BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czapli Taniec x Wodnikowe Wzgórze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czapli Taniec x Wodnikowe Wzgórze. Pokaż wszystkie posty

27 sierpnia 2024

Od Wodnikowego Wzgórza CD. Czaplego Tańca

tw: krwawe opisy śmierci
Życie Wodnikowego Wzgórza, od pierwszego ataku Czapli, było już tylko cięższe. Z każdym wschodem słońca starał się coraz bardziej pomóc mężowi, a efekty, zamiast stawać się lepsze, jedynie się pogarszały. Istna katorga. Nie liczył już nawet upływających księżyców. Minęła ponad połowa sezonu od ataku Błotnistej Plamy, a w oczach ukochanego coraz ciężej było doszukać się choćby grama świadomości. Czasami tylko odzyskiwał iskrę, która już po kilku uderzeniach serca ginęła w morzu łez, zalewających jego pysk. Łez pełnych rozpaczy, bezradności. Po jakimś czasie nie mógł już nawet przebywać w tym samym legowisku, co reszta chorych. Czarny pamiętał, jak wraz z medyczkami podkopywał głaz, znajdujący się naprzeciwko spichlerza z ziołami, a następnie skrupulatnie wyścielał je najświeższym, sprężystym mchem. Czapli Taniec zdawał się być wtedy szczęśliwy, przynajmniej odrobinę, na tyle na ile pozwalała mu choroba. Wodnik miał nadzieję, że posłanie będzie służyć mu jeszcze przez długie księżyce, jednak już następnego dnia zostało przesiąknięte wydzielinami vana. W chwilach, gdy pozostawał sam ze sobą, łkał jak kocię. Czuł odrazę. Obrzydzenie do klątwy, która pochłaniała jego ukochanego. I sam siebie się zaczął brzydzić. Nigdy nie pomyślałby, że spojrzy na Czaplę, którego nadal głęboko kochał, ledwo powstrzymując podchodzące mu pod gardło wymioty. Zawsze po skończeniu pomocy medyczkom, gnał przed siebie, do rzeki, by zwilżyć pysk i przynajmniej na moment pozbyć się smrodu, jaki od dłuższego czasu zajmował jego nos. Wisząca lawenda i inne mocno pachnące zioła pomagały jedynie tym, którzy rzadko odwiedzali legowisko medyka. Jemu i medyczkom – ani trochę. Ich nosy były już zbyt przyzwyczajone do słodkiego zapachu kwiecia, by to jakkolwiek mogło ich uchronić od fetoru.
Miał wrażenie, że pozostałe koty wcale nie zdawały sobie sprawy z tego, co działo się z Czaplim Tańcem. Jakby męki, z którymi codziennie musiał się mierzyć, były niczym specjalnym, czymś, co tak łatwo mogło zostać odrzucone w niepamięć. Młodsi członkowie nawet nie wiedzieli, kto krył się za baldachimem paproci, oddzielonym od światła dziennego i uroków życia. Inni, starsi, nie chcieli, a może bardziej nie umieli rozmawiać o nim i jego sytuacji. Jakby temat klątwy zszedł na bok, zbyt ciężki do zrozumienia dla przeciętnych wyjadaczy rybek. Ale nie dla cętkowanego. W jego umyśle, przekleństwo czekoladowych rozwijało się w najlepsze. Nie umiał spojrzeć tak samo na koty, które kiedyś wydawały się mu być tak samo naturalne i zwyczajne, jak on sam. Dostrzegał ich najmniejsze wady, potknięcia, odchylenia od normy. O każdym z nich był w stanie przeprowadzić całą dyskusję.
Pośród tej monotonnej rozpaczy, której dostrzeżenie końca było równie ciężkie, co ujrzenie swego nosa, rozkwitł niespodziewanie maleńki pączek nadziei. I to nie taki, jak złudna wiara w lepszy stan Czaplego Tańca, jaka tliła się w rudej medyczce. Nie. To był najprawdziwszy z cudów! Wydarzenie, jakie upewniło go w istnienie Klanu Gwiazdy.
Była to jedna z normalnych wypraw po zioła dla vana. Zużywał ich olbrzymie ilości, toteż wojownik, czując pewną odpowiedzialność za czyny ukochanego, dobrowolnie pomagał uczennicom medyczki w zbieraniu nowych zapasów roślin, mchów, pajęczyn i gałęzi. Cały czas liczył też, że być może w końcu, któraś z ziołowych kuracji okaże się skuteczna. Tym razem towarzyszył Zimorodkowej Łapie, księżniczce, która za cel ich podróży obrała Brzozowy Zagajnik. Miejsce to, według opisu młodszej, miało być obfite w zioła lubujące się w zacienionym otoczeniu, pośród drzew liściastych. Wodnikowe Wzgórze, mimo niechęci do tego miejsca, spowodowanej atakami samotników, rozgrywającymi się przed wieloma sezonami właśnie tam, udał się za nią bez słowa sprzeciwu.
Wszystko szło płynnie – liliowa koteczka sprawnie przegryzała pędy małych, zielonych listków, oddzielając je od rośliny matczynej, a kocur zdrapywał porosty, ozdabiające czarno-białą korę. I wtedy do ich nozdrzy doleciał słaby zapach krwi. Oboje zdębieli, a futro na ich karkach się nastroszyło. Kocur wiedział, że jest zbyt osłabiony zarwanymi nocami, by zdołać obronić zarówno siebie, jak i księżniczkę. Musieli się czym prędzej wycofać, zanim to coś ich znajdzie. Ku jego sfrustrowaniu – medyczka zaoponowała. Bezmyślnie wyminęła kocura, szybko namierzając kierunek, z którego niesiona była woń. Nie poświęciła nawet chwili na wyjaśnienie mu, co się działo! Pręgus rzucił się za nią, niemal potykając się o własne łapy. Przecież Srocza Gwiazda by go zabiła, jeśli coś stałoby się jej wnuczce! Skończyłby jako pelerynka dla jednej z księżniczek i tyle by po nim zostało. Z resztą, najprawdopodobniej każda babcia by tak zareagowała na krzywdę własnych wnucząt.
Zimorodkowa Łapa okazała się o wiele bardziej gibka i zwinna, niż kocur początkowo przypuszczał. Z gracją przecisnęła się przez szczeliny, podczas gdy on niezgrabnie wpadał na jeżynowe kolce. I dopiero wtedy zaczął słyszeć coś, co grało w uszach młodszej od momentu wyczucia krwi. Żałosny pisk, pełen bólu i stękania. Uświadomiło mu to, że robi się stary, a jego słuch nie jest już taki jak kiedyś. Nie to było teraz istotne. Po przeskoczeniu jeszcze kilku paproci, wpadli na norę, wykopaną pomiędzy dwoma korzeniami. To w niej znajdował się pacjent, a raczej pacjentka, do której uczennica bez cienia zawahania przylgnęła. Kocur zerknął zza niej i ujrzał… Ciężarną kotkę. A właściwie to już rodzącą, sądząc po ciemniejszej, wilgotnej glebie pomiędzy jej łapami.
Nie pamiętał z tego wydarzenia dużo – podawał zioła, pajęczynę, samotniczka rozmawiała o czymś z Zimorodkową Łapą, ale i te informacje zdołały mu wylecieć z głowy. Poród przebiegł zaskakująco szybko, a na świat powitane zostały trzy kulki – dwie koteczki oraz najstarszy kocurek, którego rozmiar także był obiecujący. Jedynym jego defektem był… brak ślepka.
“– Nie wiem nawet jak się wam odwdzięczyć… – wyszeptała pomiędzy czułymi liźnięciami karmicielka. Jej wzrok utkwił na moment w białym, upstrzonym błękitem kociaku. Zdawało się, że nad czymś mocno się zastanawia – Ja… Podaruję wam mojego pierworodnego syna. To jedyny sposób, w jaki będę miała poczucie, że nie jestem wam dłużna. Proszę. Weźcie go. Wiem, że nie jest idealny, ale z pewnością wyrośnie na świetnego wojownika, równie wspaniałego co jego ojciec”
***
I właśnie w ten sposób, mały kociak, nazwany przez Wodnikowe Wzgórze Siwkiem, stał się nowym członkiem Klanu Nocy. Szczęśliwie, w żłobku akurat przebywała kotka, dawna samotniczka, Mżawka, wraz z synkami niewiele starszymi od jednooczka. Dzięki bogatej diecie miała wystarczająco dużo mleka dla trójki kociąt. Dla czarnego jednak Siwek był kimś więcej, niż tylko prezentem niespodzianką. Był dla niego jak synek. Ich synek. Jego i Czaplego Tańca. Od kiedy ujrzał go po raz pierwszy, nie mógł odeprzeć wrażenia, iż kocię jest zadziwiająco podobne do ich dwójki. Już pierwszego dnia, kiedy wraz z księżniczką zaniósł go do legowiska medyków, nie mógł powstrzymać się od dyskretnego zaprezentowania ukochanemu kociaka... Ich kociaka. Wspólnego, wymarzonego malucha. Chcieli kiedyś adoptować jednego, a może i dwie pociechy. Czapli Taniec żartował nawet czasem, że i siódemkę chętnie przyjmie. Kiedy rozsunął paprocie, nieprzyjemny smród uderzył go w pysk. Jeszcze raz upewnił się, że medyczki wyszły po świeżą wodę i odchrząknięciem dał znać mężowi o swojej wizycie. Żółte, matowe oczy otworzyły się, nieprzytomnie zerkając na stojącą przed nim parę. Być może czarnemu wyobraźnia płatała figle, ale był pewien, że kąciki pyska kocura nieco się uniosły, jeszcze zanim na nowo został skradziony w świat snów, a głośne kichnięcie Siwka dało mu do zrozumienia, że to czas się zbierać.
Tak minęło im kolejnych kilka wschodów słońca. Czapli Taniec już się tak nie szamotał. Wszystkim się wydawało, że kocur nieco się wyciszył. Nawet jego strażnik, Sumowa Płetwa, opowiadał Wodnikowi o tym, jak coraz rzadziej słyszy nocne lamenty kocura. To był naprawdę dobry znak. Pojawienie się w ich życiu kocięcia przyniosło tyle dobrego! Wodnik w końcu się wysypiał, jadł, a iskry nadziei tliły się w zasięgu jego łap. Codziennie rano odwiedzał ich synka, doglądając, czy aby na pewno Mżawka dobrze go traktuje, a gdy tylko słońce zaczynało cieplej przygrzewać, zabierał go ze sobą, by spędzić trochę czasu we trójkę. Nawet te chwile spędzone w ciszy, w ukryciu, były dla niego na wagę złota. Czuł się pełny. Szczęśliwszy, spokojniejszy, pełen nadziei…
Tego poranku usłyszał cudowną wieść – Siwek zaczął otwierać oczka! Cętkowany nie mógł uwierzyć, jak szybko pulchny malec dorastał. Mleko Mżawki było tłuste, gęste i ewidentnie służyło zarówno jemu, jak i jej biologicznym dzieciom, które z dozą niepewności zerkały na nowego kolegę. Jeszcze nie mógł się z nimi bawić, ale już wkrótce zacznie brykać. Postawi pierwsze kroki, zawrze pierwsze przyjaźnie… A to wszystko pod czujnym okiem swych ojców! Być może to jemu zawdzięczali polepszenie się stanu niebieskiego. Może gwiezdni przodkowie zesłali go im, aby pomógł vanowi w chorobie, a klątwa, dzięki ich miłości, została zdjęta? Kocur snuł wiele domysłów, ale teraz tylko jedno zaprzątało jego umysł – chęć obwieszczenia ukochanemu cudownej wieści. Gdy tylko pożegnał królową, w podskokach pobiegł do lecznicy, aby upewnić się, że nie będzie przeszkadzać. Jeszcze zanim wszedł, doszedł go wrzask, a spomiędzy paproci wypadła Różana Łapa.

Od Czaplego Tańca CD. Wodnikowego Wzgórza

tw: krwawe, brutalne opisy, szczegółowo napisany przebieg choroby
Czuł się tragicznie…
Słowa nie mogły opisać męczarni, których przeżywał. Bolało go całe ciało. Nie miał nad nim prawie żadnej kontroli, a jeśli już udało mu się poruszyć świadomie chociaż łapą, przeszywał go dreszcz, a mięśnie albo drętwiały mu momentalnie, albo zaczynały nim rzucać po całym wyściełanym leżu. Kiedy kończył się atak, padał wykończony, bez życia, cały zdyszany. Nawet oddychanie doprowadzało go do obłędu. Gardło miał suche jak wióry i podrażnione. Swój ostatni posiłek zjadł kilka, być może nawet kilkanaście wschodów słońca temu, a od dłuższego czasu i tak wszystko zwracał, zostawiając medyczkom do sprzątania niezliczone kupki ledwo przeżutego pokarmu. Wymioty były męczące; to, co z niego wychodziło, było zbite i gęste. Nie pamiętał, kiedy ostatnio w jego pysku było wilgotno. Marzył o hauście zimnej, świeżej wody z pędzącej rzeki. Niezliczone ilości razy prosił o nasączony mech, czasami nawet budził się ze łzami w oczach, wołając Strzyżykowy Promyk, by ta zwilżyła mu mordkę. Zawsze biegła, bez chwili zwątpienia, przepełniona błahą i zwodniczą nadzieją, że być może Klan Gwiazdy zlitował się nad Czaplim Tańcem i Wodnikowym Wzgórzem, że tym razem wścieklizna nie zbierze swojego żniwa. Podróż do i z brzegu rzeki nie zajmowała jej długo. Za każdym razem powtarzała się niestety ta sama sytuacja. Uradowany chory dziękował, lecz z momentem gdy jego pysk wyczuwał chłód bijący od wilgotnego, świeżo zamoczonego mchu, po grzbiecie przechodził mu dreszcz, a przerażenie albo go paraliżowało, albo kazało uciec od kocicy jak najszybciej, jak najdalej. Brak wody i wartości odżywczych sprawił, że nawet trzymanie otwartych oczu przychodziło mu z wielkim trudem. Z drugiej strony nie mógł spać. Był wiecznie zestresowany; bał się, że ze swojej mogiły wypełznie wpół rozłożona Błotnista Plama. Że kiedy on będzie drzemał, dokończy to, co zaczęła. Zabije wszystkie koty w Klanie Nocy, zaczynając od Wodnikowego Wzgórza, a go zostawi na koniec… Będzie patrzył, ledwo żywy, dogorywający… Jak wszyscy, których kochał, gniją wokół legowiska medyczek. Kiedy już padał ze zmęczenia i powoli odpływał w odmęty senne, nawiedzały go koszmary, które nie odbiegały wcale od tego, czego obawiał się na jawie. Straszne, powykręcane postacie odwiedzały go niemal za każdym razem. Nie przypominały współklanowiczów, ale w ich kształtach i barwach potrafił rozróżnić przyjaciół, rodzinę… Najgorszym jednak stanem, było zasypianie. Czuł, że wtedy zacierają się granicę między światami, a zmory, zwykle nawiedzające go dopiero po całkowitym zaśnięciu, zaczynały wyciągać swoje cuchnące łapy w jego stronę w rzeczywistości; czuł wręcz ich pazury na swojej cienkiej skórze. Nawet przyjazne postacie, ukazujące się spod wpół przymkniętych powiek, nie pozwalały mu zaznać spokoju. O ironio, obraz, który szargał jego nerwy najbardziej, przedstawiał smutnego, acz pełnego nadziei Wodnika z ich dzieckiem, Ich własnym, prawdziwym kociakiem z krwi i kości. Spełnieniem jego wszystkich marzeń…
Mało kto go odwiedzał. Nie myślał o tym; na tym etapie mało, o czym myślał jako tako. Rozpoznawał te mordki, które miały odwagę i silne nerwy, by wejść do odizolowanej przestrzeni, gdzie przebywał.

Od Wodnikowego Wzgórza CD. Czaplego Tańca

tw: nieprzyjemne, drażliwe opisy, samookaleczenie
Zawsze kiedy patrzył na swojego śpiącego partnera, który teraz ciężko oddychał, oczami umysłu widział dzień ich ślubu, tak radosny i głośny, pełny śmiechów ich bliskich, rozjaśniany przez lśniące na nocnym niebie gwiazdy. Niestety, nawet i tego obrazu nie udało mu się uchronić przed wszechobecną korupcją, a w jego snach coraz częściej widział jego przeinaczoną wersję, w której to w momencie składania przysięgi, pod łapami Czaplego Tańca rozlewa się szeroka, lepka maź, a następnie pochłania go, wciągając pod powierzchnię swymi brązowymi, oślizgłymi mackami i nie puszczając. Mimo prób, nie jest w stanie uchwycić rozpaczliwie wyciągniętej kończyny ukochanego, a koszmar zmusza go do patrzenia na jego powolną śmierć.
Minęło już kilka wschodów słońca od pamiętnego dnia, w którym to doszło do rzadko spotykanej tragedii. Wodnikowe Wzgórze nie mógł spać, a słowa niejasne Strzyżykowego Promyka w najmniejszym stopniu nie koiły jego nerwów. Czekanie, w tak beznadziejnej sytuacji w jakiej znaleźli się on i Czapli Taniec, było niczym cierń rosnący wewnątrz jego serca. Nigdy nie mógł czuć się spokojny, wiecznie chodził spięty, nastroszony, oczami szukając potencjalnego zagrożenia. Gdy tylko mógł spał w legowisku medyka, byleby być bliżej vana, jednak i na to nie mógł sobie zawsze pozwolić. Tego dnia obudził się podobnie jak zwykle, z krzykiem i gwałtownym łapaniem oddechu, z powoli rozmywającym się przed nim obrazem tonącego Czapli. Otrząsnął się, a jego zmierzwione futro powoli opadło na swoje oryginalne miejsce. Większość wojowników wstała wcześniej, przez co znalazł się sam, w tym dużym, pustym legowisku. Mimo dłuższego snu niż zwykle, wcale nie czuł się wypoczęty. Łapami przetarł posklejane od łez oczy, pod którymi wyraźnie rysowały się nabyte w ostatnim czasie wory. Czuł, jakby wydry przeżuły go, a następnie wypluły i wydeptały kilka razy, aby upewnić się, że na pewno został zmięty na idealną papkę. Jego ból nadal niczym nie równał się do tego, co musiał przeżywać niebieski. Gorączkował, był taki… słaby, mizerny, mimo dobrej diety, którą zapewniał mu sam Wodnikowe Wzgórze, specjalnie wybierając dla niego najdorodniejsze kąski ze stosu, a jeśli tylko jego ukochany miał jakąś zachciankę – potrafił spędzić cały wieczór czatując nad wodą, aż nie udało mu się pochwycić idealnej zdobyczy, którą uszczęśliwiłby swojego schorowanego męża.
