BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Algowa Struga x Skrzelowy Szept. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Algowa Struga x Skrzelowy Szept. Pokaż wszystkie posty

13 sierpnia 2024

Od Algowej Łapy (Algowej Strugi) CD. Skrzelego Szeptu

Mój pysk stopniowo nabierał coraz bardziej zmartwionego wyrazu. Rozmowa ze Skrzelikiem nie szła ani trochę tak, jak myślałam, że by mogła pójść! Co ja mam teraz zrobić? Tak naprawdę to sama nie jestem przekonana co do niektórych wierzeń Klanu Nocy, nawet jeśli nikomu o tym nigdy nie mówiłam. W końcu, jeśli wierzyć historiom starszych, które snuli czasem, gdy wymianiałam im mech, te legendy zaczęły się zresztą dosyć niedawno. Sama od zawsze bardzo lubiłam uwagę i komplementy, które zapewniał mi mój tytuł, jednak pomału chyba zaczynałam zauważać, że moje szczęście i dobrobyt karmią się żałością innych. Czy było to tego warte? Nie odpowiedziawszy od razu, chciałam najpierw przyjacielsko poklepać Skrzelika łapą czy ogonem, ale nagle w ostatniej chwili wydało mi się to zbyt dziecinnym gestem, jak na wagę problemu. Przysunęłam się jednak i tak bliżej, monitorując przy tym las wokół, upewniając się, że nikt nas nie podglądał.
— Wiesz co... inne klany nie mają takich dziwnych historyjek — zaczęłam powoli. — A i spora część kotów u nas w to nie wierzy do końca... Właśnie! Zastępca Klanu Klifu wygląda na brązowego, i co? Tyle księżyców nim jest i nikt najwyraźniej nie narzeka na jego niekompetencję o ile mi wiadomo!
Mój entuzjazm chyba znowu był nie na miejscu, toteż ponownie musiałam zmienić ton i troszkę się uspokoić. Jejku, ale ja byłam w to beznadziejna!
— Ah, no już... Nie mogę nawet postawić się w twojej skórze, bo nie wiem jak to jest, ale nie myślę, żebyś był złym wojownikiem ani nic.. Ciocia Gąska ci nagadała? Mi też to czasem robi. Czy może była to Mandarynka? Nią się nie przejmuj, ona tylko ma gadane, a jak co do czego tu buu, nie umie się bić ani nic. Tyle z tej przewagi czarno-białych w jej przypadku.
Wzrok kocurka jakby złagodniał. Ponownie zabrał głos.
— Jesteś dobrą przyjaciółką Algowa Łapo. Dziękuję.
Delikatny uśmiech zatańczył mu pod nosem, kiedy ponownie spojrzał na taflę wody. Kompletnie zignorował jednak moje pytanie, ma co lekko nadęłam policzki. 
— Nie chcesz o tym gadać? — Postanowiłam zacząć, żeby zachęcić go do odpowiedzi.
Nic takiego naprawdę się nie działo, czy znowu nie chciał być problemem, skarżąc się mi? Nie chciał, żeby księżniczka poróżniła się z jej bliskimi, tylko i wyłącznie ze względu na jakiegoś tam niższego czekoladowego? A może myślał, że za to wszystko, to on by poniósł konsekwencje? Może nawet oskarżyliby go o zdradę? Podżeganie do buntu? Brzmiało to jak coś w stylu Mandarynkowej Łapy... 
— Hej, nie musisz traktować mnie jak kociaka...
Wpatrywałam się w ucznia, próbując doszukać się odpowiedzi w jego ekspresji. 
— Chciałbym Cię zobaczyć jako lidera. Myślę, że będziesz świetna — powiedział nagle.
Kompletnie i ewidentnie zaniemówiłam, co Skrzelik uznał za dobrą okazję, by kontynuować myśl cichym, melancholijnym głosem.
— Myślę, że mogę nie być w stanie zobaczyć tego na własne oczy.
H-halo? O czym ten Skrzelikowa Łapa w ogóle mówił! Zerwałam się gwałtownie na równe łapy, prawie przy tym wywracając swoje długie ciałko na śliskiej powierzchni, gdy zaplątały mi się łapy. 
— Dzię-dziękuję, ale..! Co masz na myśli, nie zobaczyć?! Aż taki stary nie jesteś... Ah. 
Urwałam i zwiesiłam znowu głowę. No tak, problem Klanu Nocy. Czy naprawdę było aż tak źle teraz? "Oczywiście, że było aż tak źle, głupia Algo, myślisz, że czemu twoja siostra uciekła?" przypomniałam sobie, nagle znowu zła. 
— No, ahaha, babcia raczej by mnie nie dała na zastępczynię, za bardzo jestem niezdarna jeszcze... — mruknęłam wymijająco, zamiast jeszcze dzielić się z biednym kotem wewnętrzną burzą, jaką teraz przeżywałam. — Może wyrosnę z tego... Za to jeśli Gąska zostanie przywódczynią, to nigdy przenigdy mnie nie wybierze, bo się nie lubimy! Na pewno zostanie nią Mandarynka, co byłoby tragiczne. Skrzelikowa Łapo.. czy możemy coś z tym zrobić? Jeśli mam żyć w klanie pod moją okropną ciocią i siostrą, to już chyba wolę żyć w rzece, jak ten okoń. No i chyba nie tylko ja tak uważam...
Zaczęłam mazać łapką w miejscu gdzie woda spotykała ziemię, robiąc różne tunele i zagłębienia. Myślałam intensywnie, no bo co mogłam zrobić?
Skrzelik mruknął niezobowiązująco. Przez chwilę znowu siedzieliśmy w kompletnej ciszy. Z pobliskich szuwar zaczęło pobrzmiewać parę rechoczących żab, które na zmianę przekrzykiwały się wzajemnie.
— Nie poddawaj się tak szybko. Nie wiemy co będzie. Ja tylko… chciałem ci tylko dać znać, że wierzę w twoje możliwości. Więc nie daj nikomu sobie powiedzieć, że jesteś niedostateczna, okej? 
Powiedziawszy to zarumienił się się lekko, widocznie zawstydzając się samemu swoją nagłą śmiałością. Wyglądał jednak na szczęśliwego. To prawda, że zazwyczaj się jąkał, ale ostatnio wydaje mi się, że udawało mu się nawet wypadać przyzwoiciej. Dobrze, może teraz w końcu postawi się składowi dręczycieli, jeśli zajdzie taka potrzeba. Będę go w tym wspierać.
— Nie mam pojęcia co moglibyśmy zrobić, ale myślę, że to co jest ze mną nie tak… z pewnością nikomu nie służy. 
Kocurek zawahał się, jakby nie będąc pewnym czy to co miał zamiar powiedzieć było na pewno bezpieczne do wymówienia na głos w mojej obecności.
— N-nie jestem pewien czy dla dobra klanu nie lepiej byłoby gdybym odszedł.
Bezdenny smutek wydzierał mu z oczu gdy patrzył w moją stronę. Desperacka chęć zrozumienia oraz poczucie zagubienia były łatwo dostrzegalne na jego twarzy... Mi też było bardzo smutno, ale naprawdę nie wiedziałam, co powinnam powiedzieć. Opadła mi szczęka. Dosłownie i w przenośni. Po chwili kot westchnął, pokręcił głową i wstając rozciągnął grzbiet.
— Chyba powinniśmy zdobyć jeszcze parę sztuk zdobyczy prawda? Dzisiejszy dzień był mało obfity.
 Co to miało znaczyć! Nie dałam się nawet podpuścić na zmianę tematu, a było to coś, co bardzo lubiłam robić. Najbardziej niepokoiła mnie przedostatnia część wypowiedzi, więc kiedy w końcu wrócił mi głos, to o nią zapytałam.
— A- Czy- Ty.. Chwila, co? Nie? Nie! Nieprawda. — Pacnęłam go szybko łapą w czoło. — Przynosisz jedzenie jak każdy inny. Jeśli coś ci dolega, sprobuj udać się do medyka. Raczej będą mieli na to lekarstwo — przystopowałam na chwilę. — Też nie możesz nikomu sobie powiedzieć, że jesteś niedostateczny! Twoje siostry i tato by byli smutni gdybyś odszedł, ja też...
Zaczęłam kopać lekko łapą, nie wiedząc, co powinnam zrobić. Jeśli teraz wszyscy znowu zaczną odchodzić z Klanu Nocy, na wzór jej siostry i cioci... to co? Poszłabym razem z nimi? Kłóciłabym się? Nie znałam odpowiedzi na to pytanie. 
— ...Może jakąś myszkę... — odpowiedziałam w końcu, przystając na zmianę tematu. Reszta polowania minęła nam w nieco niezręcznej ciszy.

***
Mianowanie! Mianowanie! Ostatnio Pchli Nos coraz częściej dawał mi do zrozumienia różnymi aluzjami, że zbliża się coraz szybciej czas mojej ceremonii. Widywałam go rzadziej, więcej czasu poświęcając samotnym lub mniej samotnym polowaniam albo chodzeniem na patrole. Każdy widział, że nie odstawałam ani trochę od wojowników z którymi rywalizowałam o liczbę piszczek, ba, niektórych nawet prześcigając. Tak więc faktycznie, w końcu nadszedł upragniony dzień, a raczej miał właśnie nadejść po tej nocy, i tak samo jak parę księżyców temu, gdy oczekiwałam mianowania na ucznia, tak i teraz nie mogłam usiedzieć spokojnie. No, wygląda na to, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Znowu też wieczorem zostałam ofukana przez jakiegoś ucznia, że mam siedzieć cicho. Hm, niech będą zazdrośni, bo od teraz będę spać z dużymi rybami! Znaczy, kotami! Nie mogę się doczekać wspólnych polowań, własnych uczniów... Pisnęłam aż znowu z eksytacją. Może nawet dostanę jakiś własny ślub! Tylko musiałabym mieć jakiegoś partnera... ale no nie wiem, kocury były troszkę ble. Chociaż może nie tak, że ble, lubiłam z nimi bardzo przebywać i się bawić i w ogóle! Ale nie mogłam sobie jakoś wyobrazić związku z jednym.. może z tego wyrosnę? Może muszę spotkać tego jedynego? Spytam się taty następnym razem, gdy go zobaczę. Za to związek z kotką.. hm. Może! Tylko gdzie znaleźć dobrego kota w ogóle! Ah, hm, no nie wiem, faktycznie najlepiej będzie zapytać kogoś, kto tego partnera miał, o radę. Rozmyślając o kwiecistych wiankach i zielonych żabach w końcu zamknęły mi się powieki.

***
Tej nocy śniło mi się czarne jak nocne niebo futro mamy. Poczułam, jakby jej zapach wchodził mi do nosa, jakby była właśnie tu, obok mnie, stare wspomnienie na chwilę powracające do żywych. Śnieżnobiała szyja odsłoniona, podczas gdy kotka próbowała czule objąć mnie swoją obecnością, która jednak nie była materialna. Mimo tego czułam ją, z niepokojem jakby próbowała mi coś powiedzieć, dotrzeć do mojego serca. Obudziłam się z dziwnym uczuciem w klatce piersiowej. Póki co jednak moje uszy wychwyciły donośny głos przywódczyni, odrzuciłam więc wszystko inne na bok i pognałam z zapałem na środek obozu, ledwo hamując na czas, by nie przywalić w samo drzewo. Usiadłam grzecznie i wielkimi, błyszczącymi oczami spojrzałam się na babcię. Pośród innych kotów wychwyciłam Mandarynkę, która najwyraźniej też miała być dzisiaj mianowana.
— Ja, Srocza Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną wojowniczkę. Algowa Łapo, moja wnuczko, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan, nawet za cenę życia?
— Przysięgam — powiedziałam, wpatrując się w oczy przywódczyni. Chcę, żeby każdy był ze mnie dumny. Chcę, żeby wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Chcę być dobrym wojownikiem, najlepszym wojownikiem w Klanie Nocy.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Algowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Algowa Struga. Klan Gwiazdy ceni twój wigor i dobroć, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy.

***
Nocne czuwanie przebiegło pomyślnie! Nie odezwałam się ani słowem do siostry, jednak ona do mnie też nie (znaczy, tak jak powinna, w końcu tak właśnie miało być), siedzieliśmy sobie więc w przyjemnej ciszy na nocnym powietrzu, a ja miałam okazję pomyśleć nad swoją przyszłością. Byłam wojownikiem... Algową Strugą, prędką i śliską, nieustępliwą. Czy faktycznie zostanę kiedyś liderem? Nie myślałam o tym, od kiedy pokłóciłam się z częścią rodziny, ale kiedy byłam mała marzyłam zawsze o tej pozycji. Spojrzałam ukradkiem na Mandarynkowe Pióro. Czy byłabym gotowa z nią walczyć o tytuł? Czy może zamiast niej Nimfa miałaby szansę zostać przywódczynią w przyszłości? O to bym się na pewno nie kłóciła. Jeśli jednak chodzi o moją srebrną siostrę.. nie, jednak myślę, że wyzwałabym ją na pojedynek albo coś podobnego. Może nie mam racji, w końcu nie wiem wszystkiego, ale w takim razie niech lepszy wygra! Z ciocią Gąską też bym się pobiła, myślę, że mam szansę nie przegrać. A może powinnam udawać milutką przed ciocią, zostać zastępcą, a potem, po wielu księżycach, przywódcą? ..Za dużo czekania, nie dam rady, zresztą reszta kotów też nie. Ale co mam robić, nie będę przecież nikogo zabijać! Pogadankę? Rebelię? ...
Pierwszym kotem, który przyszedł do nas o świcie była sama Srocza Gwiazda. Pozwoliła sobie polizać nas obie po łebku, wychwalając za dobrą robotę.
— Jestem z was dumna, moje małe wojowniczki. Dałyście radę ukończyć trening nawet szybciej, niż myślałam.
— Oczywiście! Nie mogłoby być inaczej — odezwała się z przejęciem Mandarynkowe Pióro. Zaraz jednak poprawiła swój ton. — Nie zawiodę naszego klanu i rodziny.
— Nie zawiedziemy — podsunęłam, patrząc troszkę krzywo na siostrę, bo co do niej miałam wątpliwości. Płotkową Łapę już zdążyła zawieść. Uśmiechnęłam się jednak mimowolnie, gdy zwróciłam się z powrotem do babci. Postanowiłam oszczędzić Mandarynce wywodu o nie zawiedzeniu jeszcze brązowych kotów, w końcu to by nic nie dało. Zamieniłyśmy jeszcze parę zdań ze starszą już kocicą, bardzo kulturalnie i cywilizowanie, mimo łączących nas różnic, jeśli mogę dodać, i każda rozeszła się w swoją stronę. Ja w kierunku legowiska wojowników, gdzie po chwili moje oczy wypatrzyły w tłumie Skrzelowy Szept. Kiwnęłam mu głową na powitanie i po chwili obydwoje siedzieliśmy na skraju obozu. Promienie słońca dopiero co zaczynały wkraczać na wysepkę, było więc jeszcze wciąż szarawo na dworze. 
— Dzień dobry, Algowa Strugo, gratuluję nowego imienia — zaczął uprzejmie Skrzelik. 
— Aj tam! Strasznie oficjalne one są, możemy do siebie pierwszym członem chyba mówić. Jeju, strasznie mi się spać chce teraz, ale wytrzymam jakoś. Śniła mi się mama wcześniej, nie pamiętam co dokładnie... Ale no, dogoniłam ciebie, nie wierzę, że teraz w końcu będę spać razem z wszystkimi wojownikami, Piórkolotek, twoje siostry, mój tato, ciocia Pianka... — zaczęłam wyliczać. — Pchli Nos też! I Nenufarka, lubię z nią czasem pogadać na patrolu. Z Piórkolotkiem dawno nie gadałam, chyba jest nadal jakiś taki smutny.. może go spróbujemy rozruszać potem? Albo pójdziemy na wspólne łowy z Karaś, taki ładny dzień się zapowiada?
Spojrzałam wyczekująco na kocura, wsłuchując się w poranny śpiew ptaków i szum wody. Próbowałam zadośćuczynić jakoś ostatnią rozmowę, może tym razem uda mi się podnieść go na duchu. Wszystko się jakoś w końcu ułoży, będziemy mieli miłe popołudnie, słonko będzie świeciło, a woda przyjemnie obmywała z wysiłku nasze łapy, gdy postanowimy wziąć przerwę na brzegu po udanym polowaniu. A jeśli ktoś spróbuje nam przeszkodzić, to zagryzę go własną parą szczęk, bez litości, i zakopię na plaży.
<Skrzelik?>
[2064 słowa]
[przyznano 41%]

31 lipca 2024

Od Skrzelikowej Łapy (Skrzelowego Szeptu) CD. Algowej Łapa

 Utrata właśnie złowionej ryby mocno przygnębiła Algową Łapę. Skrzelik natomiast nadal zadziwiony całą tą nową metodą, nie był pewien co dalej zrobić. Nigdy nie słyszał o łapaniu ryb na robaka! Jakie to było sprytne! Ale właściwie nie było czemu się dziwić. W końcu to księżniczka! Kotka zalana od czubków uszu, aż po koniuszek ogona, zimną rzeczną wodą, kichnęła.
— Nn-a zdrowie!
Algowa Łapa spojrzała na niego i uśmiechnęła się swoim złocistym uśmiechem. Kocurek zawsze z zachwytem obserwował, jak małe wręcz promyki słońca tryskały z jej oczu. Tak bardzo chciał być jej przyjacielem! Kotka zdawała się wiecznie szczęśliwa i taka waleczna! Zdecydowanie lepszy materiał na wojownika niż on kiedykolwiek zdoła się stać. Był pewien, że w przyszłości to właśnie ona zostanie Liderem. Tak strasznie chciał być tego świadkiem!
Jednak od jakiegoś czasu zaczął zdawać sobie sprawę z wagi nieprzychylnych spojrzeń w klanie. Szczególnie podejrzliwie przypatrywała mu się Mandarynkowa Łapa, siostra Algowej Łapy, a co za tym idzie wnuczka Sroczej Gwiazdy. Liderka również najwyraźniej za nim nie przepadała. Zresztą czym tu się widzieć. Przychylne koty był w stanie policzyć na pazurach jednej łapy… i to tylnej. Niezależnie co zrobił, czym się wykazał lub jak się przysłużył, zawsze było coś nie tak. Ciche szepty i nieprzyjazne pomruki, prześladowały go na każdym kroku.
— No nic! Musimy… — w tym momencie urwała
— Algowa Łapo? Co musimy? — spytał zaniepokojony milczeniem kotki
— Ciiii! Spójrz pod łapy!
Czekoladowy kocurek rzeczywiście spuścił wzrok i od razu rzuciła mu się w oczy, jeszcze jedna, tłusta gąsienica. Z westchnięciem pełnym zachwytu, schwytał ją szybko delikatnie między kły, a następnie z dumą spojrzał na Księżniczkę.
— Mhamy jom — wymruczał przez zęby.
— Ostrożnie! Daj ją tutaj. Nie ma czasu do stracenia!
Skrzelik podskoczył bliżej niej z zadartym do góry ze szczęścia ogonem. Następnie Algowa Łapa, kierując jego ruchami, pomogła nabić dżdżownicę na cierń robinii. Gałązka idealna do tego zadania, szybko znalazła się z powrotem w wodzie. Używając tej samej krwi co wcześniej, zastawili pułapkę, a następnie w oczekiwaniu przyczaili się na brzegu.
Jakie to było ekscytujące! Kocurek od dawna już nie był tak podekscytowany. A ten sposób? Absolutnie genialny. Spojrzał kątem oka na towarzyszkę, która wręcz pochylała się z niecierpliwości nad gałązką. Skrzelik delikatnie pacnął ją łapą po grzbiecie.
— Musi-sz się tro-torchę cofnąć. Rzucasz cień na wo-dę. Ryby to zauważą.

Pamiętał, jak Krzycząca Makrela uczył go tego. Był wtedy zaskakująco słoneczny dzień i Skrzelikowa Łapa siedział w ten sam niecierpliwy sposób, próbując skoczyć, na przepływając obok rybę. Czas mijał, a żadna nawet płotka nie przyplątała się na tyle blisko, żeby rzeczywiście nawet próbować ataku
— Tato co robię źle? Nie widzę ryb…
Starszy kocur roześmiał się i łagodnym, ale pouczającym tonem powiedział— Skrzeliku. Żadna rozsądna ryba nie podpłynie w koci cień. Musisz cofnąć się nieco.
I rzeczywiście! Kiedy zastosował radę ojca i wycofał nieco, pierwsza ryba przypłynęła niedługo potem. Kocurek nabrał rozpędu do skoku, ale kiedy wystrzelił, skończył jedynie z pyskiem w mule rzecznym. Krzycząca Makrela śmiał się do rozpuku, ocierając łzy rozbawienia.
— Musisz poczekać, aż rzeczywiście nadpłynie jakaś ryba, wiesz?
Wtedy nie do końca rozumiał, co miał na myśli jego mentor. Przecież skoczył na rybę! Po prostu mu się wyślizgnęła. Jednak z perspektywy czasu zaczął w to wątpić. To było kompletnie jak ta sytuacja ze szczupakiem!

— Skrzelikowa Łapo! Skacz!
Z zamyślenia wyrwał go jasny głos księżniczki i działając instynktownie, wykonał polecenie. Śliska łuska ryby prześlizgnęła mu się po łapię, ale zaraz umknęła w górę strumienia. Kocurek, będąc zdeterminowanym, żeby również tym razem polowanie było sukcesem, ruszył za nią w pościg. Przewalając się po drodze dwa razy, rzeczywiście dopadł zdobycz i wyrwał ją z wody. Biedna trzepotała chwilę bezradnie jednak była to już przegrana sprawa. Czekoladowy wyskoczył na brzeg, otrzepując nadmiar wody.
— M-mamy ją!

***

Powoli zapadał wieczór, kiedy Skrzelik jak zwykle, niczym cień wsunął się do obozu. Ułożył ostrożnie upolowaną mysz na stosie i zaraz czmychnął do legowiska uczniów. Kiedy wszedł, spoczęło na nim nieprzyjemne spojrzenie Mandarykowej Łapy oraz nieco bardziej neutralne, wręcz obojętne spojrzenie Bursztynowej Łapy. Aż zrobił krok w tył, wciskając ogon bliżej pod siebie. Nie najlepiej dogadywał się z siostrą Algi, jeżeli można tak rzec. Szczerze mówiąc, kotka go przerażała i na co dzień unikał jej jak ognia. To też przygwożdżony jej nieprzychylnym spojrzeniem, czmychnął czym prędzej z powrotem na zewnątrz. Klan powoli szykował się do snu. Czekoladowy kocurek nie był pewien co ze sobą zrobić tak naprawdę. Bał się wychodzić poza obóz po ostatniej przygodzie z lisami. Ale wracanie do legowiska i mierzenie się z przerażającą księżniczką brzmiało równie zniechęcająco. Postanowił przycupnąć w pobliżu legowiska Lidera. W ten sposób był chroniony grubym pniem, gdyby Mandarynka z jakiegoś powodu miałaby wylecieć z legowiska i skoczyć na niego. Nie brzmiało to, jak coś prawdopodobnego, ale lepiej nie ryzykować.
— Srocza Gwiazdo? Mogę na chwilę?
Do jego uszu dobiegł wygłuszony drewnem, głos ojca. Zaciekawiony, przyczołgał się nieco bliżej i nadstawił uszu.
— Wiem, że Skrzelikowa Łapa jest jednym z najgorszych uczniów, ale zawsze był bardzo lojalny wobec klanu. Nauczyłem go wszystkiego, co umiałem.
Srocza Gwiazda coś odpowiedziała, ale było to zbyt cicho, żeby cokolwiek zrozumieć.
— Tak… zdaję sobie z tego sprawę. Jest naprawdę niezdarny, ale ma wielkie serce i bardzo się stara. Naprawdę myślę, że zasłużył na miano wojownika.
Kocurek zamarł z niedowierzania. Czy to możliwe? Czy rozmawiali o jego mianowaniu? Mały promyk nadziei, zabłysł w jego wnętrzu. Jego marzenie miało się spełnić, prawda? Bo dlaczego Liderka miałaby się na to nie zgodzić? W tym momencie w jego myśli wepchnęła się nieproszona pewna wątpliwość. Srocza Gwiazda nie przepadała za czekoladowymi kotami prawda? Była dość subtelna w swojej niechęci, ale nadal było to można odczuć. Czy kolor jego futra był dostatecznym powodem, żeby nie mianować go na wojownika?
Srocza Gwiazda znów coś odpowiedziała, ale i tym razem Skrzelik nie dał rady usłyszeć co dokładnie. Głos Krzyczącej Makreli jak zawsze donośny przebijał się przez grube drewno legowiska, ale Liderka mówiąca zdecydowanie cichszym, spokojniejszym głosem pozostawała niemożliwa do wysłyszenia.
— Dobrze. Dziękuję Srocza Gwiazdo!
To była ostatnia rzecz, którą kocurek usłyszał tej nocy. Zamyślony i pełen nadziei, przewracał się resztę pory snu z boku na bok. W pewnym momencie dostał nawet pacnięcie łapą w nos od Algi mówiące mu, że ma przestać się wiercić. Jednak rzadko u niego spotykana energia, zżerała go od środka. Czy to rzeczywiście miało się zdarzyć? Och jak bardzo o tym marzył! Od dnia mianowania Karasiowej Ławicy z utęsknieniem wypatrywał swojej szansy. I myślał, że naprawdę ostatnio świetnie sobie poradził! Przecież nie każdy mógł uciec przed trzema goniącymi go lisami prawda? Chyba że ich tam wcale nie było...? Teraz Skrzelik nie był już pewien. Gdyby ktoś go wtedy zapytał, mógłby przysiąc na swój ogon, ale teraz… Zaczął zauważać, że czasem widzi rzeczy, które inne koty nie widzą. A prawdopodobnie lepiej to ujmując, rzeczy których po prostu nie było. Przerażało go to. Zimny dreszcz przebiegł mu po plecach. Zwinął się w ciaśniejszą kulkę i zaciskając mocno oczy, próbował z całą determinacją zasnąć.
Nie minęło jednak wiele czasu kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły przekradać się przez gałązki legowiska. Skrzelikowa Łapa wstał z ociąganiem i wyszedł przed wejście. Wyciągnął dokładnie grzbiet, ziewając i zaspanymi oczami wodził po obozie. Koty powoli zaczynały krzątać się wokół codziennych zajęć. Z legowiska wojowników, nadal lekko nieprzytomnym krokiem, wyszła Karasiowa Ławica. Kocurek zamruczał wręcz z radości i szybko zbliżył się do siostry. Ocierając jej bok swoim bokiem, miauknął na powitanie.
— Dzień dobry!
Kotka wyraźnie zaskoczona tak otwartym pokazem uczuć ze strony brata patrzyła na niego z niemałym zdumieniem. Kocurek zazwyczaj niespokojny, zawsze przyciśnięty do ziemi, stał teraz dumnie z uniesionym ogonem.
— Wymienimy się językami? Dawno tego nie robiliśmy prawda?
Karasiowa Ławica otworzyła oczy jeszcze szerzej. Czy to naprawdę był Skrzelik? Kocurek prawie zawsze uciekał z obozu, kiedy tylko zauważył chęć rodziny do dzielenia się z nim językami. Jednak podekscytowany kocurek w ogóle nie zauważył zdezorientowania, jakie spowodował. Nadal nabuzowany nadzieją, prawie skakał z radości. Czuł, jakby oblazły go mrówki i łaskotały go aż do rozpuku jelit.
W tym momencie z Legowiska wyszła Srocza Gwiazda. Omiotła wzrokiem wszystkie znajdujące się w obozie koty. Wróciła do kocurka i przygwoździła go swoim doniosłym, nieco wyrachowanym spojrzeniem. Skrzelik zamarł z niedowierzania. Czy to już? Czy to naprawdę się działo?
— Skrzelikowa Łapo, podejdź tutaj - jej mocny głos brzmiał jak grzmot w uszach kocurka. To naprawdę się działo! Oszołomiony, na chwiejnych z emocji łapach podszedł w kierunku Liderki. Ta spojrzała na niego przenikliwym wzrokiem, jakby szukając czegoś. Zdawało się, że dostrzegła to czego szukała, bo pod jej wąsem zatańczył delikatny uśmiech.
— Ja, Srocza Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. — przystanęła jakby w zamyśleniu — Skrzelikowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— P-przysięgam — zająknął się, dosłownie drżąc z ekscytacji.
Przez chwilę panowała dość niewygodna cisza, jednak w końcu Liderka westchnęła lekko i kontynuowała ceremonię.
—Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Skrzelikowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Skrzelowy Szept. Klan Gwiazdy ceni twój… twoją lojalność i oddanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy.

***

— Księżniczko? Myślałaś kiedyś, skąd pochodzi rzeka? — głos Skrzelika chodź cichy, był zaskakująco spokojny. Siedział nieruchomo, wpatrując się swoimi szerokimi oczami w taflę wody. Powietrze, w dusznym zawieszeniu przed burzą, było ciężkie do oddechu, tak że oba koty tego dnia, ledwo nadążały za zwinnymi myszami.
Młoda kotka zastrzygła uchem, próbując zastanowić się nad zadanym pytaniem.
— Że z jakiegoś źródła? Nie, ale jeśli chcesz usłyszeć ciekawostkę, to jak byłam mała, nie wiedziałam, że ten odgłos szumu, który często słychać w obozie, pochodził właśnie od niej. Wyobrażasz sobie? Głupiutkie, no ale niby skąd mogłam wiedzieć — Zorientowała się w pewnym momencie paplaniny, że za daleko zboczyła myślami z torów, więc postanowiła to szybko poprawić. — Rzeka, rzeka... A co, ty wiesz skąd?
Zamyślił się i nie odpowiadał przez chwilę.
— Wszystko ma swoje źródło. Deszcz pada z chmur. Chmury wstają rano z pól...
Znów ucichł. Coś ewidentnie kłębiło się w jego myślach. Jakiś ciężar osiadł mu na grzbiecie i wyginał pod swoim ciężarem. Oczy Skrzelika wyglądały na zmęczone.
— Kiedy pierwszy raz usłyszałem, skąd się biorą koty... b-byłem szczęśliwy! Szyszkowy Zagajnik opowiadał mi tą historię głoszoną przez Sroczą Gwiazdę, o czarnych kotach z nocnego nieba. O rudych kotach, których futro p-płonie jak słońce, od którego pochodzą. Nigdy nie brzmiał jakby rzeczywiście w to wszystko wierzył. 
Zmarszczył brwi i spuścił głowę. Po chwili uniósł spojrzenie ponownie. Jego duże zielone oczy wpatrywały się w kotkę na wylot.
— Potem, opowiedział mi kotach czekoladowych... O tym, że zrodziły się z mułu i błota. Pomyślałem wtedy... pomyślałem, że to kompletnie do bani... że nigdy nie będę naprawdę dobrym wojownikiem, bo wylazłem z b-błota. Że zawsze wszystko będę brudził i niszczył. Że jest coś ze mną nie tak... — jego głos drżał.
— Nie wiem, co ja tu robię Algo...

<Algo? Skąd pochodzi rzeka?>

(Liczba słów: 1762 + nauka łowienia ryb)

[przyznano 35% + 5%]


09 lipca 2024

Od Algowej Łapy CD. Skrzelikowej Łapy

Na widok wielce zaskoczonej miny Skrzelika mimowolnie roześmiałam się z lekkim sercem. 
— Co robię? Czekam na Porę Nowych Liści... — odparłam rozbawiona. — Jejku, nie wystraszyłam ciebie za bardzo? Przepraszam!
Posłałam kocurowi tylko troszkę skruszone spojrzenie, ale pomogłam mu szybko wydostać się z wody, popychając go w bok głową. Po wyjściu na brzeg przyjrzałam mu się dobrze, hm, wyglądał dosyć mizernie, a do tego taki mokry... Troszkę zabawne, ale troszkę też zrobiło mi się go żal. Poczułam ukłucie niepokoju, widząc jego stan, jednak szybko odsunęłam je gdzieś do tyłu głowy. Hm, jak my go teraz wysuszymy? 
— Nie... Gdzie jest Pchli Nos? — zapytał niepewnie. 
— Aha, dobre pytanie! — Poruszyłam wąsikami, próbując sobie przypomnieć. Mózgu, działaj, przydaj się na coś dzisiaj! — Hm... A.. No tak! Kazał mi dzisiaj coś upolować i przynieść samej! Znaczy, to nie tak, że jest daleko w obozie, ani nic. Jest niedaleko, chyba... Chyba, że już poszedł? Nie powinien.
— Aha...
— Ostatnio udało mi się upolować parę piszczek gdy byliśmy razem. Jednak wojownik powinien umieć polować sam! Ale... No, jedyne co znalazłam póki co, to ciebie. 
Skrzelikowa Łapa otrzepał się z wody. Pod wpływem nagłego natchnienia zerwałam trochę mchu, który rosnął na korze (i był w większości suchy) i podałam mu go do wytarcia się, co (niemal) ochoczo zrobił. Wymijając go podeszłam do lekko wzburzonej rzeki. Miałam za sobą już jako taki trening łowienia ryb... Technika mojego mentora była jednak troszkę dziwna, w końcu nie mógł polegać na słuchu, żeby sprawdzić gdzie chlupocze woda. W wypadku ryb nie można było również ich wywęszyć. Pozostawał wzrok i dotyk, długie wpatrywanie się w tafle i wyczuwanie wąsikami wibracji wody. Nie udało mi się jak dotąd złapać żadnej ryby, miałam jednak opanowaną teorię i umiałam ich szukać. Raz było blisko! Ale ta okropnie zdradliwa istota ostatecznie prześlizgnęła mi się między łapami. Spróbowałam zbliżyć pysk do tafli, oglądając całą powierzchnię rzeki, jednak... nic. Uh, Algo, skup się! Kluczem do złapania ryby jest cierpliwość. Nawet bardziej niż zazwyczaj było mi ciężko się nie rozproszyć, wciąż w głowie miałam ostatnie wydarzenia z obozu... Byłam wtedy razem z Pchlim Nosem i paroma innymi kotami na patrolu granic, właśnie z niego wracaliśmy. Wyczuwając niebezpieczeństwo w obozie mentor rozkazał mi pod żadnym pozorem nie wchodzić do środka, zamiast tego sam tam wbiegł. Zostałam przed wejściem, sama... Bardzo się bałam o to, co mogło dziać się wewnątrz, zapach krwi, strachu, a do tego przeróżne syki, krzyki i piski. W końcu wszystko ucichło. Nie mogłam już dłużej czekać, mimo mojego szacunku dla mentora, weszłam sama w końcu ostrożnie do środka. Wszystkie mięśnie drżały mi w niepokoju, a scena przed moimi oczyma była.. no, nie było mi dane widzieć w życiu jeszcze nic chociaż trochę podobnego. Nikt nie zwrócił nawet na mnie uwagi, koty sprawdzały się wzajemnie, czy pchały do medyka, zgodnie odsuwając się jak najdalej od trzech ciał leżących na ziemi. Wszedzie widać było ślady krwi i wyrwane kępki sierści, świadczące o zaistniałej walce. Ostrożnie podeszłam bliżej, jednak pisnęłam wystraszona, kiedy jeden z wojowników minął mnie przy wejściu. Zaraz potem jednak znowu przeniosłam wzrok na leżące nieopodał ciało, należące do Błotnistej Plamy. Nie zdążyłam się nawet dobrze przyjrzeć, odskakując jak oparzona pod wpływem tego, co ujrzałam. Wyraz pyska kotki był zupełnie różny od tego, gdy ktoś spał... Nie tak to sobie wyobrażałam, czy naprawdę śmierć wyglądała tak strasznie? Czy mama też tak wyglądała, gdy umierała..? Łapy zatrzęsły mi się, poczułam jednak silniejszy lęk, ten o stan moich bliskich. Pobiegłam wtedy w kierunku medyka, gdzie już i tak było tłoczno. Byli. Wszyscy bezpieczni. Ostatecznie, nikomu z mojej bliskiej rodziny nic się nie stało. Tylko trochę mi ulżyło, zawroty głowy i brak czucia w łapach utrzymywał się jeszcze do końca dnia, a parę dni potem nadal było mi trudno zasnąć w nocy. Biedna Nenufarowy Kielich nawet dostała wymiotów od tego całego stresu, chociaż z tego, co wiem, to wyleczyła się już. Ciocia Pianka również zaczęła ciągle drapać się z nerwów, co doprowadziło do dużej irytacji skóry. Przynajmniej tak powiedział medyk. (Dostała na to maści i mamy ją pilnować, żeby tak nie robiła, więc mam nadzieję, że będzie dobrze!) W końcu trzeba było się otrzasnąć, nastał kolejny wschód słońca, a Pora Nowych Liści była coraz bliższa. Wygląda na to, że byłam jednym z kotów, które szybciej doszły do siebie po wypadku.. Na pewno nie wymiotowałam, jak Nenufarka. Tak naprawdę większość z tego po prostu odłożyłam gdzieś głeboko w niepamięć, starając się wyprzeć całe wydarzenie. Przynajmniej Płotce się nic nie stało, ominęła to, myślałam, chociaż pamięć o siostrze powoli zaczęła zacierać się, (tak samo jak ta o mamie wiele księżyców wcześniej). Wciąż miałam nadzieję, że Płotka i ciocia Kawka powrócą do nas, może na wzór kwiatków, które teraz ponownie miały zakwitnąć? Nie byłam już kociakiem, wiedziałam, co spotkało mamę po porodzie. Umarła, umarła, a nie poszła w podróż, chociaż może w pewnym sensie to też nie było kłamstwem. Tęskniłam nadal, jednak muszę być silna dla niej, jak i dla kotów pozostałych przy życiu. Z determinacją podniosłam łeb. Trzeba wyżywić klan! Przypomniałam sobie, jak Pchli Nos milutko podsunął mi ostatnio alternatywny sposób na złowienie ryby, widząc, że nie mam do tego zwykłego cierpliwości. A mianowicie, trzeba było zebrać jakiegoś robaka i wsadzić go do wody, żywego lub martwego, (w zależności czy dałby radę uciec). Następnie zmącić lekko wodę, najlepiej krwią, czy jakimś owocem, i poczekać chwilkę. Ten sposób może i nie był zbyt wydajny, bo trzeba było znaleźć te wszystkie rzeczy, ale za to dla kotów takich jak ja, które nie lubiły stać i długo czekać w miejscu, sprawdzał się nawet dobrze. Możemy spróbować. Tylko skąd ja wezmę krew?
— Skrzelikowa Łapo, czy chcesz oddać krew w szczytnym celu wykarmienia klanu? — zażartowałam.
— C-co? — pisnął.— Czyli będziecie mnie jeść? — dodał lekko zrezygnowany. Wow, szybko się poddał.
— Nie, ale potrzebuję wabika na ryby. W rzece szybko spłynie, to dobrze by było go więcej. Możemy przymocować jakiegoś robaka jakoś, żeby nie odpłynął, może nadziać na patyk? Okej, zdecydowałam. Ja idę złapać jakiegoś zwierzaka, a ty poszukaj takiego tłustego robala. Zaraz wracam!
Zostawiłam lekko oszołomionego ucznia samego i pobiegłam głębiej w las. Wiało tu mniej niż przy rzece, ale wcale nie było cieplej przez ten cały cień.. no i walające się jeszcze gdzieniegdzie zaspy śniegu. Przylgnęłam do chłodnej i lekko wilgotnej ziemi, słysząc cichutki szelest przede mną. Przyczajona, podczołgałam się dalej i ujrzałam małego kosa, szukającego czegoś w ziemi. O, jak miło, w końcu coś. Schowałam się pod krzakiem i wydałam z siebie ciuchutki ćwierkot, chcąc zwabić go w moją stronę. Ćwier...kot... pomyślałam przez chwilkę i aż się rozproszyłam, ale na szczęście ptak nie uciekł. Zaćwierkotałam znowu, po czym korzystając z prawie idealnej odległości, skoczyłam szybciutko na jego kruche ciałko. Ptak, również szybciutko, wybił się do góry, jednak udało mi się zaczepić go jedną łapą, przez co stracił równowagę i zachwiał się w powietrzu. To pozwoliło mi dobić go i powalić na ziemię drugim uderzeniem. Zadowolona szybko go zabiłam, recytując w głowie formułkę podziękowania dla Klanu Gwiazdy. Hurra! Wzięłam jeszcze ciepłe ciało w pysk i pobiegłam z powrotem do Skrzelika. Ten czekał na mnie ze sporą dżdżownicą, a nawet dwoma, przy łapach. Uśmiechnęłam się w podziękowaniu i położyłam ptaka przy nim, zaczynając obgryzać mu głowę w poszukiwaniu tętnicy. Nie będziemy całego ptaka marnować, tylko łeb i trochę krwi.
— Nadziej jednego na jakiś długi patyk czy coś i go potrzymaj potem. Haha, łatwiej to by było w jeziorze zrobić, no ale co? Mamy rzekę — powiedziałam między kąsaniem szyi kosa.
O! Znalazłam tętnice. Szybciutko położyłam ciało na tafli, mącąc wodę dookoła, aby jak najlepiej rozprzestrzenić zapach krwi. Z satysfakcją zauważyłam, że woda w pobliżu przybrała nieco szkarłatny kolor. Na pewno coś przypłynie! Odłożyłam ptaka na brzeg, a brązowy uczeń posłusznie przydreptał do mnie z patykiem i włożył go do wody tak, aby jego koniec z glizdami był lekko zanurzony pod powierzchnią. Stanęłam nieopodal w wodzie i czekałam. Żadne z nas nie odezwało się, Skrzelikowa Łapa z wielką ciekawością przyglądał się mojej niecodziennej metodzie, a ja maksymalnie skupiłam się na obserwowaniu i tak już słabo widocznej wody... Jest! Jedna właśnie podpłynęła do robala, a ja wiem co to za ryba! Tego kształtu i wzorku nie da się pomylić. Z wypiekami na pyszczku wyszeptałam "okoń...", po czym, nie tracąc więcej czasu, rzuciłam się w jego kierunku, skacząc w głebszą wodę. Rzeka się zamuliła, a jedyne co widziałam przez chwilę to miks fal, moich pazurów i piaszczystego dna. Ryba parę razy oberwała ode mnie gdy celowałam troszkę na oślep, czułam jak wbija się w moje pazury. Próbowała szybko odpłynąć, jednak tym razem udało mi się ją dorwać i złapać w końcu w szczęki. Szamotała się niezmiernie, bijąc mnie ogonem po pyszczku, jednak w paru susach byłam już na brzegu, gdzie położyłam ją bezpiecznie na trawie. Nie zabijałam jej jeszcze, niech będzie jak najświeższa. Otrzepałam się szybciutko z wody, mułu i roślinności, które to przylgnęły do mojego futra podczas szamotaniny. Niewiele to pomogło, cóż, potem się tym pomartwimy.
— Dziękuję Skrzelikowa Łapo! Wow! Udało nam się! — zaszczebiotałam wesoło w stronę towarzysza.
— Prawda — skinął głową z lekkim uśmiechem. — Niecodzienna metoda połowu, ale działa.
— To najważniejsze, że działa! Mogę powiedzieć o tobie miłe słówko mentorowi i babci, to może szybciej dostaniesz mianowanie... Aa, ciekawe jakie imię dostaniesz... Nie zapominaj o mnie w legowisku wojowników, gdy już będziesz sławny.... Mam tylko nadzieję, że ten głupi incydent ich znowu nie uprzedził do brązowych kotów — pokręciłam nosem, po czym spojrzałam badawczo na Skrzelika.
No właśnie, co z tym? Rodzina unikała tego tematu ze mną prawie tak mocno, jak ja unikałam Mandarynki, bo wiedzieli, że go nie lubię podejmować i skończyłoby się to kłótnią. Tak samo mentor, który łagodnie próbował mnie przekonywać, żebym bardziej słuchała dorosłych. Co ja, nie mam własnego mózgu? Sama jestem prawie dorosła, wypraszam sobie! Ale nie mogłam ukryć, że wypadek Błotnistej Plamy zasiał pewien niepokój i w moim sercu. Skrzelik chyba nie wykazywał symptomów, prawda? Wyglądał na troszkę zmęczonego i zagubionego, ale on miał tak zawsze, przynajmniej od kiedy go znam. Tak, o to nie muszę się bać. Jak mam się czymś przejmować, to raczej nękaniem go ze strony reszty klanu. Nie pozwolę tym razem, żeby jakiś zadufany czarno-biały kot przegonił mi znowu bliskiego! Warknęłam w myślach, wyżywając się ostrzeniem pazurków na wyimaginowanej kukiełce Tuptającej Gąski. 
— Skrzelikowa Łapo, jeśli ktoś ci będzie dokuczał, to przyjdź do mnie, pobijemy ich razem — stwierdziłam w końcu, nie widząc innego wyjścia. Zaczęłam też szybko robić pokazowe ciosy łapą w powietrzu, żeby przekonać go co do swoich umiejętności obronnych.
Zamiast jednak podziękować i wyruszyć ze mną od razu w dziką szarżę na niemiłych współklanowiczow, brązowy uczeń podskoczył i wyjąkał szybko "r-ryba!" - Ryba? O co mu chodzi- A! O uderzenie serca za późno, okoń, którego złapaliśmy, przetelepał się w końcu z miejsca, gdzie go zostawiłam, do wody i z głośnym pluskiem zanurkował z powrotem do rzeki. Krzyknęłam za nim zrozpaczona. Nie udało mi się, niestety, go jednak dorwać. Chociaż dałam superszybkiego susa pod wodę, rzeczna bestia suberszybciej odpłynęła gdzieś daleko w głębinę. Zastygłam w niedowierzeniu, nie wiedząc, jak sobie z tym poradzić. Chwilę stałam po brzuch w wodzie, cała mokra, patrząc z wielkim smutkiem za niedoszłą ofiarą. Może powinnam teraz pójść w jej ślady i również powędrować na dno i z niego nie wychodzić. Beznadzieja...W końcu jednak trzeba było się otrzasnąć, dosłownie i w przenośni. Odwróciłam się w stronę brzegu i spojrzałam na równie co ja rozczarowanego kocura. Potem zerknęłam pod jego łapy, gdzie wciąż leżał lekko schowany i niepozorny, jakby chowający się przede mną, jeszcze jeden robal. Nadzieja ponownie zakwitła w moim sercu. Może nie wszystko stracone, możemy jeszcze spróbować drugi raz... Nie będę musiała wracać z pustym pyskiem do Pchlego Nosa, a on nie będzie musiał nade mną wzdychać zmartwiony.

< Skrzeliku? Rybka nam uciekła trzeba znowu łapać ;_; >
[ 1929 słów ] + łowienie rybek
[przyznano 39% + 5%]
wyleczeni: Nenufarowy Kielich, Spieniony Nurt

03 lipca 2024

Od Skrzelikowej Łapy CD. Algi (Algowej Łapy)

Ostrzeżenie: Opowiadanie porusza wątek postępującej choroby psychicznej.
Po rozstaniu z małą kotką Skrzelik rozważał dłuższą chwilę co zrobić. Bardzo chciał dopełnić obietnicy, a jednocześnie wizja ponownego wystawienia się na piorunujące spojrzenie Kotewkowego Powiewu, nie była zachęcająca. Smucił go strach wezbrany w piersi na myśl o jakimkolwiek większym kontakcie z innymi członkami klanu. Chciał być jego częścią! Wieczne ukrywanie się w cieniu było takie zimne. A może po prostu tchórzył? Karasiowa Łapa z pewnością nie miałaby takiego problemu! Czy to dlatego tak beznadziejnie szły mu treningi? Czy miałby nigdy nie zostać wojownikiem?
Potrząsnął lekko głową, odpychając natrętne myśli. Absolutnie nie ma mowy! Zrobi wszystko, co tylko może, aby również dzielnie bronić i żywić klan! Musi się tylko postarać! Tylko trochę bardziej się postarać…
Rozmyślając tak głęboko, potruchtał w kierunku Kolorowych Łąk. Do tej pory był tam tylko raz. Na początku treningu, Krzycząca Makrela zabrał go na dokładne zapoznanie się z granicami. Jednak sam kocurek, wolał polować na mniej uczęszczanych, południowych terenach. Chcąc dopełnić obietnicy, postanowił złamać przyzwyczajenie. Kolorowe Łąki o tej porze roku były nietypowo brązowe. Zazwyczaj, zalane żywymi barwami kwiatów, teraz kiedy Pora Opadających Liści rozpętała się na dobre, wyglądały dość marnie. Pąki maków, dzwonków, chabrów i dzikich malin, rozkwitły i zwiędły już jakiś czas temu. Jednak nawet teraz, gdzieniegdzie, spod stert słomy, nieśmiało mrugały kwiaty powoju. Białe koniczyny płatków, rozkładały się w poszukiwaniu coraz to uboższych promieni słońca.
Skrzelikowa Łapa mruknął z zadowoleniem, by od razu skoczyć ochoczo do ich zbierania. Zadanie to dość żmudne, pozostawiło go z gorzkim smakiem trawy w pyszczku. Zamlaskał raz i drugi, jednak nie będąc w stanie w ten sposób pozbyć się goryczy, postanowił przepłukać gardło rzeczną wodą. Prawie cały dzień biegał i skakał, nie przystając ani na chwilę, przez co język miał wręcz drętwy z pragnienia.
Przeskakując po nieco śliskich kamieniach, zbliżył się do głównego nurtu. Woda jak zawsze przejrzysta, migotała, szepcząc swoje pogaduchy. Skrzelik zawsze lubił siadać i słuchać jej przepływu, wyobrażając sobie, jakie to historie ciągnęła ze sobą. Od czasu do czasu, po powierzchni, sunęła z nurtem urwana gałąź czy inna kłoda. Za każdym razem czekoladowy kocurek rozmyślał: “Skąd się tu wzięła?” “Jak przypłynęła?” “Czy nie męczyła się takim pływaniem?” i co najważniejsze, najbardziej dręczące go pytanie, “Czy rzeka miała źródło?”. Tak jak deszcz padał z chmur, a drzewa rosły z ziemi, woda również miała swoje miejsce narodzin. Prawda?
Chłeptał chłodną wodę różowym językiem w zastraszającym tempie. Kompletnie nie zauważył, jak bardzo chciało mu się pić! Zmrużył oczy w wyraźnym zadowoleniu. Kamień, który wybrał, stał w zaskakująco nasłonecznionym miejscu, tak że ciepłe promienie grzały mu futro. W tych chłodniejszych coraz to dniach, każde ziarno ciepła zdawało się cenniejsze niż cały kopiec piszczków. No może trochę przesadzał. Pełen żołądek był bardziej potrzebny do przeżycia.
Otworzył oczy, podejmując decyzję o powrocie do obozu, kiedy jego uwagę przykuło odbicie falujące w tafli. Patrzył na swoje ciało, czując, jakby coś było nie na miejscu. Jednak pyszczek, wąsy, a nawet jasna plama na piersi zdawał się w porządku. Zamrugał w zdezorientowaniu oczami, ale uczucie nie przeminęło. Podniósł wzrok i z niepokojem omiótł wzrokiem okolicę. Nieświadomie sierść na jego ogonie i grzbiecie podniosła się, przydając mu w wielkości. Jednak sitowie było wyjątkowo spokojne. Delikatny szmer wywołany podmuchem wiatru, grał na wąskich, suchych źdźbłach trawy, a w niewielkie odległości mógł usłyszeć parę myszy, pracowicie szykujących się na zimę. Ponownie spojrzał w taflę. Kot w odbiciu nie był nim. To był ktoś obcy! Wyglądał jak Skrzelik. Jednak nie czuł się… nim…? Przestraszony odkryciem, czekoladowy kocur, powoli z napiętymi kończynami postawiał krok za krokiem w tył, aż wycofał się z zasięgu wzroku stworzenia. Irracjonalny strach zamącił mu w głowie. A co jeżeli ten kot, wyjdzie z tafli i go zabije? A co jeżeli zajmie wtedy jego miejsce i zabije koty w klanie? Co jeżeli wpuszczą go, myśląc, że to tylko niezdarny jak zawsze Skrzelik?
Serce łomotało mu w piersi jak u królika. Czuł jakby cały głaz, zwalił się na niego i przyciskał wielkim ciężarem, kradnąc resztki tchu z płuc. W przypływie desperacji oraz zakorzenionej głęboko lojalności, z dzikim wrzaskiem wskoczył w odbicie wody.
- Wynoś się! - wojowniczy, a zarazem zabarwiony lękiem okrzyk zadźwięczał głucho w szuwarach. Wiatr zawiał gwałtowniej, jak gdyby poruszony całym zdarzeniem, ale zaraz ustał, wracając do swojej zwykłej melodii.
Skrzelikowa Łapa z walącym sercem spojrzał w dół. Kot z odbicia zniknął. To znów była tylko jego twarz, wykrzywiona strachem twarz.

***

Kiedy wrócił do klanu, od razu skierował swoje kroki w stronę żłobka. Będąc jednak prawie już na linii wzroku, zamarł nieco skonsternowany. Nie mógł tam tak po prostu wejść i dać księżniczce kwiaty! Kto to widział! Żeby jakiś czekoladowy kocur w ogóle zbliżał się do rodziny królewskiej! Nieco zawstydzony, powrócił w cień.
Musiał czekać aż do nocy... Wszystkie Królowe były dzisiaj wyjątkowo czujne, chodząc no około wejścia, jakby wyczuwając podstęp.
Wreszcie, kiedy wielki świecący księżyc, przypominający kształtem zagięty pazur, wysunął się na nocne ciemne niebo, Skrzelik nabrał odwagi, by podpełznąć do legowiska. Z zapartym tchem, stawiał jedną łapę za drugą. Wykorzystując wiedzę nabytą podczas treningu, podchodził, szurając wręcz brzuchem po ziemi do wąskiego wejścia. Nie wiedział, co zrobi, kiedy już tam dotrze. Nie było mowy, żeby wszedł do środka, bez budzenia wszystkich kotów. Chciał dać kwiaty bezpośrednio Aldze. Przecież jej to obiecał! Miał tylko nadzieję, że wyjątkowo mała kotka będzie spać niedaleko wejścia.
I rzeczywiście! Kiedy z największym wysiłkiem, niezauważony dotarł aż do celu, jego oczom od razu ukazała się urocza, puchata kulka. Nos miała wciśnięty w ogon, prawdopodobnie podświadomie próbując zatrzymać ciepło.
Jak najostrożniej złożył pęczek zerwanych kwiatów tuż przy łebku śpiącej księżniczki.
- Śpij spokojnie kociaku. Niech cię Srebrna Skóra okrywa od chłodu.

***

Od całego wydarzenia musiały nie upłynąć nawet trzy dni. Odkładał właśnie świeżo zdobyte piszczki na pień, kiedy do jego uszu dobiegł radosny głos. Małe ciałko prawie wpakowało się w niego, gdy Alga, prawie drżąc na całej długości ogona, z podniecenia doskoczyła w jego kierunku. Jednak prawdopodobnie poczuwszy na sobie, nieco ganiące spojrzenie opiekunki, zreflektowała się i odchrząkując, przemówiła.
- Witaj, drogi klanowiczu, gdzie zmierzasz i gdzie się podziewałeś? Oraz najważniejsze, czy podobają ci się moje kwiatki?
Nieco zbity z tropu, ale jednak przyjemnie zaskoczony Skrzelik, odparł cichym głosem.
- Witam Księżniczko. Właśnie składałem swoją dzisiejszą zdobycz dla klanu. - Spojrzał na upolowaną ryjówkę i z zawstydzeniem zauważył jak mała była w porównaniu do innych przyniesionych przez uczniów piszczków. - Twoje kwiaty są naprawdę śliczne. Nie wiedziałem, że tak można wpleść je w futerko!
W środku Skrzelikowa Łapa prawie tańczył z radości. Kotka nie tylko przyjęła dar, ale też zdawała się go bardzo cenić! Ogon kocura wyglądał, jakby już nieco mniej był wepchnięty pod brzuch.
- Mogę przynieść więcej! Już jest mało kwiatów na łąkach, ale jestem pewien, że uda mi się znaleźć jeszcze trochę!
Podekscytowany poczuciem przydatności, Skrzelik wręcz puchł z dumy. Oczy świeciły mu jakby jaśniej niż przez ostatnie parę tygodni, a wąsy nie zwisały tak smętnie w dół.

***

Czas płynął bardzo prędko i Alga z małej puchatej kulki wyrosła na nieco większą, ale równie szaloną kulkę. Oficjalnie została również nazwana Algową Łapą. To wydarzenie budziło mieszane uczucia w czekoladowym kocurku. Jednocześnie był niesamowicie szczęśliwy i dumny ze swojej małej przyjaciółki, a jednocześnie czuł palący go wstyd. Był przecież sporo starszy od księżniczki! Chciał być dla niej przykładem, a tak naprawdę nie miał teraz nic do zaoferowania. Nadal pozostawał uczniem, na którego większość klanu spoglądał podejrzliwie.
Liście, które jeszcze jakiś czas temu, ostatkiem sił tkwiły gałęzi, teraz opadły już zupełnie. Nagie, wykrzywione nieraz w dziwne kształty gałęzie, zaginały się upiornie na wzór wronich szponów. Z nieba coraz częściej i bardziej uparcie padał zimny deszcz lub deszcze ze śniegiem. W niczym nie przypominało to białego puchu, o którym z taką tęsknotą mówiła starszyzna. Zimna woda mieszała się ze wszędobylskim błotem, tworząc trudną do wyczyszczenia z futra maź. Dzielenie języków szczególnie o tej porze roku było niezwykle przyjemnym uczuciem. Skrzelik jednak zdawał się unikać kontaktu z innymi kotami. Coraz rzadziej można go było dostrzec w samym obozie, a jeżeli w ogóle to ograniczał się do przemykania niczym cień do pnia lub legowiska uczniów. Parokrotnie odrzucił nawet zaproszenie sióstr na dzielenie językami. Jego zazwyczaj brązowe, ale mimo wszystko miękkie futerko było posklejane, a jaśniejsze plamy na łapkach i piersi przybrały kompletnie inny odcień. Kocurkowi pozostawało jedynie myć się samemu, a i to nie było ideale rozwiązanie. Nie był w stanie dotrzeć do wszelkich zakamarków, ale przede wszystkim przez większość czasu nie miał ani siły, ani ochoty się tym zająć. Bezsenność również zbierała swoje żniwo, a cienie przycupnięte na granicy widzenia rosły powoli.
Tego dnia wyglądał wyjątkowo mizernie. Po nieprzespanej nocy, wypełnionej jakby szeptem i pomrukiem obcych kotów, Skrzelikowa Łapa siedział nad rzeką, tępym wzrokiem wpatrując się w wodę. Jego sylwetka, niepokojąco nieruchoma, pochylona była łukiem w pozycji półleżącej. Nawet jego ogon nie poruszał się, tylko leżał bezwładnie na umazanym błotem kamieniu. Wpatrzony w przestrzeń nawet nie zauważył kroków skradających się od tyłu. Dopiero kiedy puchate ciałko skoczyło na niego z pełnym impetem, posyłając wprost do zimnej wody, spojrzał na około z zaskoczonym przerażaniem. Wrzasnął przy tym głośno, próbując odskoczyć od atakującego. Głośny śmiech dobiegł do jego uszu, kiedy to groźny wróg okazał się pękającą ze śmiech Algową Łapą.
- Ale miałeś minę! Hahaha! - Kotka trzęsła się od czubków uszu aż po koniuszek ogona.
- Księżniczko! - Zazwyczaj cichy Skrzelik krzyknął ponownie. - Wystraszyłaś mnie! Co tu robisz, Algowa Łapo?

<Alga? Co o tym myślisz?>
(Liczba słów: 1526)
[przyznano 31%]

13 czerwca 2024

Od Algi CD. Skrzelikowej Łapy

Nazywam się Alga. Jestem z Klanu Nocy. Jestem córką Wirującej Lotki i znajduję się teraz w areszcie Kotewkowym. Nie mogę nawet na to narzekać, bo to wszystko to była moja wina. Ciocia kazała mi powiedzieć, co zrobiłam źle, żebym wiedziała na przyszłość i nie robiła tego więcej, ale było to troszkę zawstydzające, bo musiałam powiedzieć i na głos, i przed resztą sióstr. Nie wolno wychodzić bez zgody cioci i się od niej oddalać. Nie wolno też kazać siostrze kłamać. Takie zachowanie nie przystoi księżniczce.
Westchnęłam ciężko, opłakując cicho mój straszny los. Spoglądałam wielkimi, smutnymi oczyma na plecy cioci, która siedziała blisko mnie, wręcz oplatając moje kręcone futerko swoim ogonem. Reszta kotek dostała zdecydowanie więcej swobody, bo mogły biegać dookoła. Biedna Alga, nierozważna Alga, czytałam z ich oczu, kiedy nasze spojrzenia się spotykały. Ciekawe co teraz robił ten podobny do Płotki kocur...
Jeśli mam być szczera, to do chyba aż dwóch pierwszych księżyców myślałam, że tata jest jedynym kocurem na świecie. Jakoś tak wyszło, no nie pomyślałam, że może być inaczej. Wciąż jak widzę jakiegoś nowego, to się lekko dziwię, jednak jest ich więcej, niż myślałam! Ale ten był jakiś taki... hm, nie wiem. Chciałabym go zbadać bardziej, w rzeczy samej troszkę mi się kojarzył z Płotką. Nie, na to się chyba mówiło "pogadać z", a nie "zbadać"... Tak jest niegrzecznie? Spytałabym się cioci, ale miałam teraz z nią na pieńku! Westchnęłam ostentacyjnie głośno, na co mięśnie Kotewki lekko się spięły, i odwróciła się w końcu do mnie.
— No dobrze, Alga, słuchaj, jesteś mądrą i rezolutną kotką, tak?
Pokiwałam głową. Jestem!
— No to obiecaj mi teraz, że nie będziesz się już nigdy przenigdy oddalać bez pytania, dobrze?
— Obiecuję ciociu! — pisnęłam głośno i podskoczyłam, wskakując na nią.
Dorosła kotka wypuściła powietrze z lekkim uśmiechem, zmieszanym z irytacją, zaraz jednak ściągnęła mnie na ziemię i popchnęła w kierunku reszty. Od razu wbiegłam na pierwszą bliską kotkę, którą okazała się być Mandarynka. Z impetem przeturlałyśmy się po ziemi i od razu zaczęłam ją podgryzać ze wszystkich stron. Była nieco większa ode mnie, ale w starciu z siłą nadpobudliwego kociaka, który siedział zdecydowanie za długo w zamknięciu, nie miała szans. Odruchowa próba zrzucenia mnie skończyła się dla niej lekkim kopniakiem z tylnej łapy (w brodę) i jeszcze większymi ugryzieniami.
— Au, au, Alga, Alga! No co ty rob-
Nie dane jej było dokończyć, bowiem złapałam pysk Mandarynki swoim, skutecznie zamykając jej źródło narzekania. Dostałam w rezultacie bardzo niezadowolone spojrzenie, na co parsknęłam cicho i wypuściłam ją w końcu.
— No już, już, przepraszam. — Uśmiechnęłam się szeroko. Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć (pewnie więcej narzekania), byłam już odległość lisa dalej, bo usłyszałam podejrzany szmer przy wejściu. Mój długi ogon przecinał szybko powietrze, kołysząc się w obie strony. No tak... Nie mogę wychodzić.
Nadstawiłam uszu i wygięłam szyję, starając się dojrzeć jak najwięcej z zewnątrz, nie wychodząc jednocześnie ze środka. Na plecach czułam ostrzegające, chłodne spojrzenie królowej. Brr. Cisza, czyżby mi się przewidziało?
— Nic nie widzę... Za ciemno tu ciociu.
Ciocia wymamrotała coś w stylu "prawda, nawet kot z najlepszymi oczyma się zmienia w ślepego jak kret", ale nie ruszyła się z miejsca, jednak nie dając mi zgody na wyjście. Stałam tak jeszcze chwilkę, jednak musiałam w końcu się poddać. Podrapałam się tylną łapą za uchem w zadumaniu, po czym podreptałam z powrotem do środka. Robiło się już późno, trzeba szykować się do snu. Zdecydowałam się jednak zasnąć bliżej wejścia, nawet jeśli było mi trochę zimniej, bo musiałam mieć oko czy ucho na to... coś. Może ciocia Kawcze Serce odwiedzi nas jutro! Lubiłam ją też. Może to nawet ona kręciła się wcześniej przy wejściu! Ah, teraz było mi jeszcze bardziej szkoda, że nie mogłam tego sprawdzić.

***

Obudziłam się... podejrzanie wcześnie. Co to za ładny zapach? Czy to on mnie obudził? Kwiaty? Kwiaty! Zdumiona otworzyłam oczy i ujrzałam przed sobą małą wiązankę różnego rodzaju kolorowych kwiatuszków. Wytrzeszczyłam oczy. Skąd one się tutaj wzięły? Wstałam na równe łapy i zaczęłam gorączkowo rozglądać się we wszystkie strony. Czyżby jakiś oddany klanowicz je pozostawił? Ktoś z rodziny? Może nawet jakieś inne zwierzę?! Powąchałam je uważnie, ale oprócz ślicznego zapachu pyłków nie wyczułam nic innego, nic dziwnego. Hm... Zaczęłam obracać je dookoła, z zachwytem przyglądając się delikatnym płatkom i różnym kształtom. Muszę je jakoś ukryć, żeby mi ich nikt nie zabrał. Podniosłam wszystkie łodyżki i cichutko powędrowałam do ściany żłobka, przeciskając się ostrożnie między gęstymi liśćmi i patykami i ukryłam mój prezent na jednej z gałęzi. No, teraz nikt mi go nie zabierze, bo nikt nawet nie pomyśli, żeby go tu poszukać. Są jednak bezpieczne, głównie dlatego, że nikt inny nawet nie wie o ich istnieniu. Po chwili namysłu zabrałam jednak parę malutkich białych główek z pęku i powsadzałam je sobie do futerka. Dzięki temu, że jest kręcone, będą się trzymały lepiej! Zadowolona wróciłam do środka, szybciutko zasypiając z powrotem.

***

W końcu udało mi się wyjść z ciocią Kawką na spacer! Prosiłam ją o to dużo ostatnio, bo to chyba moja ulubiona ciocia (nikt nie może się o tym dowiedzieć, bo reszcie by było przykro). Ciocia Pianka też jest fajna, w sumie to trudno by mi było wybrać. Co prawda dreptała też za nami ciocia Kotewka, a z resztą rodziny w żłobku siedział tato, co też było fajne, ale to ja wyszłam tutaj najlepiej! Chociaż lubię tatę też. W mojej sierści nadal błyszczały się śnieżnobiałe płatki kwiatków, w co reszta rodziny na szczęście za bardzo nie wnikała. Może pogodzili się z tym, że jestem dziwna, albo pomyśleli, że na przykład właśnie tato mi je dał. Wszelkie pytania (oprócz "wow, wspaniałe, ślicznie z nimi wyglądasz, wiesz?") zbywałam odpowiedziami w stylu "tajemnica".
— Tutaj jest legowisko medyka, Alguniu, ale mamy nadzieję, że nie będziesz tutaj zachodzić zbyt często — podsunęła miło ciocia Kawka, wyrywając mnie z moich myśli. — Chyba że pragniesz szkolić się na medyka?
Pokręciłam gwałtownie głową. Potem nagle zastanowiłam się na chwilę i przystanęłam w zadumaniu. Znowu pokręciłam głową.
— Dużo, dużo ziół do zapamiętania... — westchnęłam smutno. — Ale ciekawe!
Czarna kotka odpowiedziała mi uśmiechem i wznowiła spacer dalej. Troszkę kręciłam jej się pod nogami, będąc raz przed nią, raz za nią, raz pod nią, ale nie dawała poznać po sobie, jeśli była o to zła.
— Opiekujesz się dobrze twoją siostrą, gdy mnie nie ma, Algo? — zapytała mnie nagle.
"Którą?" miałam zapytać, ale nagle chyba zrozumiałam. Musiało chodzić o Płotkę. Wyraz mojego pyszczka nieco spoważniał.
— Oczywiście! Ostatnio pokazywałam jej jak lepiej czyścić kręcone futro, ale ciocia Kotewkowy Powiew mi nie wierzyła, że tak jest lepiej.
Czarna kotka roześmiała się cichutko, ale vanka rzuciła mi kolejne, niezadowolone spojrzenie.
— I tak muszę potem za was obydwie doczyszczać! — fuknęła.
Szliśmy tak dalej, Kawcze Serce opowiadała mi o kodeksie, poprzednich liderach i o funkcji, jaką zajmują różne koty w klanie. Część z tych rzeczy już słyszałam, część słyszałam, ale zapomniałam, część była nowych. Tak jak myślałam, medyk to bardzo odpowiedzialna funkcja, chyba nawet tak samo jak lider! Dowiedziałam się również, że poprzednia liderka Klanu Nocy żyje i siedzi w legowisku starszych. Ciekawe... O, pokazała mi też pień ze zwierzyną, na który próbowałam się wdrapać, za co od razu zganiła mnie Kotewka. Wtem, właśnie przy tym pniu, ujrzałam mignięcie znajomego, brązowego futra, więc rzuciłam się w tę stronę.
— Nie-wojownik, który nie wiedział, gdzie jest mój tata! — pisnęłam z radością na przywitanie, nadal skacząc radośnie w jego kierunku. — Hej, gdzie był-
Zaczęłam, ale nie skończyłam, czując cień Kotewkowego Powiewu na moich plecach. Przystanęłam i ostrożnie cofnęłam się o kroczek. No dobrze, nie będę na niego skakać, ale nie mogą mi zabronić z nim pogadać! Stanęłam bardziej elegancko i odchrząknęłam, udając poważną.
— Witaj, drogi klanowiczu, gdzie zmierzasz i gdzie się podziewałeś? Oraz najważniejsze, czy podobają ci się moje kwiatki? — zapytałam, obracając się, żeby pokazać mu je z każdej strony.

<Skrzelikowa Łapo?>

30 maja 2024

Od Skrzelikowej Łapy CD. Algi

Słońce właśnie przetoczyło się na środek bezkresnego błękitnego nieba, kiedy Skrzelikowa Łapa dostarczył dzielnie upolowane dwie, małe nornice dla starszyzny. W jego żołądku burczało z głodu. Opieszałość i niezdarność, z jaką się poruszał, wypłoszyła mu spod nosa sporo dzisiejszej zdobyczy. Nieco zawstydzony niepowodzeniem i karcącym spojrzeniem palącym go w kark, uciekł z legowiska starszyzny, starając się udawać niesamowicie zajętego. Szybkim krokiem czmychnął z podkulonym ogonem na zewnątrz. Właśnie przekroczył próg, kiedy jego uwagę zwróciła grupka kociąt, wylegując się pod opieką jednej z królowych w ciepłych promieniach słońca. Och, jak bardzo tęsknił za tymi prostymi czasami. Kocięta człapały z jednej na drugą stronę, co chwilę atakując równomiernie poruszający się ogon opiekunki. W końcu wyczerpane zabawą wszystkie padły jak długie. Ich nieproporcjonalnie duże ślepka poczęły się kleić i jeden po drugim zaczęły drzemać. Skrzelik stał dalej. Przez chwilę miał wrażenie, że obserwował to wszystko co się działo z głębi siebie. Jakby zabrano mu kontrolę nad własnym ciałem. Stał na lekko chwiejnych łapach, kiedy umysł zarósł mu gęstą mgłą nieświadomości.
Z tego dziwnego stanu, wyrwał go nieco piskliwy głos zbliżającego się w jego stronę jednego z kociąt. Spojrzał naokoło, jakby próbując potwierdzić, że to do niego mówiono. Nie zauważając jednak żadnego innego kota w swoim otoczeniu, ponownie spojrzał na pełznącego szkraba.
- Nie jestem wojownikiem.
Odparł, kiedy z całą ufnością wpatrywała się w niego. Poczucie zawstydzenia i lekkiej konsternacji pociągnęły jego ogon pod brzuch. Oh jak bardzo chciał być wojownikiem! A przynajmniej, kimś godnym nazywania uczniem. W tej chwili był równie dobry co mysia strawa. Za słaby, za wolny, za… dziwny.
Przez chwilę znowu odpłynął. Poruszając się w tej dziwnej przestrzeni, miał wrażenie, jakby znów tonął. Dźwięki docierały do niego jakby wygłuszone, a wzrok pozostawał zamazany.
Kolejny raz wybił go z tego kociak przed nim. Tym razem puchate stworzenie wybuchło głośnym rozpaczliwym płaczem. Dzieciak wylewał swoje małe serduszko na zewnątrz w ściskającym łkaniu.
- Hej, nie płacz. Wszystko będzie dobrze. Będziesz chora, jak tak mocno będziesz płakać, wiesz? Zapewniam, że podlewanie ziemi łzami nie sprawi, że wyrosną kwiatki.
Potok słów i niezdarne pacanie łapą kociaka po grzbiecie po chwili zdawało się działać. Z wolna, wielkie łzy zmieniły się w spokojniejsze pochlipywanie. Skrzelikowa Łapa zdesperowany, aby pocieszyć kociaka, położył głowę na równej wysokości i trącał delikatnie nosem, miękkie futerko na brzuszku malucha.
- Lubisz kwiatki? Czy w ogóle widziałaś kwiatki? Są naprawdę ładne. Przyniosę ci! Chcesz? Hej, hej nie musisz już płakać, wszystko dobrze. Jakoś to rozwiążemy.
Siedział tak i mamrotał, próbując dać jak najwięcej komfortu. Dopiero w momencie, kiedy dużo wyższy cień padł na jego twarz, zauważył królową. Ta piętrzyła się nad nim, patrząc w dół z niejaką pogardą. Skrzelikowa Łapa jeszcze bardziej przycisnął brzuch do podłoża i kładąc uszy po sobie, zapragnął zniknąć spod groźnego spojrzenia.
On nie chciał niczego złego! Starał się tylko pocieszyć to kocię! Naprawdę nie miał żadnego złego zamiaru. Leżał, więc nawet nie mógł jej skrzywdzić, przypadkowo się przewracając czy cokolwiek takiego.
- Algo! Co wam mówiłam na temat samotnych wędrówek?
Piorunujące spojrzenie królowej spoczęło na kociaku. Oczy Skrzelika rozszerzyły się w uświadomieniu. Alga! To przecież imię jednej z księżniczek! O nie, nie, nie! Nie chciał mieć żadnych tarapatów.
- Proszę mi wybaczyć! Ja tylko chciałem ją pocieszyć! Naprawdę!
Ze Skrzelikowej Łapy wylewała się desperacja. Gdyby coś przypadkiem zrobił Aldze, Krzycząca Makrela byłby tak rozczarowany! Wszyscy byliby rozczarowani i zniesmaczeni! Tym razem naprawdę nic nie zrobił! Czuł, jak jego oddech przyspiesza, gdy spadał w spiralę strachu.
- Alga nie powinna się sama oddalać spod mojej opieki przede wszystkim. Prawda?
- Tak ciociu - mruknęła niemrawo kotka. Jej wielkie brązowe oczy nadal mokre od łez unikał wzroku Kotewkowego Powiewu.
- Ja... ja w takim razie… w takim razie już pójdę. Nie chciałem sprawiać kłopotów.
Z podkulonym ogonem kocur czmychnął w kierunku wyjścia. Jednak nadal w głowie utkwiła mu obietnica, którą złożył. Przyniesie Aldze kwiatki, nawet jeśli kosztowałoby to jego ogon!

<Alga? Skrzelik z pewnością będzie próbował odwiedzić>
Liczba słów: 639
[przyznano 13%]

23 maja 2024

Od Algi do Skrzelikowej Łapy

Słoneczko świeciło mocno, ale znośnie na czarno-brązowo-białą sierść moją i sióstr. Ciocia Konewka zabrała nas dzisiaj na leżakowanie na dworze, mówiła coś o łapaniu siły od słońca. Phi, wątpię, żeby słońce było silniejsze od takiej babci na przykład, w końcu jest dosyć malutkie! Ale nie będę się kłócić, bo nie lubię. No i jest przyjemnie... Przeturlałam się na drugi bok i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to wejście do pustego żłobka, leżące kawałeczek ode mnie
Popatrzyłam na nie trochę smutno. Kolejny dzień, a mama dalej nie wracała... Każdy mówił mi, że już nie wróci, ale nie wiem, czy mogę w to uwierzyć! W końcu przed wyjściem gdzieś zawsze trzeba się pożegnać z uśmiechem, sama mama tak mówiła. Tak więc nie ma tu żadnego sensu i jest to bardzo niemiłe, a mama jest bardzo miła. Kotewka ciągle nas zabawia i miło spędza się z nią czas, ale nie zastąpi nigdy Wirującej Lotki! Nie ma tego samego ciepła, nie czuję się przy niej tak bezpiecznie... Reszta rodziny z klanu też jakby częściej zaczęła przychodzić, ale gdybym mogła, to wymieniłabym ich wizyty na chwilkę z mamusią... Chyba nie powinnam tak myśleć, bo to niemiłe. Tato za to zaczął odwiedzać nas częściej, co bardzo mnie ucieszyło. Ostatnio zaczął nam opowiadać długie historie o powstawaniu klanów i o różnych rangach i obowiązkach kotów klanowych, lubię o tym słuchać. Nabrałam przez to więcej szacunku dla babci i kuzynki, w końcu mają takie odpowiedzialne role. Jak byłam jeszcze mniejsza, marzyłam, że też bym chciała być takim liderem i machać na inne koty, żeby robiły, co chcę (ale byłabym mądra i rozważna i wszyscy byliby szczęśliwi), ale teraz, hm, sama już nie wiem...
Myśląc tak, przewróciłam się z powrotem na drugi bok, spojrzałam na błogo drzemiącą w popołudniowym słońcu ciocię i stanęłam po cichutku na swoje łapki. Nuda i tęsknota za mamą doskwierały mi teraz boleśnie, więc naszła mnie ochota na spotkanie z tatą i usłyszenie nowych historii. Byłam bardziej, jak to mówili inni, "wiercipiętą" od mojego rodzeństwa, no i faktycznie nie mogłam teraz usiedzieć spokojnie, chętna nowych przygód, które mogłyby mi zająć i głowę i łapy. Nikt nie może mnie za to obwiniać, jest tyle lepszych rzeczy do robienia niż leżakowanie! Tylko będę musiała chyba poszukać taty sama. Oby był w obozie, bo nie obiecuję, że się nie popłaczę.
— Gdzie idziesz, Alga? — zapytała mnie cichutko z tyłu Płotka, zanim zdążyłam się wymsknąć.
— Ciii, Płotka, ciii — syknęłam spoglądając nerwowo na nadal śpiącą spokojnie Kotewkowy Powiew. — Gdyby ciocia pytała, to poszłam siku, ale jeśli ty pytasz, to idę po tatę, bo mi się nudzi. Dobrze?
Płotka nie odpowiedziała mi na głos, ale kiwnęła głową ze zrozumieniem. Widziałam w jej oczach, że też by się przeszła, ale chyba bała się ochrzanu. Hm, pierwszy błąd, wojownik nie powinien się bać takich rzeczy! Spojrzałam z pobłażaniem na kochaną siostrę (jeszcze będą z niej koty), walcząc z chęcią dziabnięcia jej, po czym bez ociągania szybko się oddaliłam. Mięciutka trawa uginała się niemal bezdźwięcznie pod moimi łapami, bardzo milutka i zieloniutka, jednak miejscami na tyle wysoka, że widziałam niewiele. Przy jednym z krzewów ujrzałam jednak spomiędzy źdźbeł niepozornego kocurka. O, świetnie, może powie mi, gdzie jest tata. Miauknęłam do niego na tyle głośno, żeby zwrócić jego uwagę, ale na tyle cicho, żeby nie powiadomić innych. Podziałało, bo zwrócił pysk, na którym wymalowane było lekkie zdzwienie, w moim kierunku, po czym za siebie, po czym na boki, oglądając się dookoła. Nie ruszył się. Westchnęłam cichutko i zaczęłam przedzierać się więc dalej. Gdy byłam wystarczająco blisko, żeby mieć pewność, że nikt więcej nie czyha na nas, odezwałam się:
— Dzień dobry wojowniku! — Stanęłam nieco nerwowo łapą w łapę z nowym kotem. Nie spotkałam go jeszcze nigdy, a przynajmniej taką mam nadzieję. W innym wypadku, trochę niemiło z mojej strony, tak zapomnieć.
— Dzień dobry — miauknął cichutko. — Nie jestem wojownikiem — dodał jeszcze ciszej.
— Aha... — zapauzowałam na chwilę. No to nie wiem, czy będzie mógł mi pomóc. — A znasz tatę? Wiesz, gdzie jest?
Kocurek przestawił ciężar na drugą łapę, widocznie próbując odgadnąć, kogo mam na myśli. Dobrze, niech myśli, niech sobie przypomni.
— ...Na patrolu? — rzucił lekko niepewnie.
Na te wieści podskoczyłam leciutko w emocjach. To znaczy, że nie wróci jeszcze całe wieki! Po co mi było to wszystko, trzeba było zostać i nie wychodzić, teraz nawet nie wiem, czy nie będę miała problemów. Pociągnęłam leciutko nosem zawiedziona, a potem drugi raz, gdy pomyślałam o karze. A potem trzeci, gdy pomyślałam o mamie, i zaczęłam płakać.

<Skrzelikowa Łapo?>