Przed pożarem w Klanie Burzy, ale po śmierci Słonecznego Fragmentu
Minęło trochę czasu od śmierci Słonecznego Fragmentu oraz od odejścia za Zawilcową Koroną Burzowych Chmur. Biały Strumień nadal nie potrafił pogodzić się z tym, iż oni wszyscy odeszli. Że Klan Burzy słabł z księżyca na księżyc… a ich jakże wspaniały lider, Królicza Gwiazda, nic nie robił, by to naprawić. Albinos smętnie siedział w tunelach, dzieląc ze Śniącym Obserwatorem obowiązki. Był zmęczony i w złym nastroju, dodatkowo przychorował z przepracowania. Nie bywał wcale na powierzchni, ciągle tylko kręcąc się tunelami, przez Grotę Pamięci, wspominając Księżyca, swojego byłego zresztą przyjaciela. Widywał ich niedokończony obraz na jednej ze ścian, pozwalając, by uczucie żalu kłuło go w serce. Nie zamierzał wmawiać sobie głupot, by poprawić własny nastrój. Niewidomy zaginął, być może nie żyje, a on nigdy nie spróbował tak szczerze z nim porozmawiać i odzyskać więzi, jaką mieli.
Któregoś ranka obudził się z gorączką. Właściwie… nie był pewien, czy było rano. W tunelach pory dnia się zlewają, jedynie przechodzące nimi koty mogą uaktualnić informacje na ten temat. Właśnie w taki sposób, rozgorączkowany Biały, usłyszał od swojego ojca, Szarej Skóry, iż nastał ranek. Kocur przechodził tunelami, by wyjść na przechadzkę, jednak widok syna go zatrzymał. Zauważył, iż Biały nie jest w najlepszej kondycji. Dyszał, a jego czerwone oczyska były zaczerwienione oraz załzawione. Zaciągnął więc albinosa do Wełnistej Mszycy, by mogła się nim zająć. Przy okazji ich ojciec (bo nagle mieli istne rodzinne spotkanie u medyków) poprosił o coś na bezsenność, bo tak ostatnio słabo spał. Biały przewrócił oczami. Nigdy nie lubił swojego taty ani nie pchał się, by spędzać z nim czas. Zwłaszcza po śmierci matki odsunęli się od siebie, choć nigdy nie byli blisko.
Szara Skóra zaczął opowiadać niestworzone historie, pospieszając medyków z tymi ziołami. On miał w końcu coś ważnego do załatwienia… jak zawsze. Nigdy nie miał czasu, by spędzić go z dziećmi, a jeśli już, dawał się we znaki całej trójce. Po kilku uderzeniach serca wszyscy mieli go dosyć. Aż dziw, że jego pociechy wyrosły na porządne koty… Otrzymawszy przepis na lepszy sen, arlekin opuścił legowisko medyków, by kontynuować załatwianie “ważnych spraw”. Biały westchnął jedynie. Nie miał siły z nim walczyć. Wszystko go przytłaczało, dodatkowo przypałętała mu się ta gorączka…
— Często ostatnio chorujesz — podjęła jego siostra, wyciągając Białego ze smętnych przemyśleń.
— Trochę jestem…zapracowany — mruknął, odwracając głowę.
Wypełnił prośbę albinoski, by położyć się z boku, zażyć zioła i pozwolił, żeby nałożyła na jego głowę chłodny okład z mchu nasączonego wodą. Miało to ostudzić jego rozgrzany organizm. Długa grzywka przykleiła mu się do boku pyska, a cała sierść nagle ważyła dwukrotnie więcej, niż zazwyczaj. Czerwonooki po zjedzeniu gorzkich ziół, zakasłał, bo coś źle przełknął. Zwinął się w kłębek, by nikomu nie wadzić. Nie chciał rozmawiać, jedyne czego pragnął to znaleźć się ponownie pod ziemią. Tam było chłodniej, na pewno ciszej, ciemniej. Odwykł od bywania w zatłoczonym obozie. Mógłby wręcz stwierdzić, iż przytłaczało go to bardziej, niż kiedyś. Słowotoki losowych kotów z zewnątrz, krzyki uczniów, plotki jakichś kotów, do tego ruch w medykowym legowisku… za dużo, za wiele! Nie mógł nawet zasnąć, leżąc tak z zamkniętymi oczami, zaczął więc myśleć. Zawsze tak miał; kiedy nie dawał rady położyć się spać, dopadały go natrętne myśli. Teraz nie było inaczej…
Przypomniał sobie, kiedy był jeszcze uczniem, miał mentorkę, którą szczerze podziwiał i mógłby wręcz powiedzieć, pokochał na swój sposób. Jak ciocię, która była jego wsparciem, drogowskazem. Burzowe Chmury nie był gorszy, jednak Biały nigdy nie czuł w kocurze oparcia. Już wtedy odczuwał swoje braki w treningach, kocur nie bardzo lubił w nocy ćwiczyć, a przecież albinos inaczej nie mógł… więc wręcz od początku Biały odstawał. Trenował samemu lub prosił o pomoc Barszczową Łodygę, żeby chociaż troszkę nadgonić. Kiedy przemianowany został na przewodnika, jego życie się odmieniło na lepsze. Później, jednak kiedy on już myślał, że będzie dobrze, iż Kwiecista Knieja zostanie jego współpracowniczką po mianowaniu, ta odeszła z klanu. Uciekła, wydrapując zdezorientowanemu, młodemu Białemu, ogromną ranę w sercu. Jego oparcie zniknęło, kot, na którym polegał w trudnych chwilach, do którego mógł pójść po pomoc czy zwykłą prośbę o opowieść… dlatego też Biały nigdy nie polubił Małej Bazi. Widok zdeformowanej mordki oraz futra tak łudząco podobnego do jej matki przyprawiał go o wymioty. Nie mógł, nie chciał, nie potrafił zapewne… I to nigdy się nie zmieni. Mała Bazia została u albinosa skreślona od razu, kiedy Knieja podrzuciła ją do żłobka.
Po kotce dostał trzeciego mentora, co było ogromną rzadkością. Mało który kot musiał mieć aż tyle nauczycieli w swoim jednym, przedłużonym szkoleniu. Białego jedynie to dołowało i frustrowało. Był naprawdę aż tak wybrakowany, że musiał mieć trzech mentorów? Królicza Gwiazda nie uznał go za gotowego po odejściu Kniei? Serce albinosa było ściśnięte z żalu i pewnego rodzaju… złości. Miał żal do przywódcy, wręcz zaczął pałać niechęcią. Słoneczny Fragment sam miał masę problemów i ich trening tak naprawdę nie był mocno jakościowy. Biały zastanawiał się wtedy, czy kocur nie miał jakiejś depresji… bo zawsze czuł ciężar jego obecności. Nigdy nie byli szczególnie blisko, a przez to Biały ponownie nie miał w nikim oparcia. Po mianowaniu Białego, kocury mało ze sobą rozmawiały. Dodatkowo przecież Słońce szkolił dwa koty naraz, co nie mogło być łatwym zadaniem.
Albinos powrócił na ziemię, do aktualnej sytuacji, wzdychając ciężko. Gorączka nie odpuszczała, tak samo, jak gnębiąca go rzeczywistość. Nosił w sobie tyle żalu i smutku, a tak naprawdę nie miał komu o tym powiedzieć. Nie chciał obarczać swoim ciężarem rodzeństwa, które na pewno miało własne problemy… na ojcu nie mógł polegać. Nigdy nie znalazł w kocurze ojcowskiej figury, którą powinien być. Przykładu do naśladowania, wzorca, pierwszego bohatera… Szara Skóra w roli ojca był bardzo nijaki, wręcz odpychający. Pod maską najprostszych pytań o samopoczucie, by dzieci się od niego odczepiły, nigdy tak naprawdę jego to nie obchodziło. Jeszcze zachowanie Szarej Skóry w obliczu zagrożenia… był zwykłym tchórzem, niegodnym szacunku. Czy więc… Biały kiedykolwiek odnajdzie kogoś, w kim miałby niezachwiane wsparcie? Będąc zostawionym przez tyle kotów, szczerze zaczynał to wątpić. Mało tego… przecież Biały nic tak naprawdę nie potrafił. Czy mógł tak narzekać na ojca, skoro sam nie był lepszy? Nie umiał nawet dobrze polować czy się składać. Jedyne co posiadał to dobrą pamięć, ale co komu z tego, jeśli nie wyżywi nią potrzebujących? Czy Biały powinien w ogóle wymagać od życia, od innych kotów, jeśli sam nie miał nic do zaoferowania w zamian? Czy miał do tego prawo?
Większość kotów, z którymi miał relacje, zmarła lub zaginęła. Czyż nie oznaczało to, że albinos przynosił… pecha? Dziecko ponoć zesłane przez Przodków, Kocięta Białego Pawia, specjalne w swojej odmienności. Tyle że ta “specjalność”, w odniesieniu do przewodnika była nad wyraz nietrafiona. Biały zaczął myśleć nawet, że nie jest nikomu potrzebny. Przecież nie wykarmi klanu, nie odeprze wrogiego ataku… jedynie co to naprawi zawalony tunel. W czym niby był tym “wyjątkowym”? W wyglądzie, którego szczerze nienawidził? Czerwone oczy, dla innych wspaniałe, niecodzienne i intrygujące, a dla niego? Oznaka odmienności. Nie mógł nawet patrzeć w słoneczne niebo, bo mógłby oślepnąć… Skóra cienka, delikatna, sierść śnieżnobiała, które palił nawet najmniejszy promień słońca. Kiedyś już się o tym przekonał, będąc poparzonym przez swoje nierozsądne zachowanie. Zaczął bardziej niż zwykle bać się wyjścia na zewnątrz. Niewypowiedziany strach, który sprawiał, iż sztywniały wszystkie jego łapy, kiedy miał wyściubić nosa na zewnątrz, a nie było smolistej nocy.
Czym było to życie? Pasmem nieszczęścia, tęsknoty, samotności, odizolowania. Nie było w nim nic “wyjątkowego”. Ten wygląd okazał się przekleństwem, ba, być może przez to wszyscy go opuszczali. Nie wnosił swoim paskudnym charakterem nic wartościowego do żyć innych kotów. Dziw aż, że rodzeństwo się jeszcze od niego nie odwróciło. Przecież Wełna była chodzącym aniołem, a Lotos porządnym kocurem. Tylko on z ich trójki odstawał swoją nijakością, brakiem ciekawej wiedzy, którą mógłby się pochwalić. Po co prowadzić takie życie? Dlaczego klan nadal go w nim trzymał?
~*~
Minęło kilka wschodów słońca. Gorączka została wyleczona przez jego wspaniałą i uzdolnioną siostrę. Biały Strumień mógł opuścić medyczne legowisko. Kiedy Wełnista Mszyca krzątała się pomiędzy ziołami, Biały przysiadł, by na nią popatrzeć. Tak mądra z niej była kotka. Przewodnik czuł dumę, patrząc, jak zgrabnie zbiera potrzebne medykamenty, jak doskonale poukładane ma w głowie wszystkie informacje o leczeniu różnorakich schorzeń… niesamowite. Nie to, co on.
Podziękował jej, schylając delikatnie głowę, żeby nie dostrzegła jego niepewnego, smętnego wyrazu pyska. Ulotnił się, kiedy burzowe chmury zasłoniły niebo.
Tego dnia padał deszcz, zmywając wszelkie zapachy, ślady i codzienne smutki.
Następnego z kolei dnia, Biały Strumień w grobowym milczeniu, naprawiał wejścia do tuneli po tej ulewie. Zapach mokrej trawy wypełniał jego płuca, a on mimo tego nie potrafił się tym cieszyć. Dawna ciekawość świata zniknęła, być może tylko chwilowo, jednak aktualnie był chodzącym smutasem. Nieustannie poważny, zamyślony wyraz pyska, konkretne i skupione ruchy łap, przy poprawianiu wejść. Zrobił wszystkie poza jednym, jego niegdyś ulubionym wyjściem przy granicy z Klanem Klifu. Cały dzień kręcił się tu i tam, by tylko ominąć to jedno, konkretne miejsce. Jakby obawiał się spotkać pewną kotkę, za którą jego serce nieustannie tęskniło. Ciężar ostatnich doświadczeń oraz te przemyślenia jednak kazał mu myśleć, że Drobne Ukojenie nie pokochałaby kogoś takiego, jak on. Kimże był, żeby oczekiwać odwzajemnienia uczuć przez taką utalentowaną, piękną istotę?
Ah, właśnie. Ponieważ Biały uświadomił sobie ostatnimi czasy, że chyba czuł coś więcej do niskiej Klifiaczki. Dlatego też niedoszłe spotkanie kilka księżyców temu tak bardzo go zabolało. Ponieważ on ponownie postanowił zaufać, a został zawiedziony. Utwierdzał się wtedy w przekonaniu, że nie zasłużył widocznie nawet na miłość.
Cały dzień omijał tamto wyjście do naprawy, aż do nocy, kiedy postanowił przezwyciężyć dziwne uczucie w żołądku, i je skontrolować.
Przemknął zgrabnie wydeptanymi tunelami, docierając późną nocą do wspomnianego miejsca. Zrobił oględziny, poprawiając to, co zostało zniszczone przez deszcze. Nie trwało wszystko zbyt długo, więc miał jeszcze sporą część nocy do przesiedzenia.
Spojrzał czerwonymi oczami w stronę granicy z Klanem Klifu. Jego łapy same, chociaż drżąc, skierowały się w tamtym kierunku. Zniżył głowę, pozwalając, by grzywka przysłaniała mu jedno oko, a ogon ciągnął za sobą jak duch. Brzdąkanie świerszczy, szum mrówek biegających w trawie, czy innych małych stworzeń, to wszystko doskonale mógł teraz usłyszeć. Nocną muzykę jakby graną specjalnie dla niego. W oddali dosłyszał huczenie sowy, gdzieniegdzie przebiegającą wiewiórkę, która korzystała z chłodu, by poszukać pochowanych orzechów.
Biały Strumień kroczył powoli jakby ze strachem. Każdy krok ważył, delikatnie stawiając łapę w wysokiej trawie. Dotarł wreszcie do miejsca ich spotkania. Wszechobecna cisza szumiała w jego długich uszach, a on zganił się w głowie. Przecież jej tutaj nie spotka… dlaczego więc czuł się tak głupio zawiedziony?
Po dłuższym uderzeniu serca poszedł wzdłuż granicy. Nagle poczuł, jak żołądek podskakuje mu do gardła, kiedy usłyszał jakiś szmer. Wróg? Lis? Może borsuk? Nadstawił uszu, a czerwone źrenice rozszerzyły się do granic możliwości. Wysunął pazury, był gotów; nawet jeśli nie miał zbyt wysokich umiejętności w walce.
Kiedy jego oczom ukazała się znajoma sylwetka, poczuł, jak serce staje mu w miejscu. Wąsy opadły, wszystkie myśli, jakie miał w głowie przepadły. Nawet świerszcze zaprzestały swojego nocnego koncertu, jakby chciały dać dwójce kotów chwilę w ciszy.
Stała przed nim, wyplątana z zarośli, nie kto inny, jak Drobne Ukojenie. Biedna, zaplątała jej się łapka i dlatego tak go wystraszyła tym nagłym zrywem. Długo tutaj była? Może przyszła przypadkiem? Może Klan Klifu wprowadził nocne patrole? Przecież na pewno nie czekała tutaj na niego…
Albinos widział, jak ta otwiera i zamyka pyszczek, jakby słowa ugrzęzły jej w gardle. On również, nie był w stanie wydusić z siebie czegokolwiek, a jedyna myśl, jaka przyszła mu do głowy, brzmiała “czy to naprawdę ona?”.
— Biały Strumieniu…! — wydobyła w końcu siebie Drobne Ukojenie. Biały wzdrygnął się na dźwięk własnego imienia w jej ustach, wypowiedzianym tym niepewnym głosem, którego nie słyszał tak długo.
— Jeju, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię w końcu widzę. Czekałam tutaj prawie co noc… ma-mając nadzieję, że jakimś cudem się tutaj zjawisz, co może nie było… najmądrzejsze, ale zadziałało, nie? — albinos widział w jakich nerwach kotka była. Jakby zaraz mieli zniknąć, a ona mimo to chciała przekazać mu wszystko, co miała w głowie. Nawet jeśli oznaczało to przytłoczenie go ilością słów, chociaż… to było ostatnie, czym Biały się teraz martwił. — Ja tak bardzo Cię przepraszam, powinnam się była zjawić wcześniej albo… albo chociaż na zgromadzeniu później, ale tyle się stało i… Potem tak okropnie się czułam. Bałam się tutaj w ogóle przyjść, ale jestem. Nawet nie wiem, od czego zacząć, mówiłam Ci już o tych mewach kiedyś… nie wiem, czy byłeś na ostatnim zgromadzeniu. Ale kiedy szłam się z tobą spotkać, zaatakowała mnie jedna z nich i-i dlatego mam teraz takie blizny — dopiero w tej chwili Przewodnik dostrzegł rozległe wygojone rany na ciele Protektorki. Poczuł mrowienie wzdłuż kręgosłupa. — Potem wojownicy poszli walczyć i zginął Judaszowcowa Gwiazda… Pikująca Jaskółka się zajmowała klanem, a kiedy poszła… odebrać dziewięć żyć, zaatakował ją mój wujek. I… i… teraz jest więźniem… a przez ten czas, tak bardzo się martwiłam i chciałam Cię przeprosić, że n-nie przyszłam… i… teraz tak bardzo mi głupio — głos Drobnego Ukojenia coraz bardziej się urywał, jej oddech stał się cięższy, a uszka opadły.
Biały… Biały Strumień nie wiedział, co ma zrobić, czy robić cokolwiek? Co było odpowiednie w takiej sytuacji?
Jednak im dłużej na nią patrzył, im bardziej wsłuchiwał się w jej głos, tym mocniej do oczu cisnęły mu się łzy. Czuł, jak łapy mu drżą, uszy nisko opadają, a spojrzenie mięknie. Nie sądził, że ją tutaj spotka, ba, nawet o tym nie myślał, z góry zakładając, iż ta znajomość była zakończona, a ona… zjawiała się tu co drugą noc? Specjalnie… dla niego? Przewodnik nie mógł wyrazić jakie poruszenie to w nim wzbudzało. Głośno i szybko bijące serce dowodziło jednak, że były to same silne emocje. On... On czuł, jak się łamał, a cały wysoki mur dookoła niego kruszył się kawałek po kawałku. Otworzył pysk, jednak nie wydobył się z niego głos, więc spróbował znowu, z każdą próbą robiąc krok ku kotce. Gdy był długość lisa od niej, w końcu mu się udało.
— D… Drobna — szepnął, przełykając ślinę. — Nie wiem co powiedzieć… jest tego zbyt dużo. Ja… Ja myślałem, myślałem, ż-że Ty mnie już nie lubisz i… I mnie wystawiłaś wtedy. A Ciebie, z-zaatakowały mewy. T-To moja wina…
Pokręcił bezsilnie głową. Patrzył na jej blizny, tak wielkie w porównaniu z jej niewielkim ciałem. Ściskało go w środku na samą myśl, co ona musiała przejść. Ile stresu się najeść, strachu, bólu… później jeszcze te problemy w jej klanie. Miała na pewno bardzo, bardzo ciężko.
Niebieska zamilkła, a łzy zmoczyły futerko na jej pyszczku.
— Nie... Biały. T-to nie Twoja wina, przecież- przecież razem ustaliliśmy, żeby się spotkać — zaczęła w końcu. — Ja... Nikt nie mógł przewidzieć, że tak to się skończy... nie wiń się... proszę? Nigdy bym cię nie wystawiła…
Biały poczuł ścisk w żołądku. Kiedy pierwsze łzy zmoczyły pyszczek Drobnej, poczuł, jak jego ciało samo się rusza, zmniejszając dystans ku niej. Niepewnie wyciągnął łapę, którą zaraz cofnął, pozostając jednak blisko niej.
— Nie płacz... proszę, bo j-ja też... — szepnął, czując, jak i jemu lecą łzy, a ciało z napiętego się nieco rozluźnia. — Nie płacz, błagam... Nie tak wyobrażałem sobie nasze spotkanie. Czułem wyrzuty sumienia i złość... krążyłem całą noc wtedy, czekając na Ciebie... nawet zostałem aż do rana i poparzyło mnie słońce. Nie płacz już, Drobna. Przepraszam, n-nie wiedziałem, jak to było... Byłem taki zły... i s-smutny, myślałem... myślałem, że już mnie nie lubisz... — mówił, nim wyszeptał cicho. — A ja bym mógł dla Ciebie przekroczyć granicę…
Klifiaczka drgnęła po jego odpowiedzi. Wyglądała na zmartwioną. Albinos spuścił głowę.
— Ale wszystko już dobrze? Po tych poparzeniach? Nie były bardzo poważne? — przysunęła się bliżej, próbując zerknąć na grzbiet białego kocura. — Co? Nie... Nie, nie. Biały, ja bardzo Cię lubię, naprawdę... bardzo... też Cię przepraszam — wyszeptała, próbując uśmiechnąć się przez łzy. — Też byłam... bardzo zdruzgotana, tak się martwiłam o Ciebie i co sobie pomyślisz o tym wszystkim…
Na pytanie o poparzenia zmarszczył nieco brwi. Jego wzrok przeskoczył na blizny pokrywające ciało kotki. Dlaczego martwiła się o niego, zamiast o siebie? Przecież dużo mocniej ucierpiała...
Nic nie mógł też poradzić na to, że ucieszył się w głębi serca, kiedy kotka przyznała, że go lubi.
— Nie przepraszaj — mruknął. — Futro...zakrywa mi ślady, ale dzięki medykom nie są mocno widoczne — szepnął. — A T-Twoje blizny? Bardzo rozległe... Żałuję, że nie pobiegłem, by Ci pomóc. Dziękuję, że mi wyjaśniłaś...
— Nie martw się... proszę... może i nie wyglądają najlepiej, ale... jestem cała naprawdę. Dobrze, że nie pobiegłeś mi na pomoc... co jeśli jakiś z patroli wyczułby twój zapach nad ranem... albo jeśli Ciebie też dopadłyby mewy? — niebieska kotka usiadła tuż przed przewodnikiem.
Biały zacisnął usta. Miała rację... zachowałby się bardzo nierozsądnie, gdyby pobiegł jej szukać na nieznane tereny Klanu Klifu. Z drugiej zaś strony, może uniknęłaby tak rozległych blizn... chociaż jeśli miał przyznać, wciąż wyglądała oszałamiająco, a blizny podkreślały, jaka jest nieugięta i odważna. Imponowała tym albinosowi.
Zamilkł na dłuższą chwilę. Widać było, iż zbiera się w sobie, jak przełyka niewidzialną gulę w gardle.
— Chcesz dalej… — zaczął niepewnie. — Się... l-lubić? Pomimo tego, jaki jestem...
Ostatnie zdanie tak cicho dodał, jakby nie do końca chciał, by je usłyszała. Samo to pytanie było mocno niepewne, bo Biały nie uważał siebie za szczególnie interesujący okaz. Z drugiej strony... pomimo tego, jak się czuł... On tego chciał. Pragnął wręcz dalszej znajomości z Drobną. Tęsknił za rozmowami, czy wspólnym milczeniem. Chciał, żeby znowu ich spotkania na granicy miały miejsce i by mógł wdychać zapach jej futra oraz słuchać głosu. To było całkiem egoistyczne... jednak pozwolił sobie na takie zachowanie.
Drobne Ukojenie słysząc pytanie czerwonookiego, przymknęła na chwilę oczy, a z nich pociekło kilka łez na trawę obok nich.
— Tak... tak... bardzo bym nie chciała, żebyśmy przestali się... l-lubić — szepnęła w odpowiedzi.
Słysząc dalszą wypowiedź i widząc, jak lecą jej kolejne łzy, nie mógł powstrzymać palącej chęci otarcia ich. Podniósł łapę, z początku niepewnie, powoli, cały czas słuchając, jak do niego mówi. Zdawałoby się, że wszystko ucichło, każda żaba, świerszcz czy nawet nocne stworzenia dały im przestrzeń do tej rozmowy. Mnóstwo kotłowało się w nich emocji, byli młodzi i zagubieni, każde z nich zresztą należało do innego świata, a jednak wciąż...
Gdy jego łapa dotknęła w delikatnym, niepewnym geście policzka Drobnej, wzdrygnął się troszkę. Miała miękkie, ciepłe futro, oko zasłonięte grzywką i zaczerwienione od płaczu oczęta. Wzrok Białego złagodniał, zmiękł, wargi rozluźniły i poczuł, że znowu jest tam, gdzie chciał. Przy niej, tej niskiej, rozgadanej kotce, która miała tak samo głupie pomysły co on, a z upływem księżyców nie zanosiło się w nich na zmianę.
Wziął wdech, który nagle pomógł mu przywrócić spokojny oddech w miejsce tego drżącego z emocji. Posłał jej uśmiech tak szczery i miły, na jaki przez bardzo wiele ostatnich księżyców nie potrafił sobie pozwolić. Jej słowa były dla niego niczym najwspanialsza nowina.
— Nie przestawajmy więc, Drobna — szepnął do niej, muskając opuszkami jej pyszczek.
Otarłszy łzy, zabrał łapę i mrugnął do niej powoli czerwonymi oczyma.
— W tych bliznach wciąż wyglądasz wspaniale, więc nie martw się nimi. Jesteś przepiękna.
Protektorka przechyliła głowę, kiedy kocur zabrał łapę i pokonała tę ostatnią odległość, wtulając mordkę w szyję albinosa.
— Tak się cieszę, że mogliśmy sobie wszystko wyjaśnić... — wydusiła z siebie, a uśmiech powoli wkradał jej się na pyszczek.
Biały... Biały poczuł, jak kotka wtula się w jego szyję i poczuł, jak zamarza w miejscu. Nie sądził, że Drobna się zdecyduje na taki ruch i nie do końca wiedział, jak ma się zachować.
Kiedy minął szok, poczuł, jak gorąco zalewa jego pyszczek oraz uszy, a serce zaczyna szybko bić. Dotarło do niego. Drobna, która mu wpadła w oko, się do niego przytuliła. Do niego. W jego futro. W JEGO SZYJĘ. Otworzył zdziwiony lekko pyszczek, biorąc wdech, ale nic nie powiedział. Jego ogon drgnął nerwowo, jednak po chwili przesunął go bliżej, niemalże muskając ten należący do Klifiaczki.
Wypuścił z siebie powietrze, uśmiechnął się i przymknął oczy. Obniżył łebek oraz wtulił go w czubek głowy Drobnego Ukojenia. Przesunął pyszczkiem po niej, a z jego ciała wydobył się pomruk ulgi i zadowolenia.
— Dziękuję za to, że przychodziłaś tutaj, próbując mnie spotkać... dzięki Tobie mogliśmy odbyć tę rozmowę. Dziękuję — szepnął, mrucząc.
— Ty też przecież przyszedłeś... — zaśmiała się cicho. — Bez Ciebie też nie byłoby tej rozmowy. — Drobne Ukojenie wcisnęła nos pod głowę Białego, jej gardło zaczęło wibrować z zadowolenia, ciche mruczenie dołączyło do tego, które wydobywało się z jej towarzysza. — ...tyle się działo w Klanie Klifu... bardzo się cieszę, że chociaż to tu... się wyprostowało... — westchnęła ze słyszalną ulgą.
Biały nie mógł uwierzyć w to, co się aktualnie działo. Siedział wtulony w Drobne Ukojenie... tak po prostu? Bez wyrzutów sumienia, bez myślenia, że mu się nie należy taki rodzaj bliskości? Jakby kotka swoim puszystym ogonem wymiotła wszystkie negatywne rzeczy z jego głowy, pozwalając, by odetchnął, chociaż na moment. Niestety, jego problemy wciąż były aktualne, ale przynajmniej wyjaśnili sobie z Klifiaczką parę spraw. Wyglądało też na to, że... teraz już się między nimi miało ułożyć, jeśli mógł to tak nazwać.
Poczuł, jak kotka wciska głębiej w jego sierść swój pyszczek, zupełnie tak, jakby chciała się tam skryć. Czuł oraz słyszał mruczenie kotki, które rozczuliło go dogłębnie, a nieopisana radość zalała całe ciało kocura przyjemnym dreszczem.
— Tak — szepnął. — Ja również czuję ulgę, że udało nam się porozmawiać... Ostatnie księżyce były bardzo ciężkie. Mój klan też ma... całkiem burzliwy okres.
Westchnął ciężko, wdychając po chwili zapach kotki. Mrowienie, które za każdym razem przebiegało po jego kręgosłupie, wprawiało go w dziwny stan, którego nie znał do tej pory. Z nikim nie czuł tak intensywnych emocji, a przecież jedynie się przytulili... może to była kwestia ich długiej rozłąki? Chociaż z drugiej strony nie byli parą, by aż tak tęsknić za sobą nawzajem...
Zamknął oczy. Tak. Nie byli przecież partnerami, nie powinien więc mieć nadziei na coś więcej ze strony Drobnej. Ona chciała utrzymywać dalej znajomość, powiedziała, że go lubi, przytuliła... przyjaciele też tak robią... prawda?
Chociaż ta myśl zakuła go w serce. Czy jeśli wyznałby kotce, co wobec niej czuje, nie spłoszyłby jej? Ale przecież... On sam nie do końca siebie rozumiał. To wszystko było skomplikowane, a dodatkowo problem leżał też w ich miejscach zamieszkania. Należeli przecież do innych klanów...
— Masz ochotę się przejść? — zapytał po długiej chwili milczenia. Cały czas byli w siebie wtuleni i żadne z nich nie rwało się, by to przerwać.
Wyleczeni: Szara Skóra
Rysunek autorstwa falvie666
Rysunek autorstwa falvie666
<Drobna? ❤️ >

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz