BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lotos x Ognik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lotos x Ognik. Pokaż wszystkie posty

02 sierpnia 2025

Od Lotosu CD. Ognika

Lotos czuł, jak każda najmniejsza cząsteczka w jego ciele płonęła żywym ogniem. Miał ochotę rzucić się na środek legowisko i wpaść w histerię, drapiąc, gryząc i wrzeszcząc na każdego, kto chciałby zbliżyć się do niego choćby na długość ogona. Jego powieka zadrgała niebezpiecznie, gdy przypatrywał się, jak ten rudy pomiot gadał z jego matką. Nie miał innych kompanów do zabawy? Serio musiał ciągnąć akurat jego? Wspaniałego, cudownego, jedynego w swoim rodzaju? Wybrańca? A przede wszystkim — niemalże oseska!
W sumie, gdy zastanowił się na tym nieco dłużej, to nawet mu się to sklejało. Nie sądził, aby jego przymusowy kompan był szczególnie rozchwytywany wśród reszty klanowiczów. Ze swoim przeciętnej urody pyskiem, nieznośną osobowością i irytującym głosem — większość zapewne omijała go szerokim łukiem! Może dlatego tak się zachowywał? Niczym żółw, krył się za grubą skorupą z kpiny i durnych uśmieszków, a w rzeczywistości był zwyczajnie... zazdrosny. Zazdrosny tak bardzo, że aż z tego wszystkiego zzieleniał. Tak, na pewno tak właśnie było! Lotos nie był w stanie wymyśleć bardziej wiarygodniej (swym skromnym zdaniem) wersji. Taka zawiść, taki... brak wiary w dobrą wolę — to musiało się z czegoś brać, i mogło jedynie z tego.
Dzięki takiej pomysłowej racjonalizacji, nie wściekał się już na nieco starszego gnojka. Ani trochę. Czuł wyłącznie... pożałowanie. Litość. Tak, jak powinien dobry prorok. Miał prowadzić swoje stado, nawet wtedy, gdy popełniało błędy. Byli wszakże jedynie głupimi duszkami, prostakami, o ograniczonej wiedzy i umiejętnościach — mylenie się więc, cóż... leżało w ich naturze.
Albinos uśmiechnął się tryumfalnie, czując kojące uczucie zwycięstwa, rozlewające się pod jego futerkiem. Cóż za rozkosz! Och, jak on uwielbiał mieć rację — nawet wtedy, gdy wygrywana kłótnia odbywała się wyłącznie w przytulnych zakamarkach jego nieco niespokojnego umysłu. Właściwie to... zwłaszcza wtedy, gdy strona opozycyjna nie mogła przerwać jego genialnego monologu swoimi nonsensownymi wynurzeniami. Hmpf!
— Lotos — Usłyszał zmęczony głos mamy. Zastrzygł uszami. — Pójdź pobaw się z Ognikiem. Dobrze ci to zrobi... Nie możecie siedzieć cały czas odizolowani od reszty świata, źle to na was wpływa...
Druga część wypowiedzi została wypowiedziana ściszonym tonem, jak gdyby kocica mówiła to do siebie. Nie do końca rozumiał, co dokładnie miała na myśli — ale nieszczególnie go to obchodziło.
Usiadł obok swojego towarzysza, trzepiąc uroczo rzęsami grzecznie kiwając główką, gdy Leszczynowa Gałązka skończyła mówić. Przywdział najbardziej łagodny, anielski wyraz pyszczka, na jaki mógł się zdobyć, po czym wstał i podreptał na drugą stronę kociarni, muskając drugiego kocura ogonem w bezczelnym geście, chcąc go pośpieszyć. Słyszał, jak ten fuknął cicho na jego działanie. Miód na jego uszy!
Opadł na podłoże, fioletowymi ślepiami wpatrując się w Ognika z wyczekiwaniem.
— A więc? Jaką zabawę masz na myśli? — zapytał niewinnym tonem, bawiąc się spoczywającym obok jego łapki kamyczkiem, jakby od niechcenia. Otworzył szeroko oczka, chcąc oddać swoją rzekomą ciekawość.
W rzeczywistości nie interesowały go żadne nudne igraszki. Ale kocur... skłamałby mówiąc, że nie zaintrygował go tą swoją prostolinijną głupotą. Na początku wydawał się irytujący, jak latający po legowisku komar, robal, którego najchętniej wyłącznie by zgniótł — ale teraz? Wzbudził w nim pewne zainteresowanie. Prawdopodobnie ze względu na to, jak zabawny był w swoich niedorzecznych przekonaniach. Lotos doskonale wyobrażał sobie, co musiało kłębić się w głowie jego rówieśnika. Zapewne uważał, że go pokonał. Że był lepszy. Mądrzejszy. A obserwowanie tego było cudowną rozrywką, niemal jak zabawa z myszą, która znalazła się w śmiertelnej pułapce, wciąż walcząc jednak o życie i starając się wydostać.
Rzecz jasna, w swej nieposkromionej arogancji Lotos nie dostrzegał istotnych błędów w swym toku rozumowania. I raczej nie zamierzał ich dostrzec w najbliższej przyszłości.

<Ognik?>


31 lipca 2025

Od Ognika CD. Lotosu

Cóż to był za kontent wspaniały. Co za zabawa. On, jakiś biały pachołek, który uważa się za wybrańca gwiezdnych, a nie wie, że to on, właśnie on i jego rodzeństwo są największym rodem w Klanie Burzy. Że są półbogami! Prychnął, pełny siebie. Co za prostaczek. Ale, ale! Nie mógł takiej okazji przepuścić przez palce, nie on. Może dorośli sobie wierzyli w to całe obsypanie kociąt gwiezdnym brokatem, ale nie on. Leżał więc na ściętym drzewie na zewnątrz, nonszalancko, luźno patrząc na resztę młodych kotów których sobie zgromadził, ze znudzonym wzrokiem i uśmiechem, ciesząc się słońcem. Gdzieś jednak na rudym pysku można było zauważyć jakąś oznakę wyższości i kpiny, która zaraz znaleźć się miała też na jego języku. Nie było tu białych dzieci. Nie pozwalano im wychodzić, a teraz i tak był czas, kiedy spały. Wyuczył się ich rutyny dziennej niemal na pamięć. 
— Mówię wam, to zwykła ściema — Odezwał się, kontynuując wcześniejszą rozmowę, z rozbawieniem drgając wąsami — A te prostaczki w to wszystko wierzą. I jeszcze ten Alba. Przyszedł, ma gdzieś życie klanowe i nagle, kiedy rozeszły się plotki to wielki ojciec się znalazł. Zaraz zacznie głosić, że sam ich urodził a tak naprawdę to o wszystkim wiedział od samego początku, bo mu Gwiezdni we śnie powiedzieli. 
— Często wymiguje się od zmieniania posłań i robienia czegokolwiek brudniejszego — Odezwała się Śnieżycowa Łapa, która podłapała wątek z obsmarowywaniem niedawnego jeszcze pieszczocha — Ostatnio wepchnął mi w pysk brudny mech z legowiska starszych, mówiąc, że go kark już boli, więc reszta przypada na mnie, bo jestem młodsza. Nie dokończył nawet jednego legowiska. Uwierzycie w to! 
— Widzicie, to tylko pokazuje, jakie naprawdę są te kociaki. Oszuści i nieroby, tak samo jak ich ojciec. Jeszcze podczas nauki uznają, że oni to w sumie nic nie będą robić, bo już i tak są wspaniali. 
— Naprawdę myślisz, że tak będzie? Królicza Gwiazda by im na to nie pozwolił, mentorzy których dostaną pewnie też. 
— Ph! Oczywiście — Machnął lekceważąco łapą — Myślisz, że coś zrobią? Wszyscy są tak samo zaślepieni, szczególnie medycy i ci cali... a z resztą, nie powinniśmy się zbyt wiele męczyć nad tą stertą bzdur. Ojciec i tak mówi, że z ich wrażliwością na słońce i delikatną skórą najpewniej skończą jako Krety. 
— A ty to tak zawsze słuchasz, co ci tatuś napluje do ucha? — Uśmieszek spełzł z pyska Ognika na moment, jednak zaraz znów się pojawił, gdy dostrzegł Skrzypa. Nie był jednak tak kpiący i dumny, a bardziej jadowity. Van pojawił się z piszczką w pysku, którą zapewne niósł do żłobka dla karmicielek, albo nieco dalej, do starszyzny. Tak czy inaczej, zahaczył uchem o rozmowę. 
— Ja przynajmniej mam kogo słuchać, przybłędo. Ty możesz co najwyżej pojęczeć sobie do Szanty. 
— Jak na razie to tylko ty jęczysz. ,,O nie, jakieś noworodki kradną całą atencję która powinna być dla mnie. Patrzcie jakie te kociaki są ohydne, o nie, ich ojciec spędza więcej czasu z nimi niż mój ze mną. Ew, dotknęli mnie, teraz się zarażę bo nie są rudzi". — Śnieżyca schowała pysk, obracając głowę w inną stronę. 
— Nigdy nic takiego nie powiedziałem, śmieciu — Zaprzeczył Ognik oburzony, starając się nie trząść ze złości. 
—  Nie? Ale twój tatuś cały czas jęczy, jak się go jedynie muśnie kawałkiem sierści, który nie jest rudy. Co, może ty taki nie jesteś? W końcu zjadasz wszystko co ci podłoży pod nos. 
— Sklej zęby, świrze — Warknął, zaraz się jednak opamiętując, przyjmując swój spokojny i nieco kpiący ton — Zobaczymy czy będziesz tak wesoło szczekał, kiedy dojdziemy do władzy, a twój brudny tyłek zostanie wywalony poza granice. 
— Ha, chciałbym to zobaczyć — Parsknął, chwytając mysz w zęby. Konwersacja skończona. Ognik drgnął rozdrażniony ogonem, po czym machnął nonszalancko głową, wstając.
— Chodźcie, straciłem ochotę żeby przebywać na zewnątrz, zaleciało gnojem. — Zwrócił się do rodzeństwa, zeskakując z pieńka i dreptając dumie w stronę wejścia do żłobka. 

ᔕ◦∙⚜∙◦ᔓ

— Cześć! — Pojawił się dwa dni później. Mógł co prawda zagadać wczorajszego dnia, ale zwyczajnie znalazł lepsze zajęcia do roboty. Takie jak chodzenie jak gąska za tatą, który uznał, że ma wystarczająco dużo dobrego nastroju, żeby przebywać ze swoimi dziećmi. — Przyniosłem ci jedno z mniejszych piórek Pawia do zabawy. — Pochwalił się cichym tonem, kładąc, rzeczywiście, małe piórko, może nawet puch, pewnie z szyi, przed młodym kociakiem. Jak je zdobył? No, może nieco nielegalnie podkradł jedno podczas wycieczki do łapkowa, ale kto by go winił? Salamandra by go sprała na kwaśne jabłko, gdyby się dowiedziała, a tak mógł przekupić młodziaka, by ten nadwyrężał swoją wyobraźnię podczas wymyślania tych wszystkich odpowiedzi. Teraz pióra pawia były o wiele cenniejsze, niż za jego życia. 
Lotos, jak zresztą wszystko, widział to piórko dosyć... niewyraźnie. Ale skoro ptak, od którego pochodziło, był jakiś specjalny, a oni - stworzeni na jego wzór - piękni, to uznał, że i ono musiało być niczego sobie. Obejrzał je więc dokładnie, jakby rzeczywiście przenikliwie je badał i pokiwał łebkiem, uśmiechając się.
— Ach, dziękuję, to bardzo miłe z twojej strony! — młodszy przysunął piórko bliżej siebie.
Ognik z zadowoleniem obserwował, jak kociak bierze piórko. Ha, wybrany czy nie, to wciąż szczyl z mlekiem przy nosie. 
— Chcesz się w coś pobawić? Możemy wziąć moje siostry jeszcze i w coś zagrać.
Lotos przekręcił łebek w bok, po czym westchnął ciężko, kręcąc główką.
— Nie mogę. Mam misję.
— Jaką? Musi być wykonana teraz? Myślałem, że macie tylko jedną misję — Zauważył rudy, przekręcając łebek. Szczyl go nie oszuka. — Jak nie masz czasu, to może ci pomogę a potem w coś zagramy?
— Nie. Och, niczego nie rozumiesz... — westchnął przeciągle, kręcąc łebkiem. — Jestem inny niż wy! Nie mam się bawić. Mam pracować nad... pomaganiem wam na ścieżce życia.
Przysunął się bliżej i pacnął kocura w pierś, znowu aby podkreślić znaczenie swoich słów. Następnie trzepnął ogonem z frustracją. 
— I Gwiezdni zakazali ci się bawić? To bardzo niesprawiedliwe z ich strony — zauważył, po czym uśmiechnął się lekko — Chodź, trochę rozprostujesz łapki, co ty na to? Nie możesz przecież siedzieć cały czas w miejscu bo będziesz się źle rozwijał i kości ci się zrosną i nie będziesz mógł przez to dobrze błogosławić. 
Lotos wzdrygnął się na samo wspomnienie o wyjściu poza przytulne cztery ściany żłobka, co nie umknęło uwadze starszego, który uniósł lekko czoło. Tak, słowa ojca i Szanty się sprawdziły... Biały pokręcił łebkiem, ledwo powstrzymując skwaszony wyraz, który powoli wpełzał na jego mordkę.
— Nie mogę. Jestem inną istotą, niż ty. Wy jesteście... słonecznymi stworami. Ja i moje rodzeństwo gwiezdnymi!
— Oczywiście, że jestem słonecznym kotem — stwierdził Ognik, omijając tego "stwora" — W naszych żyłach płynie krew wielkiej Piaskowej Gwiazdy — Wyrzucił wreszcie swoje ego, wypinając pierś. Nie mógł sobie jednak pozwolić, żeby za dużo powiedzieć. Jeszcze by się młody zniechęcił i nic nie mówił, a to byłaby strata kontentu — Ale co to ma do rzeczy?
— Ktokolwiek... — westchnął albinos cicho — W każdym razie, z tego powodu właśnie mogę wychodzić tylko w nocy. Wtedy... Mam lepsze... Eee... Moce.
— Aha. Ale ja wcale nie sugerowałem wychodzenia. — zauważył — Tu też można robić dużo rzeczy, a wam przecież nie pozwolą jeszcze opuścić żłobka.
— Co masz na myśli? — Zastrzygł uszami. Prędko jednak znowu przywdział jedynie uśmiech. —  To znaczy, nie ma to znaczenia. Tak czy siak. Powinniśmy poświęcić się misji.
Brak rudyzmu widocznie nie działał na korzyść myślenia kociaka. Że co, co miał na myśli. 
— Czemu nie pozwolą wam wychodzić? — spytał niepewnie — Bo jesteście za mali i możecie wpaść innym pod łapy. Nam nie pozwalano bo moglibyśmy wyjść z obozu, albo jakieś ptaki drapieżne mogłyby nas porwać. — Ha, cierp przez swoją niewiedzę, purchawko. Patrzył przez chwilę na kocurka badawczo. Wpadł na pomysł — Boisz się, że mama ci nie pozwoli się z nami bawić? Spokojnie, ja zapytam. PROSZĘ PANI! — Zawołał w stronę szylkretki, nie czekając aż młodszy da radę mu przerwać. Nie był pewien czemu to robi, jakiś impuls jedynie kazał mu pomęczyć gwiezdnego kotka. Może to ta chęć rozrywki?
— Nie, ty... uhm, nie, kolego! Nie o to pytałem. Chodziło mi... już nieważne — syknął cicho, jeżąc się, gdy tamten zawołał jego matkę. Ognik zerknął na niego kątem oka, gdy z uśmiechem pytał Leszczynową Wiązkę o zgodę, a uczucie satysfakcji i wygranej, przelało się przez małe ciało.

<Lotos?>

30 lipca 2025

Od Lotosu do Ognika

Lotos siedział w kociarni, w najciemniejszym jej zakamarku, ułożony na miękkim posłaniu, z łapkami założonymi na krzyż. Unikał słońca za wszelką cenę, nie chcąc pozwolić jego okrutnym promieniom na choćby lekkie muśnięcie jego wrażliwej skóry i oczek. Machnął uszkami ze zniecierpliwieniem. Bawił się kępką mchu, wpatrując się w nią znużonym wzrokiem. Podobała mu się jej faktura, delikatna, tak łatwa do ugniatania. Była... zabawna. Przynajmniej odrobinę. Niestety, wciąż nudna. Ziewnął cicho. Nagle usłyszał kroki; jakiś kot, bliżej jak na razie nierozpoznany, wkroczył do legowiska.
— Cześć — przywitał się, bez zbędnych ceregieli czy sztywności, zupełnie zwyczajny. Nieco... ordynarny, jak na gust albinosa. — Słuchaj... widzisz mnie? — Machnął łapą przed oczami kociaka, jakby był jakąś atrakcją! Co za prostak...
Lotos cofnął się delikatnie. Obraz kocięcia przed nim był nieco rozmazany, tak samo zresztą jak prędko poruszający się obiekt, który przeleciał przed chwilą przed jego mordką. Przymknął nieco fioletowe ślepka i zmarszczył brwi. Uch... jakie to było irytujące! Gdzie on miał maniery, huh? Jak mógł takim tonem odnosić się do niego, do wybrańca?!
— Widzę... — mruknął cicho, spokojnym tonem, uśmiechając się lekko.
— A widzisz tak samo jak ja? Podobno masz trochę inny kolor oczu od reszty, wiesz? Ale ja uważam, że jest ładny — Powiedział to w sposób, jakby inni wcale tak nie uważali. Chciał to podważać? Cóż za tupet. — Niemal podobne w kolorze do moich!
O czym on w ogóle mówił? Rzecz była to oczywista, że Lotos wyróżniał się na tle tej... bandy przeciętniaków, prostaków! Jego ślepia w niczym nie przypominały tych należących do drugiego kocura — tak przynajmniej myślał, nie to, żeby kiedykolwiek je tak właściwie widział... Nie miało to jednak w tym momencie znaczenia, wciąż pozostawał oburzony. Przynajmniej wewnątrz.
Odchrząknął cicho, zachowując pozory.
— Dziękuję — rzekł melodyjnym głosem, przechylając łebek w bok — Tak, jest inny... To dlatego, że wybrali mnie przodkowie.
— Przodkowie — Powtórzył, kiwając potwierdzająco głową po chwili ze zrozumieniem. — Fajnie tak jest być wybranym przez przodków, co? Rozmawiali już z tobą?
— Oczywiście — Lotos pokiwał ochoczo główką, wypinając dumnie klatkę piersiową i unosząc nosek do góry, aby lepiej wyczuć zapach swojego przymusowego towarzystwa.
Oczywiście, było to kompletne kłamstwo. Ale ten prosty umysł i tak nie byłby w stanie go przejrzeć. Nie, gdy nosił tak słodki, niewinny i godny zaufania wyraz pyszczka. Zamrugał kilka razy oczyma, trzepocząc gęstymi rzęsami, aby wyglądać nieco bardziej uroczo i niewinnie.
— Ale to wielka odpowiedzialność. Jednak cieszę się, że mogę... wam pomóc.
— Pomóc? W jaki sposób, czy Gwiezdni przysłali cię byś spełnił jakąś misję? — Kociak ewidentnie się zirytował.
— Oczywiście, że tak — odparł ze stoickim spokojnym, godnym prawdziwego apostoła gwiezdnych. Dalej nie widział kocura zbyt dobrze, w jego miejscu znajdowała się po prostu ruda plama, rozmazana na tyle, aby dawać złudzenie aury rozpaczającej się wokół niego. — Klan Gwiazdy zesłał mnie oraz moje rodzeństwo, aby was prowadzić. Fajnie, nie?
Uśmiechnął się tryumfalnie. Och, jakie to było słodkie! Mógł się pławić w tej wspaniałej, boskiej reputacji. Nie mógł się doczekać, aby móc z niej korzystać w pełni.
— A jaka to misja, dokąd mamy być prowadzeni? Musimy odejść z terenów? Chyba, że nie możesz się dzielić taką informacją, wtedy zrozumiem...
— Och, nie, nie... — Lotos pokręcił głową, starając się nie wyśmiać swojego rozmówcy. Cóż za mysi móżdżek! Nie dość, że tego słuchał, to jeszcze nie rozumiał prostych słów. Cóż za żałosne stworzenia... — Niedosłownie. Mam prowadzić to, co jest w twoim środku.
Pacnął go łapką w klatkę piersiową, starając się wycelować w jej środek. Tak, aby dodać dramaturgii. Bajer, co nie? Tatuś mu to pokazał!
— Nawet teraz to widzę...
Słyszał i czuł, jak w jego rozmówcy się gotowało. Jednocześnie złościło go to — czy ten śmieć śmiał śmieć? Śmiał mu... nie wierzyć? Ale także... bawiło go to, oj, bawiło. Z jakiegoś powodu wyprowadzanie go z równowagi było... przyjemne. Śmieszne. Zabijało nudę.
— I co we mnie widzisz? Płomień? — spytał, gryząc się w język.
— Oj, nie, nie — powiedział, całkowicie spokojnie i gładko, tak, jak nakazał mu Alba — Ale widzę w tobie... Żywiołową duszę. Silną. I rozgniewaną!
No, przynajmniej jedno potrafił przewidzieć dobrze. Nie było to trudne. Musiałby spędzić z nim nieco więcej czasu, aby lepiej go rozgryźć.
— Niesamowite. Naprawdę niezwykłe — Pokiwał głową, jakby się nad czymś naprawdę mocno zastanawiając. — A potrafisz wejrzeć w duszę każdego napotkanego kota? Albo w swoją?
— Oczywiście, naturalnie — Potwierdził, przymykając lekko oczy. Znowu pacnął go kilka razy w klatkę piersiową, jakby próbował podkreślić znaczenie swych słów. Czyżby wątpił? W niego? Niedowiarek! Myślał, że jest taki mądry, huh?
Lotos poczuł, że lekko zaczęła drgać mu powieka. Zignorował to jednak, biorąc głęboki wdech, jak gdyby nic się nie stało.
— Ale... mogę zajrzeć tylko w dusze innych. Nasze są... Inne.
— W jaki sposób inne? Mają inny kształt i kolor? Nie potrafisz ich odczytać, bo są zbyt "rozmyte"? — kontynuował jak nakręcony. Jeny, co za gaduła...
— Są... inne — Spojrzał w górę, jakby się nad czymś zastanawiał. Co tak właściwie mógł o nich powiedzieć? Nie były bardzo rozmyte, po prostu... niewyraźne ze względu na swój jasny kolor. Ale to również musiało coś znaczyć, czyż nie? — Są bardzo czyste.
— A da się w jakiś sposób oczyścić nasze? W sumie, czy tylko nasze? Czy wasza misja tyczy się też innych grup i klanów? Owocowego Lasu na przykład? W końcu oni chyba w Klan Gwiazdy nie wierzą...
— Ich nie trzeba czyścić! — zachichotał, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. W sumie nie wiedział, co gadał. Musiał to sobie później powtórzyć, aby... no, nie pogubić się w tej całej duchowości. Dalej utrzymywał uroczą, milutką minkę. Wewnątrz jednak aż się gotował. Czemu ten... ten prosty, nieskalany myślą umysł zadaje mu tyle pytań? Czy nie widać, że są wspaniali i specjalni? Nawet, jeśli nie ze względu na połączenie z Klanem Gwiazdy, to chociaż zważając na wygląd... — One... To jest... Eee... Charakter. Dlatego twoja jest taka... Żywa. Nieważne, czy wierzą, czy nie. My jesteśmy tu, aby... wszystkim wam pomóc. Wysłuchać waszych trosk i żali. Udzielić wam... błogosławieństwa.
— Czyli twierdzicie, że każda dusza jest... odpowiednia. Znaczy, że każdy charakter jest dobry? Co jeśli ktoś dopuścił się okropnych zbrodni? — Drążył dalej, głęboko zaciekawiony. — Czy wtedy też go błogosławicie?
— Każda dusza jest dobra od początku, ale... może zostać... jak to powiedzieć... Zbrukana? — zamyślił się. Co miał mu niby odpowiedzieć? Co za... irytujący smarkacz! Prostak! Tatuś nie mówił mu, co powinien zrobić z takimi przypadkami... Dalej odpowiadać na te głupie pytania? Przecież i tak do niczego nie prowadziły! Rudy był najwyraźniej zbyt ślepy, aby dostrzec ewidentną wyższość Lotosu nad nim. — Będziemy go prowadzić ku zbawieniu, tak.
— Rozumiem, wspaniałomyślne z waszej strony — rzekł, powoli wstając — Dziękuję za rozmowę, przyjdę jeszcze porozmawiać, dobrze? Albo możemy się w coś pobawić.
Dodał, uśmiechając się lekko i machając ogonem na ,,Pa", pomimo wcześniejszej irytacji wyraźnie zadowolony z perspektywy posiadania nowego kolegi do zabaw.
— Pa, pa — pokiwał głową z przyjaznym uśmiechem. Kiedy tylko kocurek opuścił żłobek, Lotos rzucił się na swoje legowisko i wbił w nie drobne pazurki, szarpiąc i wygryzając w nim dziury. Co za tupet! Bezczelność! Zniewaga! Powinien przed nim bić pokłony, czyż nie? Tak mówił tatuś! "Te głupie prostaczki będą lizać ziemię, po której stąpacie" — ta, jasne! Najwyraźniej ten osobnik był albo zbyt głupi, albo nie wystarczająco głupi, aby prawdziwie zrozumieć to, o czym Lotos mówił.
Z markotną miną przewrócił się na drugi bok, zmęczony niszczeniem posłania. Ten robak i tak nie był tego wart. Denerwujące, doprawdy! Czy on robił to celowo? Albinos mamrotał coś jeszcze pod nosem przez krótki czas, po czym ostatecznie położył łebek na łapkach i zamknął oczka, prędko zasypiając.

< Ognik? >