Coraz rzadziej zdarzały się dni, gdy miała siłę, by wyjść z obozu. Większość czasu spędzała zwinięta w legowisku, skupiona na swoim ciężkim oddechu i bólu wstrząsającym jej ciałem. Miała dość. Chciała uciec – z tego miejsca, z obozu, ze swojego umysłu.
Wstała, wydając z siebie cichy jęk bólu. Szary Klif, siedzący w legowisku obok, spojrzał na nią z zaniepokojeniem. Nic jednak nie powiedział. Bożodrzew wierzyła, że panowała między nimi niewypowiedziana umowa milczenia. Podejrzenie, że Szary Klif wiedział, że nie potrafił pomóc, że razem z siostrą oszukiwał Bożodrzew, wypełniało kotkę palącą złością. Gdyby lepiej wykonywał swoją pracę jako protektor, Bożodrzewny Kaprys nadal byłaby szczęśliwa. Nadal byłaby z Zielonym Wzgórzem. Nie chciała patrzeć na kocura, nie chciała z nim rozmawiać – być może dlatego, że możliwość siedzenia we własnym zgorzknieniu i wściekłości w stosunku do kocura pozwalała jej na zapomnienie o tym, jak ona sama zawiodła partnerkę. Nienawiść do Szarego Klifu wydawała się łatwiejsza.
Powolnym krokiem skierowała się do wyjścia z obozu. Szum wodospadu zagłuszył wszystkie inne głosy. Zadrżała, czując nagły spadek temperatury. Zmrużyła powieki, pozwalając im na przyzwyczajenie się do światła dziennego. Miała nadzieję, że ujrzy tereny otulone śniegiem. Coś w wizji martwego, śniącego świata niosło w sobie komfort, którego tak bardzo potrzebowała. Jednak gdy otworzyła oczy, napotkała jedynie widok ulewnego deszczu. Westchnęła. Wyraźnie nie mogła mieć nawet tej satysfakcji.
Pełna żalu wróciła do obozu.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bożodrzewny Kaprys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bożodrzewny Kaprys. Pokaż wszystkie posty
02 listopada 2025
30 września 2025
Od Bożodrzewnego Kaprysu
Była taka zmęczona.
Nie pamiętała już, kiedy zaczęła tracić siłę, kiedy zwyczajne, codzienne aktywności stały się dla niej trudnością. Być może kiedyś po prostu miała siłę z tym walczyć. Miała przy sobie Zielone Wzgórze. Wtedy wszystko było lepsze. Wtedy nie była dla nikogo ciężarem.
W pewnym momencie spojrzenia posyłane jej przez inne koty zaczęły wbijać się w jej skórę, zostawiając po sobie wypalone znamiona wstydu. Kiedyś jej to nie obchodziło. Kiedyś wystarczyła jej opinia jednego kota.
Nie mogła się dalej oszukiwać. Nie mogła wychodzić na patrole z nadzieją, że może tym razem mysz sama wpadnie jej w łapy, że może tym razem nie będzie musiała wracać do obozu z niczym. Niektórzy widzieli w niej balast. W innych wzbudzała litość. Tych drugich nienawidziła dużo bardziej niż pierwszych.
Jednak nawet ona wiedziała, że nadszedł ten czas. Musiała zejść innym z drogi. Pozwolić Klanowi Klifu rozwijać się bez niej.
– Bożodrzewny Kaprysie, czy chcesz porzucić miano wojowniczki i dołączyć do starszyzny?
Chciała odpowiedzieć, jednak z jej pyska nie wydobył się żaden dźwięk. Chciała się schować. Nie chciała być częścią tego zgromadzenia. To było niepotrzebne. Upokarzające. Wszyscy patrzyli na nią, na jej słabość, widzieli nieustający ból kontrolujący jej ciało. Pierwszy raz w życiu poczuła potrzebę wyrwania się z bezpiecznego obozu, ruszenia na patrol, wzięcia udziału w polowaniu. Przydania się. Bycia potrzebną w klanie.
Bez słowa kiwnęła głową i spuściła wzrok. Nie chciała patrzeć na pysk brata i nie wiedziała nawet dlaczego – w końcu nigdy wcześniej jej to nie obchodziło.
Judaszowcowa Gwiazda odchrząknął.
– Klan Klifu dziękuje ci za wiele księżyców, przez które służyłaś jako wojowniczka. Wzywam Klan Gwiazdy, by dał ci jeszcze wiele sezonów odpoczynku.
Nie pamiętała już, kiedy zaczęła tracić siłę, kiedy zwyczajne, codzienne aktywności stały się dla niej trudnością. Być może kiedyś po prostu miała siłę z tym walczyć. Miała przy sobie Zielone Wzgórze. Wtedy wszystko było lepsze. Wtedy nie była dla nikogo ciężarem.
W pewnym momencie spojrzenia posyłane jej przez inne koty zaczęły wbijać się w jej skórę, zostawiając po sobie wypalone znamiona wstydu. Kiedyś jej to nie obchodziło. Kiedyś wystarczyła jej opinia jednego kota.
Nie mogła się dalej oszukiwać. Nie mogła wychodzić na patrole z nadzieją, że może tym razem mysz sama wpadnie jej w łapy, że może tym razem nie będzie musiała wracać do obozu z niczym. Niektórzy widzieli w niej balast. W innych wzbudzała litość. Tych drugich nienawidziła dużo bardziej niż pierwszych.
Jednak nawet ona wiedziała, że nadszedł ten czas. Musiała zejść innym z drogi. Pozwolić Klanowi Klifu rozwijać się bez niej.
– Bożodrzewny Kaprysie, czy chcesz porzucić miano wojowniczki i dołączyć do starszyzny?
Chciała odpowiedzieć, jednak z jej pyska nie wydobył się żaden dźwięk. Chciała się schować. Nie chciała być częścią tego zgromadzenia. To było niepotrzebne. Upokarzające. Wszyscy patrzyli na nią, na jej słabość, widzieli nieustający ból kontrolujący jej ciało. Pierwszy raz w życiu poczuła potrzebę wyrwania się z bezpiecznego obozu, ruszenia na patrol, wzięcia udziału w polowaniu. Przydania się. Bycia potrzebną w klanie.
Bez słowa kiwnęła głową i spuściła wzrok. Nie chciała patrzeć na pysk brata i nie wiedziała nawet dlaczego – w końcu nigdy wcześniej jej to nie obchodziło.
Judaszowcowa Gwiazda odchrząknął.
– Klan Klifu dziękuje ci za wiele księżyców, przez które służyłaś jako wojowniczka. Wzywam Klan Gwiazdy, by dał ci jeszcze wiele sezonów odpoczynku.
01 września 2025
Od Bożodrzewnego Kaprysu
Była taka zmęczona. Jej ciało wydawało się z nią nie współpracować. Wlekła za sobą opuszczony ogon, nie zwracając uwagi na wplątujące się w niego gałązki. Wszystko bolało, piekło, ściskało jej wnętrzności. Znowu nie przyniosła nic z polowania. Pikująca Jaskółka nawet na nią nie spojrzała, gdy przechodziła obok. Być może nic nie mówiła, bo bała się zepsucia swojej relacji z Judaszowcem. Być może po prostu wiedziała, że Bożodrzew jest już straconą sprawą.
Wpatrywała się w stos zwierzyny – nie tak wielki, jak za czasów świetności Klanu Klifu, lecz wystarczający, by wykarmić to, co z grupy zostało. Wojowniczka tylko raz odwiedziła groby zabitych w wojnie z Klanem Wilka i samotniczkami, by odmówić niemą modlitwę nad mogiłą matki. W tamtym momencie już dawno przestała czuć smutek. Wyobrażanie sobie nieruchomego ciała upokorzonej przywódczyni jedynie powiększało rosnącą w niej pustkę.
Przełknęła zbierającą się w jej pysku ślinę. Była taka głodna, ale nie mogła nic zjeść. Do nieustającego od wielu księżyców bólu klatki piersiowej niedawno dołączył ból brzucha. Musiała przeczekać najgorszy moment. Przecież w końcu musiało przejść, dokładnie tak jak wszystko inne.
Tak jak Zielone Wzgórze.
Nieobecność kotki stała się w pewnym sensie stanem domyślnym dla Bożodrzewa. Nie oczekiwała jej ciepła, gdy kładła się w legowisku. Nie spodziewała się zobaczyć jej pyska, gdy budziła się ze snu. Nie potrzebowała jej ciepłych zapewnień miłości. Zielone Wzgórze mogłaby równie dobrze nigdy nie istnieć.
Wzrok wojowniczki przyciągnął Rozświetlona Skóra, który prowadził w kierunku legowiska medyków rozglądającą się z niepokojem kotkę. Nieczęsto gościła w tej części obozu Klanu Klifu i Bożodrzew bardzo często zapominała, że wciąż się w nim znajduje. Jej obecność obudziła coś jednak w jej starym, pustym ciele. Niechętna ciekawość zachęciła ją do podejścia.
Nieczęsto chodziła do medyczek. Nie chciała patrzeć na swoje dwie córki, które marniały, niszczały, stawały się coraz odleglejsze. Nie odwiedzała często Wiecznego Zaćmienia. Nie dlatego, że chciała w jakiś sposób zaprzeczyć jej obecnej sytuacji – nie była kotem, który potrzebował okłamywać sam siebie. Wiedziała, co działo się z jej córką. Akceptowała to. Po prostu nie chciała być tego częścią. I tak nie potrafiłaby nic zmienić. Zielone Wzgórze jej to uświadomiła. Nie musiała na to patrzeć. Nie miała siły. Nie miała chęci.
Jagienka stała nieco na uboczu, niepewnie zerkając na Rozświetloną Skórę. Kocur nawet na nią nie patrzył, jednak całe jego ciało było wyraźnie spięte. Być może nie chciał jej widzieć. Być może nie chciał myśleć, o czym mu przypominała, z kim niegdyś była związana.
– Co się stało? – Głos Bożodrzewnego Kaprysu był chrapliwy, przypominającym o jej długim milczeniu, przerywanym jedynie bolesnym kaszlem. Nie, żeby miała do kogo otwierać pysk. Nie po tym, co miało miejsce.
Rozświetlona Skóra odwrócił się w jej stronę. Na powitanie z szacunkiem polizał ją po policzku.
– Więźniarka twierdzi, że podobno ją przewiało i że musi iść do medyczki – wyjaśnił, nie ukrywając irytacji kryjącej się w każdym słowie. Jagienka spięła się, rozglądając się strachliwie, i otworzyła pysk, jakby chcąc się wyjaśnić, wyjaśnić to, co powiedział wojownik. Nic jednak nie powiedziała. Jej zdanie i tak nie miało żadnego znaczenia. – Trzymałem wartę przy jej legowisku – mruknął z niezadowoleniem.
Bożodrzew kiwnęła głową, przyglądając się kotce. Jej widok z jakiegoś powodu bawił i obrzydzał wojowniczkę. Dziwna, gorzka mieszanka uczuć na krótką chwilę wypełniła jej ciało. Pamiętała, jak przyprowadzono Jagienkę do obozu, roztrzęsioną i przerażoną. Pamiętała reakcję Zielonego Wzgórza – cichą, niemal niezauważalną. Czy Bożodrzew już wtedy mogła się domyślić? Czy mogła się spodziewać, co nadejdzie?
Przywołana dźwiękiem ich głosów, z legowiska medyków wyłoniła się Ćmi Księżyc. Jej niewidzące, jasne oczy wbite były w punkt daleko za nimi. Bożodrzewny Kaprys przyzwyczaiła się do tego widoku. Może nawet to udało jej się zaakceptować.
– Jagienka potrzebuje dostać coś na katar – oznajmił Rozświetlona Skóra. Stojąca obok Jagienka w milczeniu wpatrywała się w uzdrowicielkę. Czy wiedziała, że była córką kotki, która razem z Terpsychorą zniszczyła Klan Klifu? Bożodrzew z ciekawością wodziła spojrzeniem między kotkami. Coś w biernej obserwacji dawało jej poczucie bezpieczeństwa, odrębności od sytuacji.
Ćmi Księżyc zrobiła krok w stronę Jagienki, jednak prawie natychmiast zatrzymała się. Jej uszy obróciły się w stronę dźwięku, a ciało spięło w oczekiwaniu.
– Ćmi Księżycu! Błagam, potrzebujemy pomocy! – okrzyk rozległ się gdzieś za plecami Bożodrzewnego Kaprysu. Kotka odwróciła głowę, by zobaczyć dwójkę starszych zbliżających się do legowiska. Półślepy Świstak wydawała się bliska upadku pod ciężarem słaniającego się brata, który podpierał się o nią. Oddech Kornikowej Kory był ciężki i urywany, a skurcze co jakiś czas wstrząsały jego ciałem. Cierpiał, uświadomiła sobie Bożodrzewny Kaprys. Ćmi Księżyc natychmiast odsunęła się od Jagienki, z dezorientacją wąchając powietrze. Nie mogła przecież wiedzieć, co się działo. Dwójka starszych zbliżyła się do legowiska.
– To pe-pewnie nic takiego. – Kornikowa Kora próbował się uśmiechnąć, jednak jego pysk natychmiast ścisnął ból. Wydał z siebie pełen cierpienia jęk, a łapy się pod nim zachwiały. Nim Bożodrzewny Kaprys zdążyła się poruszyć, Jagienka doskoczyła do boku starszego, podpierając go z drugiej strony. Futro na karku Rozświetlonej Skóry zafalowało, a jego gniewne spojrzenie po raz pierwszy od dłuższej chwili skupiło się na więźniarce. – Byłem niedawno u Wiecznego Zaćmienia po zioła na ból brzucha… Po prostu musiały jeszcze nie zadziałać, a mi się pogorszyło. Tak to już jest w moim wieku – zaśmiał się krótko, jednak jego oczy wodziły po legowisku medyków z zaniepokojeniem. Półślepy Świstak pokręciła głową, błagalnie wpatrując się w Ćmi Księżyc.
– Proszę, Ćmi Księżycu. Ledwo udało mu się tu dojść. To nie jest normalne.
Uzdrowicielka zmarszczyła nos, natychmiast podchodząc do pacjenta. Jagienka z pomocą Półślepego Świstaka pomogła Kornikowi położyć się na ziemi. Rozświetlona Skóra zacisnął zęby, jednak nie odezwał się, jedynie robiąc krok do tyłu i dając miejsce siostrze. Bolesny jęk starszego wywołany dotknięciem jego brzucha przez medyczkę rozbrzmiał w uszach Bożodrzewa. Przez jej ciało przeszedł niekontrolowany dreszcz. Czy tak miała wyglądać jej przyszłość? Poczuła potrzebę ucieczki z cuchnącego chorobą legowiska.
– Czy pamiętasz, co to były za zioła? – zapytała Ćmi Księżyc. Wzrok Kornikowej Kory, z każdą chwilą coraz mniej ostry, zatrzymał się na składziku z ziołami.
– Nie jestem pewien… Nie patrzę przecież medykom na łapy. Przecież wiecie lepiej ode mnie, co robicie. – Niepokój w jego głosie był coraz bardziej wyczuwalny. Bożodrzewny Kaprys wpatrywała się z oczekiwaniem w Ćmi Księżyc. Nie była ignorantką. Wiedziała, co działo się z Wiecznym Zaćmieniem. Nawet jeśli nie miała pewności, nawet jeśli chciała wierzyć w siostrę, musiała chociaż coś podejrzewać. – To była jakaś mieszanka… Chyba malwa, może mięta… Nie znam się tak dobrze na ziołach, przepraszam. Wydaje mi się, że mógł być tam czosnek, ale nie jestem pewien. Może Wieczne Zaćmienie się pomyliła i dała mi coś o odwrotnym efekcie. Nie wiem, naprawdę nie wiem – Ciało starszego zatrzęsło się w bólu.
– Zimowit. To mógł być Zimowit – wypaliła nagle Jagienka. Rozświetlona Skóra wydał z siebie głośne warknięcie.
– Nie wygaduj głupot, przybłędo – przerwał jej. Cały żal do samotniczek, do Terpsychory, do Zielonego Wzgórza wydawał się skupić na więźniarce, jedynej osobie, która wciąż była w jego zasięgu, którą wciąż mógł za cokolwiek obwiniać. Czy bał się, że Jagienka odbierze mu również Wieczne Zaćmienie?
Gdy ogon Ćmiego Księżyca opadł, coś ścisnęło serce Bożodrzewnego Kaprysu. Medyczka nie musiała nic mówić.
– Wyjdźcie. Potrzebuję miejsca do pracy. Zawołajcie Wieczne Zaćmienie – rozkazała Ćmi Księżyc przez ściśnięte gardło. Natychmiast ruszyła w stronę niechlujnie posortowanych ziół,
Bożodrzewny Kaprys powinna być przerażona. Powinna krzyczeć, powinna wyprzeć wszystko, co się stało, powinna zaprzeczyć, że jej córka, jej dziecko, jej kocię właśnie skazało kogoś niewinnego na śmierć. Przecież Wieczne Zaćmienie była tak zdolna, tak godna podziwu.
Może to dlatego Zielone Wzgórze nigdy się jej nie przyznała do tego, co zrobiła. Może wiedziała, że Bożodrzewny Kaprys tak naprawdę nie potrafiłaby za nią walczyć. Może rozumiała, że ich miłość od zawsze była skazana na porażkę, na rezygnację, na to puste spojrzenie, na bierną ciszę, gdy były rozrywane, rozdzielane.
Wojowniczka nie potrzebowała się oszukiwać. Rozumiała, jaka była prawda. Zielone Wzgórze była zdrajczynią, Wieczne Zaćmienie otruła Kornikową Korę, a Bożodrzewny Kaprys była całkowicie sama.
Pomimo starań medyczek, Kornikowa Kora tamtej nocy stał się ofiarą błędu, szaleństwa, cierpienia Wiecznego Zaćmienia.
Wpatrywała się w stos zwierzyny – nie tak wielki, jak za czasów świetności Klanu Klifu, lecz wystarczający, by wykarmić to, co z grupy zostało. Wojowniczka tylko raz odwiedziła groby zabitych w wojnie z Klanem Wilka i samotniczkami, by odmówić niemą modlitwę nad mogiłą matki. W tamtym momencie już dawno przestała czuć smutek. Wyobrażanie sobie nieruchomego ciała upokorzonej przywódczyni jedynie powiększało rosnącą w niej pustkę.
Przełknęła zbierającą się w jej pysku ślinę. Była taka głodna, ale nie mogła nic zjeść. Do nieustającego od wielu księżyców bólu klatki piersiowej niedawno dołączył ból brzucha. Musiała przeczekać najgorszy moment. Przecież w końcu musiało przejść, dokładnie tak jak wszystko inne.
Tak jak Zielone Wzgórze.
Nieobecność kotki stała się w pewnym sensie stanem domyślnym dla Bożodrzewa. Nie oczekiwała jej ciepła, gdy kładła się w legowisku. Nie spodziewała się zobaczyć jej pyska, gdy budziła się ze snu. Nie potrzebowała jej ciepłych zapewnień miłości. Zielone Wzgórze mogłaby równie dobrze nigdy nie istnieć.
Wzrok wojowniczki przyciągnął Rozświetlona Skóra, który prowadził w kierunku legowiska medyków rozglądającą się z niepokojem kotkę. Nieczęsto gościła w tej części obozu Klanu Klifu i Bożodrzew bardzo często zapominała, że wciąż się w nim znajduje. Jej obecność obudziła coś jednak w jej starym, pustym ciele. Niechętna ciekawość zachęciła ją do podejścia.
Nieczęsto chodziła do medyczek. Nie chciała patrzeć na swoje dwie córki, które marniały, niszczały, stawały się coraz odleglejsze. Nie odwiedzała często Wiecznego Zaćmienia. Nie dlatego, że chciała w jakiś sposób zaprzeczyć jej obecnej sytuacji – nie była kotem, który potrzebował okłamywać sam siebie. Wiedziała, co działo się z jej córką. Akceptowała to. Po prostu nie chciała być tego częścią. I tak nie potrafiłaby nic zmienić. Zielone Wzgórze jej to uświadomiła. Nie musiała na to patrzeć. Nie miała siły. Nie miała chęci.
Jagienka stała nieco na uboczu, niepewnie zerkając na Rozświetloną Skórę. Kocur nawet na nią nie patrzył, jednak całe jego ciało było wyraźnie spięte. Być może nie chciał jej widzieć. Być może nie chciał myśleć, o czym mu przypominała, z kim niegdyś była związana.
– Co się stało? – Głos Bożodrzewnego Kaprysu był chrapliwy, przypominającym o jej długim milczeniu, przerywanym jedynie bolesnym kaszlem. Nie, żeby miała do kogo otwierać pysk. Nie po tym, co miało miejsce.
Rozświetlona Skóra odwrócił się w jej stronę. Na powitanie z szacunkiem polizał ją po policzku.
– Więźniarka twierdzi, że podobno ją przewiało i że musi iść do medyczki – wyjaśnił, nie ukrywając irytacji kryjącej się w każdym słowie. Jagienka spięła się, rozglądając się strachliwie, i otworzyła pysk, jakby chcąc się wyjaśnić, wyjaśnić to, co powiedział wojownik. Nic jednak nie powiedziała. Jej zdanie i tak nie miało żadnego znaczenia. – Trzymałem wartę przy jej legowisku – mruknął z niezadowoleniem.
Bożodrzew kiwnęła głową, przyglądając się kotce. Jej widok z jakiegoś powodu bawił i obrzydzał wojowniczkę. Dziwna, gorzka mieszanka uczuć na krótką chwilę wypełniła jej ciało. Pamiętała, jak przyprowadzono Jagienkę do obozu, roztrzęsioną i przerażoną. Pamiętała reakcję Zielonego Wzgórza – cichą, niemal niezauważalną. Czy Bożodrzew już wtedy mogła się domyślić? Czy mogła się spodziewać, co nadejdzie?
Przywołana dźwiękiem ich głosów, z legowiska medyków wyłoniła się Ćmi Księżyc. Jej niewidzące, jasne oczy wbite były w punkt daleko za nimi. Bożodrzewny Kaprys przyzwyczaiła się do tego widoku. Może nawet to udało jej się zaakceptować.
– Jagienka potrzebuje dostać coś na katar – oznajmił Rozświetlona Skóra. Stojąca obok Jagienka w milczeniu wpatrywała się w uzdrowicielkę. Czy wiedziała, że była córką kotki, która razem z Terpsychorą zniszczyła Klan Klifu? Bożodrzew z ciekawością wodziła spojrzeniem między kotkami. Coś w biernej obserwacji dawało jej poczucie bezpieczeństwa, odrębności od sytuacji.
Ćmi Księżyc zrobiła krok w stronę Jagienki, jednak prawie natychmiast zatrzymała się. Jej uszy obróciły się w stronę dźwięku, a ciało spięło w oczekiwaniu.
– Ćmi Księżycu! Błagam, potrzebujemy pomocy! – okrzyk rozległ się gdzieś za plecami Bożodrzewnego Kaprysu. Kotka odwróciła głowę, by zobaczyć dwójkę starszych zbliżających się do legowiska. Półślepy Świstak wydawała się bliska upadku pod ciężarem słaniającego się brata, który podpierał się o nią. Oddech Kornikowej Kory był ciężki i urywany, a skurcze co jakiś czas wstrząsały jego ciałem. Cierpiał, uświadomiła sobie Bożodrzewny Kaprys. Ćmi Księżyc natychmiast odsunęła się od Jagienki, z dezorientacją wąchając powietrze. Nie mogła przecież wiedzieć, co się działo. Dwójka starszych zbliżyła się do legowiska.
– To pe-pewnie nic takiego. – Kornikowa Kora próbował się uśmiechnąć, jednak jego pysk natychmiast ścisnął ból. Wydał z siebie pełen cierpienia jęk, a łapy się pod nim zachwiały. Nim Bożodrzewny Kaprys zdążyła się poruszyć, Jagienka doskoczyła do boku starszego, podpierając go z drugiej strony. Futro na karku Rozświetlonej Skóry zafalowało, a jego gniewne spojrzenie po raz pierwszy od dłuższej chwili skupiło się na więźniarce. – Byłem niedawno u Wiecznego Zaćmienia po zioła na ból brzucha… Po prostu musiały jeszcze nie zadziałać, a mi się pogorszyło. Tak to już jest w moim wieku – zaśmiał się krótko, jednak jego oczy wodziły po legowisku medyków z zaniepokojeniem. Półślepy Świstak pokręciła głową, błagalnie wpatrując się w Ćmi Księżyc.
– Proszę, Ćmi Księżycu. Ledwo udało mu się tu dojść. To nie jest normalne.
Uzdrowicielka zmarszczyła nos, natychmiast podchodząc do pacjenta. Jagienka z pomocą Półślepego Świstaka pomogła Kornikowi położyć się na ziemi. Rozświetlona Skóra zacisnął zęby, jednak nie odezwał się, jedynie robiąc krok do tyłu i dając miejsce siostrze. Bolesny jęk starszego wywołany dotknięciem jego brzucha przez medyczkę rozbrzmiał w uszach Bożodrzewa. Przez jej ciało przeszedł niekontrolowany dreszcz. Czy tak miała wyglądać jej przyszłość? Poczuła potrzebę ucieczki z cuchnącego chorobą legowiska.
– Czy pamiętasz, co to były za zioła? – zapytała Ćmi Księżyc. Wzrok Kornikowej Kory, z każdą chwilą coraz mniej ostry, zatrzymał się na składziku z ziołami.
– Nie jestem pewien… Nie patrzę przecież medykom na łapy. Przecież wiecie lepiej ode mnie, co robicie. – Niepokój w jego głosie był coraz bardziej wyczuwalny. Bożodrzewny Kaprys wpatrywała się z oczekiwaniem w Ćmi Księżyc. Nie była ignorantką. Wiedziała, co działo się z Wiecznym Zaćmieniem. Nawet jeśli nie miała pewności, nawet jeśli chciała wierzyć w siostrę, musiała chociaż coś podejrzewać. – To była jakaś mieszanka… Chyba malwa, może mięta… Nie znam się tak dobrze na ziołach, przepraszam. Wydaje mi się, że mógł być tam czosnek, ale nie jestem pewien. Może Wieczne Zaćmienie się pomyliła i dała mi coś o odwrotnym efekcie. Nie wiem, naprawdę nie wiem – Ciało starszego zatrzęsło się w bólu.
– Zimowit. To mógł być Zimowit – wypaliła nagle Jagienka. Rozświetlona Skóra wydał z siebie głośne warknięcie.
– Nie wygaduj głupot, przybłędo – przerwał jej. Cały żal do samotniczek, do Terpsychory, do Zielonego Wzgórza wydawał się skupić na więźniarce, jedynej osobie, która wciąż była w jego zasięgu, którą wciąż mógł za cokolwiek obwiniać. Czy bał się, że Jagienka odbierze mu również Wieczne Zaćmienie?
Gdy ogon Ćmiego Księżyca opadł, coś ścisnęło serce Bożodrzewnego Kaprysu. Medyczka nie musiała nic mówić.
– Wyjdźcie. Potrzebuję miejsca do pracy. Zawołajcie Wieczne Zaćmienie – rozkazała Ćmi Księżyc przez ściśnięte gardło. Natychmiast ruszyła w stronę niechlujnie posortowanych ziół,
Bożodrzewny Kaprys powinna być przerażona. Powinna krzyczeć, powinna wyprzeć wszystko, co się stało, powinna zaprzeczyć, że jej córka, jej dziecko, jej kocię właśnie skazało kogoś niewinnego na śmierć. Przecież Wieczne Zaćmienie była tak zdolna, tak godna podziwu.
Może to dlatego Zielone Wzgórze nigdy się jej nie przyznała do tego, co zrobiła. Może wiedziała, że Bożodrzewny Kaprys tak naprawdę nie potrafiłaby za nią walczyć. Może rozumiała, że ich miłość od zawsze była skazana na porażkę, na rezygnację, na to puste spojrzenie, na bierną ciszę, gdy były rozrywane, rozdzielane.
Wojowniczka nie potrzebowała się oszukiwać. Rozumiała, jaka była prawda. Zielone Wzgórze była zdrajczynią, Wieczne Zaćmienie otruła Kornikową Korę, a Bożodrzewny Kaprys była całkowicie sama.
Pomimo starań medyczek, Kornikowa Kora tamtej nocy stał się ofiarą błędu, szaleństwa, cierpienia Wiecznego Zaćmienia.
04 sierpnia 2025
Od Bożodrzewnego Kaprysu
Bożodrzewny Kaprys nie potrafiła już nawet określić, co ją bolało. Być może był to jedynie ból cielesny, krzyk starego, zmęczonego ciała, płuc, które od księżyców nie chciały się wyleczyć, mięśni, które z każdym dniem coraz mocniej ją zawodziły.
Miała jednak wrażenie, że bardziej bolało ją patrzenie na Zielone Wzgórze. Myślenie o kłamstwach, które wypowiedziała. Wyobrażanie sobie krwi, którą przelała. Czemu nic jej nie powiedziała? Czemu jej nie ufała? Bożodrzew nie potrafiła tego zrozumieć. Nie mogła. Zielone Wzgórze nic jej nie wytłumaczyła.
Coś w końcu tej relacji było dla niej śmieszne. Groteskowe. Tyle wspólnych księżyców, wspólnych wspomnień. Czy nic dla niej nie znaczyły? Co z ich kociętami? Czy kiedy zabijała Zagubiony Obuwik, zdradzała Klan Klifu, chociaż raz pomyślała o ich kociętach?! Czy chociaż raz pomyślała o kimkolwiek poza sobą?!
Zielone Wzgórze była taką egoistką. Bożodrzewny Kaprys nie rozumiała, dlaczego wcześniej tego nie zauważyła.
Być może to była wina samej Bożodrzew. Być może sprawiła, że Zielone Wzgórze czuła, że nie może jej zaufać. Być może w jakiś sposób ją zraniła, zaniedbała. Nie wiedziała tylko w którym momencie. Nie rozumiała, czemu partnerka nie potrafiła jej tego po prostu powiedzieć.
Gdyby tylko jej powiedziała. Przecież Bożodrzew by jej pomogła. W czymkolwiek miała trudność. Z czymkolwiek walczyła.
Bożodrzewny Kaprys od zawsze czuła, że jest wybrakowana. Nie była empatyczna. Nie była emocjonalna. Nie miała łatwości w poznawaniu innych kotów. Uważała Zielone Wzgórze za wzór, którym mogła się kierować, za ideał, którym nigdy nie mogła się stać. Czy to również było kłamstwem?
Nie rozumiała. Nie chciała rozumieć.
Miała jednak wrażenie, że bardziej bolało ją patrzenie na Zielone Wzgórze. Myślenie o kłamstwach, które wypowiedziała. Wyobrażanie sobie krwi, którą przelała. Czemu nic jej nie powiedziała? Czemu jej nie ufała? Bożodrzew nie potrafiła tego zrozumieć. Nie mogła. Zielone Wzgórze nic jej nie wytłumaczyła.
Coś w końcu tej relacji było dla niej śmieszne. Groteskowe. Tyle wspólnych księżyców, wspólnych wspomnień. Czy nic dla niej nie znaczyły? Co z ich kociętami? Czy kiedy zabijała Zagubiony Obuwik, zdradzała Klan Klifu, chociaż raz pomyślała o ich kociętach?! Czy chociaż raz pomyślała o kimkolwiek poza sobą?!
Zielone Wzgórze była taką egoistką. Bożodrzewny Kaprys nie rozumiała, dlaczego wcześniej tego nie zauważyła.
Być może to była wina samej Bożodrzew. Być może sprawiła, że Zielone Wzgórze czuła, że nie może jej zaufać. Być może w jakiś sposób ją zraniła, zaniedbała. Nie wiedziała tylko w którym momencie. Nie rozumiała, czemu partnerka nie potrafiła jej tego po prostu powiedzieć.
