BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syczkowy Szept. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syczkowy Szept. Pokaż wszystkie posty

20 października 2025

Od Syczkowego Szeptu

Przez tamto spotkanie popadł w obłęd.
Żadne polowanie mu nie wychodziło. Nieważne ile razy podchodził, zawsze łapało go rozkojarzenie, uciekał w myśli, a jego zwierzyna korzystała z okazji i chowała się w bezpieczne miejsce. Słyszał sfrustrowane pomruki swoich towarzyszy, ale teraz nie obchodziło go już tak bardzo, co o nim myśleli. Wszystko, co czuł przedtem, podwoiło swoją siłę. Już na samą myśl o przenikliwych zielonych oczach drżały mu nie tylko łapy, ale i całe ciało.
Dlaczego wróciła? — pytał sam siebie i żadna odpowiedź nie nasuwała mu się na myśl. Minęło tyle czasu, tyle długich księżyców. Już prawie wszyscy zapomnieli o tym, że kiedyś wygnali ze swojego klanu kotkę o imieniu Polna Łapa. Młodsi pewnie nawet nie byli świadomi, że ktoś taki istniał. Powoli zaczynał nawet kwestionować swoje własne zmysły i pamięć. Może to wcale nie była ona? Może pomylił się, przewidział lub zupełnie oszalał i w rzeczywistości przegnał losowego włóczęgę. W końcu ile zielonookich kotów było na tym świecie?
Wiedział jednak, że tego wzroku nie byłby w stanie z niczym pomylić. To musiała być ona. To była jego siostra, nikt inny, i bez względu na to, z jakiego powodu tu przyszła, nie mógł pozwolić jej uciec bez słowa.
Słońce ostatkami sił prażyło czubki świerków, gdy on wychodził na żer. Był cieniem, na który nikt nie zwracał uwagi. Nie był pewien, czy jego pobratymcy zauważyli tę nerwowość, a jeśli tak, to czy coś więcej pomyśleli. Podejrzewał, że nie. Dawno już przestał wszystkich obchodzić. Dawno stracił kontakt ze wszystkimi kotami, które wcześniej uznawał sobie za bliskie. Jeśli ktoś jeszcze żywił do niego jakiekolwiek uczucia, była to nienawiść. Nikt nie chciał z nim rozmawiać. Nikt nawet nie patrzył w jego stronę.
Został jeden kot, którego mógł jeszcze jakoś obchodzić.
Myślał, że już przyzwyczaił się do swojej roli i do tego samotnego życia, w którym do nikogo nie otworzy pyska. Nie miał już nadziei na zmiany. Tkwił w takim stanie i wierzył, że będzie tkwić aż do swojej równie żałosnej co życie śmierci. Nie wiedział, co się z nim stało. Dyszał w upale, pędząc na tę samą granicę, gdzie spotkał swoją siostrę. Chciał mieć jeszcze nadzieję, że tu będzie. Że przed nim stanie, otworzy ramiona i powie, jak bardzo za nim tęskniła. Powitała go jednak pustka. Ptaki wśród drzew wyćwierkiwały swoje ostatnie w sezonie pieśni, gdy wpatrywał się w miejsce, gdzie tamtej nocy spotkał Polną Łapę. Nogi uginały się pod ciężarem jego własnego, zmęczonego ciała. Znów nie zaznał snu. Nie zjadł posiłku. Czuł, jak wzrok przed nim powoli się rozmywa. Prócz odgłosów natury słyszał jedynie swój nieregularny oddech.
Czego się spodziewał? Że naprawdę zastanie ją między tymi drzewami? Będzie tak na niego czekać, zaraz po tym, jak jej powiedział, że ma uciec i nigdy nie wrócić?
Może to był koniec. Naprawdę odeszła, tym razem już na dobre. Zrobiła coś mądrego i naprawdę uciekła przed pazurami nie tylko wściekłych byłych współklanowców, ale i krwiożerczych kultystów. Czy gdyby jej nie odgonił, skończyłaby jako ofiara? Na Klan Gwiazdy, nie chciał nawet o tym myśleć... Nigdy więcej nie spojrzałby sobie w oczy... Westchnął głośno z żalem ściskającym jego serce. Po prostu stracił swoją szansę jak wszystkie inne. To go dręczyło wczorajszej nocy i udowodnił właśnie sobie, że słusznie. Naprawdę marnował wszystko. Był jak nieudolny łowca, który nie jest w stanie złapać nawet myszy podsuniętej mu pod nos.
Nos... Zaciągnął się powietrzem, wdychając porę opadających liści. Było ciężkie, suche i jałowe. Odpowiednik żylastej zwierzyny. Przez ten skwar przewijało się jednak coś jeszcze... Coś wątłego, coś zwietrzałego... Natychmiast otworzył szerzej oczy, jak gdyby wyczuł narkotyk. Znów rozregulował się jego oddech. Zaczął węszyć, węszyć wśród kęp, skąd dochodziła ta znajoma woń. Ona przecież nie zniknęła. Odeszła, lecz nie wyparowała. I zanim jakaś bardziej racjonalna myśl pojawiła się w jego głowie, podjął już decyzję – musiał ją odnaleźć.
Syczkowy Szept miał wrażenie, jakby cały jego umysł się zamknął. Jakby z myślącego, czującego stworzenia zamienił się w bezrozumną bestię. Jakby jedyne, co go prowadziło, to instynkt i ta cicha, cierpka nienawiść, którą żywił do swojej samotności. Przeszedł przez granicę Klanu Wilka, za którą występował tylko podczas tych parszywych łowów. Nie widział nigdy tych części lasu w świetle słońca. Wyglądały właściwie tak samo, jak te należące do nich, ale uczucie stąpania po tej ziemi było zupełnie... Inne. Nieodpowiednie, a jednocześnie wolne. Nie powinien z powodu zasad, lecz powinien z serca.
Nie zastanawiał się nad tym wszystkim. Nie myślał. Brnął przez siebie, przedzierając się przez leśne gęstwiny. Jedyne, co go w tej chwili obchodziło to szlak, którym Polna Łapa mówiła mu bezgłośnie: "Chodź". "Odnajdź mnie".

***

Nie był pewien, ile minęło czasu. Zapędził się sam już parę razy w kozi róg. Może tracił już zmysły, nie tylko te fizyczne, ale i w kwestii szaleństwa. A może była to kwestia zlepiającego powieki zmęczenia.
W końcu znalazł się jednak w miejscu, gdzie trop się kończył. Przez jego głowę przeszła myśl, że to kolejne manowce, na które się sam sprowadził. Dobra robota... Zaczął węszyć wokół, upewniając się, że to tu naprawdę powinien trafić. Zapach samotniczki był mocny, świeży, pobudzał jego szarpane zmysły. Szukał i to szukał wytrwale, obchodząc wszystkie drzewa, obumierające kępki roślin i wszystko inne, co miało na sobie przynajmniej drobny ślad. W końcu doszedł do wykopanej w ziemi nory. Prowadziła w mrok, ale jednak widział coś w środku. Nie było tam kota, ale wybijały się na tle czerni dziwne przedmioty, których nie był w stanie rozpoznać...
— Syczek, zwariowałeś — przemówiła do niego po raz pierwszy od tych długich księżyców. Natychmiast się odwrócił, w trakcie nieomal się przewracając na ziemię i wpadając do rowu. Od gwałtownego ruchu zaćmił mu się wzrok. Wypatrywał siostry, lecz nie był w stanie jej dojrzeć, szczególnie gdy rozgrywał się przed nim pląsający taniec cieni. — Ile tu szedłeś? Po co ci to było? Mówiłeś, że mam się nie zbliżać do Klanu Wilka — mówiła dalej, a w jej głosie pojawiła się pewna obawa, żal, że nie ugryzła się w język. Tak jakby się bała, że nie powinna była się odzywać.
W końcu dostrzegł jej sylwetkę oplatającą jedną z wyższych gałęzi świerku. Chowała się w ciemności, obserwowała go z dystansu. Miał wrażenie, że w każdej chwili była gotowa do ucieczki. Że z jego strony wystarczył jeden ruch, a ona już pomknęłaby między drzewa.
— Tak, dlatego przyszedłem tutaj do ciebie, ja, nie Klan Wilka — miauknął w końcu głośno po chwili niepokojącej ciszy. Dyszał głośno, jakby całą drogę tutaj pokonał biegiem. Nie wiedział co powiedzieć. Widział jej spięcie, a to sprawiało, że sam stawał się tylko bardziej spięty. Zjeżyła futro. W oczach Syczkowego Szeptu wybuchła panika. — Ja nie jestem tacy jak oni! Nie jestem! Nie musisz, nie możesz się mnie bać! — wykrzyczał do niej, nie odrywając wzroku od subtelnie poruszających się cieni pod igłami. Na chwilę znów zapadła cisza. Zawiał wiatr szeleszczący gałęziami drzew. On stał, delikatnie chwiejąc się wraz z nim.
Parę uderzeń serca kołatającego niepokoju zakończyło się cichym westchnięciem, które był w stanie usłyszeć z góry. Mogło być ostateczną odmową, ale i iskierką nadziei, którą chciał w sobie zatlić. Czekał jeszcze chwilę. Kocica skąpała się w cieniu i zupełnie nie mógł jej zobaczyć. Słyszał tylko szmer, który wydawały jej... Kroki?
— Coś mi mówi, że nie przyszedłeś tu tylko z chęci rodzinnego spotkania... — Usłyszał jej kolejne westchnięcie, nim wyłoniła się z mroku i stanęła przed nim w pełni słabego słońca. Nie przypominała młodej kotki, którą zapamiętał. Byle o wiele chudsza niż przedtem w klanie. Cóż, w ich rodzinie może i nie było tendencji do tycia, lecz coś mu mówiło, że nie tylko genetyka wchodziła przy tym w grę. Jej pysk był naznaczony bliznami. Spochmurniał, spoważniał, nabrał jakiegoś rodzaju grozy, która potrafiła przeszyć kota, który na nią spojrzał. Jakby tym twardym spojrzeniem bezsłownie oznajmiała innym, że nie należało się zbliżać, bo mogło się to skończyć oberwaniem uszu.
— Ja – ja nie-nie wiem, dlaczego tu jestem — wydukał. — Nie mogłem pozwolić ci uciec kolejny raz... Nie wiem, naprawdę nie wiem... Coś mi mówiło, że muszę za tobą iść, że muszę cię znaleźć, że nie mogę, naprawdę nie mogę tego tak zostawić...
— Usiądź — przerwała mu, oglądając go od lustra nosa po koniuszek ogona. Gdy nieco zaskoczony wykonał jej polecenie, obeszła go wokół, jakby chciała nabrać lepszego wglądu w jego sylwetkę. — Co jest z tobą, Syczek? Mówisz jak wariat, wzrok ci skacze jak wariat, a wyglądasz, jakbyś nie miał piszczki w pysku od paru wschodów słońca — parsknęła. — Choroba głodowa strzeliła ci w głowę? W Klanie Wilka panuje jakaś klęska, że tak zmarniałeś? — mruknęła, po czym umilkła na moment, jeszcze raz mierząc go wzrokiem. — Hm, skoro polujecie po nocach...
— Z Klanem Wilka wszystko w porządku — odpowiedział, wcinając się w jej ostatnie słowa. Nie usłyszał ich nawet dokładnie. — To po prostu ja. Od wielu księżyców nie mogę jeść, robi mi się niedobrze na sam widok posiłków, źle sypiam...
— Czyli jednak jesteś wariat? — Również się wcięła. Syczkowy Szept zamrugał kilka razy.
— Może? Może trochę... — Wbił spojrzenie w ziemię i usiadł. Bił ogonem, rozgarniając leśną ściółkę. Nikt przedtem nie powiedział mu tego w twarz. Wszyscy tylko to szeptali za jego plecami, nigdy nie słyszał na własne uszy, lecz był tego pewien. Przecież wszyscy musieli to widzieć, nawet jeśli nikt nie miał w sobie tyle pewności siebie, by podejść i mu to wytknąć. Właściwie... To była już jedna z dłuższych rozmów, jakie z kimkolwiek odbył w przeciągu wielu księżyców. A z pewnością najszczersza. Otworzył się tak nagle i niespodziewanie, jakby skruszyła się już twarda powłoka na jego gardle, która nie pozwalała mu przez nie przepchnąć wcześniej podobnych słów. — Nie-nieważne.
Ponownie nastała cisza. Napuszył futro, gdy przez zbite pnie iglaków przedostał się wiatr i uderzył prosto w jego ciało. Już i tak było mu zimno. Zaczął drżeć.
Złota wypuściła nosem powietrze, zamknęła oczy i odwróciła się od brata. Zrobiła parę kroków do przodu, zrobiła obrót i usiadła od niego bokiem. Nie zgięła tylnych nóg, pozwoliła im opaść jak przy leżeniu. Przykryła je puszystym ogonem, przyciskając go do ciała, widocznie też z uczucia chłodu.
— Wyglądasz na równie zagubionego w życiu co ten kiepski, cichy i nieśmiały uczeń, którego zostawiłam przy wygnaniu. Życie nic cię nie nauczyło przez te... Ile minęło? Pięćdziesiąt księżyców? — burknęła. — Trudno nie stracić rachuby czasu, gdy słońce każdego dnia wschodzi tak samo.
Patrzył na nią przez chwilę z zaskoczeniem, choć właściwie nie wiedział dlaczego. Miała rację. Odnosił takie wrażenie, jakby zatrzymał się w rozwoju gdzieś w chwili mianowania na wojownika. Nigdy nie dorósł do swojej roli i liczby księżyców, które miał już na karku. Z każdym pogrzebem coraz mniej było kotów starszych od niego... Już nie rozumiał młodych, nie nadążał za ich pomysłami, za sprawami ich świata, nawet za mentorami czy imionami najnowszych kociąt i uczniów. Jednocześnie nie pasował zupełnie do grona doświadczonych, szanowanych wojowników, którzy stanowili największy autorytet i zabierali głos w najważniejszych sprawach klanu. Nawet nie znajdował się gdzieś pomiędzy. Był po prostu... Nigdzie.
— Chyba nie tylko wyglądam — zaśmiał się, lecz na tyle smętnie, by nie wzbudzić w siostrze nawet drobnego rozbawienia. Kotka głęboko westchnęła.
— Wiesz, kiedy byłam jeszcze tą naiwną Polną Łapą, bardzo żałowałam tego, że doprowadziłam do bycia wygnańcem. Długo nie mogłam się pozbierać. Szwendałam się po lesie jak zbity kundel. Głodowałam, jadając karmę dla wron i wszystko to, co oportunistycznie udało mi się chwycić w łapy. Jak dobrze, że zaczynała się wtedy pora nowych liści. Nie wiem, co nagie drzewa zrobiłyby z taką sierotą jak ja.
Nie przerywał jej, czując, że miała jeszcze coś do powiedzenia. Znów spojrzała na niego tymi samymi przymrużonymi oczami.
— Teraz, gdy Polna Łapa we mnie zaginęła, już nie czuję żalu. Nie tęsknię za Klanem Wilka. Zostawiłam go za sobą i zrozumiałam, że życie samotnika nie jest tą mordęgą, którą przedstawiają ci wojownicy. Po prostu trzeba iść przed siebie i rozpychać swoją ścieżkę łapami, pazurami i zębami. I to nie jest złe. Ba, gdy już to zrobisz, to w porównaniu do klanowego życia, miejscami żywot samotnika jest nawet całkiem... Przyjemny.
— Ja za tobą tęskniłem — miauknął cicho, jakby zapamiętał tylko jedno zdanie i zapomniał o całej reszcie. Przechyliła łeb, patrząc na niego z wyraźnym zdziwieniem. Wstała i z powrotem do niego podeszła.
— Syczek — powiedziała w kroku, głosem brzmiącym jak rozczarowany, jak reakcja na nagle rozpłakującego się kociaka — stało się u ciebie coś niedobrego. Nie byłoby cię tutaj, gdyby wszystko było w porządku.
— Nie powiedziałem, że wszystko było w porządku — odparł, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
— To co jest z tobą? Gdzie Zaranna Zjawa, Mroczna Wizja, Zalotna... Łapa?
Ponownie uciekł wzrokiem.
— Nasza matka nie żyje. Od wielu księżyców — powiedział, owijając ogon wokół łap. — Mroczna Wizja ma swoje życie. Partnerkę, kocięta, które zresztą zdążyły już same dorosnąć. Nie ma czasu na takie niedojdy jak ja. A Zalotna Krasopani... — Zacisnął zęby, a jego cała twarz wręcz się zmarszczyła od goryczy, która przeszła przez niego na samo wspomnienie jej imienia. — Mnie nienawidzi. Bardzo. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz z nią rozmawiałem. Ciągle tylko gromi mnie wzrokiem z drugiego końca obozowiska... Jej samej jest ciężko. Ale nie mogę jej pomóc. Nie wiem, kim już tak naprawdę jest — mówił, a jego uszy opadały coraz niżej i niżej w stronę ziemi. Słowa ciążyły im jak głazy. — Zmieniła się tak bardzo, że gdyby nie jej futro, nie byłbym w stanie jej rozpoznać.
Teraz to Polana zamilkła. Wyglądała na zdezorientowaną, może nawet zatroskaną, zasmuconą tymi wieściami. Stopniowo jej pysk odwracał się do boku, a wzrok szybował gdzieś w dal, jakby chciała się nad czymś mocno namyśleć.
— Wszyscy mnie zostawili.
Pauza.
— Albo to ja wszystkich zostawiłem — poprawił się, trzęsąc łbem. Siostra ponownie spojrzała w jego stronę. — Nie wiem, co tu dalej robię. Żyję w klanie, w którym się urodziłem, a czuję się jak obcy. Odeszli wszyscy przyjaciele, cała rodzina... Nie mam tu nikogo. Codziennie wstaję z legowiska, opuszczam obóz, wypełniam obowiązki, wracam i całą noc gapię się w sufit. I z każdym świtem od nowa. To samo. Po co mi to wszystko — powiedział, co powinno być pytaniem, lecz wypchnął to z takim chaustem powietrza, że brzmiało bardziej jak żądanie. Żądał odpowiedzi, nie od Polany, a od świata, bo wiedział, że sam sobie na to nie odpowie. — Równie dobrze mogę już umierać. Nic się nie zmieni. Nic już więcej nie osiągnę. Cały klan zapomni o mnie po kilku księżycach, mój grób obrosną zioła i zniknę z języków tak szybko, jak tylko przestanę przemykać po obozowisku jak snujący się duch. I tak już teraz nie mówią o mnie nic innego. Nie mają co.
Nawet nie ugryzł się w język. Nie miał na to siły. Pozwolił, by te słowa wylały się z niego jak krew sącząca się cicho i wolno z otwartej rany. Nie było żadnego innego kota, który mógłby go wysłuchać. Żaden by go nie zrozumiał. Z żadnym nie chciałby się tym podzielić. Znalezienie swojej zaginionej siostry było jedyną szansą na jeszcze jedną szczerą rozmowę, jaką mógł przeprowadzić w całym swoim życiu. Nie mógł tego powstrzymać.
— Nie musisz tam być — miauknęła w końcu, łagodnie, a jednocześnie tak poważnie. Zrobił wielkie oczy.
— Ale... — Pokręcił stanowczo głową, lecz w trakcie, gdy cichł, jego ruchy stawały się coraz wolniejsze i mniej pewne. Jego wzrok szybował z Polany, wpatrującą się w niego w oczekiwaniu na jakiś argument. Szukał. Nie mógł go znaleźć. Nagle spanikował. Machnął ogonem i uderzył nim rychło o ziemię. Powoli schnące igły na chwilę wspięły się w górę, smakując lotu po raz pierwszy, a prawdopodobnie i ostatni raz. — Nie, to nie jest to, ja nie mogę. Zdradziłbym ostatki tego, w co jeszcze wierzę — wyszeptał.
— Czymkolwiek jest ta twoja wiara, wygląda na to, że sama zdradziła cię już długie księżyce temu.
Wpatrywała się w niego, a jej zielone oczy lśniły tak jasno, jak w tamtym śnie. Nie mógł oderwać od nich wzroku tak samo, jak nie mógł go oderwać wtedy. Hipnotyzowały. Może miała rację. Może Polana była tym, co go oderwie od szarej rzeczywistości. Ten sen nie mógł być tylko majaczącą marą umierającego.
Jeśli Klan Gwiazd mimo wszystko jeszcze przyświecał nad jego duszą, nie mógłby go skarcić za nieposzanowanie kodeksu. Bycie wilczakiem już samo w sobie było wystarczającym pogwałceniem ich świętych zasad.
...podszedł. Wtulił nos w puszystą sierść Polany i nagle rozpłakał się w nią jak kocię. Zamknął oczy, z których leciały żeliwne łzy; z pyska uciekało mu żałosne skomlenie. Nie był nawet pewien tego, jakie myśli w tej chwili kłębiły się w jego głowie i czy w ogóle. Było w tym coś... Pierwotnego. Jak pierwsze uczucie, które rodzi się w nowonarodzonym kocięciu, zanim jeszcze zdobędzie ono świadomość. Pierwszy smutek, który objawia się w płaczliwym ryku. Pierwsza radość i komfort, gdy zostanie okryte ciepłym ogonem.
Świat zrobił się mniejszy. Jakby ponownie był głuchy, ślepy i nieporadny, a całe jego życie kończyło się w obrębie jednego legowiska i jednej ciepłej postaci.
— Hej... — miauknęła zdezorientowana Polana, podnosząc wysoko głowę. — Nie rozklejaj się, bo wyglądasz jak kociak — dodała. Syczkowy Szept tego nie usłyszał lub był na te słowa niewzruszony. — Możesz podjąć własną decyzję.
Zamilkła. Było słychać jedynie jego nieustające łkanie.
— To...?
— Chcę — wypowiedział w końcu, pociągając nosem kilka ostatnich razy, zanim podniósł głowę. Spojrzał na siostrę, oddychając ciężko. Nie był pewny. Chciał się zawahać, wziąć głęboki oddech i pomyśleć na trzeźwo, lecz czuł, że wtedy ta szansa od niego ucieknie. Chciał ten jeden raz spróbować. Po raz pierwszy rozepchać swoją własną ścieżkę, a nie pozwolić, by zabrał go gdzieś nurt. — Tam... Nie ma już nic.

Od Syczkowego Szeptu

Znów wyruszyli w zimną, czarną noc.
Niebo przykrywały wysokie świerki. Coiraz pobłyskiwało, gdy chmury i czubki puszczy ustępowały czystemu lśnieniu gwiazd. To jednak nad Klanem Wilka było słabe. Jakby wygasało niczym dogorywający płomień.
Syczkowy Szept zwiesił głowę. Żadna kolejna wyprawa nie dawała mu poczucia sensu i pasji, która z innych potrafiła kipieć, wylewać się przez oczy i pysk. Nigdy nie dała. Nie wiedział, dlaczego tęsknił za uczuciem, którego nie tylko nigdy nie czuł, ale i uczuciem, które uważał za brudne i plugawe.
A mimo wszystko chciał być jak oni. Pragnął wiary tak głębokiej i oddanej jak tych, których podziwiał od kocięctwa. Chciał wbijać zęby bez pulsujących przez uszy wyrzutów sumienia i gróźb. Chciał ufać reszcie kultystów, modlić się z ich gorliwością. Chciał tego pragnienia potęgi, które wypełniali przez błaganie przodków o siłę i władzę. Chciał równie bardzo, jak tego nienawidził; jednocześnie chłeptał się wizją, że to wszystko mogło być prawdziwe, jak i ze wstydem chował te myśli po kątach.
Od dawna przecież dobrze wiedział, że bez względu na to, jak bardzo by próbował, ile by się nie przekonywał i ile myśli przeszłoby mu przez głowę, nigdy nie będzie jak oni. Nie dostąpi dewocji. Nigdy nawet nie uwierzy w słuszność tego, co robi. Urodził się dla kultu i tylko cudem go nie zawiódł. Nie był wyrzutkiem tylko dlatego, że szybko poznał bardzo ważną zasadę – trzymaj język za zębami. Czasem, gdy patrzył w ich pyski, obejmował go niepokój. Co, jeśli wiedzieli, co skrywał na dnie swojej duszy? Może zdążyli go przejrzeć? Nie, to było niemożliwe... Jednak nie oznaczało, że był całkiem bezpieczny. Musiał udawać, kiwać głową, uczestniczyć w tym hańbiącym bestialstwie i może prawda nigdy ich nie dosięgnie. Może umrze, nie będąc zdrajcą, tylko nikim.
Nie pamiętał, kiedy ostatni raz się z czegoś naprawdę cieszył. Kiedy ostatni raz się szczerze uśmiechnął. Jego pysk był stale pochłonięty tą nieustającą melancholią, przerywaną przez strach. Upragniony spokój nie nachodził go nawet w snach – nawet w stanie odpoczynku jego całe ciało było spięte, gotowe do ucieczki. A uciekał przed..? Sam nie był pewien.
Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd. Pobratymcami. Czujnym wzrokiem Nikłej Gwiazdy i jego zastępczyni, którzy nieustannie patrzyli mu na puste łapy. Ostatnimi czasy przestał się angażować we wszystkie klanowe aktywności. Polowania, patrole, treningi? Byle się pojawić, byle pójść, wrócić i znów zatopić się w smutkach. Kłamstwami. Wszystkimi swoimi porażkami. Lękiem, który nigdy nie opuszczał jego piersi. Nadal nie był w stanie spojrzeć swojej "córce" w oczy. Miały tę samą barwę jak te należące do jej matki; tej samej, którą kochał, a jednocześnie musiał zawieść przez największą głupotę. Nieważne ile razy waliłby się w łeb, nigdy nie sprawi, że Algowa Struga mu wybaczy. Że kiedyś wróci do przyjaźni, dzięki której kołatało mu serce. Może uciekał przed tym koszmarem, który rzucał się za nim w pogoń prawie każdej nocy. Może uciekał przed sobą. Może przed wszystkimi. Może przed nikim.
Nienawidził swojego życia od samiusieńkiego początku do jego końca. Im częściej wracał wspomnieniami do tych radosnych chwil z młodości, tym więcej goryczy się z nich wylewało. Było w nich tyle znaków i subtelnych omenów, zwiastujących tylko to, czym kiedyś zostanie, a których nie zauważył. Tyle zmarnowanych szans, mogących odmienić jego życie o sto osiemdziesiąt stopni – tylko czy naprawdę by się coś zmieniło? Czy jego życie mogło być szczęśliwe? Czy były to tylko iluzje wyboru, a żałosny żywot już został przepowiedziany mu taki jakim był w gwiazdach i nie miał na to żadnego wpływu? Bez względu na to, jaka była odpowiedź, nie chciał jej słyszeć. Wolał gdybać, w uszach szepcząc samemu do siebie słowa tej słabej nadziei, że może było inaczej. Coś się jeszcze zmieni. Musiał poczekać chwilę, jeszcze uderzenie serca, jeden ruch wibrysem...
Kogo on oszukiwał. Już nic go dobrego nie czekało.
Nigdy go nie czekało albo sam odrzucił wszystko, co wyciągało do niego życzliwie swe łapy.
Obie te opcje były równie przygnębiające.
Coś zaszeleściło w zaroślach. Zatopił głowę w chmurach tak głęboko, że zapomniał, że łapy nadal prowadziły go przed siebie przez las. Otrząsnął się z zatruwających mu umysł myśli i przypomniał sobie, jakie było jego zadanie. Przynieść ofiarę na ołtarz z pyłu i paproci, znaleźć coś, co ukoi niewymawiane wątpliwości jego towarzyszy. Już od dawna nie udało mu się nikogo upolować. Nie chciał, zresztą. Każde z zabójstw wypalało mu się w pamięci jak blizna na powiekach.
Wciągnął powietrze w nozdrza, otworzył nawet pysk, by wciągnąć wszystkie zapachy z zewnątrz. Wyschnięte kałuże, opadłe igły, świerkowa kora i coś bardzo delikatnego, odległego... Kociego. Pochodziło z granicy i było bardzo świeże. Był pewny, że to nie tylko ślad. Zmusił stopy, by ruszyły w stronę tej woni. Już zaraz koniec, myślał, starając się stawiać jak najcichsze kroki.
Przytulił ciało do leśnej ściółki, sunąc po niej bezgłośnie. Jego ofiara także nie wydawała dźwięków. Miał jednak przewagę – wicher wiał mu z włosem, uniemożliwiając zostanie wyczutym. Omijał patyki, omijał kruche liście i płynął po ziemi tak długo, aż nie zauważył rdzawego futra przebijającego się przez krzewy i pnie sosen. Powstrzymał głośne przełknięcie śliny. Samotniczka nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Wystarczyło jedno silne, celne uderzenie. Tylko musiał podejść jeszcze trochę bliżej...
Czuł drżenie stresu w jego ciele. Nienawidził tej chwili. Dla reszty kultystów nie różniła się niczym od polowania, ale on pomimo tych długich księżyców przygotowań i rytualnych mordów, nigdy do tego nie przywykł. Została w nim iskierka człowieczeństwa i nie był jej w stanie zdusić.
Już prawie... Była już na jeden skok, na odpowiednie wyciągnięcie łapy. Krzątała się, jakby poszukiwała zwierzyny, a nie zaraz sama miała się nią stać.
Zaszeleściła. Odwróciła się, spostrzegła go. Nie zdążył nawet skarcić się za błąd, gdy wyrosła przed nim para zielonych oczu. Syczkowy Szept nagle zamarł. Krew zamarzła mu w żyłach od serca po wątrobę, porażając mięśnie; wszystkie napięły się, usztywniając jego ciało. Zupełnie tak, jakby ktoś pod skórę wprowadził mu długie twarde tyki.
Jego głowa zawirowała. Nie... To był wzrok, który tak dobrze pamiętał, tak senno-marzycielski, tak fantastyczny, niemożliwy. Nie... Widział go niedawno, gdy w malignie jego umysł przerzucał z boku na bok wspomnienia jak zmemłaną papkę. Nie... Gdyby mógł, uderzyłby się w łeb do nieprzytomności.
— Polna Łapa? — wydukał głosem przerażonym, jak gdyby wymawiał imię boga. Jej baczny, zagrożony wzrok nagle złagodniał zdziwiony. Dało mu to bogatsze potwierdzenie jego słów niż cokolwiek innego.
Gdyby miał choć chwilę na pomyślunek, zadałby sobie i jej tyle pytań. Skąd przyszła? Dlaczego znalazła się tutaj, na terenach Klanu Wilka, przez który księżyce temu została wygnana? Gdzie się podziewała przez ten cały czas?
Jego serce obejmował jednak zbyt duży lęk. Zaraz ktoś nadejdzie. W uszach dudniły mu kroki pobratymca. Zbliżał się. Zaraz ją złapie, zaraz ją zabije.
— Idź sobie. Odejdź i nie wracaj — wypadło nagle z jego pyska.
Milczała.
— Znajdą cię. Zamordują cię jak mysz. Idź. Musisz iść — mówił drżąco, zdesperowanie, jakby był na skraju płaczu. Kroki dudniły głośniej. — Idź! — zakwilił, odpychając kocicę łapami tak, że prawie upadła na ziemię. Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie rozumiała, jak mogła rozumieć. Jej zielone oczy jeszcze przez kilka chwil wbijały się w niego jak rząd ostrych zębów, po czym nagle kocica zerwała się z miejsca i uciekła w splątane zarośla. Jak zdobycz, która wydziera się spomiędzy pazurów łowcy na wolność. Wciąż zbliżały się kroki.
Upadł, skomląc niczym porzucone szczenię. Przycisnął pysk do ziemi, oblepił go szczątkami świerkowych igieł, piachem i na wpół zaschniętym błotem. Kwilił, a jego żałosny skowyt tonął pośród nocy. Wsiąkał w leżącą pod nim ziemię jak krew.

27 czerwca 2025

Od Syczkowego Szeptu

Leżał bezwładnie na mszystym posłaniu. Przypominał bardziej trupa – szczególnie, gdy zamykał oczy i opadał bez sił, układając swoje ciało w najbardziej niewygodne pozycje. Można by pomyśleć, że naprawdę nie żył... Jeśli zatkało się uszy. Prawie nieruchoma klatka piersiowa wydawała charcząco-świszczący odgłos, który uciekał przez pysk wojownika. Tylko ona wskazywała doglądającej go Jarzębinowemu Żarowi, że w rzeczywistości kocur jedynie spał i nie trzeba było się martwić. Zresztą, miała wystarczająco dużo na głowie, podobnie jak jej współpracownicy. Zajmowała się resztą chorych, pozwalając, by Syczkowy Szept odpoczywał we względnym spokoju.
Nie był w stanie go jednak zaznać. Zasypiał i na powrót budził się tak wiele razy, że zapominał, który świat był który. Właściwie, im więcej śnił, tym bardziej zacierał tę granicę. Nie był w stanie rozróżnić, co działo się naprawdę, a co miało miejsce jedynie w jego głowie...
Przewijał się w tych snach przez różne światy. Często były to miejsca dobrze przez niego znane. Ba! Znajdował się w swoich wspomnieniach, nieustannie przeskakując z dorosłości do kocięctwa. Nawet w takim stanie mógł zauważyć jednak, że coś było z nimi nie tak.
Pamiętał to wszystko za dobrze, by nie spostrzec, że wydarzenia się nie zgadzały. Wszystkie były takie szybkie, za szybkie, by mógł dokładnie powiedzieć, co było źle. Czy inaczej – kiedy trwały, przeciągały się, jakby trwały godzinami. Dopiero gdy nadchodził ich koniec zapominał, co przez te "godziny" miało miejsce. Miał tylko... Skrawki. Strzępki snów. A i one przeplatały się z harmiderem panującym w lecznicy, który z każdym wybudzeniem zatruwał jego uszy, mieszając wszystko w trudną do zrozumienia papkę.
W wielu była Alga. Była Iskierka. Była Mroczna Wizja. Pojawiała się nawet Zaranna Zjawa i jego siostry, choć Polna Łapa... Nie pamiętał jej za dobrze. Rozmywała się. Niknęła, jak dogorywająca gwiazda. 
Byli kociętami, przerzucającymi się mchem. Z ostrożnością oczywiście, w końcu dorastanie w legowisku medyka do czegoś zobowiązywało... Aż w końcu złocista kotka zatrzymała się. Złapała zabawkę i odrzuciła ją na bok. Spojrzał się prosto w jej zielone oczy, aż wszystko wokół zniknęło. Pozostały tylko one. 
Zmieniały się. Wzrok siostry zmienił się w czułe spojrzenie Zarannej Zjawy, Mrocznej Wizji i Stokrotkowej Polany. Zieleń zmieniała barwę w brąz. Zsurowiał, przypominając Zalotną Krasopani i Algową Strugę. Przeszedł nawet przez lodowaty błękit Nikłej Gwiazdy i roześmiane złoto Iskrzącej Nadziei. A potem... Znów wrócił do tej dobrze mu znanej zieleni. Znów patrzył w oczy Polnej Łapy.
Ukazał mu się jej pysk. Beznamiętny wyraz twarzy i źrenice utkwione prosto w nim. Ruszała ustami, jakby chciała coś powiedzieć, lecz w uszach Syczka był tylko głuchy pisk. Drżały mu nogi. Zrobił pierwszy krok, czując bolesne zdrętwienie swoich łap. Dawno ich nie rozprostowywał. Były jak niezdolne do zgięcia patyki. Podchodził bliżej. I bliżej. I bliżej...
Wyrwano go ze snu. Nachylił się nad ziemią i uporczywie zakaszlał brzmiąc tak, jakby właśnie próbował pozbyć się własnej krtani. 
Dawno nie był chory. Dawno nie był TAK chory. Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem leżał w legowisku medyka w osłabieniu, które uniemożliwiało mu cokolwiek poza marną wegetacją. Nie mógł nawet nazwać tego odpoczynkiem – pomimo ciągłego leżenia, marniał z każdym dniem. Dręczyły go te wszystkie dziwne sny, ciężki kaszel i pieczenie oczu, które nabierało na sile, gdy tylko otwierał oczy. Nie wiedział, kiedy się to skończy. A jak? O tym wcale nie chciał myśleć...
A mimo wszystko, w tym wszystkim był w stanie odnaleźć dziwny komfort. Od dawna opadał z sił. Był wiecznie wyczerpany, bez względu na to ile by nie spał i ile by nie odpoczywał. Klanowa rutyna nigdy nie pozwalała mu zaznać spokoju – wprawdzie nie musiał się już zajmować szkoleniem swojej uczennicy, lecz mijały ich ciężkie sezony. Musiał polować, musiał patrolować granice, musiał trenować sztukę bitewną z innymi wojownikami. Nie mógł po prostu powiedzieć "nie". Byłby uznany za skończonego lenia, który wykorzystuje swoich współklanowców. Teraz gdy był chory, przynajmniej nikt nie wydawał mu rozkazów. Nie kazał mu pracować, wypuszczając siódme i ósme poty. W końcu mógł być po prostu... Bezużyteczny. 
— Syczkowy Szepcie? — Usłyszał głos Jarzębinowego Żaru, który sprawił, że uchylił powieki. Natychmiast poczuł, jak dostaje się do nich szczypiące, podrażniające powietrze. Wzdrygnął się. — Twoja porcja ziół — miauknęła, podsuwając mu praktycznie pod nos dobrze znane mu listki wrotyczy.
— Dziękuję — wychrypiał, zjadając swoją porcję. Natychmiast po tym wrócił na legowisko.
— Nie chciałbyś zwierzyny ze stosu? Widzę, że myśliwi właśnie przyszli ze świeżymi zdobyczami — zaproponowała. Syczek czuł w brzuchu pustkę, ale nie mógł myśleć o jedzeniu. To wszystko odebrało mu apetyt. Przymknął oczy, czując napływające do nich łzy.
Medyczka przytaknęła głową i odeszła zająć się innymi zarażonymi. Słysząc nacierające z zewnątrz odgłosy, wsadził pyszczek między łapki. Niedługo później na powrót zasnął, pogrążając się w dziwnych, niezrozumiałych snach.

Wyleczony w epidemii KW: Syczkowy Szept

09 maja 2025

Od Syczkowego Szeptu

tw - brutalność

Nie mógł spać.
Zawsze miał z tym problemy. Odkąd pamiętał długo czekał, aż w końcu przyjdzie do niego sen, a gdy już się to działo, to był on płytki i krótki. Zdołał się już przyzwyczaić do ciągłego, porannego bólu głowy, który doskwierał mu po prawie każdym przebudzeniu.
Ostatnio jednak... Było coś jeszcze. Coś jeszcze zatruwało jego noce, jak gdyby nie męczyły go już wystarczająco. Zamiast czystej czerni, która była jedynym, co z nich zapamiętywał, z każdym zamknięciem powiek znajdował się w mrocznym, iglastym lesie. Były to tereny Klanu Wilka – mógł wywnioskować po charakterystycznym, dobrze mu znanym zapachu. Zawsze znajdował się w cieniu wysokich świerków i sosen, już po zapadnięciu zmierzchu, gdy jedynym źródłem światła stawał się pazurzasty księżyc i parę zagubionych gwiazd.
W tych snach biegł. Przed siebie, ile sił w słabych łapach, dysząc i czując kłucie w piersi; jakby z każdą chwilą jego serce miało zabić po raz ostatni. Nie wiedział przed czym uciekał. Przerażenie zabraniało mu odwrócić łeb, by poznać pysk łowcy. Czuł jednak z tyłu jego ciepły oddech, skapującą mu z języka ślinę, szczęki kłapiące wystarczająco blisko, by mógł poczuć kły łapiące włoski na ogonie, lecz nie na tyle, by go pochwycić i przyciągnąć. Nigdy nie dowiadywał się, kim był polujący na niego potwór. Wyczerpany pogonią mdlał, uderzał łbem o niezauważony wcześniej pniak lub wpadał do bezkresnego rowu, w którym widok zamieniał się w ciemność. 
Tym razem jednak... Wcale tak nie było. Znów była noc i znów był w tym samym lesie, lecz tym razem wydawał się on spokojny. Nie było tajemniczej bestii. Nie było zmęczenia i paniki. Mimo to wciąż nie był w stanie wygładzić nastroszonego futra. Gdyby nie był to kolejny koszmar, nie byłoby go w tym miejscu. 
Szelest poruszanych przez wiatr igieł, tupot małych, zwierzęcych łapek nagle zaczęły przybierać inną formę. Miał wrażenie, że z każdym następnym uderzeniem serca coraz bardziej przypominały szepty. Z początku ciche, subtelne, następnie głośniejsze i wypowiadane z wyczuwalną szyderą. Wojownik nie mógł wyróżnić z nich żadnych konkretnych słów. Zlepiały się ze sobą w jednorodną całość.
Nie kończyło się tylko na nich. Pojawiły się rozmowy. Po rozmowach awantury, wypełnione krzykiem i sykiem. Po awanturach lament. Aż w końcu w jego uszy ze wszystkich stron uderzał dziki, wręcz niemożliwy do osiągnięcia kocim głosem jazgot. Zacisnął powieki, próbując w jakiś sposób odciągnąć się od tych dźwięków. Czuł, jak jego łapy drżały przez samo słuchanie wściekłego wrzasku i rozpaczliwego ryku. 
W końcu zaczął on cichnąć. Po kolei senne głosy powoli znikały, przywracając wszystko do leśnej normalności – znów wiatr szeleścił igłami, a gryzonie wychodziły na żer, szurając drobnymi łapkami o zbitą ściółkę. 
Koniec.
Mógł się już obudzić.
Kiedy otworzył oczy, wcale nie znalazł się jednak w legowisku wojowników. Podskoczył, widząc przed sobą obce kocie pyski, każde wpatrujące się w niego z tą samą odrazą. Zupełnie tak, jakby nie mógł powiedzieć tego samego o nich... Sierść każdego z nich była zmierzwiona, brudna, a pod nią skrywały się ciemne rany. Krew, która płynęła z nich wcześniej, już dawno zaschnęła, zlepiając tylko kępy futra w cuchnące kołtuny. Dzielili jedno nie tylko wrogie, ale i zamglone, pozbawione życia spojrzenie.
To wcale nie byli nieznajomi, spostrzegł po chwili, co nie dodawało mu otuchy. Miał wrażenie, jakby każdego z nich kiedyś widział; byli jak zagubione słowo na końcu języka, które wiedział, że znał, ale nie był w stanie go wypowiedzieć... Wydobywający się z daleka silny, borsuczy swąd nagle przestawił coś w jego umyśle. Ślepia Syczkowego Szeptu zabłysły, jakby właśnie pojawiła się w jego głowie niesamowita myśl – niestety nie był to nowatorski pomysł, a wspomnienie, którego nie chciał pamiętać.

Znów był w tej samej puszczy. Stres nie pozwalał mu świeżo myśleć; patrzył za każde drzewo i pod każdy krzew, wzrokiem śledził każdy najmniejszy ruch, a co parę chwil zatrzymywał się, by powąchać jałowe powietrze. Zachowywał się jak wygłodniały łowca, który poprzysiągł sobie powrócić z posiłkiem za wszelką cenę. Niestety, po zwierzynie nie pozostał nawet ślad...
Oprócz smrodu krwi...
Podążył za zapachem i gdy znalazł jego źródło, okazał się nim młody, chudy kot. Wyglądał, jakby dopiero niedawno odłączył się od matki, lecz był tu samotny i pokryty wieloma ranami. Szczególnie w pamięć zapadła mu ta największa, żarząca się jak płomień na plecach kocura. Ślady pazurów na jego ciele wskazywały na uprzednie spojrzenie z borsukiem, a błękitne oczy, jednocześnie przerażone i wrogie, wbijały się w wojownika z jednym prostym przesłaniem: nawet nie podchodź.

Syczek skrzywił pysk, urywając myśli w chwili, gdy te biegły do późniejszych wydarzeń. Jego pierwsza ofiara... A to wspomnienie nie było ostatnim...

Posiwiała, widocznie chora kocica w podeszłym wieku sprawiała wrażenie jakby zwykły podmuch mógł zamienić ją w pył. Była łatwą zdobyczą, którą można było przenieść na miejsce spotkań. Leżała w jednym miejscu tak, jakby już pogodziła się z własnym losem; nawet gdy już stał nad jej wątłym ciałem, w jej przymrużonych ślepiach nie było woli walki. Wyglądała, jakby straciła ją już dawno temu. 

To nie był dobry moment na to, by podczas jednej z nocnych wędrówek utknąć pomiędzy skręconymi pędami dębu. Mógł poczuć zapach strachu młodego kocurka, który nasilił się już, gdy ten zobaczył obcego. Zaczął się szamotać, próbując zębami wygryźć w korzeniach drogę ucieczki, lecz na nic. Wpadł jak we wnyki i choć to nie Syczkowy Szept zastawił tę pułapkę, zamierzał ją wykorzystać we własnym celu. 

Tropicielska postawa kocicy i jej baczne oglądanie otoczenia wskazywało na to, że była w środku polowania. Nie zdawała się jednak dobrym łowcą – krążyła wokół nie będąc w stanie znaleźć zwierzyny w trakcie, gdy on wyczuwał w powietrzu woń co najmniej kilku różnych gryzoni. Kiedy zawęszył, wyczuł coś jeszcze. Nosiła na sobie zapach mleka i kociąt. Zacisnął zęby, próbując zignorować wyimaginowane kwilenie jej kociąt, które zaczęło mu grać w głowie. Trudno by było znaleźć tej nocy inną zdobycz. 

Każdy z tych pysków ciągnął za sobą inną historię, lecz pomimo to, wszystkie one zbiegały się w jednym punkcie; zakończeniu.

Gdy złapał go za gardło, nagle się zawahał. Jego szczęki zastygły w pół ugryzienia, a zębami mógł poczuć skurczającą i rozkurczającą się tchawicę przerażonego, dyszącego kota. Niezadowolone szepty innych kultystów zmusiły go do wykonania następnego ruchu. Wraz z nim na ziemię trysnęła jasnoczerwona fala krwi. Gdy upuścił swoją ofiarę w jej kałużę, w tym samym kolorze była także jego broda i pierś. 

— Przypominam, że miałeś przynieść kota, a nie jakieś próchno — wycedziła złośliwie Jadowita Żmija, patrząc na praktycznie nieruchomą zdobycz, jaką wojownik przyniósł w zębach. — To jeszcze żyje?
— Oddycha — odpowiedział zdawkowo, wypuszczając staruszkę. Ta nie zdołała utrzymać się na nogach – od razu się położyła, słabym wzrokiem omiatając zebrane wokół niej koty.
— Mrocznych nie interesują takie łachudry — narzekała, lecz Syczek milczał. Wiedział, że jakakolwiek dyskusja z nią była bezcelowa. 
Patrząc na odbieranie resztek życia kocicy przez Makowy Nów, zastanawiał się, czy porywając ją z tamtego miejsca, nie przerwał jej naturalnego, spokojnego odchodzenia na drugi świat. Odpowiedź na to pytanie jednak zabrała już ze sobą do grobu. 

Szamotał się pod jego uściskiem. Gdyby musiał go targać choćby chwilę dłużej, nie podołałby – młodziak może i miał poranioną łapę, ale jednocześnie silną wolę walki. Kiedy wypuścił go ze swoich szczęk, zarobił porządnego kopniaka prosto w pysk. Jego los był już jednak przesądzony. Gdy wpadł do kręgu, ten zacisnął się wokół niego, tworząc nieprzepuszczalną barierę, kąsającą po skórze gdy tylko się do niej zbliżył. Im dłużej krążył, tym mniej było w nim gniewu, a więcej paniki, rychle umierającej nadziei. Chętny do przeprowadzenia rytuału Sowi Zmierzch wystąpił, a po chwili nie było już o czym mówić. Szarpiący się młokos zwisał bezwładnie z jego pyska, a skapująca z jego szyi krew formowała pod kocurami szeroką, czerwoną kałużę.

Wepchnął kocicę przed oblicze czekającej Mrocznej Wizji, nawet nie patrząc jej w oczy. Gdyby tylko mógł, uciekłby i nie patrzył na tę parszywą zbrodnię. 

Patrzył na wszystkie zgromadzone ofiary, które padły z jego winy. Machał ogonem, unikając ich spojrzeń. Chciał, by to wszystko już się skończyło. Próbował zmusić swój umysł do wybudzenia się, lecz na próżno. Wyglądało na to, że jeszcze coś go tu czekało, choć nie mógł się domyślić co. Już przeżył swój koszmar... 
Cisza głośno dzwoniła mu w uszach. Oprócz łagodnego wiatru, który raz po raz kołysał gałązkami świerków, otaczało go tylko wszechstronne i stresujące milczenie nie tylko stojących wokół niego trupów, ale i natury. Jakby wszyscy wokół niego zamienili się w głazy.
W przeciągu jednego mrugnięcia tę ciszę rozdarł dziki ryk, a on sam poczuł, jak nagle wiele par łap przygniata go boleśnie do ziemi. Zdążył jedynie żałośnie pisnąć, nim został ugryziony po raz pierwszy. A za tym ruszyła lawina. Martwe szczęki szastały nim wokół jak pies swoją zdobyczą. Odrywały sierść, przegryzały skórę, wyszarpywały kawałki czerwonego mięsa, rozrzucając wokół w krwawej masakrze. Pożałował uchylenia powiek – kiedy tylko spojrzał w pysk kocura, tego pierwszego, naprawdę przez niego zabitego... Ten natychmiast wypalił w stronę jego ślepi. Ostatnim, co zobaczył, były zmierzające w jego stronę żółte, ostre kły.

***

Głowa zabolała go, jakby właśnie uderzył nią o ziemię. Nadal słyszał wrzenie w swoich uszach. Syczkowy Szept skrzywił się na pysku i jedną łapą ostrożnie go dotknął, jakby chciał się upewnić, że to był tylko sen. Ulga... Był nietknięty. Westchnął, przeklinając w duszy okropny koszmar i zdając sobie sprawę, że już nie zdoła po tym zasnąć. Przynajmniej to już koniec, pomyślał sobie, próbując w jakiś sposób się pocieszyć. Zresztą, do świtu pewnie niedaleko...
Otworzył oczy, chcąc rozejrzeć się po legowisku wojowników i prawie podskoczył ze strachu, gdy zamiast śpiących pobratymców ujrzał wpatrujące się w niego w ciemności pary wrogich ślepi. 
— Mam nadzieję, że się wyspałeś — rzuciła sarkastycznie Borsucza Puszcza.
— Zarzynają cię przez sen? — dodał po niej Pokrzywowy Wąs, zdecydowanie wścieklejszym tonem.
— ...co? 
Nie był w stanie dojrzeć pyska kocura, lecz zdecydowanie usłyszał jego zdenerwowane parsknięcie.
— Może nie zauważyłeś, ale nocą większość z nas próbuje spać. A wariackie wrzaski w tym nie pomagają. Jeśli masz mnie budzić brzmiąc, jakby właśnie borsuk szperał ci w flakach, to wypad. Na zewnątrz.
Zdezorientowany Syczek z każdym następnym słowem skulał się coraz bardziej, czując napływ wstydu. Na Klan Gwiazdy... Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się krzyczeć przez sen w koszmarze...
— Przepraszam najmocniej — wydukał, kładąc po sobie uszy. Zaspani współklanowicze stopniowo zaczęli odwracać od niego wzrok, kładąc ponownie w łapach pysk. On jedynie odwrócił się od reszty i wbił wzrok w ścianę. Nie odwrócił go już do powstania słońca i pobudki, która przerwała jego rozmyślanie i zmusiła do wyjścia. 
Może to lepsze niż siedzenie w tym przebrzydłym miejscu...

06 marca 2025

Od Syczkowego Szeptu

Biegł. A właściwie nie, nie biegł – uciekał. Tupot łap o leśną ściółkę i zdyszany oddech roznosił się po całkowitej, wręcz głuchej ciszy. Omijał pnie sosen i świerków. Pędził przed siebie tak, jakby zwolnienie kroku miało być ostatnią rzeczą, którą zrobiłby w życiu; mimo to nadal miał wrażenie, że biegnie za wolno. Na samą myśl, że mógłby zostać schwytany, jeżyła się sierść na jego grzbiecie.
A wciąż... Nie był pewny, kto go gonił. Był zbyt przerażony, by odwrócić głowę, a do jego uszu nie dobiegały żadne dźwięki poza tymi, które stwarzał sam. Wiedział jedynie, że nie mógł się przed tym zatrzymać. Musiał biec. Musiał uciec poza zasięg jego pazurów i zębów. Dotrzeć do przystani, w której w końcu byłby bezpieczny. Dopiero wtedy mógł się zatrzymać.
Las przed nim zdawał się bezkresny. Mijał te same szare drzewa, przemykał pod tymi samymi suchymi igłami, obserwowało go to samo czarne, lecz rozgwieżdżone niebo. Zupełnie tak, jakby zataczał koło, choć ciągle parł przed siebie. Nawet nie był pewien, czy wierzył w dotarcie do jakiegokolwiek azylu. Może, gdzieś głęboko w sercu – jemu jednak już od dawna nie ufał.
Im dłużej gnał, tym większy ból narastał w jego łapach. Powoli brakowało mu tchu, nie wyrabiał na zakrętach, pierś ciążyła mu jak głaz. Zwalniał, choć prosił swoje łapy o wykrzesanie choćby odrobiny siły. Z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz bardziej przybliżał się do swojego łowcy. Czuł na karku jego ciepły oddech i skapującą na grzbiet lepką ślinę. Nie był w stanie dalej od niego uciekać – wkrótce senność zamroczyła go, a zanim uderzył głową o ziemię, przed nim rozpostarła się wirująca, samotna ciemność.
...
Otworzył oczy.
Znajdował się w dobrze mu znanym, zapchanym legowisku wojowników. Panowały w nim typowe dla tego miejsca duchota, gwar i ciepło unoszące się z ciał innych. Obudził się akurat w chwili, gdy większość kotów zbierała się na poranne polowania i patrole. Nie lubił tego momentu. Zawsze było tam wtedy nieprzyjemnie głośno i tłoczno.
Syczkowy Szept z trudem zwlókł się z legowiska, gdy usłyszał wzywający wojowników na trening okrzyk jednego z mistrzów. Pomimo tego, że przespał całą noc, czuł wyraźne zmęczenie. Zupełnie tak, jakby ten cały bieg naprawdę pozbawił go sił... Wlepiając wzrok w ziemię, kocur opuścił legowisko. Zanim jednak zdążył dojść do Makowego Nowiu i zbierającej się wokół niej grupy, zatrzymał go ostry głos zastępczyni wilczaków. I to jeszcze taki, który mówił jego imię.
— Syczkowy Szepcie! Jest rzecz, o której musimy porozmawiać.
Zanim się odwrócił, zmrużył oczy i wyszeptał w myślach: "Na Klan Gwiazdy, tylko nie to...". Rozmowa z Jad nie wróżyła niczego dobrego. Wzdrygnął się, natychmiast przypominając sobie o Rysim Tropie, a raczej już Rysiej Łapie... Kiedy w końcu spojrzał w pysk siedzącej obok niego kocicy, starał się nie okazać po sobie lęku. Miał tylko nadzieję, że jeśli nie była w stanie go zobaczyć, to też nie mogła go wyczuć.
— Tak?
— Wyjdźmy najpierw z obozu — poleciła i natychmiast skierowała się w stronę wyjścia. Syczek wpierw przełknął nerwowo ślinę, po czym posłusznie podążył za nią.

Nie poszli daleko. Zatrzymali się niedaleko brzegu jeziora, z którego mogli obserwować Spaloną Zatoczkę. Choć zwykle to miejsce wzbudzało w jego głowie burzę, teraz buzował w nim zbyt duży niepokój, by dawna przepowiednia w ogóle przeszła mu przez myśl. Machał delikatnie ogonem, wyczekując słów Jadowitej Żmii.
— Tak więc — zaczęła, spoglądając kocurowi prosto w oczy — po licznych rozmowach z Sosnową Gwiazdą, podjęłyśmy pewną decyzję.
To wcale nie brzmiało pocieszająco.
— Pamiętasz ostatnią delegację do Klanu Nocy? — spytała, na co Syczkowy Szept strzygnął uszami.
— Pamiętam.
Ostatnią rzeczą, którą spodziewał się, że wspomni, były sprawy Klanu Nocy. Jeszcze uderzenie serca temu był przekonany, że za chwilę spadnie na niego grom warknięć i syków...
— Po zaginięciu Muszlowej Łapy wiedziałyśmy, że nadchodził czas na odnowienie naszego sojuszu. Rozmowy ze Sroczą Gwiazdą jedynie to potwierdziły. — Owinęła swój puszysty, kruczoczarny ogon wokół łap. — Zdecydowałyśmy się na wyróżnienie ciebie do wykonania tego obowiązku.
Wraz z ostatnim wypowiedzianym przez Jadowitą Żmiję zdaniem, poczuł nagły ścisk w sercu. Zesztywniał. Zamarł. Wpatrywał się w nią tak, jakby liczył na nagłą zmianę zdania; powiedzenie, że to tylko głupkowaty żart. A mimo to był pewny, że nie żartowała. Ona nigdy nie żartowała.
W jednej chwili przez jego głowę przeszybowały dziesiątki myśli – dlaczego? Dlaczego on? Jak doszły do wyznaczenia akurat jego? Nie był dobrym wojownikiem. Nie był nawet dobrym kultystą! Nie widział żadnego powodu, który mógłby skłonić Sosnową Gwiazdę i jej zastępczynię do tego wyboru.
Im dłużej tak stał bez odpowiedzi, tym większy narastał w nim strach. Jad spoglądała na niego pytająco, swoim wzrokiem przewiercając kocura na wylot. Choć gardło zapychała mu ciężka gula... Musiał jej odpowiedzieć. Otworzył pysk i wydukał:
— Tak? — Oblała go fala wstydu i zamrugał parokrotnie, zmieniając ton głosu na mniej kompromitujący. — Znaczy się... Dziękuję za ten... Zaszczyt — powiedział z trudem.
Wiedział, że Klanowi Wilka takie umowy nie były obce. Nie tylko wśród sojuszników, ale i kotów w klanie. Rzadko kiedy rodziców łączyła szczera miłość, a raczej jedynie chęć przedłużenia swojej linii. Nigdy wcześniej by jednak nie pomyślał, że kiedyś ta propozycja zostanie złożona jemu... I że nawet nie będzie mógł odmówić.
— Cieszy mnie, że akceptujesz tę decyzję — mruknęła Jadowita Żmija z wyczuwalną nutką sarkazmu w głosie. A może to on już dostawał omamów?
— Ale kiedy to wszystko? Kto inny został wyznaczony? — Starał się dopytać, choć właściwie nie był pewien, czy chciał poznać odpowiedź.
— Za parę wschodów słońca możemy spodziewać się wizyty księżniczki.
Nie wyjaśniła mu tym nic a nic.

***

Po kilku dniach naprawdę przybyła do nich owa księżniczka. Towarzyszyło jej dwóch wojowników, którzy jednak dla niego byli całkowicie obcy. Już teraz drżały mu łapy. Zdążył się już wcześniej domyśleć, kto przyjdzie w delegacji. Na sam widok przyjaciółki, który wcześniej wywoływał w brzuchu motyle, teraz skręcały się mu wewnątrz trzewia. Starał się zatrzymywać przerażające go myśli.
Nie przypominała dawnej siebie – skoczny krok wymieniła na lekki, lecz dostojny, zmiotła z pyska uśmiech, a w jej dużych ślepiach brakowało iskry. Syczek bał się do niej podejść, lecz w końcu musiał to zrobić. Nie potrzebował kompromitacji przed całym obozem Klanu Wilka. Kiedy wyszedł z tłumu na forum, miał wrażenie, jakby wszyscy patrzyli wprost na niego; ignorował to, a przynajmniej się starał.
— Witaj — miauknął cicho, stając przed nią.
Gdy napotkał na drodze jej spojrzenie, miał wrażenie, jakoby była w nim dezorientacja. Badała go przez chwilę wzrokiem, jakby chciała się upewnić, że się nie pomyliła.
— Witaj — powtórzyła to samo. — Nie spodziewałam się tutaj zobaczyć... ciebie.
"Nie wiedziała?" — To pytanie natychmiast pojawiło się w głowie wojownika.
— W takim razie możecie tu zostać — powiedziała głośno do swoich pobratymców, którzy posłusznie skinęli głowami. — Wrócimy za pewien czas.
Czekał, aż kotka go poprowadzi, lecz po chwili zrozumiał, że przecież nie znała terenów Klanu Wilka. Zwieszając ogon, wyszedł z obozu, a prędko przy jego boku stanęła Alga.
— Możemy iść w tamtą stronę — zdołał jeszcze powiedzieć i na resztę drogi zamilkł, próbując skupić się na czymkolwiek innym.

Gdy dotarli w odpowiednie miejsce, Syczkowy Szept czuł, że zaraz padnie. Nie wytrzyma – gruchnie o ziemię i przynajmniej to go uratuje. Jego towarzyszka jednak nie wyglądała, jakby podzielała ten niepokój.
— Od dawna o tym wiedziałeś? — zapytała, stawiając kroki na cienkiej warstwie śniegu.
— Jadowita Żmija powiedziała mi kilka wschodów słońca temu — odmruknął. Nie rozumiał, w jaki sposób Alga mogła być taka spokojna. Właściwie... Od pewnego czasu wielu rzeczy w niej nie rozumiał.
Poznał ją, gdy była rezolutna, odważna, pełna wigoru i chęci do działania. Lawirowała między kotami tak, jakby charyzmę wyssała z matczynym mlekiem. Taka właśnie była kotka, w której się zakochał – tryskająca energią, zarażająca swoim uśmiechem nawet największych ponuraków, odpowiednia zarówno do brykania jak para kociaków, jak i leżenia w trawie i kontemplowania swojej przyszłości. Tym mu zawsze imponowała. Miała w sobie tego silnego ducha, którego mu brakowało, a jednocześnie nie wykorzystywała go do demonstracji siły, do zdobycia potęgi, zostania najlepszym z najlepszych... Cały swój żywioł przeznaczała na uszczęśliwianie innych kotów. To dzięki temu wybiła się ponad szare, skupione wyłącznie na sobie i swoim sukcesie wilczaki. Wśród nich nie było przyjaciół, a przynajmniej on nie był w stanie ich znaleźć.
— Ja też, chociaż nie spodziewałam się, że wybrany zostaniesz akurat ty.
Teraz nawet jej ton głosu brzmiał obco. Jakby nie należał do niej. Wciąż wyglądała tak samo pięknie, jak te długie księżyce temu, lecz Syczek miał wrażenie, jakby patrzył na kogoś innego. Może to przez brak charakterystycznych płomyków w jej ciemnych oczach? Teraz zdawały się prawie puste...
— Ja również — zaśmiał się delikatnie, choć nic w tej sytuacji go nie bawiło. Nastała między nimi cisza, którą zakłócał jedynie świszczący w oddali wiatr.
Czuł narastające w nim napięcie, jednak nie było ono ani trochę pozytywne. Już teraz wyczekiwał, aż będzie po wszystkim, uciekając myślami jak najdalej. Byle nie zapamiętać, prędko zakopać to wspomnienie i nigdy więcej do niego nie wrócić.
— To chyba już możemy zacząć?
Jedynie przytaknął jej głową.
Algowa Struga położyła się na ziemi. Syczek nadal stał w tym samym miejscu i wzrokiem opatulał okoliczne drzewa, fałdki na śnieżnej pokrywie, skrawki łysej ziemi, pozwalając, by kotka mogła się zrelaksować. Samemu jednak nie był w stanie. Miał wrażenie, że bicie jego spanikowanego serca można było usłyszeć i na drugim końcu puszczy. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, co się stanie, gdy się do kogoś tak zbliży. Teraz wszystko w jego środku szalało, dając prosty do zrozumienia sygnał, którego nie chciał przyjąć do wiadomości.
To był już czas. Podszedł do swojej "partnerki" z zamiarem załatwienia sprawy tak szybko, jak to było możliwe, lecz bezskutecznie. Nagle zatrzymał się. Wykręcał łbem jak nad stertą wroniej karmy, jakby była to najobrzydliwsza rzecz, którą kiedykolwiek zobaczył w życiu. Kazał sobie podejść bliżej, lecz jego nogi plątały się, nie będąc w stanie zrobić prawdziwego kroku. Walczył z własnym umysłem, który wręcz piszczał w jego uszach, mówiąc prosto: nie.
— Przepraszam cię, ale... Nie mogę tego zrobić — powiedział z zauważalną w głosie skruchą i wbił wzrok w ziemię, odciągając go od kocicy. Algowa Struga głośno westchnęła.
— Chyba nie zamierzasz się teraz wycofać?
— Naprawdę cię przepraszam — powtórzył się, bo nie wiedział, co innego mógł powiedzieć.
Wstyd. Czuł czysty, pulsujący, ciążący w brzuchu wstyd. Nie powinien się tak zachowywać. Nie rozumiał, dlaczego po prostu nie potrafił tego zrobić, lecz wiedział, że nie da rady. Nawet pomimo popychającego go do tego strachu i rozkazu.
— Syczek, ty tak na serio? — Czarna wstała z ziemi i odwróciła się, stając z nim pyskiem w pysk. Nadal uciekał od niej spojrzeniem. Bał się. — Chcesz teraz wszystko zepsuć? Przecież wiesz, że to tylko dla sojuszu...
— To dla mnie za trudne — wymamrotał po chwili niekomfortowej ciszy. Kątem oka mógł zobaczyć, jak kotka marszczy brwi.
— A ty myślisz, że ja to wszystko robię z przyjemności? — Podniosła głos, czego nigdy wcześniej nie słyszał z jej strony. Nie był pewien, czy kiedykolwiek widział ją wściekłą, czy nawet zirytowaną. Zwykle robiła dobrą minę do złej gry, uśmiechając się nawet wtedy, gdy nic nie szło po jej myśli. — Wydaje ci się, że tego chcę? Że ja to robię z własnej woli? — dopytywała, robiąc kilka kroków w jego stronę, które tylko zwiększyły dyskomfort Syczkowego Szeptu. Cofnął się.
— To dlaczego się zgodziłaś?
Znów oboje na moment zamilkli.
— Bo wiem, czego potrzebuje Klan Nocy, a w tej chwili potrzebuje silnego sojuszu i zamierzam mu go zapewnić. Wiem, że to słuszne i nie zamierzam zachowywać się jak egoistka, gdy mogę wszystkim pomóc — miauknęła chłodno.
To nie brzmiało jak Algowa Struga, którą zna, pomyślał natychmiast. Czy naprawdę tylko dla dobra swoich pobratymców postanowiła zostać matką, którą być wcale nie chciała? Z kimś, do kogo nie żywiła żadnych uczuć? 
— Musiało być inne rozwiązanie — mruknął, kręcąc smętnie głową. W końcu spojrzał się w stronę swojej rozmówczyni i zauważył jej nastraszające się futro i zdenerwowany wyraz pyska. Westchnął. — Znałem cię kiedyś i wiem, że byś je znalazła. Nie pozwoliłabyś na to. Dlaczego...
— Kiedyś było inaczej. — Nagle mu przerwała. — Ale dorosłam. Zdałam sobie sprawę, że beztroskie dzieciństwo już się skończyło i musiałam zacząć myśleć o swojej przyszłości. Kiedyś zostanę przywódczynią Klanu Nocy i chcę dla niego jak najlepiej. Dojrzałam do swojej roli — powiedziała twardo i stanowczo. — Nie przedłużajmy tego dłużej, niż jest to konieczne.
Syczek próbował ją zrozumieć. Próbował znaleźć powody, dla których Alga mogła tak drastycznie zmienić swoje wartości. Niegdyś zrobiłaby wszystko, by zadbać o szczęście wszystkich, włącznie z własnym. Na Klan Gwiazd, przed nim nie stała ta sama kotka, która uczyła go, by łapać chwilę! Korzystać z życia, póki się ma taką okazję! Gdzie się podziała Algowa Struga, której poszukiwał na każdym zgromadzeniu? Za którą tęsknił, marząc, by wróciła i uwolniła go od samotności?
— Nie poznaję cię — uciekło z jego ust; nawet nie chciał tego powiedzieć, samo mu się wymsknęło na język. Od razu oblała go fala wstydu. Zamrugał parokrotnie, jeszcze bardziej zakłopotany, niż wcześniej. — Przepraszam...
Alga zwężyła oczy w cienkie szparki. Jej długi ogon smagał powietrze, a ona wlepiała gniewne spojrzenie prosto w oczy swojego dawnego przyjaciela.
— Wcale mnie nie rozumiesz. Właściwie, nawet nie wiem, czego mogłam się spodziewać! — wrzasnęła, sprawiając, że Syczek skulił się pod naporem jej silnego głosu. — Wydaje ci się, że to takie proste i może, z perspektywy zwykłego wojownika, tak jest. Ale nie księżniczki. Nie zastępcy klanu, który martwi się o jego dobro. Zresztą, dlaczego aż tak z tym walczysz?! Przecież te kocięta nie będą twoim obowiązkiem! Całe brzemię spadnie na mnie! Dla ciebie to nic.
— ...
Chciał coś odpowiedzieć, lecz po otwarciu pyska miał wrażenie, jakby stracił głos. Nie był w stanie wydać żadnego dźwięku, a co dopiero wypowiedzieć sensownego zdania. Zanim uporządkował myśli na tyle, by bąknąć chociaż jedno słowo, usłyszał głośne westchnięcie Algowej Strugi.
— To bez sensu — mruknęła z rozczarowaniem, odwróciła się... I zniknęła w zaroślach. Na chwilę zastygł w obezwładniającym go szoku.
— Algo? Algo, gdzie idziesz!? — Natychmiast podążył za nią, przerażony. Czy ona chciała... Uciec? Serce podeszło mu prawie że do gardła. Jak miałby to wytłumaczyć innym? Co, gdyby został osądzony o wyrządzenie jej jakiejś krzywdy? Och, na litość Gwiezdnych! Już miał za nią pobiec, gdy usłyszał prostą, lecz wyraźną odpowiedź:
— Zostaw mnie.
Syczkowy Szept zatrzymał się, przez dłuższą chwilę jedynie wpatrując w znikający w oddali kontur kocicy. W jego oczach już od pewnego czasu chowały się łzy, których teraz już nie był w stanie dłużej zatrzymać. Płakał. Próbował wyrównać oddech, uspokoić się, lecz nie był w stanie. Jedyne, o czym teraz mógł myśleć to to, jak był okropnie mysiomózgi. Co, jeśli naprawdę coś jej się stanie? Odejdzie bez słowa, i to z jego winy?
Usiadł na twardej, jałowej ziemi, czując się bezsilnie. Załkał, i to załkał głośno, nie będąc w stanie dłużej tego skryć w sobie. Przyciągał zainteresowane spojrzenia skrytych gryzoni, przelatujących nad jego głową sikor i na wpół sennych sów. W tamtej chwili go to jednak nie interesowało. Chciał teraz tylko jednej rzeczy – powrotu Algi, i to w jednym kawałku. 

02 marca 2025

Od Syczkowego Szeptu

na poprzednim zgromadzeniu
Kiedy został wybrany na zgromadzenie, nie czuł tego samego, co jego towarzysze. Młodszych zawsze ekscytowała wizja poznania kotów z innych klanów i nieraz przebierali oni podekscytowani łapami, nie mogąc się doczekać znaku przywódcy do wymarszu. Starsi zadowalali się wysłuchiwaniem przemów, rozmowami ze starymi znajomymi i podsłuchiwaniu nowinek. Syczek wiedział, że nawet jeśli nie przepadał za zebraniami, powinien być z siebie dumny – w końcu bycie jednym z wybranych było zaszczytem. Dla niego jednak był to tylko obowiązek, który musiał odbębnić, czy tego chciał czy nie. 
Wcześniej, gdy poszukiwał w tłumie Algowej Strugi, może i miały one jakiś sens. W końcu jednak nawet to przestało go motywować. Być może i nie należał do najbardziej spostrzegawczych, lecz by na kilku zgromadzeniach z rzędu nie być w stanie znaleźć jednego kota? Dodatkowo członka rodziny królewskiej, która zawsze byli wybierana, by reprezentować Klan Nocy? Nie był pewien, dlaczego. W końcu jego przyjaźń z Algą nie zakończyła się burzliwie, jedynie zatarła przez dzielącą ich odległość. Czy ona nigdy go nie szukała? Może nawet celowo unikała? Syczkowy Szept chciał wierzyć, że to wcale nie było tak – może Aldze się coś stało, nie chodziła już tak często na zgromadzenia, miała inne zajęcia, być może także wypatrywała go w tłumie, tylko pech chciał, że nigdy się nie spotkali. Trudno mu było jednak przekonać do tego nawet samego siebie. Gdy szedł ciemnym lasem w stronę Bursztynowej Wyspu, już wyczekiwał powrotu. 
Obecność Brukselkowej Łapy, która szła niedaleko swojego mentora, wcale nie dodawała mu otuchy. Nadal nie przywykł do posiadania ucznia, co dopiero tak trudnego i krnąbrnego jak Brukselka. Nie nadawał się do tej roboty, a nawet nie wiedział, co zrobił źle. Skąd w tej niewinnie wyglądającej kuleczce puchu tyle jadu i nienawiści? Tęsknił za dniami, gdy jedyną rzeczą, którą się przejmował, było dobre wypadnięcie na treningach walki. Teraz każdy poranek rozpoczynał się od głębokiego westchnienia, a następnie koncertu wrzasków, syków i prychnięć, który nie kończył się aż do powrotu do obozu. Jedynie wtedy mógł liczyć na chwilę wytchnienia. Syczkowy Szept raz po raz nerwowo spoglądał w stronę swojej podopiecznej, nawet kiedy już znaleźli się na wyspie. Powinien jej pilnować, lecz nie miał do tego głowy. Kiedy Brukselkowa Łapa zniknęła w tłoku, poczuł ulgę. Miał tylko nadzieję, że nie wpadnie jej tej nocy do głowy żaden głupi pomysł. 
Mijały godziny, a Syczek w końcu stwierdził, że miał tego wszystkiego dość. Zaczął przemierzać Bursztynową Wyspę, mijając wesoło szczebioczące ze sobą koty. Tłum powoli się rozrzedzał, a zgiełk cichł, przynajmniej odrobinkę. Nie zamierzał wracać do obozu, a jedynie usiąść w bardziej ustronnym miejscu, wolny od bolącego w uszy jazgotu. Zresztą, nie był jedyny. Choć większość kotów kłębiła się blisko skały liderów, oczekując w zniecierpliwieniu ich przemów, znajdowali się i tacy, co woleli odpocząć w względnej ciszy. Cieszyło go, że choć był odludkiem, przynajmniej nie był w tym sam.
I właśnie wtedy, gdy mijał obce mu koty, okazyjnie rzucając pod nosem ciche pomruki, zupełnym przypadkiem na kogoś wpadł. Miał już rzucić nieśmiałe “przepraszam” i odejść jak najdalej, by zapomnieć o krępującej sytuacji, gdy spojrzał nieco wyżej. Na chwilę zabrakło mu tchu. 
Algowa Struga we własnej osobie. Ta, której wypatrywał od księżyców na każdym zgromadzeniu.
Przez dłuższą chwilę nie wiedział co powiedzieć i zdawało się, że ona również. Po prostu wpatrywał się w nią, stojąc w bezruchu. Wyglądała praktycznie tak, jak ją zapamiętał – niska, o lśniącej, pofalowanej sierści i ciepłym uśmiechu. Jedynie jej oczy zdawały się jakieś inne. Brakowało w nich charakterystycznych, radosnych iskier.
— Algowa Strugo! Dawno się już nie widzieliśmy — miauknął w końcu nerwowo, przerywając przedłużającą się ciszę. 
— Syczkowa… No, wydaje mi się już, że nie Łapo… Zostałeś już mianowany, prawda? — odpowiedziała żartobliwie, a obojgu zadrżały z rozbawienia wąsy. 
— Nie przesadzajmy, aż tak kiepski nie jestem… — Zmrużył oczy. — Syczkowy Szept.
Choć uderzenie serca przedtem kotka się uśmiechała, po jego słowach widocznie stała się bardziej przygnębiona. Mógł zobaczyć to po jej pysku. Kocur zmartwił się.
— Wszystko… dobrze?
— Ładne imię — miauknęła, a Syczek nie był pewny, czy zignorowała jego pytanie czy go zwyczajnie nie dosłyszała. — Pasuje do ciebie — dodała po chwili. 
Syczek zastanawiał się przez moment, czy ją o to dopytać. Zrezygnował. Nie chciał, by zrobiło się niezręcznie.
— Dziękuję. A co słychać w Klanie Nocy? — Zmienił temat. 
— No, słychać sporo… Nasza zastępczyni zmarła, a moja siostra, Mandarynkowe Pióro, pamiętasz? Urodziła kocięta. Parę wschodów słońca temu stały się uczniami… Nawet ja zostałam mentorką jednego z nich — ciągnęła. — Mieliśmy jeszcze problemy z lisami, ale to już przeszłość. Teraz już wszystko idzie w dobrą stronę. 
Wciąż miał wrażenie, jakby kotka nie mówiła mu całej prawdy. Poza tym zmienił się sposób, w jaki ta mówiła. Zapamiętał jej głos jako żywiołowy, wesoły, prawie za szybki i głośny. Teraz jakby spokorniał, posępniał.
— Dobrze to słyszeć — odpowiedział i wahał się przez moment, czy zwrócić na to uwagę. W końcu przegrał ze sobą tę walkę. — Wydajesz się jakaś taka… przygaszona. — Po wypowiedzeniu tych słów od razu zamilkł. Napłynęło mu do jego myśli mnóstwo wątpliwości. Chyba nie powinien…
Algowa Struga nieznacznie napięła mięśnie, uciekając na chwilę wzrokiem. Wzięła nerwowy wdech.
— Mam dużo na głowie — przyznała, owijając wokół łap długi, smukły ogon. — W końcu nie jestem księżniczką tylko dla tytułu. Muszę myśleć o swojej przyszłości. 
— Mówisz o przejęciu władzy po Sroczej Gwieździe, tak? 
Kotka skinęła głową. 
— Ani Srocza Gwiazda, ani Spieniony Nurt nie będą żyły wiecznie. Udowodniła to już Tuptająca Gęś… Może będzie to za kilka księżyców. Może za kilkanaście. Kilkadziesiąt, kto wie. — Wzruszyła ramionami. — Wniosek jest jeden. Muszę być na to przygotowana.
— Rozumiem — odpowiedział, wpatrując się w kotkę ze zmartwieniem. Czyli to przez to straciła swoją werwę? — Mogę ci powiedzieć jedno. Na pewno będziesz świetną przywódczynią — zapewnił kotkę i nieśmiało pogładził jej bok końcówką ogona dla otuchy. — Podołasz temu. Wierzę w ciebie.
— Dziękuję. — Księżniczka uśmiechnęła się delikatnie. — A co u ciebie w Klanie Wilka?
Na pysku Syczkowego Szeptu pojawił się nagły niepokój. Zastanawiał się przez chwilę, co powinien powiedzieć. Odkąd widzieli się po raz ostatni w jego życiu dużo się zmieniło; miał wiele zmartwień. Nie mógł się jej jednak zwierzyć z większości z nich...
— Jest spokój — odpowiedział w końcu i na chwilę zamilkł. — Jakiś czas temu zostałem mentorem — dodał po chwili, nie chcąc wywołać niezręcznej ciszy.
— To świetnie! I jak wam idzie trening?
Syczkowy Szept uciekł wzrokiem.
— Powiedzmy, że… Akceptowalnie.
Zanim Alga zdążyła dopytać o tę dziwną odpowiedź, ich rozmowę przerwało energiczne wypadnięcie z tłumu brązowej kotki. Gdyby wojownik się nie przesunął, ta puszysta kula sierści runęłaby wprost na niego, w konsekwencji prawdopodobnie przewracając na ziemię całą ich trójkę.
— Syczek! Na litość Klanu Gwiazdy, gdzie ty się schowałeś?! Szukałam cię po całej wyspie, a po tobie ani śladu! — Po jej psotnym, udawanie wściekłym tonie głosu szybko zdał sobie sprawę, że była to Iskrząca Łapa. Skrzywił się nieco na pysku. Nie chciał, by przeszkadzała mu i w tej rozmowie. — Widzę, że znalazłeś sobie koleżankę! Cześć, jestem Iskierka!  Ciebie znam, Algowa Struga, nie mylę się? — przedstawiła się, gdy tylko zdała sobie z obecności dodatkowej osoby.
— Dlaczego mnie szukałaś? Stało się coś ważnego? — mruknął w jej stronę ze spoważniałym wyrazem twarzy. W końcu po co miałaby go szukać po Bursztynowej Wyspie przez pół nocy? Kotka była ogromną przylepą, lecz wyglądała na taką, co korzystała ze zgromadzeń…
— Nie mogłam znaleźć nikogo, z kim dałoby się pogadać, więc stwierdziłam, że pójdę cię znaleźć! — Po chwili poczuł ocierające się o jego bok gęste futro Iskierki. Temu wszystkiemu przyglądała się Algowa Struga, lecz z jej pyska trudno było wyczytać jej reakcję.
— Wygląda na to, że jeszcze coś wydarzyło się u ciebie, odkąd ostatni raz rozmawialiśmy… Pogratulować — mruknęła z drgającymi delikatnie w rozbawieniu wąsami. W tamtej chwili Syczkowy Szept poczuł ogromną wdzięczność do przodków za to, że dali mu gęste futro – pod nim skóra paliła się do czerwoności.
— Nie, nie, nie! — powtarzał, wyglądając na wyjątkowo zakłopotanego. Odsunął się od uczennicy. — Jesteśmy przyjaciółmi! Nie parą!  — Gwałtownie zaprzeczał. 
Widząc tę panikę, Algowa Struga tylko zachichotała.
— Spokojnie, wierzę ci. Poza tym, miło było się spotkać po tych wielu księżycach, ale chyba na mnie już czas. Wygląda na to, że niedługo mają zacząć się przemowy — wymruczała, odwracając się na pięcie. — Do zobaczenia, Syczkowy Szepcie!
— Do zobaczenia… — miauknął słabym głosem i wlepił wzrok w odchodzącą księżniczkę. W jego umyśle pojawiły się naraz dziesiątki myśli, z czego każda napawała go coraz większym wstydem. 
Iskrząca Łapa nie podzielała jego zażenowania.
— Jeju, czy ona naprawdę myślała, że jesteśmy razem? — Roześmiała się głośno, przyciągając parę zainteresowanych spojrzeń. — Nie wierzę! Myślisz, że naprawdę tak wyglądamy? 
Kocur przełknął głośno ślinę i uciekł wzrokiem od swojej towarzyszki. To pytanie również ciążyło mu w glowie. Nie chciał, by ktokolwiek myślał, że był w związku, a w szczególności nie z Iskrzącą Łapą. Nie czuł nic w jej stronę, ale to było jego najmniejsze zmartwienie. W końcu była jeszcze uczennicą, nawet jeśli przewyższała większość z nich wiekiem. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, co pomyśleliby sobie o nim inni. Och, na gwiezdnych… Nie chciał być postrzegany jako jeszcze gorszy dziwak!
— Nie wiem. Chyba nie chcę wiedzieć — wymruczał, a przez jego ciało przeszedł lodowaty dreszcz.

26 grudnia 2024

Od Syczkowej Łapy (Syczkowego Szeptu) CD. Algowej Strugi

wiele księżyców temu, podczas stacjonowania Klanu Wilka na terenach Klanu Nocy
Choć chwilę wcześniej kotka zaproponowała mu polowanie, teraz wystrzeliła przed siebie jak strzała. Przez parę pierwszych chwil Syczkowa Łapa stał nieruchomo, jakby zdębiał, lecz w końcu poszedł w jej ślady. Kto mógł wiedzieć, czy było to jej widzimisię, czy może ucieczka przed prawdziwym zagrożeniem? Nie będąc pewnym odpowiedzi, Syczek pędził za nią, choć od biegu bolały go nierozgrzane łapy. W końcu Algowa Struga opadła na trawę, a po kilku uderzeniach serca to samo za nią zrobił Syczek, kładąc się obok na ziemi. Oboje dyszeli z łączącego ich zmęczenia.
— ...Po co to było? — odezwał się po chwili, gdy w końcu udało mu się złapać oddech. — Mieliśmy łapać zwierzynę..?
— Syczkowa Łapo, po co cokolwiek robimy? — odparła Alga, do tego szeroko się uśmiechając. — Czasami trzeba. Złapiesz mysz, to znowu będziesz głodny. Złapiesz chwilę, to nie będziesz żałował na starość. Mysz nie ucieknie, znaczy, może ci uciec, ale wierzę, że umiesz polować, za to chwila... Minie i bam, nie ma jej. Lekko przygnębiające.
Gdy kotka do niego mówiła, Syczek czuł się jak słuchacz bohaterki opowieści. Wpatrywał się w nią wielkimi oczami, samemu nie otwierając nawet pyska, a jedynie wsłuchując się w jej złotą myśl. Jej głos... Zwykle był mocny i głośny, lecz teraz zelżał. Mówiła wolniej, ciszej, z większą uwagą, jakby wybierała starannie nuty do każdego wypowiedzianego dźwięku. Właściwie... Syczkowa Łapa nie chciał, by przestawała mówić. Kiedykolwiek.
— Ruch fizyczny często pomaga rozładować napięcia psychiczne, złość, strach... Przynajmniej mi — ciągnęła dalej po krótkiej przerwie na porządny oddech. — Oczyszcza głowę, przekierowuje energię z niepotrzebnego martwienia się na właściwe tory... W sumie ciocia chyba nawet mówiła mi kiedyś coś podobnego, haha — zachichotała na sam koniec. Złoty nawet nie wiedział, że ktoś był w stanie mieć tak piękny, melodyjny śmiech.
— Coś w tym jest — odpowiedział w końcu nerwowo Syczkowa Łapa, kiedy cisza zaczynała powoli się przeciągać. Alga nie wyglądała jednak, jakby jej to przeszkadzało. Może to dlatego tak bardzo polubił jej towarzystwo. W przeciwieństwie do wilczaków Algowa Struga nigdy nie zwracała uwagi na jego cichy, słaby głos, lakoniczne odpowiedzi, niezręczną ciszę, której nie potrafił przerywać. Ani razu mu tego nie wytknęła. Jedynie czekała, aż w końcu jej odpowie, po czym ciągnęła rozmowę dalej. Jakby nigdy nic.
A to znaczyło dla niego naprawdę bardzo wiele.
— Naprawdę? A już myślałam, że przez ten cały czas gadałam głupoty... — mruknęła takim tonem, że Syczkowi trudno było określić, czy mówiła to na serio, czy może w żartach.
— Skądże! — zaprzeczył od razu uczeń, opierając przednią część ciała na wyprostowanych łapach, by móc spojrzeć na nią z góry. Alga leżała dalej wśród traw, wpatrując się w przyjaciela z zainteresowaniem. Te jej wielkie, lśniące oczy... Rozpraszały go. Na moment nawet przez nie zapomniał, co chciał powiedzieć. — Znaczy, masz całkowitą rację. Nigdy nie słyszałem, żeby inny kot mówił w taki sposób- w sensie! Tak... inteligentnie... Jeśli to ma jakiś sens... — plątał się w słowach, uciekając wzrokiem, by móc skupić się na czymś innym niż Alga. Och, na pewno wyglądał tak dziwacznie! Był tego pewien!
— To nic specjalnego — odparła skromnie, choć widocznie schlebiał jej komplement. — Musisz mieć w takim razie w tym Klanie Wilka same mysie móżdżki...
Jego wąsy zadrżały z rozbawienia.
— Moi współklanowcy są mądrzy, lecz nie w taki sposób — zaczął tłumaczyć Syczkowa Łapa. — Wiedzą dużo o lesie, technikach polowania, bitewnych ruchach... Mają ogromną wiedzę. Ale nie wiem, czy z łapą na sercu wymieniłbym ci choć jednego kota, który by powiedział coś takiego.
— Takiego, czyli jakiego?
— No wiesz. Jak to twoje, o przemijających chwilach...
— Czyli wychodzi na to, że wilczaki to straszne sztywniaki.
Z Algową Strugą rozmawiało mu się lżej. Nie napinał całego ciała, nie wybierał starannie słów, by zadowolić drugą stronę, nie czuł się przez cały czas oceniany duszą i wzrokiem. To było takie... orzeźwiające. W swoim klanie bałby się zaśmiać z takiego kawału, lecz tutaj, z nią, nie miał takich oporów.
— Może trochę... — potwierdził w końcu żartobliwie.
— Ech, nie martw się. W Klanie Nocy też się znajdzie paru takich, którym wrzucenie na luz dobrze by zrobiło — westchnęła Alga, przewracając oczami. Po tym zaczęła rozciągać się na trawie, jakby dopiero chwilę temu się obudziła. — Ale chyba nie po to tu jesteśmy, by gadać o żuczych móżdżkach.
— Prawda, prawda — mruknął, po raz kolejny uciekając spojrzeniem. Odwrócił nieco łebek, by spojrzeć w stronę barwnego nieba, po którym pięły się ogniste smugi. Słońce chyliło się coraz niżej, przymierzając się do zakończenia tego dnia. W jego pysk zawiał chłodny wiatr, kłując nieco kocura w nos i oczy. Dodatkowo mógł zobaczyć na niebie nisko wiszące chmury... "Zbiera się na deszcz" — pomyślał Syczkowa Łapa. Powinni wkrótce wracać, jeśli woleli nie skończyć cali mokrzy. Rzecz w tym, że Syczek wcale nie chciał przerywać tej chwili. A niech przemoknie do ostatniej suchej kępki futra! Z Algową Strugą mógłby nawet i wpaść do najgłębszego jeziora i nie chciałby z niego wychodzić. Nawet pomimo tego, że za nic nie potrafił pływać.
Gwałtownie obrócił głowę, gdy poczuł pod sobą ruch. Kiedy zerknął ponownie na wojowniczkę, zdążył złapać wzrokiem tylko jej psotny uśmiech, zanim miejsce, w którym jeszcze przed chwilą leżała zrobiło się puste. Znów pędziła przez polanę, lecz gdy zauważyła, że Syczek został w tyle, krzyknęła do niego z oddali:
— No dalej! Chciałeś polować, co nie? — Kotka uśmiechała się, podrygując końcówką ogona. — Jeszcze będzie wiele okazji do leżenia w trawie! — miauczała do niego wesoło.
W końcu podniósł się na łapy, co wyraźnie ucieszyło jego towarzyszkę. "Zaraz!", rzucił, dając sobie chwilę na otrzepanie sierści z utkniętej w niej ziemi. Teraz gdy pysk Algowej Strugi oświetlały leniwe, złote promienie słońca, wyglądała ona jak postać wyciągnięta prosto ze snu. A ze snami zawsze miał jakieś problemy. Budził się niewyspany, nie mógł zasnąć, a gdy już udawało mu się to zrobić, nawiedzały go koszmary. Gdyby tak wyglądał świat, do którego przenosił się po zamknięciu powiek, przysięgał, że już nigdy by się z niego nie wybudził.
Banalne to, nie?
— No idziesz w końcu? Syczkowa Łapo, nie mamy całego dnia! — zawołała niecierpliwiąca się Alga, co zmusiło uczniaka do przerwania rozmyślań. — Chyba nie zamierzasz się w jeża, co?
— Już idę! — miauknął głośno i, nareszcie, rzucił się do pogoni. Pędził za Algową Strugą, nieco niepewny, w którą stronę w ogóle zmierzali. Na co mieli polować i gdzie? W końcu nie znał się na terenach Klanu Nocy...
Zatrzymał się na chwilę, by potrząsnąć głową, jakby chciał wyrzucić z niej wszystkie myśli. "Nie teraz" — pomyślał, po czym pobiegł dalej, z umysłem lżejszym o parę niepotrzebnych słów.

***

Ciemne chmury zwykle zwiastowały nadchodzące deszcze. Nie tym razem. Zwykle obfita w opady Pora Zielonych Liści była tego roku wyjątkowo sucha, choć na niebie nieustannie można było zauważyć dryfujące, ołowiane chmury. Zupełnie jakby z trudem wzbraniały się one od płaczu...
W końcu jednak i one pękły. Czując na swoim nosie chłodne krople wody, Syczkowy Szept nawet się nie poruszył, choć większość kotów natychmiast popędziłaby skryć się pod koronami drzew. Nie obchodził go nabierający na sile deszcz, tak samo, jak nasiąkająca nim sierść. Wciąż siedział na otwartej łące, nie otwierając oczu, chłonąc całym sobą opadającą wodę. Zamiast burzy kłębiących się myśli, głowę kocura wypełniał szum wiatru i stukot opadających na ziemię wokół niego kropel. Sam nie wiedział, co tu robił ani jak się tu znalazł. Doceniał jedynie... Chwilę. Tak jak długie księżyce temu poradziła mu stara przyjaciółka.
Pamiętał tamten jeden wieczór, który z biegiem upływających księżyców wcale nie tracił swojej magii. Mógł z dokładnością przywołać wicher, który rozwiewał w pogoni jego sierść, wbijające się w skórę ostre źdźbła traw, znużony wzrok spoglądającej na niego księżniczki, jej ospały głos, rozbawione chichoty... Och, naprawdę za nią tęsknił. Wiedział, że gdyby podzielił się tym z kimkolwiek, to nikt by go nie zrozumiał. W końcu ostatnim razem, gdy się spotkali, Syczkowa Łapa był jeszcze uczniem. Nawet gdyby widywali się częściej niż raz na kilka sezonów, doskonale wiedział o tym, że nie miał u Algi żadnych szans. Nie dość, że pochodzili z zupełnie różnych klanów, to jeszcze była ona księżniczką. Wojowniczką, przed którą stała ścieżka przywódcy. Głupie byłoby myślenie, że on, zwykły wilczak, zasługiwał choćby na jedno spojrzenie z jej strony. Jednak kto mógł zabronić mu marzyć...
Może powinien skorzystać z jeszcze innych jej rad?
Syczkowy Szept otworzył powoli oczy. Ruch pomaga rozładować napięcie, mówiła Algowa Struga. Może faktycznie miała w tym trochę racji? W końcu pamiętał dobrze, jakie szczęście gościło na jej pysku, gdy biegała. Wyglądała wtedy jak prawdziwy burzak, nie kot z Klanu Nocy. Przed poznaniem jej zawsze myślał, że żywiołem nocniaków był woda, lecz jak było widać, nie dla każdego. Choć i w niej Alga poruszała się z wręcz rybią gracją...
Po wzięciu głębszego oddechu i rozprostowaniu sztywnych łap Syczek był gotowy. Zbity, sosnowy las może i nie był najlepszym miejscem na rozwijanie prędkości, lecz szczerze, w tamtej chwili nie myślał o tym za wiele. Po prostu ruszył, licząc, że szum wiatru i puls krwi w uszach zagłuszy napływające do jego umysłu czarne myśli.
Biegł. Omijał grube pnie jodeł, chylił łeb, by nie zostać ukłutym przez igły świerków, szurał łapami po rozmokłej od deszczu ściółce, zbierając futrem między opuszkami palców ziemię i lepkie błoto. Słyszał tupot drobnych, uciekających od niego w popłochu łapek gryzoni, lecz nie zwracał na nie większej uwagi. Nie był tu, żeby polować.
Mijało wiele uderzeń serca, a Syczkowi powoli zaczynało brakować tchu. Nie miał łąki, na której mógłby się położyć wśród wysokich traw – zamiast tego drzewa stopniowo rozrzedzały się, by zupełnie zniknąć na ziemistym brzegu jeziora. To przy nim spoczął, opadając z pyskiem wprost nad łagodnie falującą tonią. Oczy trzymał przymknięte w szparki i skupiał się na własnych, głośnym i głębokim oddechu. Wydech, wdech, wydech, wdech, wydech...
W końcu uchylił powieki. Pokazało mu się własne odbicie w mętnej wodzie, które co parę chwil zniekształcały małe kropelki, spływające z sierści kocura do wody. Tak też skończyli tamtego dnia z Algową Strugą... Gdy złowili kilka piszczek, rozpadało się. Nie była to ciężka ulewa, lecz dystans, który musieli pokonać od miejsca, w którym polowali, aż do tymczasowego obozu Klanu Wilka, był całkiem duży. A jeszcze spowalniała ich niesiona zwierzyna i uciekający z pysków słowotok... Zdążyli, jak przewidywał wcześniej Syczek, zmoknąć jak wrzucone do sadzawki szczury. O ile wojowniczce dodawało to uroku, nie można było powiedzieć tego samego o nim.
Syczkowy Szept westchnął i oparł głowę na jednej z łap, spoglądając smętnie w wodę. Te wspominki były bezcelowe. Jedyne, co mu przynosiły, to bolesną nostalgię i przypomnienie o trapiącej go samotności. Algowa Struga była jedynym kotem, którego mógł szczerze nazwać swoim przyjacielem. Takim prawdziwym, niejednostronnym, wspierającym i pozwalającym odkryć w sobie coś nowego. Był doskonale świadomy, że z jego strony uczucia już dawno przestały wykraczać poza zwykłą, ordynarną znajomość, lecz... w jakiś dziwny sposób, był z tym od początku pogodzony. Nie łudził się, że kiedykolwiek zostaną parą. To byłby cud, a Syczkowy Szept dawno już się przekonał, że był znienawidzony przez los. Po prostu okropnie za nią tęsknił. Nie liczyło się dla niego, czy Alga odwzajemniała jego uczucia, czy nie – chciał pójść z nią na zwykły patrol, zapolować na myszy, podzielić się językami. Chciał z nią kontaktu, jakiegokolwiek. Chciał wiedzieć, jak radziła sobie w Klanie Nocy, jakie były jej nowe uciechy, lęki, zainteresowania, zmartwienia. Porozmawiać, chociaż ten ostatni raz.
By uwolniła go od tej pożerającej samotności.

16 grudnia 2024

Od Syczkowego Szeptu do Brukselki (Brukselkowej Łapy)

Czuł się tak, jakby samo niebo nagle zwaliło się na jego głowę.
Po jego matce nie zostało nic. Od wieczora, kiedy nie zobaczył jej w legowisku wojowników, aż do powrotu poszukiwawczego patrolu, w Syczkowym Szepcie stopniowo narastał niepokój. A gdy usłyszał informację, że ślad Zarannej Zjawy (i zarazem Muszlowej Łapy) urywał się przy samej drodze grzmotu... Nagle wszystko stało się w pewien sposób jasne.
Jasne nie znaczyło jednak mniej przerażające. Wręcz przeciwnie. Po raz kolejny dwunożni wyciągali po niego swoje łyse, obślizgłe łapy. Najpierw posłali po niego swoje psy, od których szczęk Syczkowa Łapa księżyce temu ledwie zdołał uciec. Teraz samodzielnie odebrali mu matkę. Jej woń, ulatniającą się z każdym uderzeniem serca, była ledwie wyczuwalna pod warstwą drapiących w nozdrza oparów potworów i dwunogów, samych w sobie. Wojownik zmarszczył nos. Wpatrywał się tępo w to miejsce, próbując zatrzymać jeżenie się swojego futra na samą myśl o Zarannej Zjawie i szklenie się brązowych oczu. Świszczał wiatr, na futro kocura opadały liczne drobiny śniegu, a on sam... łkał cicho, w końcu dając za wygraną w walce ze swoimi łzami.
Nagle stał się okropnie samotny. Jego rodziny tu nie było. Ojciec nie istniał. Matka właśnie zniknęła, nie pozostawiając po sobie żadnego tropu. Siostra była gdzieś daleko od granic Klanu Wilka, o ile w ogóle była. To prawda, miał jeszcze Zalotną Krasopani... która jednak nie chciała mieć ze swoim bratem nic wspólnego.
Syczek czuł się, jakby los podrygiwał nim jak kociak kulką mchu. Podgryzał, rzucał, szarpał, czekając tylko, aż w końcu się rozleci. Jakim cudem w tak krótkim czasie wszystko mogło pójść aż tak źle? Bał się otworzenia oczu, gdy budził się ze snu. Bał się wyjść na patrol z obawy, że znów wyskoczy na niego niebezpieczeństwo, znów serce podejdzie mu do gardła, znów będzie patrzył na czyniącą się wokół masakrę. Bał się otworzyć do kogoś pysk, a jednocześnie tak samo bał się ciszy i wynikającej z niej samotności.
A jakimś dziwnym trafem... Nie był nawet tknięty. Wiatr porwał go w głąb jeziora tylko po to, by zaraz mógł wrócić na brzeg. To Zapomniany Pocałunek została rozgryziona przez hordę psów na strzępy, nie on. Zdołał zabić drugiego kota, ten nawet go nie drasnął. Teraz jego matka zniknęła tajemniczo porwana w tym samym czasie, gdy Syczkowy Szept siedział spokojnie w obozie, choć równie dobrze mógł tam być zamiast niej. Gdyby tylko nie był tak wrażliwy na wszystko, co się wokół niego działo, nie zostawiłoby to na nim nawet rysy. Właśnie, gdyby tylko taki nie był... Te słowa zawsze brzmiały jak odpowiedź na jego wszystkie problemy...

***

Od zaginięcia Zarannej Zjawy, Syczkowy Szept był jeszcze bardziej drętwy i osowiały niż zwykle. Nienawidził patrzeć, jak życie klanu idzie do przodu, w trakcie, gdy on pozostawał w tym jednym punkcie, nie będąc w stanie się z niego ruszyć. Nienawidził patrzeć na Zalotną Krasopani, która przeniosła się do żłobka, oczekując swoich kociąt. Jakby zupełnie nie ruszyło jej odejście matki. Nienawidził słuchać szczebiotania uczniów, plotkowania wojowników. Nie minęło nawet pół księżyca, a wszyscy już zapomnieli, szli dalej. On tak nie potrafił. Gdyby tylko mógł, Syczkowy Szept zatrzymałby się na wieczność, kuląc w legowisku jak kocię, popłakując cicho. Nie zachowywał po paru wschodach słońca tak, jakby nic się nie stało.
Świat jednak nie naginał się pod jego wolę. To Syczek musiał się do niego przystosować, nie na odwrót. Dlatego, gdy rozgrzmiał głos Sosnowej Gwiazdy zwołującej współklanowców, wypuszczając z siebie ciche westchnięcie, Syczek zwlókł się na środek obozu, by zająć swoje miejsce w zgromadzonym tłumie. Spodziewał się, że będzie to ceremonia kociąt. Na szczęście nie były one zwykle długie; Syczkowy Szept liczył, że ta prędko się skończy i będzie mógł wrócić do cichego legowiska, w którym nikt mu nie przeszkadzał.
— Koperku, ukończyłeś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś został uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz zwany Koperkową Łapą. Twoim mentorem zostanie Blade Lico. Mam nadzieję, że przekaże ci on całą swoją wiedzę.
Drobny, jasnobrązowy kocurek zetknął się nosami ze swoim nowym nauczycielem, lecz na swoje mianowanie czekała jeszcze jego siostra. Kotka machała z ekscytacją końcówką puszystego ogona, nie mogąc się doczekać, aż przyjdzie jej kolej.
— Brukselko, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, byś została uczennicą. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz zwana Brukselkową Łapą. Szkolić cię będzie... Syczkowy Szept.
Do tej pory zwieszony łeb kocura, nagle podniósł się na dźwięk swojego imienia tak, jakby ugryzł go szerszeń. Jego oczy wbiły się w siedzącą na podwyższeniu przywódczynię, a także nową, drobną uczennicę, która czekała na spotkanie z mentorem. Przez krótką chwilę myślał, że to sen. Miał nadzieję, że to tylko sen. Nie zasługiwał na taką odpowiedzialność! Nie potrafił zajmować się młodszymi! Już z Iskrzącą Łapą trudno było mu złapać wspólny język, co dopiero z kocięciem?
Wzrok Sosnowej Gwiazdy go naglił. Nie mógł buntować się przeciwko jej decyzjom, bez względu na to, jak bardzo w tej chwili uważał je za niewłaściwe. Rzucając szeptem "Przepraszam", Syczkowy Szept przepychał się przez zgromadzonych, by w końcu wyjść na sam środek. Chwiejnym krokiem podszedł do Brukselki (a właściwie już Brukselkowej Łapy) i spojrzał prosto w jej pyszczek. Jej przed chwilą lśniące oczy jakby... przygasły. Uch. Przymknął powieki i zbliżył do jej pyszczka swój nos, tak, by się nimi zetknęli. Ceremonia była zakończona, lecz Syczek wcale nie czuł z tego powoli ulgi. Ba, wręcz przeciwnie. Właśnie na cały stos jego obecnych problemów, została postawiona wisienka w postaci podopiecznej. Z tego, co słyszał, wyjątkowo rozbrykanej i upartej podopiecznej...
Przełknął nerwowo ślinę. Och, Klanie Gwiazdy...

<Brukselko?>

[900 słów]

[przyznano 9%]

25 listopada 2024

Od Syczkowego Szeptu CD. Zalotnej Krasopani

Wpatrywał się w swoją siostrę dłużej, niż powinien. Nawet nie był pewny na co czekał. Gratulacje? Choć jedno ciepłe słowo, którym był nadal obdarowywany przez współklanowców? Odsunął się gwałtownie, gdy zauważył zmarszczone brwi swojej siostry, a także jej wyrywający w ziemi ślady krok, gdy zaczęła nagle zmierzać w jego stronę.
— Czego chcesz? — warknęła, przystając w miejscu. Skandy ucichły, a Syczkowy Szept nie wiedział, co powinien zrobić. Nie odrywał wzroku od szylkretki, ale kątem oka widział jak wszyscy, którzy przed chwilą gratulowali mu nowej pozycji, wpatrują się w niego z oczekiwaniem. Wywracało to jego żołądek na lewą stronę. Łapy, które przed chwilą pokonały w starciu swojego przeciwnika, teraz drżały, robiąc się miękkie, jakby wypełnione pierzem. Musiał coś odpowiedzieć. Musiał.
Gdy już otwierał pysk, wciąż zaczerwieniony od krwi Prążkowanej Łapy, do Zalotnej Krasopani podszedł jej partner. Trudno było mu chodzić, a z części jego ran nadal sączyły się cienkie, szkarłatne strużki. Powinien skierować się do Cisowego Tchnienia, pomyślał sobie w jednej chwili Syczek, przełykając głośno ślinę. Napiął już swoje mięśnie, spodziewając się chęci wyrównania przez przegranego rachunków.
— Zalotko, to bez sensu — miauknął ciepło do wojowniczki, lecz ta ani drgnęła. Wyglądała, jakby zupełnie go nie usłyszała, choć Prążek stał zaraz obok niej.
Wtedy Syczkowy Szept zetknął się z jego wzrokiem. Nie zauważył w nim choćby małej kropli złości, pretensji czy zazdrości. Kontrastował z przymrużonymi gniewnie ślepiami Zalotnej Krasopani, która sama powstrzymywała się przed zrobieniem czegoś innego, niż rzucaniem wściekłych spojrzeń. Poza nią ani Syczek, ani Prążek, nie chcieli konfliktu. A zdecydowanie nie na klanowym forum.
Złoty westchnął głośno.
— Nic — odparł w końcu po długiej ciszy. — Nic nie chcę.
Odwrócił się, odchodząc w stronę legowiska wojowników. Nie potrzebował przeglądu od Cisowego Tchnienia, w przeciwieństwie do Prążkowanej Łapy, a nie chciał się tam z nim spotkać. Słyszał jeszcze za sobą rozmowę dwójki, jednak nie słuchał jej na tyle dobrze, by zapamiętać, co mówili.
Skłamał, mówiąc, że nic od niej nie chciał. Chciał spokoju. Ciepłego uśmiechu, przytulenia i gratulacji, że w końcu udało mu się zostać prawdziwym wojownikiem. Okazania mu tej samej miłości i wsparcia co w żłobku, co jako młodzi uczniowie. Poza tym nic nie było mu w tej chwili potrzebne.

***

Od ostatniego księżyca, Syczkowy Szept wypełniał niepokój. Miał wrażenie, jakby z boku obserwował coś niesamowitego, lecz w jednym z najgorszych znaczeń. Nagła śmierć Wieczornej Gwiazdy, dziwne zachowanie ich nowej przywódczyni, masakra i kompletne poniżenie Skarabeuszowej, czy też teraz Głupiej, Łapy... To wszystko wydarzyło się tak szybko. Syczek nie miał żadnych dobrych przeczuć. Od lustra nosa po sam koniuszek ogona, czuł jeżący futro stres. Nie opuszczało go wrażenie, że to, co teraz widzieli, było jedyniem początkiem. Początkiem czegoś, czego wkrótce pożałuje cały Klan Wilka, a nie tylko jedna, lekkomyślna uczennica.
Wraz ze śmiercią Wieczornej Gwiazdy, nastąpiły zmiany – kilkoro uczniów zdobyło w końcu wojownicze imiona, zmieniły się koty wyższych rang, lecz co do kultu... W końcu potomkowie kultystów mogli do niego dołączyć. Wszystko ruszyło na nowo, a Syczek był nie tyle, co tym przestraszony, co... szczerze przerażony.
Tak długo odpychał to od siebie. Unikał. Trząsł głową za każdym razem, gdy pojawiła się w niej myśl o tym, że w końcu nadejdzie dzień rozpoczęcia się jego służby. Jeszcze parę, paręnaście księżyców temu, to wydawało się daleką przyszłością, przed którą mógł swobodnie uciekać. Teraz było na to już za późno.

***

Nieubłaganie zbliżała się Pora Nagich Drzew. Można było to zobaczyć – jedyne liście, jakie można było zobaczyć, to te podgniłe, leżące na wilgotnej ziemi. Gałęzie sosen i świerków dumnie prezentowały swoje twarde, niewzruszone na temperatury igły, w czasie gdy nieliczne dęby, topole i brzozy świeciły pustkami. Oprócz wichru, który szczypał po nosie i oczach, puszcza była tajemniczo cicha. Zupełnie tak, jakby ten jeden raz, całe życie zasnęło... lub pomarło. Teraz gdy zamiast słońca na niebie świecił tylko szponiasty księżyc, chłód był szczególnie dotkliwy. Nie tylko dla krótkofutrych kotów, ale i tych o gęstszej sierści. Mimo wszystko grupa wojowników szła przed siebie, prosto w czarną noc.
Idąc przez ciemny las, nie opuszczała go nerwowość. W każdym cieniu widział przeciwnika, świście wiatru syk, a w zginających się ku niemu iglakach pazury, które sięgały po jego duszę. Gęsta mgła nie pomagała wcale w utrzymaniu spokoju – był pewien, że skrywa w sobie coś, czego widzieć nie chcieli.
Syczkowy Szept wiedział, że nie powinien był pokazywać po sobie strachu. Podnosił wysoko głowę i uporczywie wpatrywał się w drogę przed nim z cichą nadzieją, że inne koty nie wyczują niepokoju, który dudnił w jego sercu. Zerknął w stronę swojej towarzyszki, która szła parę odległości wąsów od niego. Kiedy tylko ta również spojrzała w stronę wojownika, Syczek czym prędzej wbił spojrzenie w wydeptaną ścieżkę, wstrzymując wręcz oddech. Nie chciał narażać się po raz kolejny na wściekłość swojej siostry. Od swojego mianowania nie zamienili ze sobą więcej niż paru słów. Widywał ją jedynie na patrolach, w obozie (wyłącznie w obecności Prążkowanej Kity) oraz w leżu wojowników. Po zmianie rang po raz pierwszy sypiali po dwóch różnych stronach legowiska, co było dla niego... Wręcz nienaturalne. Nie miał już jednej siostry, teraz powoli tracił drugą. Kto miał być następny? Zaranna Zjawa?
— Na osty i ciernie — zawarczała Olszowa Kora, wyciągając łapę z błotnistej kałuży. To rozwiało natłok myśli złotego. Przynajmniej na chwilę. Wziął głęboki wdech, starając się zachować spokój tak, jak uczył się wiele księżyców temu. To był tylko jego obowiązek. Tylko obowiązek. Tylko obowiązek...
— Łeb do góry, Syczkowy Szepcie. — Został szturchnięty w akompaniamencie znajomego głosu swojej mentorki. Odwrócił nagle głowę, posłusznie ją podnosząc. Na dnie serca cieszył się, że z kotów, które teraz mogły do niego podejść, była to akurat Mroczna Wizja. Mógł dzięki temu odejść od Zalotki, co przyniosło mu trochę ulgi. — To wyjątkowy moment.
— Wiem — odparł szybko i widocznie nieco nerwowo, bo mistrzyni zapewniła go:
— Poradzisz sobie.
— Wiem — powtórzył, lecz bez pewności w głosie. Musiał sobie poradzić. To nie był trening, w którym mógł się pomylić i na następny dzień spróbować jeszcze raz. Teraz nie było następnego dnia. To wszystko musiało wydarzyć się dzisiaj, a nie było miejsca na żadne pomyłki. Chyba że chciał skończyć jak wyrzutek...
— To nic wielkiego. Każdy z nas to przechodził — wyszeptała Mrok, zupełnie tak, jakby rozmawiali o sprawnościowym teście. Nie o... czymś tak strasznym. To słowo nie chciało przejść mu przez głowę, a co dopiero gardło. Uspokajał się, biorąc głęboki wdech. Parę godzin, a to wszystko będzie już za nim. Ta myśl pocieszała go najbardziej.
— Tak, rozumiem — wymamrotał, przyspieszając kroku za wiodącą ich grupie Sosnową Gwiazdą. Zdawało się, że zbliżali się do celu.
A był nim... potok. Wylewały się z niego wartkie strumienie, zasilane częstym deszczem. To było... dziwne miejsce. Nie samo w sobie, lecz jako wybór do inicjacji na kultystę. Może to była tylko przerwa?
— Granice naszych terenów często przekraczane są przez obcych. To z nich ofiary oczekują bezgwiezdni. A szczególnie od tych, którzy z tą nocą mają stać się nowymi ich wyznawcami...
Złoty przełknął gorzko ślinę. Wszyscy zgromadzeni milczeli, czekając na kolejne słowa ich przywódczyni.
— Zalotna Krasopani i Syczkowy Szepcie, macie za zadanie odnaleźć samotnika. Bez względu na to, czy zrobicie to mową, czy siłą, macie sprowadzić ich do tego miejsca. Samotnie — dodała na koniec, przez co serce zaciężyło mu w piersi.
— Zwykle odbywa się to w parach — zauważyła Zaranna Zjawa, przez co Sosna łupnęła na nią zirytowanym okiem.
— Jeśli twoje latorośle są gotowe na przystąpienie do takiego zaszczytu, są na tyle inteligentne i silne, by umieć uprowadzić włóczęgę — odparła Sosna, przez co Wielka Kapłanka umilkła. "Próbowałam", Syczek mógł wyczytać z posłanego przez nią spojrzenia. "Wiem, że próbowałaś. Lecz 'przepraszam' klanu nie karmi..." odparł jej bezgłośnie w myślach.
Kocur spotkał się wzrokiem ze swoją siostrą. Próbował wyczytać coś z jej oczu, lecz zanim mógł im się przyjrzeć, Zalotka odwróciła się i prędko zniknęła w cieniu iglaków. Czym prędzej poszedł w jej ślady. Nie chciał marnować cennego czasu. Przez chwilę lawirował tak między pniami drzew, próbując wyczuć choćby wątły zapach swojej ofiary. To słowo brzmiało teraz w jego głowie tak nienaturalnie, zważając na to, że nie tropił ordynarnej zwierzyny, a... drugiego kota. Przeszły go pod futrem ciarki.
Szelest. Ktokolwiek tu z nim był, nie zachowywał odpowiedniej ostrożności. Syczkowy Szept zebrał się do tego, by powłóczyć łapami w stronę dźwięku. Bezgłośnie przeszedł po wilgotnej ściółce, by zajrzeć między drzewa... I zobaczyć samotnego gryzonia, który pomykał, korzystając z osłony nocy. Za dnia skusiłby się na tak łatwy kąsek, lecz teraz był on na nic. Równie cicho, jak się pojawił, tak i Syczek zniknął między iglakami w poszukiwaniu odpowiedniej zdobyczy.
Odnosił wrażenie, jakby krążył po puszczy godzinami, choć minęło zaledwie kilkanaście minut. Widział identyczne drzewa, deptał po identycznej ziemi, słyszał identyczny szum muskanych przez wiatr igieł. Oddalał się coraz bardziej, a mimo to czuł się, jakby chodził w kółko. Wokół nie było nic. Żadnego, nawet najbardziej zwietrzałego śladu.
Chyba że..?
W jego nozdrza uderzyła silna woń krwi. Kociej krwi. Źrenice Syczkowego Szeptu zwróciły się momentalnie ku kierunkowi, z którego dochodził zapach. Pobiegł między drzewami, starając się zachować lekkość swoich kroków. I w końcu, chowając się za jednym z bezlistnych krzewów, zobaczył... samotnika.
Nie wyglądał na silnego. Przypominał zagubione młode, które odłączyło się od matki. To wrażenie potęgowała jego pogrążona w kompletnym chaosie sierść i rany, w szczególności ta na grzbiecie, która krwawiła najmocniej. Kocur śmierdział borsukiem. Widocznie to jego ofiarą padł, natrafiając na jedną z nor na obrzeżach klanu. Nie wiedział nawet, że uprzednia walka z drapieżnikiem nie była ostatnią i najgorszą rzeczą, jaką miał tej nocy doświadczyć.
Syczek wahał się. To był dziecinnie prosty przeciwnik, którego mógł pokonać jednym ciosem. Dobrze to wiedział. Kiwnięcie pazura, a ten samotnik skończyłby martwy... Lecz za każdym razem, gdy wojownik chciał podnieść łapę i wyskoczyć ze swojej kryjówki, coś wewnątrz go zatrzymywało. Jakby między nim a przechodzącym przez las włóczęgą, była niewidzialna bariera. Biło mu mocno serce. Tak bardzo nie chciał tego robić. Jego ciało odmawiało zrobienia następnego kroku, jakby próbowało przeciwstawić się umysłowi, który chciał przeć do przodu. Tym razem Syczkowy Szept musiał się go posłuchać. To był tylko obowiązek...
Nie spodziewał się, że zostanie zauważony. Zdębiał, gdy wbiły się w niego przenikliwe, błękitne ślepia drugiego kocura. Oboje znieruchomieli, a złoty zdawał sobie sprawę, że nie miał wiele czasu przed tym, jak samotnik weźmie nogi za pas.
— Nie idź — powiedział cicho Syczkowy Szept, lecz zdecydowanie, widząc unoszoną przez niego łapę. Miał wrażenie, jakby czas na chwilę się zatrzymał. — Pomogę ci. Jeśli tylko mi pozwolisz — dodał po chwili, nawet nie mrugając. Choć kłamstwo kłuło go w język, po cichu błagał, by ten uwierzył w jego słowa. Nie znalazłby drugiego takiego jak on. Być może nie znalazłby drugiego wcale. Rozpaczliwie potrzebował ofiary, którą na szczęście zdawało się, że... ranny mu zapewnił.
Pomimo nieufności w spojrzeniu i naprężonym, gotowym do biegu mięśniom, srebrny nie uciekał. Wpatrywał się jedynie w wilczaka, stojąc na zgiętych łapach. W końcu, po paru długich uderzeniach serca w niepewności, powolnie skinął głową. Syczkowy Szept przełknął głośno ślinę. Miał to.
— Znam zioła. To borsuk, prawda? — spytał, gdy zaczęli razem iść. Pomimo braku otrzymanej odpowiedzi, mówił dalej: — Musimy pójść do mojej... rodziny. Tam ci pomożemy. Możesz... M-możesz się o mnie oprzeć — wydukał, zauważając skrzywiony krok kocura. Choć ten przez chwilę stał nieruchomo, w końcu przyjął propozycję obcego. Całe ciało Syczkowego Szeptu spięło się z chwilą, w której poczuł na swoim boku ciężar drugiego kota. Czuł na sobie także jego miarowo podnoszącą się klatkę piersiową, a nawet... przyspieszone bicie serca. Co ja, na Klan Gwiazdy, robię? — zapytał siebie w myślach, choć znał odpowiedź. Przyspieszył mu oddech. Próbował uciec od natłoku myśli, odpychając je od siebie, lecz ten, jak irytująca mucha, ciągle wracał.
Im bardziej zbliżali się do miejsca, w którym czekali na niego kultyści, tym bardziej niespokojny zdawał się samotnik. Jakby z każdym kolejnym krokiem domyślał się prawdziwych celów prowadzącego go kocura. Gdy srebrny odsunął się delikatnie od boku, na którym przed chwilą się opierał, Syczkowy Szept już wiedział. Z uderzeniem serca, w którym włóczęga rzucił się do ucieczki, wojownik złapał go za szyję i przybił do ziemi. Trzymał, aż nie zamknęły się jego przerażone oczy. Jedyne, co miał od tamtej chwili w głowie, gdy ciągnął kocura po ziemi, było stale powtarzane jak mara "przepraszam".

Kiedy dotarł na miejsce, czekała tam na niego Zalotna Krasopani, trzymając pod łapą jasnofutrego, przerażonego kota. Okazała się od niego szybsza, co wcale go nie zdziwiło. Nawet nie był pewien, czy kotka patrzyła się na niego, ponieważ bardzo szybko wbił wzrok w ziemię. Widząc wracającego z łupem przyszłego kultystę, Sosnowa Gwiazda wygięła pysk w grymasie.
— Może nie sprecyzowałam. Miał być ŻYWY — wypluła ze śliną.
— Jest żywy. Jedynie nieprzytomny — odbąknął, nie podnosząc na kocicę wzroku. Ta wydała z siebie tylko głośnie "Hmpf!" i straciła kotem zainteresowanie.
— Czyli to ty będziesz pierwsza, Zalotna Krasopani — zwróciła się w stronę jego siostry, która przytaknęła jej głową. Inne koty zaczęły formować koło, zostawiając w nim szylkretkę i jej ofiarę. A to, co miała zrobić, było już jasne.
Spuścił głowę. Gdyby tylko mógł, zatkałby także i uszy, by nie słyszeć pisków bólu i innych odgłosów walki. Ku jego uldze, nie trwało to długo. Gdy podniósł łeb, jego oczom ukazał się leżący już na ziemi, martwy samotnik. Zaranna Zjawa przeprowadzała jej ceremonię z pełną powagą, jakby robiła to już tysiące razy. Syczek nawet nie zauważył, jak szybko kapłanka skończyła przemowę i też... jak szybko kawałek ucha szylkretowej kotki skończył, leżąc na ziemi.
Po skończonych owacjach Syczkowy Szept zrozumiał, że nadchodziła pora na niego. Dobrze, bo w tamtej chwili zdezorientowany włóczęga zaczynał się budzić i rozumieć, co wokół niego się odgrywało. Gdy złoty wkroczył do kręgu i wypuścił z pazurów swą ofiarę, ta starała się uciec. Szukała szczeliny w murze kotów, lecz nie była w stanie znaleźć żadnej. W końcu stanął z nim pyskiem w pysk. Byle prędko było już po wszystkim...
Jak podejrzewał, uprowadzony przez niego kocur był słaby i niezdolny do obrony. W starciu z wyszkolonym wojownikiem nie miał żadnych szans. Syczkowy Szept nie musiał nawet stosować techniki męczenia przeciwnika, ponieważ ten od początku nie miał sił na starcie. Tak szybko, jak tylko był w stanie, wojownik wycelował w jego gardło. Niewinni nie zasługiwał na długą, bolesną śmierć.
Zaciskając szczęki na krtani kota, coś wewnątrz niego kazało mu się zatrzymać. Zastanowić. Karmelowe ślepia wojownika nagle zalśniły, a on sam mimowolnie zatrzymał się. Pod zębami szybko kurczyła i rozkurczała się samotnicza krtań, a nad uchem mógł usłyszeć chaotyczne, przerażone dyszenie. Bał się śmierci. Nie chciał wcale umierać. Złoty zadrżał, nie będąc w stanie wykonać żadnego ruchu. Wśród kultystów już zaczynały się roznosić ciche, niezadowolone szepty, jednak w uszach wojownika słychać było tylko sapanie i pisk przepływającej przez nie krwi.
Nie miał innego wyboru. Przeklinał wszystko, co w tej chwili zmuszało go do zatopienia zębów w szyi bezbronnego przeciwnika. To, co wybrało Klan Wilka na jego dom. To, co kazało mu obrać ścieżkę, od której nie było odwrotu. Z powoli cichnącym sykiem, powieki srebrzystego kocura zamykały się. Z jego gardzieli tryskała mocno czerwona krew, która zaraz wsiąkała w mokrą ściółkę.
Zrobił to. Zabił.
Zauważył pewne wytchnienie na pysku swojej matki, gdy odwrócił się w jej stronę. Chociaż nie mogła tego pokazać, wydawała się dumna, że podołał. Czy wcześniej wątpiła? Syczkowy Szept zdziwiłby się, gdyby nie. Sam nie był tego taki pewien.
— Kultyści, spójrzcie w stronę tego kota, który dostąpił godności inicjacji! — zaczęła przemawiać, gromiąc wszystkie przyciszone rozmowy. — Wykazał się wielką odwagą i sprytem, a także i uporem, przez wiele długich księżyców przygotowując się do tej chwili. Ja, Zaranna Zjawa, Wielki Kapłan kultu Mrocznej Puszczy, naznaczam cię w imię naszych przodków. Czy jesteś gotów przyjąć na siebie naszę znamię jako dowód inicjacji?
Syczek wyprostował się. Jego wzrok przeniósł się na chwilę na oberwane, lewe ucho swojej matki. Już tak naprawdę najgorsze było za nim.
— Tak — odparł beznamiętnie.
— Zatem otrzymasz ode mnie znak, który pozostanie z tobą aż do śmierci i zawsze będzie przypominał ci o przynależności do kultu — oznajmiła Zaranna Zjawa i podeszła blisko swojego syna. Ten skłonił głowę, pozwalając jej na łatwiejsze oderwanie swojego ucha. Po zaciśnięciu zębów i wysunięciu pazurów... Już było po wszystkim. Strzępek wisiał w zębach burej kotki, która czym prędzej cisnęła go na ziemię.
— Tej nocy, zgodnie z wolą Mrocznej Puszczy, przyjmujemy cię oficjalnie jako pełnoprawnego członka naszej grupy. Wierzymy, że będziesz wiernie służyć naszym przodkom i działać na rzecz kultu, abyśmy nigdy nie upadli — dodała, maczając łapę w głębokiej ranie, którą zadał samotnikowi Syczkowy Szept. Następnie przyłożyła ją do jego skroni, tworząc na czole kocura szkarłatny ślad, z którego strużki spływały wolno wzdłuż grzbietu jego nosa.
Był chwalony. Jego imię skandowali wszyscy, zupełnie tak jak Zalotnej Krasopani parę chwil wcześniej. Syczek nie potrafił jednak czuć z tego powodu żadnej radości. Nawet nie był pewien, o czym w tej chwili myślał. Czuł się, jakby w jego głowie nie było nic poza głuchym szumem.
— To nie jest jednak ostatnia rzecz, jaką musicie wykonać, zanim wrócimy do obozowiska. Zostało jeszcze oddanie prawowitego hołdu naszemu największemu przywódcy — powiedziała donośnie Wielka Kapłanka. Powoli opuszczały go już siły. Podszedł bliżej Zalotnej Krasopani, gdy cała grupa ruszyła w stronę Ciernistego Drzewa. Spojrzał na nią, próbując wyczytać jej emocję. Czy czuła to samo? Może nie czuła nic? Jak to wszystko widziała? Chciał zapytać, lecz ani to nie było na to dobre miejsce, ani on sam nie tyle pewny, by to zrobić. Zostało mu więc jedynie wpatrywanie się w idącą za resztą kultystów siostrę w nadziei, że zdoła dowiedzieć się choćby drobnego, nieistotnego szczegółu.

<Zalotko?>