenia - miauknął, chwytając porzuconą przez siebie wcześniej nornicę - ale widzę, że ktoś mnie ubiegł.
Wróblowa Gwiazda zdziwiony uniósł łeb. Ale tylko troszkę, tyle żeby móc zauważyć leżącego na mchu wróbla.
- Faktycznie - stwierdził zaskoczony. - Wiesz co, jakoś tak wolę nornicę.
Jego partner się zaśmiał.
- Ktoś ma poczucie humoru.
- To pewnie kolejny świetny pomysł Płomień - burknął. - Albo Skała. Na to samo wychodzi. 
Naburmuszony, przytulił się do Modrzewia. Kocur polizał go po szyi, mrucząc uspokajająco. Już chwilę później bury nie pamiętał o całej sytuacji.

Kawka nie poszedł na poranny patrol, na który wyznaczyła go Borsuk. Przyczyna okazała się być dosyć prosta - nie było go. I z tego co Wróbel dowiedział się od reszty wojowników, nie wrócił na noc.
Bury miał wrażenie, że już raz przerabiał taki scenariusz. Przeprosił czekającego na niego Pokrzywka, wymawiając się obowiązkami lidera. Liznął w policzek Modrzewia.
- Idę porozmawiać z Borsuk.
Siostry nie musiał długo szukać. Miał dziwne wrażenie, że zjawiała się blisko zawsze, kiedy jej potrzebował, a magicznie znikała kiedy nie miała ochoty, żeby ktokolwiek jej przeszkadzał i w całym świecie nie istniała siła, która potrafiłaby ją wtedy odnaleźć. Może nie licząc Jastrząb. Obie… były siebie warte. Równie inteligentne, trudne w kontaktach i ewidentnie miały coś do siebie nawzajem. 
Wzdrygnął się, przypominając sobie spojrzenie, którym niebieska obrzuciła jego siostrę. Ona wiedziała. Powstrzymał irracjonalną chęć sprawdzenia, czy na środku obozu nie leży ciało Szczurzej Łapy.
Przyspieszył kroku.
- Zniknął? - zapytał trochę bez sensu. Tak jak się spodziewał, Borsuczy Krok przytaknęła.
- Nie ma go od wczoraj. Sarni Ogon mówiła, że widziała jak szedł do lasu. Wołała go, ale nie usłyszał.
Wróbel przypomniał sobie o znalezionym w legowisku wróblu i coś ścisnęło go w gardle.
- Wczoraj… Nie zauważyłem go od razu, ale… ktoś zostawił w moim legowisku wróbla.
Brązowe ślepia spojrzały na niego zimno.
Nie chciał tego mówić. Stali, po prostu patrząc na siebie.
- Nie szukaj go - miauknęła w końcu.
Pokręcił głową.
- Jeśli faktycznie odszedł… - Przełknął ślinę, próbując pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. - Chcę tylko wiedzieć, że żyje. Nic więcej.
Nie skomentowała. Jej spojrzenie mówiło “rób jak uważasz”. Widocznie uznała rozmowę za zakończoną, bo odwróciła się do niego tyłkiem i ruszyła w kierunku stosu ze zwierzyną.
Doskonale wiedział, kto tak naprawdę rządził tym klanem. Westchnął. Wiedział też, że sam by sobie nie poradził.
Powlókł się z powrotem do legowiska.

Ślad był świeży i Wróblowa Gwiazda nie miał większych problemów żeby nim podążyć. Szedł, aż zapach Wilczaków przestał być wyczuwalny. Zatrzymał się, unosząc jedną łapę. 
Stał tak, wpatrując się w ledwo widoczną ścieżkę kocich łap.
Westchnął. 
Podszedł do najbliższego drzewa i wbił pazury w jego korę. Szarpnął. Odeszła na tyle, że był w stanie wsunąć między nią a pień przyniesione przez siebie pióra wróbla. Upewnił się, że nie wypadną i odszedł parę kroków, przyglądając się swojej pracy.
- Będę czekał - miauknął, wpatrując się w horyzont. - Gdybyś jednak zmienił zdanie.
Powoli ruszył w stronę obozu obiecując sobie, że będzie tam zaglądał.


<Kawko? Wpadnij kiedyś ;)>

09 marca 2021

Od Kawczego Lotu CD. Wróblowej Gwiazdy

Kawczy Lot prychnął, kiwając ogonem na boki. Nie takiej odpowiedzi spodziewał się po bracie. Spuścił łeb i wyjątkowo grzecznie podążył za Puszczykowym Krzykiem i Sarnią Łapą. Ich patrol nie należał ani do długich, ani do ciekawych. Przeszli go w ciszy. Czarny wojownik rozmyślał nad słowami brata. Może i sam się o to prosił, ale w jakiś sposób słowa burka dotknęły go. Zacisnął zęby. Nie miał prawa marudzić. Trzepnął ogonem, mamrotając pod nosem ciche bluźnierstwa. Włócząc się na końcu obeszli to co mieli obejść i wrócili do obozowiska. Kawka niezadowolony położył się w legowisku. Zwinął się w kłębek, próbując wyrzucić słowa brata z głowy. 

* * *

Dni mijały, a w Klanie Wilka było jak na razie spokojnie. Kawczy Lot był przekonany, że jest to ulotne. Czuł w resztkach uszów, że prędzej czy później coś się zadzieję. Że znów ktoś z jego głupiej rodziny zdechnie, a w końcu i on. Może faktycznie rozszarpany przez kawki. W tym lesie wszystko było możliwe. W tym wilki. Gwiezdni naprawdę chcieli ich wykończyć. Dobrze pamiętał, jak za kociaka słyszał opowieść o tym, że pozostałe klany najechały na nich i Klan Wilka przestał istnieć. Historia lubiła się powtarzać, zbierając za każdym razem krwawe żniwa. W głowie Kawczego Lotu pojawiło się poważne pytanie. 
Czy nadal chciał w tym uczestniczyć? 
Był przekonany, że w pozostałych klanach życie wiedzie się o wiele lepiej. Może nawet kociaki poznają swoich dziadków albo przynajmniej szalony wujek nie zabija ci połowy rodzinki z zazdrości. Skrzywił się. Istniała też możliwość, że to jego rodzinka była wyjątkowo trzepnięta. Albo Klan Gwiazd ich porzucił. Żadna z tych opcji opcji nie brzmiała dobrze. Nie było mu śpieszno do ponownego ujrzenia paskudnego pyska Małego Wilka. 
Trzepnął ogonem zirytowany, zerkając co rusz na legowisko brata. Bury gdzieś zniknął. Pewnie ze swoim kochasiem Modrzewiową Korą. Czarny nie spodziewał się, że brat faktycznie okaże się lubić kocury. Wstał niechętnie i podszedł do wyjścia z obozowiska. Rozejrzał się. Tam też nie było ani widu, ani słuchu brata. Zirytowany wbił pazury w ziemię i trzepnął ogonem. 
Gdzie podziewał się ich lider?
Czy faktycznie wściekłe wróble dorwały go w jego sidła? Uśmiechnął się lekko na tą myśl. Usiadł przy wejściu do obozu, czekając na brata. Czas upływał, a burego nie było widać. Zrezygnowany Kawczy Lot wybrał się na polowanie. Szedł ponurym lasem w samotności. Jedynie ćwierkot ptaków przerywał ciszę. Kocur rozejrzał się, szukając dobrego miejsca do polowania. Cichy trzask przykuł jego uwagę. Odwrócił łeb w jego stronę. 
Wróbel. 
Mały ptaszek siedział na konarze drzewa. Zajęty dłubaniem w korze nie spostrzegł kota. Kawczy Lot przyczaił się. Stawiając powoli łapy, zbliżał się do swojego celu. Sprawny skok i zdobycz szarpała się w jego pysku. Sprawnym ruchem złamał jej kark. Zadowolony ze swojej zdobyczy, wrócił do klanu. Wszedł do obozowiska tak samo jak z niego wyszedł. Niezauważony. Nie miał tu nikogo. Najbliższy mu kot zmarł, rodzina w większości też. Dla przyjaciela był zbyt samolubny i wredny, więc ten go porzucił. O starszym rodzeństwie już nie wspominając. Zapatrzony w siebie nie patrzył na potrzeby innych, więc i na niego nikt nie spoglądał. Sam sobie był wszystkiemu winy. Nie miał na kogo zrzucić na to winę. Sam nawarzył sobie tego mleka. Lecz nie potrafił go teraz wypić. Nie miał siły tego zmieniać. Nie umiał przyznać się do winy, czy przeprosić. Przerastało go to. Wiedział, że brat wybaczyłby mu, gdyby się tylko do niego zwrócił i poprosił o szansę. Przyjąłby go niczym syna marnotrawnego. Znów mogliby stać się bardziej lub mniej kochającą rodzinką. 
Prychnął cicho. Spojrzał na legowisko lidera. Wróblowej Gwiazdy nadal nie było. Nie zanosiło się też, żeby szybko powrócił. Podszedł niepewnie do łoża przywódcy. Położył niewielkiego wróbla przed nim i skierował w stronę wyjścia z obozowiska. Przyspieszył krok. Parę kotów coś krzyknęło do niego. Kawczy Lot zignorował ich. Wybiegł z obozu. Jego łapy uderzały rytmicznie o suchą ściółkę. Biegł przez las. Mijał dobrze znane mu otoczenie, ruszając ku nieznanemu. Dopiero na granicy zatrzymał się. Zapach Klanu Wilka był tu taki słaby. Ledwo wyczuwalny. Spojrzał ostatni raz w stronę rodzimych terenów i ruszył do nieznanego zagajnika.



<wróbel jak chcesz możemy się kiedyś spotkać lub zakończyć sesję>

29 grudnia 2020

Od Wróblowego Serca cd. Kawczego Lotu

 Przez upiorne uderzenie serca po przebudzeniu czuł krew oblepiającą mu łapy. 
Dyszał ciężko. Gdy zrozumiał, że to już nie sen, wziął głęboki wdech, próbując uspokoić kołaczące w piersi serce.
Nienawidził tego uczucia. Rozkoszy pełzającej w jego żyłach, kuszącej, żeby tym razem spróbował zacisnąć szczęki na czyimś gardle po tej stronie snu. Mrocznej pieśni szaleństwa o tryskającej krwi i potędze.
Tak cholernie się bał.
Ostrożnie wstał wiedząc, że o ponownym zaśnięciu nie było już mowy. Wyszedł w zimną szarość przedświtowego poranka.

