Przeszłość
— Co tam u ciebie słychać Kasztanku? Jak się czujesz? O czym chciałeś porozmawiać?
— Czy… czy koty związane z… z… z M-Mandarynkową Gwiazdą są z samego Klanu Gwiazdy? No… no bo znałaś moje imię, a… a nigdy wcześniej ci się nie przedstawiłem — zapytał, czując narastający niepokój, ale próbował zgrywać odważnego przed starszą kocicą, żeby nie wyszedł przypadkiem na takiego, co się boi własnego cienia, mimo że właśnie takim był. Trzcinowy Szmer uśmiechnęła się lekko.
— Tak. Mamy moc naszych pradawnych przodków, dzięki której możemy kontrolować wiele rzeczy, jak na przykład sny lub wskazać kotu drogę, która może dla niego wydawać się niemożliwa lub bardzo odległa.
Kociak zrobił wielkie oczka. Czy naprawdę mogli tak wiele? Czy zatem wiedzieli, co mu się śniło? Może mogli czytać też w myślach? To dopiero byłoby straszne… nie mógłby zachować zupełnie niczego, niczego dla siebie! Jego kikut napuszył się lekko, a pazurki wielkości igły wpychały się powoli w grunt pod jego łapkami, chociaż z malutkim naciskiem, bo nawet nie był ciężki, więc nie mógł wyrządzić wielkich szkód, całe szczęście.
— Naprawdę?! — zapytał, rozglądając się dookoła, jakby ktoś inny miał odpowiedzieć mu na to pytanie.
— Możemy też sprawić, żeby cała zwierzyna zniknęła ze stosu, ale wolimy mieć na nim przynajmniej jedną piszczkę, żebyśmy mieli co jeść.
Kasztanek wyraźnie się zamyślił, jego umysł zaczął analizować, na ile to, co do niego zostało właśnie powiedziane, było zgodne z prawdą. Nie miał powodów ku temu, żeby nie wierzyć doświadczonej i dorosłej wojowniczce, kocicy z jego klanu, więc musiała zatem mówić prawdę. Jednak skoro koty potrafiły tak wiele, to dlaczego on nigdy nie poczuł nawet ukłucia, stuknięcia, nic, co by mu powiedziało, że ktoś właśnie obserwuje jego sen? I co najważniejsze, czemu nigdy wcześniej sam nie był w stanie zajrzeć komuś do głowy w celu zaobserwowania czyjegoś snu? Nie mógł tego zrozumieć. Trzcinowy Szmer popchnęła lekko kulkę mchu, a on podążył za nią jakoś odruchowo wzrokiem.
— A czy… czy w moich myślach i snach też potraficie czytać? — pytał dalej, nie wątpiąc ani trochę w to, co właśnie słyszał. Trzcinowy Szmer parsknęła cicho.
— Nie. Gdybyśmy potrafili, już wcześniej bym wiedziała, o co chciałeś mnie zapytać — miauknęła najpierw z kamienną twarzą, a po uderzeniu serca zachichotała, chociaż nie złośliwie. Kociak zmarszczył brwi, jakby nie dotarło do niego jeszcze to, co właśnie usłyszał… Nagle zadarł łeb ku górze znowu. Co?! Nie mogli? Czyli… to po co mu to powiedziała…?
Teraźniejszość
Nadeszła chłodna Pora Opadających Liści, która dość sprawnie przegoniła nieprzyjemne ukropy, wybijające niekorzystnie koty z ich rutyny, jeśli nie mogli sobie pozwolić na ochłodzenie się w którymś ze zbiorników wodnych. Przypalony Kasztan zrobił krok ku żłobkowi, jednak szybko się zorientował, że w rzeczywistości wchodzi właśnie z pustymi łapami. Nawiązał przypadkowy kontakt wzrokowy z Trzcinowym Szmerem, a u jej brzucha leżały dwa kocięta, pogrążone w rozmowie. Wojownik wycofał się pospiesznie, czując z tyłu głowy mrowienie. Tak, jakby ktoś śledził go wzrokiem. Otworzył szerzej ślepia i rozejrzał się na boki, aczkolwiek każdy był zajęty sobą, jedni dzielili się językami, drudzy chichotali w najlepsze, rozłożeni na polance… Chwycił w zęby najlepiej wyglądającą rybę i tym razem pewniej, acz nadal niezupełnie szczególnie śmiało zajrzał do legowiska. Zerknął na szylkretkę, uśmiechając się do niej lekko nerwowo, ale szczerze.
— Trzcinowy Szmerze, czy mogę wejść? — poprosił z nadzieją, na co kocica z lekkim zdziwieniem pokiwała głową.
— W porządku. Tylko uważaj na kocięta — odparła. Kasztan przysunął się do kotki, kładąc tuż obok niej zwierzynę. Brązowooka przysunęła ją do siebie łapą, po czym oderwała pierwszy kęs i gdy go zjadła, kolejny zaproponowała małej Łabądce najpierw, potem Nurowi, po tyle samo. Przypalony Kasztan uśmiechnął się lekko, spoglądając na trójkę. Trzcinowy Szmer polizała parokrotnie kocięta po główkach, a one, po skończonym posiłku, wystrzeliły w jeden z kątów legowiska, ponieważ coś przykuło ich uwagę.
— Nurze, zobacz, co znalazłam! — młodzik doskoczył tam w paru susach.
— Co cię do nas sprowadza, Przypalony Kasztanie?
Przypalony Kasztan po chwili spiął się lekko, próbując jakoś rozluźnić mięśnie. Przełknął nerwowo ślinę, gdy zorientował się, że znowu wgapiał się w nią jak w kota ze Srebrnej Skóry. Łatwo odpływał myślami.
— Ach…! C-czy pamiętasz, jak powiedziałaś mi kiedyś, że porozmawiamy na poważniejsze tematy? Czy… czy teraz nadszedł ten czas? — zapytał, patrząc na karmicielkę z niepewnością. — Trzcinowy Szmerze, a… — zatrzymał się na chwilę, nie zamykając pyska. — J-jak to jest… opiekować się kociętami? Jak to robicie…? Ze… Żmijowcową Wicią? — dopytywał, przypomniawszy sobie o Nurze oraz Łabądce, którzy teraz wyglądali na szczególnie zajętych jakimś kamieniem u ich łap. — Ja… przepraszam, jeśli wam przeszkadzam. Naprawdę nie chciałem, ale… ale… może mi się to kiedyś przydać, tak myślę — kontynuował dość nieśmiało.
Pamiętał ich rozmowę, którą przeprowadzili, gdy był jeszcze malutkim kociakiem. Wtedy to on znalazł się u boku szylkretki, która szybko go pocieszyła i to w dość prosty sposób. Kto by pomyślał, że ten właśnie sposób stanie się jego ulubionym i że właśnie ten sposób kojarzył także od Złocistego Widlika, a nawet… Urodziwego Szafirka. Wojownik próbował ukryć stres, jednakże zapachu nie był w stanie zamaskować, nieważne jak bardzo by się nie starał. Nawet nie był pewien, dlaczego tak się denerwował. Chociaż… wiedział, tak, raczej. Przecież… czy nie przeszkadzał karmicielce właśnie?
— Jesteś blisko z Urodziwym Szafirkiem, prawda? Praktycznie nierozłączni — uśmiechnęła się starsza, a końcówka jej ogona poruszała się spokojnie po posłaniu pod nią.
Ucho dymnego drgnęło, a niedługo po tym kiwnął nieśmiało głową.
— T-tak… — wydobyło się z jego pyska prawie że szeptem, co było dziwne, ponieważ nigdy nie ukrywał szczególnie ich relacji, ale też nie nazywał jej w żaden sposób. Nadal się uczył, jak powinien się zachowywać przy kimś, kto był… twoim partnerem. Było to niezwykle istotne. Wyróżnienie drugiego kota do takiego miana… nie każdy przecież był dla niego taki ważny, tylko jedna kotka, która była przy nim zawsze, odkąd tylko pojawiła się w żłobku. Na samą myśl o szylkretce zamruczał cicho.
<Trzcinowy Szmerze? Kocięta są bardzo słodkie>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz