BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darkheart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Darkheart. Pokaż wszystkie posty

06 marca 2016

Od Darkheart'a CD Deerpaw

Czy mam jakieś życzenia? Jakieś swoje własne prywatne marzenie? Spojrzałem w dal, zastanawiając się. Na pewno chciałem być dobrym mistrzem i pokazać innym, że potrafię ułożyć sobie życie w klanie. Chciałem też by Deerpaw stała się wojowniczką. Ale czego tak naprawdę pragnąłem? Jakie było moje MARZENIE? Położyłem zwierzynę na ziemi.
- Chciałbym długo żyć. - powiedziałem. Kotka spojrzała na mnie pytająco.
- Długo żyć? - powtórzyła. Na moim pysku pojawił się uśmiech.
- Wszystko czego pragnę mogę osiągnąć dzięki treningom i przykładaniu się do pracy. Nie mam jednak żadnej gwarancji co do mojego życia. Przed zarazą jestem bezbronny, tak samo jak przed dwunogami. - powiedziałem. Deerpaw powoli kiwnęła głową. Schyliłem się po drozda i zająca po czym podszedłem do stosu zwierzyny i rzuciłem na nią zająca, zostawiając sobie tylko drozda. Z ptakiem w pysku wróciłem do koteczki i usadowiłem się niedaleko w kępie trawy, która była lepszym legowiskiem niż otwarta przestrzeń, przynajmniej jeśli chodzi o porę nagich drzew. Deerpaw siedziała niedaleko. Spojrzałem na nią, kładąc drozda między przednimi łapami.
- Usiądź w tamtej kępie, będzie ci cieplej. - mruknąłem, wskazując trawę czubkiem ogona. Kotka posłusznie się tam przeniosła, tymczasem ja zacząłem pałaszować smakowite mięso. Deerpaw wgryzła się w swój posiłek. Po kilku chwilach z naszych ofiar nie zostało nic więcej niż kilka piórek i kłębki szarej sierści. Oblizałem się po pysku, po czym umyłem obie łapy.
- Idź już odpocząć. Musisz się dobrze wyspać, gdyż jutro poćwiczymy walkę i obronę. - powiedziałem do kotki, która skinęła łebkiem. Widząc, że zrozumiała moje słowa podniosłem się i poszedłem do legowiska wojowników. Z westchnieniem ulgi położyłem się w moim legowisku, nakrywając głowę ogonem. Marzyłem jedynie o tym by porządnie się wyspać. Jak było do przewidzenia, nie minęła nawet chwila, gdy odpłynąłem do krainy snów.

~*~

Obudził mnie jakiś hałas. Poderwałem gwałtownie głowę i podniosłem się, nadstawiając jednocześnie uszy, które nerwowo poruszały się chcąc wyłapać dźwięk, który mnie zaalarmował. Mroźne powietrze nie było przyjemne, miałem ochotę wmówić sobie, że coś mi się śniło i dalej iść spać. Zamrugałem dwukolorowymi oczami, które usilnie próbowały przebić ciemność. Wstałem i wyszedłem z legowiska wojowników. Obóz wyglądał tak jak zwykle, wszystko było na swoim miejscu, a koty smacznie spały w swoich legowiskach. Patrol już dawno wyruszył i teraz pewnie jest gdzieś koło granicy. Miałem jakieś złe przeczucie, które gryzło moją podświadomość. Czyżbyś zaczynał wariować Dark? Mruknąłem do siebie i spojrzałem w górę, spodziewając się ujrzeć gwiazdy. Moim oczom ukazało się jednak ciemne niebo, zakryte chmurami. Co się dzieje? Dlaczego mam złe przeczucia? Skrzywiłem się zły na siebie. Powinienem ufać swojej intuicji, gdyż rzadko mnie zawodziła, ale z drugiej strony nie było żadnego logicznego wytłumaczenia mojego stanu. Westchnąłem i zacząłem węszyć w powietrzu. Mój nos nie wyczuł niczego podejrzanego. Zezłoszczony trzepnąłem ogonem w powietrzu i zawróciłem do legowiska. Położyłem się na moim posłaniu i już zamykałem oczy, gdy do moich uszu dotarł krzyk. W jednej chwili byłem na łapach i niczym czarna smuga wystrzeliłem na zewnątrz. Moim oczom ukazała się Deerpaw stająca na środku obozu. Jej futro było zjeżone a oczy wielkie i wpatrzone w jakiś cień, majaczący przy granicy obozu.
- Deerpaw! - krzyknąłem by po chwili wylądować tuż przy niej. Cień gdzieś zniknął, ale byłem pewien, ze nie poszedł daleko.
- Co się stało? - zapytałem kotkę, starając się by mój głos brzmiał łagodnie.

<Deerpaw?>

27 lutego 2016

Od Darkheart'a

Warstar, tak?
Szara, pręgowana kotka wzięła niewielkiego ptaka ze stosu zwierzyny i oddaliła się w kierunku swojego legowiska. Muszę przyznać, że dziwnie się czułem patrząc na kotkę, która jeszcze niedawno była zwyczajną wojowniczką, noszącą imię Warstripe. Całą tą dziwność podkreślało to, że to właśnie ona była pierwsza osobą którą spotkałem. To ona przyprowadziła mnie do klanu, gdzie Wolfstar mnie zaakceptował. Miałem prawo czuć się dziwnie gdy na nią patrzyłem. Nie darzyłem liderów zbyt wielkim zaufaniem. Zawsze miałem ich koniec końców za osoby dość niskiego pokroju z którymi nie można nawiązać prawdziwej relacji. Z Warstar również nic mnie nie łączyło. Zastanawiałem się tylko czy się zmieniła. Jak to całe dowodzenie na nią wpłynęło. Patrzyłem jak szary ogon zniknął w wejściu do jej legowiska, po czym cicho westchnąłem i podniosłem się ze swojego posłania. Dzień dopiero się zaczął, trzeba iść na łowy i dołożyć co nieco do stosu zwierzyny, zanim wstanie reszta kotów. Potem wezmę Deerpaw na trening. Przeciągnąłem się i wylizałem futro, po czym wyszedłem z legowiska. Słońce jeszcze nie wzeszło. Wyglądało to tak, jakby nadal panowała noc, a do świtu zostało jeszcze trochę czasu. Ciekawe czemu liderka jest już na nogach. Może nie mogła spać? A może zwyczajnie zgłodniała? Z resztą. Sobie samemu też mogłem zadać to pytanie. Podszedłem do stosu zwierzyny i wziąłem niewielką nornicę, którą zjadłem w kilku szybkich kęsach, razem z futrem i kośćmi. Oblizałem się po pysku i skierowałem swe kroki ku legowisku Warstar. Nie bardzo wiedziałem czego tak na prawdę chcę od przywódczyni, jednak nie zamierzałem się wycofać.
- Em ... Warstar? - zapytałem tuż przed wejściem do jej legowiska.
- Mhm? - dobiegł mnie głos kotki. Uznałem to za zachętę. Wsunąłem się do legowiska dowódczyni. Ta spojrzała na mnie chłodno. - Czego chcesz? - zapytała, patrząc na mnie dwukolorowymi oczami.
- Pomyślałem sobie, że ...
- Jakbyś pomyślał, to byś nie pytał.
- ... jak już jesteśmy na nogach to może razem zapolujemy? Przyda się trochę świeżej zdobyczy. - powiedziałem, nie zrażając się szorstkim tonem Warstar. Kotka zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem, nic nie mówiąc. Następnie wgryzła się w swoje śniadanie. Cierpliwie poczekałem, aż skończy jeść. Kiedy ostatnia porcja mięsa została oderwana od kości, Warstar przeciągnęła się.
- Ty nadal tutaj? - mruknęła szorstko w moją stronę. Chyba za wszelką cenę chciała się mnie pozbyć. Nie doceniła mnie. Czasami jestem uparty gorzej od osła.
- Tak. Idziemy? - zapytałem, tonem pozbawionym zniecierpliwienia. Przywódczyni przewróciła dwukolorowymi oczami i cicho westchnęła.
- No dobrze. Trochę zwierzyny zawsze się przyda. - mruknęła i wyszła z legowiska tuż za mną. Bez zbędnej gadaniny skierowaliśmy się ku wyjściu z obozu, a potem dalej w las.

<Warstar? Marnie to opo mi wyszło ;_;>

26 lutego 2016

Od Darkheart'a CD. Deerpaw

Siedzieliśmy razem z Deerpaw na polanie. Kotka wpatrywała się we mnie okrągłymi oczami, czekając aż rozpocznę opowieść. Odchrząknąłem.

- Jak wiesz są cztery klany. Nasz nosi nawę Klan Wilka. Graniczymy z Klanem Burzy, którym dowodzi Silverstar. Jest to klan mniej więcej nastawiony neutralnie. Klan Nocy, którego liderem jest Blackstar, nie jest nastawiony zbyt przyjaźnie. Klan Klifu ma z nami sojusz. Ich przywódczynią jest Unexpectedstar. - powiedziałem, niepewny jak wiele z tej wiedzy posiada moja terminatorka. Możliwe, że już to wie, ale nie mógłbym dopuścić do tego by ta wiedza ją ominęła, gdyby jednak nie wiedziała. Sam nie byłem zbyt zaangażowany w politykę między - klanową, więc nie wiedziałem zbyt wiele o tym jak to teraz wygląda. Trochę kiepsko, no ale ... Spojrzałem na Deerpaw, jednak ta chyba nie wyglądała na zawiedzioną. No przynajmniej tyle. Nawet jeśli okazałem się słaby, to przynajmniej potrafiła ukryć rozczarowanie. A może jednak była szczera i nic nie wiedziała? Odgoniłem od siebie natrętne myśli. Nie mogę zmarnować całego dnia na rozmowie z Deerpaw. Skoro jestem jej mistrzem, to muszę nadrobić moje kiepskie słowa w inny sposób. Ten w którym jestem o wiele lepszy. Córka Wolfstar'a wyglądała bezbronnie i krucho, mimo to nie mogłem pozwolić sobie na przymykanie oka na niedociągnięcia. Moja terminatorka zostanie wojowniczką. Koniec kropka.

- Chodźmy. Przed nami jeszcze trochę drogi. - powiedziałem, wstając. Deerpaw uśmiechnęła się i energicznie podniosła się na łapy.

- Gdzie idziemy? - zapytała.

- Odwiedzimy Wysokie Sosny. - odpowiedziałem z lekkim uśmiechem. Miałem zamiar dać jej tam małą lekcję polowania, gdyż był to jeden z lepszych terenów do nauki łowów, szczególnie na ptaki. Po za tym był to w miarę bezpieczny teren. Nie chciałem by mojej uczennicy stało się coś złego już w pierwszym dniu mojej nauki! To dopiero byłby koszmar.


~*~

Deerpaw przez cała drogę była grzeczna. Prawie aż za grzeczna. Czułem, że jest to spowodowane tym, iż jest to jej pierwsza wyprawa tak daleko od obozu. Nie miałem wątpliwości, że jak się bardziej ośmieli to zacznie być trochę bardziej nieposłuszna. Ale to dobrze. Kocięta powinny zachowywać się jak kocięta. Nawet młodzi terminatorzy.


~*~

Wysokie Sosny były dużymi drzewami, które zdawały się sięgać nieba. Razem z Deerpaw szliśmy po uschniętej trawie, która lekko szeleściła pod naszymi łapami. Jak można się domyślić, moje kroki były cichsze przez pewne nawyki, które dawno temu weszły mi w krew i za nic nie dało by się ich wykorzenić. Lekki wiatr wiał prosto w nasze pyszczki, przez co zwierzęta przed nami nie mogły nas wyczuć. Wciągnąłem powietrze, chwytając zapach niewielkiego drozda. Zatrzymałem się i spojrzałem na Deerpaw.

- Czujesz coś? - zapytałem. Kotka uniosła pyszczek do góry i zaczęła węszyć w powietrzu.

- Umm ... ptak? - zapytała z wahaniem w głosie.

- Drozd. - uzupełniłem. - Teraz spróbujemy podkraść się do niego bliżej, a w tedy pokażę ci jak podchodzić ptaki. - Deerpaw kiwnęła głową i lekko nerwowo ruszyła za mną. Ostrożnie stawiałem łapy wśród poszycia, by nie zdradził mnie najmniejszy szmer. Gdy drozd ukazał się naszym oczom, Deerpaw zatrzymała się i obserwowała polowanie. Czułem na sobie jej uważny wzrok. Idąc cieniem byłem mniej widoczny dla zwierzyny, kierunek wiatru również był korzystny dla mnie. Poruszałem się bezgłośnie, nisko przy ziemi, nie na tyle jednak by szurać brzuchem o podłoże. Od drozda dzieliła mnie odległość jednego skoku. Zatrzymałem się, spinając mięśnie, po czym odbiłem się i jednym płynnym ruchem skoczyłem ... wyżej i dalej niż siedział ptak. Drozd wzbił się w powietrze, machając skrzydłami w panice. Gdyby był na ty samym miejscu co wcześniej, nic by mu się nie stało. Jednak ja wybiłem się w innym kierunku, tym w który poleciał ptak. Drozd praktycznie sam wpadł mi w łapy, a moje ostre pazury zacisnęły się na nim. Razem wylądowaliśmy na ziemi, gdzie jednym ugryzieniem dobiłem stworzonko. Spojrzałem na Deerpaw.

- Chcesz pomóc mi go zakopać? - zapytałem, a kotka kiwnęła głową, podbiegając do mnie. Gdy razem zakopywaliśmy zdobycz, zacząłem tłumaczyć. - Zdobycz zakopujemy by nic nam jej nie zabrało, podczas gdy my będziemy kontynuowali polowanie. Później wrócimy po całą zwierzynę i zaniesiemy do obozu. - skończyłem mówić w chwili gdy skończyliśmy ukrywać zabitego drozda.

- Darkhearcie ... mogę spróbować coś upolować? - zapytała Deerpaw. Uśmiechnąłem się.

- Oczywiście! Po to tu jesteśmy. - powiedziałem z uśmiechem na pysku. Koteczka odwzajemniała uśmiech. Chyba przełamaliśmy "pierwsze lody". To dobrze, nawet bardzo.


<Deerpaw? Jak znów będę "nieobecna" to masz do mnie przyjść i dać mi w twarz.>

29 grudnia 2015

Od Darkheart'a CD Wolfstar'a

Byłem zaskoczony. Wolfstar mianował mnie mentorem swojej córki czyli jednak mimo wszystko ufał mi i wybaczył nieusprawiedliwione odejście. To dobrze. Lider zeskoczył z głazu, tym samym kończąc zebranie kotów. Nowi mentorzy podchodzili do swoich terminatorów i witali się z nimi. Ja również podszedłem do małej Deerpaw o jasno zielonych oczach, wręcz seledynowych. Mała koteczka drżała z przejęcia, a jej oczy były okrągłe jak dwa księżyce w pełni. Nic dziwnego, był to najważniejszy dzień w jej życiu, który zapamięta na długo, jeśli nie na zawsze.
- Witaj mistrzu Darkhearcie. - przywitała mnie. Odpowiedziałem jej skinieniem głowy. Nie miałem pojęcia jak to jest mieć terminatora, ale nie narzekałem. Deerpaw zapowiada się na świetną uczennicę, a ja zamierzałem dać z siebie wszystko by mała kiedyś stała się prawdziwą wojowniczką. Nie zawiodę Wolfstara ani tej małej. Będę najlepszym mentorem, jakim tylko mogę być. Uśmiechnąłem się do terminatorki.
- Juto zaczynamy nasz pierwszy trening. - powiedziałem do niej. - Bądź gotowa tuż po wschodzie słońca. - dodałem, czując jak duma rozpiera mnie od środka. Jestem mentorem!
- Tak mistrzu. - powiedziała koteczka. Skinąłem jej głową na pożegnanie i odszedłem.

~Jutro~

Wstałem jeszcze przed wschodem słońca. Mroźne powietrze od razu przegnało resztki snu. Przeciągnąłem się i wyszedłem z legowiska wojowników. Mroźny śnieg, skrzył się w bladych promieniach słońca. Podszedłem do niewielkiej sterty zdobyczy i wziąłem sobie dużą mysz o szarym futerku, po czym zjadłem ją szybko. Lepiej żebym się najadł nim pójdę z Deerpaw na trening. Gryzoń znikł w po paru kłapnięciach mojego pyska. W samą porę. Zobaczyłem brązowo - biały kształt, który zbliżał się w moją stronę. Deerpaw! Wyszedłem małej koteczce naprzeciw.

<Deerpaw? Brak weny, ale nie ma co czekać na "oświecenie", bo można by było czekać wiecznie, a tak to samo przyjdzie :')>

Od Darkheart'a C.D. Immortalpaw

Muszę przyznać, że to małe białe kociątko było całkiem zabawne. Szczególnie to jak próbowało udawać poważnego i groźnego wojownika, choć jest tylko terminatorem i to bardzo młodym. Posłałem kocurkowi pobłażliwy uśmiech.
- Jak chcesz podejść innego kota, to musisz prze de wszystkim patrzeć pod łapy. Nie stawiaj łap pewnie, jeśli nie możesz patrzeć gdzie idziesz, lecz lekko badaj teren, nie naciskając całym ciężarem łapy. - pouczyłem kociaka. Terminator chyba nie spodziewał się, że zamiast go wyśmiać albo zbyć kilkoma słowami, zacznę go pouczać, ale z wdzięcznością skinął głową. Uśmiechnąłem się lekko.
- Jestem Darkheart ... z Klanu Wilka, możesz mi powiedzieć czy Wolfstar jest w obozie? - zapytałem. Teraz nie było już odwrotu, musiałem iść do lidera i go przeprosić. Moja duma z pewnością na tym ucierpi, ale to chyba niska cena za możliwość dołączenia do klanu jeszcze raz, prawda? Biały kociak zastanowił się chwilę.
- Tak jest w obozie. - powiedział. - Jestem Immortalpaw. - dodał.
- Dziękuję. A teraz idź poćwiczyć skradanie się. Może ci to się w przyszłości przydać, nie każdy kot którego spotkasz będzie przyjaźnie nastawiony. - powiedziałem i odszedłem w stronę obozu. Nie minęła chwila, gdy za mną znów pojawił się biały kłębek futra o niebieskich oczach. Muszę przyznać, że choć jego sierść przez większość czasu będzie utrudniać mu maskowanie się, to w porze Nagich Drzew, będzie prawdziwym mistrzem kamuflażu. Oczywiście nie uraczyłem go tego typu komentarzem. Jeszcze tego brakuje by ten dumny kociak, wpadł w samo uwielbienie. Nie. Nie chciałem maczać w tym łap.
- Tak? - rzuciłem w jego stronę, nawet nie odwracając się do niego. Zamiast spodziewanej odpowiedzi, usłyszałem jęknięcie, jakie tyko potrafi wydać kociak, któremu coś się nie udało.
- Co się stało? - miauknąłem, bez zbędnego entuzjazmu. Kociak przydreptał do mojego boku.
- Chciałem cię zaskoczyć, skradając się tak jak mówiłeś. - powiedział. Na te słowa prychnąłem.
- Ciche kroki to nie wszystko, musisz nauczyć się jeszcze wtapiać w tło. - powiedziałem, ukradkiem zerkając na niego z ciekawością.

<Immortalpaw? Ten znany i kochany brak weny.>

28 grudnia 2015

Od Darkheart'a

 Chodziłem po terenach Klanu Wilka. Postanowiłem tu wrócić, sam nie wiem czemu. Czyżbym zatęsknił za dawnym kocim życiem? Była Pora Nowych Liści czyli nie było mnie tu ... całą Porę Nagich Drzew i część Pory Opadających Liści. Potrząsnąłem głową. To tak jakbym odszedł z klanu, Wolfstar z pewnością uznał mnie za zdrajcę, albo kota który umarł. Czy mogłem mieć do niego pretensje? Czyż nie byłem zdrajcą? Po co w ogóle ruszałem się z bezpiecznych terenów? Dlaczego to życie odrzuciłem równie łatwo jak przyjąłem? Dlaczego?! Końcówka czarnego jak popiół ogona, lekko drgnęła, wyraźnie odcinając się od otaczającej mnie zieleni. Znajomy zapach, sprawiał, że coś we mnie chciało tu zostać, pójść do Wolfstara i błagać o przebaczenie. Jednak pozostałem obojętny na to uczucie. Nie miałem czego szukać u burego lidera, przecież zniknąłem jak cień, zostawiając wszystkich bez słowa. Nie miałem na to żadnego wytłumaczenia. Wolfstar jak tylko mnie zobaczy z pewnością mnie zabije, albo powie bym nigdy więcej nie pokazywał mu się na oczy. Klan Wilka nie był dla mnie jeszcze jak rodzina, ale przez pewien czas mogłem nazwać go domem. A teraz to wszytko zniszczyłem, spaliłem ten most, nie oglądając się za siebie. Co ja tu robię? Po co tu przyszedłem? Czyż nie odszedłem? Zrobiłem to i powinienem trwać w tym niemym postanowieniu. Bolało. Bardzo bolało. Teraz zrozumiałem swój błąd, ale to nic nie zmieni. Nie naprawię go, choćbym pragnął tego z całego serca. Ja to wiem, wiem, że nie ma już dla mnie przyszłości ani miejsca w tym klanie. Czuję to całym sobą. Więc dlaczego wciąż idę? Podświadomość kazała mi skierować swe kroki w kierunku obozu. Niegdyś skryty w cieniu z błąkającym się ironicznym uśmieszkiem na pysku, teraz na otwartej przestrzeni, bez wyrazu, chyba, że z ledwo dostrzegalnym smutkiem, przemierzałem ten sam teren. Czy ktokolwiek mnie pamięta? Pewnie nie ... jasne, że nie. Kto poświęcił by cenne miejsce w swoim umyśle na ledwo zauważalną czarną postać o dwukolorowych oczach? Nikt. Zatrzymałem się gwałtownie, wbijając ostre i zadbane pazury w ciemną glebę. Nie miałem czego tu szukać, to nie był już mój teren. Zamknąłem oczy z westchnieniem. Darkheart weź się w garść, nie możesz zmarnować swojego życia, przechodziłeś przez gorsze rzeczy, nie pierwszy raz straciłeś coś na czym ci zależało. Potrząsnąłem głową. Gdzie trafię po śmierci? Z pewnością nie będzie to Gwiezdny Klan, nie, on już na zawsze pozostanie dla mnie zamknięty, ale może zdołam choć przez chwilę być szczęśliwy tutaj na ziemi? Czyż moje życie to nie wieczna śmierć, nie tylko innych kotów, ale też pewnych dróg na które już nigdy nie dane mi będzie wejść? Własnie tak. Tym jest moje życie i ja. A więc powinienem zacząć czerpać z tego radość, albo chociaż milczącą satysfakcję. Żałuję, ze nie potrafię tego zrobić. Schyliłem się i polizałem się po białej łapie, choć w środku huczało we mnie od myśli i emocji, z wierzchu wciąż byłem tym samym czarnym kocurem o nieruchomym pysku, bez żadnego wyrazu. Nikt nie widziałby co dzieje się we mnie w tej chwili. Ta myśl napełniła mnie smutkiem. Wyglądam jakbym miał wszystko i wszystkich gdzieś, a wcale tak nie jest. Chcę wrócić, lecz czy ktokolwiek chce mojego powrotu? Odpowiedź brzmiała nie. Oblizałem się po nosie, a moje wąsy drgnęły, gdy podjąłem decyzję. Tak, to będzie najlepsze wyjście. Nie mam n i c do stracenia. Bo co warte jest życie, skoro tak naprawdę nie czujesz się jak osoba żywa? Skończyłem jako trup za życia, czy istnieje coś gorszego? Nie istnieje. A teraz los się do mnie krzywo uśmiechnął i znów tu jestem. Na terenie Klanu Wilka, który wciąż pachnie tymi samymi kotami, gdzieś tu może jeszcze są resztki mojego zapachu, choć ja już nie pachnę klanem. Podszedłem do najbliższego krzaka, po czym je oznaczyłem. Darkheart powrócił! I zamierza zostać ... po czym ruszyłem na poszukiwania lidera, czyli innymi słowy, skierowałem się do obozu. Pod moimi łapami zieleniła się młoda trawa, a liście na drzewach dopiero rosły. Pora Nowych Liści czy istnieje lepszy czas by zacząć coś nowego, jeszcze raz? Jestem jak te liście, odszedłem jesienią i powracam wiosną. Czy Wolfstar mnie zaakceptuje? Wątpliwe, ale może los zmieni ten ironiczny grymas na uśmiech, który skieruje w moją stronę. Kto wie ...

< Ktoś z klanu wilka?>

17 listopada 2015

Od Darkheart'a CD Unexpectedstar

Kotka odezwała się do mnie jakby uważała to za przysługę, albo konieczność. Miałem ochotę ładnie zadrapać ten jej czarny nosek, jednak opanowałem się. Była w końcu liderką i lepiej nie robić sobie z kogoś takiego wroga, w końcu nie chcę wplątać mojego nowego klanu w wojnę. Szczególnie, po tym jak Mintleaf urodziła. Wojna to bardzo zły czas na odchów kociąt. Spojrzałem uważnie na czarną kotkę. Ta mierzyła mnie uważnym spojrzeniem złocistego oka. W sumie nie wiem czemu za nią pobiegłem. Gadać nie bardzo miałem o czym a i ona nie kwapiła się do rozmowy. Jednakże stałem naprzeciw niej, uparcie wpatrując się w jej oczy, jakbym prowadził milczącą walkę na wzrok. Nie zamierzałem tak po prostu odejść, jakby przestraszyło mnie to, że znajduje się na terenie obcego klanu, sam jak palec z (czyżby złą?) liderką klanu. Bić się umiałem i w swoim życiu widziałem tyle kocich istnień, które nagle się kończyły zupełnie bez powodu, że powinienem być zgorzkniałym i pustym w środku samotnikiem. Tymczasem, o ironio, znalazłem sobie rolę w życiu. Tym bardziej nie obchodziło mnie zdanie innego kota. Dziewięć żyć? Pff ... znam ja już sposoby na takie koty.
- A więc Unexpectedstar ... - nie miałem pojęcia jak dokończyć zdanie. Z terenów się nie ruszę, ale takie stanie zaczęło być już zwyczajnie nudne.

< Unex? Sorry, ze tak krótko. Wena mi zwiała.>

15 listopada 2015

Od Darkheart'a CD Mintleaf

Kojarzyłem tą całą Mintleaf, jest partnerką Wolfstar'a, czyż nie?
- Cóż, lubię moje obowiązki, a ostatnio nie dzieje się nic złego, więc nie mogę narzekać.- uśmiechnąłem się. Lubię moje obowiązki? I to jeszcze jak! Nie sądziłem, że takiemu samotnikowi jak ja spodoba się ganianie po granicach, polowania, pilnowanie terenu ... przynależenie do Klanu, który mnie akceptuje. Tak. To ostatnie było chyba tym, czego potrzebowało moje serce, uwięzione w klatce z samotności i cienia. Świadomość, że są koty, które staną w twojej obronie, które tolerują twój dziwny wygląd i nie pytają o przeszłość, którą zostawiłeś za sobą. To to czego szukałem przez wiele księżycy, nie zdając sobie z tego sprawy. A teraz znalazłem. Spojrzałem na Mintleaf. Niby wyglądała tak samo jak zazwyczaj, ale nie, coś się zmieniło. Kotka miała zaokrąglony brzuch i to bynajmniej nie od nadmiaru zwierzyny!
- Widzę, że klan się rozrasta. - uśmiechnąłem się. Kotka w pierwszej chwili nie załapała aluzji.
- Co? - zapytała, nie zdając sobie sprawy iż chodzi o jej jeszcze nienarodzone kocięta. Po chwili jednak, jakby ja olśniło, a na jej pyszczku pojawił się uśmiech. - Tak. - powiedziała i ledwo dostrzegalnie dotknęła brzucha łapką.
- Ile ich będzie? - zapytałem z czystej ciekawości. Usiadłem na ziemi owijając łapy ogonem. Nie musiałem pytać się kto był ojcem, przecież widać było, że Mintleaf i Wolfstar są partnerami! Kotka na moje pytanie jakby lekko się zasmuciła.
- Trzy. - odpowiedziała tylko. Zmrużyłem oczy.
- Coś jest nie tak, prawda? - zapytałem. Może Mintleaf nie chciała ze mną rozmawiać o tych sprawach? W końcu nie jestem kimś bliskim, ani nawet dobrym znajomym.

< Mintleaf? Ja WIEM, że to jest moje NAJGORSZE opo.>

14 listopada 2015

Od Darkheart'a CD Shadowrain

Uciekać? Ja?! Gdyby nie to, że skoczyła na lisa, nazwał bym ją mysim móżdżkiem. Przecież jestem wojownikiem klanu wilka! Moim obowiązkiem jest bronić klanu, nawet kosztem własnego życia! Syknąłem przez zęby i zjeżyłem futro wzdłuż grzbietu. Biały lis o czerwonych ślepiach, próbował obrócić głowę i dosięgnąć zębami kotkę o długiej sierści. Zadziałałem instynktownie. Skoczyłem na głowę lisa, zatapiając pazury przednich łap za śnieżnobiałym uchem, a tylne wbiłem w miejsce połączenia żuchwy i czaszki. Lis pisnął z bólu i chwiejnie cofnął się o kilka kroków. Zaraz jednak doszedł do siebie i z wściekłym szczekaniem zaczął potrząsać głową, a gdy to nie pomogło zaczął skakać na wszystkie strony, wyrzucając w gorę raz grzbiet, a raz głowę. Dla pobocznego widza, mogło wyglądać to śmiesznie, jednakże żołądek podszedł mi do gardła na tej upiornej huśtawce. Z całych sił trzymałem się lisiej skóry, byle tylko nie spaść. Bo upadek z pewnością skończył by się śmiercią w białych szczękach. W końcu lisowi udało się zrzucić długowłosą kotkę, która przekoziołkowała po ziemi i zniknęła w kępie pokrzyw, wyrzucając w powietrze drobne płatki śniegu. Psowaty od razu rzucił się na swój łup, chcąc zabić kotkę. Wściekły zatopiłem zęby w jego uchu i zacząłem szarpać nim na różne strony. Krew polała się na biały śnieg, a ten pod wpływem ciepła zaczął lekko topnieć w miejscu gdzie spadła posoka. Lis otumaniony bólem i zaślepiony krwią ściekającą do oczu, miał już serdecznie dość walki. Chwiejnie spróbował się wycofać. Zeskoczyłem z jego łba, miękki lądując w białym puchu. Lis rzucił się do ucieczki, jednak ja byłem zaślepiony wściekłością. Cała ta sytuacja przypominała mi zdarzenie sprzed wielu księżyców. Zdarzenie od którego zacząłem patrzeć na świat w inny sposób. Wściekle trzepnąłem ogonem i skoczyłem w ślad za lisem. Ranny zwierz nie był zbyt szybki, a tym bardziej zwinny. Z łatwością wyprzedziłem go i skoczyłem mu prosto do gardła. Lis spróbował zrobić unik, jednak każdy kociak wie, że wściekły kot, jest groźny przeciwnikiem. Zatopiłem kły w jego szyi, przez kilka sekund na niej zwisając. Lis próbował jeszcze walczyć. Ostrymi pazurami przejechał mi po prawym boku, a zaraz potem padł martwy na śnieg. Dookoła ciała zaczęła zbierać się czerwona kałuża. Kiedy spadła adrenalina, poczułem ból w miejscu gdzie dosięgły mnie jego pazury. Polizałem zranione miejsce, starając się zmyć krew. Rana na oko, nie wyglądała groźnie, jednak nadal bolała i krwawiła. Z goryczą uświadomiłem sobie, że zachowałem się głupio, atakując uciekającego lisa. Gwiezdnym niech będą dzięki, za to, że kodeks wojownika nie wspomina nic o zabijaniu uciekających drapieżników. Kiedy wspomniałem nazwę klanu, do głowy wróciła mi postać długowłosej kotki. Zacisnąłem zęby ze złością. Może i ostrzegła mnie przed lisem, ale nadal znajdowała się na terenie Klanu Wilka, a nie mogłem pozwolić by jakiś pieszczoszek wałęsał się po naszych terenach! Pobiegłem w miejsce gdzie ostatni raz ją widziałem, bezwiednie skręciłem między gołe gałęzie krzewu, by ukryć się przed jej wzrokiem. Naturalnie kotka mnie nie zauważyła, ani nie wyczuła (nie wspominając o usłyszeniu). Końcówka ogona lekko mi drgnęła, gdy na ugiętych łapach patrzyłem, jak zlizuje płatki śniegu z brązowo - czarnego futra, by te nie roztopiły się i nie wsiąkły w puszyste futro. Bez większych wyrzutów patrzyłem, jak rozgląda się zaniepokojona. Czyżby mnie szukała? Jej ogon lekko drgnął, gdy podniosła się z ziemi i ruszyła w stronę, gdzie zniknął lis, a z nim ja. Teraz mogłem zauważyć, iż jest większa od przeciętnego leśnego kota, a choć śmierdziała dwunogami, w swoich ruchach miała coś z leśnego kota. Nie mogła pójść dalej! To tereny klanu! Fuknąłem na siebie i swoją naturę obserwatora czy raczej ... skrytobójcy. Wolno podkradłem się do niej i skoczyłem. Chciał bym powiedzieć, że nie wystawiłem pazurów, naprawdę ... jednak to własnie one zatopiły się w gęste futro kotki. Razem potoczyliśmy się po ziemi. Kotka była silna, a moje pazury nie mogły dosięgnąć jej skóry, przez grube futro. Mimo to przygniotłem ją do ziemi.
- Co ty robisz? - syknęła, chyba lekko zdenerwowana. A może zwyczajnie oburzona?
- Jesteś na terenach Klanu Wilka! - syknąłem, jednak bez nie wiadomo jakiej złości.- Nie powinnaś wchodzić na nasze tereny! - dodałem.
- Czym jest Klan? - zapytała, a jej oczy zrobiły się okrągłe z ciekawości. Zeskoczyłem z niej, nie mając ochoty zachowywać się jak ... ja. Zwyczajnie nie stanowiła zagrożenia, a jej pazury były stępione przez dwunogi. siadłem na śniegu. Przecież nikt mi nie zabronił rozmawiać o klanie, nie?
- To grupa kotów, które są dla siebie jak rodzina. Razem mieszkamy, polujemy i bronimy granic przed intruzami, którzy chcieli by zabrać nam naszą zdobycz, albo wymordować kocięta. - powiedziałem. - Mamy swój obóz w którym mieszczą się legowiska wojowników, którzy dbają o klan, terminatorów, uczniów wojowników, medyka, który leczy ranne koty i lidera, naszego przywódcy. - dokończyłem. Kotka usiadła na przeciwko mnie i owinęła łapy puszystym ogonem.
- A kocięta? - zapytała.
- Kocięta razem z matkami mieszkają w kociarni. Są w tedy zwolnione z obowiązków wojowników, a klan zajmuje się nimi. - powiedziałem. Kotka kiwnęła głową.
- A tak w ogóle dlaczego o to pytasz? - zapytałem, wbijając w kotkę świdrujące spojrzenie dwukolorowych oczu. Kotka spuściła wzrok i łapą trąciła kępkę śniegu. Cierpliwie czekałem na odpowiedź.