Kocur otrzepał się z osiadłych na nim pyłków, znużonym ruchem wstając na łapy. Skoro już nie spał, mógł równie dobrze ruszyć w odwiedziny do legowiska medyka. Poranne patrole i tak już dawno temu zdążyły wyruszyć, a on sam był ostatnią osobą, która byłaby tam potrzebna. W ciszy ruszył do wyjścia, a uderzony nagłym słońcem przymknął oczy. Do jego uszu dotarły kocięce pomiaukiwania, rozmowy, szum rzeki. Poczuł, jak w głowie zaczyna się mu kręcić. Parę kotów odwróciło się w jego stronę, zaskoczonych, że o tej porze ktoś jeszcze spał, jednak zaraz po rozpoznaniu jego sylwetki, ich pysk przybrał wyraz współczucia. Wszyscy byli tam i widzieli, a nawet słyszeli, jak okropnie przejął się stanem, w jakim znalazł się jego mąż. Niektórzy z nich byli nawet obecni podczas ich ceremonii ślubnej, co tylko potęgowało poczucie beznadziei. Jego kroki były nieco rozchwiane, a wizja rozmyta, przez rażące go w ślepia słońce. Pora Nowych Liści była tuż za rogiem, a śnieg spływał rzeką w dół, topiąc się i podnosząc jej poziom. Wodnikowe Wzgórze był ciekawy, czy Czapla będzie zainteresowany wspólnym wyjściem i poszukaniem pierwszych kwiatów. Kocur przypominał mu przebiśniegi – białe, zgrabne, o delikatnym, podłużnym łebku, wyłaniające się spośród zasp. Bury uśmiechnął się do siebie, myśląc o tym, o czym zaraz będzie mógł porozmawiać z vanem. Chciał już go zobaczyć, przytulić, pozwolić jego zapachowi zagościć w jego nozdrzach. Przyspieszył kroku, który przybrał formę długich susów. Już po chwili znalazł się w wejściu do lecznicy. Wziął głęboki wdech, pyskiem rozsuwając zwisające z góry liście paproci. Jego oczom zajęło chwilę, nim przyzwyczaiły się do ciemności.
– Czaplo, przyszedłem! – zaświergotał, powoli oswajając się z ziołowym zapachem – Czapl-! – głos utknął mu w gardle, kiedy ujrzał leżącego w kącie męża. Dopiero teraz jego oczy wyraźniej dostrzegły jego słabą sylwetkę oraz rysujące się na jego przednich łapach szramy.
Szczęka mimowolnie mu opadła, a opanowanie się zajęło mu chwilę. Nie był pewien na co patrzy. Z ran pokrywających jego kończyny nadal sączyła się krew, plamiąca jego zielone posłanie. Czy to był jakiś nowy sposób kuracji Strzyżykowego Promyka? Czy ktoś skrzywdził jego ukochanego? Czy w trakcie jego snu miał miejsce jakiś wypadek? Pytania zalały jego umysł niczym gorąca fala.
– Jesteś – odezwała się ruda, podchodząc bliżej aby pomóc mu usiąść.
Wodnikowe Wzgórze zadrżał.
– C-co się… Co mu się stało? – zapytał chwiejnym głosem.
Strzyżykowy Promyk westchnęła głośno, podchodząc do stosu z ziołami, skrytego pod jednym z głazów.
– Zrobił to sobie kiedy spałyśmy. Różana Łapa wstała jako pierwsza i była świadkiem, jak wygryza je zębami. Próbowałyśmy go opatrzyć, jednak się nie dał, więc stwierdziłam, że bezpieczniej będzie poczekać na ciebie. Właściwie, planowałam się do ciebie zaraz wybrać, jednak udało ci się samemu wybudzić. – wyjaśniła spokojnym, acz poważnym tonem. – Wysłałam Różę po więcej pajęczyny, za paprocią zawsze się jej dużo zbiera. Zaraz powinna wrócić.
Słowa wychodzące z pyska rudej nie do końca trafiały do jego umysłu. Były takie dziwne, irracjonalne, przyprawiały go o zawroty głowy i nudności. Dopiero po paru uderzeniach serca kocurowi udało się wystarczająco zebrać myśli, aby zabrać głos.
– On… Sam sobie? Jak… Jak ja mam tutaj pomóc? Nie jestem medykiem… – z tego koślawo sklejonego zdania wręcz wylewały się jego nerwy. Wiedział, że dla Czaplego Tańca powinien pozostać silny, jednak to powoli go przerastało.
– Uspokoisz go, abyśmy my mogły oczyścić i zabandażować jego rany. Jego sen jest płytki, chociaż sama nie jestem pewna, czy faktycznie śpi – wymruczała, wskazując na drgające co jakiś czas uszy pacjenta. – Mam już przygotowaną maść, teraz pozostało nam tylko poczekać na Różaną Łapę. Śmiało, podejdź do niego.
Kocur zebrał się w sobie i kiedy medyczka zajęła się segregowaniem ziół, on zajął miejsce obok śpiącego. Jego bok unosił się miarowo, jednak brwi były ściągnięte w dół, a nos minimalnie zmarszczony. Były to detale, na które przeciętny kot nie zwróciłby uwagi, jednak nie on. Znał go i dokładnie wiedział jak wygląda, kiedy coś jest nie tak.
– Hej, Czaplo… – szepnął czule, przekrzywiając głowę – Śpisz?
Jedna z powiek wojownika zadrżała. Po chwili uniosła się, ukazując piękne, żółte ślepie, do którego zaraz dołączyło także drugie, równie żółte i piękne. Wodnikowe Wzgórze uśmiechnął się ciepło.
– Wodnik – miauknął niebieski, ziewając cicho.
– Tak, to ja… Przyszedłem zapytać co byś zjadł na śniadanie – wyjaśnił mu, próbując nie wzbudzać podejrzeń. – Na stosie widziałem karczownika! Był taki okrągły, mógłbym go dla ciebie obrać... – dodał.
Kąciki pyska Czaplego Tańca nieco się uniosły.
– Tak… To brzmi dobrze – wymruczał.
W międzyczasie do legowiska medyka wróciła Różana Łapa, która teraz w ciszy przypatrywała się parze zakochanych. Czarno-biała złapała w pysk zwitek pajęczyny, a jej mentorka ostrożnie chwyciła liść dębu, na którym znajdowała się zielona maść. Bury usłyszał je dopiero, kiedy były tuż za jego plecami, wcześniej zbyt pochłonięty tą rozczulającą dyskusją. Widział, jak mięśnie jego partnera się napinają.
– Tylko spokojnie, Czaplo, one chcą ci jedynie pomóc! – wyjaśnił, próbując zapanować nad paniką w swoim głosie.
Z białego pyska uciekł syk, kiedy na jego łapę została nałożona pierwsza warstwa papki. Warczał i wyrywał się, jednak był na tyle słaby, że wystarczył jeden Wodnik, aby go unieruchomić na czas zabiegu. Jak można było się spodziewać po medyczce z wieloletnim stażem i jej ambitnej uczennicy, obie kotki uwinęły się sprawnie, zawijając łapy kocura w ciasną pajęczynę. Kiedy się odsunęły, a cętkowany nie musiał już trzymać swojego partnera, z ust Czapli uciekło kilka ostrych słów.
– To drapie, to drapie! – załkał żałośnie van – Co wy mi zrobiliście?!
Wodnik wyciągnął łapę, chcąc przejechać nią troskliwie między uszami męża, tak jak ten zawsze lubił, jednak zamiast zadowolonego pomruku i nadstawienia czółka, spotkał się z agresywnym kłapnięciem zębami, mysią długość od swojej kończyny. Wystraszony szybko ją zabrał, patrząc z niedowierzaniem na partnera.
– Wynoś się! Nie chcę na ciebie patrzeć! – warknął niebieski – Pomogłeś im! Wcale cię nie obchodzę! Nie chcę twoich piszczek, nie chcę!
Wodnik czuł, jak jego pomarańczowe oczy się szklą. Nie rozumiał, skąd w jego spokojnym Czaplim Tańcu wzięło się tyle złości i niechęci do jego osoby. Przecież dopiero normalnie rozmawiali, a teraz kocur zachowywał się nie do poznania. Czując się pokonany, wycofał się jeszcze parę kroków do tyłu. Czy naprawdę pajęczyna aż tak gryzła jego męża?
– Dobrze zrobiłeś – pocieszyła go Strzyżykowy Promyk – Masz, to dla ciebie. Widzę jaki zmarnowany jesteś, nie możesz jeszcze ty się nam pochorować. Wróć do legowiska wojowników i się prześpij – dodała, podsuwając mu pod łapy małe zawiniątko ziół.
Wodnik, ze zwieszonymi uszami, podszedł do kotki, wyciągając pysk po leki. Z trudem próbował zapanować nad zbierającymi się w kącikach jego ślep łzami.
– Czy… Czy to przez te gorączki jest taki zły? – spytał, z wdzięcznością odbierając od medyczki paczuszkę.
Ruda milczała.
– Możliwe – odpowiedziała w końcu. Nie przekonało go to. Z jego oczu poczęły lecieć ciepłe łzy.
<Czaplo?>

Od Czaplego Tańca do Wodnikowego Wzgórza

tw: nieprzyjemne, krwawe opisy
Ostatnie co pamiętał z tej koszmarnej nocy to krew.
Czerwona posoka była wszędzie. Wytryskała z niebieskiego grzbietu Nawałnicowej Łapy, pokrywała pięknie umalowane futerko Okraszonej Polany… Wylewała się spieniona i warcząca z pyska Błotnistej Plamy. Nawet nie wiedział kiedy i on został nią naznaczony. Powyginane, niekocie ciało wojowniczki odcisnęło w nim piętno. Co to było za monstrum? Kto zastąpił tej księżycowej pory kotkę, z którą wiele wschodów słońca dzielił legowisko? Nigdy w życiu jeszcze się tak nie bał… Nie wiedział, nawet kiedy jego ciało ruszyło do ataku, nie wiedział, kiedy zęby wbiły mu się w bok; adrenalina buzowała w nim do tego stopnia, że ból dotarł do niego później niż szkaradny smród, który roznosiła za sobą czekoladowa. Nie rozumiał, jak stworzenie, które ledwo zatacza się po obozie, wydaję się być odcięte od wszelkich zmysłów, może dysponować tak ogromną siłą szczęk. Ledwo udało mu się uwolnić i uciec na bezpieczną odległość. Ujrzał tylko przyjście liderki; potem padł na ziemie.
* * *
Słyszał szmery i ciche hałasy. Kroki, cięższe i znacznie delikatniejsze, podążające za nimi. Krzątały się, przechodziły od jego lewej strony, do prawej, czasem zatrzymując się, jak się domyślał, obok niego. Zaciągnął się powietrzem; poczuł, że ma nieznacznie zaciśnięte gardło. Zapach ziół wypełnił jego jamę nosową, przedostał się dalej, ukoił zmysły i rozwiał mgłę, która zasnuwała jego jeszcze śpiący umysł. Legowisko medyków… Realizacja, gdzie się znajduję, przywołała koszmary tamtych wydarzeń. Przed powiekami zamigotał mu pieniący się szkarłat. Przerażony otworzył ślepia, by uciec od widoku Paskudy, ale brudne od przeróżnych wydzielin, poplątane i nastroszone futro wciąż wydawało się przylegać do jego boku. Przez moment nie widział nic, co tylko wzmożyło jego strach, potem jednak blask przestał być oślepiający i wyłoniły się z niego coraz wyraźniejsze kształty.
— Strzyżykowy Promyku, Czapli Taniec się obudził — doszedł do niego melodyjny głos Różanej Łapy. Kotka stała w sporej odległości. Nie zbliżyła się, ani by obejrzeć jego ranę, ani by zapytać go jak się czuję. Zaniepokojony czekał więc na nadejście medyczki. Ta pojawiła się po uderzeniu serca.
— Dzień dobry, jak się czujesz? — powiedziała prędko, widocznie zaniepokojona. Oczy miała czujne, przenikliwie wpatrywały się w vana, jak gdyby chciała przewidzieć jego każdy, następny ruch. Wyraz jej pyska jednak był łagodny, przyjazny; bardzo typowy dla właścicielki.
— Boli mnie bok, no i troszkę swędzi… Ale wszystko w porządku! — zapewnił i posłał obu uzdrowicielkom pokrzepiający uśmiech. Faktycznie nie czuł się bardzo źle; być może był troszkę zmęczony; łatwo jednak umiał to uzasadnić poważną utratą krwi i szokiem, którego doświadczył.
Prędko jednak jego pozytywny nastrój przepadł jak kamień w wodę. Nie słyszał jeszcze tego wprost… Musiał jednak to zrobić, inaczej nie zazna spokoju.
— A czy… Czy Okraszona Polana i Nawałnicowa Łap-
— Nie żyją… — nawet nie dała mu dokończyć ruda. Czapla spuścił wzrok; wiedział przecież… Potworzyca rozprawiła się z nimi na jego własnych oczach, umazana ich krwią wgryzła mu się do boku, być może w jego ciele płynie teraz ich cząstka… — Zginęli na miejscu, nie cierpieli…
— Mhm… A czy Błotnist-
— Nie żyje. — tym razem rzuciła z drugiej strony legowiska czarnobiała. Jej słowa były twarde i przepełnione nienawiścią, którą jednak starała się hamować. — Srocza Gwiazda nas uratowała i zabiła Paskudę.
— To dobrze… — zamyślił się. Zmęczenie zaczęło być bardziej odczuwalne, a mgła znów wracała na swoje miejsce w jego głowie. Była jedna rzecz, o którą musiał jeszcze spytać; sprawa najwyższej wagi — Czy ktoś jeszcze ucierpiał? Czy… Czy Wodnikowe Wzgórze tutaj był? Czy nic mu się nie stało?
— Błotnista Plama chciała zaatakować kocięta w żłobku, ale jak powiedziała Różana Łapa, ocaliła je Srocza Gwiazda. Nikogo więcej nie zdążyła skrzywdzić; leży głęboko w błocie… Tam, gdzie jej miejsce… — rzekła, dreptając w cieniu tataraku, zaglądając kilka razy do tunelów, by znaleźć potrzebne zioła. — A partner dzielnie cię doglądał. Przez pierwszą noc niemal nie spał; musiałam podać mu mak, by ukoił skołatane nerwy. Gdy tylko się przebudził, przyszedł tutaj.
— Czy mogę się z nim zobaczyć? Czuję się naprawdę dobrze, Strzyżykowy Promyku, proszę — posłał błagalne spojrzenie najpierw starszej, a gdy ta nie dała mu zadowalającej odpowiedzi, skierował je do młodszej; być może ta przekonałaby mentorkę. Różana Łapa odwróciła jedynie wzrok.
— Posłuchaj mnie uważnie, Czapli Tańcu — zwykle łagodna mordka medyczki nabrała hardego wyrazu, a jej błękitne ślepia na moment przypominały sople lodu. Przeszedł go dreszcz, który wstrząsnął całym jego osłabionym ciałem — Błotnista Plama straciła rozum wskutek poważnej, okropnej choroby, która zrobiła z niej chodzącego trupa bez myśli… Nie chce cię straszyć, lecz pozostajesz pod moją stałą obserwacją i to ja odpowiadam za twoje czyny. Jeśli czymś cię zaraziła i to ty kogoś skrzywdzisz… Powiem to raz i wyraźnie; przemyśl, kogo chcesz narażać na niebezpieczeństwo.
Te słowa zmroziły mu krew w żyłach. Patrzył przerażony, a jego szkliste od choroby oczy, jeszcze bardziej nabiegły łzami. Czuł jak serce dudni mu w piersi, a przez zaciśnięte gardło wydobywa się przyśpieszony oddech. Nie potrafił dłużej trzymać kontaktu wzrokowego; spuścił pysk, przez co pojedyncze łzy kapnęły mu na łapy. Czuł ścisk w piersi.
— Czy ja… Czy ja zamienię się w takie monstrum? Skończę pod pazurami Sroczej Gwiazdy? — wydukał cicho. Starsza ledwo była w stanie go usłyszeć. Dobrze jednak wiedziała, co mówi. Nie musiała zgadywać. Jego obawy były łatwe do przewidzenia i słuszne.
— Okrutnym byłoby cię okłamywać. Będę więc z tobą, od tego momentu, całkowicie szczera. — lód stopniał, a w oczach zalśniło z powrotem współczucie i ciepło — Nic nie jest pewne. Na razie rana goi się dobrze, a twoje zmęczenie jest w pełni normalne. Nie będę jednak karmić cię mrzonkami czy złudnymi nadziejami. Błotnista Plama też długo ukrywała swoją przypadłość; zostaniesz tutaj tak długo, aż nie będę pewna, że jesteś zdrowy. Nie wiem, ile to zajmie… Nie ważne ile minie wschodów słońca, bez mojego pozwolenia nie postawisz łapy poza to legowisko. Dla dobra wszystkich.
— A co z Wodnikiem? — było głupio mu pytać o to po raz kolejny, ale wizja pozostawienia ukochanego na tak długi czas, łamała mu serce — Stanę się potworem szybciej, jeśli go nie zobaczę.
— Nie jesteś kociakiem, podejmujesz decyzję za siebie… Jeśli tak ci zależy, poinformuję go, że chcesz nawiedzenia; powiem mu też, jakie mogą być konsekwencje.
— Dziękuje. Jesteś wspaniała Strzyżykowy Promyku— łzy znów napłynęły mu do oczu, tym razem łzy radości i nadziei.
Wiedział, że z mężem przy boku pokona wszelkie przeciwności losu; razem zwyciężą wszystko…
<Wodniku?>