Siedział, czekając aż życie obozu znów się zacznie. Układał kolejne patrole, zastanawiał się, jakie prace należy wykonać, co powinien uznać na najważniejsze, a co mogło poczekać. Blednąca tarcza księżyca przypomniała mu o nadchodzącym zgromadzeniu. Był ciekawy, kogo wyznaczy Iglasta Gwiazda (i jeszcze bardziej ciekawy, czy uda mu się spotkać Lisiczkę albo Myszka). Gdy koło świtu dołączyła do niego Borsuk, przynajmniej przestał się nudzić.
     Puszczykowy Krzyk przeszedł tuż przy jego nosie. 
- Zaczekaj! - miauknął, zatrzymując wojownika. 
- T-tak? - Kocur stanął jak wryty. Bawiło go, jakim respektem ze względu na jego pozycję darzyli go nieraz starsi niż on wojownicy. Z gorzkim uśmiechem miauknął - Chciałbym, żebyś poszedł na patrol razem z Kawczym Lotem i Sarnią Łapą. Na granicę z Klanem Burzy. Przekazałbyś mu to?
Kocur posłusznie skinął głową i zniknął w legowisku wojowników. Wróblowe Serce westchnął z ulgą. Jakoś nie miał ochoty na rozmowę z młodszym bratem. Prawdę mówiąc wcale nie było mu przykro, że gówniarz przestał się do niego odzywać.
Po chwili do jego uszu dotarły podniesione głosy. Podniósł się zniechęcony i udał w stronę ich źródła.
- Kawczy Locie, jakiś problem? - miauknął zimnym tonem, wchodząc do legowiska wojowników.
Czarny spojrzał na niego z pogardą.
- Iglasta Gwiazda pewnie cię wziął, bo nadal fantazjuje o "bohaterskim" ojcu! Może też sobie umrzesz idiotyczną śmiercią? Będziemy mieć taką fajną rodziną tradycję. Mamy niepokojąco dużo wróbli w lesie, wiesz?
- Bardzo chętnie - odparł, a zimny wyraz jego oczu nie zmienił się ani odrobinę. - Nie musiałbym wtedy co wschód słońca oglądać twojej wiecznie skrzywionej mordy. A jeszcze chętniej sprawdziłbym, czy w okolicy nie żyje jakieś duże stado kawek i czy akurat nie są głodne. Pewnie są - dodał. - W końcu mamy Porę Nagich Drzew.
Wpatrywał się w brązowe ślepia brata bez emocji.
- Idziesz na patrol z Puszczykowym Krzykiem i Sarnią Łapą.


<Kawko? Wurbel się wkurzył :’)>

26 grudnia 2020

Od Kawczego Lotu CD. Wróblowego Serca

Brat zasnął, a Kawczy Lot przyglądał się jeszcze Wilczakom.
— " Wiesz, co najmocniej łączy Klan Wilka? Wspólne koszmary." — przedrzeźnił Wróbla. 
Westchnął. Trochę kijowo, że cały klan najbardziej łączą głupie sny. Nocniaki i Burzaki pewnie łączył wspólny klanowy smród, a Klifiaki idiotyzm. A cudowny Klan Wilka? Durne koszmary. No naprawdę powód do dumy, panie zastępco. Widząc, że wszyscy śpią i nikt chwilowo nie jęczy, skulił się. Nie minęło długo, żeby zasnął. 

* * * 

Odkąd kochany brat postanowił zdradzić mu ich wspaniałą wspólnotę klanową Kawka sypiał źle. I nie przez koszmary. Mimowolnie zaczął się wsłuchiwać w wszystkie stękania, jęki i piski jakie zaczynały się pojawiać po zmroku. A później nie mógł zasnąć. Jak jeszcze było cieplej próbował sypiać na dworze, ale teraz było zimno no i kiedyś Płonąca Łapa śmiała się z niego, że lunatykuje. Zirytowany trzepnął ogonem. Klan Wilka pomimo krótkiej passy znów zaczął być kijowy. Na dodatek jego mama zmarła. Trochę żałował, że nie znalazł więcej czasy na odwiedzanie jej. Tym bardziej, że wiedział o postępującej chorobie kotki. Jednak jakoś się bał jej odwiedzić. Co mogło być smutniejszego niż własna matka, która zachowuje się wobec ciebie jakbyś był obcym kotem? Kawczy Lot bał się to poczuć. W końcu kotka pomimo dziwnego zachowania i zakochania się w ich durnym ojcu była dobrą wojowniczką i matką. Czasami straszną, ale Kawka wychował się, wiedząc, że mimo wszystko go kocha.
— Wróblowe Serce kazał nam iść na patrol. —  mruknął Puszczykowy Krzyk. 
Kawka syknął. 
— Niech sam sobie idzie. — prychnął, wywracając ślipiami. 
—  Kawczy Locie, jakiś problem? — usłyszał brata. 
Wywrócił ślipiami. 
— Iglasta Gwiazda pewnie cię wziął, bo nadal fantazjuje o "bohaterskim" ojcu! Może też sobie umrzesz idiotyczną śmiercią? Będziemy mieć taką fajną rodziną tradycję. Mamy niepokojąco dużo wróbli w lesie, wiesz?

<Wróbel?>

03 grudnia 2020

Od Wróblowego Serca cd. Kawczego Lotu

Kawczy Lot drgnął niespokojnie. Po raz kolejny tej nocy. Dokładnie widział, jak jego łapy zrywają się do biegu, a uszy drgają niespokojnie. Szybciej. I szybciej.
Oddychał coraz gwałtowniej, a z jego pyska wydobył się cichy pisk.
Gwałtownie otworzył ślepia. Przez uderzenie serca wpatrywał się przed siebie, jakby nie poznając, gdzie był. Dopiero gwałtowne rozejrzenie się po legowisku przywróciło mu spokój.
No i zauważył, że Wróblowe Serce na niego patrzył.
Przez chwilę po prostu mierzyli się spojrzeniami, ale bardzo szybko zrobiło się niezręcznie.
- Zły sen? - miauknął w końcu bury, z jakiegoś powodu czując potrzebę przerwania ciszy.
Brat przez chwilę przyglądał mu się bez słowa. W jego oczach kryła się uraza.
- Nie twoja sprawa.
Pokręcił głową.
- Nieprawda. Jesteś moim bratem, więc to też moja sprawa. - Uśmiechnął się pocieszająco. - Mnie możesz powiedzieć. Może uda mi się jakoś pomóc...
Sierść czarnego uniosła się lekko.
- Co ty możesz wiedzieć - warknął. - Wielki pan zastępca, wiecznie uśmiechnięty… - burknął pod nosem, może licząc na to, że brat nie usłyszy, a może właśnie przeciwnie.
Oczy Wróblowego Serca stały się zimne jak dwa sople lodu.
- Myślisz, że ty jeden budzisz się z krzykiem? - ton jego głosu był zimny jak lodowiec. - Posłuchaj.
Bury zamknął ślepia i chcąc nie chcąc, Kawka zrobił to samo. Minęło parę uderzeń serca, zanim do jego uszu dotarło coś więcej niż spokojne oddechy śpiących.
Ciche skomlenie. Zastępca nie musiał otwierać oczu, żeby wiedzieć, do kogo należało.
- Ciii - rozległo się niedaleko. Wiśniowa Pestka mocniej objął ogonem wtuloną w niego partnerkę. - To tylko sen - szeptał, delikatnie głaszcząc ją po najeżonym ze strachu futrze. - Tylko sen, kwiatuszku.
Źrenice czarnego na moment skrzyżowały się z tymi należącymi do białego. W jego ślepiach odbijało się zmęczenie setek podobnych do tej nocy. Kawka odwrócił wzrok. Chwilę później oddech Skowronkowego Trzepotu wyrównał się, dołączając do spokojnej melodii śpiącego legowiska.
No, prawie. Wśród oddechów wybrzmiewały nerwowo wbijane w ściany legowiska pazury, odbijały się echem ciche popiskiwania, po mchu szurały niespokojne łapy i ogony. Przez uderzenie serca wojownik miał wrażenie, że słyszał płacz, ale dźwięk urwał się tak szybko, jak się pojawił.
Wróblowe Serce otworzył ślepia. Srebrny blask księżyca odbił się w nich, chowając w ruchomych cieniach resztę jego pyska.
- Wiesz, co najmocniej łączy Klan Wilka? - jego głos zabrzmiał nienaturalnie miękko w niespokojnej ciszy legowiska. - Wspólne koszmary.
Nie czekając na jego reakcję, bury odwrócił się na drugi bok i ułożył na mchu.
- Dobranoc.
Nie powiedział już nic więcej, zostawiając Kawczy Lot z pytaniem: “jaki koszmar mógł sprawić, że Wróblowe Serce nie spał tej nocy?”
Nie wiedział, że to nie snów zastępca bał się najbardziej.


<Kawko? :P>

20 listopada 2020

Od Kawczego Lotu CD. Wróblowego Serca

— Może. — burknął cicho. 
Jego uczennica była niczym ptasie gówno na grzbiecie. Nie dawało się z nią wytrzymać, no chyba, że zapomniało się o jej istnieniu. Trzepnął ogonem na myśl o córce Sarniej Łapy. Była jej totalnym przeciwieństwem. Widząc wpatrzone w niego oczy brata, westchnął. Musiał rozwinąć swoją wypowiedź. 
— Jakoś. Czasem podczas polowania zaginie. Później wraca. Może kiedyś coś ją w końcu zje. 
Wróbel zmarszczył brwi. 
— Kawko! Nie możesz zostawiać ucznia zupełnie bez opieki. 
— To jak ma niby sama polować, mądralo? — syknął na brata. 
Ten nie dał się sprowokować. 
— Musisz ją obserwować z daleka. Powinieneś wziąć przykład z Iglastej Gwiazdy. 
— Czyli być starym zrzędą bez łapy? Podziękuję. — mruknął z wrednym uśmiechem, unosząc dumnie ogon. 
— Już jesteś zrzędą bez uszu. — mruknął z lekkim uśmiechem bury. 
Kawczy Lot położył to co mu pozostało z uszu. Zjeżył się lekko. Wróblowe Serce był niższy od niego i śmiał mu tak podskakiwać?
— Żebyś ty zaraz swoich nie stracił.
Wróblowe Serce zaśmiał się cicho najwidoczniej, nie odbierając tego jako realną groźbę. 
— Może zamiast tego chciałbyś się razem przejść na polowanie? Zaprezentowałbym ci jak dobrze obserwować ucznia bez jego wiedzy. Przynajmniej nic ci wtedy nie zje Północnej Łapy bez twojej wiedzy. 
Kawczy Lot fuknął automatycznie, choć przez jego łeb przeszedł cień niepewności. Umiejętność obserwowania innych bez ich wiedzy nie brzmiała źle. Wróblowe Serce widząc jego zawahanie, uśmiechnął się lekko. Czarnego aż korciło, by byle na złość się nie zgodzić. Trzepnął ogonem.
— Dobra. Ale nie idźmy daleko. Nie chce mi się. 

* * *

Stłumiony pisk rozległ się. Kawka rozejrzał się. Ujrzał miażdżone przez czarną łapę kocie. Płakało głośno. Gdzieś niedaleko gorzko łkała jego matka. Kawczy Lot niepewnie uniósł wzrok. Zamarł. Czarny pysk z białą plamą przyglądał mu się z wrednym uśmiechem. Jego brązowe oczy wypełniało szaleństwo. Zbyt dobrze zapamiętał ten pysk, by nie poznać kto to. Poczuł jak łapy zaczynają mu drżeć. Cofnął się powoli do tyłu. Spanikowany nie miał pojęcia co zrobić. W głowie tłumiło się zbyt wiele myśli. 
Trzask. 
Odwrócił się do tyłu by ujrzeć złamaną kość. 
Kocią. 
—  No proszę, kogo my tu mamy... —  chropowaty głos powitał go. 
Z pyska Kawki wydobył się cichy pisk.
— Oh, z tymi uszami ci do pyska. Może teraz czas na wąsy... albo oczy? Co wolisz? Chyba oczy będą wyglądały lepiej. — zaśmiał się, zbliżając się do niego. 
Kawczy Lot zadygotał. Łapy odmówiły mu posłuszeństwa. Przerażony znieruchomiał. Każdy krok Stwórcy sprawiał, że jego serce przyspieszało. Zamknął oczy, szykując się na najgorsze. Poczuł pazury na pysku. 
Obudził się gwałtownie, powstrzymując cudem od krzyku. Zdyszany jakby właśnie przebieg maraton, zaczął się rozglądać po legowisku wojowników. Wszyscy spali. A jednak nie. Dostrzegł w ciemności niebieskie ślipia. Wróblowe Serce przyglądał mu się. 

<Wróbeeel? mam nadzieję, że nie gniotowato aż tak>

29 października 2020

Od Wróblowego Serca cd. Kawczego Lotu

Kolejna łza bezszelestnie spadła na udeptaną ziemię, momentalnie znikając. Mrok nocy skrył jej ślad, podobnie jak uczynił to z wcześniejszymi kroplami. Gwiazdy milczały, nie mając zamiaru wydać tajemnicy.
Wróblowe Serce skulił się mocniej, próbując obronić się przed atakującym go chłodem, ale to nic nie dało. Ogarniające go zimno nie pochodziło z zewnątrz. Silniej zacisnął powieki.
Co się z nim stało?
Zadawał sobie to pytanie coraz częściej. Zawsze miał się za pogodnego, towarzyskiego i mocno związanego ze swoją rodziną kota. Miał wielu lepszych bądź gorszych znajomych, kochającą rodzinę, gotową zrobić dla niego wszystko i spokojne miejsce, które mógł nazwać domem. Miał też zaszczytne miano wojownika, a także dobrą opinię wśród klanowiczów. Miał wszystko, czego potrzebował, by być szczęśliwym.
Dlaczego więc nie potrafił?
Zmienił się, czuł to doskonale. Jasne zasady, w które wierzył bez wahania, nagle traciły ostrość, raz po raz przekraczane. Odsunął się od najbliższych, coraz więcej czasu spędzając w samotności. Jego relacja z mamą, Małym, Kawką, a już szczególnie Północą to był jakiś żart. Z przyjaciółmi także. Kiedy ostatni raz spędził trochę czasu z Fasolką? Górą? Modrzewikiem? Kiedy zrobił dla nich coś więcej, niż wynikało to z jego obowiązków jako wojownika? Kiedy zagadał do cioci Miedzi, wujka Igły, kiedy odwiedził mamę?
Nie. Zamiast tego wolał szwędać się po lesie i spędzać całe dnie na bezmyślnym leżeniu i gapieniu się w przestrzeń marząc, żeby coś w końcu się zmieniło. A później rzucał im krótkie "cześć" i szedł spać, żeby rano znów zniknąć.
Nie zasługiwał na to, co miał. Cętkowany Liść powinna urodzić kogoś innego, kto będzie potrafił docenić to wszystko, co ma, kto będzie dla niej oparciem i pomocą.
Dużo lepiej by było, gdyby zniknął. Bliscy nie zmarnują na niego ani uderzenia serca dłużej, może nawet znajdą kogoś lepszego niż on.
Powinien umrzeć. Nie był godny bycia Wilczakiem. Synem i bratem. Dzieckiem swojego ojca.
Nie próbował hamować łez. Noc była jedyną porą, w której mógł sobie na nie pozwolić.
Czuł się tak cholernie samotny. Wśród tych wszystkich bliskich, którzy nie mieli pojęcia co czuł.
Czasami chciał się zwierzyć. Wyrzucić z siebie wszystko, co go przygniatało. Chciał, żeby ktoś nareszcie go zrozumiał. Zobaczył coś więcej niż tylko szeroki, sztuczny uśmiech na jego pysku. Ale nie potrafił. Nikt nie nauczył go mówić o emocjach, zresztą… Cholernie się bał. Bliscy nie zasługiwali na prawdę o nim, leniwym, bezużytecznym i zapatrzonym w siebie kocurze. Nie mógł być dla nich ciężarem. Mieli wystarczająco dużo problemów. W których oczywiście ich nie wspierał, zajęty sobą.
Czasami marzył, że znajduje kogoś, kto go zrozumie. Kto zmusi go do wyznania całej prawdy, a po wszystkim przytuli i powie, że to przecież nie ma znaczenia. Kogoś, z kim będzie mógł dzielić duszę. Kto wywoła uśmiech na jego pysku wtedy, gdy zabraknie mu siły. Wiedział, że poświęciłby mu całe swoje życie. Czasem wstydził się egoizmu tego marzenia.
Zresztą nie miał co się łudzić. Wszyscy widzieli w nim tylko wiecznie uśmiechniętego głuptasa, naiwniaka nie znającego prawdziwego życia, nie rozumiejącego problemów. Błazna.
Widział to w oczach rodzeństwa, wujka i cioci, matki. Żabiego Skoku, Fasolki, czasem miał wrażenie, że nawet Modrzew tak go postrzegał. Nieszkodliwy głupek. Idealny do żartów. Nie trzeba go brać na serio.
Śmiech. Jego myśli poszybowały w stronę poprzedniego zgromadzenia. Tak właśnie było. Śmiech i żarty.
I uśmiech, który roztopił jego serce.
Pokręcił głową.
Nikt nie zechce błazna.

- Kawko? - Uśmiechnął się, widząc zirytowanego brata. Niedawno został wojownikiem i bury był z niego cholernie dumny. Co nie zmieniało faktu, że wciąż chyba nie pogodził się z myślą, że jego braciszek dorósł. - Coś nie tak?
W odpowiedzi otrzymał parę burkniętych pod nosem, niezbyt cenzuralnych słów. Posłał przepraszające spojrzenie Róży. Kotka tylko się uśmiechnęła i taktownie wycofała mając świadomość, że z jakiegoś powodu czarny nie życzył sobie jej obecności.
To wszystko jego wina. Zostawił go. Wtedy, gdy brat najbardziej go potrzebował.
- Nie wiem, co ci nie pasuje w Róży. Może to ciągłe towarzystwo Północ ci nie służy? Jak idzie jej trening? - zapytał, nie doczekawszy się reakcji na (dosyć kiepski) żart.


<Kawko? Standardowo przepraszam, że tak długo xd>

16 października 2020

Od Kawki (Kawczego Lotu) CD. Wróblego Serca

Kawka poczuł jak serce szybko mu przyspiesza. Był w dupie. 
— ....Może... — wyznał cicho. 
Potrójny Krok westchnął niezadowolony. A Wróblowa Łapa pokręcił ze zmartwieniem łbem. 
— Czemu to zrobi-
— Czy to ważne? Zabieraj tego bachora! Tylko mój czas marnujecie — wtrącił się zły medyk. 
Buras spojrzał zaskoczony na liliowego, co tylko jeszcze bardziej zirytowało Potrójny Krok. 
— No już! Zabieraj tego wyżeracza ziół i do kociarni! Zanim się otruje i zdechnie — syknął. 
Wróblowa Łapa chwycił niezadowolonego Kawkę i wyniósł go z medycznego łoża. Gdy oddalili się na wystarczający dystans, położył kocie na śniegu i spojrzał na nie z wyrzutem. 
— Kawko... Czemu to zrobiłeś? Czemu skłamałeś i zjadłeś nieznane zioło? 
Czarny kocurek trochę przestraszony sytuacją milczał. Wbił wzrok w łapki. Starszy brat westchnął i trzepnął ogonem. Kawka doceniał, że nie wrzeszczał na niego jak medyk. Miał tylko nadzieję, że nie naskarży Cętkowemu Liściu o tym. Matka złoiłaby mu tyłek tak, że nie mógłby na nim siedzieć przez najbliższe parę wschodów słońca. 
— Kawko? Kawko, wytłumacz się — starszy nadal oczekiwał odpowiedzi. 
Czarny kociak przełknął ciężko ślinę. 
— Przepraszam — niemal szepnął, unosząc lekko wzrok ku górze. 
Starszy kocur westchnął, podchodząc do malucha i przytulając go lekko. Kawka pisnął niezadowolony. 
— Nie rób tak więcej. Kłamstwo donikąd nie prowadzi. Pamiętaj o tym Kawko. Gdybyś zjadł coś innego mógłbyś nawet umrzeć. Dlatego musisz mi obiecać, że już tak nie zrobisz. Wtedy może nie powiem wszystkiego mamie. 
Kawka położył uszy. Układ nie był zły. Przynajmniej może nie będzie miał złojonego tyłka. 
— Dobrze — mruknął od niechcenia, wyswobadzając się z uścisku brata. 
Wróblowa Łapa uśmiechnął się lekko. 
— To wracajmy za nim cię przewieje. — miauknął ciepło i ruszył w stronę żłobka. 
Kawka nieco wolniej na swych krótkich łapkach podążył za bratem. 

* * *
*po zgromadzeniu, ale przed zginięciem Lamparciego Skoku*


Pora Nagich Drzew nie przypadła mu do gustu. Podobnie jak większość wojowniczych obowiązków. Na dodatek jego uczennica była czystym udręką. Sam nie lubił porannego wstawiania i zabierania ją na treningi, ale u niej wydawało się wszystko cierpieniem. Kawka już parę razy zdążył się ugryźć w język nim zdążył palnąć, że skoro tak bardzo nie chce się jej żyć niech się pójdzie utopić. Zrezygnowany krążył w kółko. Wszystko ostatnio zdawało się takie bezsensowne i pełne napięcia. Cały klan zdawał się jeszcze bardziej strać pod siebie niż zwykle, a teraz to już w ogóle. Obecność Burzaków też go wkurwiała, ale nie tak jak jego odpierdalająca bajlando rodzinka. Mała Łapa przechodził już samego siebie i użalał się nad sobą, będąc przy tym jeszcze bardziej żałosny niż wcześniej. Ale rozumiał go w jednym aspekcie. Też go denerwowała zabawa w ich ojca Wróblego Serca. Bo właśnie tego potrzebowała ta rozlatująca się rodzina. Kolejnego martwego członka. Trzepnął zły ogonem. Różana Słodycz plątała się ostatnio po obozowisku, chcąc pewnie pozaprzyjaźniać z innymi Wilczakami. Kawczemu Lotu nie przypadła ona do gustu. Ogółem nie lubił klanowych przybłęd. Widząc zbliżającą się do niego kotkę, nastroszył futro i syknął na nią ostrzegawczo. Cała sytuacja nie umknęła jego ukochanemu braciszkowi Wróbelkowi. Kawka spojrzał na brata ze znudzeniem.

<Wróbel?>

15 sierpnia 2020

Od Wróblowej Łapy (Wróblowego Serca) cd. Kawki (Kawczej Łapy)

*zima*

Z Kawką naprawdę musiało być bardzo źle. Nie rzucał zniesmaczonych spojrzeń, nie rzucał obelgami w stronę Potrójnego Kroku ani brata, ba, w ogóle nic nie mówił! Bury spojrzał na niego z prawdziwym niepokojem w oczach. A jeśli to faktycznie było coś poważnego? Uśmiech zamarł mu na pyszczku.
Czarny wpatrywał się w niego z niepokojem i z trudem pokręcił głową. Pewnie nie chciał ich martwić, ale widać było, jak cierpiał. Wróbelek zrobił niezdecydowany krok w przód, chcąc jakoś pomóc bratu, a równocześnie nie mając pomysłu jak. Martwił się i to bardzo!
- Kawko? Kawko, powiedz coś - poprosił z narastającą paniką w oczach. Patrzył to na brata, to na stojącego obok obojętnego medyka. Jak w takim momencie mógł być tak… nieczuły?
Czarny zmrużył ślepia, szykując się zapewne do powiedzenia czegoś niemiłego, ale żadne słowo nie wydobyło się z jego pyszczka. Wyleciało za to coś innego, dokładniej na wpół przetrawione śniadanie i coś, czego Wróbelek nie potrafił zidentyfikować. Odruchowo cofnął się o krok, próbując nie zostać ochlapanym.
- Mysie łajno! - Bury aż podskoczył na dźwięk okrzyku medyka. - Musiałeś rzygać akurat tutaj?! - Liliowy zmarszczył nos z obrzydzenia, osuwając się jak najdalej od zabrudzonego mchu. - Teraz będę musiał znaleźć coś, co zabije ten potworny smród i…
- N-nic mu nie będzie? - przerwał mu dalej zszokowany Wróbelek. Liliowy zmierzył go zimnym spojrzeniem.
- Nie wiem. Weź ten mech i wynieś go z legowiska. A ty - spojrzał na wciąż lekko się trzęsącego Kawkę - idziesz z nim. Na zewnątrz będziesz mógł sobie rzygać do woli.
Bury ostrożnie chwycił brudny kawałek mchu. Smród wwiercał mu się w nos, powodując że jedzenie w jego żołądku też podskoczyło. Opanował się i wyrzucił roślinę na śnieg przed legowiskiem. Odetchnął, a jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem braciszka. Skinął na niego głową ze słabym uśmiechem.
- Chodź. Skoro Potrójny Krok uważa, że tak będzie lepiej…
Wspomniany kocur pojawił się parę uderzeń serca obok nich, pachnąc jakimiś ziołami. Z daleka obejrzał brudny mech i śnieg dookoła.
- Czy to są… liście? - Wyciągnął szyję i wstrzymał oddech, próbując lepiej się przyjrzeć treści żołądkowej, równocześnie będąc od niej odpowiednio daleko.
Bury powstrzymał kolejną rewolucję w żołądku i podszedł bliżej.
- Yhm, chyba tak.
Medyk przyglądał się słabo przeżutym liściom spod przymrużonych powiek, mając nieodparte wrażenie, że doskonale je zna. Bez słowa zniknął w głębi legowiska.
- Kawko? - Spojrzenie Wróbelka padło na brata. - Zjadłeś coś, co mogło ci zaszkodzić?