< Shadowrain? Przepraszam za tą walkę z lisem, nie wiem czemu tak dziadowsko mi dzisiaj wyszło opo ;_;>

06 listopada 2015

Od Darkheart'a

Obudziły mnie promienie słońca, które z trudem przeciskały się przez wiecznie zielone gałęzie, otaczające legowisko wojowników. Z żalem opuściłem wygodne i ciepłe posłanie z liści paproci, mchu i trawy, wiedząc, że dni robią się coraz zimniejsze. Przeszedłem przez niewielki otwór, między gałęziami i znalazłem się na polance o trawie wdeptanej w ziemię, przez masę kocich łap. Zimne powietrze pachniało zbliżającą się zimą i ostrym zapachem Klanu Wilka. Przeciągnąłem się, wyciągając łapy jak najdalej przed siebie i szarpiąc pazurami zmrożoną trawę. Po chwili skończyłem gimnastykę. Z mojego pyszczka unosiła się para wodna, przypominająca biały dym w chłodnym powietrzu. Klan jeszcze spał, więc bez trudu przedostałem się przez krzaki okalające nasz obóz. Spojrzałem za siebie i prychnąłem coś o tym, że nasz patrol to tylko dodatkowe pyski do wykarmienia, które zamiast pilnować śpią sobie smacznie na ciepłym posłanku. Zimny powiew wiatru zmierzwił moje czarne futro, przywołując mnie do rzeczywistości. Przecież nie opuściłem legowiska bez powodu! Wolnym i bezszelestnym krokiem oddaliłem się od klanu pogrążonego we śnie. Ziemia była twarda pod łapami i pokryta cieniutką warstwą lodu, jakby Pora Nagich Drzew powoli zaczęła wkraczać na tereny klanów. Po kilku minutach szybkiego truchtu znalazłem się w bliskim sąsiedztwie z innym klanem. Rozchyliłem pyszczek by lepiej czuć zapachy i wciągnąłem powietrze. Od razu wyczułem mocną woń, przypominającą Klan Wilka, lecz o trochę łagodniejszym zapachu, przywodzącym na myśl rozgrzane w słońcu skały. To musiał być Klan Klifu z którym PODOBNO mamy sojusz. Nerwowo machnąłem ogonem i ruszyłem w kierunku granicy. Od linii zapachu obcego klanu dzielił mnie tylko wąski strumyk i linia drzew. Znalazłem się w miejscu, gdzie ziemię pokrywały sosnowe igły i gruba warstwa ściółki, której nie zdołał zamrozić lód. Zacząłem węszyć w ściółce i nerwowo nasłuchiwać. Po chwili do moich uszu doszedł upragniony dźwięk - popiskiwanie nornic, które mościły się do snu po męczącej nocy. Na mój pyszczek wypłynął szyderczy uśmieszek.

~*~

Złapaną zdobycz, cztery tłuste nornice i małą ziębę, zakopałem głęboko w poszyciu lasu by nie dobrały się do nich inne drapieżniki. Później wrócę i zaniosę łup do obozu, gdzie każdy będzie mógł się nim pożywić. Głód skręcał mi żołądek i miałem ogromną ochotę skubnąć choć odrobinę świeżego mięsa. Pamiętałem jednak najważniejszą regułę Klanu, mówiącą o tym, że każdy wojownik zanim zje musi nakarmić klan. Nie chciałem świeżo po dołączeniu łamać kodeksu i narażać się liderowi. Poza tym przed dołączeniem tu, wiele księżycy temu należałem do klanu i pewne nawyki weszły mi w krew. Mimo, że przez pewien czas były uśpione, teraz miały okazję obudzić się z długiego snu i znów dać o sobie znać. Oblizałem się po wąsach i oddaliłem od zakopanej zwierzyny. W pobliżu nic więcej nie dawało żadnych znaków swojej obecności. Widać wszelka zwierzyna wyczuła strach i śmierć pozostałych stworzeń i teraz kuliła się w swoich norach, nie zamierzając choćby wystawić nosa. Chyba nic tu już nie upoluję... mruknąłem do siebie w myślach. Mimo to uparcie skradałem się w kierunku granicy, licząc, że przy niewielkim strumyku złapią jakąś żylastą myszkę, na tyle głupią by szukać jedzenia w moim towarzystwie. Nagle mój wzrok przykuł ledwie dostrzegalny ruch po drugiej stronie strumyka. Znieruchomiałem, strzygąc uszami i wpatrując się w tamto miejsce. Po chwili zacząłem wątpić, czy to aby wyobraźnie nie spłatała mi figla, gdy znów to dostrzegłem. Skrawek czarnego futra, ginący za splątanymi gałęziami karłowatych drzewek. Otworzyłem pyszczek i wciągnąłem powietrze. Od razu wyczułem członka Klanu Klifu. Nie spotkałem jeszcze żadnego z nich, więc nie mogłem powiedzieć kto czai się po drugiej stronie wody. Zmrużyłem oczy z zaciekawienia i podążyłem za tropem, niewidoczny pośród zielonych gałęzi iglastych drzew, które zwieszały się aż do ziemi. Po kilku długościach lisa, kot w końcu raczył się pokazać. Z plątaniny gałęzi wyszła smukła czarna kotka o złocistej gwieździe na czole, przez którą rozpoznałem w niej liderkę. Czarna nie miała jednego oka, za to drugie było złocisto - żółte. Swobodnym krokiem zbliżyła się do strumienia i zaczęła chłeptać zimną wodę. Nagle dostrzegłem za nią ruch, który nie spowodował żadnego szelestu. Przez lukę w krzakach, w których owo zwierzę się poruszało dostrzegłem rudo - brązową sierść. Po chwili rude stworzenie wyszło na otwartą przestrzeń. Było chude i ledwie większe od kota, jego długi i wąski pysk napawał mnie odrazą, tak samo wielkie uszy i smukła kita zakończona białą ciapką. Lis. Młody, który ledwie odłączył się od matki. Los mu nie sprzyjał. Chude ciało o lekko skołtunionej sierści, zakrzywiony i wyleniały ogon, a całości dopełniała brzydka blizna ciągnąca się od pyska, aż po kark. Załzawione, żółtawe oczy wbił w niczego nieświadomą kotkę, mimo paskudnego stanu poruszał się cicho, zapewne licząc na łatwy łup. Sama liderka obcego klanu niewiele dla mnie znaczyła, ale fakt, że jej zabójcą miał być lis, znaczył bardzo dużo. Nie znosiłem tych zwierząt i miałem ku temu powód. Mnóstwo księżycy temu, kiedy byłem małym kociakiem do obozu naszego klanu wdarły się trzy lisy - młode samce szukające rozrywki i świeżego mięsa. Mimo młodego wieku, były dobrze wykarmione, silne o błyszczącej, gęstej sierści. W walce również dorównywały starszym osobnikom, tyle, że te były pełne energii i zwinne jak żmije. W walce z nimi zginęło dwóch wojowników, jeden terminator i kociak ... moja siostra. To był czarny dzień dla mojego klanu. Potrząsnąłem głową i odegnałem dawne wspomnienie, jak natrętną muchę. Skupiłem spojrzenie dwukolorowych oczu na drapieżniku, który powoli szykował się do skoku... Nie traciłem czasu na zbędne miauczenie. Wyskoczyłem z krzaków, jednym susem przeskoczyłem strumień i z syknięciem skoczyłem na lisa. Zdezorientowany psowaty, niezgrabnie odchylił się do tyłu w wyniku czego moje pazury, zamiast wydrapać mu oko, rozcięły pysk. Wylądowałem na ziemi, zwinnie obracając się w kierunku przeciwnika. Lis spojrzał na mnie i obnażył żółte kły. Syknąłem i machnąłem mu uzbrojoną w szereg pazurów łapą, tuż przed oczami. Zza mnie doszło jeszcze inne syknięcie, jego niedoszłej ofiary. Lis warknął i uciekł w głąb lasu, nadal pozostawając na terytorium Klanu Klifu. Obróciłem się w kierunku czarnej kotki, niepewny jej reakcji. Niby uratowałem jej życie, a przynajmniej oszczędziłem jej kilku ran jakich mogła się nabawić w starciu z lisem, jednak nikt mnie o to nie prosił. Może nie życzyła sobie pomocy? Tak więc nie schowałem pazurów gdy spojrzałem w jej żółte oko i bliznę po drugim.

< Unexpectedstar?>

05 listopada 2015

Od Darkheart'a CD Warstripe

Nie byłem zbyt optymistycznie nastawiony do przedstawienia mnie liderowi. Już ja wiem o takich co nieco. Najpierw wydają się całkiem w porządku, niby zależy im na członkach klanu, a później okazuje się, że wszystko co robią to tylko "środki" by utrzymać władzę i mieć wpływy. Dla dobra ogółu są w stanie posłać każdego na śmierć. Zmarszczyłem nos i ruszyłem za Warstripe, takim krokiem by nie zdradzać do końca ile potrafię w sztuce bezszelestnego podkradania się. Nie ufałem kocicy za grosz, lecz nie wydawała się zła i może w innych okolicznościach nawet bym ją polubił. Mówiąc inne okoliczności mam namyśli kilkanaście ładnych księżycy temu, kiedy byłem naiwnym młokosem co wciąż miał mleko pod brodą. Przerwałem rozmyślania na ten temat i skupiłem się na teraźniejszości. Przed sobą widziałem pręgowaną kotkę. Była odwrócona tyłem, ledwie krok czy dwa prze de mną. Mógłbym teraz skoczyć na jej grzbiet i wbić kły w kark - mógłbym ją zabić. Przez chwilę czułem nawet pokusą by to zrobić, nie czułem żadnej litości, a zanim ten jej cały klan by się zorganizował i zaczął mnie ścigać, tropy były by już całkowicie zmyte, a ja daleko stąd. Jednak nie zrobiłem tego, choć moje spojrzenie wciąż było wbite w kark kocicy, podświadomie obliczające kąt śmiertelnego skoku. Droga minęła nam w milczeniu. Po kilkunastu minutach, dotarliśmy do gąszczu krzaków, które mimo zbliżającej się Pory Nagich Drzew były zielone. Warstripe poprowadziła mnie wzdłuż nich, aż natrafiliśmy na "wejście", którym była większa przestrzeń między gałęziami. W milczeniu przyjąłem wiadomość, że wchodzimy do istnej fortecy. Najprawdopodobniej była to jedyna droga ucieczki, gdyby coś poszło nie tak, a przez krzaki było by niezwykle trudno się przedrzeć. Kotka zwinnie przeszła przez otwór, a mnie nie pozostało nic innego jak pójść w jej ślady. Wiedziałem, że pakuję się w poważne kłopoty. Teraz stałem na trawie wydeptanej przez wiele wschodów słońca, przez masę różnych kotów. Zmarszczyłem nos, czując wszędzie wokół koci zapach. Miałem wrażenie jakbym znalazł się w zamkniętej przestrzeni i prawie zatęskniłem za otwartym terenem lasu. Nerwowo drgnęła mi końcówka ogona, gdy z prawej strony zbliżyły się do nas dwa koty. Jedna to była biało - czarna kocica o poszarpanym uchu i miętowych oczach, drugi nieznajomy był brązowym, lekko burawym kocurem, któremu brakowało połowy ogona. Z gwiazdy na piersi wywnioskowałem, że jest to zapewne lider tego klanu. Oba koty szły blisko siebie, stykając się bokami. Wyglądało to tak naturalnie, iż stwierdziłem, że tę dwójkę łączy coś więcej niż przyjaźń. Posłałem liderowi chłodne spojrzenie, a on odpowiedział tym samym. Zatrzymał się razem ze swoją ... czyżby partnerką? Kilka kroków od nas. Kotka wlepiła we mnie nieruchome spojrzenie, a kocur spojrzał na szarą kotkę.- Warstripe, kto to jest? - zapytał neutralnym tonem, starając się wyprać go z nut ciekawości. Prawie się uśmiechnąłem, mając ochotę odpowiedzieć: "kot, ślepcu" jednak się powstrzymałem. Warstripe już otworzyła pyszczek by odpowiedzieć, kiedy postąpiłem dwa kroki do przodu.
- Jestem Darkheart. - przedstawiłem się, mierząc kocura uważnym spojrzeniem. Buras odwrócił spojrzenie w moją stronę, było zimne jak lód. Trzepnąłem ogonem jakby z pogardą i spojrzałem w głąb "obozu". - A więc to tu mieszkacie? - spojrzałem mrużąc oczy z "nudy", a tak naprawdę lustrując otoczenie i zapamiętując każdy szczegół. - Trochę mało miejsca. - prychnąłem, podążając kilka kroków w głąb. Za sobą usłyszałem syk Warstripe i jeżącą się sierść kocura. To była dla niego zniewaga i to w dodatku podwójna. Uśmiechnąłem się do siebie. W robieniu sobie wrogów byłem mistrzem nad mistrzami. Lider jednak nie dał się sprowokować, odwróciłem się zatem z powrotem do nich. Zignorowałem spojrzenie szarej kocicy, które ciskało we mnie błyskawice. Przyglądałem się z uwagą buro brązowemu kotu. Wiedziałem, że jest zły, jednak nie dał się sprowokować. Może nie jest takim znowu ostatnim rysim bobkiem?
- Co cię tu sprowadza ... Darkheart? - zapytał lider starając się rozluźnić mięśnie, które były napięte i gotowe do ataku. Poczułem lekki szacunek do kocura, który nie dał się tak łatwo wyprowadzić z równowagi, jak przeciętny przywódca, który uważa, że jest pępkiem świata. Moje spojrzenie nadal było czujne i twarde, jednak znikła z niego pogarda i iskierki podłości.
- Nic. Jestem podróżnikiem, włóczę się z miejsca na miejsce. Trafiłem na wasze tereny przez przypadek, a później spotkałem Warstripe, która zaproponowała mi, że zaprowadzi mnie do lidera. - odpowiedziałem i lekko schyliłem łebek, by pokazać mu swój lekki szacunek, jednak nie na tyle by mógł to uznać za znak pokory. Nie należałem do żadnego klanu, byłem panem samego siebie, nie, liderem samego siebie. Tak więc miałem pełne prawo by traktować stojącego prze de mną kocura na równi z sobą. Kątem oka dostrzegłem, że od strony obozu zmierzają ku nam dwie postacie. Kiedy podeszły okazało się, że są to dwie srebrno - cętkowane kotki o puchatych ogonach, niczym miotły. Jedna miała dwukolorowe oczy - zielone i niebieskie oraz krótszą sierść niż druga kotka. Wyglądały jak siostry z jednego mitu, jednak zdradził ich wiek - ta długowłosa była starsza i .... poważniejsza? Mierzyła mnie nieufnym spojrzeniem, tymczasem ta druga mimo nieufności spoglądała na mnie z zaciekawieniem.
- Kto to jest? - zapytała sucho długowłosa i trzepnęła ogonem o ziemię w wyraźnym zdenerwowaniu. Odpowiedzi udzieliła, dotąd siedząca w milczeniu biało czarna partnerka lidera.
- Darkheart, podróżnik. - powiedziała i rzuciła mi nieufne spojrzenie. Wąsy lekko mi drgnęły, wszyscy spoglądali na mnie nieufnie, albo wrogo. Musiałem jakoś naprowadzić sytuację, albo zrobi się bardzo nieprzyjemnie.
- Tak, podróżnik. Natrafiłem na wasz klan zupełnie przypadkiem. - usiadłem na ziemi, owijając łapy ogonem, a w szczególności zakrywając białą łapę. - Jeśli chcecie odejdę stąd jeszcze tej nocy, choć wolał bym na trochę zostać i odpocząć od podróży. - powiedziałem, normalnym tonem. Warstripe zjeżyła się.
- Nie będziemy tolerować obcego na naszym terenie! - prychnęła w moją stronę.
- Nie należysz do klanu! - syknął ktoś inny.
- Nie chcemy przybłęd! - prychnął ktoś inny.
- Domowy pieszczoszek chce mieszkać w lesie. - stwierdził kolejny głos. Podniosła się niezła wrzawa, każdy kot chciał mi powiedzieć jak to mnie tu nie chcą. Przez chwilę, myślałem, że rozszarpią mnie na strzępy. Z rozwścieczonym tłumem nigdy nic nie wiadomo.
- CISZA! - krzyknął lider i natychmiast wszystkie głosy ucichły, a koty zwróciły głowy w kierunku kocura. Jedynie Warstripe obrzuciła mnie jeszcze ściszonym syknięciem. - Decyzja należy do mnie. - dodał brązowo - bury kocur i spojrzał na mnie jakby chciał mnie przewiercić wzrokiem na wylot. Wytrzymałem spojrzenie, jednak nie rzucałem mu żadnego wyzwania. Kocur westchnął.
- Możesz zostać w naszym klanie. Rozumiem, że jesteś wojownikiem? - zapytał. Skinąłem głową. Kocur lekko uśmiechnął się.
- A więc witaj Darkheart w Klanie Wilka, jestem Wolfstar, a to jest Mintleaf, Leafstripe i Rainymist nasz medyk. - wskazał kolejno na kotki. Pojąłem z lekkim zdziwieniem, iż są to wszyscy członkowie klanu. Mintleaf czule otarła się o bok kocura, ledwie zauważalnie i zapewne podświadomie. Leafstripe zmrużyła oczy i machnęła ogonem. Rainymist zaczęła mi się przyglądać, miałem wrażenie, że najbardziej ciekawi ją moje czerwone oko i przecinająca je blizna. Kiedy spojrzałem na Warstripe, ta zdawała się żałować decyzji przyprowadzenia mnie tu. Wolfstar odchrząknął by zwrócić uwagę kotów z powrotem na siebie.
- Darkhearcie, czy przyrzekasz być wierny klanowi i jego członkom? Czy przyrzekasz nie jeść puki klan nie zostanie nakarmiony? Czy przyrzekasz bronić go kosztem własnego życia? - zapytał ze śmiertelną powagą. Wstałem.
- Przyrzekam. - odpowiedziałem, lekko spuszczając głowę by znów ją podnieść.
- W więc mianuję cię wojownikiem Klanu Wilka! - zakończył lider, błyskając zielonymi oczami. Po tym uśmiechnął się i usiadł.
- Tak więc, pozostaje tylko jednak kwestia. - mówił. - Ktoś musi ci pokazać obóz, granicę, tereny i przekazać kodeks wojowników. - powiedział kocur i powiódł wzrokiem po zebranych. Po chwili ciszy odezwał się znajomy głos.
- Ja to zrobię. - powiedziała Warstripe i spojrzał na mnie zimno. - Skoro ja go tu sprowadziłam, to muszę dopilnować by niczego nie zepsuł. - dodała, prawie złowieszczo.
- No dobrze. - odpowiedział Wolfstar i oddalił się od nas. Po chwili inne koty, również zaczęły wracać do swoich zajęć. Zostaliśmy z Warstripe sami. Uśmiechnąłem się do niej ni to z sarkazmem ni to z przyjaźnią. Kotka prychnęła i machnęła ogonem kilka razy.

