– Odchodzisz, tak po prostu? Porzucasz mnie, nasze dzieci, bo jesteś zmęczona? – Nie wierzył w to, co mu powiedziała, tym bardziej przez fakt na to, z jaką łatwością jej to przyszło. Zabrzmiał ostro, nawet dla siebie samego, ale nie zamierzał w tym przypadku udawać, że wszystko było w porządku. – Czy ja mam cokolwiek do powiedzenia w tej sprawie?
Kotka nie drgnęła. Jej pomarańczowe oczy, zwykle bystre i czujne, teraz były matowe i obojętne. Wolno liznęła łapę, jakby próbowała zmyć z siebie resztki wspomnień z ich krótkiego, wspólnego życia, po czym spojrzała na niego z góry.
Oceniała go. Nawet teraz, w tak dramatycznym momencie. Zdawało mu się, że próbowała odgadnąć co dokładnie siedziało mu teraz w głowie. Tego akurat sam nie był w stanie na ten moment stwierdzić.
– Tak – miauknęła cicho, bez wahania. – Odchodzę z tej relacji. Ty i kocięta dacie sobie radę. Masz w sobie dość siły, by się nimi zająć, widzę, że sprawia ci to jakąkolwiek radość. To nie dla mnie.
Rudy chyba po raz pierwszy w życiu poczuł prawdziwy, pulsujący w nim gniew, zmieszany z rozpaczą. Nie chciał pokazać przy niej słabości.
Stał nieruchomo, czując, jak wściekłość rozpala mu skórę pod gęstym, rudym futrem. Każdy mięsień w jego ciele był napięty do granic możliwości. To uczucie było mu zupełnie obce, co by się w życiu nie działo, kogo by nie stracił, nigdy nie zdzierało mu to uśmiechu z pyska, nie gasiło jego wiecznego optymizmu.
Chciał rzucić się naprzód, fuknąć jej prosto w pysk, zmusić ją, by spojrzała na niego i zrozumiała, co właśnie zrobiła. Nie mu, przede wszystkim ich dwójce pociech, na których w tym momencie mu najbardziej zależało.
Chciał, by zobaczyła strach w jego oczach. Ten sam, który jednocześnie tak desperacko próbował w tej chwili ukryć.
Pożar jednak nie dała mu tej satysfakcji. Odwróciła się płynnym, niemal leniwym ruchem. Jej ogon drgnął lekko na pożegnanie, gdy bez słowa ruszyła w stronę wyjścia.
Przesunęła się cieniem wzdłuż ściany i zniknęła w wąskiej szczelinie okna, pozostawiając po sobie jedynie zapach deszczu i chłodu, który natychmiast wdarł się do ciepłego jak dotąd kąta.
Został sam.
W ciszy, jaka zapadła, jedynym dźwiękiem był jego drżący oddech. Czuł, jak łzy gromadzą mu się w kącikach oczu, tylko po to, by po chwili opaść swobodnie po polikach. Skapywały na ziemię, a każde kolejne uderzenie powodowało w Dzwonku rozczarowanie, zawód.
Już sam nie był pewny co czuje. Oślepiała go silna złość, a jednocześnie czuł się słaby przez złamane serce. On naprawdę coś do niej czuł. Coś więcej, niż jedynie tylko przelotne uczucie. Przez większosć życia nie przejawiła mu się ani jedna relacja romantyczna, więc gdy bliżej starości po raz pierwszy coś poruszyło jego sercem, uznał, że to była prawdziwa miłość, prawdziwe uczucie, które zostało teraz w taki bestialski sposób złamane i porzucone. Zupełnie jak on.
Rudy powoli opuścił zjeżoną sierść. Napięcie opuściło jego mięśnie, pozostawiając jedynie paraliżujące poczucie pustki. W tym wszystkim jego jedyną radością pozostawało to, że doczekał się dzieci. Przeszył go strach i seria czarnych myśli. W tym momencie nie przypominał w żadnym stopniu samego siebie, tego wiecznie radosnego i pogodnego kocura. Jakby odebrała mu kociaki…
Nie mógł tak rozmyślać. Zostawiła je. Zrzekła się nich. On postara się ze wszystkich sił, by niczego im nie brakowało, aby pustka w życiu po matce nie była zbyt bolesna.
Wpatrywał się na wpół otwartymi oczami w ziemię. Dopiero teraz masa myśli zaczęła układać mu się w spójną całość. Znaki, że coś w ich relacji zmierzało w złą stronę, były z pewnością widoczne od dawna. Dlaczego więc tak długo ślepota trzymała się jego oczu?
wspomnienia
Nadchodzący dzień od samego początku zapowiadał się ciężko.
Pożar ani myślała spędzać kolejnego dnia zamknięta w żłobku. Nawet kiedy Dzwonek ostrożnie zasugerował, że nic nie stoi na przeszkodzie, by zabrała kocięta na nasłonecznioną część obozu i pozwoliła im pobiegać pod czujnym okiem innych wojowników, tylko pokręciła głową.
Nie nalegał. Doskonale rozumiał, że nieustanna opieka nad dwójką ciekawskich maluchów potrafi wyczerpać bardziej niż całodniowy patrol. Oboje byli ich rodzicami, stąd nie widział powodu, dla którego to właśnie ona miałaby brać na siebie cały ciężar wychowania. Jeśli potrzebowała chwili dla siebie, zamierzał jej ją dać.
O tej porze Pożar zazwyczaj leżała już przy wejściu do żłobka, z ogonem owiniętym wokół łap.
Tego ranka jej posłanie pozostawało puste. Musiała je opuścić skoro tylko nadała się ku temu okazja, zapewne z myślą o rozprostowaniu łap, zdrętwiałych od braku większego ruchu.
W panującej wewnątrz ciszy pierwsza poruszyła się Żywica. Ziewnęła szeroko, aż pokazały się maleńkie kły, po czym przeciągnęła się tak mocno, że jej drobne łapki niemal rozjechały się na miękkim mchu. Chwilę później zaspany Bursztyn wtulił pyszczek w posłanie i zmarszczył nos, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie czuje znajomego zapachu.
– Tato? A gdzie jest mama? – zapytała jaśniejsza koteczka, przecierając pyszczek łapką. Jej spojrzenie zielonych ślepi powędrowało ku wejściu do żłobka, gdzie między liśćmi migotały pierwsze promienie słońca. – Zazwyczaj już dawno myła mi futerko...
Dzwonek poczuł lekkie ukłucie w piersi.
Uśmiechnął się jednak najcieplej, jak potrafił, obserwując, jak oboje niezgrabnie drepczą w jego stronę. Ich krótkie ogonki sterczały pionowo, a spojrzenia pełne były dziecięcej ufności.
– Mama... musiała pilnie wyjść – odparł spokojnie. – Ma dziś sporo obowiązków dla klanu.
Nie miał serca powiedzieć prawdy. Kocięta nie zrozumiałyby, że nawet najbardziej kochający rodzic czasem potrzebuje chwili oddechu.
– Tak wcześnie? – prychnął Bursztyn, uderzając ogonkiem o ziemię. – Przecież obiecała, że pokaże nam dzisiaj, jak skradać się do myszy. Mieliśmy ćwiczyć razem! Dlaczego poszła bez nas?
– Bo sprawy klanu bywają bardzo skomplikowane, maluchu – odparł Dzwonek, przyciągając syna do siebie miękkim ruchem ogona. – Ale nic straconego. Dzisiaj to ja będę waszym “mentorem”. Co wy na to?
Żywica, która dotąd siedziała spokojniej, zbliżyła się gwałtownie do ojca i delikatnie trąciła nosem jego rude futro. Zadowolona zamruczała cichutko.
Dzwonek odwzajemnił gest.
– No dobrze. To zobaczmy, czy potraficie skradać się równie cicho jak wojownicy.
Ten sam dzień, wieczór
Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rozlewając po niebie pasma głębokiej czerwieni i pomarańczu. Barwy boleśnie przypominały Dzwonkowi płomienne oczy Pożar, która wciąż nie wróciła, chociaż zapewniała, że pojawi się przed zachodem.
Coraz częściej zerkał w stronę wejścia do żłobka. Za każdym razem serce podskakiwało mu z nadzieją, tylko po to, by po chwili opaść ciężko, gdy dostrzegał kolejnego wojownika mijającego wejście, zamiast niej.
– Tato, patrz! Dobrze? – zawołał Bursztyn.
Przykucnął nisko przy ziemi, łopatki wyraźnie odznaczały się pod miękkim futerkiem, a jego mały ogonek drżał z przejęcia.
Dzwonek zmusił się do ciepłego mruknięcia.
– Bardzo dobrze. Tylko trzymaj ogon niżej. Jeśli będzie tak podskakiwał, każda mysz usłyszy cię z kilku długości ogona.
Bursztyn natychmiast przycisnął ogonek do ziemi.
– A tak? – zapytała Żywica, naśladując brata z ogromnym skupieniem.
– Jeszcze odrobinę niżej...
Kotka poprawiła postawę z taką powagą, jakby od tego zależał los całego klanu.
Dzwonkowi ścisnęło się serce.
Kiedy był w ich wieku, całymi dniami bawił się w polowanie. Głównie sam, bo Skowronek od zawsze wolał zbierać zioła, a Knieja... Knieja była po prostu Knieją. Nigdy nie potrafił przewidzieć, co zrobi za chwilę.
– Idealnie, skarbie – wymruczał.
Po chwili Żywica dumnie przyniosła mu niewielki kamyk, najwyraźniej uznając go za upolowaną zdobycz. Zaśmiał się cicho.
– Prawdziwa łowczyni z ciebie rośnie.
Delikatnie musnął czubkiem nosa jej czoło. Kotka zamruczała z zadowolenia.
Patrząc na błyszczące z dumy oczy swoich dzieci, poczuł kolejne ukłucie niepokoju.
Jak długo jeszcze będzie umiał tłumaczyć ich matkę?
Zmęczone całym dniem zabaw kocięta jedno po drugim zaczęły ziewać. Żywica pierwsza wtuliła pyszczek w mech, a Bursztyn odruchowo przesunął się na miejsce, gdzie zwykle spała Pożar.
Zatrzymał się i pociągnął nosem.
– Tato... Mama jeszcze nie wróciła?
– Jeszcze nie – odpowiedział cicho. Przyciągnął oboje do siebie i owinął ich ogonem.– Ale wiecie co? Dzisiaj to ja zostanę z wami na noc.
Dwa drobne pyszczki natychmiast rozjaśniły się uśmiechami. Bursztyn wtulił się w jego bok, a Żywica ułożyła głowę na jego łapie, mrucząc cichutko. Dzwonek zamknął oczy.
Nie wiedział, gdzie była Pożar. Nie wiedział nawet, kiedy wróci.
Jedno wiedział na pewno.
Dopóki oddychał, jego dzieci nie miały prawa poczuć się opuszczone.
Po rozstaniu
Był dumny. Chociaż to i tak zbyt mało w porównaniu z tym co czuł. Jego dzieci niedawno weszły w kolejny etap w drodze rozwoju i stania się aktywną częścią klanu. Pamiętał swój etap szkolenia na wojownika. Te wszystkie nowe umiejętności, które nabył podczas treningów, przydały mu się aż do teraz. I mógł dzięki temu nieco poduczyć swoje dzieci. W jego piersi zbierała się fala wzruszenia, której już dłużej nie potrafił w sobie dusić. Patrzył teraz dumnym wzrokiem na dwójkę uczniów, czując radość. Nawet na krótką chwilę, zapomniał o złej relacji z Pożar i na moment wydawało mu się, że jest jak dawniej.
Że są kompletną rodziną.
Niespodziewanie naszły go czarne myśli. Niestety, nie zostało mu zbyt dużo czasu. Był już w podeszłym wieku. Żałował, że gdy nie był młodszy, nie pragnął założyć rodziny. Chociaż tak naprawdę z Pożar wyszło nieco przypadkiem, lecz pokochał te dwie małe rude kulki całym swoim sercem.
Da z siebie wszystko, będzie je wychowywał do ostatniego tchnienia. Nie mógł się poddać, dopóki zdrowie mu pozwalało, będzie przy nich, wspierając je w każdej trudnej chwili, jaką przyniesie im przyszłe życie.
Westchnął ciężko. Każdy kolejny księżyc przybliżał go ku końcowi. Dokuczliwy ból odezwał się nagle w stawach przypominając o upływającym czasie. Ilekroć spoglądał na swoje dzieci, widok ich rozwoju napawał go błogim spokojem. Gdzieś w nim tliła się nadzieja, że może jakimś cudem, odbuduje relację z kotką. Naiwnie sądził w duchu, że może przemyślała to wszystko i ponownie do siebie wrócą. On był jeszcze w stanie jej przebaczyć te słowa, które wciąż rozbrzmiewały mu w głowie.
Westchnął cicho, gdyż takie samo oszukiwanie siebie nie przynosiło mu nic dobrego. Niepotrzebnie nakręcał się i wierzyl w to, że ich ścieżki ponownie się ze sobą splotą.
< Koniec sesji >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz