Zgromadzenie
Słonkowa Łapa nie potrafiła się pogodzić z faktem, że poszła na zgromadzenie, podczas gdy jej brat musiał wciąż przebywać w lecznicy. To wszystko było takie niesprawiedliwe! Zresztą, niewiele dzieliło ją od tego, by również została w obozie, by dotrzymać swojemu braciszkowi towarzystwa, i by nie musiał żałować, że został w azylu, podczas gdy jego siostry zdobywały nowe znajomości.
Finalnie jednak dotarła na Bursztynową Wyspę, choć starała się trzymać na uboczu i nie wydawać z siebie żadnego dźwięku, jakby naprawdę chciała, by Firletka nie musiał niczego żałować. Jej plany zakończyły się jednak fiaskiem, gdy przypadkiem nadepnęła na czyjś śnieżnobiały ogon.
— Ach! — westchnęła, otwierając szerzej oczy. — Najmocniej przepraszam! Ja n-nie chciałam!
Nieznajomy syknął z bólu i kładąc uszy po sobie, spojrzał na uczennicę.
— Nic się nie stało — uśmiechnął się lekko Wilczak. Wciągnął powietrze w płuca i zastrzygł uchem. — Jesteś z Klanu Klifu, co? — mruknął cicho. — Jak cię zwą? — zapytał.
Słonkowej Łapie kamień spadł z serca, lecz wciąż czuła się trochę zażenowana swoją niezdarnością. Najchętniej już zniknęłaby pośród tłumu, by dotrzymać obietnicy, którą sama sobie ustanowiła, jednak białofutry kocur zaczął coś do niej mówić. Nie mogła go zignorować, rodzice nie tak ją wychowali
— Tak, jestem… — przyznała. — Nazywam się Słonkowa Łapa, a ty? Jesteś chyba z… Klanu Wilka, tak? — kontynuowała niepewnie.
“Po co zadajesz pytania? W taki sposób tylko ciągniesz rozmowę dalej, a miałaś z nikim nie rozmawiać, by Firletce nie było przykro!”— skarciła się w myślach, lecz mimo wszystko było już za późno na cofnięcie tego, co właśnie powiedziała.
Kocur przechylił lekko głowę, mrugając kilkakrotnie.
— Jestem Rozbity Księżyc. Zgadza się, Klan Wilka — odparł. — Jak ci idzie trening? Dobrego masz mentora? — zapytał.
Szylkretka przełknęła głośno ślinę. Przed jej oczami od razu pojawił się obraz Jenociej Kufy, która ciągała ją na treningi nawet wtedy, gdy Słonka była jeszcze kompletnie przybita po wypadku Firletkowej Łapy.
— Wiesz… Czasami nam nie po drodze, ale uważam, że moja mentorka jest… bardzo doświadczona i wie, co robi — stwierdziła, wlepiając wzrok w łapy.
Biały przyjrzał się kotce z zainteresowaniem.
— Hm... To chyba dobrze, co? — miauknął cicho. — Wiesz, chciałbym mieć ucznia. To musi być fajne — uśmiechnął się lekko. — Wszystko dobrze?
Słonkowa Łapa skinęła tylko głową na słowa białofutrego o tym, że to dobrze, że jej mentorka jest doświadczona. “Byłoby jeszcze lepiej, gdyby wiedziała, jak uczyć tak, by jej uczeń faktycznie ją lubił i jej ufał” — pomyślała, lecz nie miała odwagi splamić honoru Jenociej Kufy przed jakimś Wilczakiem. Nawet jeśli ten nawet jej nie znał.
Gdy kocur spytał o jej samopoczucie, Słonka na moment wstrzymała oddech.
— Czy wszystko dobrze? Tak, tak… Jak n-najbardziej — odparła, unosząc na niego wzrok i uśmiechając się słabo. — To znaczy… ostatnio wydarzyło się coś niedobrego, ale jakoś sobie… radzę — dodała, natychmiast kładąc po sobie uszy. Czy powinna dzielić się taką informacją z tym kocurem?
— Jeśli mogę spytać...to, co się stało? — przechylił lekko głowę. — Nie musisz mówić, jeśli nie chcesz, zrozumiem to — dodał zaraz, wyjaśniając.
Przez moment szylkretka zastanawiała się, czy chce opowiedzieć białofutremu o wypadku Firletkowej Łapy, lecz wtem po wyspie rozległ się głos Mandarynkowej Gwiazdy, która zaczęła przemawiać. Dopiero gdy skończyła, Słonka spojrzała znów na Wilczaka.
— Może… może Lśniąca Gwiazda coś o tym wspomni. Nie wiem… ale… muszę już iść — mruknęła i, nie czekając na reakcję nieznajomego, zniknęła gdzieś w tłumie, by nie musieć dłużej przeprowadzać interakcji z innym kotem.
* * *
Teraźniejszość
Od ostatniego czasu czuła się już lepiej. Firletkowa Łapa zdawał się powoli dochodzić do siebie, a przede wszystkim wciąż żył, więc Słonka była wypełniona nadzieją, że kocur jeszcze donikąd się nie wybierał. Nie była pewna, czy będzie w stanie kontynuować swoje szkolenie na wojownika, lecz cieszyła się, że wciąż mógł stąpać po tej samej ziemi co ona. I nawet jeśli Lśniąca Gwiazda zdecyduje się uczynić z niego na wieczność starszego, to i tak będzie go kochać i regularnie odwiedzać! Po prostu nie mogła się doczekać, aż kocur w końcu opuści lecznicę i już nie będzie musiał przebywać wśród gryzącego zapachu tych wszystkich ziół, jak i okazjonalnie chorób, gdyż oprócz Firletki w legowisku medyków często przebywały także koty z katarem czy jakimś kaszlem. Ogólnie rzecz biorąc — lecznica nie była miejscem, w którym jakiś kot, który nie jest medykiem, chciałby przebywać na co dzień. Właśnie dlatego szylkretka miała nadzieję, że już niedługo Firletka przestanie potrzebować ciągłego nadzoru Jagnięcego Ukłonu, Księżycowej Aldrowandy i Ćmiej Łapy oraz że wreszcie będzie mu dane przenieść się gdzieś indziej.
Pewnego dnia, chcąc uczcić to, jak silny był niebieski kocur, Trójoki Zając, Kukułczy Wdzięk, Mysikrólicza Łapa i Słonkowa Łapa wspólnie postanowili wybrać się na rodzinny spacer. W czwórkę mieli przejść się po terenach Klanu Klifu, by wreszcie nacieszyć się swoją obecnością w miejscu innym niż lecznica. Szylkretka nie mogła doczekać się tego wypadu, mimo iż najpewniej podczas niego pozostanie cicho. Nie lubiła się odzywać, nawet wtedy, gdy była razem z rodziną. Wolała po prostu nasłuchiwać tego, co inni mieli do powiedzenia. Na szczęście jej rodzice nigdy nie próbowali na nią naciskać, by się do nich odzywała, dzięki czemu takie spacery były dla niej naprawdę komfortowe.
Miała też nadzieję, że podczas tego spaceru jej tata trochę się rozluźni, bo zauważyła, że to chyba jemu najciężej było funkcjonować po wypadku syna. Być może czuł się winny za to, co się wydarzyło? Z tego, co słyszała Słonka, Firletka spadł z klifu podczas spaceru z rodzicami. Nie byłoby więc dziwne, gdyby Trójoki Zając winił się za niedopilnowanie niebieskiego. Szylkretka miała nadzieję, że kremowy szybko zrozumie, iż nie wszystko w życiu da się przewidzieć i skontrolować.
