BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwalia x Borówkowa Słodycz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwalia x Borówkowa Słodycz. Pokaż wszystkie posty

25 maja 2026

Konwaliowej Mielizny CD. Borówkowej Słodyczy

Przeszłość

— Ja… — zaczęła, lecz szybko urwała, a liliowy nie naciskał. — Nie wiem już, co mam właściwie zrobić… — wydobyła z siebie.
Było mu żal matki, gdyż miał wrażenie, że to ona najbardziej cierpi z całego ich towarzystwa. Odosobnienie dawało się we znaki każdemu, jednak to biała wojowniczka zdawała się jedynie cieniem dawnej siebie, jakby czasy jej największej świetności przeminęły, a Konwalia musiał z bólem być tego świadkiem. Miał nadzieję, że chociaż jego siostry pod opieką Fląderki mają się lepiej, gdyż chyba by nie zniósł kolejnych kotów rozsypanych psychicznie. Wystarczyło mu, że obecnie miał na głowie właśnie Borówkę, której dawał czas na zebranie się nieco w sobie.
— Nie tylko ty, matko — przyznał. — Kiedy tylko nas tu wtrącono, przybyła Fląderka. Niosła wieści o Słodkiej i Korzonek. — Na te słowa niebieskie ślepia starszej się rozszerzyły, jakby od razu zakładała najgorszy możliwy scenariusz dla swoich córek. — Spokojnie, zostały jedynie zdegradowane i pełnią podobną rolę, co sama Fląderka. Poprosiłem też ją, by pełniła opiekę nad nimi, gdy nas u boku nie ma.
— Przecież Tojadowa Kryza z nimi pozostał… — zauważyła, nie rozumiejąc postępowania syna.
— Ale on cały czas u ich boku nie będzie — mruknął, kładąc ogon na jej śnieżnym grzbiecie.
Nawet jeśli nie tylko oni znajdowali na tej przeklętej wyspie w odosobnieniu, to zapewne czuli się najbardziej samotni, odcięci od najbliższej rodziny.

«★»

Obecnie

“Jak mogła! Ona i ten pożal się ojciec!” — fuknął w myślach, chodząc niespokojnie nad brzegiem rzeki. Kiedy tylko do jego uszu dotarła wieść, iż Borówkowa Słodycz z Tojadową Kryzą udali się do innego klanu, czuł, jak krew zaczyna w nim wrzeć. Czy dla białej straciły sens te wszystkie dni, kiedy trwał u jej boku w czasie izolacji? Straciły sens również słowa, którymi próbował ją pocieszać? Poczuł się zdradzony, a uczucie to nie było mu obce, lecz tym razem było gorzej. Znacznie gorzej niż w momencie, gdy niesłusznie oskarżono go o zdradę klanu. Nocniacy to w większości jedynie zbitka paru rodzin, których nawet mogą nie łączyć więzy krwi, nawet nie muszą być dla siebie jakoś wyjątkowo bliscy — dlatego też tak mocno odbiła się na nim decyzja matki.
Przez jej egoistyczny pomysł klan patrzył na niego i siostry, jak na kogoś, kto nawet nie powinien oddychać tym samym powietrzem, co oni. Miał wrażenie, że jego każdy ruch jest jeszcze dokładniej obserwowany niż zazwyczaj. Tak jak kiedyś kochał Borówkową Słodycz, która była dla niego całym światem, ostoją, do której mógł się udać w najtrudniejszych momentach, tak teraz po tym wszystkim nie został choćby cień śladu — całym sercem znienawidził i ją i Tojadową Kryzę, niemal karmiąc się jedynie tą nienawiścią. Najchętniej odciąłby się i również od sióstr, które mu przypominały o zdrajcach, lecz nie mógł ich tak porzucić, wystarczy, że zrobili to ich rodzice. Teraz to on jakoby przejął obowiązek opieki nad nimi.
“Jesteś z siebie dumna, Borówko? Zniszczyłaś życie nie tylko mi, ale i wszystkim swoim dzieciom. Mam nadzieję, że doświadczysz również takiej zdrady, co my.”

Sesja wstrzymana

15 marca 2026

Od Borówkowej Słodyczy CD. Konwaliowej Mielizny

Borówkowa Słodycz poruszyła lekko uszami, których końcówki drgnęły niemal niezauważalnie, gdy słowa syna dotarły do niej z pełną mocą. Z jej piersi wydobyło się ciche westchnienie.
Czy jej kochany synek naprawdę czuł się winny?
Ta myśl przemknęła przez jej umysł niczym nagły podmuch zimnego wiatru.
Przecież nie powinien. Nigdy nie powinna pozwolić, by uwierzył, że jego gniew był czymś niewłaściwym. Fakt iż nie udało mu się zostać ogrodnikiem — rolą, o której marzył z tak cichą, lecz uparcie pielęgnowaną nadzieją — nie był jego winą. Świat bywał kapryśny, a los nie zawsze słuchał najgorętszych pragnień. Gniew w takiej sytuacji wydawał jej się czymś naturalnym, czymś tak nieuniknionym jak burza nadchodząca po dusznym, ciężkim dniu. Nie czuła do niego żalu; nigdy nie potrafiłaby go poczuć.
A jednak, gdy patrzyła na jego przygarbioną sylwetkę, poczuła, jak ze wszystkich stron otacza ją smutek — intensywny i wszechobecny, niczym ulewny deszcz. Był to smutek cichy, głęboki, osiadający gdzieś w samym centrum serca.
Zastrzygła krótko uszami, jakby pragnęła otrząsnąć się z tej melancholii, po czym podniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy syna.
Konwaliowa Mielizna zdawał się jednak unikać jej spojrzenia. Jego oczy, zwykle jasne i czujne, teraz uciekały w bok, błądząc gdzieś pomiędzy cieniami krzewów, jak gdyby nie do końca był pewien, czy naprawdę jest gotowy na tę rozmowę, którą sam przecież rozpoczął.
Pysk Borówkowej Słodyczy uchylił się lekko.
Przez krótką chwilę zdawało się, że zaraz coś powie — że słowa popłyną z niej swobodnie niczym woda ze źródła. Lecz żadne z nich nie opuściło jej ust. W tej chwili słowa wydawały się dziwnie niepotrzebne…
Zamiast tego zrobiła krok naprzód.
Jej śnieżnobiały ogon, miękki niczym świeży puch, powoli ułożył się na liliowych plecach syna.
— Nie martw się — odezwała się w końcu cicho. — Każdy czasem czuje się zagubiony i przejawia to na swój własny sposób.
Jej oczy, miękkie i ciepłe, spoczęły na jego twarzy.
— Nigdy nie chciałabym, abyś czuł się winny za to, na co sam nie masz większego wpływu. Los bywa kręty jak leśna ścieżka, a my możemy jedynie iść naprzód, ucząc się z każdego kroku.
Na jej pysku pojawił się delikatny, niemal nieuchwytny uśmiech.
— Cieszę się, że chciałeś ze mną porozmawiać — dodała spokojnie, a w jej głosie zabrzmiała nuta ciepła, która zdawała się rozpraszać ciężar zalegający między nimi. — Nigdy nie czułam się zła czy rozczarowana, nawet, gdy byłeś nieco oschły.

 
***


Błękit rozlewał się po niebie szeroko i niemal bezkresnie, przypominając ogromny, spokojny ocean zawieszony ponad światem, którego głęboka, czysta barwa zdawała się pulsować cichą obietnicą ciepła oraz spokoju, jak gdyby sama natura pragnęła przypomnieć wszystkim stworzeniom żyjącym pod jego sklepieniem o prostym szczęściu, jakie przynosiła pora Zielonych Liści — czas długich dni, podczas których słońce wspinało się powoli ku najwyższemu punktowi nieba, a cienie drzew przesuwały się leniwie po leśnej ściółce, jakby świat nie miał żadnego powodu, by się spieszyć. Promienie światła spływały z góry miękkimi, złocistymi smugami, muskając delikatnie korony drzew, które szumiały cicho pod dotykiem wiatru, nagrzewając kamienie rozsypane przy brzegu rzeki oraz rozświetlając rozległe połacie wysokich traw, które falowały powoli, poruszane oddechem powietrza.
Zapach nagrzanej ziemi unosił się ciężko nad wyspą, mieszając się z wilgotną wonią mchu oraz słodkawym aromatem kwiatów ukrytych pomiędzy krzewami, a ponad koronami drzew krążyły ptaki, których nawoływania niosły się daleko, rozbrzmiewając wokół cichym echem.
Słońce obejmowało swoim żarem wszystko, co znalazło się w zasięgu jego światła, przez co nawet cieniste zakamarki pomiędzy korzeniami drzew zdawały się oddychać ciepłem, które powoli przenikało każdą cząstkę otoczenia, pozostawiając niewiele miejsc, gdzie można było odnaleźć prawdziwą ulgę. Jedynie rzeka, opływająca wyspę szerokim, spokojnym nurtem, przynosiła obietnicę chłodu, ponieważ jej woda płynęła nieustannie, rozbijając się o kamienie i odbijając promienie słońca w drobnych, srebrzystych błyskach. Zdawało się, że przyszedł najlepszy czas na spędzanie czasu z bliskimi, pluskając się w nurcie wody, ganiając za motylkami i rozkoszując się dobrą pogodą.
Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, tak znajomo, że aż niemal niepokojąco spokojnie, jak gdyby świat trwał w swojej niezmiennej harmonii i nie zamierzał dopuścić do siebie myśli, że gdzieś pomiędzy tym pięknem mogą istnieć zdrada, niesprawiedliwość oraz ból.
Bo przecież każda pora Zielonych Liści wyglądała podobnie, a przynoszony przez nią upał był równie oczywisty i nieunikniony jak fakt, że jeże nie potrafią latać.
Jednak… Mimo tej pozornej normalności na pysku Borówkowej Słodyczy wciąż gościło zaskoczenie, które nie chciało ustąpić.
Mijały kolejne chwile, podczas których jej spojrzenie śledziło powolny ruch wiatru kołyszącego wysoką trawą. Źdźbła uginały się miękko pod naciskiem powietrza, by po chwili unieść się ponownie ku słońcu, jak gdyby sama ziemia oddychała spokojnym rytmem, który pozostawał niezmienny bez względu na to, co działo się w sercach tych, którzy po niej stąpali.
Patrzyła na to wszystko długo i uważnie, a w jej oczach odbijał się błękit nieba oraz złote światło dnia, lecz mimo to nie potrafiła odnaleźć w sobie ani cienia tej cichej radości, którą kiedyś odczuwała niemal instynktownie, gdy tylko nadchodziły ciepłe dni lata.
Myśl ta wydawała jej się dziwnie niedorzeczna, ponieważ przez całe życie kochała tę porę roku z prostą, nieskomplikowaną szczerością, która nie potrzebowała żadnego wyjaśnienia. Kochała długie dni, podczas których słońce wędrowało po niebie powoli i dostojnie, kochała zapach świeżej zwierzyny niesiony przez wiatr oraz miękkie cienie drzew, które rozciągały się po ziemi niczym spokojne wyspy chłodu, w których można było schronić się przed żarem południa.
Teraz jednak wszystko to wydawało się odległe, jak wspomnienie należące do innego życia.
Bo odkąd nie mogła zobaczyć pyszczka Tojadowej Kryzy, odkąd została oddzielona od miejsca, które przez tyle księżyców uważała za swój dom, radość zaczęła powoli wyciekać z jej serca, aż w końcu pozostała po niej jedynie chłodna pustka, która rozlewała się w niej niczym cień rosnący wraz z zachodzącym słońcem.
Nie potrafiła nawet wskazać chwili, w której pozwoliła, by tamte koty — koty, którym ufała i którym oddała swoją lojalność — zamknęły ją na tej niewielkiej wyspie, traktując ją tak, jak gdyby była kimś obcym, kimś niegodnym nawet wysłuchania.
Przecież niczego nie zrobiła.
Ta myśl powracała do niej nieustannie, niczym echo odbijające się od ścian głębokiej jaskini. Czuła się tak, jakby nagle przestała znaczyć cokolwiek — nie tylko w oczach kotów z Klanu Nocy, które odwróciły się od niej bez wahania, lecz także w swoich własnych, ponieważ wszystkie wartości, które przez całe życie uważała za najważniejsze, zdawały się nagle tracić swoje znaczenie. A przecież zawsze przestrzegała kodeksu, zawsze starała się robić to, co słuszne, i zawsze była gotowa pomagać innym, nawet wtedy, gdy oznaczało to zmęczenie albo poświęcenie własnego czasu.
Pomagała przy odbudowie obozu, gdy powódź zabrała niemal wszystko, co znali, przenosząc gałęzie, wzmacniając legowiska i pracując bez wytchnienia obok innych kotów, które podobnie jak ona wierzyły, że wspólnym wysiłkiem można przywrócić dawny porządek. Nieraz była gotowa poświęcić własną wygodę dla dobra innych, czy to pomagając przy starszych czy łapiąc dodatkową zwierzynę.
Dlaczego więc nikt teraz o tym nie pamiętał?
Jej łapa zacisnęła się w ziemi, gdy poczuła jak gniew zaczyna narastać pod jej futrem niczym burza zbierająca się powoli nad horyzontem, lecz niemal natychmiast rozluźniła chwyt, ponieważ dobrze wiedziała, że nawet gdyby pozwoliła temu gniewowi przejąć nad sobą kontrolę, nie miałaby żadnych szans przeciwko strażnikom pilnującym wyspy.
Pozostało jej więc jedynie słuchać świata wokół siebie — szumu trawy poruszanej przez wiatr, plusku rzeki opływającej wyspę spokojnym nurtem oraz odległych odgłosów lasu, który zdawał się żyć własnym rytmem, zupełnie obojętny na los kilku kotów uwięzionych pośród wody.
Powoli rozejrzała się wokół, a jej spojrzenie najpierw spoczęło na sylwetce ojca, Rysiego Bora, którego potężna postura zdawała się teraz przygarbiona pod ciężarem sytuacji, w jakiej się znaleźli, po czym przesunęło się na Rozpromienionego Skowronka — jej brata, który zwykle emanował energią i pogodą ducha, lecz teraz siedział nieruchomo, wpatrując się gdzieś w dal z wyrazem zmęczenia i niepewności.
W końcu jej wzrok zatrzymał się na Konwaliowej Mieliźnie, jej synu, którego obecność przypominała jej najboleśniej o niesprawiedliwości tego wszystkiego, ponieważ dobrze wiedziała, że nigdy nie dopuściłby się niczego, co mogłoby zasłużyć na taki los.
Przełknęła ślinę, czując jak gardło zaciska się boleśnie, gdy w jej myślach pojawiło się pytanie, którego nie potrafiła już dłużej od siebie odsunąć — dlaczego Klan Gwiazdy nie mógł ukarać tylko jej, zamiast pozwalać, by cierpieli również ci, których kochała najbardziej?
Podniosła się powoli, biorąc głęboki oddech, podczas gdy w jej sercu zaczynała krystalizować się myśl tak bolesna, że jeszcze niedawno nie potrafiłaby jej nawet wypowiedzieć.
Klan Nocy nie był już jej domem.
Choć przez większość życia wierzyła, że każdy kot ma dobre serce, które wystarczy jedynie odnaleźć, teraz zaczynała rozumieć, że dla wielu cudze cierpienie było czymś obojętnym, a prawda ta stawała się szczególnie widoczna, gdy myślała o członkach tego rodu — o Szałwiowym Sercu, który potrafił oszukać wszystkich, o Mandarynkowej Gwieździe, choć w jej oczach nie była liderką, a jedynie tyranką, cudem dopuszczoną do władzy, oraz o Błękitnej Lagunie, który był zbyt dumny i zadufany w sobie, by przejmować się losem kilku kotów.
Westchnęła, po czym jeszcze raz spojrzała na Konwalię. Chciała w końcu z kimś porozmawiać, załagodzić ból, jaki odczuwała, przynajmniej odrobinkę. Podniosła się więc, po czym podeszła do liliowego kocura.
— Ja… — poczuła, jak coś zatyka jej gardło, odbierając mowę. Nie wiedziała, o czym chciała z nim rozmawiać i czy rozmowa była teraz odpowiednia. — Nie wiem już, co mam właściwie zrobić… — wydobyła z siebie.


<Konwalio?>

21 grudnia 2025

Od Konwaliowej Mielizny CD. Borówkowej Słodyczy

“— Proszę, obiecaj mi, że nie pozwolisz im mówić, co masz myśleć na dany temat. Że jeśli będą próbowali przekonać cię do tego, byś nie cierpiał każdego kota o takim, a nie innym kolorze futra… — Spojrzała prosto w oczy Konwalii. — … To mi to powiesz.”
Słowa jego matki od ostatnich paru dni nie opuszczały jego umysłu, jakby jego własna podświadomość nakazywała mu w końcu porozmawiać z wojowniczką po tylu księżycach jednostronnego milczenia. Milczenie i powstały przez to dystans między nim a Borówkową Słodyczą było bolesnym doświadczeniem, lecz potrzebnym, by kocur skupił się na treningach. Teraz jednak ten czas minął, a on w wieku zaledwie dziesięciu księżyców był wojownikiem, należąc do profesji, w której niemal cały klan się obracał. Wyjątkami oczywiście była liderka, medycy, ogrodnicy, starsi, piastun i kocięta wraz z uczniami, którzy byli za młodzi na to lub nie przeszli jeszcze ceremonii mianowania.
Ciężko westchnął, podnosząc się z posłania w nowym legowisku. Na szczęście udało mu się dorwać miejsce, gdzie miał idealny widok na źródełko z lawendą, której widok kołysanej przez wiatr działał kojąco na jego umysł. Nie wiedział czemu, tak się dzieje, lecz nie chciał się temu opierać, woląc czuć spokój ducha przez ten czas. Teraz jednak zbyt dużo to nie dawało, kiedy to dość mozolnym, ale i jednocześnie dostojnym krokiem podchodził do białej jak śnieg matki, która obecnie rozmawiała z jedną z córek. Konwaliowa Mielizna nie zwrócił uwagi, która to z sióstr była.
— Matko, możemy porozmawiać? — spytał, przystając od wojowniczki na długość ogona. Jego oczy krzyżowały się z tymi od starszej, w których mógł dostrzec niemałe zaskoczenie. Przecież jej własny syn w końcu po takim czasie milczenia postanowił ponownie otworzyć do niej pysk.
Liliowy zastrzygł uchem, obserwując, jak kotka kiwa głową, a następnie na dosłownie parę słów odwraca się do córki, by jak na razie zakończyć ich rozmowę i pożegnać ją dotykiem nosa w czoło. Na ten bliski gest, kocur poczuł nutę zazdrości o siostrę, co niemal objawiło się wbiciem pazurów w ziemię. Nim jednak Borówkowa Słodycz ponownie spojrzała na niebieskookiego, ten zdążył schować jedyny dowód negatywnych emocji.
— Matko, wiem, że milczał, żem przez długi czas, lecz chciałbym zmienić stan tej rzeczy — zaczął, starając się odpowiednio dobrać słowa. — Frustracja i złość po mianowaniu ogarnęła me ciało na długie księżyce, jednak z każdym dniem ustępowało to akceptacji stanu rzeczy. Mimo to nie powinienem być wtedy tak oschły wobec Ciebie. Wybacz mi to, matko.

<Matko, przebacz mi, proszę...>

02 listopada 2025

Od Borówkowej Słodyczy CD. Konwalii

Przejechała językiem po liliowym futerku w czułym, pełnym miłości geście. Jej ruchy były spokojne, niemal rytualne — takie, jakie zna każda matka, gdy próbuje ukoić niepokój swego dziecka. Delikatny zapach mleka i mchu wypełniał powietrze, a gdzieś w oddali dało się słyszeć pojedyncze, senne miauknięcie któregoś z młodszych kociąt.
Spojrzała na synka niby to zaskoczona jego pytaniem. W jej oczach błysnęło coś, co mogło uchodzić za zdumienie — lecz prawda była inna. Zaskoczenia nie było w niej ani odrobiny. Zamiast niego rozlał się żal, głęboki i cichy jak strumień płynący nocą pośród lasu. Żal, że tak młode serce potrafiło już dostrzec cień. Że zamiast zatapiać się w beztrosce, w słodyczy dziecięcych zabaw i marzeń, kociak zdążył już zauważyć coś, czego nie powinien.
Czyżby spojrzenia rzucane przez Kotewkowy Powiew i Złocistą Łapę były aż tak widoczne? Czy naprawdę tak trudno było ukryć tę gorycz, ten niechętny błysk w oczach, który rozrywał codzienność niczym cierń wbity w łapę? Niezauważalnie drgnęła, gdy pomyślała, że nawet jej dzieci dostrzegły to napięcie. W ich wieku powinny ganiać za liśćmi unoszonymi przez wiatr, nie szukać winy w cudzych spojrzeniach.
Uśmiech, który jeszcze przed chwilą rozświetlał jej pyszczek, zgasł powoli, jak płomień gaszony przez chłodny powiew. Na jego miejscu pojawił się wyraz pozbawiony emocji — maska, pod którą ukryła bezradność. Wzrok wbiła w parę kotów stojących nieopodal, rozmawiających szeptem. Ich futra lśniły w świetle zachodzącego słońca, ale w tym blasku nie było ciepła. Było w nim coś ostrego jak błysk ostrza pazura. „Opiekunowie” — pomyślała z goryczą. O ile można było ich tak nazwać. Klan Gwiazdy jeden wiedział, o czym rozmawiali.
— Uprzedzenia… — westchnęła cicho, bardziej do siebie niż do synka, choć wiedziała, że on słucha uważnie. — To automatyczne, uproszczone oceny całych grup kotów.
Przesunęła językiem za jego uchem, czując pod językiem delikatne drżenie mięśni.
— Pomagają nam szybciej „porządkować” rzeczywistość — ciągnęła łagodnie, głosem, w którym brzmiała zarówno mądrość, jak i smutek. — Ale robią to kosztem prawdy… i empatii.
Kociak poruszył się niespokojnie, jakby próbował zrozumieć sens tych słów.
— Często nie znamy konkretnego kota — dodała po chwili, spoglądając w dal, gdzie niebo powoli gasło w granacie zmierzchu. — Ale „wiemy” coś o jego grupie. I to wystarcza, by wzbudzić emocję. Niekiedy… nawet nienawiść.
Zamilkła. Gdzieś między drzewami zaszumiały liście, przynosząc z sobą chłód i zapach deszczu. Czuła, że nie potrafi ochronić swojego dziecka przed tym światem — pełnym podziałów, dawnych krzywd i nieufności. A jednak, mimo bólu, przytuliła go do siebie mocniej, jakby chciała tym jednym gestem dać mu to, czego nie potrafiły dać żadne słowa — poczucie bezpieczeństwa.
— Pamiętaj, żeby ich nie słuchać. Nie mają racji, bo zaślepia ich nienawiść. Mogą myśleć, że mają prawo do nienawiści, ale nie znają twojej siostry, nie wiedzą, jaka jest. Więc nie mają prawa jej oceniać, nie mają prawa tak na nią patrzeć.
Westchnęła krótko.
— Proszę, obiecaj mi, że nie pozwolisz im mówić, co masz myśleć na dany temat. Że jeśli będą próbowali przekonać cię do tego, byś nie cierpiał każdego kota o takim, a nie innym kolorze futra… — Spojrzała prosto w oczy Konwalii. — … To mi to powiesz.

<Konwalio?>

25 października 2025

Od Konwalii Do Borówkowej Słodyczy

Pora opadających liści przyniosła ze sobą nieco chłodniejsze temperatury, a w niektóre poranki lekkie przymrozki. Szron osadzał się na każdej roślinności, sprawiając, że ta się skrzyła w świetle porannego słońca niczym najjaśniejsze gwiazdy podczas bezchmurnych nocy, kiedy to przodkowie uważnie obserwowali swoich żyjących pobratymców. Liście już jakiś czas temu zaczęły zmieniać kolor, obecnie prezentując się w ciepłych barwach żółci, pomarańczy oraz czerwieni. Większość z nich już poddała się wiatrom, opadając na ściółkę leśną, lecz były też takie, co kurczowo trzymały się gałęzi, niczym ostatniej deski ratunku przed nieuniknionym. W tym czasie Konwalia jak dotąd beztrosko grzał się w klanowym żłobku, który już niedługo opuści — raptem parę księżyców i rozpocznie naukę jako uczeń. On jednak nadal nie wiedział, co chcę robić, lecz był pewny, że będzie się zapierać wszystkimi czterema łapami, by nie zostać w przyszłości wojownikiem. Po dowiedzeniu się o innych rolach w klanie czuł, że to właśnie któraś z nich jest mu pisana, aniżeli bezwzględna walka za pobratymców. Jasne, jak przyjdzie co do czego to stanie po ich stronie — o ile będą mieć słuszne racje — choć wcześniej i tak będzie próbować przekonać innych o pokojowym rozwiązaniu.
Liliowy pomimo młodego wieku został świadkiem jawnej dyskryminacji tylko ze względu na kolor futra. Nie podobało mu się to, jednak jako kociak nie miał żadnego głosu przebicia w porównaniu do Kotewkowego Powiewu czy Złocistej Łapy. Konwalia większość czasu przyglądał się im, próbując zrozumieć, co nimi kierują, że traktują Korzonek, jakby była gorsza od innych, od nich samych czy też nawet od rodzeństwa. Kocur chciał zgłębić tę wiedzę, mechanizm relacji, który sam go wabił i przyciągał do siebie niczym syreni śpiew żeglarzy. Oprócz piastunki i jej ucznia w żłobku przebywała Borówkowa Słodycz, która opiekowała się swoim potomstwem, ucząc tolerancji oraz akceptacji. Zdarzało się, że zjawiał się Tojadowa Kryza, lecz po zaginięciu Lulkowego Ziela, kocurek odnosił wrażenie, że coś nieco ciąży jego ojcu na sercu i nie daje spokoju. Nie pytał jednak o to, w końcu był tylko małym kocięciem, które nawet nie poznało świata poza żłobkiem, a co dopiero obozem, także co on mógł doradzić tak doświadczonemu wojownikowi.
Kotewkowy Powiew tłumaczyła coś Złocistej Łapie, a w tym czasie biała kotka doglądała swoich małych pociech, które razem się bawiły. No z wyjątkiem Konwalii, który tym razem nie dał się wciągnąć do zabawy, zostając jedynie biernym obserwatorem, widzem, jak jego siostry rywalizują, walczą ze sobą. Oczywiście nie było to nic groźnego, ot co naśladowanie dorosłych i doświadczonych kotów, by jako uczeń może wykazać się niewielką kocięcą wiedzą, bądź samymi chęciami do działania i treningów przed mentorem.
— Mamo, czemu Kotewkowy Powiew i Złocista Łapa są tak oschli dla Korzonek? — spytał nagle, przenosząc swoje niebieskie ślepia z sióstr na wojowniczkę. Ta z łagodnością w oczach obserwowała przez chwilę syna, aby następnie lekko się uśmiechnąć i dosięgnąć, by ten znalazł się między jej łapami. Już po chwili na swojej liliowej sierści poczuł szorstki język matki, która rozpoczęła jego kąpiel. — Mamo… — jęknął kocur, nalegając w ten sposób, by Borówka udzieliła mu odpowiedzi.

<Borówkowa Słodycz?>