<Kawko? Tłumacz się xD I przepraszam, że tyle to trwało, możesz zrobić time skip jak chcesz xd>

07 sierpnia 2020

Od Kawki CD. Wróblowej Łapy (Wróblego Serca)

Gdy tylko Wróbel odszedł od niego Kawka zaczął się przyglądać poukładanym rośliną. Większość z nich śmierdziała, ale znalazło się i parę kwiatków o miłym zapachu. Kocurek rozglądał się za jakimś, który faktycznie sprawiłby, że zacząłby go boleć brzuch. Wtedy przynajmniej nie byłoby lipy. Niestety Kawka słabo znał się na ziołach. Wręcz wcale. Kwiatki i roślinki różniły się dla niego jedynie wyglądem i zapachem, więc nie miał pojęcia, które z nich pomoże mu osiągnąć zamierzony efekt. Najwidoczniej los chciał by szedł na żywioł. Jedno z ziół o ząbkowanych liściach przykuło jego uwagę. Gdy trącił listek łapą poczuł nieprzyjemnie rozchodzący się ból. Szybko oderwał kończynę od piekielnej rośliny. To musiało być to. Skoro kuło w łapę w brzuszek od środka też go po kuje i Trójka nie zauważy, że udawał. Pospiesznie zjadł liść, czując nieprzyjemne uczucie na języku.
— Tu jest — zawołał Wróblowa Łapa, prowadząc medyka do swojego brata. — Czemu się nie odezwałeś? 
Kawka nie odpowiedział. Wolał nie używać obolałego języka przez dłuższą chwilę. Para brązowych ślip ukradkiem zerknęła na medyka. Pomimo że ten był kaleką zupełnie jak jego brat Potrójny Krok był trochę straszny. Przynajmniej z pyska. 
— Coś cię jeszcze boli prócz brzucha? — mruknął liliowy. 
Kawka pokręcił szybko łbem. Nieprzyjemne uczucie w brzuchu się nasiliło. Lekko skołowany usiadł, wbijając wzrok w łapy. Poczuł jak jego śniadanie zapragnęło wyjść na zewnątrz.
— Hmm, otwórz pysk — rozkazał Potrójny Krok. 
Kawka spiął się. Ledwo teraz wstrzymywał zawartość swojego żołądka, a co dopiero z otwartym pyskiem. 
— Ogłuchłeś? — syknął medyk, spoglądając z niezadowoleniem na Wróbla. 
— Kawko, co jest? — miauknął zmartwiony buras. — Aż tak cię boli? 
Kocurek lekko podniósł łebek. Mdłości uderzyły go z podwójną siłą. Ledwo pokręcił łebkiem, by wziąć głęboki oddech. Nie rozumiał czemu z każdym uderzeniem serca było mu coraz trudniej powstrzymać śniadanie od ucieczki. 
Czy Gwiezdni aż tak chcieli, by ozdobił legowisko medyków swoimi rzygami?
— Kawko? Kawko, powiedz coś — poprosił Wróblowa Łapa, podchodząc do brata bliżej. 
Czarny już chciał na niego warknąć, by się odczepił, lecz zamiast słów z jego pyska wydobył się niedawno zjedzonym posiłek. 

<Wróbel?>

20 lipca 2020

Od Wróblowej Łapy cd. Kawki

Przyjście zimy wlało w serca rodzeństwa nową nadzieję. Może to niesamowita atmosfera lasu uśpionego pod miękkim, białym puchem, może przytulność legowiska, fakt, że w obliczu zimna koty chętniej trzymały się bliżej siebie, a może po prostu zasługa wielkiej śnieżnej bitwy, podczas której hasali jak małe kocięta. Pora Nagich Drzew zachęcała do zabawy, śnieżne zaspy aż się prosiły, żeby kogoś w nie wrzucić. Szczególnie, że rodzeństwo widziało biały puch po raz pierwszy.
Na dodatek mentorzy jakby trochę zwolnili z treningami, przenieśli je na bardziej kocie pory, biorąc pod uwagę, jak późno wstawało i wcześnie zachodziło słońce. Nawet Cętkowany Liść wydawała się spokojniejsza.
Dziś pierwszy raz od długiego czasu rodzeństwu udało się wspólnie odwiedzić mamę. Serce Wróbelka zalało ciepło na widok uśmiechu ich mamy.
- Kochanie, wstawaj. - Kocica zabrała się za budzenie młodszych braci. Burasek ich uwielbiał. Nie mieli okazji spędzić zbyt wiele czasu razem, zresztą kociaki ciągle przez większą część dnia jeszcze spały, ale na ich widok i tak się rozpływał. Obiecał sobie, że jak tylko będą trochę więksi, nauczy ich wszystkiego, co starszy brat powinien nauczyć. Będą razem patrzeć w Gwiazdy, opowie im o mowie kwiatów i zawsze stanie w ich obronie, jeśli będzie taka potrzeba.
- Wróbelku! - głos Cętkowanego Liścia wyrwał go z zamyślenia. - Zaniesiesz proszę Kawkę do Potrójnego Kroku? Chyba znów mu coś dolega.
Brązowe ślepia spojrzały na niego ze smutkiem ale i odrobiną niepewności.
Miał nadzieję, że to nic poważnego.
 - Dobrze, zaraz będziemy z powrotem.
Otarł się o mamę i delikatnie chwycił brata za kark. Nie lubił nosić kociąt, zawsze się bał, że zrobi im krzywdę. Albo że złapanie za kark będzie je boleć. Jak najostrożniej mógł, wyszedł z legowiska. Od razu poczuł chłód bijący od śniegu. Uśmiechnął się na samo wspomnienie bitwy. Stąpając powoli, skierował swoje kroki do legowiska medyków. Miał ochotę zapytać braciszka co mu dolega, ale w porę zorientował się, że wtedy maluch wyląduje w zaspie i ugryzł się w język. Odezwał się dopiero, gdy ostrożnie położył czarnego na mchu legowiska medyków.
- Nie martw się, Kawko. Potrójny Krok i Fasolkowa Łapa na pewno ci pomogą. - Uśmiechnął się pokrzepiająco do brata. Ten tylko spojrzał na niego dużymi, brązowymi ślepiami.
- Poczekaj tu na mnie - miauknął, robiąc krok w głąb legowiska. - Potrójny Kroku?
- Czego? - Przywitał go trójłapy medyk. -  Jeśli to żarty, a nie poważna sprawa to spadać.
- Jak najbardziej poważna - miauknął z uśmiechem Wróbelek. - Mojego braciszka boli brzuch, obejrzysz go?
Zielone ślepia spojrzały na niego zimno.
- Bawi cię to?
Wróbelek postawił uszy, zaskoczony.
- Nie, oczywiście, że nie! - miauknął. - Po prostu chciałem być miły. Mam nadzieję, że to nic poważnego.
- Zobaczymy - burknął Potrójny Krok. - Gdzie twój brat?
Po ich ostatnim spotkaniu burasek wiedział, że asystent medyka nie należy do szczególnie miłych, ale dzisiaj musiał wstać lewą łapą. Mimowolnie kocurek się uśmiechnął.
- Czeka przy wejściu. Kawko? - miauknął głośniej.


<Kawko? Dałam ci chwilę na ucieczkę, ale jeśli jesteś gotowy stawić czoła Trójce... :>>

12 lipca 2020

Od Kawki

Jasne promienia słońca wkradły się do kociarni. Kawka niezadowolony zmarszczył pyszczek, chowając się w futrze rodzicielki. Nie zamierzał tak wcześnie wstawać. Lecz los postanowił inaczej, gdyż głośne kroki rozległy się w kociarni. Znajomy zapach pomógł Kawce zindeksować Wilczaka. Choć już ciężkie kroki siostry ją zdradziły. Starsze rodzeństwo wpadło w odwiedziny. Kawka, który darzył spotkania rodzinne miłością najprawdziwszą, zakopał się jeszcze bardziej w futrze matki. To nie tak, że nie lubił swojej rodziny, choć większości jednak tak, lecz nadmiar kotów mówiących do niego zdecydowanie potrafił go przytłoczyć. Szczególnie, gdy każdy kłapał swym jęzorem, sprawiając, że ich głosy zlewały się w jedność. Drgnął na myśl o tym co zaraz go czeka. Był zły na tatę, że ten robił sobie tyle bachorów. 
— Kochanie, wstawaj — ciepły język matki przejechał po jego futrze.
Kawka burknął niezadowolony. Może jeśli będzie udawał ból brzucha uwolni się z tego cyrku? 
— B-boli — miauknął cicho, trzymając się łapkami za różowy brzuszek. 
Pełne udawanego bólu i łezek brązowe ślipia spojrzały na rodzicielkę. Kotka westchnęła zmartwiona, chwytając syna za skórę na karku. 
— Wróbelku! — zawołała starszego syna. — Zaniesiesz proszę Kawkę do Potrójnego Kroku? Chyba znów mu coś dolega — dodała. 
Bury spojrzał zmartwiony na młodsze rodzeństwo. 
— Dobrze, zaraz będziemy z powrotem — miauknął, ocierając się o matkę i przejmując brata. 
Kawka zwisając teraz z pyska Wróblowej Łapy niczym szmaciana lalka, przyglądał się zaśnieżonemu obozowisku. Śnieg cienką warstwą poprzykrywał futra wojowników wracających z patrolu podobnie jak pozostałych kotów bytujących poza legowiskiem. Kawka nawet się nie zorientował kiedy trafił do legowiska medyków. Zapach ziół uderzył w nozdrza kociaka, przytłaczając go z lekka. Maluch zaczął przyglądać się ususzonym kwiatkom. 
— Nie martw się, Kawko — miauknął do niego nagle bury, kładąc go delikatnie na ziemi. — Potrójny Krok i Fasolkowa Łapa na pewno ci pomogą — dodał ze pocieszającym uśmiechem. 
Po czym podszedł do trójłapnego kocura z wymalowanym niezadowoleniem na pysku. Po grzbiecie Kawki przeszedł dreszcz niezapowiadający nic dobrego. W końcu zrzędliwy medyk na pewno nie ucieszy się z nieistniejącego bólu brzucha. Dlatego nie mógł pozwolić im odkryć, że udaje. 

<Wróblu? Trójko?>