< Warstripe?>

31 października 2015

Od Darkheart'a

Liście zaszeleściły ledwie słyszalnie gdy przecisnąłem się między gałęziami krzewu, pokrytego małymi czerwonymi owocami. Mój wzrok padł na potok o krystalicznie czystej wodzie. Była to miła odmiana, bo od kilku dni natykałem się wyłącznie na błotniste kałuże z których nie dało się napić, chyba, że ktoś chciał dostać pasożytów. Podeszłem do brzegu i ostrożnie nachyliłem się ku wodzie. Brzeg był stromy, a wpadnięcie do wody równało się samobójstwu. Nie, nie bałem się wody i potrafiłem pływać. Jednak tutaj nurt był tak szybki, że nie miał bym żadnych szans. Woda wciągnęła by mnie pod powierzchnię, jednak nie utonął bym powolną śmiercią przez utonięcie - prąd wody roztrzaskał by mnie o kamienie, których czubki wystawały nad powierzchnię wody. Z tymi myślami, zacząłem chłeptać wodę, szybko zaspokajając pragnienie. Kiedy skończyłem odsunąłem się od brzegu. Co teraz? Odpowiedź nasuwała się sama - powinienem poszukać schronienia, gdzie mógł bym odpocząć, a potem ruszać w dalszą drogę. Westchnąłem. Ostatnio tak właśnie wygląda moje życie, włóczenie się z miejsca na miejsce, nigdzie nie zostaję dłużej niż dwie noce. Zawsze w ruchu - tak ktoś mnie kiedyś określił. Na to wspomnienie uśmiechnąłem się gorzko do siebie. Żeby ten ktoś tylko wiedział dlaczego ... Nie byłem jednak na tyle durny, by rozpowiadać to na prawo i lewo. Bycie dawnym skrytobójcą to raczej nie powód do chwały, szczególnie, gdy owiała cię zła sława i nie wiesz jak daleko zaszła wieść o najemnym mordercy, który potrafi sprzątnąć każdego tak, że nikt się nie domyśli, puki nie jest za późno. Zimny wiatr, wiał od północy, niosąc ze sobą różne zapachy. Powoli ruszyłem wzdłuż brzegu; kierunek dobry jak każdy inny, szczególnie, że szedłem tyłem do wiatru. Ziemia usłana była czerwono - złotymi liśćmi, najróżniejszych gatunków drzew. Pora Opadających Liści była najgorsza ze wszystkich, nienawidziłem takiej ilości suchych liści, że praktycznie chodzenie bezszelestnie jest niemożliwe. Trzeba bardzo uważać gdzie stawia się łapy. Zapewne innym było by to obojętne, czy raczej narzekali by na deszcz. Cóż, ja jestem inny. Z tych rozmyślań wyrwał mnie krzyk. Nadstawiłem uszu, delikatnie poruszając wibrysami. Dźwięk nie dał się pomylić z żadnym innym. To był koci krzyk. Przez głowę przeleciało mi tysiące różnych myśli. Jeśli jest tu kot, to co tu robi? Raczej nie idzie moim tropem, ale nie mogę wykluczyć tej opcji. Jeszcze przez sekundę stałem bez ruchu, napinając wszystkie mięśnie i wysilając zmysły do granic możliwości, bezwiednie czekając na atak. Ten jednak nie nastąpił. Prawe ucho nerwowo drgnęło do tyłu, a ja wciągnąłem powietrze, starając się wyczuć woń kota, która powiedział by mi conieco o tym osobniku. Węch jednak nie był moim najmocniejszym zmysłem, tak więc jedyne co wyczułem to masą gnijących liści i rozkładające się truchło leśnej myszy. Postanowiłem to sprawdzić, bo nie codziennie spotyka się kota, jeśli o mnie chodzi. Bezszelestnie przebiegłem między kilkoma młodymi drzewkami o chropowatej korze, przeskoczyłem jakiś spróchniały pień i teraz wolno, przekradłem się w kierunku kształtu, który z tej odległości wyglądał jak kot. Przystanąłem jakiś metr od niego, kryjąc się pod gałęziami, bliżej nieokreślonej rośliny, która dawała porządny cień. Uszy postawiłem do przodu, gotowe do wyłapywania najmniejszego dźwięku. Między drzewami, tam gdzie nie rosły żadne gęste krzaki i mogło przejść większe zwierzę, stała szara kotka. Uszy miała skulone przy głowie i widziałem gniew wymalowany na jej pyszczku, jak również widoczny w całym ustawieniu ciała. Przed nią stała łania, która nerwowo uderzała racicami o ziemię. Przez głowę przeleciała mi myśl - Co trzeba zrobić, by wkurzyć zazwyczaj płochliwą łanię i sprowokować ją do ataku?! Do głowy nie przychodziła mi żadna odpowiedź na to pytanie, za to prze de mną rozgrywała się bardzo ciekawa scena. Łania fuknęła (a może prychnęła?) ze złością, co zabrzmiało jak kaszlnięcie. Szara kotka syknęła jej prosto w pysk, mało łagodnymi słówkami. Wątpię by czterokopytna beczka zrozumiała z tego cokolwiek, postawa kotki musiała ją jednak mocno wkurzyć. Łania wspięła się na zadnie nogi i uderzyła przednimi kończynami w miejsce gdzie jeszcze chwilę temu znajdowała się głowa kotki. Tamta zdążyła zrobić w porę unik, tym samym zbliżając się do mojej kryjówki o kilka kocich kroków. Teraz jej połowę zasłaniały mi gęste krzewy o prawie bezlistnych gałęziach, jednak mogłem też dostrzec więcej szczegółów. Jej futro nie było jednolicie szare, tylko w ciemniejsze pręgi, przypominające łuki i delikatnie zmieniające ułożenie, gdy kotka poruszała się. Po za tym dostrzegłem iż ma dwoje różnych oczu - zielone i żółte, a nie jak wcześniej sądziłem tylko zielone. No i jeszcze blizna na pysku ... Przeniosłem wzrok z kotki z powrotem na łanię, która chyba powoli dawała za wygraną. Tymczasem szara pręguska przyczaiła się, a końcówka ogona lekko drgnęła. Naprawdę? - miałem ochotę krzyknąć. - Zamierzasz zaatakować łanię? Prychnąłem w myślach i obróciłem się na pięcie. Skoro jest tak naiwna, by wdawać się w konflikty z kopytnymi zwierzętami to proszę bardzo. Nie zamierzam obserwować, jak dostaje lanie od roślinożercy, albo jak rani zwierzę, które do niczego jej się nie przyda. Bezszelestnie zawróciłem i zniknąłem jak cień w leśnych zaroślach.

~*~ Jakiś czas później ~*~

Szorstki, różowy język prześlizgnął się wzdłuż mojej łapy. Czyściłem futro z różnego śmiecia, jakie może wplątać się w kocią sierść podczas wędrówki. Mogło się wydawać, iż jestem zmęczonym, łatwym łupem, skupiającym się na monotonnej czynności. Jednakże spod przymrużonych powiek, obserwowałem całą okolicę. Wybrałem do tego idealne miejsce - duży głaz, pokryty miękkim mchem, który z niewiadomych przyczyn znajdował się w samym sercu lasu. Co więcej był nie tyle szeroki ile wysoki. Jeśli będę siedział cicho nikt nie domyśli się, że tu jestem, ja zaś mam całą okolicę widoczną jak na dłoni. Na razie nie działo się nic szczególnego, nawet małej myszki nie widziałem, co zaczęło się robić lekko nużące. Bezwiednie myślami powróciłem do szarej kotki, która miała czelność zadzierać z łanią. Ciekawe co się z nią stało? Może łania w końcu rozwaliła jej łeb porządnym uderzeniem? Czy też, zwiała podrapana? Jakby w odpowiedzi na moje myśli, gdzieś pode mną rozległ się cichy szelest, nie głośniejszy niż szturchnięty suchy liść. Tak drobny dźwięk wystarczył bym na moment zdrętwiał, plując sobie w brodę, że dałem się zaskoczyć. Powoli zbliżyłem się do krawędzi głazu, mech skutecznie tłumił każdy dźwięk, bezwiednie wysunąłem pazury, a moje wąsy lekko drgnęły. Nie mam całkiem upośledzonego zmysłu powonienia, z niemym wiec zdziwieniem wciągnąłem do płuc znany zapach. Zerknąłem zza krawędzi głazu. Tuż pode mną rysował się grzbiet szarej kocicy o dwukolorowych oczach i bliźnie na pysku. Chyba nie ucierpiała na spotkaniu z łanią. Ogon miarowo kołysał się z boku na bok kiedy szła. A gdyby ją tak zaskoczyć? Uśmiechnąłem się do siebie. To była by głupota z mojej strony - ujawniać się, mimo, że od dłuższego czasu miałem spokój. Mogłem przecież zignorować ją i wrócić do swoich spraw, a potem ruszać dalej. Z drugiej strony od ponad księżyca nie widziałem żadnego kota, nie spodziewałem się, że widok przedstawiciela swojego gatunku i myśl by odrzucić taką okazję, sprawi mi namacalny ból. Po prostu nie mogłem tak jej ominąć. Nie chciałem przecież oszaleć i zacząć gadać do siebie, tylko po to by usłyszeć własny głos? Ileż można nie otwierać pyszczka i milczeć? Każdy prędzej czy później oszaleje. Nie mogłem do tego dopuścić. Zdecydowałem się w ostatniej chwili, kotka powoli zaczęła oddalać się od głazu na którym siedziałem. Szare pręgi na futrze skutecznie (jak przystało na kamuflaż) zlewały się z roślinnością. Podeszłem kilka kroczków w jej stronę i skoczyłem. W locie schowałem pazury, przynajmniej częściowo. Wylądowałem na kotce, która pod moim ciężarem przewróciła się na ziemię. W jej dwukolorowych oczach najpierw zobaczyłem zaskoczenie, a później złość. Uśmiechnąłem się triumfalnie, przygniatając ją do ziemi, wykorzystując przewagę wielkości i wagi. Porozmawiać jak cywilizowany kot? Pff, zbyt oklepane - o wiele lepiej zachowywać się jak ... no właśnie jak kto? Który kot skacze na nieznajomą kotkę i przygniata ją do ziemi, praktycznie na niej leżąc, nie mając złych zamiarów? Chyba tylko ja.
- Złaź ze mnie! - syknęła szara, próbując wydostać się spode mnie. Nie miała jednak szans, a na moje szczęście unieruchomiłem jej łapy by nie mogła mnie podrapać. Jedna blizna na oku w zupełności mi wystarczy. Na jej słowa przekrzywiłem głowę, przywołując na pysk wyraz zaskoczenia.
- Oh, a to niby czemu? - zapytałem. - Mi tam jest wygodnie ... - dodałem, zachowując się jak jakiś zboczeniec, którym swoją drogą n i e jestem. Kotka obrzuciła mnie wyzwiskami i spróbowała wyswobodzić spode mnie łapy. Jej próby jednak spełzły na niczym. Kiedy na chwilę przestała się szamotać i przeklinać, wykorzystałem sytuacje by zadać pytanie. - Zejdę z ciebie, ale pod jednym warunkiem. - powiedziałem. W jej oczach dostrzegłem nieufność i nagłą czujności. - Zagramy w Trzy Pytania. - kontynuowałem. - Gra polega na tym, że ja zadaję trzy pytania, a ty musisz na nie szczerze odpowiedzieć, potem ty możesz zadać mi trzy pytania, a ja na nie odpowiem. Kiedy gra się skończy, będziesz mogła iść i już mnie więcej nie zobaczysz albo możemy kontynuować rozmowę, co ty na to? - zapytałem, świdrując ją wzrokiem. Kotka przez chwilę zastanawiała się, ale właściwie nie miała wyboru, jeśli chciała się spode mnie wydostać.
- Dobra. - powiedziała z niechęcią. Nagłym ruchem zeskoczyłem z niej, co z pewnością odrobinę zabolało. Kotka syknęła wstając na łapy i z nastroszoną sierścią spojrzała w moim kierunku. Przez chwilę myślałem, że rzuci się na mnie, lecz chyba się rozmyśliła. Nieufnie przycupnęła, gotowa w każdej chwili zerwać się na łapy. Zignorowałem niechętne spojrzenie jakim mnie obdarzyła.
- Ja zaczynam. - powiedziałem, patrząc się prosto w jej oczy. - Jak masz na imię? - kiedy tylko wypowiedziałem to pytanie kotka lekko się zdziwiła. Chyba nie tego się spodziewała.
- Warstripe. - jej ton jednak nadal pozostał chłodny i jednoznaczny.
- Dlaczego tu jesteś? - zapytałem wprost. Kotka zdziwiła się jeszcze bardziej.
- Co proszę?! Ja tu mieszkam! - syknęła. W milczeniu przyjąłem odpowiedź. Teraz zostało mi tylko jedno pytanie - nie mogłem go zmarnować!
- Czy kiedykolwiek słyszałaś o WhitePawHunter? - zapytałem, mając nadzieję iż zaprzeczy. Tak nazwali mnie moim pracodawcy: Biała łapa łowcy, cóż nie byłem w tedy całkiem dorosłym kotem i określenie nawiązywało do mojego wyglądu, a skąd aż trzyczłonowe imię? Kto wie? Przyjęło się i już.
- Nie. - pokręciła głową Warstripe, a ja odetchnąłem z ulgą nie dając jednak nic po sobie poznać. Do głowy przyszły mi kolejne pytania, jednak wykorzystałem już moje trzy szanse. Teraz przyszła kolej kocicy.
- No dawaj, zadaj pytanie. - powiedziałem, chcąc mieć już to z głowy.

< Warstripe?>