Gdyby tylko jej powiedziała. Przecież Bożodrzew by jej pomogła. W czymkolwiek miała trudność. Z czymkolwiek walczyła.
Bożodrzewny Kaprys od zawsze czuła, że jest wybrakowana. Nie była empatyczna. Nie była emocjonalna. Nie miała łatwości w poznawaniu innych kotów. Uważała Zielone Wzgórze za wzór, którym mogła się kierować, za ideał, którym nigdy nie mogła się stać. Czy to również było kłamstwem?
Nie rozumiała. Nie chciała rozumieć.
30 czerwca 2025
Od Bożodrzewnego Kaprysu
Kaszel wstrząsnął ciałem Bożodrzew. Przystanęła, łapiąc powietrze w obolałe płuca. Chrząknęła i potrząsnęła łbem. Co się z nią działo?
– Długo ci nie przechodzi. – Zielone Wzgórze zlustrowała ją zmartwionym spojrzeniem. Wojowniczka parsknęła, przewracając oczami.
– Jakbym się martwiła jakimś kaszlem – prychnęła, starając się nie przypominać sobie o kaszlu, który niemal zabił ją wiele księżyców temu. Czułaby, gdyby działo się coś naprawdę złego. Być może na starość po prostu dopadły ją powracające duszności? Machnęła ogonem ku partnerce. – Chodźmy bliżej Złotych Kłosów – mruknęła, ocierając ogon o bok drugiej kotki. Zielone Wzgórze zamruczała cicho.
– Złotych Kłosów? – zapytała, przekrzywiając głowę. – Zwykle chodzimy polować bliżej Sowiego Strażnika.
Bożodrzewny Kaprys strzepnęła uszami.
– Każdemu przyda się zmiana – rzuciła. Odgłos kroków Zielonego Wzgórza ustał. Bożodrzew podwróciła głowę w stronę partnerki. – Wszystko w porządku? Jeśli nie chcesz iść polować przy Złotych Kłosach, możemy iść gdzie indziej. Słyszałam, że Mroźny Wicher widział tam mnóstwo myszy, dlatego zaproponowałam. Poza tym pomyślałam, że możesz chcieć zobaczyć się z Taniec.
Cień niepewności przemknął przez pysk Zielonego Wzgórza.
– O nie, to nie problem, po prostu… Chyba nie chcę się z nią dzisiaj widzieć – wymruczała, ważąc każde słowo. Szybko podniosła głowę, a na jej pysku ponownie zalśnił radosny uśmiech. – Poza tym, to miał być nasz dzień! Nie uciekniesz ode mnie tak łatwo. – Mrugnęła okiem, a Bożodrzew poczuła, jak gorąco wkrada się pod jej futro. Wymamrotała coś niewyraźnego w odpowiedzi. Zielone Wzgórze zaśmiała się cicho i wyszła na prowadzenie. Przez chwilę szły w ciszy, a ich krokom akompaniował jedynie szczebiot ptaków.
Coś jednak nie dawało spokoju Bożodrzewnemu Kaprysowi.
– Nie byłyście kiedyś przyjaciółkami?
Zielone Wzgórze przystanęła. Przez chwilę milczała, wpatrując się w rozciągającą się przed nią równinę. Bożodrzew zrobiła krok w jej stronę, jednak zatrzymała się. Czy powiedziała coś złego? Myślała, że kotce będzie zależeć na odnowieniu znajomości z Taniec. Kto miał podołać takiemu zadaniu, jeśli nie ona? Przecież wszyscy ją kochali.
Kotka odwróciła głowę w kierunku partnerki. Uśmiechała się, jednak nie biła od niej radość, do której Bożodrzewny Kaprys była tak przyzwyczajona. Zielone Wzgórze uśmiechała się smutno. Z żalem. Z tęsknotą. Z emocjami, których Bożodrzew nie potrafiła nazwać.
– Kiedyś tak.
Niewypowiedziane słowa wisiały w powietrzu.
– Długo ci nie przechodzi. – Zielone Wzgórze zlustrowała ją zmartwionym spojrzeniem. Wojowniczka parsknęła, przewracając oczami.
– Jakbym się martwiła jakimś kaszlem – prychnęła, starając się nie przypominać sobie o kaszlu, który niemal zabił ją wiele księżyców temu. Czułaby, gdyby działo się coś naprawdę złego. Być może na starość po prostu dopadły ją powracające duszności? Machnęła ogonem ku partnerce. – Chodźmy bliżej Złotych Kłosów – mruknęła, ocierając ogon o bok drugiej kotki. Zielone Wzgórze zamruczała cicho.
– Złotych Kłosów? – zapytała, przekrzywiając głowę. – Zwykle chodzimy polować bliżej Sowiego Strażnika.
Bożodrzewny Kaprys strzepnęła uszami.
– Każdemu przyda się zmiana – rzuciła. Odgłos kroków Zielonego Wzgórza ustał. Bożodrzew podwróciła głowę w stronę partnerki. – Wszystko w porządku? Jeśli nie chcesz iść polować przy Złotych Kłosach, możemy iść gdzie indziej. Słyszałam, że Mroźny Wicher widział tam mnóstwo myszy, dlatego zaproponowałam. Poza tym pomyślałam, że możesz chcieć zobaczyć się z Taniec.
Cień niepewności przemknął przez pysk Zielonego Wzgórza.
– O nie, to nie problem, po prostu… Chyba nie chcę się z nią dzisiaj widzieć – wymruczała, ważąc każde słowo. Szybko podniosła głowę, a na jej pysku ponownie zalśnił radosny uśmiech. – Poza tym, to miał być nasz dzień! Nie uciekniesz ode mnie tak łatwo. – Mrugnęła okiem, a Bożodrzew poczuła, jak gorąco wkrada się pod jej futro. Wymamrotała coś niewyraźnego w odpowiedzi. Zielone Wzgórze zaśmiała się cicho i wyszła na prowadzenie. Przez chwilę szły w ciszy, a ich krokom akompaniował jedynie szczebiot ptaków.
Coś jednak nie dawało spokoju Bożodrzewnemu Kaprysowi.
– Nie byłyście kiedyś przyjaciółkami?
Zielone Wzgórze przystanęła. Przez chwilę milczała, wpatrując się w rozciągającą się przed nią równinę. Bożodrzew zrobiła krok w jej stronę, jednak zatrzymała się. Czy powiedziała coś złego? Myślała, że kotce będzie zależeć na odnowieniu znajomości z Taniec. Kto miał podołać takiemu zadaniu, jeśli nie ona? Przecież wszyscy ją kochali.
Kotka odwróciła głowę w kierunku partnerki. Uśmiechała się, jednak nie biła od niej radość, do której Bożodrzewny Kaprys była tak przyzwyczajona. Zielone Wzgórze uśmiechała się smutno. Z żalem. Z tęsknotą. Z emocjami, których Bożodrzew nie potrafiła nazwać.
– Kiedyś tak.
Niewypowiedziane słowa wisiały w powietrzu.
01 czerwca 2025
Od Bożodrzewnego Kaprysu
Bożodrzew nie rozumiała Liściastej Gwiazdy. Co matka myślała? Dlaczego zdecydowała się na sojusz z samotniczkami?
Przywódczyni rozmawiała o czymś z Judaszowcem. Jej ogon raz po raz uderzał o ziemię. Zastrzygła uszami. Bożodrzewny Kaprys prychnęła pod nosem. Matka nie wyglądała na przywódcę. Nie biła od niej pewność siebie i stanowczość. Czy dogadała się z Taniec i jej dzikusami tylko dlatego, że nie miała serca odbierać im źródła pożywienia? Czy o to chodziło? Liściasta Gwiazda miała zbyt dobre serce na rolę, która została jej przeznaczona. Wojowniczka zacisnęła zęby. Naprawdę nie rozumiała.
Czasami zastanawiała się, czy postąpili właściwie, oddając władzę w łapy Liściastej Gwiazdy. Decyzja Przyczajonej Kani o przydzieleniu roli kotce zawsze wydawała jej się strasznie nagła i nieuzasadniona. Skąd mogli wiedzieć, czy staruch nie wybrał na zastępcę pierwszego lepszego kota z tłumu? Musiał już wiedzieć, że ucieknie. Być może nigdy tak naprawdę nie obchodził go dobrobyt Klanu Klifu. Być może mścił się za to, jak był traktowany. Zastępca przeklętego przywódcy. Sługusa Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
To zabawne – myśleć tak o własnej matce. Powinna ją podziwiać. Powinna się cieszyć. Im dłużej to jednak trwało, tym większe wątpliwości miała. Patrzyła na Liściastą Gwiazdę i nie widziała przywódczyni, a przestraszoną, niepewną kotkę o zbyt wielkim sercu. Nie chciała tak myśleć. Nie chciała sądzić, że jej własna matka się nie nadawała, że robiła coś źle.
Bożodrzew westchnęła i przymknęła oczy. Wyraźnie tak musiało być.
Przywódczyni rozmawiała o czymś z Judaszowcem. Jej ogon raz po raz uderzał o ziemię. Zastrzygła uszami. Bożodrzewny Kaprys prychnęła pod nosem. Matka nie wyglądała na przywódcę. Nie biła od niej pewność siebie i stanowczość. Czy dogadała się z Taniec i jej dzikusami tylko dlatego, że nie miała serca odbierać im źródła pożywienia? Czy o to chodziło? Liściasta Gwiazda miała zbyt dobre serce na rolę, która została jej przeznaczona. Wojowniczka zacisnęła zęby. Naprawdę nie rozumiała.
Czasami zastanawiała się, czy postąpili właściwie, oddając władzę w łapy Liściastej Gwiazdy. Decyzja Przyczajonej Kani o przydzieleniu roli kotce zawsze wydawała jej się strasznie nagła i nieuzasadniona. Skąd mogli wiedzieć, czy staruch nie wybrał na zastępcę pierwszego lepszego kota z tłumu? Musiał już wiedzieć, że ucieknie. Być może nigdy tak naprawdę nie obchodził go dobrobyt Klanu Klifu. Być może mścił się za to, jak był traktowany. Zastępca przeklętego przywódcy. Sługusa Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
To zabawne – myśleć tak o własnej matce. Powinna ją podziwiać. Powinna się cieszyć. Im dłużej to jednak trwało, tym większe wątpliwości miała. Patrzyła na Liściastą Gwiazdę i nie widziała przywódczyni, a przestraszoną, niepewną kotkę o zbyt wielkim sercu. Nie chciała tak myśleć. Nie chciała sądzić, że jej własna matka się nie nadawała, że robiła coś źle.
Bożodrzew westchnęła i przymknęła oczy. Wyraźnie tak musiało być.
30 kwietnia 2025
Od Bożodrzewnego Kaprysu CD. Źródlanej Łapy
Wpatrywała się w Ćmi Księżyc. Kotka pracowała w ciszy, układając zioła o silnym zapachu na niewielkie kupki. Zmętniałe spojrzenie jej oczu wbite było w przestrzeń. Bożodrzewny Kaprys poczuła gorycz wypełniającą jej pysk. Klanie Gwiazdy. To było dziecko. Nie potrafiła tego zrozumieć.
– Jak dawno zaczęły się te problemy? – medyczka przerwała milczenie. Bożodrzew wzruszyła ramionami.
– Kilka tygodni temu? Nie wiem właściwie – mruknęła bez przekonania. – Nie musisz się martwić. To pewnie jakiś uciążliwy biały kaszel.
Ćmi Księżyc strzepnęła ogonem. Nie wyglądała na przekonaną. Schyliła się ku stercie ziół, obwąchując je kilkakrotnie. Nagle chwyciła kępę liści w zęby. Ku zaskoczeniu Bożodrzew, zamiast rzucić je matce pod łapy, wymaszerowała z legowiska medyków. Przez chwilę stała w bezruchu, jakby zastanawiając się nad czymś. Wojowniczka przekrzywiła głowę. Co Księżyc robiła? Po co…
Oh. No tak. Poczuła ucisk w piersi. Powinna to zaakceptować. Powinna wierzyć w ścieżkę Klanu Gwiazdy. Przodkowie przeznaczyli Ćmiemu Księżycowi wspaniałą rolę. Nie mogła wątpić w ich mądrość. Nie skrzywdziliby jej kocięcia, gdyby nie mieli w tym celu.
– Hej, Księżyc – zamruczała. Kotka nie odwróciła głowy, jednak jej uszy skierowały się ku Bożodrzew. – Robisz naprawdę dużo. Jestem dumna. – Miała nadzieję, że niewypowiedziane słowa wybrzmiały wystarczająco głośno. Robisz tak wiele. Zbyt wiele. Nie musisz poświęcać się dla całego klanu. Zostaw to innym. Jesteś zbyt wartościowa. – Mam nadzieję, że o tym wiesz.
Ćmi Księżyc obróciła się ku niej. Rzuciła pod jej łapy wybrane lekarstwa.
– Dziękuję – odpowiedziała, a Bożodrzew mogła przysiąc, że widzi błysk w jej ślepych oczach. Podsunęła matce kupkę ziół. – Proszę, to powinno ci pomóc z oddychaniem. Wróć do mnie jutro, zobaczymy, jak będziesz się czuć.
Bożodrzew parsknęła głośno, obruszona.
– Nie martw się, jeszcze nie umieram – zaśmiała się krótko. Bez sprzeciwu połknęła przygotowane dla niej lekarstwo. Nieprzyjemny smak rozpłynął się po jej języku. Podniosła się, ruszając ku wyjściu z legowiska. Ćmi Księżyc ruszyła za nią. Czy chciała ją odprowadzić? Czy naprawdę myślała, że matka zaraz padnie przed nią trupem? – Zielone Wzgórze byłaby zła.
Niedaleko legowiska wojowników siedziała dwójka uczniów. No tak. Łuna. Bożodrzew miała nadzieję, że zdąży skoczyć do Ćmiego Księżyca, nim terminatorka zdąży się przygotować do wyjścia na trening. Nie rozumiała, skąd w kotce tyle chęci do pracy. W jej wieku wolała się wylegiwać i syczeć na każdego, kto ośmieliłby się ją obudzić. Źródlana Łapa oderwała się od rozmowy z bratem i szybko zbliżyła się ku kotkom.
– Dzień dobry – przywitała się grzecznie. Była bardzo uprzejmym dzieckiem, zdecydowanie zbyt dobrze ułożonym jak na dziecko Judy. – Chciałam się zapytać, czy gdzieś dzisiaj idziemy, ale jeżeli jest pani zajęta, to mogę poczekać – zmarszczyła brwi. – Mogłabym też zawsze wyjść z ojcem i Blaskiem, jeżeli coś jest nie tak – dodała, wskazując nieznacznym ruchem głowy na medyczkę.
Suchy kaszel wyrwał się z piersi Bożodrzew. Odchrząknęła. Zaniepokojone spojrzenie Źródlanej Łapy wprawiło ją w dyskomfort. Czy naprawdę wyglądała aż tak beznadziejnie? Jasne, księżyce jej młodości już dawno minęły, ale na pewno nie mogło być aż tak źle, prawda? Postanowiła odebrać to jako obrazę.
– Nie, wszystko w porządku. – Pokręciła głową. – Poza tym nie dam ci trenować z Judą, jeszcze przesiąkniesz jego głupotą – parsknęła, a uczennica spojrzała na nią z zaskoczeniem. Nie wyglądała na przyzwyczajoną do słyszenia kotów tak otwarcie negatywnie wypowiadających się o zastępcy.
Wojowniczka machnęła ogonem na Źródlaną Łapę, zachęcając ją do wyjścia z obozu. Kotka szybko poderwała się i ruszyła za mentorką. Ćmi Księżyc kiwnęła głową w ich kierunku.
Wyszły z obozu, podążając znaną im obu ścieżką. Płatki śniegu leniwie opadały na ziemię. To był jeden z tych niewielu momentów, gdy Bożodrzew cieszyła się ze swojego śnieżnobiałego futra. Lubiła wyobrażać sobie, że zupełnie wtapia się w otaczającą ją naturę – chowa się przed każdym, kto cokolwiek od niej chciał i zasypia gdzieś, skulona w jeszcze ciepłej norze. Zielone Wzgórze zauważyła kiedyś, że większość marzeń Bożodrzew obraca się wokół odpoczynku. Sama Bożo nie widziała w tym zupełnie nic dziwnego.
– Idziemy do lasu – oznajmiła. – Musimy wyćwiczyć to polowanie.
Źródlana Łapa pokiwała głową, dotrzymując kroku mentorce. Wojowniczka naprawdę czasami zastanawiała się, kto ją wychował. Na pewno nie jej brat. Była na to zbyt grzeczna i posłuszna.
Bożodrzewny Kaprys strzepnęła uszami i przystanęła. Odwróciła głowę ku uczennicy.
– No, wiesz co robić – rzuciła jakby od niechcenia.
Źródlana Łapa powąchała powietrze i ruszyła ku kępom roślin. Wojowniczka zmarszczyła nos. Kotka zaczynała swoje poszukiwania zwierzyny w dobrym miejscu, jednak jej ruchy wciąż wydawały się zbyt sztywne. Bożodrzew musiała jej zwrócić na to uwagę. Wspólne polowania i obserwowanie ruchów drugiego kota przynosiło na myśl wspomnienia treningów ze Stokrotkową Pieśnią. To było w sumie przyjemne – niczym powrót do młodości.
Nagle ciało wojowniczki drgnęło niespodziewanie. Coś dużego coś zaszeleściło w gęstwinie.
– Pani Bożodrzew? – Uczennica wpatrywała się gęste skupisko krzewów jeżyn. Wyrwana z zamyślenia Bożodrzew poderwała się, niemal natychmiast znajdując się przy uczennicy. Stała pod wiatr względem źródła hałasu. Nie wiedziała, co czaiło się w krzakach. Była jednak pewna, że wcześniej nieruchomy intruz teraz zbliżał się w ich stronę.
Psiakrew.
Bożodrzew wydała z siebie głośny, ostrzegawczy warkot. Powoli wysunęła się przed uczennicę, stając między domniemanym napastnikiem a młodą kotką. Klanie Gwiazdy i po co tak wszystko komplikować?! Przecież Juda ją zabije, jeśli Źródlanej Łapie coś się stanie. Najeżyła futro, gniewnym spojrzeniem wpatrując się w gęstwinę.
– Kimkolwiek jesteś, wychodź!
– Jak dawno zaczęły się te problemy? – medyczka przerwała milczenie. Bożodrzew wzruszyła ramionami.
– Kilka tygodni temu? Nie wiem właściwie – mruknęła bez przekonania. – Nie musisz się martwić. To pewnie jakiś uciążliwy biały kaszel.
Ćmi Księżyc strzepnęła ogonem. Nie wyglądała na przekonaną. Schyliła się ku stercie ziół, obwąchując je kilkakrotnie. Nagle chwyciła kępę liści w zęby. Ku zaskoczeniu Bożodrzew, zamiast rzucić je matce pod łapy, wymaszerowała z legowiska medyków. Przez chwilę stała w bezruchu, jakby zastanawiając się nad czymś. Wojowniczka przekrzywiła głowę. Co Księżyc robiła? Po co…
Oh. No tak. Poczuła ucisk w piersi. Powinna to zaakceptować. Powinna wierzyć w ścieżkę Klanu Gwiazdy. Przodkowie przeznaczyli Ćmiemu Księżycowi wspaniałą rolę. Nie mogła wątpić w ich mądrość. Nie skrzywdziliby jej kocięcia, gdyby nie mieli w tym celu.
– Hej, Księżyc – zamruczała. Kotka nie odwróciła głowy, jednak jej uszy skierowały się ku Bożodrzew. – Robisz naprawdę dużo. Jestem dumna. – Miała nadzieję, że niewypowiedziane słowa wybrzmiały wystarczająco głośno. Robisz tak wiele. Zbyt wiele. Nie musisz poświęcać się dla całego klanu. Zostaw to innym. Jesteś zbyt wartościowa. – Mam nadzieję, że o tym wiesz.
Ćmi Księżyc obróciła się ku niej. Rzuciła pod jej łapy wybrane lekarstwa.
– Dziękuję – odpowiedziała, a Bożodrzew mogła przysiąc, że widzi błysk w jej ślepych oczach. Podsunęła matce kupkę ziół. – Proszę, to powinno ci pomóc z oddychaniem. Wróć do mnie jutro, zobaczymy, jak będziesz się czuć.
Bożodrzew parsknęła głośno, obruszona.
– Nie martw się, jeszcze nie umieram – zaśmiała się krótko. Bez sprzeciwu połknęła przygotowane dla niej lekarstwo. Nieprzyjemny smak rozpłynął się po jej języku. Podniosła się, ruszając ku wyjściu z legowiska. Ćmi Księżyc ruszyła za nią. Czy chciała ją odprowadzić? Czy naprawdę myślała, że matka zaraz padnie przed nią trupem? – Zielone Wzgórze byłaby zła.
Niedaleko legowiska wojowników siedziała dwójka uczniów. No tak. Łuna. Bożodrzew miała nadzieję, że zdąży skoczyć do Ćmiego Księżyca, nim terminatorka zdąży się przygotować do wyjścia na trening. Nie rozumiała, skąd w kotce tyle chęci do pracy. W jej wieku wolała się wylegiwać i syczeć na każdego, kto ośmieliłby się ją obudzić. Źródlana Łapa oderwała się od rozmowy z bratem i szybko zbliżyła się ku kotkom.
– Dzień dobry – przywitała się grzecznie. Była bardzo uprzejmym dzieckiem, zdecydowanie zbyt dobrze ułożonym jak na dziecko Judy. – Chciałam się zapytać, czy gdzieś dzisiaj idziemy, ale jeżeli jest pani zajęta, to mogę poczekać – zmarszczyła brwi. – Mogłabym też zawsze wyjść z ojcem i Blaskiem, jeżeli coś jest nie tak – dodała, wskazując nieznacznym ruchem głowy na medyczkę.
Suchy kaszel wyrwał się z piersi Bożodrzew. Odchrząknęła. Zaniepokojone spojrzenie Źródlanej Łapy wprawiło ją w dyskomfort. Czy naprawdę wyglądała aż tak beznadziejnie? Jasne, księżyce jej młodości już dawno minęły, ale na pewno nie mogło być aż tak źle, prawda? Postanowiła odebrać to jako obrazę.
– Nie, wszystko w porządku. – Pokręciła głową. – Poza tym nie dam ci trenować z Judą, jeszcze przesiąkniesz jego głupotą – parsknęła, a uczennica spojrzała na nią z zaskoczeniem. Nie wyglądała na przyzwyczajoną do słyszenia kotów tak otwarcie negatywnie wypowiadających się o zastępcy.
Wojowniczka machnęła ogonem na Źródlaną Łapę, zachęcając ją do wyjścia z obozu. Kotka szybko poderwała się i ruszyła za mentorką. Ćmi Księżyc kiwnęła głową w ich kierunku.
Wyszły z obozu, podążając znaną im obu ścieżką. Płatki śniegu leniwie opadały na ziemię. To był jeden z tych niewielu momentów, gdy Bożodrzew cieszyła się ze swojego śnieżnobiałego futra. Lubiła wyobrażać sobie, że zupełnie wtapia się w otaczającą ją naturę – chowa się przed każdym, kto cokolwiek od niej chciał i zasypia gdzieś, skulona w jeszcze ciepłej norze. Zielone Wzgórze zauważyła kiedyś, że większość marzeń Bożodrzew obraca się wokół odpoczynku. Sama Bożo nie widziała w tym zupełnie nic dziwnego.
– Idziemy do lasu – oznajmiła. – Musimy wyćwiczyć to polowanie.
Źródlana Łapa pokiwała głową, dotrzymując kroku mentorce. Wojowniczka naprawdę czasami zastanawiała się, kto ją wychował. Na pewno nie jej brat. Była na to zbyt grzeczna i posłuszna.
Bożodrzewny Kaprys strzepnęła uszami i przystanęła. Odwróciła głowę ku uczennicy.
– No, wiesz co robić – rzuciła jakby od niechcenia.
Źródlana Łapa powąchała powietrze i ruszyła ku kępom roślin. Wojowniczka zmarszczyła nos. Kotka zaczynała swoje poszukiwania zwierzyny w dobrym miejscu, jednak jej ruchy wciąż wydawały się zbyt sztywne. Bożodrzew musiała jej zwrócić na to uwagę. Wspólne polowania i obserwowanie ruchów drugiego kota przynosiło na myśl wspomnienia treningów ze Stokrotkową Pieśnią. To było w sumie przyjemne – niczym powrót do młodości.
Nagle ciało wojowniczki drgnęło niespodziewanie. Coś dużego coś zaszeleściło w gęstwinie.
– Pani Bożodrzew? – Uczennica wpatrywała się gęste skupisko krzewów jeżyn. Wyrwana z zamyślenia Bożodrzew poderwała się, niemal natychmiast znajdując się przy uczennicy. Stała pod wiatr względem źródła hałasu. Nie wiedziała, co czaiło się w krzakach. Była jednak pewna, że wcześniej nieruchomy intruz teraz zbliżał się w ich stronę.
Psiakrew.
Bożodrzew wydała z siebie głośny, ostrzegawczy warkot. Powoli wysunęła się przed uczennicę, stając między domniemanym napastnikiem a młodą kotką. Klanie Gwiazdy i po co tak wszystko komplikować?! Przecież Juda ją zabije, jeśli Źródlanej Łapie coś się stanie. Najeżyła futro, gniewnym spojrzeniem wpatrując się w gęstwinę.
– Kimkolwiek jesteś, wychodź!
< Źródlana Łapo? >
[844 słowa]
[przyznano 8%]
06 stycznia 2025
Od Bożodrzewnego Kaprysu
Bujna trawa zaszeleściła i ugięła się pod podmuchem wiatru, a ciemne chmury zasnuły niebo, przysłaniając prażące jak dotąd słońce. Bożodrzewny Kaprys otworzyła pysk, wdychając gorące powietrze. Słony posmak krwi świeżo upolowanej nornicy rozpłynął się po jej języku.
– Będzie padać – mruknęła. Stokrotkowa Pieśń wystawił łeb z suchej kępy chwastów. Przez chwilę nasłuchiwał w bezruchu, po czym kiwnął głową. – Zbierajmy się.
– Chwila. – Kocur ponownie opadł do pozycji łowieckiej. Bożodrzewny Kaprys podążyła za jego spojrzeniem i dostrzegła małego ptaszka o pięknym czarno-białym upierzeniu. Wydziobywał z ziemi niewielkie robaki, nie spodziewając się nadchodzącego ataku. Wojowniczka zmarszczyła nos. Była pewna, że Zielone Wzgórze wspomniała kiedyś nazwę tego gatunku, ale nie potrafiła sobie jej przypomnieć.
Stokrotkowa Pieśń bezszelestnie zmniejszył odległość między nim a zwierzyną. Całe ciało miał napięte, przygotowując się do skoku. Bożodrzew poczuła nagły przypływ dumy – to był jej uczeń, jej własny uczeń, który wyrósł na wspaniałego wojownika. Ciekawe czy Dzwonkowy Szmer kiedykolwiek pomyślał tak o niej. Nie, pewnie nie – uśmiechnęła się pod nosem. Była najbardziej irytującą uczennicą pod słońcem.
Ptaszek podniósł nagle łebek, lustrując otoczenie swoimi czarnymi ślepiami. Usłyszawszy chrzęst jakiegoś złamanego patyka lub szelest poruszonej przez Stokrotka trawy, zwierzak wyczuł zbliżające się zagrożenie. Zatrzepotał skrzydełkami, próbując poderwać się do lotu, jednak był zbyt wolny – zęby kocura zacisnęły się na jego małym ciałku. Rozległ się chrzęst łamanego kręgosłupa, a w powietrzu uniósł się zapach krwi. Bożodrzew kiwnęła głową z aprobatą.
Srokosz. To był srokosz.
Pierwsze krople deszczu wsiąknęły w białe futro wojowniczki. Kotka otrząsnęła się i prychnęła z niezadowoleniem.
– Idziemy stąd. Nie zamierzam moknąć.
Wiotkie ciało nornicy uderzyło o ziemię. Bożodrzew oblizała się, czując resztki futra zwierzęcia na języku. Krytycznym spojrzeniem obrzuciła stos zwierzyny – był mniejszy niż zazwyczaj w tym sezonie. Po krótkim zastanowieniu chwyciła pulchnego wróbla. Powolnym krokiem skierowała się w kąt obozu. Kropienie deszczu zostało zagłuszone przez huk wodospadu. Zapanował przyjemny chłód. Wojowniczka usiadła na kupce suchej trawy i zabrała się za posiłek.
– Mogę?
Podniosła wzrok. Stojący nad Bławatkowy Wschód przestąpił niezręcznie z łapy na łapę.
– Pewnie – mruknęła bez przekonania. Bławatek usadowił się na mchu obok niej i zaczął czyścić sobie futro. Spojrzała na niego z ukosa. Czasami przychodził do niej i towarzyszył w patrolach lub podczas odpoczynku w obozie. Nie rozumiała do końca, dlaczego to robił. Być może uważał ich za znajomych po spędzonym razem czasie w żłobku.
– Skończyłaś na dzisiaj? – zagadnął po chwili ciszy. Bożodrzew parsknęła.
– Taki jest plan. Jeśli Przyczajona Kania zechce mnie wziąć jeszcze na wieczorny patrol, wrzucę mu kamienie do legowiska – oznajmiła. Bławatkowy Wschód zaśmiał się krótko. Zamilkli. Kotka zastrzygła uszami z zakłopotaniem. Nie potrafiła prowadzić rozmów. Zaczęła wodzić spojrzeniem po obozie, szukając czegokolwiek, o czym mogłaby porozmawiać z wojownikiem. Siedzenie w ciszy wydawało się zbyt stresujące.
– Jak radzi sobie twój brat? – Bławatkowy Wschód wyraźnie podążył za jej spojrzeniem i dostrzegł krzątającego się po obozie Judaszowca w towarzystwie swoich strażników. Bożodrzew skrzywiła się. Ze wszystkich tematów, które mógł sobie wybrać, wybrał akurat ten.
– Nie wiem. Nie pozwolili mi z nim porozmawiać – parsknęła z irytacją. Wojownik pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Judaszowiec jest dobrym kotem. Poświęcił się – westchnął. Bożodrzew zmarszczyła nos. Nie wiedziała, co myśleć o mitologizowaniu czynu brata. Sprzeciwił się Srokoszowej Gwieździe. Zadziałał w słusznej sprawie. Kot, który skrzywdził jej córkę, powinien zostać ukarany. Srokoszowa Gwiazda stchórzył. Czy naprawdę konflikt Judaszowca z liderem był walką dobra ze złem? Klanu Gwiazdy z Mrocznym Lasem?
– Wiem – odpowiedziała krótko. Wpatrywała się w Judę w bezruchu. Biedna Liściasty Wir, tak bardzo się o niego martwiła. Matka od dawna wiernie powtarzała każde słowo wypowiedziane przez syna na temat Klanu Gwiazdy, jednak dopiero teraz zapłonęła w niej wściekłość w stosunku do przywódcy.
– Musi ci być ciężko – mruknął Bławatek. Bożodrzew skrzywiła się. – Gdyby cokolwiek groziło Mroźnemu Wichrowi i Pietruszkowej Błyskawicy… – pokręcił głową – Nie pozwoliłbym na to. Srokoszowa Gwiazda zapłaciłby za skrzywdzenie mojej rodziny.
– Każdy tak mówi – prychnęła. Pomyślała o Liściastym Wirze, która patrzyła na cierpienie swojego dziecka. Pomyślała o biednej Jastrzębim Zewie, która straciła całe swoje rodzeństwo. Pomyślała o osieroconej Czereśniowej Gałązce. Pomyślała o okaleczonym Szarym Klifie. Pomyślała o Gasnącym Promku i Dzwonkowym Szmerze, których córka postradała zmysły. Pomyślała o samej sobie, która powinna pomścić cierpienie Zaćmionej Łapy. Westchnęła. Mogli oskarżać Srokoszową Gwiazdę o podejmowanie złych decyzji, o pakty z Mrocznym Lasem, o sprowadzenie klątwy na Klan Klifu, ale sami nic z tym nie robili.
– Nie martw się. Na pewno kiedyś dopadną go konsekwencje. Jeśli nie za życia, to już po śmierci – uśmiechnął się pocieszająco Bławatek. Bożodrzew poczuła skrępowanie. Zestawienie ciepłego uśmiechu kocura z omawianym tematem wydawało się… dziwne. Niepokojące. Nie na miejscu.
Czasami miała wrażenie, że wszyscy w Klanie Klifu stracili rozum.
– Klan Gwiazdy nie odwróciłby się od nas, gdybyśmy byli ich godni. – Kruszynowa Knieja gniewnie strzepnęła ogonem i obrzuciła zebrane wokół niej koty pełnym pogardy spojrzeniem. Bożodrzewny Kaprys przystanęła, nagle czując się bardzo nieswojo. Starsza wojowniczka napełniała ją niepokojem. – Nie zasługujemy na ich łaskę. Mamy szczęście, że dopiero teraz postanowili nas ukarać.
– Kruszynowa Kniejo, trochę wyczucia! – oburzył się Prószący Śnieg, stając między kotką a Półślepym Świstakiem. Wieczna karmicielka spoglądała niepewnie na ich dwójkę. Wyraz jej pyska wskazywał na to, że była dogłębnie przerażona wywołaną nieumyślnie kłótnią. – Klan Gwiazdy nas nie nienawidzi. Klan Gwiazdy…
– I skąd ty to niby wiesz?! Przerywasz Półślepemu Świstakowi modlitwę. Jeśli ty chcesz, żeby spotkało cię nieszczęście, bo nie wierzysz w proroctwo Czereśniowej Gałązki, to proszę bardzo – przerwała mu Kruszynowa Knieja – Ale ona próbuje wziąć sprawy w swoje łapy. Wszyscy powinniśmy tak postąpić.
– W jaki sposób bierze sprawy w swoje łapy?! To jakby prosić Klan Gwiazdy, żeby jej gałąź nie spadła na głowę – wypalił zirytowany Prószący Śnieg, jeżąc ogon. Patrzenie na niego w takim stanie było w gruncie rzeczy dość zabawne. – Uznajesz idiotyzmy za znaki, że Klan Gwiazdy nas nienawidzi, i przez twoje głupie gadanie pół klanu boi się oddychać!
– Powiedz to Fioletowemu Spojrzeniu, Szaremu Klifowi, Podniebnemu Lotowi i Jeżykowemu Sercu! Powiedz to kociętom Półślepego Świstaka i Paprociowego Zagajnika! – warknęła kotka. – Popatrz w pysk Jastrzębiemu Zewowi i powiedz jej, co o niej myślisz!
– Będzie padać – mruknęła. Stokrotkowa Pieśń wystawił łeb z suchej kępy chwastów. Przez chwilę nasłuchiwał w bezruchu, po czym kiwnął głową. – Zbierajmy się.
– Chwila. – Kocur ponownie opadł do pozycji łowieckiej. Bożodrzewny Kaprys podążyła za jego spojrzeniem i dostrzegła małego ptaszka o pięknym czarno-białym upierzeniu. Wydziobywał z ziemi niewielkie robaki, nie spodziewając się nadchodzącego ataku. Wojowniczka zmarszczyła nos. Była pewna, że Zielone Wzgórze wspomniała kiedyś nazwę tego gatunku, ale nie potrafiła sobie jej przypomnieć.
Stokrotkowa Pieśń bezszelestnie zmniejszył odległość między nim a zwierzyną. Całe ciało miał napięte, przygotowując się do skoku. Bożodrzew poczuła nagły przypływ dumy – to był jej uczeń, jej własny uczeń, który wyrósł na wspaniałego wojownika. Ciekawe czy Dzwonkowy Szmer kiedykolwiek pomyślał tak o niej. Nie, pewnie nie – uśmiechnęła się pod nosem. Była najbardziej irytującą uczennicą pod słońcem.
Ptaszek podniósł nagle łebek, lustrując otoczenie swoimi czarnymi ślepiami. Usłyszawszy chrzęst jakiegoś złamanego patyka lub szelest poruszonej przez Stokrotka trawy, zwierzak wyczuł zbliżające się zagrożenie. Zatrzepotał skrzydełkami, próbując poderwać się do lotu, jednak był zbyt wolny – zęby kocura zacisnęły się na jego małym ciałku. Rozległ się chrzęst łamanego kręgosłupa, a w powietrzu uniósł się zapach krwi. Bożodrzew kiwnęła głową z aprobatą.
Srokosz. To był srokosz.
Pierwsze krople deszczu wsiąknęły w białe futro wojowniczki. Kotka otrząsnęła się i prychnęła z niezadowoleniem.
– Idziemy stąd. Nie zamierzam moknąć.
***
Wiotkie ciało nornicy uderzyło o ziemię. Bożodrzew oblizała się, czując resztki futra zwierzęcia na języku. Krytycznym spojrzeniem obrzuciła stos zwierzyny – był mniejszy niż zazwyczaj w tym sezonie. Po krótkim zastanowieniu chwyciła pulchnego wróbla. Powolnym krokiem skierowała się w kąt obozu. Kropienie deszczu zostało zagłuszone przez huk wodospadu. Zapanował przyjemny chłód. Wojowniczka usiadła na kupce suchej trawy i zabrała się za posiłek.
– Mogę?
Podniosła wzrok. Stojący nad Bławatkowy Wschód przestąpił niezręcznie z łapy na łapę.
– Pewnie – mruknęła bez przekonania. Bławatek usadowił się na mchu obok niej i zaczął czyścić sobie futro. Spojrzała na niego z ukosa. Czasami przychodził do niej i towarzyszył w patrolach lub podczas odpoczynku w obozie. Nie rozumiała do końca, dlaczego to robił. Być może uważał ich za znajomych po spędzonym razem czasie w żłobku.
– Skończyłaś na dzisiaj? – zagadnął po chwili ciszy. Bożodrzew parsknęła.
– Taki jest plan. Jeśli Przyczajona Kania zechce mnie wziąć jeszcze na wieczorny patrol, wrzucę mu kamienie do legowiska – oznajmiła. Bławatkowy Wschód zaśmiał się krótko. Zamilkli. Kotka zastrzygła uszami z zakłopotaniem. Nie potrafiła prowadzić rozmów. Zaczęła wodzić spojrzeniem po obozie, szukając czegokolwiek, o czym mogłaby porozmawiać z wojownikiem. Siedzenie w ciszy wydawało się zbyt stresujące.
– Jak radzi sobie twój brat? – Bławatkowy Wschód wyraźnie podążył za jej spojrzeniem i dostrzegł krzątającego się po obozie Judaszowca w towarzystwie swoich strażników. Bożodrzew skrzywiła się. Ze wszystkich tematów, które mógł sobie wybrać, wybrał akurat ten.
– Nie wiem. Nie pozwolili mi z nim porozmawiać – parsknęła z irytacją. Wojownik pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Judaszowiec jest dobrym kotem. Poświęcił się – westchnął. Bożodrzew zmarszczyła nos. Nie wiedziała, co myśleć o mitologizowaniu czynu brata. Sprzeciwił się Srokoszowej Gwieździe. Zadziałał w słusznej sprawie. Kot, który skrzywdził jej córkę, powinien zostać ukarany. Srokoszowa Gwiazda stchórzył. Czy naprawdę konflikt Judaszowca z liderem był walką dobra ze złem? Klanu Gwiazdy z Mrocznym Lasem?
– Wiem – odpowiedziała krótko. Wpatrywała się w Judę w bezruchu. Biedna Liściasty Wir, tak bardzo się o niego martwiła. Matka od dawna wiernie powtarzała każde słowo wypowiedziane przez syna na temat Klanu Gwiazdy, jednak dopiero teraz zapłonęła w niej wściekłość w stosunku do przywódcy.
– Musi ci być ciężko – mruknął Bławatek. Bożodrzew skrzywiła się. – Gdyby cokolwiek groziło Mroźnemu Wichrowi i Pietruszkowej Błyskawicy… – pokręcił głową – Nie pozwoliłbym na to. Srokoszowa Gwiazda zapłaciłby za skrzywdzenie mojej rodziny.
– Każdy tak mówi – prychnęła. Pomyślała o Liściastym Wirze, która patrzyła na cierpienie swojego dziecka. Pomyślała o biednej Jastrzębim Zewie, która straciła całe swoje rodzeństwo. Pomyślała o osieroconej Czereśniowej Gałązce. Pomyślała o okaleczonym Szarym Klifie. Pomyślała o Gasnącym Promku i Dzwonkowym Szmerze, których córka postradała zmysły. Pomyślała o samej sobie, która powinna pomścić cierpienie Zaćmionej Łapy. Westchnęła. Mogli oskarżać Srokoszową Gwiazdę o podejmowanie złych decyzji, o pakty z Mrocznym Lasem, o sprowadzenie klątwy na Klan Klifu, ale sami nic z tym nie robili.
– Nie martw się. Na pewno kiedyś dopadną go konsekwencje. Jeśli nie za życia, to już po śmierci – uśmiechnął się pocieszająco Bławatek. Bożodrzew poczuła skrępowanie. Zestawienie ciepłego uśmiechu kocura z omawianym tematem wydawało się… dziwne. Niepokojące. Nie na miejscu.
Czasami miała wrażenie, że wszyscy w Klanie Klifu stracili rozum.
***
– Klan Gwiazdy nie odwróciłby się od nas, gdybyśmy byli ich godni. – Kruszynowa Knieja gniewnie strzepnęła ogonem i obrzuciła zebrane wokół niej koty pełnym pogardy spojrzeniem. Bożodrzewny Kaprys przystanęła, nagle czując się bardzo nieswojo. Starsza wojowniczka napełniała ją niepokojem. – Nie zasługujemy na ich łaskę. Mamy szczęście, że dopiero teraz postanowili nas ukarać.
– Kruszynowa Kniejo, trochę wyczucia! – oburzył się Prószący Śnieg, stając między kotką a Półślepym Świstakiem. Wieczna karmicielka spoglądała niepewnie na ich dwójkę. Wyraz jej pyska wskazywał na to, że była dogłębnie przerażona wywołaną nieumyślnie kłótnią. – Klan Gwiazdy nas nie nienawidzi. Klan Gwiazdy…
– I skąd ty to niby wiesz?! Przerywasz Półślepemu Świstakowi modlitwę. Jeśli ty chcesz, żeby spotkało cię nieszczęście, bo nie wierzysz w proroctwo Czereśniowej Gałązki, to proszę bardzo – przerwała mu Kruszynowa Knieja – Ale ona próbuje wziąć sprawy w swoje łapy. Wszyscy powinniśmy tak postąpić.
– W jaki sposób bierze sprawy w swoje łapy?! To jakby prosić Klan Gwiazdy, żeby jej gałąź nie spadła na głowę – wypalił zirytowany Prószący Śnieg, jeżąc ogon. Patrzenie na niego w takim stanie było w gruncie rzeczy dość zabawne. – Uznajesz idiotyzmy za znaki, że Klan Gwiazdy nas nienawidzi, i przez twoje głupie gadanie pół klanu boi się oddychać!
– Powiedz to Fioletowemu Spojrzeniu, Szaremu Klifowi, Podniebnemu Lotowi i Jeżykowemu Sercu! Powiedz to kociętom Półślepego Świstaka i Paprociowego Zagajnika! – warknęła kotka. – Popatrz w pysk Jastrzębiemu Zewowi i powiedz jej, co o niej myślisz!
Bożodrzewny Kaprys poczuła ściskające gardło ukłucie gniewu. Mogliby dać sobie wreszcie spokój.
Nie wiedziała dokładnie, dlaczego wciąganie Szarego Klifu w dyskusje o klątwie zaczęło ją irytować. Nigdy nie zwracała na kocura szczególnej uwagi i nie postrzegała siebie jako osoby o dużej empatii. Zastanowiwszy nad tym dłużej, mogła stwierdzić, że protektor nie był dla niej nawet kimś szczególnym – wydawał się zlewać z resztą Klanu Klifu, będąc tak samo niedostępnym, dalekim i obcym. No cóż, pewnie jej dziwne uczucia wobec niego były związane z Zielonym Wzgórzem. Bożodrzew przecież widziała blask jej oczu, gdy zaciągała przyjaciółkę na spotkania z bratem i czuła ciepło jej ciała, gdy opierała się o nią, opowiadając im o rzeczach, które nie miały żadnego znaczenia. Słyszała też jej paniczny, urywany szloch, gdy Szary Klif przestał skowytać z bólu i zasnął, otumaniony utratą krwi i podanymi nasionami maku. Zielone Wzgórze nie płakała, gdy wyciągali go spod kamieni. Nie wydała z siebie dźwięku, gdy zdała sobie sprawę, że został okaleczony na całe życie. Złamała się dopiero wtedy, gdy zajęła się już wszystkim, gdy nie mogła zrobić niczego oprócz bezradnego czekania, gdy nikt jej już nie mógł usłyszeć – nikt oprócz Bożodrzewnego Kaprysu.
Może to wspomnienie sprawiło, że Szary Klif przestał być Bożodrzewnemu Kaprysowi obojętny.
Może to wspomnienie sprawiło, że Szary Klif przestał być Bożodrzewnemu Kaprysowi obojętny.
Nieopodal grupy kłócących się kotów pojawiła się Delikatna Bryza. Skrzywiła się z niesmakiem i mruknęła coś niesłyszalnego dla Bożodrzewu. Musiało to być coś jednak wyraźnie nieuprzejmego dla wierzących w klątwę kotów, ponieważ podbiegł do niej Dzwonkowy Szmer i zaczął coś bardzo szybko i gniewnie mówić. Wojowniczka przewróciła oczami i odpowiedziała coś krótko, co wydawało się jeszcze bardziej rozjuszyć kocura, który zjeżył futro i warknął. Ogon zadrżał mu ze złości. Splunął za odchodzącą Delikatną Bryzą, mamrocząc coś, co najprawdopodobniej było wyzwiskami. Bożodrzewny Kaprys parsknęła cicho. Nigdy nie widziała, by mentor zachowywał się w ten sposób podczas ich treningu.
W głębi serca poczuła ukłucie niepokoju.
Ruszyła w stronę legowiska lidera, omijając zebrany tłum kotów. Srokoszowej Gwiazdy nie było widać nigdzie w okolicy. Prychnęła pod nosem. Już miała wchodzić do jaskini przywódcy, gdy drogę zastąpił jej Przyczajona Kania.
– Czego potrzebujesz? – zapytał z uprzejmym uśmiechem na pysku.
– Chcę rozmawiać ze Srokoszową Gwiazdą – oznajmiła bez dłuższego wstępu. Przyczajona Kania obrzucił ją pytającym spojrzeniem.
– W sprawie?
– Chcę spotkania z Judaszowcem – zażądała. Zastępca skrzywił się.
– Przykro mi, ale nie otrzymasz pozwolenia. – stwierdził, a Bożodrzew prychnęła. Ta, jasne, było mu przykro. – Twój brat ponosi konsekwencje swoich działań. Srokoszowa Gwiazda…
– W takim razie gdzie jest Srokoszowa Gwiazda? Chcę rozmawiać z nim, nie z tobą. – Zrobiła krok w stronę kocura. Przez pysk Kani przebiegł niemal niezauważalny grymas zirytowania.
– Wyszedł na patrol – odpowiedział z całkowitym spokojem w głosie. Bożodrzew prychnęła. No jasne. Od czasu feralnego zgromadzenia Srokoszowa Gwiazda zaczął częściej wychodzić na samotne polowania. Jakby chciał komuś coś udowodnić. Jakby chciał pokazać, że wciąż jest silnym wojownikiem, mimo swojego wieku. Ugh, jak to irytowało Bożodrzew. Niby pewny siebie buc, a jednak nie był na tyle odważny, by walczyć za jej córkę. – Nie mieszaj się w to. Nie ma co. – Kania pokręcił głową, łapiąc jej zdenerwowane spojrzenie.
– Oczywiście. Będę posłuszna wobec naszego wspaniałego przywódcy. Wezmę z ciebie przykład – wycedziła przez zęby. Źrenice Kani zwęziły się. Dobrze mu tak. Czysta łapa o mysim sercu. Niech wie, że nim gardzi. Niech wie, że jest psem Srokoszowej Gwiazdy. Niech wie, że do końca życia będzie jedynie zastępcą prawdziwego przywódcy, a następnie zdechnie, nie znacząc zupełnie nic.
– Dobrze. Nie chcesz skończyć, jak Judaszowcowa Zdrada – mruknął bez cienia zirytowania. Bożodrzew popatrzyła mu w oczy.
– Nie chcę.
Odwróciła się na pięcie, czując ciążące na sobie spojrzenie Przyczajonej Kani. Bez słowa przeszła koło dyskutujących kotów, które teraz skupiły się wokół Eteru, najnowszego nabytka Klanu Klifu. Kocur przyszedł ze swoją łzawą historią o panoszących się w mieście gangach, które zniszczyły mu życie. Pragnął znaleźć miejsce, gdzie należał, gdzie mógł znaleźć sens. Mysi móżdżek. W tym Klanie Klifu nie miał czego szukać. Co ciekawe, to jemu pierwszemu udało się dostrzec kręcących się niedaleko dwunożnych samotników. Ta wiadomość rozwścieczyła klifiaków – jak dotąd znani im jedynie z zapachu nieznajomi zyskali obraz w ich umysłach. Naruszyli granicę i kryli się w bezpiecznych cieniach dwunogów, gdzie wojownicy nie mogli ich dopaść. Lisie serca. Ktoś podniósł głos, że to wszystko było wynikiem złych decyzji Srokosza. Samotników przywiodła jego klątwa. Jego grzechy.
Bożodrzew miała ich wszystkich dość.
Przez kilka następnych dni unikała czujnego spojrzenia Przyczajonej Kani, który uparł się, żeby przypisywać ją do każdego możliwego patrolu. Nie sprzeciwiła się mu. Posłusznie wykonywała wszystkie swoje obowiązki, rzucając zastępcy pełne pogardy spojrzenia. Nie podeszła do Srokoszowej Gwiazdy z prośbą o rozmowę. Kania wystarczająco dobitnie przekazał jej, jaką dostałaby odpowiedź. Obserwowała obóz Klanu Klifu, obserwowała każdy najmniejszy konflikt. Zauważyła, jak po każdej kolejnej usłyszanej dyskusji Gasnący Promyk wyglądała na coraz bardziej zestresowaną. Widziała głód jaśniejący w oczach Pikującej Jaskółki zawsze, gdy ktokolwiek wspominał o potrzebie znalezienia nowego, lepszego przywódcy. Dostrzegła, jak Zagubiony Obuwik odwracała głowę za każdym razem, gdy Srokoszowa Gwiazda przechodził obok. Biedna. Omijała własnego ojca, chcąc przestać być oceniana za jego czyny, ale nic to nie dawało, ponieważ wszyscy wiedzieli, że jest córką przeklętego przywódcy, że jest z nim związana.
Klan Klifu płonął i było za późno, by Srokoszowa Gwiazda mógł to powstrzymać.
Dopiero gdy zarówno Przyczajona Kania, jak i Srokoszowa Gwiazda zniknęli z obozu, odważyła się wykonać jakiś ruch. Rozglądając się uważnie i próbując uniknąć spojrzeń popierających lidera kotów, ruszyła w stronę usytuowanej w najgłębszym, najdalszym zakątku obozu jaskini. Przed wnęką siedział Jerzykowa Werwa – wyznaczony strażnik.
– Po co przyszłaś? – Jerzykowa Werwa rozejrzał się zdezorientowany, jakby spodziewając się, że ktoś się za nią pojawi.
– Przepuść mnie. Chcę zobaczyć Judaszowca – rozkazała Bożodrzew, patrząc na niego z wyższością. Wojownik przestąpił z łapy na łapę.
– Srokoszowa Gwiazda… – zaczął powoli. Kotka prychnęła.
– Wiesz, gdzie mam słowa Srokoszowej Gwiazdy? – Strzepnęła ogonem. – Chcę zobaczyć Judaszowca. Nie wydam cię. Nikt się nie dowie.
– Przepraszam, ale chyba się nie rozumiemy. Nie mogę tego zrobić! – Jerzykowa Werwa gwałtownie pokręcił głową.
– Bo co? Bo ten staruch coś ci zrobi? Obudź się, niedługo zdechnie i będzie koniec zabawy – prychnęła kotka. Jerzykowa Werwa rozejrzał się z niepokojem. – Nie stój po przegranej stronie. Nie narażaj swojej rodziny na niebezpieczeństwo – syknęła, zbliżając się do niego. – Proszę cię, wystarczy mi chwila. Nikt się nie dowie. Nie poniesiesz konsekwencji – szepnęła już łagodniejszym głosem. Wpatrywała się w niego błagalnie.
Jerzykowa Werwa wziął głęboki oddech. Nagle wyglądał, jakby stracił całą pewność siebie i bardzo intensywnie próbował wymyślić jak najlepszą odpowiedź. Czy zamierzał z nią dalej walczyć? Czy zamierzał wezwać kogoś, by eskortował ją przed oblicze przywódcy i ukarał?
– Tylko na chwilę – powiedział powoli. – Nikt nie może się dowiedzieć.
Bożodrzew wypuściła wstrzymywane powietrze.
– Dziękuję. Naprawdę ci dziękuję.
Ominęła rozglądającego się niepewnie Jerzykową Werwę. Miała nadzieję, że kocur poinformuje ją, gdyby ktokolwiek się zbliżał. Weszła do ciemnej, ciasnej jaskini. Jej spojrzenie zatrzymało się na zwiniętym w kłębek kocie. Więzień poderwał głowie, a na jego pysku pojawił się zszokowany grymas.
– Przyszłaś się ze mnie wyśmiewać?
– Chciałabym – parsknęła. Przez chwilę mierzyła go wzrokiem. Schudł. Zmarniał. Jego futro wydawało się jeszcze rzadsze niż zazwyczaj. Nagle poczuła, że wszystkie słowa, które chciała mu powiedzieć, nagle uleciały jej z głowy. Wpatrywała się w swojego brata, przyjaciela, największego mysiego móżdżka, jakiego znała, i nie mogła się wysłowić. – Ja… – zaczęła – Chciałam zapytać, jak się trzymasz? Czy wszystko w porządku? Czy… czy cię skrzywdzili?
Judaszowiec popatrzył na nią z zaskoczeniem. Nagle parsknął z rozbawieniem.
– I tylko po to narażasz się Srokoszowi?
– Tak. Mama się o ciebie martwi.
Ja się o ciebie martwię.
– Wiem. – Judaszowiec zmarszczył nos i wydał z siebie pełen zdenerwowania pomruk. – Niech ten drań już zdycha, psiakrew. Mam dość.
Bożodrzewny Kaprys patrzyła na niego przez chwilę. Miała mało czasu. Przyczajona Kania i Srokoszowa Gwiazda mieli niedługo wrócić do obozu. Poczuła, jak drżenie przechodzi przez jej ciało. Wszystkie emocje, cała złość i stres wydawały się podchodzić jej do gardła, błagać o wyrażenie, palić jej skórę.
– Juda – szepnęła. – Juda uciekaj stąd. Pomogę ci. Uciekaj. Rzuć to wszystko. Uciekaj.
Juda, nie mogę tak na ciebie patrzeć. Nie chcę patrzeć, jak cierpisz.
– Nie mogę. – Bożodrzew wbiła w Judaszowca zszokowane spojrzenie. Nie mógł? Jak to nie mógł?! Brat wpatrywał się w nią z powagą wypisaną na pysku. – Nie mogę zostawić Klanu Klifu w takim momencie. Bożodrzewny Kaprysie, otacza nas mrok i jestem jedynym kotem, który może przynieść nam światło. Klan Klifu potrzebuje przywódcy duchowego. Potrzebuje Klanu Gwiazdy.
Bożodrzew poczuła, jak do jej oczu napływają łzy. Zjeżyła futro ze wściekłością.
– Przestań. Przestań gadać głupoty. Przestań próbować mnie przekonać. Po prostu raz w życiu mnie posłuchaj.
Judaszowcowa Zdrada pokręcił głową.
– Nie bój się. Srokoszowa Gwiazda nie pożyje długo. Nawet jeśli nikt mu nie pomoże, niedługo sam padnie – stwierdził z pewnością. – Wtedy mi uwierzysz. Klan Klifu zostanie uratowany przez wysłannika Klanu Gwiazdy.
Bożodrzewny Kaprys ziewnęła przeciągle, powolnym krokiem wychodząc z legowiska wojowników. Leniwym spojrzeniem omiotła obóz. Większość kotów powychodziła już na patrole i polowania. No trudno. I tak nie miała ambicji robić tego dnia szczególnie dużo. Została przypisana dopiero do wieczornego patrolu i zamierzała z tego skorzystać.
Klan Klifu był tego dnia zaskakująco spokojny. Nigdzie nie było widać ani kłócących się Kruszącej Kniei i Prószącego Śniegu, ani Srokoszowej Gwiazdy, który rzucał pełne pogardy i wyższości spojrzenia każdemu zbliżającemu się do niego kotu. Kilku klifiaków siedziało spokojnie w kątach obozu i dzieliło się językami. Do stosu zwierzyny zbliżały się Siewczy Letarg i Pikująca Jaskółka. Jaskółka opowiadała o czymś z dumnym uśmiechem na pysku. Ze żłobka wyszło Pokrzywowe Zarośla, rozglądając się uważnie i przebiegając niemal niepostrzeżenie ku legowisku wojowników. Pokrzywek zawsze miało w sobie tę nerwową energię, jakby cały czas przeczuwało nadciągające zagrożenie. Bożodrzew ziewnęła ponownie. Jej spojrzenie nagle zawisło na znajomym, czarnym futrze.
– Zielone Wzgórze! – zawołała. Wojowniczka drgnęła i natychmiast odwróciła się w jej stronę.
– Myślałam, że gdzieś poszłaś! – Zielone Wzgórze w kilku susach znalazła się obok niej. Bożodrzew wtuliła nos w jej pachnące lasem futro i zamruczała głośno.
– Nie jestem z tych, co wstają wcześnie i idą się szlajać – prychnęła, przewracając oczami.
– Narzekanie – parsknęła Zielone Wzgórze. Bożodrzew spojrzała na nią z zawadiackim uśmiechem, który dość szybko opadł. Coś było nie tak. Kotka wydawała się mniej energiczna, bardziej spięta. Martwiła się czymś? – Hej, mogę mieć do ciebie prośbę? – zapytała, wyraźnie czując na sobie wzrok partnerki.
– Zależy. – Zastrzygła uszami. – Póki nie będę musiała wstawać zbyt wcześnie, możesz prosić, o co chcesz.
Zielone Wzgórze pokręciła głową.
– Pójdziesz z moją mamą szukać Gąsiorkowej Łaty?
– Gąsiorkowej Łaty? Dlaczego? – zapytała Bożodrzew, marszcząc nos.
– Srokoszowa Gwiazda wyszedł na jeden z tych swoich… patroli i jeszcze nie wrócił – wyjaśniła, odwracając wzrok. Zanim Bożodrzew zdążyła zapytać, skąd zainteresowanie przywódcą, Zielone Wzgórze westchnęła. – Gąsiorkowa Łata poszła go szukać. Mama mówi, że ostatnio była bardziej… No wiesz, jak z nią jest. Martwi się, że coś się stało.
– I po co? Niepotrzebnie traci nerwy – parsknęła Bożodrzew.
– Znalazłam Białą Zamieć poza obozem. Uparła się, że musi ją znaleźć. Obiecałam Rozświetlonej Łapie, że pomogę mu z treningiem i nie mam czasu z nią iść, a nie chce jej puszczać samej. Myślałam, że poproszę Gasnący Promyk o pomoc, ale podobno zniknęła gdzieś z Dzwonkowym Szmerem. Srebrna Szadź mówi, że była dość zdenerwowana. Sama rozumiesz. Ostatnio bardzo się stresowała tym wszystkim – wyrzuciła z siebie Zielone Wzgórze, ze zmartwieniem rozglądając się po krzątających się po obozie kotach. Bożodrzew z czułością polizała ją po uchu. – Jeśli możesz…
– Ty też się za dużo wszystkimi stresujesz. Nie martw się, pójdę z Białą Zamiecią – przerwała jej. Kotka westchnęła z ulgą. – Zajmę się tym.
– Dziękuję – zamruczała, trącając partnerkę nosem.
Starszą czekała przy wyjściu z obozu, przebierając łapami w miejscu. Bożodrzewny Kaprys skinęła jej głową na powitanie. Nigdy nie była szczególnie blisko z matką partnerki – wielokrotnie towarzyszyła Zielonemu Wzgórzu w spędzaniu czasu z rodziną (głównie z Szarym Klifem), jednak nie udało jej się zbudować mocnej relacji z Białą Zamiecią. Nie, żeby była zaskoczona. Nie była zbyt dobra w nawiązywaniu przyjaźni.
– Wydaje mi się, że poszła w kierunku Złotych Kłosów – oznajmiła starsza. Wojowniczka skrzywiła się. Złotych Kłosów? Nie chciała zadzierać z kręcącymi się tam dwunożnymi. Z ciekawością omiotła kotkę wzrokiem.
– Nie wiedziałam, że jesteście blisko.
Biała Zamieć odwróciła spojrzenie i strzepnęła ogonem.
– Kiedy spędzisz tyle czasu co ja w legowisku starszyzny, to albo zaczniesz nienawidzić wszystkich wokół siebie, albo zaczniesz z nimi rozmawiać – odpowiedziała krótko. Bożodrzew prychnęła cichym śmiechem, czując, że zachowanie ciszy byłoby jeszcze bardziej niezręczne.
Przemierzały terytorium Klanu Klifu, próbując odtworzyć trasę pokonaną przez Gąsiorkową Łatę. Bożodrzewny Kaprys zatrzymywała się co kilkanaście kroków, by pozwolić Białej Zamieci za sobą nadążyć. Kotka poruszała się powoli i ociężale, jakby każdy ruch ją męczył. Wojowniczka nagle zrozumiała, dlaczego Zielone Wzgórze nie chciała puścić matki samej. To, że starsza samotnie postanowiła wyjść poza obóz i szukać swojej znajomej, było warte podziwu.
Na horyzoncie zaczęły majaczyć sylwetki potworów. Bożodrzew skrzywiła się. Nie chciała musieć uciekać przed dwunożnymi lub ukrywającymi się między nimi samotnikami, gdy miała przy sobie Białą Zamieć.
– Czy jesteś pewna, że mogła tak daleko dojść? – mruknęła bez przekonania. Biała Zamieć zastrzygła uszami.
– Tak – mruknęła, uparcie krocząc przed siebie.
– Nie chcę wchodzić na Złote Kłosy, jeśli nie muszę – oznajmiła Bożodrzew. Biała Zamieć nagle prychnęła cicho jakby zirytowana jej odpowiedzią.
– Dojdziemy na wysokość Kaczego Bajorka. Myślisz, że nie poradzę sobie z kilkoma samotnikami?
Wojowniczka przełknęła ślinę i położyła po sobie uszy. Nie chciała obrazić matki partnerki.
– Dobrze – zgodziła się z głośnym westchnieniem. – Ale później wracamy.
Starsza kiwnęła głową. Bożodrzew była prawie pewna, że nagle przyspieszyła. Zrobiło jej się głupio. Klanie Gwiazdy, znowu coś zawaliła. Kotka pewnie myślała, że zmusi ją do zawrócenia do obozu. Wojowniczka dostosowała krok do Białej Zamieci, co chwilę zerkając na nią z niepokojem. Im bliżej Kaczego Bajorka się znajdowały, tym mniejszą nadzieję na znalezienie Gąsiorkowej Łaty miała. Narażały się zupełnie po nic. Gąsiorek pewnie już dawno wróciła do obozu za Srokoszową Gwiazdą. Powinny zawrócić i…
Ktoś wrzasnął.
Płacz. Zwierzęcy, dziki skowyt, który dzwonił w uszach. Pierwszym odruchem Bożodrzewnego Kaprysu było cofnięcie się i skrzywienie. Oczy Białej Zamieci rozbłysły strachem. Starsza wyrwała się do przodu i ruszyła w stronę, z której dobiegł krzyk.
– Zaczekaj! – syknęła Bożodrzewny Kaprys. Futro na jej grzbiecie podniosła się. Klanie Gwiazdy, Biała Zamieć biegła na własną śmierć. Nie mogła wiedzieć, co się tam działo. Była zbyt słaba, żeby bronić się przed niebezpieczeństwem. Przez krótką chwilę wojowniczka miała ochotę złapać starszą za kark i zaciągnąć ją do obozu. Osoba, która krzyczała, nie była ich odpowiedzialnością. Mogły ją zostawić. Powinny ją zostawić.
Przeklęta Biała Zamieć.
Starsza zatrzymała się gwałtownie i wydała z siebie głośne sapnięcie. Bożodrzewny Kaprys w kilku susach dopadła do jej boku. Nie było żadnych walczących samotników, żadnych dwunożnych – nie słychać było nawet kwakania kaczek, charakterystycznego dla tego miejsca. Ciszę przerywał jedynie paniczny szloch Gąsiorkowej Łaty. Kotka stała w wodzie. Bożodrzew zmarszczyła nos. Czy była ranna? Dygotała na całym ciele i wyglądała, jakby miała zaraz osunąć się na ziemię.
– Gąsiorkowa Łato? Gąsiorkowa Łato! – Zaniepokojenie w głosie Białej Zamieci szybko zamieniło się w oburzenie. Bożodrzew spojrzała na nią zaskoczona, przez chwilę nie rozumiejąc jej dziwnej reakcji. Podążyła za spojrzeniem starszej kotki.
W wodzie niedaleko łap Gąsiorkowej Łaty coś się unosiło. Wojowniczka zmrużyła oczy. Przez chwilę nie rozumiała, na co dokładnie patrzy. Zwierzę nie poruszało się. Umarło? Woda nie była zabarwiona krwią. Czerwona smuga ciągnęła się po trawie, jednak kończyła się kilka kroków przed bajorkiem. Czy to był lis? Nie, ciało było zbyt małe i wątłe. To musiał być kot.
Och.
Och.
– Co zro-zrobiłaś, Gąsiorkowa Łato? – wykrztusiła z siebie Bożodrzewny Kaprys. Gąsiorkowa Łata poderwała głowę, wbijając przerażone spojrzenie w kotki.
– Nie zabiłam go! Nie zabiłam! – załkała. Drżała na całym ciele i wydawało się, jakby miała się za chwilę przewrócić. Jej wzrok był nieostry, a oddech nierówny. Bożodrzew słyszała od Liściastego Wiru i Zielonego Wzgórza historie o problemach psychicznych starszej, jednak nigdy tak naprawdę nie widziała jej w tak złym stanie.
– Gąsiorkowa Łato, odsuń się – głos Białej Zamieci wydał się Bożodrzewnemu Kaprysowi dziwnie zimny i nieczuły. Szylkretka zrobiła krok do tyłu.
– Jest mu zimno. – Pociągnęła nosem. – On nie lubi wody. M-muszę mu pomóc.
– Odejdź stamtąd.
– Nie! Zostaw go! Zostaw! – Futro Gąsiorkowej Łaty nagle zjeżyło się, a kotka wydała z siebie przerażone warknięcie. – Gardzicie nim, prawda? Uważacie, że zdradził klan, prawda? Chciałyście, żeby umarł! Chciałyście!
Zaniosła się szlochem, który wstrząsnął jej ciałem. Bożodrzew zrobiła krok w jej stronę.
– My?! To ty stoisz nad ciałem mojego brata, ty… – zaczęła z wściekłością Biała Zamieć. Bożodrzew syknęła głośno, przerywając jej.
– Gąsiorkowa Łato, proszę cię. Nie mów takich bzdur. Chcemy ci tylko pomóc. Nie możemy go tak zostawić, prawda? – próbowała mówić jak najłagodniej. Powoli zbliżała się ku kotce. Biała Zamieć wydała z siebie pomruk zniecierpliwienia.
– Poradzę sobie. Wezmę go! – pisnęła Gąsiorek, panicznie kręcąc głową. Chwyciła ciało partnera i próbowała je podnieść. Straciła równowagę, a nieruchomy przywódca osunął się z pluskiem do wody. Kotka wydała z siebie bolesny jazgot i zadygotała. Nie wziąć oddechu.
– Gąsiorkowa Łato, przestań! – syknęła Bożodrzewny Kaprys, wskakując między starszą a trupa. Gąsiorkowa Łata podniosła na nią załzawione oczy. Próbowała coś powiedzieć, ale przerwał jej gwałtowny szloch. Bożodrzew zagryzła zęby, nagle czując się bardzo przytłoczona emocjami kotki. Chciałaby, żeby Gąsiorkowa Łata się wreszcie zamknęła. Niech przestanie. Niech będzie cicho. – Gąsiorkowa Łato… Gąsiorkowa Łato proszę – wydukała, siląc się na spokój. Zielone Wzgórze wiedziałaby, co zrobić. Starsza ponownie ruszyła do ciała partnera, jednak Bożodrzew zastąpiła jej drogę. Gąsiorek naparła na nią. Biała Zamieć rzuciła się do przodu, próbując odciągnąć kotkę. Wszystko było takie głośne. Niech przestanie. Niech przestanie. Niech wreszcie przestanie. – Gąsiorkowa Łato, ja go wezmę! - krzyknęła Bożodrzew, odpychając od siebie starszą. Gąsiorkowa Łata zatoczyła się. Wpatrywała się w nią z otwartym pyskiem. Łzy skapywały z jej policzków na ziemię i łączyły się z plamiącą trawę krwią.
– Ja… ni-nie zrobiłam tego. Nie zrobiłam. – Zadrżała i wydała z siebie głośny skowyt. Biała Zamieć parsknęła.
– Daruj sobie. Stałaś nad ciałem. – Z niespotykaną dla siebie agresją ruszyła w stronę partnerki lidera. Gąsiorkowa Łata skuliła się, robiąc kilka kroków do tyłu. Bożodrzew poczuła, jak złość ściska jej gardło.
– Przestańcie! Przestańcie wreszcie! – warknęła. Biała Zamieć położyła po sobie uszy. Gąsiorkowa Łata znieruchomiała. Nastała cisza. – Wezmę ciało Srokoszowej Gwiazdy do obozu – powtórzyła, oddychając ciężko. – Przyczajona Kania będzie wiedział co robić. – Nagle ogarnął ją wstyd. Nie powinna krzyczeć. Zielone Wzgórze lepiej by sobie poradziła. – Gąsiorkowa Łato, błagam cię, czy pozwolisz mi wziąć cia- Srokoszową Gwiazdę? Proszę? – zapytała najłagodniej, jak tylko potrafiła, patrząc na starszą błagalnie. Miała dość. Chciała być w swoim legowisku. Gąsiorkowa Łata przez chwilę stała w bezruchu, po czym pochlipując cicho pokiwała, delikatnie głową.
Bożodrzew odwróciła się w stronę lidera. Srokoszowa Gwiazda wyglądał smutno. Żałośnie. Jego pysk skierowany był ku dnu bajorka i prawdopodobnie był pełen mułu. Mokre futro podkreślało wątłość jego starczego ciała. Wyglądał tak… słabo. Kotka nie potrafiła dostrzec żadnych ran – być może wszystkie zostały uleczone, gdy przywódca raz po raz wracał z martwych. Czy został zagryziony, a następnie zaciągniety do bajorka i utopiony? Czy próbował się bronić? Czy czuł strach, gdy zdał sobie sprawę, że nie może oddychać, że nie może nabrać powietrza, że potrafi poczuć jedynie smak własnej krwi i ciężar łap napastnika, który przyszpilił go do jeziornego mułu? Został ośmiokrotnie zabity. Zabawne. To tego kota wszyscy tak się bali?
Poczuła nagłe mdłości. Wziąwszy głęboki oddech, pochyliła się nad przywódcą i z pomocą Białej Zamieci wpakowała go sobie na plecy. Gwałtownie stęknęła, czując, jak uginają jej się nogi.
To tylko droga do obozu. Potrafiła to zrobić.
Ciało Srokoszowej Gwiazdy wydawało się takie ciężkie. Powinno być lżejsze, prawda? Poczuła, jak jej łapy zaczęły dygotać. Upadnie. Nie dojdzie do obozu. Miała wrażenie, że z każdym kolejnym krokiem nabiera coraz mniej powietrza. Zacisnęła zęby, a jej pysk wypełnił metaliczny posmak krwi płynącej z ugryzionego języka.
To tylko droga do obozu.
Już widziała wodospad. Już wkroczyła na ścieżkę wzdłuż klifu. Ktoś wyszedł jej naprzeciw. Dzwonkowy Szmer? Czy czekał na nią? Z ulgą oparła się o kocura, pozwalając mu przejąć część ciężaru. Weszli do obozu. W pierwszej chwili Bożodrzewny Kaprys miała wrażenie, że zupełnie nikt ich nie zauważył. Życie toczyło się w swoim typowym tempie. Pikująca Jaskółka czyściła ubrudzone futro. Śliwowa Ścieżka rozmawiał cicho z Kruszynową Knieją, być może wspominając ostatnie zgromadzenie. Bławatkowy Wschód odkładał na stos zwierzyny świeżo upolowanego wróbla, uprzednio oblizując pysk z jego krwi. Nagle do uszu Bożodrzewa doszedł zduszony krzyk. To Paprociowy Zagajnik stanął na środku obozu i wpatrywał się w nią z przerażeniem. Kotka poczuła gwałtowną potrzebę roześmiania mu się w pysk. No i po co robił scenę?!
– Niech ktoś idzie po Przyczajoną Kanię. – Głos Dzwonkowego Szmeru wydawał się dziwnie daleki. Coraz więcej kotów zaczęło wychodzić z legowisk. Wszyscy coś mówili, przepychali się, krzyczeli. Bożodrzew musiała stamtąd wyjść. Potrzebowała powietrza. Zrzuciła z siebie ciało Srokoszowej Gwiazdy, które z hukiem upadło na ziemię, i cofnęła się, niemal wpadając na stojącą za nią Białą Zamieć.
Powietrza. Potrzebowała powietrza.
– Odsuńcie się! – Przyczajona Kania wybiegł z legowiska. Przystanął w pół kroku, wbijając wzrok w nieruchome ciało. – Co się stało? Kto to zrobił? – zapytał powoli. Jego głos był spokojny, nadzwyczaj spokojny, ale Bożodrzew miała wrażenie, że sama obecność zastępcy wielokrotnie spotęgowała napięcie.
Nie mogła wydobyć z siebie głosu. To do niej nie pasowało.
Ktoś oparł się o jej bok. Odwróciła głowę i natychmiast spotkała wpatrujące się w nią pełne zmartwienia oczy Zielonego Wzgórza. Kotka patrzyła na nią. Na nic innego. Tylko na nią. Była tam. Była dla niej.
– Znalazłyśmy go w K-kaczym Bajorku – wydukała, próbując skupić się na cieple partnerki. Wreszcie mogła wziąć oddech. – Ktoś musiał zabić go w walce, a potem utopić. Nie… Nie wyczułam żadnych nieznanych zapachów.
– Nad ciałem stała Gąsiorkowa Łata – warknęła Biała Zamieć. Wspomniana starsza pisnęła, kuląc się jeszcze bardziej niż wcześniej.
– To nie byłam ja – załkała. – Przysięgam, znalazłam go martwego! Ja bym… Ja bym nigdy nie… Ja… – jej słowa zamieniły się w niewyraźny, paniczny bełkot. Przyczajona Kania przerwał jej szybkim machnięciem ogona.
– Ktokolwiek zabił Srokoszową Gwiazdę, zapłaci za to – syknął, nawet nie podnosząc wzroku na zebranych. Nie brzmiał na zestresowanego, jednak Bożodrzew mogła dostrzec, jak bardzo napięte było jego ciało. – Znajdziemy…
– Głupcy! – z tłumu wyrwał się krzyk, który przerwał przemowę Przyczajonej Kani. To Kruszynowa Knieja wypadła na środek zbiorowiska. – Nie rozumiecie?! – Ognistym spojrzeniem zmierzyła klifaków. Coś w niej płonęło, żarzyło się. – Śmierć Srokoszowej Gwiazdy jest dla nas łaską! Klan Gwiazdy zesłał zbawiciela!
Rozległy się krzyki zgody, a Bożodrzewny Kaprys z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że jeden z głosów należy do niej. Kruszynowa Knieja miała rację. Srokoszowa Gwiazda zapłacił za wszystko. Zapłacił za skrzywdzenie jej brata. Za pozwolenie na cierpienie jej córki. Za każdą swoją złą decyzję. Podniosła się wrzawa. Ktoś wrzasnął oburzony. Ktoś zaczął błagać o łaskę Klanu Gwiazdy. Płomień rozpoczęty przez Kruszynową Knieję rozprzestrzeniał się, jaśniał, palił serca Klanu Klifu.
– Rzućcie go ptakom! Niech go rozszarpią! Niech zapłaci!
– Zdrajcy gwiezdnych! Zdrajcy kodeksu!
– Zdrajca! Zdrajca!
Przez tłum przecisnął się Prószący Śnieg. Z niedowierzaniem wypisanym na pysku obrócił się wokół własnej osi, niemal potykając się o swoje łapy. Wydobył z siebie zdławiony, bolesny krzyk goryczy. W jego oczach mieszały się żal ze złością, strach z odrazą. Lękał się. Bożodrzew zmarszczyła nos. Nie, tak nie było. Czuł wstręt. Był obrzydzony Klanem Klifu, kotami, z którymi spędził całe życie, którym ufał i u których boku walczył. Zdradzili go. Zdradzili jego ideały.
– To szaleństwo! Nie widzicie?! Jesteście szaleni! – Ze wściekłością uderzył ogonem w ziemię. Kilka głosów odezwało się na znak poparcia. – Czereśniowa Gałązko, Przyczajona Kanio… Przyczajona Gwiazdo, musicie coś zrobić. To jest chore! Chore!
Przyczajona Kania wpatrywał się w ciało Srokoszowej Gwiazdy, nawet nie podnosząc wzroku na Prószący Śnieg. Westchnął cicho i zrobił krok do tyłu.
– Pochowajcie go. Macie już swoją sprawiedliwość – rozkazał. Przez chwilę milczał, ważąc swoje następne słowa. – Moim zastępcą zostaje Liściasty Wir – ogłosił krótko. Nie mówiąc nic więcej, wycofał się i zniknął w tłumie. Podniósł się wrzask. Ktoś zaczął się modlić. Ktoś splunął na ziemię.
Liściasty Wir? Czemu Liściasty Wir? Wszyscy wiedzieli, że kotka słuchała wszystkiego, co mówił Judaszowiec. Przyczajona Kania nie miał żadnego interesu w wybieraniu jej na zastępcę. Dlaczego nie wybrał Delikatnej Bryzy?
Bożodrzewny Kaprys nagle zrozumiała. Przyczajona Kania był następny. Miał spłonąć razem ze Srokoszową Gwiazdą – był przecież jego zastępcą. Nikt nie mógł go ochronić. Czy wybierając Liściasty Wir próbował się ratować?
Kruszynowa Knieja parsknęła głośno.
– Niech gnije. Nikt nie będzie opłakiwał zdrajców Klanu Gwiazdy.
Przyczajona Kania zniknął w nocy. Gasnący Promyk twierdziła, że widziała, jak wychodził z obozu. Nie zatrzymywała go. Nie szukała go. Być może uciekł przed przeznaczeniem. Być może postanowił wyjść mu naprzeciw.
– Klanie Klifu! – Liściasty Wir wskoczyła na mównicę i rozejrzała się po zebranych wojownikach. Tego ranka żaden patrol nie wyszedł wcześniej z obozu. Wszyscy czekali. – Spotkała nas wielka tragedia. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Srokoszowa Gwiazda tak długo świadomie krzywdził swój własny klan. – Bożodrzew nie mogła pozbyć się wrażenia, że matka nie pasowała do tego miejsca. Nie była całkowicie wyprostowana, jej ogon drgał nerwowo i wyraźnie nie potrafiła ustać w bezruchu. Nie wyglądała jak przywódca. Bożodrzew prychnęła pod nosem. No jasne. Nie miała pojęcia, co robić. – Nadszedł koniec złych czasów! Nadszedł kres tyranii! Wrócimy do łask Klanu Gwiazdy! – zawołała z pewnością, robiąc krok do przodu. Dzwonkowy Szmer wydał z siebie okrzyk poparcia. Oczy Melodyjnego Trelu zaszły łzami. Stojący w kącie obozu Prószący Śnieg odwrócił wzrok. Delikatna Bryza prychnęła cicho.
Ucho Bożodrzewnego Kaprysu drgnęło. Tłum kotów nieśmiało zaczął się rozstępować. Ktoś wydał z siebie zirytowane prychnięcie. Ktoś z szacunkiem skinął głową. To Czereśniowa Gałązka powolnym krokiem zmierzała ku mównicy. Drżała niemal niezauważalnie i nie patrzyła się na nikogo dłużej niż przez kilka sekund. Bożodrzew doszła do wniosku, że medyczka musiała być bardzo szczęśliwa – przecież to ona wyjawiła Klanowi Klifu, że Srokoszowa Gwiazda był związany z Mrocznym Lasem. Teraz Klan Gwiazdy zatriumfował. Za Czereśniową Gałązką podążał Judaszowcowa Zdrada. Wyglądał czyściej, zdrowiej, jakby sama wiadomość o śmierci przywódcy przywróciła mu siły. Przechodząc koło Jerzykowej Werwy parsknął z wyższością.
– Judaszowcu! – Głos Liściastego Wiru załamał się, a Bożodrzew mogła przysiąc, że słyszy, jak kotka szepta ciche “synku”. Liderka przez chwilę wpatrywała się w kocura, jakby nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Był wolny. Odzyskała go. – Judaszowcowa Zdrado… Judaszowcowy Pocałunku odkąd pamiętam byłeś wierny Klanowi Gwiazdy. Nauczyłeś mnie, jak żyć w zgodzie z prawem przodków. – Jej głos złagodniał. Tęskniła za nim. Kochała go. Kochała go tak bardzo, że bolało. Czy bała się, że go straci? Czy myślała, że będzie musiała pożegnać następne dziecko? Czy widząc, jak się męczył, myślała o Czyśćcowej Łapie? – Srokoszowa Gwiazda próbował cię uciszyć. Ukarał cię za obronę Klanu Klifu przez złem. Skrzywdził cię. – Futro przywódczyni zafalowało gniewnie. Poderwała gwałtownie głowę, mierząc spojrzeniem zebranych. – Teraz jest martwy. Zginął z łap Klanu Gwiazdy. – Przez jej pysk przebiegł chłodny grymas. Bożodrzew zmrużyła oczy. – Cieszę się, że mogę wraz z wami wejść w nową erę, podczas której będziemy stąpać po śladach łap Klanu Gwiazdy – podniosła głos i zrobiła krok do przodu. Nagle wydawała się dużo pewniejsza, pełna nadziei. Bożodrzew mimowolnie zadrżała. Dziwny niepokój, który towarzyszył jej od momentu znalezienia ciała Srokoszowej Gwiazdy spotęgował się. Nigdy nie widziała, by Liściasty Wir była… taka. Coś było nie tak. – I… mam nadzieję, że poprowadzisz nas w stronę światła, Judaszowcowy Pocałunku. Mam nadzieję, że zechcesz zostać moim zastępcą.
Srokoszowa Gwiazda został ukarany.
W głębi serca poczuła ukłucie niepokoju.
Ruszyła w stronę legowiska lidera, omijając zebrany tłum kotów. Srokoszowej Gwiazdy nie było widać nigdzie w okolicy. Prychnęła pod nosem. Już miała wchodzić do jaskini przywódcy, gdy drogę zastąpił jej Przyczajona Kania.
– Czego potrzebujesz? – zapytał z uprzejmym uśmiechem na pysku.
– Chcę rozmawiać ze Srokoszową Gwiazdą – oznajmiła bez dłuższego wstępu. Przyczajona Kania obrzucił ją pytającym spojrzeniem.
– W sprawie?
– Chcę spotkania z Judaszowcem – zażądała. Zastępca skrzywił się.
– Przykro mi, ale nie otrzymasz pozwolenia. – stwierdził, a Bożodrzew prychnęła. Ta, jasne, było mu przykro. – Twój brat ponosi konsekwencje swoich działań. Srokoszowa Gwiazda…
– W takim razie gdzie jest Srokoszowa Gwiazda? Chcę rozmawiać z nim, nie z tobą. – Zrobiła krok w stronę kocura. Przez pysk Kani przebiegł niemal niezauważalny grymas zirytowania.
– Wyszedł na patrol – odpowiedział z całkowitym spokojem w głosie. Bożodrzew prychnęła. No jasne. Od czasu feralnego zgromadzenia Srokoszowa Gwiazda zaczął częściej wychodzić na samotne polowania. Jakby chciał komuś coś udowodnić. Jakby chciał pokazać, że wciąż jest silnym wojownikiem, mimo swojego wieku. Ugh, jak to irytowało Bożodrzew. Niby pewny siebie buc, a jednak nie był na tyle odważny, by walczyć za jej córkę. – Nie mieszaj się w to. Nie ma co. – Kania pokręcił głową, łapiąc jej zdenerwowane spojrzenie.
– Oczywiście. Będę posłuszna wobec naszego wspaniałego przywódcy. Wezmę z ciebie przykład – wycedziła przez zęby. Źrenice Kani zwęziły się. Dobrze mu tak. Czysta łapa o mysim sercu. Niech wie, że nim gardzi. Niech wie, że jest psem Srokoszowej Gwiazdy. Niech wie, że do końca życia będzie jedynie zastępcą prawdziwego przywódcy, a następnie zdechnie, nie znacząc zupełnie nic.
– Dobrze. Nie chcesz skończyć, jak Judaszowcowa Zdrada – mruknął bez cienia zirytowania. Bożodrzew popatrzyła mu w oczy.
– Nie chcę.
Odwróciła się na pięcie, czując ciążące na sobie spojrzenie Przyczajonej Kani. Bez słowa przeszła koło dyskutujących kotów, które teraz skupiły się wokół Eteru, najnowszego nabytka Klanu Klifu. Kocur przyszedł ze swoją łzawą historią o panoszących się w mieście gangach, które zniszczyły mu życie. Pragnął znaleźć miejsce, gdzie należał, gdzie mógł znaleźć sens. Mysi móżdżek. W tym Klanie Klifu nie miał czego szukać. Co ciekawe, to jemu pierwszemu udało się dostrzec kręcących się niedaleko dwunożnych samotników. Ta wiadomość rozwścieczyła klifiaków – jak dotąd znani im jedynie z zapachu nieznajomi zyskali obraz w ich umysłach. Naruszyli granicę i kryli się w bezpiecznych cieniach dwunogów, gdzie wojownicy nie mogli ich dopaść. Lisie serca. Ktoś podniósł głos, że to wszystko było wynikiem złych decyzji Srokosza. Samotników przywiodła jego klątwa. Jego grzechy.
Bożodrzew miała ich wszystkich dość.
Przez kilka następnych dni unikała czujnego spojrzenia Przyczajonej Kani, który uparł się, żeby przypisywać ją do każdego możliwego patrolu. Nie sprzeciwiła się mu. Posłusznie wykonywała wszystkie swoje obowiązki, rzucając zastępcy pełne pogardy spojrzenia. Nie podeszła do Srokoszowej Gwiazdy z prośbą o rozmowę. Kania wystarczająco dobitnie przekazał jej, jaką dostałaby odpowiedź. Obserwowała obóz Klanu Klifu, obserwowała każdy najmniejszy konflikt. Zauważyła, jak po każdej kolejnej usłyszanej dyskusji Gasnący Promyk wyglądała na coraz bardziej zestresowaną. Widziała głód jaśniejący w oczach Pikującej Jaskółki zawsze, gdy ktokolwiek wspominał o potrzebie znalezienia nowego, lepszego przywódcy. Dostrzegła, jak Zagubiony Obuwik odwracała głowę za każdym razem, gdy Srokoszowa Gwiazda przechodził obok. Biedna. Omijała własnego ojca, chcąc przestać być oceniana za jego czyny, ale nic to nie dawało, ponieważ wszyscy wiedzieli, że jest córką przeklętego przywódcy, że jest z nim związana.
Klan Klifu płonął i było za późno, by Srokoszowa Gwiazda mógł to powstrzymać.
Dopiero gdy zarówno Przyczajona Kania, jak i Srokoszowa Gwiazda zniknęli z obozu, odważyła się wykonać jakiś ruch. Rozglądając się uważnie i próbując uniknąć spojrzeń popierających lidera kotów, ruszyła w stronę usytuowanej w najgłębszym, najdalszym zakątku obozu jaskini. Przed wnęką siedział Jerzykowa Werwa – wyznaczony strażnik.
– Po co przyszłaś? – Jerzykowa Werwa rozejrzał się zdezorientowany, jakby spodziewając się, że ktoś się za nią pojawi.
– Przepuść mnie. Chcę zobaczyć Judaszowca – rozkazała Bożodrzew, patrząc na niego z wyższością. Wojownik przestąpił z łapy na łapę.
– Srokoszowa Gwiazda… – zaczął powoli. Kotka prychnęła.
– Wiesz, gdzie mam słowa Srokoszowej Gwiazdy? – Strzepnęła ogonem. – Chcę zobaczyć Judaszowca. Nie wydam cię. Nikt się nie dowie.
– Przepraszam, ale chyba się nie rozumiemy. Nie mogę tego zrobić! – Jerzykowa Werwa gwałtownie pokręcił głową.
– Bo co? Bo ten staruch coś ci zrobi? Obudź się, niedługo zdechnie i będzie koniec zabawy – prychnęła kotka. Jerzykowa Werwa rozejrzał się z niepokojem. – Nie stój po przegranej stronie. Nie narażaj swojej rodziny na niebezpieczeństwo – syknęła, zbliżając się do niego. – Proszę cię, wystarczy mi chwila. Nikt się nie dowie. Nie poniesiesz konsekwencji – szepnęła już łagodniejszym głosem. Wpatrywała się w niego błagalnie.
Jerzykowa Werwa wziął głęboki oddech. Nagle wyglądał, jakby stracił całą pewność siebie i bardzo intensywnie próbował wymyślić jak najlepszą odpowiedź. Czy zamierzał z nią dalej walczyć? Czy zamierzał wezwać kogoś, by eskortował ją przed oblicze przywódcy i ukarał?
– Tylko na chwilę – powiedział powoli. – Nikt nie może się dowiedzieć.
Bożodrzew wypuściła wstrzymywane powietrze.
– Dziękuję. Naprawdę ci dziękuję.
Ominęła rozglądającego się niepewnie Jerzykową Werwę. Miała nadzieję, że kocur poinformuje ją, gdyby ktokolwiek się zbliżał. Weszła do ciemnej, ciasnej jaskini. Jej spojrzenie zatrzymało się na zwiniętym w kłębek kocie. Więzień poderwał głowie, a na jego pysku pojawił się zszokowany grymas.
– Przyszłaś się ze mnie wyśmiewać?
– Chciałabym – parsknęła. Przez chwilę mierzyła go wzrokiem. Schudł. Zmarniał. Jego futro wydawało się jeszcze rzadsze niż zazwyczaj. Nagle poczuła, że wszystkie słowa, które chciała mu powiedzieć, nagle uleciały jej z głowy. Wpatrywała się w swojego brata, przyjaciela, największego mysiego móżdżka, jakiego znała, i nie mogła się wysłowić. – Ja… – zaczęła – Chciałam zapytać, jak się trzymasz? Czy wszystko w porządku? Czy… czy cię skrzywdzili?
Judaszowiec popatrzył na nią z zaskoczeniem. Nagle parsknął z rozbawieniem.
– I tylko po to narażasz się Srokoszowi?
– Tak. Mama się o ciebie martwi.
Ja się o ciebie martwię.
– Wiem. – Judaszowiec zmarszczył nos i wydał z siebie pełen zdenerwowania pomruk. – Niech ten drań już zdycha, psiakrew. Mam dość.
Bożodrzewny Kaprys patrzyła na niego przez chwilę. Miała mało czasu. Przyczajona Kania i Srokoszowa Gwiazda mieli niedługo wrócić do obozu. Poczuła, jak drżenie przechodzi przez jej ciało. Wszystkie emocje, cała złość i stres wydawały się podchodzić jej do gardła, błagać o wyrażenie, palić jej skórę.
– Juda – szepnęła. – Juda uciekaj stąd. Pomogę ci. Uciekaj. Rzuć to wszystko. Uciekaj.
Juda, nie mogę tak na ciebie patrzeć. Nie chcę patrzeć, jak cierpisz.
– Nie mogę. – Bożodrzew wbiła w Judaszowca zszokowane spojrzenie. Nie mógł? Jak to nie mógł?! Brat wpatrywał się w nią z powagą wypisaną na pysku. – Nie mogę zostawić Klanu Klifu w takim momencie. Bożodrzewny Kaprysie, otacza nas mrok i jestem jedynym kotem, który może przynieść nam światło. Klan Klifu potrzebuje przywódcy duchowego. Potrzebuje Klanu Gwiazdy.
Bożodrzew poczuła, jak do jej oczu napływają łzy. Zjeżyła futro ze wściekłością.
– Przestań. Przestań gadać głupoty. Przestań próbować mnie przekonać. Po prostu raz w życiu mnie posłuchaj.
Judaszowcowa Zdrada pokręcił głową.
– Nie bój się. Srokoszowa Gwiazda nie pożyje długo. Nawet jeśli nikt mu nie pomoże, niedługo sam padnie – stwierdził z pewnością. – Wtedy mi uwierzysz. Klan Klifu zostanie uratowany przez wysłannika Klanu Gwiazdy.
***
Bożodrzewny Kaprys ziewnęła przeciągle, powolnym krokiem wychodząc z legowiska wojowników. Leniwym spojrzeniem omiotła obóz. Większość kotów powychodziła już na patrole i polowania. No trudno. I tak nie miała ambicji robić tego dnia szczególnie dużo. Została przypisana dopiero do wieczornego patrolu i zamierzała z tego skorzystać.
Klan Klifu był tego dnia zaskakująco spokojny. Nigdzie nie było widać ani kłócących się Kruszącej Kniei i Prószącego Śniegu, ani Srokoszowej Gwiazdy, który rzucał pełne pogardy i wyższości spojrzenia każdemu zbliżającemu się do niego kotu. Kilku klifiaków siedziało spokojnie w kątach obozu i dzieliło się językami. Do stosu zwierzyny zbliżały się Siewczy Letarg i Pikująca Jaskółka. Jaskółka opowiadała o czymś z dumnym uśmiechem na pysku. Ze żłobka wyszło Pokrzywowe Zarośla, rozglądając się uważnie i przebiegając niemal niepostrzeżenie ku legowisku wojowników. Pokrzywek zawsze miało w sobie tę nerwową energię, jakby cały czas przeczuwało nadciągające zagrożenie. Bożodrzew ziewnęła ponownie. Jej spojrzenie nagle zawisło na znajomym, czarnym futrze.
– Zielone Wzgórze! – zawołała. Wojowniczka drgnęła i natychmiast odwróciła się w jej stronę.
– Myślałam, że gdzieś poszłaś! – Zielone Wzgórze w kilku susach znalazła się obok niej. Bożodrzew wtuliła nos w jej pachnące lasem futro i zamruczała głośno.
– Nie jestem z tych, co wstają wcześnie i idą się szlajać – prychnęła, przewracając oczami.
– Narzekanie – parsknęła Zielone Wzgórze. Bożodrzew spojrzała na nią z zawadiackim uśmiechem, który dość szybko opadł. Coś było nie tak. Kotka wydawała się mniej energiczna, bardziej spięta. Martwiła się czymś? – Hej, mogę mieć do ciebie prośbę? – zapytała, wyraźnie czując na sobie wzrok partnerki.
– Zależy. – Zastrzygła uszami. – Póki nie będę musiała wstawać zbyt wcześnie, możesz prosić, o co chcesz.
Zielone Wzgórze pokręciła głową.
– Pójdziesz z moją mamą szukać Gąsiorkowej Łaty?
– Gąsiorkowej Łaty? Dlaczego? – zapytała Bożodrzew, marszcząc nos.
– Srokoszowa Gwiazda wyszedł na jeden z tych swoich… patroli i jeszcze nie wrócił – wyjaśniła, odwracając wzrok. Zanim Bożodrzew zdążyła zapytać, skąd zainteresowanie przywódcą, Zielone Wzgórze westchnęła. – Gąsiorkowa Łata poszła go szukać. Mama mówi, że ostatnio była bardziej… No wiesz, jak z nią jest. Martwi się, że coś się stało.
– I po co? Niepotrzebnie traci nerwy – parsknęła Bożodrzew.
– Znalazłam Białą Zamieć poza obozem. Uparła się, że musi ją znaleźć. Obiecałam Rozświetlonej Łapie, że pomogę mu z treningiem i nie mam czasu z nią iść, a nie chce jej puszczać samej. Myślałam, że poproszę Gasnący Promyk o pomoc, ale podobno zniknęła gdzieś z Dzwonkowym Szmerem. Srebrna Szadź mówi, że była dość zdenerwowana. Sama rozumiesz. Ostatnio bardzo się stresowała tym wszystkim – wyrzuciła z siebie Zielone Wzgórze, ze zmartwieniem rozglądając się po krzątających się po obozie kotach. Bożodrzew z czułością polizała ją po uchu. – Jeśli możesz…
– Ty też się za dużo wszystkimi stresujesz. Nie martw się, pójdę z Białą Zamiecią – przerwała jej. Kotka westchnęła z ulgą. – Zajmę się tym.
– Dziękuję – zamruczała, trącając partnerkę nosem.
Starszą czekała przy wyjściu z obozu, przebierając łapami w miejscu. Bożodrzewny Kaprys skinęła jej głową na powitanie. Nigdy nie była szczególnie blisko z matką partnerki – wielokrotnie towarzyszyła Zielonemu Wzgórzu w spędzaniu czasu z rodziną (głównie z Szarym Klifem), jednak nie udało jej się zbudować mocnej relacji z Białą Zamiecią. Nie, żeby była zaskoczona. Nie była zbyt dobra w nawiązywaniu przyjaźni.
– Wydaje mi się, że poszła w kierunku Złotych Kłosów – oznajmiła starsza. Wojowniczka skrzywiła się. Złotych Kłosów? Nie chciała zadzierać z kręcącymi się tam dwunożnymi. Z ciekawością omiotła kotkę wzrokiem.
– Nie wiedziałam, że jesteście blisko.
Biała Zamieć odwróciła spojrzenie i strzepnęła ogonem.
– Kiedy spędzisz tyle czasu co ja w legowisku starszyzny, to albo zaczniesz nienawidzić wszystkich wokół siebie, albo zaczniesz z nimi rozmawiać – odpowiedziała krótko. Bożodrzew prychnęła cichym śmiechem, czując, że zachowanie ciszy byłoby jeszcze bardziej niezręczne.
Przemierzały terytorium Klanu Klifu, próbując odtworzyć trasę pokonaną przez Gąsiorkową Łatę. Bożodrzewny Kaprys zatrzymywała się co kilkanaście kroków, by pozwolić Białej Zamieci za sobą nadążyć. Kotka poruszała się powoli i ociężale, jakby każdy ruch ją męczył. Wojowniczka nagle zrozumiała, dlaczego Zielone Wzgórze nie chciała puścić matki samej. To, że starsza samotnie postanowiła wyjść poza obóz i szukać swojej znajomej, było warte podziwu.
Na horyzoncie zaczęły majaczyć sylwetki potworów. Bożodrzew skrzywiła się. Nie chciała musieć uciekać przed dwunożnymi lub ukrywającymi się między nimi samotnikami, gdy miała przy sobie Białą Zamieć.
– Czy jesteś pewna, że mogła tak daleko dojść? – mruknęła bez przekonania. Biała Zamieć zastrzygła uszami.
– Tak – mruknęła, uparcie krocząc przed siebie.
– Nie chcę wchodzić na Złote Kłosy, jeśli nie muszę – oznajmiła Bożodrzew. Biała Zamieć nagle prychnęła cicho jakby zirytowana jej odpowiedzią.
– Dojdziemy na wysokość Kaczego Bajorka. Myślisz, że nie poradzę sobie z kilkoma samotnikami?
Wojowniczka przełknęła ślinę i położyła po sobie uszy. Nie chciała obrazić matki partnerki.
– Dobrze – zgodziła się z głośnym westchnieniem. – Ale później wracamy.
Starsza kiwnęła głową. Bożodrzew była prawie pewna, że nagle przyspieszyła. Zrobiło jej się głupio. Klanie Gwiazdy, znowu coś zawaliła. Kotka pewnie myślała, że zmusi ją do zawrócenia do obozu. Wojowniczka dostosowała krok do Białej Zamieci, co chwilę zerkając na nią z niepokojem. Im bliżej Kaczego Bajorka się znajdowały, tym mniejszą nadzieję na znalezienie Gąsiorkowej Łaty miała. Narażały się zupełnie po nic. Gąsiorek pewnie już dawno wróciła do obozu za Srokoszową Gwiazdą. Powinny zawrócić i…
Ktoś wrzasnął.
Płacz. Zwierzęcy, dziki skowyt, który dzwonił w uszach. Pierwszym odruchem Bożodrzewnego Kaprysu było cofnięcie się i skrzywienie. Oczy Białej Zamieci rozbłysły strachem. Starsza wyrwała się do przodu i ruszyła w stronę, z której dobiegł krzyk.
– Zaczekaj! – syknęła Bożodrzewny Kaprys. Futro na jej grzbiecie podniosła się. Klanie Gwiazdy, Biała Zamieć biegła na własną śmierć. Nie mogła wiedzieć, co się tam działo. Była zbyt słaba, żeby bronić się przed niebezpieczeństwem. Przez krótką chwilę wojowniczka miała ochotę złapać starszą za kark i zaciągnąć ją do obozu. Osoba, która krzyczała, nie była ich odpowiedzialnością. Mogły ją zostawić. Powinny ją zostawić.
Przeklęta Biała Zamieć.
Starsza zatrzymała się gwałtownie i wydała z siebie głośne sapnięcie. Bożodrzewny Kaprys w kilku susach dopadła do jej boku. Nie było żadnych walczących samotników, żadnych dwunożnych – nie słychać było nawet kwakania kaczek, charakterystycznego dla tego miejsca. Ciszę przerywał jedynie paniczny szloch Gąsiorkowej Łaty. Kotka stała w wodzie. Bożodrzew zmarszczyła nos. Czy była ranna? Dygotała na całym ciele i wyglądała, jakby miała zaraz osunąć się na ziemię.
– Gąsiorkowa Łato? Gąsiorkowa Łato! – Zaniepokojenie w głosie Białej Zamieci szybko zamieniło się w oburzenie. Bożodrzew spojrzała na nią zaskoczona, przez chwilę nie rozumiejąc jej dziwnej reakcji. Podążyła za spojrzeniem starszej kotki.
W wodzie niedaleko łap Gąsiorkowej Łaty coś się unosiło. Wojowniczka zmrużyła oczy. Przez chwilę nie rozumiała, na co dokładnie patrzy. Zwierzę nie poruszało się. Umarło? Woda nie była zabarwiona krwią. Czerwona smuga ciągnęła się po trawie, jednak kończyła się kilka kroków przed bajorkiem. Czy to był lis? Nie, ciało było zbyt małe i wątłe. To musiał być kot.
Och.
Och.
– Co zro-zrobiłaś, Gąsiorkowa Łato? – wykrztusiła z siebie Bożodrzewny Kaprys. Gąsiorkowa Łata poderwała głowę, wbijając przerażone spojrzenie w kotki.
– Nie zabiłam go! Nie zabiłam! – załkała. Drżała na całym ciele i wydawało się, jakby miała się za chwilę przewrócić. Jej wzrok był nieostry, a oddech nierówny. Bożodrzew słyszała od Liściastego Wiru i Zielonego Wzgórza historie o problemach psychicznych starszej, jednak nigdy tak naprawdę nie widziała jej w tak złym stanie.
– Gąsiorkowa Łato, odsuń się – głos Białej Zamieci wydał się Bożodrzewnemu Kaprysowi dziwnie zimny i nieczuły. Szylkretka zrobiła krok do tyłu.
– Jest mu zimno. – Pociągnęła nosem. – On nie lubi wody. M-muszę mu pomóc.
– Odejdź stamtąd.
– Nie! Zostaw go! Zostaw! – Futro Gąsiorkowej Łaty nagle zjeżyło się, a kotka wydała z siebie przerażone warknięcie. – Gardzicie nim, prawda? Uważacie, że zdradził klan, prawda? Chciałyście, żeby umarł! Chciałyście!
Zaniosła się szlochem, który wstrząsnął jej ciałem. Bożodrzew zrobiła krok w jej stronę.
– My?! To ty stoisz nad ciałem mojego brata, ty… – zaczęła z wściekłością Biała Zamieć. Bożodrzew syknęła głośno, przerywając jej.
– Gąsiorkowa Łato, proszę cię. Nie mów takich bzdur. Chcemy ci tylko pomóc. Nie możemy go tak zostawić, prawda? – próbowała mówić jak najłagodniej. Powoli zbliżała się ku kotce. Biała Zamieć wydała z siebie pomruk zniecierpliwienia.
– Poradzę sobie. Wezmę go! – pisnęła Gąsiorek, panicznie kręcąc głową. Chwyciła ciało partnera i próbowała je podnieść. Straciła równowagę, a nieruchomy przywódca osunął się z pluskiem do wody. Kotka wydała z siebie bolesny jazgot i zadygotała. Nie wziąć oddechu.
– Gąsiorkowa Łato, przestań! – syknęła Bożodrzewny Kaprys, wskakując między starszą a trupa. Gąsiorkowa Łata podniosła na nią załzawione oczy. Próbowała coś powiedzieć, ale przerwał jej gwałtowny szloch. Bożodrzew zagryzła zęby, nagle czując się bardzo przytłoczona emocjami kotki. Chciałaby, żeby Gąsiorkowa Łata się wreszcie zamknęła. Niech przestanie. Niech będzie cicho. – Gąsiorkowa Łato… Gąsiorkowa Łato proszę – wydukała, siląc się na spokój. Zielone Wzgórze wiedziałaby, co zrobić. Starsza ponownie ruszyła do ciała partnera, jednak Bożodrzew zastąpiła jej drogę. Gąsiorek naparła na nią. Biała Zamieć rzuciła się do przodu, próbując odciągnąć kotkę. Wszystko było takie głośne. Niech przestanie. Niech przestanie. Niech wreszcie przestanie. – Gąsiorkowa Łato, ja go wezmę! - krzyknęła Bożodrzew, odpychając od siebie starszą. Gąsiorkowa Łata zatoczyła się. Wpatrywała się w nią z otwartym pyskiem. Łzy skapywały z jej policzków na ziemię i łączyły się z plamiącą trawę krwią.
– Ja… ni-nie zrobiłam tego. Nie zrobiłam. – Zadrżała i wydała z siebie głośny skowyt. Biała Zamieć parsknęła.
– Daruj sobie. Stałaś nad ciałem. – Z niespotykaną dla siebie agresją ruszyła w stronę partnerki lidera. Gąsiorkowa Łata skuliła się, robiąc kilka kroków do tyłu. Bożodrzew poczuła, jak złość ściska jej gardło.
– Przestańcie! Przestańcie wreszcie! – warknęła. Biała Zamieć położyła po sobie uszy. Gąsiorkowa Łata znieruchomiała. Nastała cisza. – Wezmę ciało Srokoszowej Gwiazdy do obozu – powtórzyła, oddychając ciężko. – Przyczajona Kania będzie wiedział co robić. – Nagle ogarnął ją wstyd. Nie powinna krzyczeć. Zielone Wzgórze lepiej by sobie poradziła. – Gąsiorkowa Łato, błagam cię, czy pozwolisz mi wziąć cia- Srokoszową Gwiazdę? Proszę? – zapytała najłagodniej, jak tylko potrafiła, patrząc na starszą błagalnie. Miała dość. Chciała być w swoim legowisku. Gąsiorkowa Łata przez chwilę stała w bezruchu, po czym pochlipując cicho pokiwała, delikatnie głową.
Bożodrzew odwróciła się w stronę lidera. Srokoszowa Gwiazda wyglądał smutno. Żałośnie. Jego pysk skierowany był ku dnu bajorka i prawdopodobnie był pełen mułu. Mokre futro podkreślało wątłość jego starczego ciała. Wyglądał tak… słabo. Kotka nie potrafiła dostrzec żadnych ran – być może wszystkie zostały uleczone, gdy przywódca raz po raz wracał z martwych. Czy został zagryziony, a następnie zaciągniety do bajorka i utopiony? Czy próbował się bronić? Czy czuł strach, gdy zdał sobie sprawę, że nie może oddychać, że nie może nabrać powietrza, że potrafi poczuć jedynie smak własnej krwi i ciężar łap napastnika, który przyszpilił go do jeziornego mułu? Został ośmiokrotnie zabity. Zabawne. To tego kota wszyscy tak się bali?
Poczuła nagłe mdłości. Wziąwszy głęboki oddech, pochyliła się nad przywódcą i z pomocą Białej Zamieci wpakowała go sobie na plecy. Gwałtownie stęknęła, czując, jak uginają jej się nogi.
To tylko droga do obozu. Potrafiła to zrobić.
Ciało Srokoszowej Gwiazdy wydawało się takie ciężkie. Powinno być lżejsze, prawda? Poczuła, jak jej łapy zaczęły dygotać. Upadnie. Nie dojdzie do obozu. Miała wrażenie, że z każdym kolejnym krokiem nabiera coraz mniej powietrza. Zacisnęła zęby, a jej pysk wypełnił metaliczny posmak krwi płynącej z ugryzionego języka.
To tylko droga do obozu.
Już widziała wodospad. Już wkroczyła na ścieżkę wzdłuż klifu. Ktoś wyszedł jej naprzeciw. Dzwonkowy Szmer? Czy czekał na nią? Z ulgą oparła się o kocura, pozwalając mu przejąć część ciężaru. Weszli do obozu. W pierwszej chwili Bożodrzewny Kaprys miała wrażenie, że zupełnie nikt ich nie zauważył. Życie toczyło się w swoim typowym tempie. Pikująca Jaskółka czyściła ubrudzone futro. Śliwowa Ścieżka rozmawiał cicho z Kruszynową Knieją, być może wspominając ostatnie zgromadzenie. Bławatkowy Wschód odkładał na stos zwierzyny świeżo upolowanego wróbla, uprzednio oblizując pysk z jego krwi. Nagle do uszu Bożodrzewa doszedł zduszony krzyk. To Paprociowy Zagajnik stanął na środku obozu i wpatrywał się w nią z przerażeniem. Kotka poczuła gwałtowną potrzebę roześmiania mu się w pysk. No i po co robił scenę?!
– Niech ktoś idzie po Przyczajoną Kanię. – Głos Dzwonkowego Szmeru wydawał się dziwnie daleki. Coraz więcej kotów zaczęło wychodzić z legowisk. Wszyscy coś mówili, przepychali się, krzyczeli. Bożodrzew musiała stamtąd wyjść. Potrzebowała powietrza. Zrzuciła z siebie ciało Srokoszowej Gwiazdy, które z hukiem upadło na ziemię, i cofnęła się, niemal wpadając na stojącą za nią Białą Zamieć.
Powietrza. Potrzebowała powietrza.
– Odsuńcie się! – Przyczajona Kania wybiegł z legowiska. Przystanął w pół kroku, wbijając wzrok w nieruchome ciało. – Co się stało? Kto to zrobił? – zapytał powoli. Jego głos był spokojny, nadzwyczaj spokojny, ale Bożodrzew miała wrażenie, że sama obecność zastępcy wielokrotnie spotęgowała napięcie.
Nie mogła wydobyć z siebie głosu. To do niej nie pasowało.
Ktoś oparł się o jej bok. Odwróciła głowę i natychmiast spotkała wpatrujące się w nią pełne zmartwienia oczy Zielonego Wzgórza. Kotka patrzyła na nią. Na nic innego. Tylko na nią. Była tam. Była dla niej.
– Znalazłyśmy go w K-kaczym Bajorku – wydukała, próbując skupić się na cieple partnerki. Wreszcie mogła wziąć oddech. – Ktoś musiał zabić go w walce, a potem utopić. Nie… Nie wyczułam żadnych nieznanych zapachów.
– Nad ciałem stała Gąsiorkowa Łata – warknęła Biała Zamieć. Wspomniana starsza pisnęła, kuląc się jeszcze bardziej niż wcześniej.
– To nie byłam ja – załkała. – Przysięgam, znalazłam go martwego! Ja bym… Ja bym nigdy nie… Ja… – jej słowa zamieniły się w niewyraźny, paniczny bełkot. Przyczajona Kania przerwał jej szybkim machnięciem ogona.
– Ktokolwiek zabił Srokoszową Gwiazdę, zapłaci za to – syknął, nawet nie podnosząc wzroku na zebranych. Nie brzmiał na zestresowanego, jednak Bożodrzew mogła dostrzec, jak bardzo napięte było jego ciało. – Znajdziemy…
– Głupcy! – z tłumu wyrwał się krzyk, który przerwał przemowę Przyczajonej Kani. To Kruszynowa Knieja wypadła na środek zbiorowiska. – Nie rozumiecie?! – Ognistym spojrzeniem zmierzyła klifaków. Coś w niej płonęło, żarzyło się. – Śmierć Srokoszowej Gwiazdy jest dla nas łaską! Klan Gwiazdy zesłał zbawiciela!
Rozległy się krzyki zgody, a Bożodrzewny Kaprys z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że jeden z głosów należy do niej. Kruszynowa Knieja miała rację. Srokoszowa Gwiazda zapłacił za wszystko. Zapłacił za skrzywdzenie jej brata. Za pozwolenie na cierpienie jej córki. Za każdą swoją złą decyzję. Podniosła się wrzawa. Ktoś wrzasnął oburzony. Ktoś zaczął błagać o łaskę Klanu Gwiazdy. Płomień rozpoczęty przez Kruszynową Knieję rozprzestrzeniał się, jaśniał, palił serca Klanu Klifu.
– Rzućcie go ptakom! Niech go rozszarpią! Niech zapłaci!
– Zdrajcy gwiezdnych! Zdrajcy kodeksu!
– Zdrajca! Zdrajca!
Przez tłum przecisnął się Prószący Śnieg. Z niedowierzaniem wypisanym na pysku obrócił się wokół własnej osi, niemal potykając się o swoje łapy. Wydobył z siebie zdławiony, bolesny krzyk goryczy. W jego oczach mieszały się żal ze złością, strach z odrazą. Lękał się. Bożodrzew zmarszczyła nos. Nie, tak nie było. Czuł wstręt. Był obrzydzony Klanem Klifu, kotami, z którymi spędził całe życie, którym ufał i u których boku walczył. Zdradzili go. Zdradzili jego ideały.
– To szaleństwo! Nie widzicie?! Jesteście szaleni! – Ze wściekłością uderzył ogonem w ziemię. Kilka głosów odezwało się na znak poparcia. – Czereśniowa Gałązko, Przyczajona Kanio… Przyczajona Gwiazdo, musicie coś zrobić. To jest chore! Chore!
Przyczajona Kania wpatrywał się w ciało Srokoszowej Gwiazdy, nawet nie podnosząc wzroku na Prószący Śnieg. Westchnął cicho i zrobił krok do tyłu.
– Pochowajcie go. Macie już swoją sprawiedliwość – rozkazał. Przez chwilę milczał, ważąc swoje następne słowa. – Moim zastępcą zostaje Liściasty Wir – ogłosił krótko. Nie mówiąc nic więcej, wycofał się i zniknął w tłumie. Podniósł się wrzask. Ktoś zaczął się modlić. Ktoś splunął na ziemię.
Liściasty Wir? Czemu Liściasty Wir? Wszyscy wiedzieli, że kotka słuchała wszystkiego, co mówił Judaszowiec. Przyczajona Kania nie miał żadnego interesu w wybieraniu jej na zastępcę. Dlaczego nie wybrał Delikatnej Bryzy?
Bożodrzewny Kaprys nagle zrozumiała. Przyczajona Kania był następny. Miał spłonąć razem ze Srokoszową Gwiazdą – był przecież jego zastępcą. Nikt nie mógł go ochronić. Czy wybierając Liściasty Wir próbował się ratować?
Kruszynowa Knieja parsknęła głośno.
– Niech gnije. Nikt nie będzie opłakiwał zdrajców Klanu Gwiazdy.
***
Przyczajona Kania zniknął w nocy. Gasnący Promyk twierdziła, że widziała, jak wychodził z obozu. Nie zatrzymywała go. Nie szukała go. Być może uciekł przed przeznaczeniem. Być może postanowił wyjść mu naprzeciw.
– Klanie Klifu! – Liściasty Wir wskoczyła na mównicę i rozejrzała się po zebranych wojownikach. Tego ranka żaden patrol nie wyszedł wcześniej z obozu. Wszyscy czekali. – Spotkała nas wielka tragedia. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego Srokoszowa Gwiazda tak długo świadomie krzywdził swój własny klan. – Bożodrzew nie mogła pozbyć się wrażenia, że matka nie pasowała do tego miejsca. Nie była całkowicie wyprostowana, jej ogon drgał nerwowo i wyraźnie nie potrafiła ustać w bezruchu. Nie wyglądała jak przywódca. Bożodrzew prychnęła pod nosem. No jasne. Nie miała pojęcia, co robić. – Nadszedł koniec złych czasów! Nadszedł kres tyranii! Wrócimy do łask Klanu Gwiazdy! – zawołała z pewnością, robiąc krok do przodu. Dzwonkowy Szmer wydał z siebie okrzyk poparcia. Oczy Melodyjnego Trelu zaszły łzami. Stojący w kącie obozu Prószący Śnieg odwrócił wzrok. Delikatna Bryza prychnęła cicho.
Ucho Bożodrzewnego Kaprysu drgnęło. Tłum kotów nieśmiało zaczął się rozstępować. Ktoś wydał z siebie zirytowane prychnięcie. Ktoś z szacunkiem skinął głową. To Czereśniowa Gałązka powolnym krokiem zmierzała ku mównicy. Drżała niemal niezauważalnie i nie patrzyła się na nikogo dłużej niż przez kilka sekund. Bożodrzew doszła do wniosku, że medyczka musiała być bardzo szczęśliwa – przecież to ona wyjawiła Klanowi Klifu, że Srokoszowa Gwiazda był związany z Mrocznym Lasem. Teraz Klan Gwiazdy zatriumfował. Za Czereśniową Gałązką podążał Judaszowcowa Zdrada. Wyglądał czyściej, zdrowiej, jakby sama wiadomość o śmierci przywódcy przywróciła mu siły. Przechodząc koło Jerzykowej Werwy parsknął z wyższością.
– Judaszowcu! – Głos Liściastego Wiru załamał się, a Bożodrzew mogła przysiąc, że słyszy, jak kotka szepta ciche “synku”. Liderka przez chwilę wpatrywała się w kocura, jakby nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Był wolny. Odzyskała go. – Judaszowcowa Zdrado… Judaszowcowy Pocałunku odkąd pamiętam byłeś wierny Klanowi Gwiazdy. Nauczyłeś mnie, jak żyć w zgodzie z prawem przodków. – Jej głos złagodniał. Tęskniła za nim. Kochała go. Kochała go tak bardzo, że bolało. Czy bała się, że go straci? Czy myślała, że będzie musiała pożegnać następne dziecko? Czy widząc, jak się męczył, myślała o Czyśćcowej Łapie? – Srokoszowa Gwiazda próbował cię uciszyć. Ukarał cię za obronę Klanu Klifu przez złem. Skrzywdził cię. – Futro przywódczyni zafalowało gniewnie. Poderwała gwałtownie głowę, mierząc spojrzeniem zebranych. – Teraz jest martwy. Zginął z łap Klanu Gwiazdy. – Przez jej pysk przebiegł chłodny grymas. Bożodrzew zmrużyła oczy. – Cieszę się, że mogę wraz z wami wejść w nową erę, podczas której będziemy stąpać po śladach łap Klanu Gwiazdy – podniosła głos i zrobiła krok do przodu. Nagle wydawała się dużo pewniejsza, pełna nadziei. Bożodrzew mimowolnie zadrżała. Dziwny niepokój, który towarzyszył jej od momentu znalezienia ciała Srokoszowej Gwiazdy spotęgował się. Nigdy nie widziała, by Liściasty Wir była… taka. Coś było nie tak. – I… mam nadzieję, że poprowadzisz nas w stronę światła, Judaszowcowy Pocałunku. Mam nadzieję, że zechcesz zostać moim zastępcą.
Srokoszowa Gwiazda został ukarany.
01 października 2024
Od Bożodrzewnego Kaprysu CD. Promyczka (Promiennej Łapy)
Czasami śniła o spadającym niebie. Uderzało w nią z siłą tsunami, zalewało jej płuca, zamazywało wzrok. Czuła na sobie ciężar tysięcy kocich dusz, z krzykiem nurkujących w otchłań oceanu. Dzika, spieniona fala porywała ją, szarpała jej słabym ciałem. Tonęła. Więdła. Umierała.
Później otwierała oczy i budziła się w ciepłym Żłobku. Poruszała się w swoim miękkim posłaniu, czując się nieswojo w błogiej atmosferze spokoju. W powietrzu roznosił się delikatny zapach świeżej zwierzyny. U jej łap leżała pulchna nornica, przyniesiona pewnie tego ranka przez Zielone Wzgórze lub Liściasty Wir. Wszystko było w porządku. Nie słyszała wściekłych kłótni innych Klifiaków. Nie widziała złości i strachu wypisanych na ich pyskach. Nie rozmawiała z nikim o widmie wiszącej nad nimi klątwy. Była oderwana od świata.
W gruncie rzeczy lubiła to życie. Była otoczona tyloma kotami, które o nią dbały. To było dziwne. Przyjemne. Bożodrzew szybko zdała sobie sprawę, jak mocno oczekiwała częstych wizyt swoich bliskich. Podobała się ilość otrzymywanej atencji. Chłonęła każde ciepłe słowo Liściastego Wiru. Pragnęła codziennych, przyjaznych rozmów z Bławatkowym Wschodem. Uwielbiała pełne miłości spojrzenia rzucane jej przez Zielone Wzgórze. Ta potrzeba uwagi, ta wywoływana nią radość pożerały ją i czasami zaczynała się bać, że znaczą one dla niej więcej niż jej własne kocięta. W końcu, dlaczego mogła być tak pewna swojego uwielbienia wobec tego uczucia, a jednocześnie tak nieudolnie kochać własne dzieci? Na pewno mogła się nimi lepiej opiekować. Na pewno mogła być lepszą matką.
Była zgniła. Zepsuta. Powinna była czuć wstyd.
– Mamoo! Wstawaj! Wstawaj! – Gwałtownie poderwała głowę, mrugając bez zrozumienia. Przez chwilę wpatrywała się w stojącego przed nią kociaka. Promyczek podrygiwał, jakby nie mogąc powstrzymać rozpierającej go energii. – Chodź, zabierzesz mnie poza obóz, będziemy zbierać mech! – pisnął, przebierając łapkami. – No więc jak, mamusiu? Proszę!
Patrzył na nią wielkimi, pełnymi radości oczami. Bożodrzew zawiesiła spojrzenie na wyjściu z obozu i skrzywiła się. Nie miała ochoty wstawać.
– Jeśli potrzebujesz mchu, poproś Zielone Wzgórze – mruknęła, ziewając przeciągle. Uśmiech Promyczka opadł, a Bożodrzew uderzyła fala wyrzutów sumienia. Klanie Gwiazdy, była okropną matką. Zielone Wzgórze załatwiłaby to delikatniej. – Jesteś jeszcze trochę za mały na takie wyprawy, ale hej, będziesz mógł zbierać tyle mchu, ile będziesz chciał, kiedy zostaniesz uczniem! – stwierdziła, próbując brzmieć jak najbardziej przyjaźnie i zachęcająco. Promyczek skrzywił się.
– Ale jeszcze zostało tyle czasuu! – burknął z niezadowoleniem. Bożodrzew miała ochotę przewrócić oczami. Kto się spieszył, żeby trenować? Promyczek zatęskni za wolnym czasem, gdy zacznie trening. – Ja chcę mieć najbardziej puszyste legowisko w całym Żłobku! – pisnął, tupiąc łapkami.
Bożodrzew parsknęła cichym śmiechem.
– Co powiesz na to, że pójdziemy zapytać Szary Klif, czy podzieli się swoim mchem? – zaproponowała. Wiedziała, że Zielone Wzgórze dbała o brata i przynosiła mu aż za dużo materiałów do budowy posłania. Promyczek po chwili zamyślenia pokiwał energicznie głową. – To chodź. Jestem pewna, że chętnie opowie ci o byciu uczniem.
Czarny Ogień był martwy. To nie była zaskakująca śmierć – od kilku dni prawie ledwo co skubał przyniesione mu jedzenie i praktycznie nie ruszał się z legowiska. Zielone Wzgórze i Szary Klif wielokrotnie wzywali do niego medyczki. Kotka wciąż zapewniała ojca, że niedługo poczuje się lepiej, że to jedynie kwestia dobrania mu odpowiednich ziół. Bożodrzew zastanawiała się, czy partnerka rzeczywiście wierzyła we własne kłamstwa. Od Czarnego Ognia od dawna śmierdziało trupem. Ostatnie chwile spędził oparty o Białą Zamieć, dysząc ciężko i pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. Starsza wojowniczka przez cały czas wylizywała jego zmatowiałe futro i szeptała coś o ich wspólnej przeszłości. Dziwne. Wszyscy wiedzieli, że ich miłość osłabła księżyce temu.
Starszy został pochowany ze wszystkimi honorami przypadającymi radnemu. Bożodrzewny Kaprys zachęciła Rozświetloną Łapę, by przyniósł na grób dziadka świeżo zerwane kwiaty. Nigdy nie miała bliskiej relacji z Czarnym Ogniem, ale wiedziała, że ten mały gest ucieszy Zielone Wzgórze.
Przynajmniej tyle mogła dla niej zrobić.
Wróciwszy do obozu, kotka zaszyła się gdzieś na uboczu. Dopiero wtedy pozwoliła łzom płynąć. Szlochała, opowiadając partnerce o nic nieznaczących rozmowach przeprowadzonych z ojcem. Bożodrzew otuliła ją opiekuńczo ogonem i próbowała znaleźć słowa mogące ukoić partnerkę. Nie sądziła jednak, że takie istniały. Zielone Wzgórze była zdruzgotana, a ona nie potrafiła jej pomóc. Była okropną partnerką.
Bożodrzewny Kaprys mimowolnie zaczęła zastanawiać się, czy po niej też ktoś tak będzie płakał.
Kątem oka zauważyła stojącego nieopodal Promienną Łapę. Wpatrywał się ze współczuciem w Zielone Wzgórze, wyraźnie chcąc podejść do matki. Bożodrzew kiwnęła w jego kierunku głową. Uczeń podbiegł i wtulił się w futro kotki. Nic nie powiedział. Przez dłuższą chwilę trwali w milczeniu. Zielone Wzgórze już nie płakała – być może dlatego, że nie chciała rozklejać się przed synem. Bożodrzewny Kaprys podążyła za jej spojrzeniem. Wpatrywała się w obóz Klanu Klifu, zaskakująco spokojny i cichy. Judaszowcowy Pocałunek dzielił się językami z Liściastym Wirem. Pokrzywowe Zarośla i Dzwonkowy Szmer wracali z patrolu. Kruszynowa Knieja podniosła się i zaczęła iść w kierunku Przyczajonej Kani. Wojowniczka zmarszczyła nos. Co Kruszynowa Knieja mogła chcieć Kani?
– Przyczajona Kanio! – zawołała kotka. Zastępca zatrzymał się i spojrzał pytająco na wojowniczkę. – Czarny Ogień nie żyje.
Przyczajona Kania przez chwilę wpatrywał się w nią pytająco, lecz szybko jego pysk wypełnił uprzejmy, współczujący uśmiech. Bożodrzew skrzywiła się. Kania wypełniał ją odrazą i nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Być może po prostu była zrażona wobec zbyt przyjaznych kotów.
– To wielka strata dla Klanu – westchnął smutno. Kruszynowa Knieja parsknęła.
– Nie o to mi chodzi. Czarny Ogień był radnym. Musimy wybrać nowego – stwierdziła. – Nie wybraliśmy radnego po śmierci Lśniącego Księżyca. Czyżby Srokoszowa Gwiazda chciał całą władzę dla siebie? – zapytała, intensywnie wpatrując się w oczy zastępcy.
Bożodrzew zmrużyła oczy. Kruszynowa Knieja miała rację. Zmarło dwóch członków rady. Czemu Srokoszowa Gwiazda nic z tym nie robił?
– Kruszynowa Kniejo, pozwól rodzinie Czarnego Ognia na żałobę. – Przyczajona Kania ani nie przerwał kontaktu wzrokowego, ani nie przestał się delikatnie uśmiechać. Bożodrzew instynktownie zbliżyła się do partnerki. Niech te mysie móżdżki nie wciągają Zielonego Wzgórza w polityczne przepychanki. – Jestem pewien, że Srokoszowa…
– Nie będziecie wybierać radnych.
Przyczajona Kania przerwał w pół zdania, a przez jego pysk przebiegł cień zaskoczenia. Srokoszowa Gwiazda wyszedł z legowiska i stanął za zastępcą.
– Rada nie spełnia swojego zadania. Przedłuża czas podejmowania ważnych decyzji – oznajmił, chłodnym spojrzeniem omiatając zebranych. – Rada szkodziła Klanowi Klifu.
Bożodrzewny Kaprys czasami śniła o spadającym niebie. Uderzało w nią z siłą niemej złości Klanu Klifu, zalewało jej płuca, zamazywało wzrok. Czuła na sobie ciężar gęstniejącej atmosfery, słyszała przechodzące z szeptu do zdenerwowanego syku rozmowy. Tonęła.
Widziała to. Była pewna. Wzrok Srokoszowej Gwiazdy na zbyt długą chwilę zatrzymał się na Judaszowcowym Pocałunku. Zadrżała, mając ochotę wybuchnąć śmiechem. Lider się bał! Bał się jej brata! Lisie łajno bało się utraty większości głosów w radzie!
Kruszynowa Knieja wydała z siebie gniewny okrzyk. Srokoszowa Gwiazda przez chwilę wpatrywał się w nią, po czym odwrócił się i zniknął w swoim legowisku. Przyczajona Kania zaczął tłumaczyć coś bardzo powoli, prawdopodobnie próbując uspokoić zaskoczonych członków Klanu Klifu. Bożodrzewny Kaprys poczuła, jak sztywnieje. Potrzebowała się wydostać. Nie chciała tego słuchać.
– Zielone Wzgórze, Promienna Łapo, wyjdźmy na spacer. – Jej głos brzmiał zaskakująco odlegle. – Dawno nic razem nie robiliśmy, prawda? To dobrze nam zrobi.
Później otwierała oczy i budziła się w ciepłym Żłobku. Poruszała się w swoim miękkim posłaniu, czując się nieswojo w błogiej atmosferze spokoju. W powietrzu roznosił się delikatny zapach świeżej zwierzyny. U jej łap leżała pulchna nornica, przyniesiona pewnie tego ranka przez Zielone Wzgórze lub Liściasty Wir. Wszystko było w porządku. Nie słyszała wściekłych kłótni innych Klifiaków. Nie widziała złości i strachu wypisanych na ich pyskach. Nie rozmawiała z nikim o widmie wiszącej nad nimi klątwy. Była oderwana od świata.
W gruncie rzeczy lubiła to życie. Była otoczona tyloma kotami, które o nią dbały. To było dziwne. Przyjemne. Bożodrzew szybko zdała sobie sprawę, jak mocno oczekiwała częstych wizyt swoich bliskich. Podobała się ilość otrzymywanej atencji. Chłonęła każde ciepłe słowo Liściastego Wiru. Pragnęła codziennych, przyjaznych rozmów z Bławatkowym Wschodem. Uwielbiała pełne miłości spojrzenia rzucane jej przez Zielone Wzgórze. Ta potrzeba uwagi, ta wywoływana nią radość pożerały ją i czasami zaczynała się bać, że znaczą one dla niej więcej niż jej własne kocięta. W końcu, dlaczego mogła być tak pewna swojego uwielbienia wobec tego uczucia, a jednocześnie tak nieudolnie kochać własne dzieci? Na pewno mogła się nimi lepiej opiekować. Na pewno mogła być lepszą matką.
Była zgniła. Zepsuta. Powinna była czuć wstyd.
– Mamoo! Wstawaj! Wstawaj! – Gwałtownie poderwała głowę, mrugając bez zrozumienia. Przez chwilę wpatrywała się w stojącego przed nią kociaka. Promyczek podrygiwał, jakby nie mogąc powstrzymać rozpierającej go energii. – Chodź, zabierzesz mnie poza obóz, będziemy zbierać mech! – pisnął, przebierając łapkami. – No więc jak, mamusiu? Proszę!
Patrzył na nią wielkimi, pełnymi radości oczami. Bożodrzew zawiesiła spojrzenie na wyjściu z obozu i skrzywiła się. Nie miała ochoty wstawać.
– Jeśli potrzebujesz mchu, poproś Zielone Wzgórze – mruknęła, ziewając przeciągle. Uśmiech Promyczka opadł, a Bożodrzew uderzyła fala wyrzutów sumienia. Klanie Gwiazdy, była okropną matką. Zielone Wzgórze załatwiłaby to delikatniej. – Jesteś jeszcze trochę za mały na takie wyprawy, ale hej, będziesz mógł zbierać tyle mchu, ile będziesz chciał, kiedy zostaniesz uczniem! – stwierdziła, próbując brzmieć jak najbardziej przyjaźnie i zachęcająco. Promyczek skrzywił się.
– Ale jeszcze zostało tyle czasuu! – burknął z niezadowoleniem. Bożodrzew miała ochotę przewrócić oczami. Kto się spieszył, żeby trenować? Promyczek zatęskni za wolnym czasem, gdy zacznie trening. – Ja chcę mieć najbardziej puszyste legowisko w całym Żłobku! – pisnął, tupiąc łapkami.
Bożodrzew parsknęła cichym śmiechem.
– Co powiesz na to, że pójdziemy zapytać Szary Klif, czy podzieli się swoim mchem? – zaproponowała. Wiedziała, że Zielone Wzgórze dbała o brata i przynosiła mu aż za dużo materiałów do budowy posłania. Promyczek po chwili zamyślenia pokiwał energicznie głową. – To chodź. Jestem pewna, że chętnie opowie ci o byciu uczniem.
***
Czarny Ogień był martwy. To nie była zaskakująca śmierć – od kilku dni prawie ledwo co skubał przyniesione mu jedzenie i praktycznie nie ruszał się z legowiska. Zielone Wzgórze i Szary Klif wielokrotnie wzywali do niego medyczki. Kotka wciąż zapewniała ojca, że niedługo poczuje się lepiej, że to jedynie kwestia dobrania mu odpowiednich ziół. Bożodrzew zastanawiała się, czy partnerka rzeczywiście wierzyła we własne kłamstwa. Od Czarnego Ognia od dawna śmierdziało trupem. Ostatnie chwile spędził oparty o Białą Zamieć, dysząc ciężko i pustym wzrokiem wpatrując się w przestrzeń. Starsza wojowniczka przez cały czas wylizywała jego zmatowiałe futro i szeptała coś o ich wspólnej przeszłości. Dziwne. Wszyscy wiedzieli, że ich miłość osłabła księżyce temu.
Starszy został pochowany ze wszystkimi honorami przypadającymi radnemu. Bożodrzewny Kaprys zachęciła Rozświetloną Łapę, by przyniósł na grób dziadka świeżo zerwane kwiaty. Nigdy nie miała bliskiej relacji z Czarnym Ogniem, ale wiedziała, że ten mały gest ucieszy Zielone Wzgórze.
Przynajmniej tyle mogła dla niej zrobić.
Wróciwszy do obozu, kotka zaszyła się gdzieś na uboczu. Dopiero wtedy pozwoliła łzom płynąć. Szlochała, opowiadając partnerce o nic nieznaczących rozmowach przeprowadzonych z ojcem. Bożodrzew otuliła ją opiekuńczo ogonem i próbowała znaleźć słowa mogące ukoić partnerkę. Nie sądziła jednak, że takie istniały. Zielone Wzgórze była zdruzgotana, a ona nie potrafiła jej pomóc. Była okropną partnerką.
Bożodrzewny Kaprys mimowolnie zaczęła zastanawiać się, czy po niej też ktoś tak będzie płakał.
Kątem oka zauważyła stojącego nieopodal Promienną Łapę. Wpatrywał się ze współczuciem w Zielone Wzgórze, wyraźnie chcąc podejść do matki. Bożodrzew kiwnęła w jego kierunku głową. Uczeń podbiegł i wtulił się w futro kotki. Nic nie powiedział. Przez dłuższą chwilę trwali w milczeniu. Zielone Wzgórze już nie płakała – być może dlatego, że nie chciała rozklejać się przed synem. Bożodrzewny Kaprys podążyła za jej spojrzeniem. Wpatrywała się w obóz Klanu Klifu, zaskakująco spokojny i cichy. Judaszowcowy Pocałunek dzielił się językami z Liściastym Wirem. Pokrzywowe Zarośla i Dzwonkowy Szmer wracali z patrolu. Kruszynowa Knieja podniosła się i zaczęła iść w kierunku Przyczajonej Kani. Wojowniczka zmarszczyła nos. Co Kruszynowa Knieja mogła chcieć Kani?
– Przyczajona Kanio! – zawołała kotka. Zastępca zatrzymał się i spojrzał pytająco na wojowniczkę. – Czarny Ogień nie żyje.
Przyczajona Kania przez chwilę wpatrywał się w nią pytająco, lecz szybko jego pysk wypełnił uprzejmy, współczujący uśmiech. Bożodrzew skrzywiła się. Kania wypełniał ją odrazą i nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Być może po prostu była zrażona wobec zbyt przyjaznych kotów.
– To wielka strata dla Klanu – westchnął smutno. Kruszynowa Knieja parsknęła.
– Nie o to mi chodzi. Czarny Ogień był radnym. Musimy wybrać nowego – stwierdziła. – Nie wybraliśmy radnego po śmierci Lśniącego Księżyca. Czyżby Srokoszowa Gwiazda chciał całą władzę dla siebie? – zapytała, intensywnie wpatrując się w oczy zastępcy.
Bożodrzew zmrużyła oczy. Kruszynowa Knieja miała rację. Zmarło dwóch członków rady. Czemu Srokoszowa Gwiazda nic z tym nie robił?
– Kruszynowa Kniejo, pozwól rodzinie Czarnego Ognia na żałobę. – Przyczajona Kania ani nie przerwał kontaktu wzrokowego, ani nie przestał się delikatnie uśmiechać. Bożodrzew instynktownie zbliżyła się do partnerki. Niech te mysie móżdżki nie wciągają Zielonego Wzgórza w polityczne przepychanki. – Jestem pewien, że Srokoszowa…
– Nie będziecie wybierać radnych.
Przyczajona Kania przerwał w pół zdania, a przez jego pysk przebiegł cień zaskoczenia. Srokoszowa Gwiazda wyszedł z legowiska i stanął za zastępcą.
– Rada nie spełnia swojego zadania. Przedłuża czas podejmowania ważnych decyzji – oznajmił, chłodnym spojrzeniem omiatając zebranych. – Rada szkodziła Klanowi Klifu.
Bożodrzewny Kaprys czasami śniła o spadającym niebie. Uderzało w nią z siłą niemej złości Klanu Klifu, zalewało jej płuca, zamazywało wzrok. Czuła na sobie ciężar gęstniejącej atmosfery, słyszała przechodzące z szeptu do zdenerwowanego syku rozmowy. Tonęła.
Widziała to. Była pewna. Wzrok Srokoszowej Gwiazdy na zbyt długą chwilę zatrzymał się na Judaszowcowym Pocałunku. Zadrżała, mając ochotę wybuchnąć śmiechem. Lider się bał! Bał się jej brata! Lisie łajno bało się utraty większości głosów w radzie!
Kruszynowa Knieja wydała z siebie gniewny okrzyk. Srokoszowa Gwiazda przez chwilę wpatrywał się w nią, po czym odwrócił się i zniknął w swoim legowisku. Przyczajona Kania zaczął tłumaczyć coś bardzo powoli, prawdopodobnie próbując uspokoić zaskoczonych członków Klanu Klifu. Bożodrzewny Kaprys poczuła, jak sztywnieje. Potrzebowała się wydostać. Nie chciała tego słuchać.
– Zielone Wzgórze, Promienna Łapo, wyjdźmy na spacer. – Jej głos brzmiał zaskakująco odlegle. – Dawno nic razem nie robiliśmy, prawda? To dobrze nam zrobi.
< Promienna Łapo? >
07 lipca 2024
Od Bożodrzewnego Kaprysu
Zielone Wzgórze była dziwna.
Bożodrzew lubiła się jej przyglądać. Było w niej coś fascynującego – być może to, z jaką łatwością podchodziła do każdego lub to, jak wiecznie promienne było jej spojrzenie. Budziło to w Bożodrzewie pewną zazdrość, uczucie żalu, przeświadczenie, że ona sama również mogła taka być, że było w niej coś zepsutego. Zielone Wzgórze była dla niej przypomnieniem, że samotność wynikała tylko i wyłącznie z jej winy (bo Bożodrzewowi zależało na towarzystwie innych, nieważne, jak bardzo by się nie chciała tego wyprzeć).
Kotka mogła zdobyć sympatię każdego, a mimo wszystko wybierała zasypianie w posłaniu obok niej. To było miłe. To również napełniało Bożodrzew niepokojem. Nie znała tego rodzaju relacji, nie wiedziała, czego się po niej spodziewać, nie potrafiła przewidzieć, kiedy i jak się skończy. Korciło ją, by odepchnąć kotkę, ale jednocześnie wizja utraty jej była nie do zniesienia. Nie podobały jej się te uczucia. Były obce. Dziwne. Zbyt silne.
Bożodrzew doszła do wniosku, że nie lubiła tego, jak bardzo była zależna emocjonalnie od innego kota. Przeszkadzało jej ciepło, które wypełniało ją za każdym razem, gdy Zielone Wzgórze uśmiechała się do niej. W końcu, dlaczego miałoby jej zależeć? Dlaczego tak radośnie oczekiwała chwili, gdy przyjaciółka będzie miała dla niej chwilę czasu? Czemu, kiedy kotka cieszyła się, Bożodrzew również jaśniała? Zielone Wzgórze była zarówno największym szczęściem jej życia, jak i najgorszym utrapieniem. Irytowało ją to.
Bożodrzewny Kaprys doszła do wniosku, że ona też była dziwna.
Bożodrzew lubiła się jej przyglądać. Było w niej coś fascynującego – być może to, z jaką łatwością podchodziła do każdego lub to, jak wiecznie promienne było jej spojrzenie. Budziło to w Bożodrzewie pewną zazdrość, uczucie żalu, przeświadczenie, że ona sama również mogła taka być, że było w niej coś zepsutego. Zielone Wzgórze była dla niej przypomnieniem, że samotność wynikała tylko i wyłącznie z jej winy (bo Bożodrzewowi zależało na towarzystwie innych, nieważne, jak bardzo by się nie chciała tego wyprzeć).
Kotka mogła zdobyć sympatię każdego, a mimo wszystko wybierała zasypianie w posłaniu obok niej. To było miłe. To również napełniało Bożodrzew niepokojem. Nie znała tego rodzaju relacji, nie wiedziała, czego się po niej spodziewać, nie potrafiła przewidzieć, kiedy i jak się skończy. Korciło ją, by odepchnąć kotkę, ale jednocześnie wizja utraty jej była nie do zniesienia. Nie podobały jej się te uczucia. Były obce. Dziwne. Zbyt silne.
Bożodrzew doszła do wniosku, że nie lubiła tego, jak bardzo była zależna emocjonalnie od innego kota. Przeszkadzało jej ciepło, które wypełniało ją za każdym razem, gdy Zielone Wzgórze uśmiechała się do niej. W końcu, dlaczego miałoby jej zależeć? Dlaczego tak radośnie oczekiwała chwili, gdy przyjaciółka będzie miała dla niej chwilę czasu? Czemu, kiedy kotka cieszyła się, Bożodrzew również jaśniała? Zielone Wzgórze była zarówno największym szczęściem jej życia, jak i najgorszym utrapieniem. Irytowało ją to.
Bożodrzewny Kaprys doszła do wniosku, że ona też była dziwna.
30 czerwca 2024
Od Bożodrzewnego Kaprysu CD. Stokrotkowej Łapy
Stokrotkowa Łapa przez chwilę wpatrywał się w ptaka z lekkim podziwem. Czy marzył o umiejętnościach, które miały pozwolić mu na złapanie go? Bożodrzew zaśmiała się cicho.
– Zanim zaczniesz łapać ptaki, musimy popracować nad twoją pozycją łowiecką – zarządziła od niechcenia. Klanie Gwiazdy, czuła się jak oszust, gdy go instruowała. Przecież sama niedawno była utrapieniem dla swojego mentora. – Pokażę ci jak to zrobić, a ty to powtórzysz. Tylko nie każ mi tu długo siedzieć. Chciałabym mieć jeszcze czas na moją popołudniową drzemkę.
Mimo to została na treningu ze Stokrotkową Łapą tak długo, jak tego potrzebował.
Ciepły oddech Zielonego Wzgórza rozlewał się po jej karku. Bożodrzew leżała bez ruchu, bojąc się, że najmniejsze drgnienie obudzi drugą wojowniczkę. Coś ściskało ją w piersi – nieme oczekiwanie, zdławiony niepokój. Nie pamiętała, by zasypiały wtulone w siebie i nie wiedziała też, czy jej to przeszkadzało. Czy tak robią bliskie sobie koty?
Zeszłego wieczoru rozmawiały do późna. Zielone Wzgórze położyła się obok niej i szeptem opowiedziała o Gasnącym Promyku, która otworzyła się przed nią i ze złością mówiła o tym, jak przez tę straszną klątwę Klanu Gwiazdy i Srokosza jej córeczka, biedna Siewcza Łapa, cierpi. Bożodrzew prychnęła na to cicho, stwierdzając, że to jasne, że matka próbuje sobie zracjonalizować obłęd swojego bachora mistyczną złością martwych przodków. Zielone Wzgórze zdzieliła ją wtedy ogonem po boku, upominając, że powinna być milsza dla dziecka i dodając, że całkowicie rozumie, dlaczego Gasnąca czuje taką złość w stosunku do Srokoszowej Gwiazdy – gdyby ona była rodzicem, również broniłaby swoich kociąt za wszelką cenę. Bożodrzewny Kaprys naprawdę chciała rzucić jakąś ciętą ripostą o naiwności wiary w słowa jej głupiego brata i klątwę gwiezdnych, ale powstrzymała się. Wiedziała, że obraziłaby wtedy zarówno Gasnący Promyk, jak i Zielone Wzgórze, a obrażanie Zielonego Wzgórza wydawało się… dziwne. Nie na miejscu.
Zresztą wszystko w jej relacji z Zielonym Wzgórzem było dziwne i nie na miejscu.
Prawdopodobnie powinna cieszyć się, że ktoś chce z nią rozmawiać – cóż, jej matka na pewno się z tego cieszyła. Bożodrzew jednak wypełniał niepokój. Nieznane sprawiało, że chciała uciekać, wyśmiać Zielone Wzgórze i rzucić całą tę głupią relację. W końcu co jej zależało? Mimo to za każdym razem, gdy czarna kotka proponowała jej wspólny patrol, zgadzała się.
Może (i tylko może!) Zielone Wzgórze nie była tak samo irytująca i niewarta jej uwagi jak cała reszta.
– Stokrotkowa Łapa pewnie na ciebie czeka – wymruczała czarna kotka, podnosząc nagle głowę i ziewając przeciągle. Bożodrzewny Kaprys prychnęła cicho.
– Martwisz się o niego, a sama prawie zaspałaś na swój patrol. – Spojrzała na nią kpiąco. Zielone Wzgórze zaśmiała się (Bożodrzew lubiła, gdy śmiała się z jej żartów) i wstała.
– Chodź. – Pacnęła ją delikatnie łapą po uchu. Biała parsknęła z irytacją, ale również podniosła się jakby od niechcenia.
Stokrotkowa Łapa rzeczywiście na nią czekał. Siedział przed wyjściem do obozu, wpatrując się z niecierpliwością w legowisko wojownika. Bożodrzewny Kaprys przewróciła oczami. Nie wiedziała, skąd młodzik miał tyle energii – ona w czasach uczniowskich nie miała takiego parcia na trening, preferując drzemki i złorzeczenie mentorowi jako formę rozrywki. Zresztą niewiele się od tego czasu zmieniło.
– Mi się tak nigdy nie spieszyło do pracy – rzuciła w stronę kocura, przyzywając go ruchem ogona.
– Co będziemy dzisiaj robić? – zapytał nieśmiało Stokrotkowa Łapa. Bożodrzewny Kaprys zastanowiła się chwilę i jęknęła z niezadowoleniem. Prawdopodobnie nadszedł czas na lekcję, którą od księżyców starała się odkładać.
– Nauczę cię nawigacji w tunelach.
– Zanim zaczniesz łapać ptaki, musimy popracować nad twoją pozycją łowiecką – zarządziła od niechcenia. Klanie Gwiazdy, czuła się jak oszust, gdy go instruowała. Przecież sama niedawno była utrapieniem dla swojego mentora. – Pokażę ci jak to zrobić, a ty to powtórzysz. Tylko nie każ mi tu długo siedzieć. Chciałabym mieć jeszcze czas na moją popołudniową drzemkę.
Mimo to została na treningu ze Stokrotkową Łapą tak długo, jak tego potrzebował.
***
Ciepły oddech Zielonego Wzgórza rozlewał się po jej karku. Bożodrzew leżała bez ruchu, bojąc się, że najmniejsze drgnienie obudzi drugą wojowniczkę. Coś ściskało ją w piersi – nieme oczekiwanie, zdławiony niepokój. Nie pamiętała, by zasypiały wtulone w siebie i nie wiedziała też, czy jej to przeszkadzało. Czy tak robią bliskie sobie koty?
Zeszłego wieczoru rozmawiały do późna. Zielone Wzgórze położyła się obok niej i szeptem opowiedziała o Gasnącym Promyku, która otworzyła się przed nią i ze złością mówiła o tym, jak przez tę straszną klątwę Klanu Gwiazdy i Srokosza jej córeczka, biedna Siewcza Łapa, cierpi. Bożodrzew prychnęła na to cicho, stwierdzając, że to jasne, że matka próbuje sobie zracjonalizować obłęd swojego bachora mistyczną złością martwych przodków. Zielone Wzgórze zdzieliła ją wtedy ogonem po boku, upominając, że powinna być milsza dla dziecka i dodając, że całkowicie rozumie, dlaczego Gasnąca czuje taką złość w stosunku do Srokoszowej Gwiazdy – gdyby ona była rodzicem, również broniłaby swoich kociąt za wszelką cenę. Bożodrzewny Kaprys naprawdę chciała rzucić jakąś ciętą ripostą o naiwności wiary w słowa jej głupiego brata i klątwę gwiezdnych, ale powstrzymała się. Wiedziała, że obraziłaby wtedy zarówno Gasnący Promyk, jak i Zielone Wzgórze, a obrażanie Zielonego Wzgórza wydawało się… dziwne. Nie na miejscu.
Zresztą wszystko w jej relacji z Zielonym Wzgórzem było dziwne i nie na miejscu.
Prawdopodobnie powinna cieszyć się, że ktoś chce z nią rozmawiać – cóż, jej matka na pewno się z tego cieszyła. Bożodrzew jednak wypełniał niepokój. Nieznane sprawiało, że chciała uciekać, wyśmiać Zielone Wzgórze i rzucić całą tę głupią relację. W końcu co jej zależało? Mimo to za każdym razem, gdy czarna kotka proponowała jej wspólny patrol, zgadzała się.
Może (i tylko może!) Zielone Wzgórze nie była tak samo irytująca i niewarta jej uwagi jak cała reszta.
– Stokrotkowa Łapa pewnie na ciebie czeka – wymruczała czarna kotka, podnosząc nagle głowę i ziewając przeciągle. Bożodrzewny Kaprys prychnęła cicho.
– Martwisz się o niego, a sama prawie zaspałaś na swój patrol. – Spojrzała na nią kpiąco. Zielone Wzgórze zaśmiała się (Bożodrzew lubiła, gdy śmiała się z jej żartów) i wstała.
– Chodź. – Pacnęła ją delikatnie łapą po uchu. Biała parsknęła z irytacją, ale również podniosła się jakby od niechcenia.
Stokrotkowa Łapa rzeczywiście na nią czekał. Siedział przed wyjściem do obozu, wpatrując się z niecierpliwością w legowisko wojownika. Bożodrzewny Kaprys przewróciła oczami. Nie wiedziała, skąd młodzik miał tyle energii – ona w czasach uczniowskich nie miała takiego parcia na trening, preferując drzemki i złorzeczenie mentorowi jako formę rozrywki. Zresztą niewiele się od tego czasu zmieniło.
– Mi się tak nigdy nie spieszyło do pracy – rzuciła w stronę kocura, przyzywając go ruchem ogona.
– Co będziemy dzisiaj robić? – zapytał nieśmiało Stokrotkowa Łapa. Bożodrzewny Kaprys zastanowiła się chwilę i jęknęła z niezadowoleniem. Prawdopodobnie nadszedł czas na lekcję, którą od księżyców starała się odkładać.
– Nauczę cię nawigacji w tunelach.
< Stokrotku? >
[549 słów]
[przyznano 5%]
08 kwietnia 2024
Od Bożodrzewnego Kaprysu Do Stokrotkowej Łapy
Czuła równomierne pulsowanie w głowie. Zakaszlała cicho, uchylając powieki.
– Cz-czereśniowa Gałązko? – wycharczała przez zacisnięte gardło. Medyczka odwróciła się w jej stronę. – Pić – poprosiła ledwo słyszalnie. Zamknęła oczy, dysząc ciężko. Czemu jej ciało wydawało się takie ciężkie?
Ktoś – najprawdopodobniej jedna z uzdrowicielek – wetknął jej pod nos zwilżony wodą mech. Wydała z siebie głębokie westchnienie. Była tak bardzo zmęczona. Nie wiedziała, ile dni znajdowała się w tym miejscu. Jej obraz rzeczywistości wydawał się rozmyty. Przez długi czas na zmianę traciła i odzyskiwała przytomność. Gorączka dławiła ją, a kaszel rozrywał płuca.
Palący ogień zaczął w końcu słabnąć. Powoli zaczęła zdawać sobie sprawę, gdzie właściwie jest. Zauważyła zmartwione spojrzenia, które rzucał jej ze swojego posłania Dzwonkowy Szmer. Temu mysiemu móżdżkowi jednak na niej zależało! Gdyby nie miażdżące zmęczenie, prawdopodobnie czułaby satysfakcje.
Po pewnym czasie koty zaczęły znikać z legowiska medyka. Czy wyzdrowiały i zostały wypuszczone? Taką miała nadzieję wojowniczka. W gorączkowych snach zaczął nawiedzać ją widok zimnego, martwego ciała mentora. Nie chciała tego widzieć. Durne lisie łajno, czemu sprawił, że się o niego troszczyła? Kiedy stąd wyjdzie, podrzuci mu te szyszki do posłania.
Jeśli stąd wyjdzie.
– Odpoczywaj – rozkazała medyczka. – Wyzdrowiejesz – obiecała. Bożodrzewny Kaprys zamruczała cicho. Była tak zmęczona. Poczuła, jak jej umysł powoli zatapia się w strumieniu nieświadomości.
No dobrze, mogła położyć się spać.
Zmrużyła oczy, gdy uderzyło ją oślepiające światło. Wzięła głęboki oddech, rozkoszując się słodkim zapachem powietrza, które nie zostało zanieczyszczone przez smród choroby.
– Bożodrzewny Kaprysie! Bożodrzewny Kaprysie! – Radosne wołanie Zielonego Wzgórza rozniosło się po obozie. Czarna kotka podbiegła do drugiej wojowniczki, a jej oczy zalśniły radośnie. – Tak się cieszę, że wyzdrowiałaś! Kiedy byłaś chora zajęłam się treningiem Stokrotkowej Łapy. Niczym się nie martw, będzie świetnym wojownikiem. Byliśmy…
W pewnym momencie Bożodrzew przestała słuchać radosnego monologu kotki. Wyzdrowiała. Przeżyła. Z satysfakcją poczuła, jak jej płuca napełniają się powietrzem bez nieprzyjemnego charczenia. Nigdy nie sądziła, że coś tak prostego będzie ją tak cieszyć.
Przez legowisko medyka w tamtym czasie przewinęło się wiele kotów. Gasnący Promyk, Dzwonkowy Szmer i Fioletowe Spojrzenie wyzdrowieli szybciej od niej. Prawdopodobnie zdążyli wrócić już do swoich obowiązków. W pewnym momencie widziała też, jak do uzdrowicielek przyprowadzony został Pokrzywowa Łapa (czy też – jak teraz dumnie się nazywał – Pokrzywowe Zarośla), jednak na szczęście nie stwierdzono u niego zarażenia zielonym kaszlem. Niestety epidemia zebrała swoje żniwo. Nikt nie mógł uratować Koperkowego Wzgórza. Gdy biała kotka opuszczała legowisko medyków, wojownik jeszcze oddychał. Leżał nieruchomo na swoim posłaniu, niewidzącym spojrzeniem wpatrując się w przestrzeń przed siebie. Z jego niegdyś silnego ciała pozostały jedynie skóra i kości. Czy to Klan Gwiazdy karał go za pozwolenie na śmierć Spopielonej Łapy? Bożodrzewny Kaprys wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Wciąż czuła płynący od wojownika zapach śmierci.
Ona przeżyła. Ona wyzdrowiała.
– Dziękuję, Zielone Wzgórze – zamruczała, obdarzając kotkę ciepłym spojrzeniem. – Doceniam to. Naprawdę.
Klanie Gwiazdy, dzięki ci za jej życie.
Minęło parę dni od momentu jej wyjścia z legowiska medyka. Sroga Pora Nagich Drzew ustąpiła deszczowej Porze Nowych Liści. Świat zaczynał rozkwitać, a wraz z nim – Bożodrzew. Jej siły wracały i coraz trudniej było jej unikać obowiązków wojownika. Powoli zaczynała żałować, że kiedykolwiek ruszyła się ze swojego wygodnego legowiska. Po co były jej te wszystkie patrole?
Była jeszcze jedna rzecz, którą się nie zajęła. Dzięki uprzejmości Zielonego Wzgórza przez pewien czas mogła unikać tej odpowiedzialności, jednak nadszedł czas, by w końcu stawiła czoło obowiązkom mentora.
Westchnęła cicho, wchodząc do legowiska uczniów. Niepewnie przestąpiła z łapy na łapę. Czy powinna poprosić Dzwonkowy Szmer o radę? Nie, ten dumny mysi móżdżek powinien się wypchać ze swoimi radami. Nie zamierzała nic od niego chcieć. Jej spojrzenie padło na Stokrotkową Łapę, który obrócił się w jej kierunku z pewnym zdziwieniem wypisanym na pysku.
– Tak więc… szkolenie – zamruczała.
– Cz-czereśniowa Gałązko? – wycharczała przez zacisnięte gardło. Medyczka odwróciła się w jej stronę. – Pić – poprosiła ledwo słyszalnie. Zamknęła oczy, dysząc ciężko. Czemu jej ciało wydawało się takie ciężkie?
Ktoś – najprawdopodobniej jedna z uzdrowicielek – wetknął jej pod nos zwilżony wodą mech. Wydała z siebie głębokie westchnienie. Była tak bardzo zmęczona. Nie wiedziała, ile dni znajdowała się w tym miejscu. Jej obraz rzeczywistości wydawał się rozmyty. Przez długi czas na zmianę traciła i odzyskiwała przytomność. Gorączka dławiła ją, a kaszel rozrywał płuca.
Palący ogień zaczął w końcu słabnąć. Powoli zaczęła zdawać sobie sprawę, gdzie właściwie jest. Zauważyła zmartwione spojrzenia, które rzucał jej ze swojego posłania Dzwonkowy Szmer. Temu mysiemu móżdżkowi jednak na niej zależało! Gdyby nie miażdżące zmęczenie, prawdopodobnie czułaby satysfakcje.
Po pewnym czasie koty zaczęły znikać z legowiska medyka. Czy wyzdrowiały i zostały wypuszczone? Taką miała nadzieję wojowniczka. W gorączkowych snach zaczął nawiedzać ją widok zimnego, martwego ciała mentora. Nie chciała tego widzieć. Durne lisie łajno, czemu sprawił, że się o niego troszczyła? Kiedy stąd wyjdzie, podrzuci mu te szyszki do posłania.
Jeśli stąd wyjdzie.
– Odpoczywaj – rozkazała medyczka. – Wyzdrowiejesz – obiecała. Bożodrzewny Kaprys zamruczała cicho. Była tak zmęczona. Poczuła, jak jej umysł powoli zatapia się w strumieniu nieświadomości.
No dobrze, mogła położyć się spać.
***
Zmrużyła oczy, gdy uderzyło ją oślepiające światło. Wzięła głęboki oddech, rozkoszując się słodkim zapachem powietrza, które nie zostało zanieczyszczone przez smród choroby.
– Bożodrzewny Kaprysie! Bożodrzewny Kaprysie! – Radosne wołanie Zielonego Wzgórza rozniosło się po obozie. Czarna kotka podbiegła do drugiej wojowniczki, a jej oczy zalśniły radośnie. – Tak się cieszę, że wyzdrowiałaś! Kiedy byłaś chora zajęłam się treningiem Stokrotkowej Łapy. Niczym się nie martw, będzie świetnym wojownikiem. Byliśmy…
W pewnym momencie Bożodrzew przestała słuchać radosnego monologu kotki. Wyzdrowiała. Przeżyła. Z satysfakcją poczuła, jak jej płuca napełniają się powietrzem bez nieprzyjemnego charczenia. Nigdy nie sądziła, że coś tak prostego będzie ją tak cieszyć.
Przez legowisko medyka w tamtym czasie przewinęło się wiele kotów. Gasnący Promyk, Dzwonkowy Szmer i Fioletowe Spojrzenie wyzdrowieli szybciej od niej. Prawdopodobnie zdążyli wrócić już do swoich obowiązków. W pewnym momencie widziała też, jak do uzdrowicielek przyprowadzony został Pokrzywowa Łapa (czy też – jak teraz dumnie się nazywał – Pokrzywowe Zarośla), jednak na szczęście nie stwierdzono u niego zarażenia zielonym kaszlem. Niestety epidemia zebrała swoje żniwo. Nikt nie mógł uratować Koperkowego Wzgórza. Gdy biała kotka opuszczała legowisko medyków, wojownik jeszcze oddychał. Leżał nieruchomo na swoim posłaniu, niewidzącym spojrzeniem wpatrując się w przestrzeń przed siebie. Z jego niegdyś silnego ciała pozostały jedynie skóra i kości. Czy to Klan Gwiazdy karał go za pozwolenie na śmierć Spopielonej Łapy? Bożodrzewny Kaprys wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Wciąż czuła płynący od wojownika zapach śmierci.
Ona przeżyła. Ona wyzdrowiała.
– Dziękuję, Zielone Wzgórze – zamruczała, obdarzając kotkę ciepłym spojrzeniem. – Doceniam to. Naprawdę.
Klanie Gwiazdy, dzięki ci za jej życie.
***
Minęło parę dni od momentu jej wyjścia z legowiska medyka. Sroga Pora Nagich Drzew ustąpiła deszczowej Porze Nowych Liści. Świat zaczynał rozkwitać, a wraz z nim – Bożodrzew. Jej siły wracały i coraz trudniej było jej unikać obowiązków wojownika. Powoli zaczynała żałować, że kiedykolwiek ruszyła się ze swojego wygodnego legowiska. Po co były jej te wszystkie patrole?
Była jeszcze jedna rzecz, którą się nie zajęła. Dzięki uprzejmości Zielonego Wzgórza przez pewien czas mogła unikać tej odpowiedzialności, jednak nadszedł czas, by w końcu stawiła czoło obowiązkom mentora.
Westchnęła cicho, wchodząc do legowiska uczniów. Niepewnie przestąpiła z łapy na łapę. Czy powinna poprosić Dzwonkowy Szmer o radę? Nie, ten dumny mysi móżdżek powinien się wypchać ze swoimi radami. Nie zamierzała nic od niego chcieć. Jej spojrzenie padło na Stokrotkową Łapę, który obrócił się w jej kierunku z pewnym zdziwieniem wypisanym na pysku.
– Tak więc… szkolenie – zamruczała.
< Stokrotku? >
[604 słowa]
6%
Wyleczeni: Bożodrzewny Kaprys, Pokrzywowe Zarośla
20 marca 2024
Od Bożodrzewnego Kaprysu
– Zaczekaj, Bożodrzewny Kaprysie!
Bożodrzew zatrzymała się, ziewając głośno. Było zdecydowanie za wcześnie zarówno na interakcje między kotami, jak i sam fakt, że musiała iść na polowanie. Mroźny wiatr, tak charakterystyczny dla wczesnej Pory Nagich Liści zmierzwił jej futro. Zadrżała.
Zielone Wzgórze doskoczyła do jej boku, uśmiechając się przyjaźnie. Biała kotka przewróciła oczami w myślach. Skąd ten pomiot Mrocznego Lasu brał tyle energii?
– Pomyślałam, że możemy pójść razem – zamruczała. Bożo jęknęła w duchu. Czemu wszyscy członkowie Klanu Klifu nie mogli zginąć w jakimś pożarze? Przynajmniej nie musiałaby z nimi rozmawiać.
– Czemu nie – rzuciła bez przekonania. Niech Klan Gwiazd popatrzy, Bożodrzewny Kaprys z własnej woli rozmawia z innymi kotami! Liściasty Wir będzie dumna. Zielone Wzgórze, ponownie uśmiechnąwszy się przyjaźnie, pomknęła ku lasowi. Druga wojowniczka przystanęła na chwilę, mrugając z konsternacją. Zielone Wzgórze patrzyła się w jej oczy o kilka sekund zbyt długo.
Biała kotka dogoniła nową partnerkę polowań. W ciszy przemierzały spustoszony mrozem teren. Wojowniczka zastrzygła uszami z niepokojem. Czy pośród martwych liści i zamarzniętej ziemi została jeszcze jakakolwiek zwierzyna? Lodowata pogoda dawała się Klanowi Klifu we znaki. To była tylko kwestia czasu, aż któryś wojownik wróci do obozu z odmrożoną kończyną. Część klifiaków w ogóle nie wyściubiała nosa z legowisk. Bożo parsknęła w myślach. Judaszowiec, wiecznie lepszy od niej Judaszowiec, zbyt dumny, by przez księżyce udać się do medyka, skończył przymusowo uwięziony w swoim posłaniu, lecząc swoje osłabienie i futro, które zaczęło łysieć. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo Bożodrzew będzie się z niego wyśmiewać…
Nagle Zielone Wzgórze przystanęła i zastrzygła uszami.
– Wiesz, trudno będzie ci cokolwiek złapać poprzez stanie w miejscu i modlenie się nad zwierzyną. – Bożodrzewny Kaprys rzuciła jej rozbawione spojrzenie. Ogon drugiej kotki zadrżał.
– Cicho – rozkazała, a wojowniczka, niespodziewająca się takiego tonu, również przystanęła. – Słyszysz? Coś się dzieje.
Rzeczywiście, coś było nie tak. Jakaś niewielka grupa ptaków poderwała się do lotu. Bożodrzew zmarszczyła brwi. Kto był na tyle głupi, by straszyć zwierzynę, której i tak było już tak mało?
– Myślę, że kaszląc tak głośno, niczego nie upoluje – mruknęła, a Zielone Wzgórze spojrzała na nią z niepokojem.
– Może potrzebować pomocy.
Przez chwilę Bożodrzew miała ochotę machnąć na to łapą i wrócić do swoich spraw. Było zbyt zimno na ratowanie świata. Niestety, bijące od czarnej kotki troska i niepokój obudziły w niej pewne poczucie odpowiedzialności. Westchnęła ostentacyjnie.
– No dobra. Możemy iść bawić się w bohaterki albo coś – parsknęła. Druga wojowniczka rozpromieniła się i natychmiast pobiegła w kierunku, z którego dobiegał dźwięk.
Bożodrzew prychnęła. Głupia Zielone Wzgórze.
Niestety, najgorsze przewidywania kotki dość szybko okazały się nie aż tak bezpodstawne. Im bardziej się zbliżały do źródła hałasu, tym głośniej słychać było rozdzierający płuca kaszel i niespokojną rozmowę.
– Proszę cię, jesteśmy już niedaleko, musisz dać radę – ktoś błagał płaczliwym tonem. Teraz i Bożodrzewny Kaprys ogarnęła obawa.
– Koperkowe Wzgórze? Co się dzieje? – zawołała, przyspieszając. Widok, który jej się ukazał, w żadnym stopniu nie napawał optymizmem. Mentor pochylał się nad swoim uczniem, próbując zmusić go do zrobienia kolejnego kroku w stronę bezpiecznego obozu. Gwałtowny kaszel wstrząsał ciałem Spopielonej Łapy. Spojrzenie ucznia było rozbiegane, nieostre. Trudno było w ogóle stwierdzić, czy zdaje sobie sprawę, gdzie jest – przypominał zwiędłego listka, który może zostać porwany i rozdarty przez najmniejszy podmuch wiatru.
– Ja… ja nie wiedziałem, że jest tak chory – zakwilił panicznie Koperkowe Wzgórze. – Powiedział mi, że jest w porządku i czuje się lepiej. Nie chciał zawieść Srokoszowej Gwiazdy. Spopielona Łapo, czemu mnie okłamałeś?!
– Nie bój się Koperkowe Wzgórze, Czereśniowa Gałązka na pewno mu pomoże – zapewniła Zielone Wzgórze, wpatrując się w wojownika ze współczuciem. Bożodrzewny Kaprys bez słowa zlustrowała ucznia spojrzeniem. Jak można było doprowadzić się do takiego stanu?! Myślała, że tylko Judaszowiec byłby na tyle głupi. Westchnęła cicho i podeszła do Spopielonej Łapy, podpierając go od boku.
– No już, idziemy – rozkazała. Uczeń chciał coś powiedzieć, ale jego łapy ugięły się pod wpływem nagłego ataku duszności.
– Ja naprawdę nigdy nie chciałem go skrzywdzić, gdybym tylko wiedział, nigdy bym go nie zmuszał do treningu... – Koperkowe Wzgórze szlochał żałośnie, trzęsąc się. Bożodrzewny Kaprys zagryzła zęby. Coś mówiło jej, że to wszystko nie mogło się skończyć dobrze.
Srokoszowa Gwiazda przez niemal cały dzień krążył przed legowiskiem medyka. Bożodrzewny Kaprys była świadkiem, jak Czereśniowa Gałązka zakazuje mu dla własnego bezpieczeństwa wchodzić do środka. Widziała również, jak kocur syczy, że jeśli jego syn umrze, będzie to jej wina.
– Myślisz, że z tego wyjdzie? – zapytała z niepokojem Zielone Wzgórze. Bożodrzew wzruszyła ramionami.
– Zobaczymy – mruknęła. Chciała jeszcze coś dodać, ale przerwał jej nagły atak kaszlu. Druga kotka popatrzyła na nią z nieukrywanym niepokojem. Bożodrzew potrząsnęła głową. – Nic mi nie będzie – mruknęła z lekceważeniem.
Ta nagła uwaga, którą zaczęła poświęcać jej kotka była dość… przyjemna. Nie była przyzwyczajona do tego, że inni dobrowolnie chcieli spędzać z nią czas. Westchnęła. Zielone Wzgórze była dziwna.
W Klanie Klifu zapanował powszechny niepokój. Trudno było stwierdzić, w którym dokładnie momencie panować zaczęła niemówiona zgoda, by w żaden sposób nie rozjuszać Srokoszowej Gwiazdy. Wszyscy wydawali się omijać przywódcę szerokim łukiem, przerażeni, że wściekłość i ból, jakie wypełniały go przez chorobę syna, zostaną przelane na nich. Jeden Koperkowe Wzgórze siedział niedaleko lidera, wciąż łkając cicho i trzęsąc się. Dobrze wiedział, że to na niego padnie odpowiedzialność za niedopilnowanie ucznia.
W legowisku medyka po raz kolejny rozległ się głośny, charczący kaszel. Bożodrzewny Kaprys skrzywiła się. Spopielona Łapa cierpiał. Każdy jego oddech, każdy ruch wydawał się przynosić ból. Klanie Gwiazdy, naprawdę chciała wierzyć, że jego młody organizm z tego wyjdzie, ale… sama prowadziła go do obozu. Widziała, co choroba z nim zrobiła.
Właśnie dlatego nie była zaskoczona, gdy w obozie nagle zaległa cisza.
Czereśniowa Gałązka powolnym krokiem wyłoniła się z legowiska medyka. Przez chwilę wpatrywała się w Srokoszową Gwiazdę, po czym schyliła głowę.
– Tak mi przykro – wymamrotała tylko.
W tamtej chwili Bożodrzewny Kaprys zakasłała.
Jej ciałem wstrząsnął spazmatyczny kaszel. Brała zachrypłe, urywane oddechy. Miała niejasne poczucie, że ktoś podsuwa jej pod pysk namoczony mech i nieudolnie próbuje wdusić w nią chociaż kilka kropel wody. Nie potrafiła się ruszyć. Jej głowa była zbyt ciężka. Oddychanie paliło.
Wszystko stało się tak szybko. Najpierw zachorował Koperkowe Wzgórze. Później dołączyła się do niego sama Bożodrzew. Dalej… dalej już nie pamiętała. Kakofonia kaszlu, to straszne, agonalne wycie rozbrzmiało w obozie Klanu Klifu. Srokoszowa Gwiazda wydał jakieś rozkazy, jednak jego słowa zostały rozmyte w błagającym o ciszę umyśle wojowniczki. Wszystko było zbyt głośne, zbyt jasne. Nie pamiętała, kiedy zaprowadzono ją i innych chorych do najgłębszych czeluści legowiska medyka. Gniła, dusiła się w tej nieprzeniknionej ciemności. Czasami miała wrażenie, że masa skalna nad jej głową już dawno zapadła się, przygniatając jej pierś. Czy wciąż jeszcze żyła? Czy ta jaskinia, w której unosił się mdlący odór choroby, miała być jej grobem?
Do legowiska medyka weszły dwa koty. Dwa? Nie, był też trzeci. Wojownicy ciągnęli za sobą półprzytomnego kocura, którego klatka piersiowa unosiła się nierówno, a ciężkie oddechy przerywane były duszącym kaszlem. Bożodrzewny Kaprys miała niejasne poczucie, że zna tego kota, jednak jej przejęty gorączką umysł nie potrafił połączyć obcego pyska z imieniem. Wzrok wojowniczki rozmazał się, a głowa opadła na posłanie.
Załkała cicho, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje, jednak wiedziała, że prawdopodobnie nie ma już nic w żołądku.
Tak bardzo nie chciała umierać.
Klanie Gwiazdy, czym oni zawinili?
Bożodrzew zatrzymała się, ziewając głośno. Było zdecydowanie za wcześnie zarówno na interakcje między kotami, jak i sam fakt, że musiała iść na polowanie. Mroźny wiatr, tak charakterystyczny dla wczesnej Pory Nagich Liści zmierzwił jej futro. Zadrżała.
Zielone Wzgórze doskoczyła do jej boku, uśmiechając się przyjaźnie. Biała kotka przewróciła oczami w myślach. Skąd ten pomiot Mrocznego Lasu brał tyle energii?
– Pomyślałam, że możemy pójść razem – zamruczała. Bożo jęknęła w duchu. Czemu wszyscy członkowie Klanu Klifu nie mogli zginąć w jakimś pożarze? Przynajmniej nie musiałaby z nimi rozmawiać.
– Czemu nie – rzuciła bez przekonania. Niech Klan Gwiazd popatrzy, Bożodrzewny Kaprys z własnej woli rozmawia z innymi kotami! Liściasty Wir będzie dumna. Zielone Wzgórze, ponownie uśmiechnąwszy się przyjaźnie, pomknęła ku lasowi. Druga wojowniczka przystanęła na chwilę, mrugając z konsternacją. Zielone Wzgórze patrzyła się w jej oczy o kilka sekund zbyt długo.
Biała kotka dogoniła nową partnerkę polowań. W ciszy przemierzały spustoszony mrozem teren. Wojowniczka zastrzygła uszami z niepokojem. Czy pośród martwych liści i zamarzniętej ziemi została jeszcze jakakolwiek zwierzyna? Lodowata pogoda dawała się Klanowi Klifu we znaki. To była tylko kwestia czasu, aż któryś wojownik wróci do obozu z odmrożoną kończyną. Część klifiaków w ogóle nie wyściubiała nosa z legowisk. Bożo parsknęła w myślach. Judaszowiec, wiecznie lepszy od niej Judaszowiec, zbyt dumny, by przez księżyce udać się do medyka, skończył przymusowo uwięziony w swoim posłaniu, lecząc swoje osłabienie i futro, które zaczęło łysieć. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo Bożodrzew będzie się z niego wyśmiewać…
Nagle Zielone Wzgórze przystanęła i zastrzygła uszami.
– Wiesz, trudno będzie ci cokolwiek złapać poprzez stanie w miejscu i modlenie się nad zwierzyną. – Bożodrzewny Kaprys rzuciła jej rozbawione spojrzenie. Ogon drugiej kotki zadrżał.
– Cicho – rozkazała, a wojowniczka, niespodziewająca się takiego tonu, również przystanęła. – Słyszysz? Coś się dzieje.
Rzeczywiście, coś było nie tak. Jakaś niewielka grupa ptaków poderwała się do lotu. Bożodrzew zmarszczyła brwi. Kto był na tyle głupi, by straszyć zwierzynę, której i tak było już tak mało?
– Myślę, że kaszląc tak głośno, niczego nie upoluje – mruknęła, a Zielone Wzgórze spojrzała na nią z niepokojem.
– Może potrzebować pomocy.
Przez chwilę Bożodrzew miała ochotę machnąć na to łapą i wrócić do swoich spraw. Było zbyt zimno na ratowanie świata. Niestety, bijące od czarnej kotki troska i niepokój obudziły w niej pewne poczucie odpowiedzialności. Westchnęła ostentacyjnie.
– No dobra. Możemy iść bawić się w bohaterki albo coś – parsknęła. Druga wojowniczka rozpromieniła się i natychmiast pobiegła w kierunku, z którego dobiegał dźwięk.
Bożodrzew prychnęła. Głupia Zielone Wzgórze.
Niestety, najgorsze przewidywania kotki dość szybko okazały się nie aż tak bezpodstawne. Im bardziej się zbliżały do źródła hałasu, tym głośniej słychać było rozdzierający płuca kaszel i niespokojną rozmowę.
– Proszę cię, jesteśmy już niedaleko, musisz dać radę – ktoś błagał płaczliwym tonem. Teraz i Bożodrzewny Kaprys ogarnęła obawa.
– Koperkowe Wzgórze? Co się dzieje? – zawołała, przyspieszając. Widok, który jej się ukazał, w żadnym stopniu nie napawał optymizmem. Mentor pochylał się nad swoim uczniem, próbując zmusić go do zrobienia kolejnego kroku w stronę bezpiecznego obozu. Gwałtowny kaszel wstrząsał ciałem Spopielonej Łapy. Spojrzenie ucznia było rozbiegane, nieostre. Trudno było w ogóle stwierdzić, czy zdaje sobie sprawę, gdzie jest – przypominał zwiędłego listka, który może zostać porwany i rozdarty przez najmniejszy podmuch wiatru.
– Ja… ja nie wiedziałem, że jest tak chory – zakwilił panicznie Koperkowe Wzgórze. – Powiedział mi, że jest w porządku i czuje się lepiej. Nie chciał zawieść Srokoszowej Gwiazdy. Spopielona Łapo, czemu mnie okłamałeś?!
– Nie bój się Koperkowe Wzgórze, Czereśniowa Gałązka na pewno mu pomoże – zapewniła Zielone Wzgórze, wpatrując się w wojownika ze współczuciem. Bożodrzewny Kaprys bez słowa zlustrowała ucznia spojrzeniem. Jak można było doprowadzić się do takiego stanu?! Myślała, że tylko Judaszowiec byłby na tyle głupi. Westchnęła cicho i podeszła do Spopielonej Łapy, podpierając go od boku.
– No już, idziemy – rozkazała. Uczeń chciał coś powiedzieć, ale jego łapy ugięły się pod wpływem nagłego ataku duszności.
– Ja naprawdę nigdy nie chciałem go skrzywdzić, gdybym tylko wiedział, nigdy bym go nie zmuszał do treningu... – Koperkowe Wzgórze szlochał żałośnie, trzęsąc się. Bożodrzewny Kaprys zagryzła zęby. Coś mówiło jej, że to wszystko nie mogło się skończyć dobrze.
***
Srokoszowa Gwiazda przez niemal cały dzień krążył przed legowiskiem medyka. Bożodrzewny Kaprys była świadkiem, jak Czereśniowa Gałązka zakazuje mu dla własnego bezpieczeństwa wchodzić do środka. Widziała również, jak kocur syczy, że jeśli jego syn umrze, będzie to jej wina.
– Myślisz, że z tego wyjdzie? – zapytała z niepokojem Zielone Wzgórze. Bożodrzew wzruszyła ramionami.
– Zobaczymy – mruknęła. Chciała jeszcze coś dodać, ale przerwał jej nagły atak kaszlu. Druga kotka popatrzyła na nią z nieukrywanym niepokojem. Bożodrzew potrząsnęła głową. – Nic mi nie będzie – mruknęła z lekceważeniem.
Ta nagła uwaga, którą zaczęła poświęcać jej kotka była dość… przyjemna. Nie była przyzwyczajona do tego, że inni dobrowolnie chcieli spędzać z nią czas. Westchnęła. Zielone Wzgórze była dziwna.
W Klanie Klifu zapanował powszechny niepokój. Trudno było stwierdzić, w którym dokładnie momencie panować zaczęła niemówiona zgoda, by w żaden sposób nie rozjuszać Srokoszowej Gwiazdy. Wszyscy wydawali się omijać przywódcę szerokim łukiem, przerażeni, że wściekłość i ból, jakie wypełniały go przez chorobę syna, zostaną przelane na nich. Jeden Koperkowe Wzgórze siedział niedaleko lidera, wciąż łkając cicho i trzęsąc się. Dobrze wiedział, że to na niego padnie odpowiedzialność za niedopilnowanie ucznia.
W legowisku medyka po raz kolejny rozległ się głośny, charczący kaszel. Bożodrzewny Kaprys skrzywiła się. Spopielona Łapa cierpiał. Każdy jego oddech, każdy ruch wydawał się przynosić ból. Klanie Gwiazdy, naprawdę chciała wierzyć, że jego młody organizm z tego wyjdzie, ale… sama prowadziła go do obozu. Widziała, co choroba z nim zrobiła.
Właśnie dlatego nie była zaskoczona, gdy w obozie nagle zaległa cisza.
Czereśniowa Gałązka powolnym krokiem wyłoniła się z legowiska medyka. Przez chwilę wpatrywała się w Srokoszową Gwiazdę, po czym schyliła głowę.
– Tak mi przykro – wymamrotała tylko.
W tamtej chwili Bożodrzewny Kaprys zakasłała.
***
Jej ciałem wstrząsnął spazmatyczny kaszel. Brała zachrypłe, urywane oddechy. Miała niejasne poczucie, że ktoś podsuwa jej pod pysk namoczony mech i nieudolnie próbuje wdusić w nią chociaż kilka kropel wody. Nie potrafiła się ruszyć. Jej głowa była zbyt ciężka. Oddychanie paliło.
Wszystko stało się tak szybko. Najpierw zachorował Koperkowe Wzgórze. Później dołączyła się do niego sama Bożodrzew. Dalej… dalej już nie pamiętała. Kakofonia kaszlu, to straszne, agonalne wycie rozbrzmiało w obozie Klanu Klifu. Srokoszowa Gwiazda wydał jakieś rozkazy, jednak jego słowa zostały rozmyte w błagającym o ciszę umyśle wojowniczki. Wszystko było zbyt głośne, zbyt jasne. Nie pamiętała, kiedy zaprowadzono ją i innych chorych do najgłębszych czeluści legowiska medyka. Gniła, dusiła się w tej nieprzeniknionej ciemności. Czasami miała wrażenie, że masa skalna nad jej głową już dawno zapadła się, przygniatając jej pierś. Czy wciąż jeszcze żyła? Czy ta jaskinia, w której unosił się mdlący odór choroby, miała być jej grobem?
Do legowiska medyka weszły dwa koty. Dwa? Nie, był też trzeci. Wojownicy ciągnęli za sobą półprzytomnego kocura, którego klatka piersiowa unosiła się nierówno, a ciężkie oddechy przerywane były duszącym kaszlem. Bożodrzewny Kaprys miała niejasne poczucie, że zna tego kota, jednak jej przejęty gorączką umysł nie potrafił połączyć obcego pyska z imieniem. Wzrok wojowniczki rozmazał się, a głowa opadła na posłanie.
Załkała cicho, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje, jednak wiedziała, że prawdopodobnie nie ma już nic w żołądku.
Tak bardzo nie chciała umierać.
Klanie Gwiazdy, czym oni zawinili?
Wyleczeni: Judaszowcowa Łapa (x2)
01 marca 2024
Od Bożodrzewnego Kaprysu CD. Korony (Podniebnej Łapy)
Bożodrzew zamrugała. Obsługa dzieci była… dziwna. Nie w jej stylu.
– Oh… To tak po prostu jest. – Wzruszyła ramionami. – Kiedy dorastasz, wrzucają cię do tego durnego systemu i zmuszają do nauki rzeczy, których nie lubisz – wytłumaczyła. Jej spojrzenie szybko napotkało nierozumiejący wzrok kocięcia. – Jako uczeń nadają ci imię z członem „Łapa”, a kiedy zostajesz wojownikiem albo medykiem znowu nazywają cię inaczej. Taka tradycja – wytłumaczyła od niechcenia. – I nie wiem, dlaczego uczniowie nazywani są akurat „Łapa” – dodała.
– Dlaczego pani nie wie? – zapytała Korona. Bożodrzewny Kaprys zmarszczyła nos ze zmieszaniem. Czy ona też zadawała tyle pytań, gdy była kociakiem?
– Bo nigdy mnie to nie interesowało – parsknęła.
Niebieska przez zastanawiała się nad czymś intensywnie.
– A co panią interesuje?
Wojowniczka prychnęła cicho. Ta rozmowa dość szybko robiła się zbyt natarczywa. Nerwowo zastrzygła uszami. Po co tu w ogóle przyszła?! Nie, żeby jej zależało na tych głupich kociakach. Przeklęta Czyśćcowa Łapa i jej zaginięcie. Gdyby nie ona, nie musiałaby nawiązywać niepotrzebnych interakcji z innymi.
– Sen – odpowiedziała zwięźle. Korona spojrzała na nią z zaskoczeniem.
– Musi mieć pani bardzo nudne życie – pokiwała głową. Bożodrzewny Kaprys wydała z siebie głośne sapnięcie.
– Ah?! – syknęła. Czy właśnie została obrażona przez dziecko?!
Korona uśmiechnęła się z dumą. Oh, jaka ona musiała być pewna tej bezwstydnej opinii wytworzonej w tym jej młodzieńczym umyśle. Biała nagle poczuła się niezwykle staro. Miała wrażenie, jakby jej czasy w żłobku były wieki temu.
– Pomogę pani! Jeśli tylko pani mnie posłucha, będzie pani tak samo fajna, jak ja! – zapewniła mała kotka. Wojowniczka przewróciła oczami. Dzieci. Po co koty decydują się na ich posiadanie?! Brudzą, śmierdzą i cię obrażają. Same przykrości.
Mimo to beztroska bezpośredniość Korony miała w sobie coś ciepłego, przypominającego o dawnych czasach. Nie, żeby Bożo kiedykolwiek zamierzała jej to przyznać.
– Wiesz co? Idź najpierw pouczać swoje rodzeństwo, a potem mnie – burknęła dumnie. – Ja mam ważne, dorosłe sprawy do załatwienia – zmrużyła oczy. Korona parsknęła z niezadowoleniem.
– Jakie dorosłe sprawy? – zapytała, małymi łapkami podbiegając do wojowniczki. Biała kotka strzepnęła uszami i spojrzała na dziecko z wyższością (nie, żeby było to trudne).
– Sprawy wojowników – rzuciła, powoli kierując się do wyjścia ze żłobka. Niebieska zamrugała z konsternacją.
– Ale to nic nie tłumaczy! – pisnęła.
Bożodrzewny Kaprys parsknęła niemal niesłyszalnie. No dobrze. Teraz wiedziała, że u kociąt wszystko w porządku. Nie musiała się nimi dłużej przejmować. Teraz mogła zająć się ważniejszymi sprawami – takimi jak zemsta na Dzwonkowym Szmerze.
Nie dotrzymała jednak również i tego postanowienia. Nie był to również jedyny raz, gdy odwiedziła żłobek.
– Oh… To tak po prostu jest. – Wzruszyła ramionami. – Kiedy dorastasz, wrzucają cię do tego durnego systemu i zmuszają do nauki rzeczy, których nie lubisz – wytłumaczyła. Jej spojrzenie szybko napotkało nierozumiejący wzrok kocięcia. – Jako uczeń nadają ci imię z członem „Łapa”, a kiedy zostajesz wojownikiem albo medykiem znowu nazywają cię inaczej. Taka tradycja – wytłumaczyła od niechcenia. – I nie wiem, dlaczego uczniowie nazywani są akurat „Łapa” – dodała.
– Dlaczego pani nie wie? – zapytała Korona. Bożodrzewny Kaprys zmarszczyła nos ze zmieszaniem. Czy ona też zadawała tyle pytań, gdy była kociakiem?
– Bo nigdy mnie to nie interesowało – parsknęła.
Niebieska przez zastanawiała się nad czymś intensywnie.
– A co panią interesuje?
Wojowniczka prychnęła cicho. Ta rozmowa dość szybko robiła się zbyt natarczywa. Nerwowo zastrzygła uszami. Po co tu w ogóle przyszła?! Nie, żeby jej zależało na tych głupich kociakach. Przeklęta Czyśćcowa Łapa i jej zaginięcie. Gdyby nie ona, nie musiałaby nawiązywać niepotrzebnych interakcji z innymi.
– Sen – odpowiedziała zwięźle. Korona spojrzała na nią z zaskoczeniem.
– Musi mieć pani bardzo nudne życie – pokiwała głową. Bożodrzewny Kaprys wydała z siebie głośne sapnięcie.
– Ah?! – syknęła. Czy właśnie została obrażona przez dziecko?!
Korona uśmiechnęła się z dumą. Oh, jaka ona musiała być pewna tej bezwstydnej opinii wytworzonej w tym jej młodzieńczym umyśle. Biała nagle poczuła się niezwykle staro. Miała wrażenie, jakby jej czasy w żłobku były wieki temu.
– Pomogę pani! Jeśli tylko pani mnie posłucha, będzie pani tak samo fajna, jak ja! – zapewniła mała kotka. Wojowniczka przewróciła oczami. Dzieci. Po co koty decydują się na ich posiadanie?! Brudzą, śmierdzą i cię obrażają. Same przykrości.
Mimo to beztroska bezpośredniość Korony miała w sobie coś ciepłego, przypominającego o dawnych czasach. Nie, żeby Bożo kiedykolwiek zamierzała jej to przyznać.
– Wiesz co? Idź najpierw pouczać swoje rodzeństwo, a potem mnie – burknęła dumnie. – Ja mam ważne, dorosłe sprawy do załatwienia – zmrużyła oczy. Korona parsknęła z niezadowoleniem.
– Jakie dorosłe sprawy? – zapytała, małymi łapkami podbiegając do wojowniczki. Biała kotka strzepnęła uszami i spojrzała na dziecko z wyższością (nie, żeby było to trudne).
– Sprawy wojowników – rzuciła, powoli kierując się do wyjścia ze żłobka. Niebieska zamrugała z konsternacją.
– Ale to nic nie tłumaczy! – pisnęła.
Bożodrzewny Kaprys parsknęła niemal niesłyszalnie. No dobrze. Teraz wiedziała, że u kociąt wszystko w porządku. Nie musiała się nimi dłużej przejmować. Teraz mogła zająć się ważniejszymi sprawami – takimi jak zemsta na Dzwonkowym Szmerze.
Nie dotrzymała jednak również i tego postanowienia. Nie był to również jedyny raz, gdy odwiedziła żłobek.
< Podniebna Łapo? >
17 stycznia 2024
Od Bożodrzewnej Łapy (Bożodrzewnego Kaprysu) do Korony
– Mamo, upokarzasz mnie! – burknęła cicho Bożodrzewna Łapa, krzywiąc się. – Nie jestem już dzieckiem. Nie musisz mnie tak traktować.
– Zawsze będziesz moim dzieckiem – odparła Liściasty Wir, przerywając mycie futra córki na krótką chwilę. Uczennica parsknęła.
– Wiesz, o co mi chodziło – fuknęła, kładąc łapę na łapę i odwracając głowę. Wlepiła spojrzenie w krzątające się po obozie koty Klanu Klifu. Ugh, na pewno wszyscy uważali ją teraz za córeczkę mamusi.
Nie przerwała jednak Liściastemu Wirowi. Nie, żeby jej się to podobało! Nie potrzebowała uwagi matki. Wojowniczka po prostu… potrzebowała pocieszenia. To wszystko przez tą durną Czyśćcową Łapę! Postanowił sobie zniknąć, mysi móżdżek. Czy nie wiedziała, jak bardzo będą tęsknić?! Czy nie przewidziała tych długich patroli, na które chodziła jej zrozpaczona matka, i z których zawsze wracała z bólem na pysku, bo nie znalazła śladu po ukochanym dziecku?! Bożodrzew w ogóle się to nie podobało. Nie planowała cicho płakać wieczorami, przyglądając się pustemu, pozostawionemu przez siostrę legowisku. Głupia Czyśćcowa Łapa.
To było bez znaczenia. Bożodrzew nie potrzebowała ani jej, ani żadnego innego kota. Nie obchodziło jej, jak bardzo samotna czuła się wśród kotów Klanu Klifu. Dobrze sobie radziła. Wcale nie pragnęła skrycie głębszych relacji, jak twierdziła Liściasty Wir – klifiacy nie byli warci jej uwagi.
– Proszę bardzo – zamruczała wojowniczka, kończąc pielęgnować futro córki i patrząc na swoje dzieło z dumą. Biała kotka parsknęła cicho.
– I tak zaraz pójdę na trening, a pan Idiotyczny Szmer każe mi się tarzać w jakimś błocie – burknęła, jeżąc ogon na samo wspomnienie o mentorze.
– Nie jesteś dla niego zbyt surowa? – stwierdziła z delikatnym uśmiechem matka. Bożo wytrzeszczyła oczy.
– Mamo, ten kot mnie nienawidzi! – uniosła się, uderzając ogonem o ziemię.
– Jestem pewna, że tak nie jest – zamruczała Liść. – Dzwonkowy Szmer chce zrobić z ciebie wspaniałą wojowniczkę. Widzi, że masz potencjał i nie chce, żeby się zmarnował.
– Ta. Oczywiście – fuknęła biała kotka, powstrzymując się od rzucenia wulgarnym tekstem. Liściasty Wir uspokajająco położyła ogon na jej boku.
– Jeśli masz z czymś jakiekolwiek problemy, zawsze możesz poprosić mnie albo Judaszowcową Łapę o pomoc – zaproponowała, a Bożo tylko jęknęła w duchu. Ta. Żeby się bardziej upokorzyć.
– Muszę iść, bo inaczej Dzwonkowy Móżdżek mnie oskalpuje – oznajmiła, wstając. – Czy tam cokolwiek robią koty, które mnie nie nienawidzą.
Uczennica przemknęła przez obóz Klanu Klifu, dołączając do patrolu. Delikatna Bryza trajkotała coś wesoło do Kruszynowej Kniei, nieco mniej pozytywnie nastawionej do całej interakcji. Dzwonkowy Szmer obrzucił ją jedynie nieco zniecierpliwionym spojrzeniem.
– Czekaliśmy na ciebie – oznajmił. Bożodrzew wzruszyła ramionami.
– Czy ja was o to prosiłam?
Mentor parsknął, ale nie skomentował. Musiał być w zaskakująco dobrym humorze, skoro pozwolił jej pyskować.
Wyruszyli z obozu. Bożodrzewna Łapa w ciszy przysłuchiwała się rozmowie wojowników. Przemierzali terytorium, co jakiś czas zatrzymując się, żeby oznaczyć je w odpowiednim miejscu. W gruncie rzeczy patrole nie były takie złe – a już na pewno w porównaniu z czołganiem się po tunelach.
Ominęli Kacze Bajorko, kierując się w stronę Złotych Kłosów. Pora Nowych Liści powoli budziła się do życia, przynosząc ze sobą wyjątkowo dużo ulewnych deszczów. Uczennica jęknęła w duchu, widząc błoto, brudzące jej łapy. Chwała Klanowi Gwiazdy, niebiosa postanowiły zlitować się nad nimi i na czas patrolu na chwilę powstrzymać strumień wody. Zielonkawe rośliny podrygiwały, szarpane wiaterkiem, a z ich liści skapywały co chwila kropelki.
Nagle uszy Bożodrzewnej Łapy zadrżały.
– Ktoś tu jest – szepnęła. Reszta członków patrolu przerwała rozmowę i odwróciła głowy w jej kierunku.
– Masz rację – zgodziła się Delikatna Bryza. – Słyszę rozmowę.
Futro Bożodrzewnej Łapy zjeżyło się, a serce zabiło mocniej. Nie rozpoznawała tych głosów. Kto był na tyle śmiały, by krzątać się przy granicy? Koty innych Klanów? Ale dlaczego w tym miejscu?
– Jesteśmy dość daleko od terytorium wilczaków. Nie widzę powodu, żeby mieli się tu przyplątać – potwierdziła jej wątpliwości Kruszynowa Knieja.
– Może samotnik? – zasugerowała Bożodrzewna Łapa, nieufnie omiatając wzrokiem kłosy.
– Ktokolwiek tu jest, długo tu nie zostanie – fuknął Dzwonkowy Szmer, jako pierwszy ruszając w stronę głosu.
Uczennica przez chwilę stała w miejscu, sparaliżowana. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiała się nad sensem całego jej treningu i nie wyobrażała sobie sytuacji, w której będzie musiała korzystać ze zdobytej wiedzy bitewnej. Nagle zaczęła żałować, że nie ma przy niej Judaszowca. Brat był definitywnie odważniejszy i bardziej utalentowany. Poradziłby sobie ze wszystkim z łatwością. Ona? Przynosiła wstyd swojej rodzinie i wszyscy to wiedzieli. Była największą porażką i Dzwonkowego Szmeru, i Liściastego Wiru.
Nie. Nie mogła tak myśleć. Miała gdzieś, co sądził ten mysi móżdżek nazywający się jej mentorem. Miała gdzieś opinie reszty klifiaków. I tak była od nich fajniejsza. Bez dalszego zastanowienia dogoniła Dzwonkowy Szmer. Niech wie, że się nie boi. Niech wie, że jest silna.
Zbliżyli się do źródła dźwięku. Bożodrzewna Łapa opadła do łowieckiego przykucu, zaczynając skradać się pośród rosnącej pszenicy. Uderzył w nią obcy zapach. Nie, to nie byli wojownicy Klanu Wilka. Samotnicy? Czyżby głód przygnał je na tereny Klanu Klifu? Pieszczochy? W sumie były one wystarczająco głupie, by krzątać się po granicy. Kątem oka zerknęła na Dzwonkowy Szmer. Kocur skinął na nią głową i zaczął się oddalać. Czy chciał zablokować intruzom drogę ucieczki?
Nagle wojownik wyskoczył z ukrycia, a jeden z nieznajomych wydał z siebie przestraszony pisk. Uczennica podążyła za mentorem, wyłaniając się idealnie w takim momencie, by nieznajomy kocur, który wyraźnie przerażony pojawieniem się Dzwonka, odskoczył prosto pod jej łapy. Zjeżyła futro, wydając z siebie groźny warkot.
– Zechciało ci się kraść naszą zwierzynę?! – syknęła gniewnie, a oczy przybłędy rozszerzyły się ze strachu.
– Znajdujecie się na terytorium Klanu Klifu. Odejdźcie albo zostaniecie przepędzeni – oznajmiła Kruszynowa Knieja, dołączając wraz z Delikatną Bryzą do mentora i uczennicy.
– Nie, nie, proszę! To nieporozumienie! Nie chcemy kraść żadnej zwierzyny! – zawołała kotka, której wcześniej Bożodrzew nie zauważyła. Była niezwykle… niska. Swoimi krótkimi łapkami i brzuchem niemal dotykającym ziemi przypominała mysz. Terminatorka przekrzywiła głowę z zaciekawieniem, jednak nie wygładziła zjeżonego futra.
– W takim razie co tu robicie? Czemu przyprowadziliście kocięta? – odezwała się nagle Delikatna Bryza, a Bożodrzew z zaskoczeniem stwierdziła, że koło łap nieznajomej rzeczywiście znajdują się trzy malutkie kuleczki. Zmieszała się. Kociaki nie wyglądały na starsze niż księżyc. Czy obcy potrzebowali pomocy?
Niska kotka wpatrywała się w szylkretową ze ślepiami wypełnionymi nadzieją.
– Dwunożni chcą zabić moje dzieci. Błagam, potrzebujemy pomocy. – Jej pysk wypełniła rozpacz. Obcy kocur, wykorzystując chwilę nieuwagi Bożodrzew, wycofał się i stanął u boku partnerki.
– Wy, dzikie koty, nie musicie się ich bać. Z wami nasze kocięta będą bezpieczne – zamruczał błagalnym tonem. Uczennica wymieniła spojrzenia z mentorem.
– Klan Klifu nie wpuszcza na swoje terytoria każdego włóczęgi – zauważył nieufnie Dzwonkowy Szmer. Stojąca nieopodal Delikatna Bryza obruszyła się.
– Nie możemy tak po prostu pozwolić kociętom umrzeć! – parsknęła. Bożodrzewna Łapa poczuła ukłucie w piersi. Rzeczywiście, wizja pozwolenia na zamordowanie tych małych żyjątek nie wydawała się zbyt optymistyczna. Nie pałała zbytnią sympatią do pieszczochów, jednak nie mogła na to pozwolić.
– Te kocięta mogą się nam przydać. – Zrobiła krok do przodu. Dzwonkowy Szmer zastrzygł uszami. – Wyszkolimy je na porządnych wojowników. Pomożemy sobie nawzajem.
Wojownik przez chwilę wpatrywał się we wszystkich zebranych, w ciszy oceniając sytuację.
– No dobrze. Ale nie możemy wam zagwarantować, że Srokoszowa Gwiazda będzie tak samo wspaniałomyślny – syknął.
Para pieszczochów wypuściła z siebie zbyt długo wstrzymywane oddechy. Mała kotka schyliła się ku swoim kociętom, być może po raz ostatni wylizując ich futerka, a ojciec szeptał cicho uspokajające słówka. Bożodrzew nagle zapragnęła odejść, chcąc dać rodzinie chwilę prywatności. Jej myśli mimowolnie powędrowały do Czyśćcowej Łapy. Jasne, rozumiała, co to znaczy stracić kogoś z rodziny, ale nie potrafiła sobie wyobrazić bólu odczuwanego, gdy na tę stratę decyduje się dobrowolnie.
Dzwonkowy Szmer trącił jej bok.
– Pomyślałaś o dobru swojego klanu – zauważył cicho, a biała kotka prychnęła cicho. Wielka jej sprawa. – Dobra robota.
Bożodrzewna Łapa zamarła, zawieszając na mentorze spojrzenie. Czy się nie przesłyszała? Czy Dzwonek właśnie ją pochwalił? Delikatnie skinęła głową, niepewna, co robić.
Może jednak mentor jej nie nienawidził.
– Zawsze będziesz moim dzieckiem – odparła Liściasty Wir, przerywając mycie futra córki na krótką chwilę. Uczennica parsknęła.
– Wiesz, o co mi chodziło – fuknęła, kładąc łapę na łapę i odwracając głowę. Wlepiła spojrzenie w krzątające się po obozie koty Klanu Klifu. Ugh, na pewno wszyscy uważali ją teraz za córeczkę mamusi.
Nie przerwała jednak Liściastemu Wirowi. Nie, żeby jej się to podobało! Nie potrzebowała uwagi matki. Wojowniczka po prostu… potrzebowała pocieszenia. To wszystko przez tą durną Czyśćcową Łapę! Postanowił sobie zniknąć, mysi móżdżek. Czy nie wiedziała, jak bardzo będą tęsknić?! Czy nie przewidziała tych długich patroli, na które chodziła jej zrozpaczona matka, i z których zawsze wracała z bólem na pysku, bo nie znalazła śladu po ukochanym dziecku?! Bożodrzew w ogóle się to nie podobało. Nie planowała cicho płakać wieczorami, przyglądając się pustemu, pozostawionemu przez siostrę legowisku. Głupia Czyśćcowa Łapa.
To było bez znaczenia. Bożodrzew nie potrzebowała ani jej, ani żadnego innego kota. Nie obchodziło jej, jak bardzo samotna czuła się wśród kotów Klanu Klifu. Dobrze sobie radziła. Wcale nie pragnęła skrycie głębszych relacji, jak twierdziła Liściasty Wir – klifiacy nie byli warci jej uwagi.
– Proszę bardzo – zamruczała wojowniczka, kończąc pielęgnować futro córki i patrząc na swoje dzieło z dumą. Biała kotka parsknęła cicho.
– I tak zaraz pójdę na trening, a pan Idiotyczny Szmer każe mi się tarzać w jakimś błocie – burknęła, jeżąc ogon na samo wspomnienie o mentorze.
– Nie jesteś dla niego zbyt surowa? – stwierdziła z delikatnym uśmiechem matka. Bożo wytrzeszczyła oczy.
– Mamo, ten kot mnie nienawidzi! – uniosła się, uderzając ogonem o ziemię.
– Jestem pewna, że tak nie jest – zamruczała Liść. – Dzwonkowy Szmer chce zrobić z ciebie wspaniałą wojowniczkę. Widzi, że masz potencjał i nie chce, żeby się zmarnował.
– Ta. Oczywiście – fuknęła biała kotka, powstrzymując się od rzucenia wulgarnym tekstem. Liściasty Wir uspokajająco położyła ogon na jej boku.
– Jeśli masz z czymś jakiekolwiek problemy, zawsze możesz poprosić mnie albo Judaszowcową Łapę o pomoc – zaproponowała, a Bożo tylko jęknęła w duchu. Ta. Żeby się bardziej upokorzyć.
– Muszę iść, bo inaczej Dzwonkowy Móżdżek mnie oskalpuje – oznajmiła, wstając. – Czy tam cokolwiek robią koty, które mnie nie nienawidzą.
Uczennica przemknęła przez obóz Klanu Klifu, dołączając do patrolu. Delikatna Bryza trajkotała coś wesoło do Kruszynowej Kniei, nieco mniej pozytywnie nastawionej do całej interakcji. Dzwonkowy Szmer obrzucił ją jedynie nieco zniecierpliwionym spojrzeniem.
– Czekaliśmy na ciebie – oznajmił. Bożodrzew wzruszyła ramionami.
– Czy ja was o to prosiłam?
Mentor parsknął, ale nie skomentował. Musiał być w zaskakująco dobrym humorze, skoro pozwolił jej pyskować.
Wyruszyli z obozu. Bożodrzewna Łapa w ciszy przysłuchiwała się rozmowie wojowników. Przemierzali terytorium, co jakiś czas zatrzymując się, żeby oznaczyć je w odpowiednim miejscu. W gruncie rzeczy patrole nie były takie złe – a już na pewno w porównaniu z czołganiem się po tunelach.
Ominęli Kacze Bajorko, kierując się w stronę Złotych Kłosów. Pora Nowych Liści powoli budziła się do życia, przynosząc ze sobą wyjątkowo dużo ulewnych deszczów. Uczennica jęknęła w duchu, widząc błoto, brudzące jej łapy. Chwała Klanowi Gwiazdy, niebiosa postanowiły zlitować się nad nimi i na czas patrolu na chwilę powstrzymać strumień wody. Zielonkawe rośliny podrygiwały, szarpane wiaterkiem, a z ich liści skapywały co chwila kropelki.
Nagle uszy Bożodrzewnej Łapy zadrżały.
– Ktoś tu jest – szepnęła. Reszta członków patrolu przerwała rozmowę i odwróciła głowy w jej kierunku.
– Masz rację – zgodziła się Delikatna Bryza. – Słyszę rozmowę.
Futro Bożodrzewnej Łapy zjeżyło się, a serce zabiło mocniej. Nie rozpoznawała tych głosów. Kto był na tyle śmiały, by krzątać się przy granicy? Koty innych Klanów? Ale dlaczego w tym miejscu?
– Jesteśmy dość daleko od terytorium wilczaków. Nie widzę powodu, żeby mieli się tu przyplątać – potwierdziła jej wątpliwości Kruszynowa Knieja.
– Może samotnik? – zasugerowała Bożodrzewna Łapa, nieufnie omiatając wzrokiem kłosy.
– Ktokolwiek tu jest, długo tu nie zostanie – fuknął Dzwonkowy Szmer, jako pierwszy ruszając w stronę głosu.
Uczennica przez chwilę stała w miejscu, sparaliżowana. Nigdy tak naprawdę nie zastanawiała się nad sensem całego jej treningu i nie wyobrażała sobie sytuacji, w której będzie musiała korzystać ze zdobytej wiedzy bitewnej. Nagle zaczęła żałować, że nie ma przy niej Judaszowca. Brat był definitywnie odważniejszy i bardziej utalentowany. Poradziłby sobie ze wszystkim z łatwością. Ona? Przynosiła wstyd swojej rodzinie i wszyscy to wiedzieli. Była największą porażką i Dzwonkowego Szmeru, i Liściastego Wiru.
Nie. Nie mogła tak myśleć. Miała gdzieś, co sądził ten mysi móżdżek nazywający się jej mentorem. Miała gdzieś opinie reszty klifiaków. I tak była od nich fajniejsza. Bez dalszego zastanowienia dogoniła Dzwonkowy Szmer. Niech wie, że się nie boi. Niech wie, że jest silna.
Zbliżyli się do źródła dźwięku. Bożodrzewna Łapa opadła do łowieckiego przykucu, zaczynając skradać się pośród rosnącej pszenicy. Uderzył w nią obcy zapach. Nie, to nie byli wojownicy Klanu Wilka. Samotnicy? Czyżby głód przygnał je na tereny Klanu Klifu? Pieszczochy? W sumie były one wystarczająco głupie, by krzątać się po granicy. Kątem oka zerknęła na Dzwonkowy Szmer. Kocur skinął na nią głową i zaczął się oddalać. Czy chciał zablokować intruzom drogę ucieczki?
Nagle wojownik wyskoczył z ukrycia, a jeden z nieznajomych wydał z siebie przestraszony pisk. Uczennica podążyła za mentorem, wyłaniając się idealnie w takim momencie, by nieznajomy kocur, który wyraźnie przerażony pojawieniem się Dzwonka, odskoczył prosto pod jej łapy. Zjeżyła futro, wydając z siebie groźny warkot.
– Zechciało ci się kraść naszą zwierzynę?! – syknęła gniewnie, a oczy przybłędy rozszerzyły się ze strachu.
– Znajdujecie się na terytorium Klanu Klifu. Odejdźcie albo zostaniecie przepędzeni – oznajmiła Kruszynowa Knieja, dołączając wraz z Delikatną Bryzą do mentora i uczennicy.
– Nie, nie, proszę! To nieporozumienie! Nie chcemy kraść żadnej zwierzyny! – zawołała kotka, której wcześniej Bożodrzew nie zauważyła. Była niezwykle… niska. Swoimi krótkimi łapkami i brzuchem niemal dotykającym ziemi przypominała mysz. Terminatorka przekrzywiła głowę z zaciekawieniem, jednak nie wygładziła zjeżonego futra.
– W takim razie co tu robicie? Czemu przyprowadziliście kocięta? – odezwała się nagle Delikatna Bryza, a Bożodrzew z zaskoczeniem stwierdziła, że koło łap nieznajomej rzeczywiście znajdują się trzy malutkie kuleczki. Zmieszała się. Kociaki nie wyglądały na starsze niż księżyc. Czy obcy potrzebowali pomocy?
Niska kotka wpatrywała się w szylkretową ze ślepiami wypełnionymi nadzieją.
– Dwunożni chcą zabić moje dzieci. Błagam, potrzebujemy pomocy. – Jej pysk wypełniła rozpacz. Obcy kocur, wykorzystując chwilę nieuwagi Bożodrzew, wycofał się i stanął u boku partnerki.
– Wy, dzikie koty, nie musicie się ich bać. Z wami nasze kocięta będą bezpieczne – zamruczał błagalnym tonem. Uczennica wymieniła spojrzenia z mentorem.
– Klan Klifu nie wpuszcza na swoje terytoria każdego włóczęgi – zauważył nieufnie Dzwonkowy Szmer. Stojąca nieopodal Delikatna Bryza obruszyła się.
– Nie możemy tak po prostu pozwolić kociętom umrzeć! – parsknęła. Bożodrzewna Łapa poczuła ukłucie w piersi. Rzeczywiście, wizja pozwolenia na zamordowanie tych małych żyjątek nie wydawała się zbyt optymistyczna. Nie pałała zbytnią sympatią do pieszczochów, jednak nie mogła na to pozwolić.
– Te kocięta mogą się nam przydać. – Zrobiła krok do przodu. Dzwonkowy Szmer zastrzygł uszami. – Wyszkolimy je na porządnych wojowników. Pomożemy sobie nawzajem.
Wojownik przez chwilę wpatrywał się we wszystkich zebranych, w ciszy oceniając sytuację.
– No dobrze. Ale nie możemy wam zagwarantować, że Srokoszowa Gwiazda będzie tak samo wspaniałomyślny – syknął.
Para pieszczochów wypuściła z siebie zbyt długo wstrzymywane oddechy. Mała kotka schyliła się ku swoim kociętom, być może po raz ostatni wylizując ich futerka, a ojciec szeptał cicho uspokajające słówka. Bożodrzew nagle zapragnęła odejść, chcąc dać rodzinie chwilę prywatności. Jej myśli mimowolnie powędrowały do Czyśćcowej Łapy. Jasne, rozumiała, co to znaczy stracić kogoś z rodziny, ale nie potrafiła sobie wyobrazić bólu odczuwanego, gdy na tę stratę decyduje się dobrowolnie.
Dzwonkowy Szmer trącił jej bok.
– Pomyślałaś o dobru swojego klanu – zauważył cicho, a biała kotka prychnęła cicho. Wielka jej sprawa. – Dobra robota.
Bożodrzewna Łapa zamarła, zawieszając na mentorze spojrzenie. Czy się nie przesłyszała? Czy Dzwonek właśnie ją pochwalił? Delikatnie skinęła głową, niepewna, co robić.
Może jednak mentor jej nie nienawidził.
***
Jej kły zacisnęły się na szyi ptaka, a pysk wypełnił słodki posmak krwi. Zwierzę zaświergotało cicho i ostatni raz zatrzepotało skrzydełkami. Życie w jego oczach zgasło.
Bożodrzewna Łapa wypuściła zdobycz na ziemię i oblizała się. Obrzuciła swój łup krytycznym spojrzeniem. Czy to wystarczyło? Gdzie podziewał się Dzwonkowy Szmer?
Wszystko zaczęło się tamtego ranka, gdy wraz z Liściastym Wirem dzieliła się posiłkiem. Wiedziała, że prawdopodobnie niedługo Dzwonkowy Szmer zacznie jej szukać i poganiać na kolejny durny trening, jednak w tamtym momencie miała go gdzieś (nie, żeby kiedykolwiek było inaczej). Ku jej zaskoczeniu, Dzwonek zamiast być zniecierpliwiony, zaczął zachowywać się dziwnie i oznajmił, że przyszedł czas na jej ostateczną ocenę.
Szczurza noga. To się wpakowała.
Poczuła, jak ściska jej się gardło na wspomnienie dumnego spojrzenia Liściastego Wiru, które tamta rzuciła jej na pożegnanie. Czemu się tak denerwowała? To był tylko głupi test. Nie obchodził jej. Jednak… zupełnie się go nie spodziewała. Jasne, jej umiejętności mocno poprawiły się, odkąd Dzwonek zmusił ją do tych durnych, częstszych treningów, ale… była Bożodrzewną Łapą, więc na pewno i tak robiła coś w nie ten sposób, co trzeba! Durny mentor i jego wymysły.
– Wystarczy. – Wojownik wyłonił się z ukrycia. Biała kotka przyjęła znudzony wyraz pyska, próbując ukryć bicie serca. Mentor musiał obserwować jej każdy krok i na pewno widział każdy najmniejszy błąd. Była skończona. – Przyłożyłaś się – oznajmił, kiwając głową.
Uczennica zmrużyła oczy. Kocur był dla niej podejrzanie miły od czasu tej całej sprawy z kociętami-podrzutkami. Przez całą drogę powrotną do obozu, gdy nieśli w pyskach wszystkie jej zdobycze, miała wrażenie, że Dzwonkowy Pajac zaraz zmieni zdanie i powie, że do niczego się nie nadaje. Musiał być jakiś haczyk. Musiał. Zawsze był.
Mimo to wojownik uparcie milczał. Rzucił jedynie krótkie „zostawię was”, gdy podbiegła do nich Liściasty Wir, wypytując o wyniki córki. Bożodrzewna Łapa zjeżyła ogon z nieufnością. Knuł coś. Na pewno. W końcu nie było szans, że postanowił, że jest gotowa zostać wojowniczką, prawda?
– Niech wszystkie koty na tyle dorosłe, by samodzielnie polować, zbiorą się pod Mównicą!
O Wielki Klanie Gwiazdy.
Serce podeszło jej do gardła, gdy powoli ruszyła w stronę zebranych klifiaków. Poczuła, jak spojrzenie Srokoszowej Gwiazdy zatrzymuje się na niej.
– Bożodrzewna Łapo, zostałaś uznana za gotową, by otrzymać tytuł wojownika – oznajmił, a biała kotka przełknęła ślinę i pochyliła głowę. Poczuła nagłe onieśmielenie. – Ja, Srokoszowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Bożodrzewna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Kotka przez chwilę stała bez ruchu.
– Przysięgam – wymamrotała, zdając sobie sprawę, że jej głos brzmiał dużo mniej pewnie, niż by sobie tego życzyła.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Bożodrzewna Łapo, od tej pory będziesz znana jako Bożodrzewny Kaprys.
Reszty przemówienia wojowniczka nie słyszała. Wypełniła ją paląca wściekłość. Wbiła spojrzenie w Dzwonkowy Szmer, który uśmiechał się bezczelnie. Wiedziała, że był haczyk. Wiedziała. Ten mysi móżdżek specjalnie zasugerował to imię, by się na niej zemścić za lenistwo.
Nawrzuca mu szyszek do posłania, gdy tylko będzie miała okazję.
***
Bożodrzewny Kaprys nie wypełniła swojego postanowienia. Cóż, przynajmniej na razie nie. Po mianowaniu natychmiast została porwana przez Liściasty Wir, która ze łzami w oczach powtarzała jej, jak bardzo jest dumna i jak zawsze w nią wierzyła. Później czas spędziła na przyzwyczajaniu się do nowych obowiązków (których nienawidziła tak samo, jak tego durnego treningu) i obrzucaniu Dzwonkowego Szmeru morderczymi spojrzeniami.
W skrócie – wszystko było tak, jak powinno być.
Cóż, może poza jedną sprawą, która nieustannie zaprzątała jej umysł. Za każdym razem, gdy mijała Żłobek, gdy słyszała żałosne miauknięcia tych kupek futra, które przyniosła do Klanu Klifu, jej serce drżało. Nie rozumiała, czemu nagle te obce bękarty zaczęły ją obchodzić. Uratowali je od śmierci, więc sprawa powinna być załatwiona, a Bożodrzew powinna móc wrócić do zachowywania się, jakby miała cały świat głęboko gdzieś. Mimo to ciągle powracało do niej wspomnienie zrozpaczonego spojrzenia matki kociąt.
Za każdym razem, gdy to się zdarzało, przed oczami pojawiał jej się pełen bólu wyraz pyska Liściastego Wiru, oddzielonej od swojego ukochanego dziecka.
Westchnęła cicho. No dobra. Kocięta zostały oddzielone od rodziny. I co z tego? Pójdzie je szybko odwiedzić, sprawdzi, czy mają się w porządku i wróci do spokojnego życia. Być może nawet znajdzie te szyszki, które zamierzała wrzucić do posłania Dzwonka. Z absolutnie obojętnym wyrazem pyska powoli podreptała w stronę Żłobka. Uderzył w nią ciepły zapach, przypominający spokojne dzieciństwo.
Nagle gdzieś z dołu rozległ się cichy pisk. Uniosła łapę i wlepiła wzrok w małego kociaka, nerwowo chowającego swój ogon, który najprawdopodobniej przydeptała.
No pięknie. Świetny start.
< Korona? >
[2024 słowa]
[Przyznano 40%]
Subskrybuj:
Posty (Atom)