BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzwonkowy świst x Pożarowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzwonkowy świst x Pożarowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

14 lipca 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy (Ostatniego Pożaru)

Początkowo sądził, że to z jej strony to jakiś ponury żart. Natomiast poważny wyraz jej pyska nie pozostawiał miejsca na takie przypuszczania. Przełknął gulę, która urosła mu w gardle, a sierść na karku zjeżyła mu się mimowolnie. Serce waliło mu jak oszalałe, a wzrok nerwowo uciekał od niej ku podłożu, by po chwili znów na niej spocząć. Każdy oddech tylko potęgował suchość na języku.
– Odchodzisz, tak po prostu? Porzucasz mnie, nasze dzieci, bo jesteś zmęczona? – Nie wierzył w to, co mu powiedziała, tym bardziej przez fakt na to, z jaką łatwością jej to przyszło. Zabrzmiał ostro, nawet dla siebie samego, ale nie zamierzał w tym przypadku udawać, że wszystko było w porządku. – Czy ja mam cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie?
Kotka nie drgnęła. Jej pomarańczowe oczy, zwykle bystre i czujne, teraz były matowe i obojętne. Wolno liznęła łapę, jakby próbowała zmyć z siebie resztki wspomnień z ich krótkiego, wspólnego życia, po czym spojrzała na niego z góry.
Oceniała go. Nawet teraz, w tak dramatycznym momencie. Zdawało mu się, że próbowała odgadnąć co dokładnie siedziało mu teraz w głowie. Tego akurat sam nie był w stanie na ten moment stwierdzić.
– Tak – miauknęła cicho, bez wahania. – Odchodzę z tej relacji. Ty i kocięta dacie sobie radę. Masz w sobie dość siły, by się nimi zająć, widzę, że sprawia ci to jakąkolwiek radość. To nie dla mnie.
Rudy chyba po raz pierwszy w życiu poczuł prawdziwy, pulsujący w nim gniew, zmieszany z rozpaczą. Nie chciał pokazać przy niej słabości.
Stał nieruchomo, czując, jak wściekłość rozpala mu skórę pod gęstym, rudym futrem. Każdy mięsień w jego ciele był napięty do granic możliwości. To uczucie było mu zupełnie obce, co by się w życiu nie działo, kogo by nie stracił, nigdy nie zdzierało mu to uśmiechu z pyska, nie gasiło jego wiecznego optymizmu.
Chciał rzucić się naprzód, fuknąć jej prosto w pysk, zmusić ją, by spojrzała na niego i zrozumiała, co właśnie zrobiła. Nie mu, przede wszystkim ich dwójce pociech, na których w tym momencie mu najbardziej zależało.
Chciał, by zobaczyła strach w jego oczach. Ten sam, który jednocześnie tak desperacko próbował w tej chwili ukryć.
Pożar jednak nie dała mu tej satysfakcji. Odwróciła się płynnym, niemal leniwym ruchem. Jej ogon drgnął lekko na pożegnanie, gdy bez słowa ruszyła w stronę wyjścia.
Przesunęła się cieniem wzdłuż ściany i zniknęła w wąskiej szczelinie okna, pozostawiając po sobie jedynie zapach deszczu i chłodu, który natychmiast wdarł się do ciepłego jak dotąd kąta.
Został sam.
W ciszy, jaka zapadła, jedynym dźwiękiem był jego drżący oddech. Czuł, jak łzy gromadzą mu się w kącikach oczu, tylko po to, by po chwili opaść swobodnie po polikach. Skapywały na ziemię, a każde kolejne uderzenie powodowało w Dzwonku rozczarowanie, zawód.
Już sam nie był pewny co czuje. Oślepiała go silna złość, a jednocześnie czuł się słaby przez złamane serce. On naprawdę coś do niej czuł. Coś więcej, niż jedynie tylko przelotne uczucie. Przez większosć życia nie przejawiła mu się ani jedna relacja romantyczna, więc gdy bliżej starości po raz pierwszy coś poruszyło jego sercem, uznał, że to była prawdziwa miłość, prawdziwe uczucie, które zostało teraz w taki bestialski sposób złamane i porzucone. Zupełnie jak on.
Rudy powoli opuścił zjeżoną sierść. Napięcie opuściło jego mięśnie, pozostawiając jedynie paraliżujące poczucie pustki. W tym wszystkim jego jedyną radością pozostawało to, że doczekał się dzieci. Przeszył go strach i seria czarnych myśli. W tym momencie nie przypominał w żadnym stopniu samego siebie, tego wiecznie radosnego i pogodnego kocura. Jakby odebrała mu kociaki…
Nie mógł tak rozmyślać. Zostawiła je. Zrzekła się nich. On postara się ze wszystkich sił, by niczego im nie brakowało, aby pustka w życiu po matce nie była zbyt bolesna.
Wpatrywał się na wpół otwartymi oczami w ziemię. Dopiero teraz masa myśli zaczęła układać mu się w spójną całość. Znaki, że coś w ich relacji zmierzało w złą stronę, były z pewnością widoczne od dawna. Dlaczego więc tak długo ślepota trzymała się jego oczu?

wspomnienia

Nadchodzący dzień od samego początku zapowiadał się ciężko.
Pożar ani myślała spędzać kolejnego dnia zamknięta w żłobku. Nawet kiedy Dzwonek ostrożnie zasugerował, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zabrała kocięta na nasłonecznioną część obozu i pozwoliła im pobiegać pod czujnym okiem innych wojowników, tylko pokręciła głową.
Nie nalegał. Doskonale rozumiał, że nieustanna opieka nad dwójką ciekawskich maluchów potrafi wyczerpać bardziej niż całodniowy patrol. Oboje byli ich rodzicami, stąd nie widział powodu, dla którego to właśnie ona miałaby brać na siebie cały ciężar wychowania. Jeśli potrzebowała chwili dla siebie, zamierzał jej ją dać.
O tej porze Pożar zazwyczaj leżała już przy wejściu do żłobka, z ogonem owiniętym wokół łap.
Tego ranka jej posłanie pozostawało puste. Musiała je opuścić skoro tylko nadała się ku temu okazja, zapewne z myślą o rozprostowaniu łap, zdrętwiałych od braku większego ruchu.
W panującej wewnątrz ciszy pierwsza poruszyła się Żywica. Ziewnęła szeroko, aż pokazały się maleńkie kły, po czym przeciągnęła się tak mocno, że jej drobne łapki niemal rozjechały się na miękkim mchu. Chwilę później zaspany Bursztyn wtulił pyszczek w posłanie i zmarszczył nos, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie czuje znajomego zapachu.
– Tato? A gdzie jest mama? – zapytała jaśniejsza koteczka, przecierając pyszczek łapką. Jej spojrzenie zielonych ślepi powędrowało ku wejściu do żłobka, gdzie między liśćmi migotały pierwsze promienie słońca. – Zazwyczaj już dawno myła mi futerko...
Dzwonek poczuł lekkie ukłucie w piersi.
Uśmiechnął się jednak najcieplej, jak potrafił, obserwując, jak oboje niezgrabnie drepczą w jego stronę. Ich krótkie ogonki sterczały pionowo, a spojrzenia pełne były dziecięcej ufności.
– Mama... musiała pilnie wyjść – odparł spokojnie. – Ma dziś sporo obowiązków dla klanu.
Nie miał serca powiedzieć prawdy. Kocięta nie zrozumiałyby, że nawet najbardziej kochający rodzic czasem potrzebuje chwili oddechu.
– Tak wcześnie? – prychnął Bursztyn, uderzając ogonkiem o ziemię. – Przecież obiecała, że pokaże nam dzisiaj, jak skradać się do myszy. Mieliśmy ćwiczyć razem! Dlaczego poszła bez nas?
– Bo sprawy klanu bywają bardzo skomplikowane, maluchu – odparł Dzwonek, przyciągając syna do siebie miękkim ruchem ogona. – Ale nic straconego. Dzisiaj to ja będę waszym “mentorem”. Co wy na to?
Żywica, która dotąd siedziała spokojniej, zbliżyła się gwałtownie do ojca i delikatnie trąciła nosem jego rude futro. Zadowolona zamruczała cichutko.
Dzwonek odwzajemnił gest.
– No dobrze. To zobaczmy, czy potraficie skradać się równie cicho jak wojownicy.


Ten sam dzień, wieczór


Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rozlewając po niebie pasma głębokiej czerwieni i pomarańczu. Barwy boleśnie przypominały Dzwonkowi płomienne oczy Pożar, która wciąż nie wróciła, chociaż zapewniała, że pojawi się przed zachodem.
Coraz częściej zerkał w stronę wejścia do żłobka. Za każdym razem serce podskakiwało mu z nadzieją, tylko po to, by po chwili opaść ciężko, gdy dostrzegał kolejnego wojownika mijającego wejście, zamiast niej.
– Tato, patrz! Dobrze? – zawołał Bursztyn.
Przykucnął nisko przy ziemi, łopatki wyraźnie odznaczały się pod miękkim futerkiem, a jego mały ogonek drżał z przejęcia.
Dzwonek zmusił się do ciepłego mruknięcia.
– Bardzo dobrze. Tylko trzymaj ogon niżej. Jeśli będzie tak podskakiwał, każda mysz usłyszy cię z kilku długości ogona.
Bursztyn natychmiast przycisnął ogonek do ziemi.
– A tak? – zapytała Żywica, naśladując brata z ogromnym skupieniem.
– Jeszcze odrobinę niżej...
Kotka poprawiła postawę z taką powagą, jakby od tego zależał los całego klanu.
Dzwonkowi ścisnęło się serce.
Kiedy był w ich wieku, całymi dniami bawił się w polowanie. Głównie sam, bo Skowronek od zawsze wolał zbierać zioła, a Knieja... Knieja była po prostu Knieją. Nigdy nie potrafił przewidzieć, co zrobi za chwilę.
– Idealnie, skarbie – wymruczał.
Po chwili Żywica dumnie przyniosła mu niewielki kamyk, najwyraźniej uznając go za upolowaną zdobycz. Zaśmiał się cicho.
– Prawdziwa łowczyni z ciebie rośnie.
Delikatnie musnął czubkiem nosa jej czoło. Kotka zamruczała z zadowolenia.
Patrząc na błyszczące z dumy oczy swoich dzieci, poczuł kolejne ukłucie niepokoju.
Jak długo jeszcze będzie umiał tłumaczyć ich matkę?
Zmęczone całym dniem zabaw kocięta jedno po drugim zaczęły ziewać. Żywica pierwsza wtuliła pyszczek w mech, a Bursztyn odruchowo przesunął się na miejsce, gdzie zwykle spała Pożar.
Zatrzymał się i pociągnął nosem.
– Tato... Mama jeszcze nie wróciła?
– Jeszcze nie – odpowiedział cicho. Przyciągnął oboje do siebie i owinął ich ogonem.– Ale wiecie co? Dzisiaj to ja zostanę z wami na noc.
Dwa drobne pyszczki natychmiast rozjaśniły się uśmiechami. Bursztyn wtulił się w jego bok, a Żywica ułożyła głowę na jego łapie, mrucząc cichutko. Dzwonek zamknął oczy.
Nie wiedział, gdzie była Pożar. Nie wiedział nawet, kiedy wróci.
Jedno wiedział na pewno.
Dopóki oddychał, jego dzieci nie miały prawa poczuć się opuszczone.


 Po rozstaniu

Był dumny. Chociaż to i tak zbyt mało w porównaniu z tym co czuł. Jego dzieci niedawno weszły w kolejny etap w drodze rozwoju i stania się aktywną częścią klanu. Pamiętał swój etap szkolenia na wojownika. Te wszystkie nowe umiejętności, które nabył podczas treningów, przydały mu się aż do teraz. I mógł dzięki temu nieco poduczyć swoje dzieci. W jego piersi zbierała się fala wzruszenia, której już dłużej nie potrafił w sobie dusić. Patrzył teraz dumnym wzrokiem na dwójkę uczniów, czując radość. Nawet na krótką chwilę, zapomniał o złej relacji z Pożar i na moment wydawało mu się, że jest jak dawniej.
Że są kompletną rodziną.
Niespodziewanie naszły go czarne myśli. Niestety, nie zostało mu zbyt dużo czasu. Był już w podeszłym wieku. Żałował, że gdy nie był młodszy, nie pragnął założyć rodziny. Chociaż tak naprawdę z Pożar wyszło nieco przypadkiem, lecz pokochał te dwie małe rude kulki całym swoim sercem.
Da z siebie wszystko, będzie je wychowywał do ostatniego tchnienia. Nie mógł się poddać, dopóki zdrowie mu pozwalało, będzie przy nich, wspierając je w każdej trudnej chwili, jaką przyniesie im przyszłe życie.
Westchnął ciężko. Każdy kolejny księżyc przybliżał go ku końcowi. Dokuczliwy ból odezwał się nagle w stawach przypominając o upływającym czasie. Ilekroć spoglądał na swoje dzieci, widok ich rozwoju napawał go błogim spokojem. Gdzieś w nim tliła się nadzieja, że może jakimś cudem, odbuduje relację z kotką. Naiwnie sądził w duchu, że może przemyślała to wszystko i ponownie do siebie wrócą. On był jeszcze w stanie jej przebaczyć te słowa, które wciąż rozbrzmiewały mu w głowie.
Westchnął cicho, gdyż takie samo oszukiwanie siebie nie przynosiło mu nic dobrego. Niepotrzebnie nakręcał się i wierzyl w to, że ich ścieżki ponownie się ze sobą splotą.




< Koniec sesji >

19 czerwca 2026

Od Pożarowej Łapy CD. Dzwonkowego Świstu

Jak kociaki nie były jeszcze uczniami

Wbiła pazury w ziemię.
– Że ja uciekam?! Naprawdę jestem teraz okropną matką, bo mam dość ciągłego siedzenia w zamknięciu z dziećmi?! Jeszcze zaraz może mnie znowu zamkną w jakiejś dziurze, żebym nie “uciekła” z klanu, co?! – wyrzuciła, jeżąc futro. Widząc zaskoczone spojrzenie kocura, wyrównała sierść na karku i westchnęła. – Życzę miłej nocy, do widzenia – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Strzepnęła ogonem i ciężkim krokiem weszła do żłobka.

***

Po treningu miała zanieść zwierzynę medykom. Bo najwyraźniej od tego tutaj była. “Przynieś, podaj, pozamiataj” jak to mówili. Z jej pyska zwisał królik, kiedy wchodziła do lecznicy. Rzuciła szaraka na ziemię i zmierzyła ostrym wzrokiem kremową kotkę, skarżącą się akurat na ból głowy. Jak najszybciej stamtąd wyszła. Nie miała nastroju na kontakt z Saharą. Usiadła pod ścianą skruszonej wieży i westchnęła ciężko. Wtedy usłyszała głos jakiegoś kocura wydobywający się z legowiska medyków. Mogła rozróżnić tylko niektóre słowa.
– Nie chcę… nietaktowny, ale według mnie… się było tego spodziewać. Nie życzę… źle, ale było… nieuniknione.
Nawet gdyby próbowała, nie mogła nic więcej usłyszeć. Nie tylko dlatego, że kocur mówił cicho i niewyraźnie. Chodziło o obecność Dzwonkowego Świstu, który właśnie się do niej dosiadł. Od ich kłótni nie rozmawiali za dużo. Pożar w ogóle odcięła się od rodziny. Z dziećmi też rzadko wymieniała słowa. Wiedziała, że rudemu o to właśnie chodziło. Nie dała się mu odezwać. Wolała mieć to z głowy.– Nie chcę tego dłużej ciągnąć. Zakończmy to wszystko, co było między nami. Jak chcesz, to opiekuj się dzieciakami. Ja nie zamierzam.

<Dzwonek?>

Wyleczeni: Złota Wydma

31 maja 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy

*Czasy, gdy Bursztyn i Żywica są kociętami*

Napadły go ostatnimi czasy nieustanne wątpliwości. Oczywiście nie chodziło mu o dzieci, one były dla niego oczkiem w głowie, niezależnie od tego, jak się zachowywały. Kwestie sporne dotyczyły jego partnerki, jeśli mógł ją w ogóle tak nazwać. Ich relacja była dość skomplikowana. Pomimo że mieli razem dzieci, a on darzył Pożar uczuciem, to miewał dylemat, czy nie za szybko się to wszystko potoczyło. Pokochał szczerze kotkę, a wspólne chwile zawsze miło wspominał, nawet jeśli charakterami byli od siebie totalnie różni.
Westchnął ciężko i spojrzał w stronę legowiska, gdzie odpoczywała Pożar. Jej ogniste futro lśniło w blasku księżyca. Była silna, niezależna i dumna. Cechy, które na początku tak bardzo go fascynowały i na dłużej zatrzymały go u jej boku. Jednak tempo, w jakim ich losy się splotły, wciąż budziło w nim niepokój. Czy to była prawdziwa miłość, zrodzona z głębokiego uczucia, czy może jedynie wynik chwilowego zauroczenia? Nie był przecież już od dawna młodzieńcem którym szargały emocje, powinien być bardziej stabilny w kwestii swoich uczuć.
Nadal pamiętał ich pierwsze spotkania, pełne napięcia i niepewności, a potem nagły zwrot akcji, który rzucił ich w wir wspólnych obowiązków. Narodziny kociąt zmieniły wszystko. Od tamtej pory nie był już tylko wolnym kocurem odpowiedzialnym za samego siebie. Stał się filarem rodziny. Rodziny, której już prawie sam nie miał.
Wydawało mu się, że to, co z reguły łączy i zbliża, ich oddalało coraz to bardziej od siebie z dnia na dzień. Zauważył, że to mu zdarza się spędzać więcej czasu z dziećmi niż jej. Wpierw zrzucał to na zmęczenie po porodzie, jednak gdy maluchy rosły, jej obecność zdawała się coraz to rzadsza. Może tak niefortunnie się mijali, choć w to szczerze wątpił.
Zauważył ruch po swojej lewej stronie. Pożar uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrzeni w siebie. Dzwonek przełknął ślinę, czując jak serce zaczyna mu szybciej bić.
— Nie śpisz? — zapytał cicho, starając się, by w jego głosie nie brzmiał żal, a jedynie troska. Tamta westchnęła cicho, poruszając powoli ogonem.
— Słyszałam, jak kręcisz się po okolicy. Obserwowałam cię jakiś czas. O czym myślisz?
Zawahał się. Przywołał w głowie obraz małych, wtulonych w siebie kociąt. Wiedział, że jeśli teraz nie powie prawdy, będzie go to zżerać do końca życia.
— O nas, Pożar — zaczął, zniżając głos do szeptu. — O tym, jak szybko to wszystko się potoczyło. I o tym, że coraz mniej cię tu widzę. Maluchy rosną, potrzebują cię, a ty ciągle gdzieś znikasz. Czasami mam wrażenie, że uciekasz. Od nich... albo ode mnie — wyznał.

< Pożar?>


06 marca 2026

Od Pożarowej Łapy CD. Dzwonkowego Świstu

Co w nią wstąpiło? Czemu to powiedziała? Czemu tak się zachowywała? Przecież zazwyczaj tego nie robiła. Ale kiedy rozmawiała z kocurem, życie wydawało się jednak trochę piękniejsze. Czemu tak było? Nie mogła tego wytłumaczyć. Chyba po prostu czuła się tak jak kiedyś, kiedy wychodziła na spacery na granicę z Owocowym Lasem. Tak, przy Dzwonku czuła się tak, jak kiedyś przy Topoli. Tylko tym razem nie musiała się z tym kryć. W końcu należeli do tego samego klanu… no i Dzwonek był rudy, więc ojciec raczej nie nawiedzałby jej po nocach zza grobu. Tylko co jeżeli wojownik nie czuł tego samego? Nie mogła sobie pozwolić na stratę tej znajomości.
– Nic. Nie mogę po prostu się z kimś przyjaźnić? – zapytała tylko. Jej entuzjazm wyraźnie opadł. Zaskoczony zielonooki spróbował się wycofać:
– Nie no, w porządku… – urwał, bo chyba sam nie wiedział, co powiedzieć.
***
Nadal rozmawiała z Dzwonkiem tak często, jak wcześniej. Nadal czuła do niego to uczucie. Miłość? Nie. W końcu ona nigdy nie potrafiła kochać. To tylko zauroczenie. Nic poważnego. Tylko czy mogła w to wierzyć? W końcu miała prawie osiemdziesiąt księżyców, nie trzydzieści. Próbowała udawać, jakby tamten moment nigdy się nie wydarzył. Jakby byli tylko przyjaciółmi. Jakby nie miała nadziei na nic więcej. Jakby nic się nie zmieniło. A przecież zmieniło się wszystko. Próbowała nie dopuścić do siebie myśli, że kocur prawdopodobnie nie zdąży się dowiedzieć. Przecież mogła zginąć w walce z lisami, na którą wysyłał ją Królicza Gwiazda. Próbowała grać. Wyszli na spacer. Tym razem nie biegli. Byli zbyt pogrążeni w myślach. Nagle zauważyła, że Dzwonek przystanął. Popatrzyła na niego pytająco.
– Co się dzieje?
Kocur westchnął.
– Pożar… Ja muszę ci coś powiedzieć. – Ruda chciała o coś zapytać, ale nie zdążyła. – Proszę, wysłuchaj mnie. Boję się, co się stanie potem… ale musisz wiedzieć. Pożar… jesteś chyba najfajniejszą kotką, jaką spotkałem. Bardzo lubię nasze przyjacielskie rozmowy i spacery, ale… ja czuję coś więcej. I chciałbym, żebyśmy byli czymś więcej. Pożar… kocham cię.
Na chwilę świat jakby przystanął. Wokół było tyle dźwięków, szum wrzosów, odgłosy owadów, śpiew ptaków. Ona słyszała tylko jego słowa. “kocham cię”. Serce zabiło jej szybciej. Czy ona też go kochała? Czy to odpowiednie słowa? Nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie teraz, kiedy wreszcie miała szansę. Rzuciła się na kocura, przytulając go.
– Ja też cię kocham.
***
Nie wiedziała co teraz. Nie byli oficjalnie parą, nie poprosili się nigdy o związek. Pożar nie do końca wiedziała nawet, czy tego chciała. Wszystko wydarzyło się tak nagle. Może to był błąd? Może powinna o tym zapomnieć. Nie mogła. Nie mogła się oszukiwać. Czuła coś do bicolora i żadna mantra, którą by sobie powtarzała, nie była w stanie tego zmienić. Ona chyba nie chciała oficjalnego związku. Wolała, gdy nikt nie wiedział. Wolała, żeby to był ich sekret. Niestety, kiedy pojawiły jej się nudności, zaczęła przeczuwać najgorsze. Błagała w myślach, żeby to było tylko zatrucie pokarmowe. Jednak kiedy poszła do medyków, wszystkie wątpliwości zostały rozwiane. Miała zostać matką. Nie wiedziała, czy była gotowa. Ale czasu nie dało się cofnąć. Wprowadziła się do żłobka i oficjalnie weszła w związek z cętkowanym. Przynajmniej nie będzie musiała w najbliższym czasie martwić się o śmierć ze strony lisów.
<Dzwonek?>

28 lutego 2026

Od Dzwonkowego Świstu CD. Pożarowej Łapy

Zaskoczony jej nagłą propozycją przez pierwszą chwilę wpatrywał się w nią z szeroko otwartymi oczami. Uśmiech zawitał natychmiastowo na jego pysku.
— Nie licz na wygraną tak łatwo!
Nie spodziewał się, że raptem parę księżyców temu, Pożar która wpierw nie była zbytnio zainteresowana bliższą znajomością, teraz sama będzie proponować wspólny bieg.
Widział kątem oka jak ruda pędziła przez obóz. Kilka kotów podniosło głowy znad świeżej zdobyczy, gdy przemknęła obok.
Nie czekając chwili dłużej, pędem ruszył za nią. Czuł, jak ekscytacja miesza się z rosnącym szczęściem, z każdym przebiegniętym metrem. Mimo wieku, był jeszcze dość sprawy i ku uldze, potrafił jeszcze szybko biec.
Wypadli z obozu, przemierzając łąki. Słońce przyjemnie świeciło w futro, a Dzwonek poczuł, że żyje.
Po paru chwilach dorównał jej wreszcie kroku. Nie zamierzał poddawać się tak łatwo.
— Nie licz na fory! — zawołał.
— W życiu! Wygram jedynie uczciwie!
Upadły Potwór wyłonił się przed nimi. Kocur chciał przyspieszyć, ale na moment zabrakło mu tchu. Wiedział, że przegrał, gdy kotka z pewnością nabrała rozpędu na ostatnich metrach.
— Wygrałam! — wydyszała triumfalnie.
Sekundę później Dzwonkowy Świst wpadł na nią z impetem. Oboje potoczyli się po ziemi. Przez chwilę leżeli spleceni, a rudy spoglądał na nią przepraszającym wzrokiem.
Był skończony, myślał już o tym, co kotka mu powie i jaką dostanie od niej pogadankę.
Ku jemu zdziwieniu, Pożar jedynie cicho się zaśmiała, a on do niej dołączył.
Kotka pierwsza oprzytomniała. Wstała, otrzepała się i przysiadła niedaleko. Poszedł w jej ślady. Przez moment między nimi zapadła niezręczna cisza.
Postanowił ją przerwać.
— Wiesz… — odezwał się. — Lubię, kiedy się tak śmiejesz.
Serce zabiło mu mocniej. Był przekonany, że rzuci jak zwykle, jakąś ripostę, jak to miała w zwyczaju. Jednak ku jemu zdziwieniu tego nie zrobiła.
Zamiast tego uniosła podbródek.
— To przyzwyczajaj się — mruknęła.
— Naprawdę? Co w ciebie wstąpiło? — zapytał szczerze zaskoczony jej zachowaniem.


< Pożar?>

16 lutego 2026

Od Pożarowej Łapy CD. Dzwonkowego Świstu

Około dziesięciu księżyców temu

To nie mogło się tak skończyć. Jej ojciec już leżał pod ziemią, wąchając kwiatki od spodu. Nadal nie uzyskała jego uznania. Nadal nie została jego dziedziczką. Chociaż nigdy jej tego nie powiedział, była praktycznie pewna, że Płomienny Ryk wydziedziczył ją, gdy nie było jej w Klanie Burzy. Ale ona nie zamierzała dać o sobie zapomnieć. Nie mogła pozwolić, żeby zapomniano o jej rodzinie. Była jedynym kotem, który mógł przedłużyć jej ród. Przecież tamte przybłędy od Sójki były tylko figurantami. Pomyłkami. Nie mieli już ani kropli czystorudej krwi. Musiała samodzielnie zadbać o uzyskanie potomków. Musiała wypełnić swój obowiązek. Niechętnie brała drobne kęsy myszy, która leżała jej pod łapami. Myślała, że ten dzień nie może być już gorszy, kiedy dosiadł się do niej rudo-biały kocur — Dzwonkowy Świst. Do tego zaczął konwersację.
— A co cię to obchodzi? — zapytała, próbując zakończyć rozmowę.
— Tak się składa, że uważam to za bardzo ciekawe! A ty akurat chyba się na tym znasz.
Westchnęła i przewróciła oczami. Naprawdę nie miała siły na tego mysiego móżdżka.

***

Teraz

Od ich pierwszej rozmowy dużo się zmieniło. Przede wszystkim większość klanu już nie patrzyła na nią spode łba. No i… między nimi też się zmieniło. Pożar uważała, że to niemożliwe, a jednak otworzyła się na kolejnego kota. I był to właśnie rudo-biały wojownik. Z biegiem księżyców coraz częściej ucinali sobie pogawędki. Czy to krótkie, czy długie. A do tego nieważne ile razy go zbywała, kocur się nie poddawał. Teraz praktycznie ciągle można ich było znaleźć w obozie rozmawiających o różnych głupotach, pochylając się nad posiłkiem. Czasem wychodzili też na polowania. Po raz pierwszy ruda znalazła sobie przyjaciela w Klanie Burzy. Przy Dzwonku czuła się tak jak kiedyś te kilkadziesiąt księżyców temu na granicy z Owocowym Lasem. Za to ani trochę nie przeszkadzał jej fakt, że Sahara coraz rzadziej z nią rozmawia. Nawet tego nie zauważyła. W sensie przez chwilę o tym pomyślała, ale zdecydowała, że jej koleżanka może robić, co chce i nie będzie jej w tym przeszkadzać. Tak więc jeszcze bardziej zajęła się przyjaźnią z kocurem.
— Hej Dzwonek… — zagadnęła kocura tego dnia, kiedy kończyła obiad. Ten popatrzył na nią pytająco. Zanim zdążył cokolwiek jeszcze powiedzieć, ona już ponownie zabrała głos. — Kto ostatni przy Upadłym Potworze ten dżdżownica!

<Dzwonek?>

15 grudnia 2025

Od Dzwonkowego Świstu do Pożarowej Łapy

Od zawsze był optymistą i starał się podchodzić do każdej sytuacji, nawet tej najtrudniejszej, z uśmiechem. Jednak pogrzeb Skowroniego Odłamku zupełnie zatracił w nim jakiekolwiek poczucie szczęścia. Ból po stracie brata, z którym spędził całe swoje dzieciństwo, ich wspólne zabawy, rozmowy do późnej nocy i marzenia o przyszłości, stały się ciężarem, którego nie potrafił unieść. Każda myśl o nim wbijała mu się w serce, tworząc w nim coraz większą dziurę, której w żaden sposób nie można było załatać. Nie potrafił odnaleźć jeszcze nie tak dawnego optymizmu. Uśmiech, kiedyś ten szczery, w tej chwili przychodził mu z wielkim trudem i czuł, że na siłę jest teraz u niego wymuszany.
Świat jakby nagle stracił wszystkie barwy. Każdym porankiem instynktownie spoglądał w stronę legowiska medyków, mając cichą nadzieję, że zaraz ujrzy tam swojego brata. Niestety odpowiadała mu tylko bolesna cisza.
Nieświadomie wstrzymywał oddech, jakby liczył, że może za moment usłyszy znajomy krok, śmiech albo choćby syk irytacji, którym Skowroni Odłamek zwykł komentować poranne pobudki. Nic takiego jednak nie nastąpiło i zamiast jak zwykle radosnych wschodów słońca były one ponure. Czasem miał wrażenie, że jeśli pozwoli sobie, choć na sekundę zapomnieć o bólu, to zdradzi w ten sposób pamięć o Skowronim Odłamku. A jednocześnie wiedział, że nie mógł żyć zbyt długo w takim zawieszeniu. Obowiązki wojownika wzywały i nie mógł ich zaniedbać nawet przez taką ogromną stratę.
Wiedział, że nie może pozwolić sobie na całkowite zatracenie w żałobie. Wojownik, nawet złamany, nadal musiał żyć dalej i wypełniać swoje podstawowe zadania.
Przeciągnął się powoli, przygotowując do swych obowiązków. Najchętniej zostałby w obozie, lecz nie mógł zawieść klanu. Wyszedł z legowiska i przez ułamek sekundy zatrzymał się w wejściu, zastanawiając się, czy to aby na pewno dobry pomysł, by opuszczać bezpieczną przestrzeń. Obóz, zawsze dla niego tętniący życiem, teraz wydawał mu się nienaturalnie cichy i patrzył na niego bez wyraźnego entuzjazmu. Nawet wyjście z obozowiska, gdzie zazwyczaj mógł wybiegać swoją zbyt nadmierną energię, aktualnie brzmiało jak kara niż przyjemność.
Wziął głęboki wdech, czując jak świeże powietrze dostaje się do jego nozdrzy i wypełnia płuca.
W końcu zmusił łapy do ruchu, a każdy kolejny krok przynosił za sobą ból. Czuł, jakby zdradzał brata samym faktem, że wykonuje swoje obowiązki, że wciąż żyje. Miał nadzieję, że chociaż trafił do Klanu Gwiazd i obserwował go z góry. Spojrzał na błękitne niebo i uśmiechnął się smutno. Wiara była tym, co jeszcze trzymało go przy jakiejkolwiek równowadze. Już sama myśl tym, że duch Skowroniego Odłamka unosi się gdzieś między gwiazdami, napawała go dziwnym ciepłem.
Spostrzegł, że dotarł pod stos ze zwierzyną. Kątem oka spostrzegł siedzącą nieopodal kotkę. Doszło do jego uszu, że niedawno wróciła do klanu, uciekając od dwunożnych, ale nie miał jeszcze okazji z nią porozmawiać. Może teraz był dobry moment? Przynajmniej nie rozmyślałby choć przez chwilę o swoim tragicznie zmarłym bracie.
Podszedł do niej i przysiadł obok.
— Cześć, jestem Dzwonkowy Świst. Słyszałem, że wróciłaś niedawno do klanu. A poza tym, jak się trzymasz? Musiało cię to dużo kosztować.
Chwila ciszy, która nastąpiła po jego słowach była bardzo niezręczna. Wbił na moment wzrok w podłoże, udając nagłe zainteresowanie własnymi łapami.
— Zawsze zastanawiałem się, jak wygląda życie poza obozem.— Spróbował ponownie podjąć rozmowę. Tak szybko się nie podda. To nie w jego naturze.— Jeśli to nie problem, mogłabyś mi nieco opowiedzieć o zewnętrznym świecie?



<Pożar?>