Dopiero co wzeszło słońce, a Słonka już siedziała na swoim posłaniu, niemal gotowa do wyruszenia na zewnątrz. Umówili się, że wspólnie przejdą się z samego ranka, gdyż później Słonkowa Łapa i Mysikrólicza Łapa będą musiały iść na trening. Wkrótce uczennica zadecydowała, że obudzi również swoją siostrę, by ta zdążyła się przygotować. Trochę obawiała się, że liliowa będzie zła za przerwanie jej snu, ale mimo wszystko zależało jej na tym, by wyruszyć na spacer jak najszybciej. Już nie mogła się doczekać, aż poczuje w swoim futrze rześki wiatr i będzie mogła przyjrzeć się porannej mgle. Słonkowa Łapa uwielbiała taką pogodę, jaka panowała teraz — przynajmniej ze względu na jej wygląd. Szylkretka nie lubiła chłodu, ale podobały jej się ponure krajobrazy.
— Psst, Mysikrólik! — szepnęła do ucha siostrze, gdy już do niej podeszła. — Zaraz wychodzimy na spacer, musisz wstać! — dodała, lecz tym razem trochę mniej śmiało, gdyż szylkretka już drgnęła, co oznaczało, że powoli zaczynała się wybudzać!
W końcu liliowa sennie otworzyła oczy, lecz gdy tylko jej wzrok napotkał pysk Słonki, nieznacznie zmarszczyła brwi.
“Może akurat śniło jej się coś fajnego?” — pomyślała szylkretka, po czym odsunęła się nieco od siostry. Może powinna zaczekać, aż Kukułczy Wdzięk i Trójoki Zając się obudzą, nim postanowi zbudzić Mysikrólik?
— Czemu mnie budzisz? — mruknęła w końcu liliowa, wzdychając ciężko i przewracając się na drugi bok.
— Nie pamiętasz? — odparła od razu Słonka, po czym odchrząknęła. — No… mieliśmy iść z rodzicami na spacer. Dzisiaj, rano — wyjaśniła spokojnie.
Mysikrólik z pewnością również pamiętała o tym spacerze, tylko najwidoczniej potrzebowała jeszcze chwili, by porządnie się rozbudzić.
— Tak wcześnie? — prychnęła, wyraźnie sfrustrowana.
Słonkowa Łapa przełknęła ślinę. Czy zrobiła coś złego? A może jej siostra znowu miała jakiś zły humor? Od wypadku Firletkowej Łapy faktycznie stała się bardziej nerwowa. Irytowała się znacznie szybciej niż niegdyś, a niekiedy potrafiła rzucić w stronę Słonki jakimś niepochlebnym słowem. Mimo to uczennica nie miała jej tego za złe. Wiedziała, że Mysikrólik mogła po prostu nie radzić sobie z katastrofą, jaka spotkała ich rodzinę — podobnie zresztą jak Trójoki Zając.
Nawet jeśli niektóre zachowania liliowej raniły ją samą, nie potrafiła gniewać się na nią zbyt długo. W końcu to nie ona zdecydowała o tym, że Firletkowa Łapa stracił łapę.
— Tak się umawialiśmy… — mruknęła w końcu cicho, po czym wzięła głęboki wdech i ruszyła w stronę wyjścia z legowiska uczniów. — Będę czekać w centrum… — oznajmiła, wychodząc.
Przysiadła niedaleko wyjścia i wlepiła wzrok w kamienną posadzkę. Wsłuchiwała się w szum wodospadu, próbując nie dopuścić do siebie żadnych konkretnych myśli. Nie chciała teraz o niczym rozmyślać. Pragnęła po prostu przez kilka uderzeń serca nacieszyć się spokojem.
Trwało to jednak tylko do momentu, aż po azylu rozległ się odgłos kroków. Słonka od razu uniosła głowę i omiotła wzrokiem cały obóz, aż w końcu jej spojrzenie spoczęło na dwóch sylwetkach — jednej kremowej, drugiej szylkretowej. Trudno było nie rozpoznać w nich Trójokiego Zająca i Kukułczego Wdzięku.
Słonkowa Łapa uśmiechnęła się nieznacznie i podniosła z miejsca, by do nich podejść.
— Już nie śpisz? — odezwała się Kukułka. — Myślałam, że będziemy was musieli za uszy wyciągać z legowisk — dodała nieco żartobliwie, choć w jej oczach wciąż widniał smutek. Od wypadku Firletki był on w ślepiach matki zakorzeniony tak głęboko, że nawet kiedy Kukułka z pozoru wyglądała na szczęśliwą, jej oczy zawsze sprawiały wrażenie wręcz zgaszonych.
— Nie ma takiej potrzeby… — odparła Słonka. — Obudziłam też Mysikrólik. Za chwilę powinna tu przyjść.
Kukułczy Wdzięk spojrzała na Trójokiego Zająca, po czym ponownie przeniosła wzrok na córkę i skinęła głową.
— Często budzisz się tak wcześnie? — spytała wojowniczka, wciąż zdziwiona tym, że jej córka była już na nogach wcześniej niż ona.
Słonka wzruszyła ramionami, jakby miała zamiar zbyć to pytanie, lecz zaraz potem westchnęła ciężko.
— Właściwie to tak — przyznała posępnie, nieznacznie kładąc po sobie uszy. — Nie wiem, czemu tak jest, ale przynajmniej Jenocia Kufa nie musi się na mnie denerwować z samego rana, prawda? — dodała, ponownie posyłając matce uśmiech.
Kukułce jednak nie było do śmiechu. Zamiast tego jej pysk wyraźnie spoważniał, a w spojrzeniu pojawiła się troska.
— A czy w ciągu dnia czujesz się potem senna? Jeśli tak, to może po powrocie do obozu wpadniemy do Ćmiej Łapy, żeby coś na to zaradziła? Na pewno medyczki mają na to jakieś zioło — zaproponowała.
Uczennica miała już otwierać pysk, by odpowiedzieć matce, lecz wtem przed oczami pojawiła jej się sylwetka siostry. Mysikrólik wciąż wyglądała na zaspaną, jej futro było zmierzwione, a pysk przybrał nieco naburmuszony wyraz.
Jej kroki od razu przyciągnęły uwagę Kukułki i Zająca. Szylkretka zamknęła pyszczek, który jeszcze przed chwilą miała rozdziawiony, i również skupiła całą uwagę na siostrze. Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, ze skalnych półek, na których spali wojownicy, zeszli Drzemiące Słońce, Morświnowa Płetwa i Słoneczne Oko, kierując się na poranny patrol. Gdy końcówki ich ogonów zniknęły poza azylem, stało się jasne, że Słonka i jej rodzina wreszcie mogą wyruszyć na spacer.
— Idziemy? — spytała Mysikrólik, wpatrując się w wodospad.
— Idziemy — oznajmiła Kukułczy Wdzięk, po czym wraz z Trójokim Zającem ruszyła w stronę wyjścia.
Słonkowa Łapa podążyła tuż za matką, niemal się od niej nie odrywając, jakby obawiała się, że za chwilę jakimś nieszczęśliwym trafem sama znajdzie się na krawędzi klifu. Trójoki Zając również wyglądał na wyraźnie spiętego, gdy opuszczali obóz. Słonka dostrzegła, jak napinają się jego mięśnie, a w oczach pojawia się znajomy ból. Obecne okoliczności były niemal identyczne z tymi, w których doszło do wypadku Firletkowej Łapy.
Może wcale nie powinni byli wybierać się na spacer z samego rana? Może rozsądniej byłoby przełożyć go na późniejszą porę, kiedy Słonka i Mysikrólik wrócą już z treningu? Teraz jednak nie było już sensu tego roztrząsać. Cała czwórka maszerowała przed siebie w milczeniu, a atmosfera między nimi z każdą chwilą stawała się coraz cięższa. Nie dlatego, że żywili wobec siebie jakiekolwiek negatywne uczucia, lecz dlatego, że czegoś — a właściwie kogoś — wyraźnie im brakowało. Nie licząc oczywiście Ćmiej Łapy, która nie miała dziś zbyt wiele czasu, by do nich dołączyć.
Szylkretka liczyła na to, że w końcu któreś z nich zdecyduje się odezwać i w jakiś sposób rozluźni atmosferę, lecz taka chwila nie nadeszła. Wszyscy stawiali kolejne kroki w zupełnej ciszy, jakby zamiast na zwyczajny rodzinny spacer zmierzali właśnie na czyjś pogrzeb. Słonka z jednej strony cieszyła się, że nie musi wysilać się na uczestniczenie w rozmowie, z drugiej jednak ta cisza zaczynała ją coraz bardziej uwierać. Było w niej coś niepokojącego. Jakby stanowiła ostateczne potwierdzenie tego, że przez Firletkę ich rodzina zmieniła się już na zawsze i od jego wypadku nic nie mogło wrócić do dawnego stanu.
Nim Słonka się obejrzała, dotarli w okolice rzeki. Szylkretka szła z głową lekko spuszczoną, natomiast Mysikrólik rozglądała się na boki, idąc z tyłu swojej siostry. Trójoki Zając maszerował kilka kroków przed nimi i uparcie wpatrywał się w przestrzeń przed sobą.
Nagle zatrzymał się tak gwałtownie, że Słonka niemal na niego nie wpadła.
— Nie patrzcie! — wydusił z siebie prędko.
Było jednak za późno.
Słonka podniosła wzrok i dostrzegła w oddali rudą plamę. Przez pierwszą chwilę nie potrafiła nawet zrozumieć, na co patrzy. Dopiero po kilku uderzeniach serca dotarło do niej, że między śliskimi kamieniami prowadzącymi na drugą stronę rzeki zaklinowane było ciało kota. Natychmiast zebrało jej się na wymioty.
Rudofutry kot był pokryty ranami, przez co na pierwszy rzut oka trudno było w nim rozpoznać dawniej żywą istotę. Szylkretka nie potrafiła pojąć, że te bezwładne ciało, którym teraz poruszał nurt rzeki, jeszcze jakiś czas temu musiało chodzić po ziemi, polować, walczyć i rozmawiać z innymi kotami. Musiało mieć własne życie, własne wspomnienia i własnych bliskich. Teraz jednak pozostało po nim tylko... to.
Słonka natychmiast odwróciła wzrok. Nie chciała już na to patrzeć ani nawet próbować wyobrażać sobie, kim był ten kot. W rzeczywistości wpatrywała się w niego zaledwie przez kilka uderzeń serca, lecz miała wrażenie, jakby minęła cała wieczność. Czym prędzej zrobiła krok w tył, ustawiając się tak, by zasłonić siostrze widok na to, co znajdowało się między kamieniami.
— Idźcie… do obozu — poradził po chwili Trójoki Zając.
Słonka skinęła głową, po czym przełknęła ślinę i odwróciła łeb w stronę Mysikrólik.
— Odwróć się i wracajmy, s-szybko — rozkazała.
Pysk liliowej szylkretki wygiął się w dziwnym grymasie, jednak już po chwili kotka odwróciła się i zaczęła zmierzać w stronę azylu. Słonka poczuła, jak kamień spada jej z serca. Cieszyła się, że jej siostra posłuchała zarówno ojca, jak i jej samej i nie postanowiła przekonać się na własne oczy, co takiego zobaczyli.
— Co tam było? — zapytała, gdy znalazły się już nieco dalej od rodziców.
— N-nie wiem… nie zauważyłam niczego — odparła Słonka, jednak zaraz potem Mysikrólik stęknęła.
— Nie kłam! Masz minę jak przybity szczeniak — zauważyła szylkretka, nieznacznie marszcząc brwi. — Co to było? Łapa Firletki? A może… jakiś trup? — drążyła dalej, delikatnie zadzierając brodę.
— Mhm… — mruknęła Słonka, wbijając wzrok w ziemię.
— Mhm co? — Mysikrólik nie zamierzała jej odpuścić.
Co ją ugryzło? Dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, by się dowiedzieć?
— Trup… Zobaczyłam trupa — przyznała w końcu niebieska, wiedząc, że inaczej liliowa cały czas będzie zasypywała ją pytaniami.
Po tych słowach młodsza siostra ucichła, jakby nagle wyrwano jej język.
Słonka myślała, że reszta podróży minie im w milczeniu, jednak po jakimś czasie dołączyła do nich ich matka. Szylkretka chciała ją spytać, gdzie teraz był tata, lecz ostatecznie się powstrzymała. Może ten martwy kot był kimś, kogo Trójoki Zając znał? Tylko dlaczego miałby znajdować się na terenach Klanu Klifu? A co, jeśli to nie był żaden samotnik, tylko jakiś członek klanu? Co, jeśli była to na przykład… Jajeczna Skorupka?
Szylkretka przełknęła ślinę i postanowiła skupić się na dźwięku, który rozlegał się w jej uszach za każdym razem, gdy stawiała kolejny krok w błocie. W ten sposób udało jej się dotrzeć do azylu bez poczucia, że serce zaraz wyrwie jej się z piersi, a żołądek zrobi fikołka. Nie chciała nawet myśleć o tych wszystkich czarnych scenariuszach, bo zawsze przyprawiało ją to o nerwy. Zamiast tego udała się do legowiska uczniów, by zwinąć się w kulkę na swoim posłaniu i zasnąć.
* * *
Jej drzemka nie trwała zbyt długo, gdyż szybko przerwała ją Jenocia Kufa, chcąca zabrać Słonkę na trening. Niestety, luźniejsze traktowanie szylkretki ze strony Jenot ze względu na wypadek w rodzinie zdążyło już odejść w zapomnienie, a wojowniczka ponownie stała się tą samą surową i wymagającą nauczycielką co wcześniej. Słonka, choć wciąż miewała gorsze dni, starała się zachowywać tak jak dawniej. Nie chciała sprawiać problemów Jenociej Kufie, a przede wszystkim swoim rodzicom. Kukułka i Zając mieli już wystarczająco dużo na głowie, by dodatkowo przejmować się treningiem swojej najstarszej córki.
Słonkowa Łapa właśnie kierowała się wraz z wojowniczką w stronę wyjścia, gdy nagle dostrzegła swojego ojca. Trójoki Zając wyglądał na zmęczonego, a może wręcz przybitego. Jego łapy i brzuch były subtelnie zabarwione na kolor brązowy, jakby kocur niemal po łokcie zanurzał się w ziemi i nie zdołał później dokładnie oczyścić futra. Czy ubrudził się tak wyłącznie podczas przemierzania terenów Klanu Klifu, czy może przez cały ten czas kopał grób dla znalezionego kota? Sama myśl o tym sprawiła, że Słonka poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Gdy szylkretka przechodziła obok niego, zatrzymała się na moment i nawiązała z nim kontakt wzrokowy. Kocur również stanął i przez kilka uderzeń serca oboje trwali w bezruchu, wpatrując się w siebie w milczeniu. Jenocia Kufa tymczasem oddalała się coraz bardziej od azylu. Słonka nie wiedziała, co powinna powiedzieć. W jej głowie wciąż tkwiło te samo pytanie, którego nie odważyła się wcześniej zadać. Czy tata wiedział, kim był martwy kot?
<Tato?>
[2759 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz