BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malinowy Pląs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malinowy Pląs. Pokaż wszystkie posty

20 sierpnia 2021

Od Malinowego Pląsu

 Zdawało jej się, że ten kretyn nigdy się od niej nie odczepi. Ciągle za nią łaził, a ona musiała co chwilę przypominać mu o ogromnym dystansie między nimi.
Wrzosiec nie miał żadnego, ŻADNEGO prawa, by ją dotykać, a ciągle próbował musnąć ją nosem po szyi. W odpowiedzi dostawał pożądne pacnięcie łapą, tylko tak szylkretka potrafiła okazać czystą niechęć wobec niego.
Czuła wzbierającą irytację, gdy tyljo wyczuwała zapach kocura. Nie potrafiła uwierzyć, że lider pozwolił czekoladowemu, do tego obcemu, dawnemu pieszczochowi, dołączyć do klanu. Jakik cudem?! Nie potrafiła przetrawić tej informacji.
***
Nadszedł dziwny dzień, w którym poczuła zauroczenie. Tak, sama nigdy by się tego nie spodziewała. Żadna kotka z klanu nie życzyła jej spędzenia reszty życia z drugą połówką, niezależnie od płci szczęśliwego wybranka. Malinowy Pląs swoim głosem i temperamentem zagięłaby partnera bądź partnerkę od razu.
A tu proszę, Wrzoścowy Cień, po wielu księżycach irytowania szylkretki dostąpił zaszczytu spędzania z nią czasu.
Coraz częściej dzielili języki, coraz częściej przekomarzali się wyłącznie dla żartów, nie z czystej irytacji. Spędzali razem czas, spędzali go razem, a Malinowy Pląs zapominała w takich momentach o dręczącym oddechu przypadkowych śmierci.
Oraz o każdym pustym spojrzeniu zimnego trupa.
***
Jednego wieczoru wylądowali razem, we wzajemnych objęciach. Porwani przez młodociany instynkt jie kontrolowali swoich ruchów. Pozostali sobą, jednocząc się na kilka dobrych kwadransów.
***
Było jej niedobrze, a żołądek wołał o tony świeżych ryb. Leżała cały czas w legowisku, nie idąc na żaden patrol. Zatroskani Wrzoścowy Cień i Jesiotrowa Łuska przynosili kotce jedzenie, krzywiąc się ja widok źle znoszącej dzień Malinki.
Na ostatkach sił doczłapała się do medyka.
Kacze Pióro dokładnie obejrzał siostrę i uśmiechnął się do niej na sam koniec badania.
- Jestem z ciebie dumny! - miauknął rudzielec, uśmiechając się jeszcze szerzej.
- Mów, co mi jest, albo ci strzelę - powiedziała kotka, zwężając oczy.
- Jesteś w ciąży!
Zamilkła.
Odpowiedziała tylko ciszą.

12 sierpnia 2021

Od Malinowego Pląsu cd. Jesionowej Gwiazdy (Jesionowego Upadku)

time skip do teraz

Znalazła go na terenach Klanu Nocy, nagle bez zapowiedzi. Idąc z Kruczym Futrem i Jesiotrową Łuską na patrol, zauważyła majaczące na horyzoncie czekoladowo-brązowe futro, czując przy okazji obcy zapach. Pierwsze, co nawiedziło jej myśli, to nienawiść skierowana ku Klanowi Klifu. Jednak od przybysza nie unosiła się woń typowa dla tego dzikiego, klifiarskiego stada.
We trójkę otoczyli go, a on rozpłakał się. Szczerze, z prawdziwym wzruszeniem. 
Malinowy Pląs nieufnie przyglądała się obcemu, każdej tygrysiej prędze, fragmentowi bieli, dochodząc powoli ku bliźnie na jednym z żółtych oczu. Obcy wyglądał na kocura po przejściach, ale mógł być szpiegiem od któregoś z klanów. Wolała zachować wobec niego nieufność, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach w klanie.
Kocur szukał dla siebie stada, co zdziwiło szylkretkę. Samotnik od tak pragnie dołączenia do klanu? Jak to możliwe?! Przecież nie bez powodu dzikusy trzymają się z dala od wszelkich obozów, by nie niepokoić patrolujących okolicę wojowników. Skrzywiła się na te słowa, lecz Jesiotr i Kruk wyciągnęli ku obcemu pomocną łapę i obiecali zaprowadzenie do lidera,
Wracając do domu, kotka szła z tyłu, trzy królicze skoki od trójki towarzyszy. Nie zamierzała przyznawać się do wzięcia pod własne pazury tego czekoladowego. Po co? I tak gnojek dołączy, a Malinowy Pląs będzie ignorowała jego istnienie. Po co się aż tak przejmowała?
Niepokoiła się szybszym biciem serca i podejrzaną myślą, która pojawiła się, gdy zobaczyła sylwetkę samotnika na horyzoncie.
Już niedługo, już niedługo, nie zostaniesz sama ze sobą.
***
- Posłuchaj, nie zamierzam cię niańczyć. Nie jestem twoją matką, nie zwracaj się do mnie zdrobnieniami. Przede wszystkim mnie nie dotykaj - mówiła do samotnika, właściwie nowego Nocniaka, Wrzoścowego Cienia.
Wylądowali oboje u medyka. Czekoladowy na kontrolę stanu zdrowia, by wykluczyć ryzyko wybuchu epidemii. Szylkretkę bolały stawy i wolała nie ignorować zdrowia, jak poprzednim razem.
Borsucza Gwiazda przepytał nowo przybyłego bardzo dokładnie o przeszłość i umiejętności. Obcy okazał się całkiem obeznany nie tylko w ruchach walki czy polowaniu, ale również i znał się na ziółkach. Świetnie, wytrenowany agent trafił do Klanu Nocy...
Nazywał się Wrzosiec, za nakazem lidera stoczył pokazową walkę z Malinowym Pląsem, na oczach reszty. Kotka czuła się wówczas jak zwierzyna na cyrkowej arenie: skorumpowana i zniesmaczona. Została wybrana specjalnie, czuła to wewnętrznie. Ile by dała, żeby dorwać się pazurami do ciała Borsuka i rozszarpać go, by przerwać te rządy, to wszystko, co zrobił.
Ona wygrała, chociaż czekoladowy okazał się naprawdę zwinny, myślał strategicznie.
I to właśnie Malinowy Pląs dostała za zadanie zajęcie się wojownikiem, czyli wprowadzenie go w życie klanu, pokazanie terenów... taki dziwny trening w ogromnym skrócie.
- Nie jesteś odrobinę za surowa, mała? - zapytał się Wrzosiec, właściwie Wrzoścowy Cień.
- Że co?! Za surowa?! Surowy to będziesz ty, gdy wrzucę cię do wody! - oburzyła się. Ledwo ją znał, a już od tak oceniał?! Jak w ogóle mógł?
Westchnęła ciężko, zapowiadały się bardzo ciężkie księżyce.
***
Była na patrolu, wraz z bratem i Wrzoścem. Rozdzielili się, by każde z nich skontrolowało jeden fragment terenu.
Malinowy Pląs cieszyła się z samotności. Nie musiała wysłuchiwać droczenia się tego czekoladowego gnojka, który ciągle droczył się z nią. Jakby nie mógł uwziąć się na lidera, ten od razu wykopałby go z klanu i świat stałby się piękniejszy. Dawno nie reagowała tak ofensywnie wobec kogoś z klanu. Zdołała się przyzwyczaić do większości wkurzających pysków, ale to bicolora przekonać się nie mogła.
Nagle zauważyła jego, swojego ojca.
Nie potrafiła w to uwierzyć. Ujrzała Jesiona. Zamarła, nie słysząc żadnego dźwięku z otoczenia.
W oczach pojawiły jej się łzy. Wzruszyła się, pragnęła pobiec ku rodzicielowi i rzucić się na niego jak za dawnych, kocięcych lat, ale... podejrzana, sztywna atmosfera to uniemożliwiła.
On wydawał się cierpieć, czuła to, czuła to zbyt dobrze.
- Tatusiu? - zdołała wydukać. - Ja... ja cię tak cholernie kocham, że aż bym się na ciebie rzuciła.

<tatusiu? Spotkanko po księżycach>

Wyleczona: Malinowy Pląs

Od Malinowego Pląsu cd. Mglistego Snu

time skip do teraz

Zamiast drzeć mordę na otwartej przestrzeni, zamiast wepchnąć jakiegoś uczniaka dla czystej beki do nory, zamiast... zamiast być wojowniczką, musiała siedzieć wśród starszyzny, u byłych medyczek.
Mglisty Sen z delikatnym uśmieszkiem drwiny wydawała szylkretce różne rozkazy. A to przesuń mech w lewo, wymasuj poduszeczki łap, wyliż kark... wszystkie słowa czarnej zlewały się w jedno, a Malinka z trudem pozwalała im wylecieć głowy.
Czemu z trudem? Nie wytrzymywała tego usługiwania za karę. Kompletnie nie rozumiała toku myślowego obecnego lidera. Ona, ona miała być przydupasem starszych? Nie zrobiła nic złego! Była tylko na zgromadzeniu i jak zwykle okazała się prawdziwą szczerością i bezpośredniością. Na siłę nie zamierzała udawać potulnej koteczki, którą przerażał każdy podmuch wiatru.
- Co tak wolno? Stawy mnie bolą, moja najdroższa, każdy ból sprawia, że mam ochotę przetrzymać cię dłużej - mówiła z drwiną Mglisty Sen.
- Wsadź te stawy głęboko w dupsko. Zobaczymy, czy wtedy będziesz taka wesolutka - burknęła pod nosem Malinowy Pląs, ponownie przesuwając łapą mech. Cholerny, cholerny mech. Znowu. Pamiętała każdy rowek w tej roślinie. Najchętniej nasrałaby starszyźnie na legowiska, żeby tylko ukarać je za wszelkie zniewagi poczynione ku najbardziej chaotycznej wojownicze Klanu Nocy.
- Coś miauczałaś? - zapytała się czarna.
- Już się robi, Wasza Przemiauczliwa Wysokość - odmiauknęła karzełkowata, ze sztucznym uśmiechem na pyszczku i ze złowrogim błyskiem w brązowych oczach.
- Na koniec opowiedz mi bajkę - poprosiła, chociaż raz, bez cienia drwiny Mglisty Sen.
Po ciele wojowniczki przeszedł dreszcz ekscytacji. Czy ona powiedziała koniec. KONIEC?! Nareszcie! Zbliżał się koniec tego koszmaru! Niedługo wolność! Kotka stanie się wolnym strzelcem! O tak! Malinka o niczym innym nie marzyła bardziej, niż o wolności.
Usiadła naprzeciwko Mgiełki.
- Żyła sobie kiedyś... żaba... nie, ropucha. Wykluła się jako kijanka.. brzydka i pomarszczona... - rozpoczęła opowieść, czekając aż Mglisty Sen odda się objęciom Morfeusza.

01 lipca 2021

Od Malinowego Pląsu

 W końcu zrozumiała, dlaczego tata pogrążył się w taki stan beznadziei.
W końcu zrozumiała, dlaczego powinna postarać się dorosnąć.
W końcu... Tyle razy w końcu, że nie potrafiła uzbierać myśli w jedną całość
Ciałem szylkretki rządziła choroba, ojciec stał się samotnikiem, objętym haniebną reputacją, relacje z resztą klanu... Nawet nie istniały.
Drąca mordę kotka nie posiadała żadnych przyjaciół oprócz własnego brata. Poza samym karłowatym rudzielcem o pewnym spojrzeniu nie posiadała nikogo. Przy Brzoskwiniowej Bryzie czuła się napięta jak struna od gitary, a Jesiotrowa Łuska... On od zawsze wywoływał w Malinowym Pląsie odruchy wymiotne.
Leżała obolała w legowisku medyka, objęta leczeniem i przymusową kwarantanną. Wielka pustka, ściskająca jej serce, powiększała się z każdą chwilą. Myślała o życiu, o przeszłości. Jako chora okazała się niezdolna do przemyśleń, trzeźwego oceny sytuacji. Ba, nawet informacja o domniemanej zdradzie Jesionowej Gwiazdy (właściwie już Upadku) nie wywołała w niej żadnego szoku. Kompletnie żadnego.
Zdrowiejąc, odnalazła w sobie rozum, przynajmniej próbowała tak nazwać wielką nawałnicę emocji, kotłującą się w głowie. Wyrzuty sumienia powiększały się z każdym uderzeniem serca. Widziała doskonale każde martwe spojrzenie umierających przy niej kotów, oczami duszy przypomniala sobie o Aroniowym Podmuchu, ćpającym ojcu, zatroskanej mamie... 
Dodatkowo choroba, o której nie mówiła nikomu, bo zwyczajnie bała się pogorszenia opinii o samej sobie. Jak małe kocię, zachowała się jak pierdołowate małe kocię, dopiero co odsunięte od mleka matki. 
To wszystko stanowiło życie. Jej życie. Tylko jej. 
Dlaczego... Dlaczego tak myślę? Rozgrzebuję przeszłość... Jesion tyle wytrzymał. Wypalił się, ale... Starał się nas kochać. Mój brat... Pomimo kłamstw o moim stanie zdrowia, nie zostawił mnie bez opieki. A reszta... Reszta się nie liczy. Znajdę kogoś, kto polubi moje darcie mordy. Znajdę... Obiecuję ci to, moja rodzino - pomyślała, znajdując gdzieś w głębi siebie.... Siłę. W każdym razie coś, co okazało się silniejsze od tej całej negatywnej fali uczuć, myśli wspomnień. 
Od tego czegoś mięśnie stały się silniejsze, do oczu napłynęły łzy szczęścia, a serce objęła pewna akceptacja tego, co się wydarzyło. 
Stanęła na własne kończyny, wykonała kilka drżących kroków i... Upadła tuż przed Kaczym Piórem na ziemię. 
- Mali...? - usłyszała zszokowanej miauknięcie medyka. - Wszystko dobrze? Miałaś nie opuszczać mchu! Ledwo co cię uratowałem, ty... 
- Spokojnie, bo żyłka ci drga - miauknęła, podnosząc kącik pyszczka w drwinie, który po chwili zmienił się w pełen radości uśmiech. -  Nie jestem stara, byś się tak mną przejmował, braciszku. Chyba... Nie jest dobrze... Ale  wszystko zmierza ku lepszemu, Kacze Pióro. Mogę ci to obiecać - odpowiedziała bratu, stając koślawo na cztery łapy, mierząc karzełka pewnym spojrzeniem. Choroba odeszła, szeptały jej to kości i płuca, pomimo zaawansowanego stadium, które kilka dni temu zmiotło ją z planszy. 
Po raz pierwszy od wielu księżyców poczuła mocną więź duetu chaosu.
W końcu odzyskała nadzieję, pomimo bacznego wzroku zmarłych przodków.

Wyleczona: Malinowy Pląs (w końcu) 

16 stycznia 2021

Od Malinowej Łapy (Malinowego Pląsu) cd. Mglistej Łapy (Mglistego Snu)

 Sytuacja była napięta. Kłóciła się z uczennicą medyka, a słowa czarnej naprawdę dobiły Malinową Łapę. Przyczyniła się do śmierci Szakłakowego Cienia, ale chciała dobrze? Pragnęła uratować kocura od tego złego losu. Pragnęła przedłużyć mu życie, chociaż na kilka sekud, skończyć jak bohaterka... Bohaterska jak Jesionowy Wicher. Pragnęła tak bardzo zaimponować własnemu bratu.
Wyszło jak zwykle, wyszło, że to ona spierniczyła.
Może i racja... Jednak starała się jak tylko mogła, by uratować kocura, więc może Klan Gwiazd się nad nią ulituje po śmierci.
Mglista Łapa wyszła z Poranną Zorzą z legowiska. Szylkretka została sama, a Klan Nocy wkrótce dowiedział się o utracie dwójki kolejnych wojowników.
***
Malinowy Pląs, tak zwał kotkę cały klan. Zadowolona z siebie chwaliła się tym imieniem, gdzie tylko miała okazję. Polowała, co wychodziło jej coraz lepiej, chodziła na patrole wraz z Króliczym Sercem i Jesionowym Wichrem. Echo śmierci, których los kazał kotce być świadkiem, umilkło.
W nocnych koszmarach czekoladowa czasami widziała pełne spokoju, lecz i strachu, spojrzenia zmarłych. Zdołowana Łapa, Żółwi Brzask, Szakłakowy Cień, Owcze Futerko, Biały Kieł. Umysł wymieniał kotce imiona ofiar, a każde z nich okazywało się naprawdę mocnym ciosem dla serca córki zastępcy klanu.
Cieszyła się tylko z tego, że nie musiała po raz kolejny widzieć martwego ciała czy widocznych tkanek wewnętrznych.
Klan Gwiazdy widocznie zlitował się nad Malinowym Pląsem, przynajmniej na chwilę.
Podczas jednego ze snów zdawało jej się, iż ujrzała samą śmierć. Pokazała się jako czarny kot o lśniących, srebrnych ślepiach, rzucających blask jak księżyc w spokojną noc. W tamtym śnie walczyły ze sobą, a wykreowana przez umysł postać atakowała szylkretkę kłami i pazurami.
Wtedy Malinka odrzuciła ją na niewidzialną ścianę i rzuciła jej wyzwanie.
- Zabawmy się. Kroczysz blisko mnie i... Zezwalam ci. Nie ugnę się przed tobą, bo jestem silna... Bo jestem Pląs, Malinowy Pląs - miauknęła.
I od tamtego momentu odczuła spokój. Śmierć przyjęła ofertę i oczekiwała na swój ruch. Oczywiście cienista postać nie była niczym innym jak zwykłym sennym potworkiem, ale i tak. Kotka wolała nazwać ją po imieniu.
Szykowała się na kolejny patrol, gdy dojrzała idącą ku niej Mglisty Sen. Yhhh, znowu ona. Niechęć do czarnej wzrosła, gdy ta wzięła pod swoje łapy Drobną Łapę. Brat uległ urokowi cuchnącycyh roślinek i samej żółtookiej. Karzełek zmienił profesję i ciągle siedział w legowisku medyków. Malinowy Pląs czuła może i zazdrość, ale nie obchodziło jej to. Nie zamierzała na siłę lubić kogokolwiek tylko ze względu na sztuczne uprzejmości.
- Czego chcesz? Nie mam czasu - miauknęła Malinowy Pląs.
- Wielka wojowniczka boi się medyczki? - prychnęła Mglisty Sen. - Mam sprawę.
Szylkretka syknęła na czarną. Nie da sobą pomiatać, tym bardziej klanowiczce.
- Nie popisuj się - miauknęła córka Jesionowego Wichru. Naprawdę miała lepsze rzeczy do roboty niż darcie się na medyczkę. - Mów, o co chodzi.

<Mgiełko?>

Od Malinki (Malinowego Pląsu) cd. Jesionowego Wichru

 time skip do teraz

- Dobrze, Malinowa Łapo! Idzie ci co-coraz lepiej - miauknął Królicze Serce do Malinowej Łapy podczas treningu.
Szylkretka polowała i zdołała wyłowić całkiem pokaźną rybę! Zaczęła się wiosna, więc poprawiająca się pogoda wpłynęła również na progres w nauce kotki. Miała wrażenie, że lepiej rozumiała nauki swojego mentora. Sam niebieski również wydawał się zadowolony z powodu osiągnięć kotki.
Szkoda, że dopiero blisko dwudziestego księżyca. Podciągnęła się widocznie przez możliwe wygnanie, a nie widziało jej się żyć jako samotniczka.
W końcu ten dzień nadszedł.
Królicze Serce oznajmił dzień mianowania kotki.
Zostanie wojowniczką. Nareszcie. W końcu. Pozostanie w klanie i legalnie będzie mogła skopać dupę Klanowi Klifu.
Klan Nocy zebrał się w jedną, sporą grupę. Szylkretka siedziała blisko niebieskiego mentora.
- Cóż... Trochę się ze mną pomęczyłeś, ale widzisz? Warto było - miauknęła radośnie Malinowa Łapo.
- Za-zgadzam się - zająknął się Królicze Serce, uśmiechając się nieśmiale.
Szylkretka dała kuksańca kocurowi. Nie potrafiła się powstrzymać. Nawet w tak poważnej  chwili dala się ponieść swojej kocięcej partii mózgu.
Przyszedł Aroniowa Gwiazda. Malinowa Łapa nadal go nie lubiła, ale w tym momencie postanowiła poudawać, jak bardzo szanuje bicolora. Stanęła w określonym miejscu i spojrzała na otaczający lidera i ją tłum. Dojrzała Drobną Łapę blisko Mglistego Snu. Uśmiechał się promiennie, a medyczka zachowywała kamienną twarz. Gdzieś tam niedaleko czaił się Lizaczek.
- Ja, Aroniowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy , wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam wam ją jako kolejną wojowniczkę. Malinowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? - Przywódca zaszczycił swoim spojrzeniem szylkretkę. 
Wchodziła w kolejny etao życiowy. 
- Przysięgam - odpowiedziała od razu, z całych sił starając się nie krzyknąć z radości. 
- Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika, Maliniwa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Malinowy Pląs . Klan Gwiazdy ceni twoją energię i pomysłowość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy - zakończył ceremonię Aroniowa Gwiazda. 
- Malinowy Pląs! Malinowy Pląs! - krzyczał tłum kotów. 
Szylkretka od razu udała się na nocne czuwanie. Bez żadnych czułości. Wolała pogadać z mentorem oraz rodziną później. Wolała odbębnić najgorszą część roboty. 
Miała znajdować się w jednym miejscu i nie wydawać żadnych dźwięków. Kompletnie. Żadnych. Pamiętała, jak tata mówił jej, że ma po prostu biegać w miejscu, gdy poczuje taką potrzebę. Tylko Jesionowemu Wichrowi więcej rzeczy się udawało niż jej. Wiedziała o tym. Nawet kotce się wydawało, że Drobna Łapa wolał ojca znacznie bardziej od siostry. 
Prychnęła. Nie zamierzała roztrząsać tego dłużej. Tak myślą przegrywy, nie dumni koci wojownicy. 
Malinowy Pląs usiadła i czuwała. Raz po raz uderzając ogonem o ziemię. Cieszyła się z braku śniegu, bo nic nie ochładzało jej od strony brzucha. Noc była spokojna i nie musiała z nikim walczyć czy wzniecać alarmu. 
Wróciła nad ranem do obozu. Pierwszą osobą, która jej się ukazała, to Jesionowy Wicher. Nie widziała za nic w świecie, dlaczego czekoladowy stał na łapach tak wcześnie. Podeszła do niego i otarła się o jego futro. 
- Kocham cię, tatusiu - miauknęła po raz pierwszy od kilku godzin. W końcu. Odezwała się. Czuła ulgę i wielkie zmęczenie, lecz od tak nie mogła iść spać.  - Jestem już dorosła! Widzisz? Mogę mieć ucznia! Jak już zaczniesz rządzić, toooooo... Nie dawaj mi nikogo nudnego. Chcę tylko silnych uczniów! 

<tato?>

Od Malinowej Łapy cd. Kaczej Łapy (Drobnej Łapy)

 za czasów Mglistej Łapy

- Okej, szukamy kocimiętki. Mhm, tylko jak ona może pachnieć? - Kacza Łapa zmrużył oczy, węsząc przy okazji w celu znalezienia kociego narkotyku.
Młodzi uczniowie szukali wrażeń. Słyszeli bardzo dużo o relaksacyjnym i dziwnie działającym ziele, które zresztą zażywał tata, gdy ponosiły go nerwy. Karzełki zapragnęły spróbować tej roślinki, w pustym legowisku medyków.
Malinowa Łapa wsadziła nos w jedną z kupek ziół, znajdujących się w pobliżu jej łap. Od razu podniosła głowę i kichnęła kilka razy pod rząd. Do jej nozdrzy dostał się jakiś dziwny pyłek, który wywołał multum kichnięć u uczennicy.
- Na pewno nie wali jak ta grudka. Fuj, jak medycy mogą z tym wytrzymywać?! - Szylkretka pacnęła tylną kończyną ułożone w stos roślinki. Teraz już wiedziała, dlaczego Mglista Łapa tak dziwnie się zachowywała i ją wnerwiała. Spędzanie całego czasu wśród różnych pachnideł uszkadzał głowę.
- To chyba to, Mali. Najbardziej pasuje do tego, co słyszałem o kocimiętce - miauknął brat do siostry.
Szylkretce nie trzeba było dwa razy mówić. Od razu podreptała do brata i przyjrzała się znalezionemu przez niego skarbowi. Delikatnie przyłożyła nos do rośliny, nie chcąc znowu dostać po narządzie węchu dziwnym smrodem. Poczuła jedynie lagodny zapach ziemi i leśnej ściółki. Nie była pewna, czy to rzeczywiście kocimiętka.
- Dobra, słuchaj. Nie cuchnie jak tamte kwiatki, więc możliwe, że znalazłeś to, po co tu przybyliśmy. - Malinowa Łapa uśmiechnęła się łobuzersko, a Kacza Łapa odwzajemnił uśmiech. - W nagrodę chętnie bym ci przywaliła, ale musimy to zjeść i poczekać na efekty.
- Ale... To bezpieczne? - zapytał się z lekkim wachaniem rudy.
- Nie bądź jak jakaś słaba baba od Klifiaków. Eh... Mi też się to nie uśmiecha... Trudno, oboje wylądujemy ze sraczkami u Mglistej Łapy... - Czekoladowa skrzywiła się na myśl o tym. - Podzielmy się na pół ty bierzesz tamte liście, a ja te - wskazała ogonem zioła.
Małe czołgi przystąpiły do dzieła. Sama roślina okazała się... Całkiem dobra. Nie wywołała nudności, nie ciążyła w żołądku. Kacza Łapa wykonał kawał dobrej roboty! Znalazł kocimiętk!
Obraz przed oczami Malinowej Łapy zaczął wirować i stawać się coraz bardziej kolorowy. Ciało szylkretki stało się jednocześnie ciężkie, ale też i lekkie. Ledwo co mogła iść naprzód, lecz zdawało jej się, że lata. Odwróciła się do rudego, któremu świeciły się oczy.
- Braaat! Dej mi pyska! - miauknęła głośno do brata.
Rodzeństwo zbliżyło się do siebie i zbliżyło swoje nosy do siebie. Po zrobieniu tego zaśmiali się.
- Jesteś tęczowa! - miauknął uradowany Kacza Łapa.
- A ty masz pysk jak ryba - zarechotała z własnego żartu Malinowa Łapa. - Chodź, nasrajmy medykom na mech. Niech nas poczują!

<braciszku?>

Od Malinowej Łapy cd. Króliczego Serca

time skip do teraz

Leniła się. Tak uznawał każdy wojownik, który widział trenującą szylkretkę. Kotka miała dość tych plotek. Starała się, jak tylko mogła. Ćwiczyła sama ze sobą, żeby nadgonić wszelkie zaległości, a cały czas obracała się martwo w jednym punkcie. Nie posuwała się nic do przodu. Już lepiej uczył się Kaczorek, który może i nie pragnął walki, ale coś docierało do jego głowy.
Zresztą... Mglisty Sen owinęła go sobie wokoło ogona! Zmienił powołanie i teraz ONA go nauczała. ONA. Na myśl o medyce, obecnej blisko jej brata, JEJ brata, dostawała ataku szału. Na szczęście tylko w myślach, już zdołała się nauczyć, aby nie srać przypadkowym kotom do legowisk. Mimo to do dzisiaj nie żałowała, że oddała się cuchnącej i mało przyjemnie wyglądającej potrzebie fizjologicznej nad miejscem do snu Posranej Gwiazdy.
Czekała na swojego mentora nad brzegiem rzeki. Dreptała w miejscu, następnie zaczęła kreślić pazurem proste kreski w ziemi. Przekrzywiła głowę. Podobno Dwunożni potrafili zawrzeć otaczający świat na kawałku białego drewna. Słyszała takie plotki, chociaż nie potrafiła im do końca uwierzyć. 
Udała się na małą przebieżkę blisko brzegu. Malinową Łapę wypełniała energia. Dzisiaj... W końcu nauczy się pływać! Poczuje rzeczne fale, drobny nurt otaczający jej karłowate ciało z każdej strony. Posunie się do przodu w nauce i nie zostanie wygnana. Tatuś nie pomógłby jedynej córce w przypadku wygonienia z klanu. Nawet on. 
Poczuła się lepiej, skumulowana energia na chwilę się uciszyła. 
Ujrzała idącego ku niej Królicze Serce. Pomachała radośnie ogonem, uśmiechając się promiennie do mentora. Doszła do wniosku, że lepiej tolerowała kocury niż kotki. Nie lubiła Zarazy ani Mgiełki, a ponad wszytko uwielbiała Jesionka, Króliczka i Kaczorka. (Chciała jedynie pozbyć się Aroniowej Gwiazdy, ale to zupełnie inna historia). 
- Wujaszku! Wujku! Jak ja się cieszę, że cię widzę! - miauknęła podbiegając do niebieskiego. Skakała wokoło niego, ponownie chcąc się ruszać, a nie stać 2 miejscu i tylko patrzeć na niego w milczeniu. 
- Ma-malinowa Łapo, spokojnie - powiedział nieco onieśmielonym tonem kocur. 
- Jak spokojnie? Czekałam na ciebie bardzo, bardzo, ale to baaaaardzooooooo długooooooo - odpowiedziała kotka. - Będę dzisiaj pływać! Na sto procent! Obiecałeś, że zajmiemy się tym! Ooooo taaaak! Będę miała co opowiadać bratu! I w końcu kopnę Jesiotra w te jego uprzejme i konfidenckie dupsko - cieszyła się z własnej pomysłowości Malinowa Łapa. 
- Zamknij mordę! Niektórzy chcą odpocząć! - dobiegł do niej głos któregoś z wojowników. 
- Ssij sobie ogon, palancie! Uczę się, by potem ci bronić dupy! - odpowiedziała szylkreta. Gdyby tylko mogła i potrafiła, pokazałaby delikwentowi środkowy palec.
- S... Skupm-my się le-lepiej na na-nauce - powiedział cicho Królicze Serce.
Szylkretka westchnęła. Żyła wśród idiotów, cholernych idiotów. Spojrzała na niebieskiego. Dziwiła się, że on przez tyle czasu potrafił zachować spokój i zimną krew w wielu sytuacjach. Z drugiej strony... Taki ciągły spokój musiał być nudny. Zero wrażeń, zero ryzyka, sam spokój.
- To co mam robić? - zapytała się córka Jesionowego Wichru.
- Stań tam. - Kocur wskazał ogonem jedno z miejsc tuż przy brzegu.
- Oooo... Polowanie jednak? Wujuuuuu... No weeeeeź - miauknęła Malinowa Łapa i zrobiła ogromne, słodkie oczy.
- Stań. Mam dla ci-ciebie nie-niespodziankę - odpowiedział.
- NIESPODZIANKA?! GDZIE?! GDZIE?! - zapytała się, stając w wyznaczonym miejscu. Rozejrzała się, spojrzała na taflę wody. - Wujaszku... Tu nic nie ma! - Odwróciła głowę, patrząc z nutą żalu na Królicze Serce.

<Wujaszku?>

03 grudnia 2020

Od Malinowej Łapy

 - Wujkuuuuuuuu, wujkuuuuuuuu, wujaszku Króliczku.... Chcę się w końcu nauczyć pływać.... - miauczała szylkretka nad uchem swojego mentora, Króliczego Serca. Jedyna córka Jesionowego Wichru zdołała nieco podrosnąć, lecz nadal widać było po niej karzełkowatość.
- Jeszcze nie. Poczekaj, nauczysz się tego w swoim czasie. Bądź cierpliwa - odpowiedział wojownik, z anielską cierpliwością na pysku.
Kotka przewróciła oczami. Znowu, po raz kolejny wujaszek jej odmówił. Za nic 2 świecie nie potrafiła zrozumieć dlaczego. Przecież Kaczorek umiał znacznie więcej niż ona, chociaż zaczęli szkolenie w tym samym momencie! Co robiła nie tak!
Czekoladowo-białe futro zmierzwiło się, a uczennica zaczęła chodzić poddenerwowana w kółko, w jednym miejscu. Musiał być jakikolwiek powód tych ciągłych porażek i niepowodzeń. Lada księżyc, a zostanie wygnana, jeśli tak dalej pójdzie.
Skrzywiła nos.
- Wiem, że ci się to nie podoba, Malinowa Łapo... - zaczął miauczeć Królicze Serce.
- Co z tego, iż wiesz?! Nie robi mi to różnicy! Ciągle siedzę w tym samym gównianym miejscu i nie robię postępów! Chcę legalnie wychodzić poza obóz i samodzielnie żyć! I... I... - Poirytowanie kotki nagle zniknęło. --
 Żeby tata kochał mnie tak samo jak Kaczorka i Jesiotra - dodała szeptem. Nie mogła pokazać, że zachowywała się jak jakaś rozhisteryzowana kotka!
Mentor nie zdołał nawet zareagować, gdyż do ich uszu doszedł krzyk.
- Pomocy!
Malinowa Łapa i Królicze Serce od razu podbiegli na brzeg, przy krańcu obozu. Jednen fragment linii brzegowej wyglądał na zapadający się, a w pobliżu znajdowała się gałąź, z trzymającą się na niej kurczowo Owcze Futerko. Srebrna kotka, o delikatnej budowie ciała,  wbijała uparcie pazury w mokry drzewiec, a w jej oczach majaczył strach.
- O nie... Malinowa Łapo, nie podchodź - miauknął Królicze Serce, stając tuż przed karzełkiem. Zasłonił ciałem walczącą o życie Owcze Futerko, przez co szylkretka skakała raz po raz, żeby móc zobaczyć dalszy ciąg wydarzeń.
Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Na ratunek rzucił się Biały Kieł, schodząc powoli ku gałęzi. Patrzył prosto w oczy Owczego Futerka i szeptał jej różne słowa, chcąc, żeby skupiła się na nim, a nie na chłodnej wodzie. Gałąź przechylała się ku wodnej toni, lecz wszystko wskazywało na to, że płowy zdoła uratować życie starszej.
Malinowa Łapa wyczuwała całą sobą napięcie, wiszące w powietrzu. Zrezygnowała ze skakania. Odeszła na niewielką odległość od Króliczego Serca i wcisnęła pyszczek między zebrane wokoło koty.
- Dalej, dalej... Uda ci się - szeptała pod nosem, kibicując Białemu Kłowi.
Gałąź pękła, w wyniku czego Owcze Futerko i drugi wojownik wpadli do wody. Wszyscy wojownicy wstrzymali oddech, a napięcie wzrosło. Sama szylkretka, zazwyczaj szukająca przygód i działająca pod wypływem adrenaliny, zamarła.
Kocur podpłynął o własnych siłach do arlekinki. Owieczka panikowała. Próbowała machać nogami w celu utrzymania się na powierzchni wody. W końcu potrafiła pływać, lecz niestety starość i problemy ze stawami przyczyniły się do pogorszenia kondycji. Szła ku dnu. Dawny mentor Jesionowego Wichru próbował znaleźć kończynami płytszy kawałek dna, żeby móc się o niego zaczepić i o własnych siłach zatrzymać bliską utonięcia starszą. Nurt okazał się za silny, płowy tracił energię na utrzymanie samego siebie jak i głowy kotki ponad powierzchnią.
W ciągu chwili rzeka pociągnęła ich w zupełnie innym kierunku, a fale, silniejsze niż zwykle, pchnęły dwójkę nocniaków na głębszą wodę.
Stojący na brzegu zaczęli wołać lidera wraz z zastępcą i medykami, wierząc, że może oni zdołają uratować sytuację, choćby w najmniejszym stopniu. Malinowa Łapa zerwała się do biegu wzdłuż brzegu. Za nią ruszył Królicze Serce, gotowy do zaciśnięcia zębów na luźnej skórze na karku uczennicy, w przypadku osunięcia się gruntu.
Oczom młodej ukazały się dwa martwe ciała, unoszące się po powierzchni. Z szoku usiadła, ciągle czując nadzieję, że kolejne śmierci to tylko sen. Jednak rzeczywistość okazała się dla niej bardziej brutalna.
- Malinko! Nie możesz biec tak blisko brzegu. Wylądujesz w wodzie, a nie umiesz pływać - miauknął Królicze Serce, gdy dotarł do uczennicy.
- Oni... ONI NIE ŻYJĄ! - krzyknęła szylkretka w odpowiedzi.
Cofnęła się, biegnąc prosto do legowiska uczniów. Wracały wspomnienia z początków treningu. Najpierw Zdołowana Łapa, potem Żółwi Brzask i Szakłakowy Cień, teraz Owcze Futerko i Biały Kieł.
Ilu z Klanu Nocy będzie musiało jeszcze skończyć swoje życie na jej oczach? Nie potrafiła tego zrozumieć, coś ciążyło nad jej rodziną, jakaś klątwa.
Ciała niebieskiej kotki i płowego kocura popłynęły wraz z nurtem w kierunku horyzontu. 

25 października 2020

Od Malinki (Malinowej Łapy) cd. Kaczorka (Kaczej Łapy)

 jeszcze w żłobku

Patrzyła na braci, którzy po raz pierwszy zatapiali swoje małe kiełki w mięso prawdziwej ryby. Malinka cofnęła się w kąt, pamiętając nadal próbę spałaszowania rzecznego stworzenia. Skończyło się to nieciekawie. Do dzisiaj czuła na końcu języka ten paskudny smak i aromat, gorszy niż fetor Truskawkowej Łamagi. Tak, jak coś okazywało się gorsze niż smród tego kocura, to to naprawdę musiało być okropne.
Patrzyła uważnie na Kaczorka, radosnego i miauczącego raz po raz "Mniam!". Wkrótce potem cała familia uraczyła szylkretkę uważnymi spojrzeniami. Kotka położyła po sobie uszy.
- Kochanie, spróbuj, nic ci się od tego nie stanie - powiedziała spokojnie Brzoskwiniowa Bryza.
Czekoladowa postanowiła w końcu ruszyć cztery litery i podejść do ryby. Nie marzyły jej się kolejne minuty wpatrywania się w nią. Nawet, jeśli grymas pyska Jesiotra przypominał gnijący grzyb.
Malinka szybko ugryzła rybę i oderwała kawałek mięsa, który zdołał zmieścić się w jej pyszczku. Przeżuła kęs i połknęła od razu. Uszy kotki drgnęły ze zdziwienia. Nie odczuła żadnego paskudnego smaku, jak za poprzednim razem. Wręcz przeciwnie. 
Odgryzła kolejny kawałek ryby. Żuła dłużej. Czuła soczysty i świeży posmak, przez który jej wibrysy poruszały się radosnie. Rozluźniła się. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. To oznaczało, że prawie dorosła i już niedługo opuści żłobek! 
- Mali, bo wszystko zjesz! - Kaczorek figlarnie ugryzł ucho siostry. Rudzielec uśmiechał się, widząc zrelaksowaną i uradowaną szylkretkę. 
Kotka omal nie wypluła ryby, chcąc oddać bratu. O nie, nie zostawi tego ugryzienia bez kolejnej bójki! Pokaże bratu! 
Przełknęła swój kawałek i od razu rzuciła się na rudzielca. Spokojne spróbowanie ryby skończyło się tak, jak zazwyczaj kończył się dzień w rodzinie Jesionowego Wichru - walką karzełków!

po zgro

O zgrozo, udało się. Udało! Po raz kolejny zesrała się na legowisko Aronii i prawie dokopała Klifiakom! Tym durniom, którzy potem robili bardzo dziwne rzeczy. Podrywali... Malinka skrzywiła się na myśl o tym. Lepiej przywalić komuś rybą, centralnie w czoło, niż męczyć się z wybieraniem ckliwych słówek. Zresztą po co to komu? 
Nie rozumiała logiki Klanu Klifu, lecz cieszyła się chociaż z tego, że wmówiła im posiadanie magicznych mocy zmniejszania się, chodzenia po wodzie i latania. 
Niestety, Aroniowa Gwiazda i Jesionowy Wicher odkryli opuszczenie legowiska przez dwa kociaki, w wyniku czego szylkretka i rudzielec przez pierwszy księżyc treningu musieli przebywać w obozie. Kiedy stanęła przed nimi okazja odkrycia tego, co poza klanem, to zdarzyło się takie paskudztwo! 
Malinowej Łapie nie spodobało się to w ogóle. Leżała wściekła w legowisku uczniów i uderzała rytmicznie napuszonym ogonem w ziemię. Wodziła oczami po pustej przestrzeni miejsca do spania, wymyślając we własnej głowie plan ukarania Aroniowej Gwiazdy. Szkoda, że tatuś tak go uwielbiał i szanował, bo mogłaby wykorzystać czekoladowego kocurka do zamachu stanu. 
Przerwała iście mordercze knowania, gdy zauważyła uśmiechniętego Kaczą Łapę. Dziwnie było bratu z tym imieniem do pyszczka. Znacznie bardziej pasowało do niego Kaczorek, niż Kacza Łapa. Dwuczłonowe brzmiało strasznie poważnie, a kocięce podkreślało wzrost karzełków i długość ich małych nóżek. 
- Nie wyglądasz na zadowoloną, Mali - miauknął rudzielec. 
- Nie, nie jestem. Dobrze zauważyłeś - odburknęła kotka. Nie zamierzała udawać sztucznie radosnej. - Posrana Gwiazda przegiął. Mieliśmy trenować poza obozem, a nie w nim! Nie lubię go! - Kotka wstała i zaczęła chodzić w tę i z powrotem. Brak możliwości ruchu dodatkowo ją zirytował. - Wiesz co... Muszę się jakoś rozluźnić... Kiedyś usłyszałam, jak wojownicy rozmawiali o niejakiej kocimiętce. Podobno można się przy odlecieć! Podobno tata również ją zażywał i widzisz, jak skończył? 
- Został zastępcą? Ma partnerkę i trójkę dzieci? Jest naszym bohaterem? - wymieniał Kacza Łapa. 
- Eeee... To też, ale chodziło mi bardziej o trzymanie się na nogach. Mimo tylu śmierci, które widział... Możemy znaleźć to zioło i sami go spróbować. Zróbmy to... Albo nie, bo potem znowu Posrana Gwiazda nas znajdzie i kopnie w zady... Wiem! Popływajmy w rzece! Nie umiemy, aleeeeee... Możemy się nauczyć! W końcu mamy magiczne moce Klanu Nocy, więc... Może się uda! - miauknęła Malinowa Łapa. 

<Kaczorku?>

08 października 2020

Od Malinki (Malinowej Łapy) cd. Mglistej Łapy

 Słuchała z rosnącym przerażeniem Mglistej Łapy. Szylkretka chciała tylko się zabawić z kłamstwem na temat bólu głowy, a tu uczennica medyka znalazła w nich inną przypadłość. Zespół niespokojnych łap. To brzmiało tak strasznie, strasznie, strasznie! Mogła umrzeć, a tak bardzo tego nie chciała! Miała tyle dni do rozrabiania przed sobą, mamusia musi dać jej i Kaczorkowi wiele kar, a tatuś... Tatuś nawet nie zdoła utulić ich dwójki do snu.
- T... Tata też na to choruje! On potrafi biegać bardzo długo! Zaraziliśmy go! - miauknęła przerażona Malinka. Sprawiła, że rodzic otrzymał trudną do wymówienia chorobę! Przez nią! Nie podobała jej się ta myśl, a przecież tylko biegała po obozie! Nie robiła nic okropnego! Dlaczego czekoladowy? Dlaczego nie Jesiotr czy Truskawkowa Łamaga? Oni bardziej zasługiwali na to paskudztwo!
- O nie.... Nie chcę stracić taty! - powiedział smutnym tonem Kaczorek. - Pomóż nam, Mglista Łapo. Wiesz, jak nas uzdrowić - poprosił rudzielec.
Szylkretka przewróciła oczami. Coś jej się nie podobało w tym całym gadaniu czarnej. Wywołała w nich strach, każe sprzątać zioła i mówi o śmierci... Próbuje ich nastraszyć? Wykorzystać? Główka kotki pracowała, lecz nie posiadała wiedzy medycznej, aby móc potwierdzić swoje wątpliwości. Dodatkowo rozrabiali, więc... Wpadali w szał? 
- Sprzątajcie zioła. Uspokoicie swoją energię, szaleństwo minie, a głowa przestanie boleć. Zaraziliście Jesionowy Wicher, taka prawda. On tego nie przeżyje, jeśli się nie weźmiecie za własne zdrowie - mówiła Mgiełka poważnym tonem.
Oczy Malinki rozszerzyły się do wielkości ogromnych spodków UFO. Powieka drgnęła. Nie! Nie pozwoli tacie umrzeć! Tyle razy wyciągał ją z dziur z powodu ataków paniki, a skończy przedwcześnie w grobie przez głupotę jedynej córki! Od razu zaczęła rozgrzebywać zioła, lekko zakopane przez pył ziemi. Rozdzielała je, w lepszy czy gorszy sposób. Kaczorek również przystąpił do dzieła.
Względnie szybko uporali się z terapią od uczennicy Porannej Zorzy. Malinka spojrzała na starszą i zauważyła usmieszek drwiny na jej pysku. Szylkretka zwęziła oczy. Zrozumiała od razu, nieprędko się polubią. O ile w ogóle do tego dojdzie. Samice są takie ciężkie do zrozumienia. Tym bardziej, jeśli podążają medyczną ścieżką.

po śmierci Zdołowanej Łapy

Leżała nadal w legowisku medyków, z polecenia Porannej Zorzy. Spędzała godziny w jednym miejscu, bez ruchu. Raz na jakiś czas Mglista Łapa podsuwała Malinowej Łapie połowę ziarna maku, aby szylkretka nie dostała ataku szału. Brązowooka uczennica nadal chciała głośno krzyczeć, że nie zrobiła nic Zdołowanej Łapie. Miała ogromną pokusę, aby wbić pazury w korę drzewa, naprawdę głęboko, i zrobić w roślinie szramy. Albo pójść do legowiska Aroniowej Gwiazdy i rzucać w niego kulkami mchu. Ewentualnie rzucić się na Jesiotra i gryźć go bardzo mocno w ucho. Zrobiłaby cokolwiek, żeby pozbyć się paskudnego uczucia, które towarzyszyło jej od momentu ułamania gałęzi i upadku Zdołowanej Łapy.
Zupełnie inaczej wyobrażała sobie trening na wojownika.
Prócz niej u medyków przebywali Żółwi Brzask i Szakłakowy Cień, dwójka braci, najstarsi w klanie. Dopadła ich tajemnicza choroba i ani Mglista Łapa, ani Poranna Zorza nie potrafili jej nazwać. Najprawdopodobniej dopadło ich to samo, ale z zupełnie innymi objawami. Żółwi Brzask kaszlał, wymiotował po zjedzeniu każdej ryby, mizerniał z dnia na dzień. Żył tylko na wodzie, ziołach od medyków i drobnych kawałkach innego mięsa niż tego z rzeki. Szakłakowy Cień przeżywał chorobę o wiele łagodniej. Kaszlał mniej, mógł jeść wszystko, ale nie czuł smaku potrawy i po kilku kęsach czuł nasycenie. Dodatkowo z dnia na dzień coraz dłużej spał i budził się zmęczony.
Malinowa Łapa leżała blisko nich i słuchała tego, o czym mówią. Nie były to pogodne rozmowy, często bracia patrzyli sobie w oczy, jakby przekazywali sobie wiadomości w myślach.
- Nie patrz tak na nich. Nie uzdrowisz ich spojrzeniem - mówiła raz po raz Mglista Łapa, gdy przynosiła szylkretce kolejną porcję maku.
Kotka współczuła kocurom. Wyglądali na naprawdę zgrany duet, jak ona i Kaczorek. Wróciła myślami do brata, kochanego rudzielca. Może on spisywał się lepiej ze swoim mentorem? Może już nauczył się więcej? Może sam dokopał Mgiełce w ramach zemsty za sprzątanie ziół za karę pod pretekstem terapii?
W nocy wybudził ją czyiś płacz i głos Szakłakowego Cienia.
- Żegnaj, braciszku... - mówił.
Podniosła głowę i zauważyła liliowego, wtulonego w niebieską sierść własnego brata. Stanęła na nogi, z trudem, lecz zdołała i podpełzła do chorych. Działanie maku okazało się skuteczne. Dodając do tego leżenie przez długie godziny bez najmniejszego ruchu, za którym tęskniła czekoladowa.
Znalazła się tuż przy nich. Szakłak spojrzał na kotkę ze łzami w oczach, lecz uśmiechnął się delikatnie. Wiedział, że stała przed nim córka Jesionowego Wichru, któremu pomógł zdobyć serce Brzoskwiniowej Bryzy.
Kotka dotknęła nosem ciała niebieskiego. Wydawało się tak samo nieżywe jak Zdołowanej Łapy. Skrzywiła się od razu, nie minęło kilka dni od jednej śmierci, a ona jak magnes przyciągnęła kolejną. Wydała cichy jęk, próbując się rozpłakać się na środku legowiska. Nie pokaże się Mglistej Łapie w takim stanie! Nigdy w życiu.
- Odszedł... Kochałem go tak bardzo... - miauczał Szakłakowy Cień. - I ty musisz to widzieć, skarbie... Wiedziałem, że ta chwila nadejdzie. Medycy nie byli w stanie nam pomóc. I tak żyliśmy długo jak na Nocniaków.
- Ja... Śmierć jest paskudna - powiedziała krótko Malinowa Łapa po chwili milczenia.
- Mój czas też nadchodzi... Czuję to w kościach - rzekł liliowy, kładąc głowę na niebieskim. Polizał czule Żółwi Brzask po czole.
- Nie... Nie! Nie możesz teraz! Jesteś w lepszym stanie! Znajdę zioła, jakiekolwiek, i ci je podam. Musi być sposób na uratowanie ciebie. Każdy wojownik jest ważny dla klanu, a ty masz dużo doświadczenia! - miauczała szylkretka. Podeszła szybko do górki ziół i rozgrzebała ją łapą. Spoglądała na liście, niektóre rozpoznając z zapachu. Nie znała ich nazw ani zastosowania. Działała pod wpływem impulsu. Pod jego wpływem rozgrzebała inne zioła, podobnie jak podczas biegu z Kaczorkiem w dzieciństwie.
- Nie, nie... Niemożliwe... Nie ma żadnego zioła, które wygląda na działajcie cuda... - Wzięła kilka głębokich oddechów, próbując nie krzyknąć z irytacji. - Uspokój się.. Już... Już... CHOLERA, NIE MA! - warknęła, mając głęboko w poważaniu, czy obudziła medyków, czy nie. 
- Podejdź do mnie, córko Jesionowego Wichru - powiedział Szakłakowy Cień.
Szylkretka spojrzała na liliowego i postąpiła zgodnie z jego słowami.
- Życzę ci jak najlepiej w życiu. Obyś podążała drogą naszych przodków i mogła znaleźć swój cel... Znałem twojego ojca. Wiele razy mu pomogłem... To aż dziwne, że rozmawiam z jego dzieckiem - zaśmiał się. - Za chwilę dołączę do Żółwiego Brzasku.
- Nie! Nie możesz! Nie pozwalam ci! Nie decydujesz o swojej śmierci! Nikt nie decyduje! - miauczała głośno. Nie wiedziała sama, dlaczego mówiła takie rzeczy. Przecież go nie znała, ani nie zdołała nawiązać jakiejkolwiek relacji. Jednak śmierć kolejnego kota nie była wymarzonym wydarzeniem w życiu kotki.
- Nie zrobisz nic więcej. Zrobiłaś bałagan - uśmiechnął się lekko, widząc ilość ziół wokoło. - Potrafisz się poświęcić... Wykorzystaj to dobrze... - Spojrzał kotce prosto w oczy. - I przekż Jesionowemu Wichrowi, że będzie dobrym przywodcą. Niech nie polega tylko na Aroniowej Gwieździe i... W moich oczach pozostaje bohaterem. - Liliowy zamknął swoje ślepia, chwilę potem przestał oddychać. Umarł wtulony w Żółwi Blask. 
wiat ponownie zwolnił, jak podczas upadku Dołek. W tamtym momencie kotka nie czuła strachu, zamiast niego dziwny spokój i ogromny smutek. Coś ugrzęzło w jej gardle, nie pozwalając na wydanie jakiegokolwiek dźwięku. Serce biło spokojnym rytmem. Patrzyła na niebieskiego i liliowego, wyglądali jak pogrążeni w głębokim śnie wojownicy po ciężkim polowaniu.
Płożyła się tuż przy nich, wyobrażając sobie, że leży blisko Kaczorka i Jesiotra, że przebywa w żłobku, że za chwilę mama wybudzi ich wszystkich lizaniem po głowie. Płakała cicho.
Następnego dnia obudziło ją potrącanie nogą przez Mglistą Łapę.
- Co ty zrobiłaś? - zapytała się z wyrzutem.
Malinowa Łapa otworzyła powoli oczy, w legowisku było pusto. Nadal leżeli za nią martwi bracia, a przed nią piętrzyła się góra porozrzucanych ziół.
W uszach zadźwięczał głos Szakłakowego Cienia i ostatni kaszel Żółwiego Brzasku. Umarli przy niej kolejni wojownicy. Kto będzie następny?
- Nic - odparła oschle Malinowa Łapa. Nie zamierzała ukrywać przed czarną swojego niezadowolenia czy innych uczuć. - Umarli. Chciałam znaleźć zioła dla Szakłaka, bo spaliście. Rozumiesz, zespół niespokojnych łap nadal działa. Kiedyś przez niego umrę, medyczko, gdy będziesz spać.

<Mgiełko?>

06 października 2020

Od Malinki (Malinowej Łapy) cd. Króliczego Serca

Otworzyła szeroko ślepia, widząc świat z korony drzewa. Obóz wydawał się taki ogromny! A dodatkowo wujek Króliczek miauczał o jeszcze większym terytorium ich klanu. Wibrysy szylkretki drgnęły ma tę myśl. Ile cudownych rzeczy czeka ją i ukochanego brata poza granicami żłobka? Nadal musieli tak siedzieć, co kotkę coraz bardziej irytowało. Wolała siedzieć z dala od rodziny, kuzynostwa i reszty królowych. Ciągle ktoś darł na nią mordę albo nie pozwalał czegoś robić, bo "to niegrzeczne", "zrobi sobie krzywdę" i tak dalej, i tak dalej. Czekoladowa wypuszczała to jednym uchem, a drugim wyłapywała co trzecie słowo.
Spojrzała uradowana na Królicze Serce. Niebieski, mimo jąkania, okazał się czadowy, cudowny, kochany! Oczywiście nie jak braciszek, ale nie opierniczał za samo wpadniecie na ryzykowny pomysł.
- Wujku, wujku, wujkuuuuu - mówiła radosnym tonem. Naprawdę miała nadzieję, że odgoni od siebie niebieskiego przez swoją energię, za którą nawet tata nie potrafił nadążyć. - Wujkuuuuu, tu jest cudownie. Jesteś kochany, naprawdę, naprawdę. Nie mogłam mieć lepszego wujaszka. Szkoda, że wujek Malinek już nie żyje.... Mam imię po nim. Tata bardzo go kochał i ogromnie za nim tęskni, ale pojawiłam się ja i jestem nowym... Eee... Kochanym owocem w jego życiu? Eee... Chyba? Nieeee, wolę być po prostu Malinką - miauczała trzy po trzy.
Delikatnie podeszła do jednej z gałęzi, ale wojownik chwycił ją zębami za kark i odsunął. Kotka spojrzała na niego ze zdziwieniem w oczach.
- Tylko mama i tata mogą mnie tak przenosić! - powiedziała z nutą oburzenia.
- M-musiałem... Zsunęłabyś się i potłukła. Jesionowy Wicher wściekłby się na mnie, a ty trafiłabyś do Klanu Gwiazdy - miauknął Królicze Serce.
- Po... Potłukła? Noooo... - Kotka spojrzała w dół drzewa, na korzenie, lekko marszcząc brwi. - Hmmmm... Spadłabym... Leciałabym jak ptak! One tak fajnie pikują nad wodą! A potem fruuuuuu, lecą w górę! - zaśmiała się szylkretka. - Nie mam skrzydeł, dlatego nie skaczę.
Królicze Serce odetchnął z ulgą. Chwilę posiedział z kotką na drzewie, a potem zeszli razem, bez żadnych problemów.

po zgromadzeniu

Została mianowana! Nareszcie! Opuściła żłobek i na zawsze odcięła się od tego paskudnego Jesiotra! Z małej Malinki stała się Malinową Łapą. Do tego uczennicą wujka Króliczka! W całej tej sytuacji to okazał się jedyny plus.
Niestety, pierwszy księżyc musiała przesiedzieć w obozie. Wszystko przez wymknięcie się na zgromadzenie. Za nic w świecie nie podobała jej się decyzja Aroniowej Gwiazdy. Przecież chcieli tylko zobaczyć obce koty i spuścić lanie klifiakom! Jedyne, czego dokonała, wraz z Kaczorkiem, to wmówienie niejakim Kwaśnemu i Zimorodkowi, że potrafili się zmniejszać i chodzić po wodzie. Do dzisiaj śmiała się z tego do rozpuku. Kto normalny uwierzyłby w taką bajkę? Tylko Klan Klifu.
Już po trzech dniach nauki zdołała opanować technikę wspinaczki na drzewo w obozie, dzięki czemu nie narzekała na nudę. Pod okiem mentora wchodziła na górę, nawet zaczęła włazić bez niego, co bardzo się spodobało kotce. Wujek jej zaufał i widział pierwsze postępy, nawet jeśli nie w rzeczach typowo wojowniczych.
Tego dnia wspinała się tak szybko, jak tylko pozwoliły małe nóżki. Ścigała się ze Zdołowaną Łapą, która dotrze pierwsza do najbliższej gałęzi. Szylkreta wygrała te zawody.
- Ha, pierwsza! - miauknęła, śmiejąc się prosto w pysk czarnej starszej od siebie.
- Pffff, tylko tym razem - odpowiedziała Zdołowana Łapa, dysząc.
- Tylko nie siedźcie tam za długo! - powiedział z dołu Królicze Serce.
- Mamy was na oku, pamiętajcie o tym - dodała chwilę potem Rzeczna Bryza, mentorka Dołek.
Kotki patrzyły na siebie łobuzersko. Obie kochały wywracać życie klanu do góry nogami. Że też nie dane było im się zapoznać w żłobku. Wtedy zamiast duetu chaosu, powstałoby trio. Z drugiej strony, do niszczenia spokoju nadawały się karzełki, a nie odpowiednio wyrośnięte koty, dlatego szylkretka wolała rozrabiać tylko z rudzielcem.
- Wiesz co? Udowodnię ci, że jestem lepsza. Wejdę na gałąź. Na sam jej koniec! - miauknęła czarna. Nim Malinowa Łapa zdołała odpowiedzieć, Zdołowana Łapa już przeszła do czynu. Bez żadnej delikatności weszła na gałąź, wbijając w nią raz po raz pazury. Zbliżała się ku jej końcowi, ignorując wściekłe nawoływania Rzecznej Bryzy, aby uczennica natychmiast wróciła na konar drzewa.
- Zwariowałaś! - powiedziała szylkretka. Uwielbiała ryzyko i adrenalinę we krwi, ale... Pamiętała nadal wysokość podczas pierwszej wizyty na drzewie, kiedy Królicze Serce odsunął ją od krawędzi. Nie spadła, nadal żyła. Wolała nie wchodzić na gałąź, posiadała jakieś zaczątki instynktu przetrwania.
- Ja? Mówisz tak, bo sikasz pod siebie. Nie umiesz tak! - Zdołowana Łapa dotarła do końca gałęzi o odwróciła łeb w stronę czekoladowej. - Nie wyszłaś poza obóz, więc nie wiesz, jak to fajnie widzieć teren, albo biegać za zwierzyną!
Na myśl o pełnym wietrze, muskającym futro, serce Malinowej Łapy zabiło szybciej. Ruch, ruch i jeszcze raz ruch. Tego potrzebowała, ale... Nie rozumiała do końca toku myślenia czarnej.
- Eeee.... Co ma pobyt w obozie do ryzykowania życia? - miauknęła kotka.
Nie otrzymała odpowiedzi, gałąź nie utrzymała ciężaru czarnej uczennicy. Ułamała się w najmniej spodziewanym momencie i spadła na dół, a wraz z nią Zdołowana Łapa. Malinowa Łapa nie pamiętała tamtej chwili. Tylko krzyknęła, trochę się cofnęła i usłyszała kilka głównych chrupnięć. Zadrżała, a ciało na chwilę zamarło. Trwała tak długo, nie wiedziała, ile minut. Jedną, dwie, dziesięć, albo i dużej. Albo to były tylko sekundy?
- Ona nie żyje! - Stan odrętwienia przerwał pełen żalu i gniewu głos Rzecznej Bryzy.
Malinowa Łapa zeszła, bo nagle znalazła się na ziemi. Podbiegła do ciała czarnej. W dwóch miejscach kości przebiły skórę, pysk Zdołowanej Łapy wyrażał strach. Oczy niedoszłej uczennicy zaszły bielą. Szylkretka przyłożyła ucho do jej klatki piersiowej.
Nie żyła, rzeczywiście ona nie żyła.
- Nie, nie, nie, nie! NIE! Ona nie mogła! To... To nie ja! Sama weszła na gałąź! Nie... - miauczała głośno Malinka. - Nie chciałam! Ona nie miała prawa!
Mówiła coś jeszcze, ale została zaciągnięta do medyków. Próbowała zwiać, ale Królicze Serce siłą pchał ją ku Porannej Zorzy i Mglistej Łapie.
Otrzymała ziarna maku, zapadając w głęboki sen.
Obudziła się następnego dnia, od razu przypominając sobie pusty wyraz pyska Dołek.
- Odpoczywaj, nie podnoś głowy - usłyszała głos Mglistej Łapy.
Szylkreta dostrzegła siedzącego niedaleko mentora. Chciała się uśmiechnąć, ale... Nie czuła się na siłach. Ziarna maku musiały nadal ją zaciągać w krainę snu. Próbowała walczyć z ponowną chęcią zaśnięcia. Była głodna i wolała zjeść świeżą rybę, aby chociaż smak mięsa stłumił uczucie szoku.
- Wujku... To naprawdę nie byłam ja... Nie kazałam jej tam wchodzić... Miałyśmy tylko się pościgać - miauknęła słabo. Po jej pyszczku poleciała łza. Nie znała za dobrze Zdołowanej Łapy, jednak współczuła jej zakończenia życia w taki sposób.
W jednej chwili zrozumiała uczucie, które czuł Jesionowy Wicher jako świadek śmierci.

<Króliczku?>

26 września 2020

Od Malinki cd. Jesionowego Wichru

- Kochanie... Nie gryź mocno. Pamiętaj, że nadal jestem twoim tatą, a nie prawdziwym niedźwiedziem - miauknął Jesionowy Wicher podczas wspólnej zabawy. Jednak zamiast czekoladowego wojownika Malinka widziała ogromnego, dużego drapieżnika, którego musiała za wszelką cenę pokonać.
- Nie zwiedziesz mnie! Nie zjesz nasz, niedźwiedziu! - mówiła radośnie, nadal gryząc różne partie ciała kocura. Szylkretka widziała w tym zabawę, nie żadną wrogość czy nienawiść.
- Au! Kaczorku, Malinko, nie gryźcie mnie tak mocno - powiedział głośno czekoladowy, lekko zdejmując ze swojego ciała dwójkę karzelków.
Rudzielec i czakoladowa od razu spojrzeli ultra wielkimi oczami słodkich kociaków udając zapomnienie o natrętnym gryzieniu wojownika. Jesionowy Wicher uśmiechnął się serdecznie.
- Moje kochane maluchy - szepnął, jednak Malinka zdołała to usłyszeć.
Kotce znudziła się zabawa w groźnego niedźwiedzia. Chodziła po całym żłobku, szukając okazji do nowej przygody. Mama nadal rozmawiała o rybach z Jesiotrem. Szylkretka wpadła na pewien pomysł, skoro oni tyle miauczeli o tych stworzeniach, to przyszła pora, aby spróbować jedno z nich!
Znalazła jeden z tuneli, wykopanych w głębokim śniegu. Weszła do niego, tuptając szybko w kierunku wyjścia z legowiska dla kociąt i królowych. Odbyło się bez dziwnego uczucia ciężkości i duszności, które odczuwała w małych przestrzeniach. Kotce nie podobała się ta słabość, nikomu o niej nie miauknęła. Przypuszczała, że reszta rodziny uważała pojedyńcze ataki paniki u kotki za zwykłe wyolbrzymianie.
Dotarła do stosu z jedzeniem. Oglądała każdą porcję z osobna. Nie rozumiała zachwytu Brzoskwiniowej Bryzy i brata nad tymi łuskowatymi cosiami. Ich oczy patrzyły bez krzty życia, same pachniały w dosyć specyficzny sposób, a skóra wyglądała jak zgniłe futro.
Kotka wyciągnęła delikatnie jedną z ryb ze stosu, po wcześniejszym sprawdzeniu, czy nikt nie znajduje się w pobliżu. Od razu wygryzła się w ciało martwego zwierzęcia, czując ochydny posmak. Cóż, dieta małej nadal opierała się na mleku, ale nie spodziewała się takiego paskudnego smaku. Oderwała kawałek, wraz ze skórą, i zaczęła przeżuwać. Od razu się skrzywiła. Wypluła mięso na bok.
- Fuuuuuu, ble - miauknęła, kaszląc kilka razy. Kilka razy oblizała językiem własne futerko, aby pozbyć się posmaku. - To przez skórę...
Spojrzała z obrzydzeniem na rybę. Na pewno pochwali się Kaczorkowi wyprawą poza żłobek. Tylko co miauknie o mięsie? Że okropne? Złe? Nic nie napomknie? Nie, zmierzy się z tym smakiem po raz kolejny! Nie może wyjść na miękką faję przed rudzielcem.
Jeszcze raz wzięła do ust kawałek ryby, tym razem bez skóry. Posmak okazał się nie tak paskudny, jak za pierwszym razem, ale nadal kotka wolała wypluć stały pokarm. Policzki szylkretki napęczniały. Zmusiła się do połknięcia porcji, oddychając potem z ulgą. Udało jej się! Dokonała niemożliwego.
- Kochanie! Nie powinnaś jeść ryb w takim wieku! - miauknął Jesionowy Wicher, biegnący do córki.
- A właśnie, że mogę! - odpowiedziała buńczucznie Malinka, biorąc kolejny do ust. Uśmiechnęła się na siłę z mięsem w jamie ustnej. Gryzła je i z uczuciem obrzydzenie połknęła ponownie.

<Tato?>

Od Malinki

Na jej nos spadło coś dziwnego, zimnego i białego. Podniosła głowę i spojrzała na zasnute chmurami niebo. Coraz więcej białych płatków spadało na ziemię oraz futro szylkretki. Porozumiewawczym ruchem wybudziła Kaczorka ze snu. Musiała mu to pokazać.
Rudzielec ziewnął.
- Co się dzieje? Śniłem o mleku - miauknął zaspany kocurek, spoglądając mimo wszystko serdecznie na siostrę.
- Atakuje nas coś białego! - powiedziała zbyt głośno czekoladowa, ponieważ wybudziła ze snu Jesionowy Wicher, który tej nocy spał wraz z własną rodziną w żłobku. - Ups... Przepraszam, tatusiu - dodała, już nieco cichszym tonem głosu.
Niebieskooki przysunął się bliżej własnych pociech. Kaczorek zasnął praktycznie od razu po usłyszeniu i dziwnym, białym "czymś", spadającym z nieba. Poprzedniej nocy Malinka wraz z bratem bawili się z mamą w chowanego do późnej nocy, więc po części szylkretka zrozumiała zmęczenie kochanego braciszka.
- Córciu... Zaśnij, kochanie - szepnął czekoladowy, delikatnie liżąc jedyną córkę po uchu. - To śnieg. Pojawia się podczas Pory Nagich Drzew, a potem znika na długie księżyce. Nie zrobi wam nic złego.
- Obiecujesz? - zapytała się kotka, chociaż nie odczuwała strachu przed tym śniegiem. O wiele bardziej obawiała się ciemnych nór oraz małych przestrzeni. Wtedy paraliżował ją strach, dolna część ciała stawała się ciężka jak kamienie, a futro puszyło się, nadając karłowatemu kociakowi objętości.
- Tak, skarbie - miauknął Jesionowy Wicher, przytulając się do córki.
Malinka, wraz z ojcem, zasnęła, nie mogąc doczekać się zabaw na śniegu.
Kilka godzin później pedziła przez śnieżną pierzynę z Kaczorkiem. Od razu spodobał jej się biały puch, oprócz jednej, drobnej wady - zimna. Gdy kotka dotknęła swoim narządem węchu śniegu, od razu odskoczyła, ponieważ poczuła przeraźliwy chłód. Od razu wytarła nos w gęste futerko, próbując zapomnieć o zimnie.
Poza tym skrywała się wśród bieli, kopała w niej. W końcu mogła wykorzystać całą swoją energię do ciekawych zabaw. Przedarcie się przez grubą pierzynę wymagało od niej większego wysiłku, dzięki któremu kotka czuła każdy mięsień kończyn przed snem. Cieszyło ją to. Odziedziczyła po ojcu energię, więc w jakiś sposób musiała ją spożytkować.
Zauważyła leżącą w kącie Zarazę. Niebieska kotka wydawała się wystraszona jak nigdy dotąd. Malinka na chwilę odepchnęła od siebie skaczącsgo Kaczorka, który proponował kolejne ryzykowne zabawy. Dla szylkretki brzmiało to niesamowicie ciekawie, ale na moment musiała zignorować wesołego rudzielca. Ostatnio rodzice narzekali, że duet chaosu spędzał za dużo czasu ze sobą, a za mało z kuzynostwem, a właściwie przybranym rodzeństwem. Ciocia Lodowy Szpon zwyczajnie nie chciała zająć się własnymi gówniakami, dlatego rolę rodzicielską przejęli Jesionowy Wicher i Brzoskwiniowa Bryza. Przez pierwsze dni Malince nie podobała się obecność Zarazy. Niebieska bała się wszystkiego, co szylkretka robiła. Zwykłe spojrzenie wywoływało falę drgawek u młodszej o księżyc córki Lodu. Potomkini Jesionka za nic nie potrafiła zrozumieć takiego zachowania.
Z czasem... Zaczęła współczuć kotce? Nie potrafiła nazwać tego uczucia. Zaraza traciła życie na siedzenie w kącie, podczas gdy Malinka i Kaczorek szaleli, korzystając z całego obozu jako ogromnego placu zabaw. Pozostaną im w głowach miłe wspomnienia, a takiej niebieskiej? Kompletnie nic i trauma.
Przynajmniej tak twierdził Jesionowy Wicher.
Malinka wolała, aby mała w końcu wzięła się w garść i pokazała, jaka siła w niej tkwi. Ze słuchu kojarzyła, że Aroniowy Podmuch nieco gardzi płcią kobiecą, co bardzo nie spodobało się szylkretce. Udowodni nocniakom prawdziwą siłę kobiecego pazura.
Dotknęła łapą głowę Zarazy.
- Hej, hej, hej, hej, spójrz na mnie! To ja! Malinka! - powiedziała głośno, aby do uszu niebieskiej dotarły jej słowa. - Spadł śnieg i chcę wystraszyć Kaczorka. Podejdziemy do niego od tyłu i krzykniemy BUUU! Chodź. Zabaw się! - mówiła. Wolała nie dostawać od taty bury, że po raz kolejny zignorowała kotkę.

<Zarazo?>

Od Malinki cd. Króliczego Serca

- Kaczorku - mówiła głośno do brata, aby ten skupił na niej całą swoją uwagę. - Nadeszła zima. Bardzo, bardzo zimna. Mnóstwo śniegu, lodu i... Zimna. Łatwo można się poślizgnąć i utracić równowagę.... Wiesz, co to oznacza? - zapytała się Malinka, patrząc jednoznacznym spojrzeniem na rudego brata.
- CZAS NA ZABAWĘ! - krzyknął uradowany malec, skacząc kilka razy na śniegu. Kotka dołączyła do ukochanego przyjaciela, chcąc pozbyć się gromadzącej w niej energii. Wyspała się, zjadła pyszny posiłek, wstała prawą łapą, dzień zapowiadał się tak cudownie! Przed ich dwójką czekały kolejne charce, przygody i zabawy! Nikt nie potrafił zatrzymać tego duetu. Pozostawali szybcy, do tego wściekli i nieprzewidywalni.
Od razu zaczęli biec. W tym samym momencie, jakby ich pomysły zgrały się w czasie i planowały wyjść o tej samej porze.
- AAAAAAAA - wrzeszczeli na cały obóz, nie szczędząc gardeł. W końcu byli silni! Każdy musiał wiedzieć, że zaczynali działać. Nawet ci głusi i chorzy wojownicy.
Chłodny wiatr targał gęste futro kotki, chociaż ta czuła gorąco. Biegła na krótkich nóżkach, dumna, że pokonuje kolejne warstwy w śniegu. Patrzyła przed siebie, dumnie rozglądając się za przygodą.
W którymś momencie ominęli Królicze Serce, dawnego ucznia Jesionowego Wichru, przy okazji rozdeptując sople, zebrane przez wojownika. Kotka przystanęła kilka metrów dalej, strzepując okruszki zimnego kruszcu z opuszków łap. Zadrżała, czując prawdziwą temperaturę wokół. Nie przypuszczała, że dzisiejszy dzień okaże się taki zimny. Przyjrzała się niebieskiemu kocurowi, przekrzywiając głowę. Wyglądał na zasmuconego utratą swojej kolekcji. Szylkretka prychnęła. Nie jej wina, Króliczek mógł położyć sople z dala od trasy biegu dwóch torped. Nie mogli od tak zmienić trasy biegu. Poruszali się po takim torze, to reszta klanu powinna schodzić im z drogi.
Postanowiła dotrzymać towarzystwa niebieskiemu. Zbliżyła się do niego od tyłu i zanurzyła małe ząbki w ogonie starszego. Ten spojrzał na nią obolałym spojrzeniem, starając się jej pozbyć w delikatny sposób.
- - M-możesz pu-puścić mój o-ogon? - wyjąkał.
Malinka od razu pokręciła przecząco głową, wbijając ząbki mocniej. Wywierała oczekiwany efekt! Niebieski na nią patrzył i zwracał uwagę na nią! Największą łobuziarę w klanie! Jakie to cudowne uczucie! Nawet, jeśli kocię pozostawi jakieś ranki na skórze.
Kocur miauknął, wysuwając pazury i w odruchu bezwarunkowym zbliżając je do kotki. Zatrzymał opancerzoną w ostre narzędzie łapę tuż nad głową czekoladowej. Malinka spojrzała brązowymi oczami na nogę niebieskiego. Puściła ogon, przyglądając się pazurom kocura. Wystarczyła chwila, aby odwrócić uwagę małej od ogona Króliczego Serca.
- I ty tym zdobyłeś te... Te... Sople? - zapytała się od razu, jakby nigdy nie uczepiła się tylnej części ciała kocura.
- J-ja... Prze-przepraszam... - Starszy automatycznie ukrył pazury, podkulając ogon i kładąc uszy po sobie. - N-nie chciałem...
- No, ej, nie bój się mnie. Nie połykam w całości. Często, baaaardzooo często gryzę, bo lubię. Poza tym... Jestem Malinka - przedstawia się grzecznie jak na siebie szylkretka. - M A L I N K A - powtórzyła głośno. - Moje imię jest znane, więc nie musisz się mnie bać! Ja powinnam ciebie, bo w końcu mój tata cię wyszkolił... Hmm... Nie odpowiedziałeś na pytanie.
- N-... Nie. Pazury służą bardziej do utrzymania się na gałęzi drzewa... - powiedział cicho Królicze Serce, tym razem bez jąkania się.
- WSPINAŁEŚ SIĘ NA DRZEWO?! - zdziwiła się kotka. Tego jeszcze nie próbowała! Skakała wprawdzie po korzeniach, ale nigdy nie próbowała wchodzić wyżej. Mogła się tego nauczyć od niebieskiego! Wystarczyło tylko poprosić. - Wujku Króliczkuuu - miauknęła, robiąc przesłodkie, brązowe oczka grzecznej koteczki. - Naucz mnie wchodzić na drzewa. Wyglądasz na pięknego, mężnego i wspaniałego wojownika. Pozbieram z tobą sople, ale zgódź się. Proszęęęęęę

<Króliczku?>

Od Malinki cd. Kaczorka

Malinka się wkurzyła. Wewnętrznie zirytowała. Nie potrafiła uwierzyć w taki obrót sprawy. Przecież Biały Kieł oberwał kawałkamk ryby i nadal nie potrafił mówić! Widocznie mózg płowego na tyle został uszkodzony przez jakieś dziwne rzeczy, że byle jaka szylkretka nie zdoła sobie z nimi poradzić..
Jednak córka Jesionowego Wichru nie należała do przeciętnych. Ba, wręcz przeciwnie. Posiadała lepsze futro, wspaniałe pomysły i najwspanialszego brata pod słońcem!
Postanowiła użyć następnym razem ostrych kamieni. One powinny wywołać znacznie lepszy efekt niż kawałki ryby. Tam, gdzie moc narodowego pokarmu Klanu Nocy przestawała działać, kocie łapki muszą skorzystać z mocniejszego kalibru.
Po raz kolejny chosowi na krótkich nóżkach udało się uciec. Nieznające umiaru czołgi umknęły przed wściekłością własnej matki. Szylkretka chciała się śmiać, śmiać i tylko śmiać, jednak dyszenie nie pozwalało jej na to. Najpierw zajmie się uspokojeniem, a potem spokojnym przeżywaniem triumfu.
- Masz kolejny pomysł? - zapytał się Kaczorek, gdy skryli się za gałęziami krzewu.
- Chyba tak - odpowiedziała kotka, gdy zdołała częściowo odzyskać oddech. - Musimy znaleźć kamienie i rzucać we dwójkę w Białego Kła.
- Co ty?! Zabijemy go! - odpowiedział zdumiony rudzielec. Po raz pierwszy podważył pomysł siostry, co bardzo zaskoczyło karzełkę.
- Za... Za co? - zapytała się, nie znając definicji tego słowa.
- Cóż... Wojownicy często mówią, że zabijają zwierzęta, abyśmy mogli się najeść mięsem. Iii... - mówił Kaczorek, próbując wytłumaczyć siostrze znaczenie "zabijania".
- Eeee... Czyliiiii... Jak zrobimy mu bum bum w głowę kamieniami, to on stanie się takim mięsem do jedzenia? Fuuuj - skrzywiła się kotka, rozumiejąc, dlaczego jej pomysł okazał się niezbyt trafiony.
- Pytałem się taty, co to oznacza, ale nie chciał mi nic miauknąć - odparł rudzielec.
- Tata... Pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci... A potem będą narzekać, że jesteśmy glupi - oburzyła się Malinka, bucząc z niezadowoleniem. Rodzina nie starała się przekazać im takiej wiedzy! W ogóle! Co to za sprawiedliwość?
Zapach Brzoskwiniowej Bryzy zrobił się bardziej intensywny, dorosła zbliżała się do nich coraz bliżej i bliżej.
- Co robimy? - zapytał się Kaczorek.
- Na razie... Cofajmy się... Do tyłu... A potem rozbiegamy się na dwie różne strony. Tylko to nam pomoże - miauknęła kotka, czując się jak w ślepym zaułku. Mamie mógł pomóc Biały Kieł w łapaniu. Tata lada chwila powinien wrócić, a następstwem tego na pewno będzie kara. Szylkretce nie uśmiechało się sprzątanie mchu po tym śmierdzielu Jesiotrze. Znowu wepchnie jej nos w łajno, mówiąc, że to zasada numer jeden dla każdego kociaka - powąchać czyjeś strawione resztki pokarmu.
Skrzywiła się na tę myśl. Nie lubiła tego skurczykota, podobnie jak Truskawka.
Wszystko potoczyłoby się zgodnie ze schematem, gdyby nie ziemia. Grunt pod maluchami się osunął i maluchy wpadły do dziury. Wylądowały, w ogromnej pieczarze.
Szylkretka od razu wstała. Rozejrzała się i wstrzymała oddech. Sytuacja się powtórzyła. Po raz kolejny utknęła w pułapce. Widziała te same ściany, mordercze spojrzenia potworów. Serce zaczynało jej bić coraz szybszym rytmem, a klatka piersiowa powoli ciążyła.
- Malinka! Ziemia nam pomogła uciec! - ucieszył się rudzielec, skacząc żartobliwie na sióstę. Czekoladowa syknęła, drżąc. Zdołała jeszcze zachować kontrolę nad własnym ciałem, ale lada moment nadejdą duszności, wirujące ściany, chcące pogrzebać ich dwójkę żywcem. - Malinka? Co się dzieje? - Kaczorek nigdy nie spotkał się z taką reakcją ze strony siostry.
- Tu są potwory. Gorsze od mamy czy Jesiotra. Zabiją nas... Musimy się stąd wydostać! - miauknęła panicznym tonem.

<Kaczorku?>

21 września 2020

Od Malinki cd. Kaczorka

Sytuacja się skomplikowała. Biały Kieł przeszedł ościową terapię, ale niestety nadal seplenł. Cóż, z Malinki nie wyrośnie medyk, ale przynajmniej miała dobre intencje. Wspaniałe, szlachetne i miłe, jak ona sama i kochany Kaczorek. Szkoda, że mama sama nie rozumiała toku myślenia swoich własnych dzieci i ciągle siedziała z Jesiotrem. To przez niego Brzoskwiniowa Bryza i Jesionowy Wicher ciągle karali karzełki! Ten klfiakowy odrzutek wchodził do ich głów i im mieszał! Nie pozwalał na myślenie, sam narzucał rodzicom swoje chęci!
Kotka musiała podzielić się o tym z rudzielcem, ale trwała operacja: "Uciec przed rozwścieczoną karmicielką i jej zemstą". Nadal nie potrafiła zdzierżyć swojej ościowej porażki, jednak znajdzie się w gorszej sytuacji, gdy mama dorwie i ją, i Kaczorka.
- Masz kolejny pomysł? - zapytał się brat.
- Ojej... Poczekaj, poczekaj... Muszę pomyśleć... Powinniśmy podkopać się pod żłobkiem! Tylko mamy za mało czasu - miauczała roztrzęsiona szylkretka. Szurała lekko łapkami, próbując złapać jakiś jeden tok myślenia, zamiast czuć w głowie plątaninę lepszych i gorszych pomysłów. Lada moment mama znajdzie się tuż przy ich kryjówce i wspólne zabawy skończą się na kilka dni co najmniej.
- Już wiem! - miauknęła. - Posłuchaj, to ściśle tajne. Poturlajmy się do legowiska Pstrągowej Gwiazdy!
- Eeee.. Trochę się jej obawiam... Lepiej do starszyzny! Tam nas nie znajdą - dodał swoje miauknięcie do planu kocurek.
- Dobra! Planowanie z tobą to czysta przyjemność - odpowiedziała z uśmiechem szylkretka.
Duet chaosu położył się na ziemi i rozpoczął szalone turlanie się do ziemi w kierunku legowiska starszyzny. Malinka usłyszała gdzieś w tle krzyki Brzoskwiniowej Bryzy, ale nie przejmowała się tym. Przebywała poza żłobkiem! Po raz kolejny zasmakowała wolności! I to bawiąc się w najlepsze!
Turlała się jak szalona, chcąc być szybciej od Kaczorka na miejscu. Świat wirował przed oczami córki Jesionowego Wichru w niesamowicie szybkim tempie. Najpierw kolory zlały się w całość, następnie kontury chmur na niebie i elementy obozu. Ktoś miauknął zaskoczony, omijając rozpędzone kuleczki, pozwalając im kontynuować turlanie się.
W końcu dotarli. Kotka położyła się na brzuchu na terenie legowiska starszyzny. Kręciło jej się w głowie. Świat sam zaczął się turlać i nie zamierzał się zatrzymać. Malinka zamknęła oczy, ale przed sobą zauważyła tylko migające w ciemności kolory, jaśniejące i rażące kotkę. Do tego brzuszek wydawał dziwne dźwięki. Próbowała wstać, ale krzywo postawiła łapki, w wyniku czego wylądowała płasko na ziemi.
- Kaczorku... Kaczorku? - mówiła nad uchem brata, który leżał praktycznie tuż obok niej. KACZORKU?! KACZOREEEEK!!! ODEZWIJ SIĘ!!!! NIEEEE! NIE UMIERAJ!!!! NIE TERAZ!!! - Kotka darła się, czując bardzo, bardzo dziwne uczucie, którego nie znała wcześniej. Przebijało się przez chęć wymiotowania posiłku i kręcenie w głowie. Futerko pod oczami szylkretki zawilgotniało od dziwnej wody, lekko lecącej z brązowych oczu. - Fuj! Jestem od czegoś mokra!
- M-Malinka? TO BYŁO ŚWIETNE! - miauknął niespodziewanie Kaczorek. Szylkretka pisnęła z zaskoczenia, przewracając się na tyłek. - Ty płaczesz?
Kotka przekrzywiła głowę. Nie miała bladego pojęcia, co to ten dziwny płacz i kropelki wody z oczu. Od razu naskoczyła na rudego z radością.
- Ty żyjesz! Zachowywałeś się jak nieżywy! Nigdy mi nie umieraj. Słyszysz? - mówiła wprost do ucha Kaczorka siostrzyczka. - NIE UMIERAJ!!!!!!! Bo... Bo... Bo dam ci karę jak tata i mama!

<Kaczorku?>

Od Malinki cd. Jesionowego Wichru

pod koniec opka pojawia się kilka przekleństw, tak tylko ostrzegam

Dziura powiększała się, a zapach ojca docierał do jej małego noska coraz bardziej. Poczuła zęby taty na swoim karku, chociaż nadal machała łapkami jak szalona, chcąc odgonić od siebie zbliżającą się ciemność. Została położona na ziemi. Wzięła kilka szybkich oddechów, powoli otwierając oczy. Przymknęła brązowe ślepia, jednak chwilę potem widziała przed swoim pyszczkiem Jesionowy Wicher
- Boli cię coś? - zapytał kocur.
Szylkretka wstała na cztery łapki. Skoro tata się pytał, a nikt nie patrzył, to udzieli jak najbardziej prawidłowej odpowiedzi. Machnęła kilka razy ogonem, podskoczyła wysoko w górę i położyła się na plecy, obracając się raz w prawo, raz w lewo, pokazując białe futro na brzuchu.
- Kochanie, nie ruszaj się tak! Zakręci ci się w głowie! - miauknął czekoladowy z paniką w oczach.
- Tato, robiłam z Kaczorkiem znacznie lepsze rzeczy niż to! Umiem robić fikołki? Pokazać ci? Pokazać, pokazać, pokazać? - zapytała się. Mała torpeda dreptała łapkami w miejscu, a następnie zaczęła okrążać rodzica. Zapomniała o tym, co przed chwilą przeżyła. Strach w żaden sposób nie ostudził jej zapału, a wręcz pezeciwnie, podsycił go. - Nieważne! Pokażę ci!
Czekoladowa pochyliła się i poturlała w przód, od razu siadając. Zaśmiała się, widząc przed sobą wirujące kolorki. Rozglądała się, chcąc zapamiętać to wszystko, aby opowiedzieć o tym Kaczorokowi. Czuła się prawie tak samo, jak podczas jedzenia ziół w noc zgromadzenia.
- Córeczko, nigdy więcej tak nie rób! - miauknął oburzony Jesionowy Wicher. - Inaczej będzie kara!
- Nieeeeeeee! Nieeee! Nie chcę kary. Kary są nudne. Wiesz, kto jest jeszcze nudny? Truskawek. Ugryzłam mu ogon, a on tylko mnie wygonił - opowiedziała okropną sytuację. Może tatuś zdoła ukarać tego dupka za to, co on zrobił?
Zamiast obietnicy ukarania złego łamagi, czekoladowy westchnął, poruszając kilka razy ogonem.
- Córciu, kochanie, nie gryzie się ogonów innych kotów, bo im odpadną - wytłumaczył cierpliwie.
- O retyyyyy, nie przesadzaj. Nie wiesz na pewno, że niektóre ogony cuchną jak łajno, a inne jak mama po myciu. Uwierz! Znam się na smakach i zapachach ogonów. Tatusiu, miałeś mnie nauczyć dusić rybą. Chcę to zrobić z Truskawkiem. Albo z Jesiotrem! - mówiła Malinka, gotowa do nauki.
- Nie, wracamy do żłobka. Mama będzie zła, że jesteśmy poza nim - powiedział czekoladowy. - Pójdź o własnych łapkach, albo wezmę cię za kark.
Ojej, tata robił się groźny. Malinka wiedziała jednak, co ma zrobić. Usiadła centralnie przed niebieskimi oczami wojownika i użyła swojej tajnej broni, która zawsze działała: oczy słodkiej kici-córci. Tatuś i mamusia prawie zawsze im ulegali.
- Nie bierz mnie za kar. Jestem grzeczna. I zdrowa. I kochana... I mięciutka... I malusiamalusiamalusiamalusia... - miauczała smutno, aby wzbudzić w wojowniku litość.
- Kochanie, nie rób tego... - odpowiedział Jesionowy Wicher.
- Ehhhh... Nie to nie - miauknęła szylkretka, rezygnując z dalszego używania słodkich oczu. Za bardzo nie chciała dzisiaj nadużywać tej broni - Aaaa, tatoooo... A co oznacza słowo kurwa? A dupa? Niektórzy bardzo często to powtarzają. Mają naprawdę fajowe brzmienie! Kurwa, kurwa, kurwa. Wiesz, że miauczą je wtedy, gdy się pojawiam? Mówią: "Kurwa, znowu ona" - miauczała zafascynowana nowymi słowami kotka, kompletnie nie znając ich znaczenia.

<Tato?>

19 września 2020

Od Malinki cd. Mglistej Łapy

Zostali przyłapani na gorącym uczynku! Czarna koleżanka Kaczorka, uczennica medyka, Mglista Łapa, zauważyła, jak ona wraz z bratem biegali sobie po legowisku medyków. Miało ono idealny kształt do urządzenia naprawdę wspaniałego wyścigu. A że zioła i inne takie leżały na torze ich poruszania się, to już nie sprawa kociąt. Ważniejsze było bieganie, korzystanie z tej wspaniałej okazji, ponowna ucieczka ze żłobka. Nielegalna, bez żadnych świadków. Takie wyprawy na eksplorowanie obozu to prawdziwa gratka i wspomnienie na przyszłość.
Mglista Łapa czekała na uzasadnienie ich czynu. Malinka od razu wyczuła zawiść, skierowaną w ich stronę. Dlaczego? Mogła poniekąd zrozumieć Kaczorka, rudy często spędzał czas z czarną, a Klan Nocy nie przepadał za dwiema, karłowatymi torpedami. Tylko... Uczennica od razu patrzyła na nią nieprzyjemnym wzrokiem. Bardzo podobnie jak wściekła Brzoskwiniowa Bryza.
Malince to się nie spodobało, za nic w świecie.
- Nie na nas! Mamy małe uszka i pozbawisz nas słuchu! - miauknęła bardzo głośno szylkretka, dając upust złość. Skoro czarna może bezpodstawnie się drzeć, to również i kocię ma do tego prawo.
- A ty już możesz na mnie krzyczeć? - zapytała się czarna z błyskiem niezadowolenia w oczach.
- Tak, bo... Jestem małą, uroczą kotką, z dużą ilością przywilejów! I jestem chaosem z moim bratem, prawda Kaczorku? - Malinka spojrzała pewnie na rudego brata, który wyglądał na nieco przymulonego tą sytuacją.
- Prawda - potwierdził słowa siostry.
- Widzisz? Mamy dodatkowe przywileje, ha! - powiedziała Malinka. - Poza tym... Znamy się na ziołach jak mało kto.
- Naprawdę? - Mglista Łapa podniosła jedną z brwi do góry. - Wy? Od kiedy? - zaśmiała się.
- Od dawna!
- W takim razie... - Czarna wzięła jedno z ziół, z wielkiego stosu pomieszanych ze sobą roślin. - Co to jest i do czego służy?
Malinka podeszła do zielonego liścia i powąchała go. Nie znała żadnego zioła. Pamiętała tylko, że czasami Jesiotr przynosił coś dla mamy w ramach prezentu i mówił, że zapach rośliny podkreśli jej urodę. Szylkretka myślała, intensywnie, skupiając wszystkie myśli wokoło zielonej rzeczy. Musiała coś rzec, aby niemiła kotka zostawiła i ją, i Kaczorka. Inaczej naskarży mamie, chociaż znając życie, ona i tak w jakiś sposób się dowie o kolejnym wybryku córki i karłowatego syna.
- To jest... Zielonek. Często daje się go karmicielkom, by ich... Mleko smakowało fajnie iiiii.... Iiiii... Futro błyszczało - powiedziała, uśmiechając się. - Ha, mówiłam, że znamy się na roślinach.
Mglista Łapa pacnęła lekko szylkretkę w nos.
- Otóż nie. To jest mięta i służy do zupełnie czego innego. Daję wam dziesięć sekund na opuszczenie legowiska. Raz.... - miauczała czarna.
Nie, tak się nie mogło to zakończyć! Nie po to biegała jak szalona po kąciku medyka, aby teraz dać się z niego tak łatwo wygonić!
- Nie wyjdziemy stąd. Mój brat i ja się źle czujemy. Bardzo, bardzo źle. Szukaliśmy zioła na ból głowy. - Malinka rzuciła jednoznaczne spojrzenie bratu.
- Tak, bardzo bolą nas głowy. Biegaliśmy, bo nie mogliśmy wytrzymać z bólu - potwierdził Kaczorek.
- Nie możesz nas wygonić, jesteśmy chorzy - miauknęła szylkretka. Teraz Mglista Łapa nie pozbędzie się ich do wieczora.

<Mglista Łapo?>

Od Malinki cd. Kaczorka

Zgodnie ze znakiem danym przez Kaczorka, Malinka usiadła i wytrzeszczyła oczy najbardziej słodko, na ile pozwalał jej mały łepek. Obcy płowy kocur wydawał się niski, podobnie jak psotne rodzeństwo. Białe akcenty podkreślały jego wzrost, a pomarańczowe oczy nadawały gościowi groźny wygląd.
Malinka przyglądała się arcyuroczymi ślepkami, spodziewając się po nim bycia wspaniałym wojownikiem. Chciała poznać jeszcze większą liczbę klanowiczów, którzy bronią Klanu Nocy. Dotychczas widziała tylko Jesionowy Wicher i Aroniowy Podmuch. Mamy nie liczyła jako wojowniczki, bo ta tylko ich karmiła, a szylkreta nie potrafiła uwierzyć, że mamusia mogła kiedyś walczyć.
- Witajcie, malucy - miauknął płowy z... dziwną wymową. W pierwszej chwili kotka odwróciła głowę, szukając "malucych". Do kogo mówił ten kocur? Do nich? Że oni byli malucy? Przecież tak się nie mówi. Dorośli zupełnie inaczej wymawiali to słowo.
- Hej! Kto pan? - zapytał się Kaczorek, zupełnie nie przejmując się wymową przybyłego.
- Nasywam se Biały Kieł - wymamrotał kocur, patrząc na rodzeństwo.
- Co? Nic nie usłyszałam. Proszę, powiedz głoooośnieeeeej - miauknęła Malinka, podwyższając ton swojej wypowiedzi z każdym słowem. Nie dosłyszała słów... Kogo? Białego Łba? Białego Łabąda? Białego... Kogoś? Przedstawił się, a ona, mimo młodego wieku, nie potrafiła usłyszeć tego, co miauczał płowy, więc bardzo grzecznie poprosiła o powtórzenie (przy okazji ponownie drąc mordę).
- Biały Kieł... Ucyłem wasego tatę - wyseplenił nieco speszony wojownik. Szylkreta odetchnęła z ulgą. Problem leżał po stronie płowego, a nie po jej uszu. Ufff, jednak nie zdołała się zestarzeć czy stracić słuchu.
- Ojej! Pan był mentorem naszego taty! Bardzo go kocham! Jest waleczny, kochany i bardzo, bardzo wspaniały - miauczał Kaczorek, zachwalając czekoladowego kocura.
- Wygląda pan z pyska bardzo groźnie. Z mowy znacznie mniej, ale pewnie pan zabił wiele kotów. Niech pan coś opowie o wojnie! - trajkotała zafascynowana kotka.
- Tak, prosimyyyyyy - powiedział Kaczorek, robiąc jeszcze większe oczy.
Biały Kieł stęknął pod nosem. Brzoskwiniowa Bryza usłyszała córkę.
- Dzieci, dajcie mu spokój. Przyszedł tylko na krótką rozmowę - powiedziała mama, wywołując smutne miny u rudego i szylkretki.
- Mamooooooo, ale tata nam nie mówi nic o wojnie. A podobno walczyliśmy z Klanem Klifu i każdy powinien kłaniać się Pstrągowej Gwieździe, bo ona taka groźna - miauczała kotka.
- Tak! Klifiaki są złe! Powinniśmy z nimi walczyć! - dodał Kaczorek, machając dumnie ogonem.
- Oni tak zawse? - zapytał się Biały Kieł Brzoskwiniowej Bryzy.
- Tak... Praktycznie codziennie. Dlatego miauczałam ci, że Jesiotr to oaza spokoju, że a ta dwójka to wulkany energii... Do tego... - rozpoczęła opowieść karmicielka.
Malinka, rozglądając się konspiracyjne, wzięła Kaczorka na stronę.
- On dziwnie gadał. Jak my po narodzinach. Sepleni strasznie. Dobrze, że tata nie zaczął go naśladować, bo skończyłby jak on - obgadywała płowego Malinka.
- Prawda.... Musimy go pożegnać i pokazać, że jesteśmy lepsi od Jesiotra! Mama znowu go zachwala - miauknął buńczucznie Kaczorek.
- Tak, też mi się to nie podoba... Ale... Mam już pewien plan - uśmiechnęła się złowieszczo szylkretka.
Wymieniła z rudym znaczące uśmieszki. Tworzyli naprawdę wspaniały duet. Razem dawali w kość każdemu, kto stanął im obu na drodze. Nieśli chaos.
Malinka bardzo kochała Kaczorka. Bez niego wykitowałaby w żłobku, ciągle moralizowana przez Brzoskwiniową Bryzę. Kotka rzygała ciągłym czepianiem się, karami i gadkami typu "Powinnaś być miła", "Powinnaś się uspokoić", "Powinnaś ble, ble, ble". Powoli wsadzała sobie do tyłka uwagi karmicielki. Kochała mamę, na swój sposób, potrafiły z wielkim zafascynowaniem rozmawiać o dobrych rybkach. Rodzicielka opisywała każdy gatunek i jego smak, kusząc córkę do przedwczesnego porzucenia mleka matki i rozpoczęcia odżywiania się jak prawdziwy drapieżca. Niestety w większości przypadków szylkretka słuchała, jak powinna postępować.
- Posłuchaj - miauknęła Malinka, kładąc łapę na karku brata. - Znalazłam ostatnio pozostałości po rybach z boku obozu. Zakradnijmy się po nie i rzućmy w pana Kła. Może wtedy nauczymy go mówić! Jak któraś z ości trawi płowego, to od razu zatrzęsie mu się mózg i będzie miauczał prawidłowo. Co ty na to? - upewniła się, podnosząc kącik ust.

<Braciszku?>