BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

08 października 2026

Od Milczącej Łapy (Milczącej Jemiołuszki) do Wesołej Łapy

Krótko po mianowaniu Milczka na ucznia

Milcząca Łapa nie sądził, że gdy dostanie mentora krótko po tym przyczepi się do niego… jedna z jego córek. Kremowy kocurek pewnego dnia trafił na patrol składający się ze Zmierzającej Fali, Wesołej Łapy, Rogatego Flaminga i oczywiście jego samego. Flaming nie wydawał się być szczególnie zachwycony towarzystwem kogoś gorszego niż pospólstwo, Milczek w końcu był gorzej niż byle kim, jego matką była czekoladowa samotniczka, która przecież zamordowała własne kocięta. A raczej trójkę z nich, bo reszta maluchów przetrwała. Milczek urodził się ponoć jako czwarty, więc gdyby nie mieszkał akurat w Klanie Nocy, mógłby powiedzieć, że miał ogromne szczęście. Wesoła Łapa co chwilę zaczepiała Zmierzchającego, więc Milczek był poniekąd zmuszony do przebywania z Flamingiem. Wyjątkowo nie miał ochoty się odzywać, wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, ignorując całkowicie istnienie pointa. Tak jakby był wiatrem. Rogatemu również nie podobało się towarzystwo kremusa, to też z wypięta piersią i zmrużonym spojrzeniem szedł przed siebie. Szli raczej w ciszy, która okazjonalnie przerywana była przed głupie zapytania starszej uczennicy. W końcu Wesoła zwolniła trochę tempo i zrównała je z pręgusem i pointem. Szła radośnie obok, a Milczek już czuł tę falę pytań, którą zaraz go zaleje, tak jakby był w stanie na nie odpowiedzieć. Miał zwykle podobną ilość energii co kotka, chociaż on nie przepadam za kontaktem fizycznym i czasem lubił dokuczać innym.
— Milczącaa Łapooooo! — krzyknęła nagle kotka, aż kremus podskoczył. — Tata zawsze chciał mieć syna. To znaczy że jesteśmy rodzeństweeem!? Tata pewnie jest bardzo szczęśliwy, ucząc cię! — miauknęła.
Pręgowany zmrużył brwi.
„Co też tej wariatce przyszło do głowy?” pomyślał, spoglądając gdzieś w bok.
— Czemu nic nie mówisz braciiiszkuuuu? — zapytała Wesoła.
Kremowy zjeżył lekko futro.
„Co ja mam na to do jasnego Klanu Gwiazdy niby odpowiedzieć?” pomyślał.
Cokolwiek chciał powiedzieć wymagało dłuższej sentencji. Jak miał przekazać kotce, że nie łączą ich żadne więzi, a uważanie go za brata sprawi, że mogą ją znienawidzić? Postanowił się, więc nie odzywać, zastanawiając się jak zareaguje w tym przypadku Rzekotka. Zastanawiał się, czy kotka była przynajmniej świadoma, że nie potrafi mówić.

***

Milczek miał dziś zostać mianowany na wojownika, co znaczyło, że musiał przejść test. Jak wytłumaczył mu Zmierzchająca Fala miał sam upolować zwierzynę na części terenów. Nim, jednak tam trafił postanowił odwiedzić legowisko medyka, aby pozbyć się uporczywego, jak się okazało białego kaszlu. Nie miał czasu zostawać zbyt długo w legowisku. Wyruszył na test, nie będąc świadomym, że obserwuje go mentor. Gdy był w wyznaczonym miejscu, przełknął ślinę.
„Gdzie ja niby mam teraz znaleźć zwierzynę? Mamy Porę Nagich Drzew!” pomyślał, będąc już pewnym, że obleje ten test i nigdy nie zostanie wojownikiem.
Wtem w krzakach nieopodal usłyszał bardzo ciche popiskiwanie. Miał wrażliwe oczy, nie mógł mówić, ale słuch miał za to całkiem niezły.
„To może być moja jedyna szansa” pomyślał.
Ustawił się w odpowiedniej pozycji i zaczął skradać się w stronę zwierzęcia. W końcu mi się udało! Trochę zaplątał się w krzak, ale na jego szczęście złapał mysz. Zastanawiał się, tylko czy to wystarczy. Jego test był w pobliżu wody.
„Może powinienem spróbować też łowić? To istotne w Klanie Nocy…” pomyślał.
Podszedł do rzeki. Lód nie był jakoś bardzo gruby to też przecięcie go nie stanowiło ogromnego problemu. Teraz wystarczyło czekać. Woda pod spodem była cieplejsza niż się spodziewał, choć nadal wystarczająco chłodna, aby na chwilę zamarł po złapaniu ryby.
„To musi wystarczyć” pomyślał i skierował się w stronę obozu.

***

Zmierzchająca Fala musiał już odbyć rozmowę z Mandarynkową Gwiazda, gdyż przywódczyni już po chwili wyszła ze swojego legowiska, kierując się w stronę mównicy.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Milcząca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? — miauknęła Mandarynka, spoglądając wyczekująco na kremowego ucznia.
Milczek zmrużył oczy, ale kotka najwyraźniej zapomniałam o jego problemie.
— Psyhesham — burknął w końcu.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Milcząca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Milcząca Jemiołuszka. Klan Gwiazdy ceni twoją energię i umiejętności pływania oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy — mruknęła.
Milczek nie sądził, aby kotkę poruszyła, jakkolwiek jego przysięga. Tę regułkę wypowiada niemal codziennie, nie zwróciła zapewne na to uwagi. Jemiołuszka podszedł do przywódczyni. Przysunął łapę do barku kotki, jednak postanowił, że to nie dotknie. Przywódczyni wykonała podobny gest. Milczek kiwnął lekko głową, odwracając się w stronę kociego tłumu. Cały Klan Nocy rozpoczął skandowanie nowego imienia kremusa. Część, która znała go trochę lepiej nie była zbyt głośna ani chętna, ale znalazło się w tłumie kilka kotów, które były wystarczająco głośne, aby dodać wojownikowi otuchy. Gdy wiwaty się zakończyły wyszedł przed obóz, aby pilnować wejścia. Cisza nie stanowiła dla niego problemu, w końcu i tak nie mógł mówić.

***

— Milcząca Łapooo! — miauknęła Rzekotka, podbiegając do wojownika. — Milczącaa Jemiołuszko! — poprawiła się zaraz, jak zwykle, przedłużając niektóre litery, radośnie się szczerząc. — Chodź z nami na patrol! Chyba nie musisz odpocząć, coo? — zapytała Wesoła.
Milczek przełknął ślinę.
— Hidę! — odparł szybko, zaraz po tym ziewając.
Ponownie zdecydował się zignorować swój kaszel, po prostu, unikając bliskiego towarzystwa innych. Po patrolu będzie mógł odpocząć. Z pewnością będzie mógł…

<Wesoła Łapo?>

[843 słowa]

Wyleczeni: Milcząca Łapa (Milcząca Jemiołuszka)

Od Perłówkowej Łapy (Zwisającej Perłówki)

Perłówkową Łapę ostatnio trudno było zobaczyć. Wstawała przed świtem, zanim poranny patrol zaczynał się zbierać i wracała do legowiska dopiero, jak ostatni uczniowie chichotali cicho do siebie, chwilę, zanim któryś z sąsiadów zirytowany zaczynał marudzić, że nie może przez nich spać.
W Porze Nagich Drzew światło słońca gościło tereny najkrócej, więc duża część tego aktywnego czasu przypadała na zwykłe treningi i inne zwyczajne obowiązki. Czasami wymykała się poza obóz. Nie na długo i zawsze wtedy, kiedy aktywność patroli była najniższa. Przeważnie po prostu patrzyła na niebo lub leżący śnieg, słuchając szumu wiatru.
Rudzikowe Skrzydełko została pochowana niedługo po ogłoszeniu jej śmierci na czarny kaszel. Rodzeństwo zmarłej wyglądało na najbardziej dotknięte tą stratą. Przynajmniej taką miała nadzieję, choć czuła, że jej oczy były trochę bardziej szkliste, niż chciałaby publicznie.
To, czego Perłówkowa Łapa żałowała najbardziej, to, że podczas życia matki jako więzień nie zainicjowała z nią rozmowy ani razu. Miała więcej możliwości na wizyty, niż mogłaby policzyć. Najpierw była na nią zbyt zła, żeby to zrobić. Później to uczucie osłabło, ale im dłużej zwlekała, tym bardziej nie wiedziała, czy była na to gotowa. Rudzikowe Skrzydełko zawsze miała coś do powiedzenia, jeśli tylko jej się pozwoliło. Pewnie zaczęłaby płakać, przepraszać albo mówić o uczuciach rzeczy, których nie chciałaby słyszeć na głos, ale byłaby na ten moment taka szczęśliwa, że mogła ją zobaczyć jeszcze raz. A Perłówka z trudem by trzymała własne myśli tam, gdzie powinny zostać, a samą ciągnęłoby do wyjścia, nie wiedząc, jak radzić sobie w obliczu kogoś wylewającego swoje emocje i troski na wierzch. Więc odkładała potencjalną wizytę, na początku jeszcze wyglądając jej z oddali, a później wcale, zamiast tego skupiając się na małych, aktualniejszych rzeczach przed nią. I teraz kolejnej okazji nie będzie miała.
Wiedziała, że ciało będzie wyglądać inaczej, niż gdy żyła, ale nie spodziewała się aż tak dużej różnicy. Mama zawsze była w ruchu, nawet śpiąc, potrafiła się poruszać, mruczeć, zmieniać pozycję. Rudość jej futra była taka żywa i ciepła, widać ją było z odległości, przez którą szokiem było, że zwierzyna była w stanie jej nie zauważyć. Trudno zaakceptować, jak bardzo zmarniała w porównaniu do obrazu w pamięci, jaki właśnie pękał.
Perłówkowa Łapa odeszła pierwsza, zanim ktoś mógł zobaczyć łzy spływające jej po twarzy.
Kiedy Zawodząca Gwiazda ponownie zwołał klan do Groty Pamięci, Perłówkowa Łapa siedziała trochę na uboczu, robiąc miejsce dla zbierających się kotów. Mimo trochę bocznej pozycji miała wrażenie, jakby czuła na sobie czyjś wzrok. Tłum zamilkł, gdy tylko lider wskoczył na głaz i zaczął mówić.
— Łzawa Łapa oraz Połyskliwy Kogut byli zamieszani w śmierć Rudzikowego Skrzydełka. W konsekwencji Łzawa Łapa zostaje odsunięta od pozycji medyka... Oraz oboje zostają zawieszeni w obowiązkach i przywilejach na czas nieokreślony. Obowiązuje ich zakaz opuszczania obozu.
Szepty kotów wokół niej narastały, a jednak z jej własnej perspektywy wydawało się, że coraz bardziej głuchną, jakby dźwięk nie był w stanie się całkiem przebić przez wodę, którą ktoś właśnie wylał na jej głowę. Patrzyła tępym wzrokiem przed siebie, to na lidera wypowiadającego te słowa, to na pustą przestrzeń za nim, to na zastygłą twarz brata.
Nie rozmawiali za wiele na temat własnych uczuć, właściwie to wcale, ale jak ta nagła pustka w jej głowie zaczęła powoli na nowo wypełniać się w jej głowie myślami, wydało jej się to niedorzeczne. Przecież sam przyznał, że dotychczasowy układ był sprawiedliwy. Nawet jeśli nie ukrywał swojej niechęci. Ale przecież ona sama potrafiła być opryskliwa, a nie przeszłoby jej nawet przez myśl coś tak potwornego. Co rzeczywiście mieli na myśli przez zamieszanie w śmierć?
Ledwo zaczęła trawić słowa, które usłyszała, gdy coraz bardziej donośny głos ich ciotki w tłumie zaczął do niej z powrotem docierać.
— … Uznałeś, że dobrym pomysłem będzie wraz z Łzawą Łapą morderstwo więźnia, ale jednocześnie własnej matki. Nie obchodzi mnie to, że może na to zasługiwała, czy może nawet prosiła. Nie masz poszanowania dla czyjegoś życia! Powinieneś zostać wygnany jak Dziki Berberys lub nawet poddany egzekucji, niczym Nieustraszony Chomik i Tańcujące Pierze, skoro nie żałujesz swych czynów! — wykrzyczała Skrzydlata Płomykówka.
Perłówkowa Łapa nie zauważyła, jak bardzo jej gęste futro zjeżyło się na te słowa. Egzekucja? Czy każdy w tym klanie doszczętnie oszalał?! Jakby tego było mało, jakby nie stracili wystarczająco kotów. Wstała wzburzona, jedyne co powstrzymało ją od natychmiastowej eskalacji to łapa Oskrzydlonego Ognika, który obserwował ją z mieszanką współczucia na twarzy.
Zacisnęła zęby, odwracając gwałtownie głowę i nie ukrywając machającego ze złości ogona. Pomysł, że jej własny brat bez wzruszenia zamordowałby ich matkę, był wystarczająco niepojęty, ale słowa prosto z ust członka rodziny o zabraniu jej kolejnej osoby brzmiały praktycznie jak zdrada.
Patrzyła, jak Połyskliwy Kogut i płacząca Łzawa Łapa zostają odprowadzeni do legowiska więźniów. Najchętniej pobiegłaby za nimi, domagając się wytłumaczenia, co się rzeczywiście wydarzyło i dlaczego, ale wiedziała, że nie dostanie tak szybko prywatnej rozmowy.
Odwróciła się i wyszła, po raz kolejny jak najdalej od tego tłumu kotów. Łapy same poprowadziły ją jak zwykle do starego obozu. Nie zamierzała do niego wchodzić, tylko już powolniejszym krokiem przechodziła wśród mokrych pagórków, zerkając w jego stronę. Na zakręcie usłyszała pod sobą cichy chrzęst. Zbliżyła pysk do źródła dźwięku i zauważyła, że pod cienką warstwą śniegu leżało kilka ususzonych stokrotek, noszących na sobie już bardzo wątły, ale jeszcze zauważalny zapach Słodkiej Dziewanny. Swoim ciężarem rozkruszyła tylko niewielki fragment jednej łodygi. Westchnęła cicho i delikatnie wzięła resztę znaleziska w zęby, kończąc ten krótki spacer.

***

— …łów...wa…po… Perłówkowa Łapo!
Otworzyła oczy. Sufit legowiska uczniów przysłaniała jej głowa Srebrzystej Równonocy.
— Nie chcesz dzisiaj zaspać — oznajmiła z trochę niezręcznym uśmiechem.
Perłówkowa Łapa mrugnęła kilka razy, próbując przystosować się do nagłej zmiany otoczenia i powoli wstała. Większość innych uczniów już ruszyła na własne treningi, a pojedyncze niedostatki wyglądały na lekko rozbawione sytuacją.
Srebrzysta Równonoc wyprowadziła ją poza obóz.
— Dzisiaj zajmiesz się polowaniem. Bez żadnej pomocy ode mnie — kontynuowała.
Uczennica skinęła głową i ledwo wstrzymała ziewnięcie. Ruszyła głębiej w stronę zamrożonej łąki. Dźwięk tylko jej kroków sprawił, że się odwróciła. Po mentorce nie było ani śladu, co na chwilę lekko wybiło ją z rytmu, bo nie było to najprostsze do osiągnięcia na otwartych terenach. Wytężyła instynktownie wzrok, próbując ją znaleźć, ale zamiast szylkretowego futra kotki dostrzegła najpierw w oddali mignięcie długich, wystających uszu, które przypomniały jej, dlaczego teraz tu jest.
Po cichu zaczęła się zbliżać w stronę miejsca, gdzie zobaczyła potencjalną zdobycz. Gdy do niego dotarła, królika już tam nie było, ale na nieszczęście dla niego śnieg pozostawiał wyraźne ślady kierunku, w którym się udał. Perłówkowa Łapa uśmiechnęła się sama do siebie, w końcu nie bez powodu tak ciężko trenowała swoją szybkość i wytrzymałość. Tak długo, jak wie, gdzie królik się udał, nie ma sposobu, żeby udało mu się od niej uciec.
Ślady gwałtownie skończyły się przed wykopaną norą. Kotka obwąchała ją ostrożnie. Nie było żadnych wątpliwości, że zwierze schowało się w środku. Drążyła łapą wejście, ale wiedziała, że była stanowczo za duża, żeby zmieścić się do tych tuneli, a dalsze kopanie byłoby tylko marnowaniem energii.
Niezadowolona przemierzyła wzrokiem okolicę. Jeśli było tu jedno wejście w podziemia, to blisko mogło być inne. Okrążyła powoli wejście, wąchając grunt wokół. Niedaleko przysypana świeżym śniegiem była kolejna nora.
Wycofała się kawałek i usiadła pod wiatr.
Nie musiała czekać długo. Królik pojawił się przy drugim wejściu najpierw drżącym nosem, potem jednym uchem, potem całą głową, i wystawał tak, coraz bardziej ostrożnie oceniając sytuację. Perłówkowa Łapa siedziała nieruchomo. Po kilku uderzeniach serca królik wyszedł w całości i zaczął kicać głębiej w polanę.
Wystrzeliła sprintem. Królik ją zauważył i w panice odskoczył w lewo, ale było dla niego za późno. Dwie szybkie zmiany kierunku później dosięgnęła go i pewnie chwyciła.
Podniosła głowę z królikiem w zębach i zobaczyła Srebrzystą Równonoc podnoszącą się z ziemi kilkanaście lisich długości dalej. Podeszła do niej wyraźnie zadowolona.

***

— Ja, Zawodząca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę uczennicę. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Perłówkowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysięgam. — Podniosła wzrok.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Perłówkowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Zwisająca Perłówka. Klan Gwiazdy ceni twoją wytrwałość i oddanie oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Burzy.
Dotknął pyskiem jej głowy, a ona, jakby wyćwiczonym ruchem, nosem jego barku.
Ogłuszył ją na chwilę wiwat. Powinna cieszyć się razem z nimi, był to jej dzień, punkt kulminacyjny starań i nadziei, do których każdy kot w klanie niecierpliwie dążył. Czuła się jednak, jakby trudno było jej znaleźć gorszy moment. Przez całą ceremonię zachowywała dosyć neutralną ekspresję, którą jednak nosiła ostatnio tak często, że nawet w tym miejscu nie wyglądała szczególnie nienaturalnie. Wymusiła z siebie słaby uśmiech.
Rozejrzała się powoli po tłumie, który zdawał się mniejszy, niż powinien. Największa dziura przykuwała jej uwagę u boku Oskrzydlonego Ognika. Podczas ceremonii Połyskliwego Koguta sama tam stała. Po fakcie podeszła szturchnąć go barkiem, trochę dramatycznie marudząc, że za ciężko pracował i przez niego teraz ona będzie musiała się trochę postarać. Ewidentnie nie zamierzał na nią czekać.
Odeszła od lidera, gdy tylko klan skończył skandować jej imię. Miała przed sobą całą noc czuwania w ciszy, ale po raz pierwszy od jakiegoś czasu wiedziała, co zrobi, jak tylko się skończy.

[Event Klanu Burzy: przeszukiwanie starego obozu]

Od Ognikowej Słoty

Po dołączeniu Cętkowanego Tęgosza do kultu

Wraz z nadejściem mroźnej Pory Nagich Drzew, wiele kociąt zdążyło wyfrunąć z gniazda i doczekać się swojego mianowania na uczniów. Ku zdziwieniu Matki Kultu, żadne z nich nie umarło w noc próby. Niekiedy zastanawiała się, czy w ciągu całego jej życia którekolwiek z kociąt nie przetrwało – w końcu nawet Chudemu Grzbietowi, Grubej Rybie i Garbatej Łapie się poszczęściło. W podobne rozważania wprawił ją ostatnio Smuklik, zastanawiający się, czy rzeczywiście tak ciężko było zdać ten test. Myślała, że wszystko zależało od mądrości i sprytu danego kocięcia. W końcu sama pamiętała własną próbę, ale nie mogła przecież tamtego dnia umrzeć. Była córką samej Zalotnej Gwiazdy. Od początku skazana była na sukces. Kawcza Łapa, Bryzowa Łapa, Skowronkowa Łapa… możnaby wymieniać. Klan Wilka rósł w siłę. Rodziło się coraz więcej kociąt, które w przyszłości powinny zasilić szeregi kultu. Oprócz nich, w kociarni pozostało jeszcze parę, te spokrewnione z Kruczym Piórem i te z Miodowym Ulem oraz Jesionową Szadzią. Szylkretka robiła co w jej mocy, aby wszystkie te wyrosły w przyszłości na przykładnych kultystów. Wiele razy opowiadała im o potędze Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, niejednokrotnie zajmując się nimi również pod nieobecność matek. Tylko by jej tutaj zawadzały i broń Mroczna Puszczo, oddalały kocięta od jedynej słusznej wiary, wpuszczając do umysłu młodych zarazę i nieprawdę, w którą potem mogłyby te biedactwa wierzyć i podejmować złe decyzje w ciągu całego swojego życia.
Brązowooka kocica nie była zdziwiona tak dotkliwą zmianą temperatury. Mroźne pazury nielitościwej pory muskały ją po uszach, odbierając z nich czucie, podobnie zresztą z twardymi poduszkami łap, obecnie stykającymi się z pokrytym puchem gruntem. Niebo przestrzeliły gęste, gołębie chmury, a sam las wyglądał na jaśniejszy, niż powinien być, a to wszystko było zasługą śniegu. Podobną Porę Nagich Drzew przesiedziała w żłobku, doglądając innych kociąt i odbierając sobie tym samym możliwość rozprostowania łap, zawalczenia z samotnikiem, jak to miała w zwyczaju. Brakowało jej tego. Możliwości wyzwania kogoś na pojedynek i dania z siebie wszystko, ryzykując tym samym własne wszystko – życie. Teraz przyszedł czas na to, aby powróciła do swoich obowiązków i rozprostowała kończyny. Została z powrotem mistrzynią, oddając resztę wychowania kociąt ich matkom, chociaż zamierzała i tak do nich zaglądać od czasu do czasu. Jej kocięta, teraz już uczniowie w wieku jedynastu księżyców, mieli za sobą wiele treningów. Zastanawiała się, kiedy przyniosą dumę rodzinie i zrobią coś godnego chwalenia. Do tej pory ich kontakt uległ zmianie, odkąd zaczęła przesiadywać tak długo w żłobku, aczkolwiek nie uważała tego za coś szczególnie złego. Nigdy nie była wobec nich czuła i wychowywała je tak, jak była sama chowana przez Zalotną Gwiazdę, swoją kochaną mamę. Było to swego rodzaju zabezpieczeniem, w razie, gdyby którekolwiek z nich kiedykolwiek ją zawiodło i zmuszona byłaby wziąć sprawy we własne łapy. Do tej pory nie zrobili nic, za co mogłaby je tępić, ani nic, za co by je chwaliła. Ona w ich wieku była już wojowniczką.
Kalinowy Powiew zdążyła tak bardzo wyrosnąć. To samo zresztą Nocny Śpiewak. Jakiś czas temu do ich licznej grupy dołączył jej bratanek, Cętkowany Tęgosz, zabijając swojego pierwszego samotnika, a potem składając go w ofierze. Czekała na ten moment długo i mimo tego sukcesu, Ognikowa Słota odczuwała niezadowolenie z faktu, iż vanka nadal nie była członkinią kultu, tak jak jej rówieśnik, z którymi przecież swego czasu, tak wiele razy rozmawiała, spędzała czas. Pamiętała, jak wielkie nadzieje pokładała w córce Gąsiorkowego Trzepotu i robiła co w jej mocy, żeby wyrosła na porządną koteczkę. Już jako kocię wykazywała się dużą inteligencją i sprytem. Później, gdy otrzymała Krucze Pióro jako mentora, mogła wykazać się nawet bardziej, robiąc co w swojej mocy, żeby wyzbyć się wszystkich niedoskonałości, które mogły jej towarzyszyć gdzieś głęboko. Może Nadciągający Pomrok nie uznała jej za wystarczająco dobrą, żeby przynależeć do grupy najlepszych wojowników Klanu Wilka? A może była to kwestia czasu, aż również się przyłączy? W końcu wszystkie te dni spędzone na nauczaniu jej nie mogły pójść na marne. Była mądra i im więcej członków mieli, tym lepiej dla nich wszystkich. Szczególnie takich o dużym potencjale. Niestety nic nie mogło być wiecznie idealne. Niebieska spędzała dużo czasu z Chudym Grzbietem, a przynajmniej tak zaobserwowała szylkretka. Wiecznie się kłócili na środku obozu i marszczyli do siebie pyski. Jednak nie było to robione na tyle często i wyraźnie, żeby wprost przekazać mistrzyni, że nie tliło się między nimi absolutnie nic. Dokładnie tak samo zachowywał się Porywisty Dąb z jej siostrzyczką, a jednak Pomrok jeszcze jakiś czas po jego odejściu trzymała prezent od srebrnego. Poczuła nieprzyjemne ukłucie w sercu, które szybko zbyła. To była przeszłość, która nie miała już dla niej żadnej wartości. Już nawet nie trzymała tej jemioły od niego we własnym legowisku, chcąc o nim całkowicie zapomnieć. Od ich ostatniego spotkania minęło tak wiele księżyców, że pamięć o nim powoli jej się zacierała, chociaż nie całkowicie. Musiała skupić się na tym, co było teraz. Kocimiętkowy Wir od jakiegoś czasu zaczęła się od niej oddalać, a może to raczej… ona oddalała się od własnej partnerki? Ruda musiała to zrozumieć. W końcu kult musiał rosnąć w siłę, a bez Matki Kultu było to trudne. Musiała się poświęcić dla dobra większości, przyszłości całego Klanu Wilka. To od nowego pokolenia zależało to, czy kult przeżyje, gdy najstarsi odejdą, pozostawiając po sobie historie przekazywane z pokolenia na pokolenie. Ruchem ogona przywołała do siebie niebieską wojowniczkę, gdy ją dostrzegła w tłumie kotów.
— Kalinowy Powiewie, czy pamiętasz o tym, co opowiadałam ci w żłobku? — zagadnęła, spoglądając na nią bez większego wyrazu. Kocica pokiwała głową, nie zastanawiając się długo. Wyglądała na dużo bardziej zmęczoną i przybitą niż zawsze. Czy śmierć Trzcinniczkowej Dziupli tak bardzo się na niej odbiła? Był ślepy i mimo tytułu, faktem było, że Mroczna Puszcza już go wzywała. Im więcej starszych mieli, którzy już nie mogli chodzić o własnych łapach, tym więcej pysków do wykarmienia łaziło im po głowach przy tak niehojnych warunkach, jakie panowały obecnie. — Mam nadzieję, że stosujesz się do tych słów. To bardzo ważne, koty bez wiary radzą sobie dużo gorzej. Zawsze, gdy zwątpisz, pomyśl sobie, że nad tobą czuwają. Trzcinniczkowa Dziupla teraz jest szczęśliwy. Może i jego czas tutaj się skończył, ale w towarzystwie naszych przodków będzie tak długo, jak długo będą o nim pamiętać.
Żółtooka poruszyła nieznacznie ogonem i strzepnęła uchem, gdy płatki śniegu zaczęły prószyć z nieba.
— Nie powinnaś poświęcać własnego zdrowia i wszystkiego, na co sobie zapracowałaś z powodu czyjejś śmierci. Może być ci trudno to odzyskać, gdy z tego zrezygnujesz — ostrzegła ją, czując powoli narastającą wewnątrz irytację, że Kalinka zachowywała się w ten sposób. Powinna się pogodzić z tym, że takie właśnie było już życie. Jednego dnia ktoś był, drugiego go brakowało. Mogli mieć na to większy lub mniejszy wpływ, jednak kiedyś każdy odejdzie. Powinni podejmować decyzje takie, żeby czuć się spełnionymi pod koniec. Żeby przodkowie i członkowie kultu byli dumni, zapamiętali takiego kota jak najlepszego i pożegnali go należycie. — Możesz zrobić coś większego, co z pewnością na przestrzeni księżyców podniesie cię na duchu. Zapewnić nam nowe pokolenie. Jesteś młoda, ale nic nie zwróci ci księżyców. Wiele kotek znajduje pocieszenie w nawet samym widoku własnych kociąt.

***

Z nadejściem zmierzchu wyruszyła z obozu niepostrzeżona, ciesząc się chłodem pod poduszkami i wiatrem przemierzającym jej boki i napierającym na wibrysy przyjemnie. Mały dymek ulatniał się z jej pyska, gdy zapuszczała się coraz głębiej w las iglasty. Gęste gałęzie trwały nieruchomo, wytrzymując sporą masę śniegu, jaka została na nie zrzucona z niebios. Gwiazdy przysłonięte były przez gęste obłoki, mistrzyni słyszała jedynie swój cichy oddech i stawiane kroki. Ogon wywijał jej na boki z podekscytowania. Czuła się tak, jakby polowała po raz pierwszy. Tak dawno tego nie robiła. Przyszedł wreszcie czas. Tereny niczyje.
Do jej nosa dotarł charakterystyczny zapach samotnika, który posłał wzdłuż jej grzbietu przyjemny dreszcz. Zamierzała raz jeszcze się wykazać i kto wie, może dorwać również kota, który skrzywdził jej bratanka? Do tej pory trwał spokój taki, że wielu wprawiłby w niepokój. Ognikowa Słota jednak zaczęła z czasem czuć podmuchy wiatru pod łapami, które raz po raz przybierały na sile, przewracając zebranym masowo puchem na gruncie. Była to idealna okazja, która zakryje jej ślady, a ze względu na ziąb, jej zapach zostanie szybko rozwiany gdzieś daleko. Dbała o to, żeby iść pod wiatr. Otworzyła pysk, próbując wychwycić zapach, o który obiły się jej nozdrza parę uderzeń serca temu. Udało się. Przodkowie musieli nad nią czuwać, skoro poszło jej to tak łatwo. Łapy zatapiały jej się w śniegu z każdym kolejnym krokiem, muskając twardy, zmrożony grunt.
Między gęsto przykrytymi krzewami mignęło jej ciemne futro. Gdyby nie stąpał po śniegu, mogłaby je bardzo łatwo przeoczyć. Na niekorzyść nieznajomej jednak bardzo rzucała się tego wieczoru w oczy. Ognikowa Słota dostrzegła ją dość szybko. Jarzące się, intensywnie żółte ślepia spotkały się z tymi jej, ciemnymi. Samotniczka okryta była ciemną szatą, a pysk przecinała jej rozległa pręga koloru skóry.
— Co tu robisz, zapchleńcu?! — wysyczała do niej, machając ogonem na boki nerwowo. Wreszcie nim strzepnęła niczym puchatym biczem. Mistrzyni uśmiechnęła się, gdy spostrzegła pod jej łapami wychudzonego rudzika.
— Przyszłam ciebie odebrać. Chodź tu do mnie.
W oczach kotki, mimo wyzywającego tonu dało dostrzec się zmieszanie. W tych należących do Wilczaczki jednak, zniecierpliwienie oraz narastającą w zawrotnym tempie irytację. Ile można było czekać? Podniosła brodę wysoko, oblizując policzki. Źrenice zwężyły jej się do cieniutkich szparek, wielkością równych igłom, które pospadały z drzew otaczających je, pnących się wysoko ku ciemnemu niebu. Szylkretka rzuciła się przed siebie i znalazłszy się przed samotniczką, zamachnęła łapą. Trafiła w pysk nieznajomej, a w powietrze trysnęła krew. Żółtooka wrzasnęła, odruchowo odpychając Wilczaczkę; kotki szczepiły się i potoczyły po ziemi, machając kończynami oraz ogonami. Czuła nieporadne, płytkie nacięcia na skórze. Wreszcie, przerywając tę dziecinadę, brązowooka kopnęła ją mocno w brzuch, odrzucając tym samym od siebie. Oparła się o zmrożoną ziemię, stając szybko na łapy. W paru zwinnych susach dotarła do nieznajomej, która obecnie się skuliła. Słota podniosła łapę z wysuniętymi pazurami wysoko, przecinając jej bok sprawnie. Odór krwi unosił się w powietrzu, przynajmniej dopóki nie został rozwiany przez hulające podmuchy. Samotniczka zawyła z bólu, gdy szkarłatna posoka zanieczyściła schludnie wyłożony śnieg pod nią, a pieśń ta poniosła się echem po drzewach, który jak szybko się rozpoczął, nawet szybciej umilkł. Przycisnęła ją do ziemi łapą i popatrzyła prosto w oczy przegranej.
— Wy wszyscy jesteście tacy słabi, marni. Pójdziesz teraz ze mną. Wisisz mi przysługę, za taką walkę i marnowanie mojego cennego czasu — spojrzała na nią z pogardą, marszcząc nos. Chwyciła ją za barki, sprawnie stawiając na łapy. Kocica chwiała się, a wzrok miała jakby przyćmiony, gdy z futra skapywały jej krople krwi. Mistrzyni popchnęła ją, na co ta nieomal znowu nie upadła.
Wreszcie, po jakimś czasie znaleźli się w miejscu spotkania kultu. Przed oczami Słoty zaczęły majaczyć sylwetki dobrze znanych jej kotów. Przysiadła się do ciasnego kręgu pysków, gdy kruczoczarna stanęła na samym środku, robiąc wielkie oczy. Mistrzyni zerknęła na Zalotną Gwiazdę. Czy była z niej dumna? Poczuła falę ekscytacji.
— Ognikowa Słoto — zachęciła ją Nadciągający Pomrok. Brązowooka kiwnęła głową, wewnątrz ekscytując się niczym małe kocię. Zazwyczaj to Kapłan odbierał samotnikowi życie, a ich zadaniem było jedynie przyprowadzić go na miejsce spotkania, żeby później oddać cześć przodkom i pomodlić się. Wstała zatem ze swojego miejsca i podszedłszy do samotniczki, marzyła o tym, żeby poczuć, jak jej pazury rozrywają skórę. Stanęła z nią oko w oko. Oblana czernią kotka spojrzała jej wrogo w ślepia, zamierzając się na nią. Jej pazury przejechały tuż nad jej nadciętym uchem, niemal odrywając kolejny kawałek z niego. Szylkretka się zaśmiała, z pochyloną głową nurkując jej pod łapami i rozrywając sprawnie miękką skórę na brzuchu. Ziemia wokół niej zabarwiła się krwią, żółtooka zachłysnęła się z bólu, a łapy trzęsły jej się z wycieńczenia. Spojrzała tępo na wojowniczkę. Potem, wrzeszcząc wściekle, skoczyła na szylkretkę, cała zjeżona. Kocica uskoczyła na bok i zauważywszy, że jej nacięcie nie było wystarczające, chlasnęła przednimi szponami, odsłaniając zawartość.
Krew ściekała po jej wielokolorowym futrze, gdy posoka poleciała prosto na nią. Samotniczka wpatrywała się jeszcze przed siebie parę uderzeń serca, nabierając łapczywych oddechów, aż jej wzrok całkowicie się zamglił, gdy opadła z sił. Była zupełnie nieruchoma.
Fala dumy zakwitła w sercu rudaski, wymieszana ze swego rodzaju niesmakiem. Metaliczny posmak rozproszył się po jej podniebieniu, gdy oblizała pazury. Została wytypowana z tłumu, upolowała własnymi łapami samotnika, a jednak i tak – potrzeba wykazania się bardziej pchała jej umysł do wypatrywania kogoś jeszcze, może ktoś niefortunnie znalazł się blisko…
Ognikowa Słota zastrzygła wąsami, czekając na reakcję liderki, gdy powróciła do tłumu. Matka wyglądała na zamyśloną.
Nagle, w krzakach coś zaszeleściło. Kocica podniosła wzrok i z postawionymi uszami wstała na cztery łapy. Dostrzegła w nich nieznajomy pysk, z podobną blizną przebiegającą wzdłuż niego. Różnił się od tego, który leżał tuż przed nią białymi pasmami na policzkach oraz brodzie, a może i nawet całej piersi. Zapach jednak dzieliła z tą poległą. Nie był to członek żadnego z klanów.
— Sprawdzę to — powiedziawszy to, zielonooka otarła się o Ognikową Słotę, a kocica kiwnęła głową. Niech też się wykaże, w końcu dawno nie miały okazji uczestniczyć w zebraniu wszystkich kultystów, dlatego też, jeśli i ją wytypują do zabicia nieznajomego kota, może ich więź umocni się na nowo?
Kocimiętkowy Wir ruszyła we wskazanym kierunku, posyłając za sobą chmurkę śniegu. Zniknęła w gęstym, leśnym poszyciu, wyróżniając się na nim doskonale, ponieważ jej futro było jaskraworude. Ogon Matki Kultu wymachiwał na boki, nie mogła się doczekać, aż się pomodlą.

***

Wreszcie, po jakimś czasie zielonooka kotka wróciła. Futro miała zmierzwione, a sama sapała z powodu przemierzenia tak sporego odcinka, niestety po nic. Wróciła o pustych łapach. Ognikowa Słota strzepnęła z niezadowoleniem ogonem. Co ona zrobiła?
— Uciekła mi! — powiedziała, poruszając niespokojnie końcówką ogona. Pręgowana zmarszczyła brwi, patrząc na swoją partnerkę w niedowierzaniu. Co miały oznaczać te słowa? Jak mogła pozwolić, żeby jej uciekł świadek?
— W którą stronę odbiegła? — zapytała, czując, że powoli puszczają jej nerwy.
— Uciekła do Betonowego Świata…
Ogon brązowookiej poruszał się niespokojnie. Zalotna Gwiazda odchrząknęła.
— To samotniczka, nie może się nam równać. Nie zagraża nam.
Szylkretka patrzyła na liderkę jeszcze przez jakiś czas, aż odetchnęła. Skoro matka nie widziała w niej żadnego zagrożenia dla ich grupy, niech zatem tak będzie. Słota podeszła do Kocimiętki i otuliła ją swoim półdługowłosym ogonem. Jeszcze znajdą okazję do tego, żeby spędzić wspólnie czas. Powinna odbudować ich więź.

07 października 2026

Od Promiennego Słońca CD. Serdecznej Naparstnicy

Promienne Słońce zmarszczyła nos niezadowolona. Siedziała właśnie obok Ogryzka i spoglądała na niego ze zirytowaniem. Kot obudził się jakiś czas temu i nadal pożerał mysz, którą mu tak łaskawie przyniosła. Nie powiedział jej za wiele, odkąd go przytargała do tego miejsca na własnych plecach. O własnych siłach i do tego ze swoją uczennicą u boku.
– Nie masz zamiaru nic powiedzieć? – warknęła do niego, kiedy przełknął kolejny kęs.
– Co mam ci niby powiedzieć? Że wygnali mnie z klanu i że potraktowali mnie tak brutalnie?
– Nie, żebyś sobie nie zasłużył, ale nawet zwykłego dziękuję za uratowanie mi dupy, nie burknałęś. – Promyk machnęła uszami zdenerwowana. Resztka jej ogona zadrżała pod wpływem emocji.
– Ach... No tak. Przepraszam. Dziękuję Promienne Słońce. – odparł nieco spokojniej. – Za ocalenie mi życia. Myślisz, że… odzyskam kiedyś wzrok.
– Nie sądzę. – Krokus mruknęła ze swojego kąta. – Twój pysk w tym miejscu jest naprawdę uszkodzony…
Zapadła chwila ciszy, która przeciągała się coraz bardziej i bardziej. I bardziej… I bardziej. W końcu ciche westchnienie pełne bólu uciekło z pyska Gąsieniczka.
– No cóż… Dostałem to, na co zasłużyłem. – przetarł pysk łapą.
– Zasłużyłeś co? – Promyk zamyśliła się – Wiesz co... tak. Zasłużyłeś. Przegnanie Jaskółki było największym błędem, jaki mogłeś popełnić. – wstała i zaczęła kręcić się po przytułku. – Mirtowe Lśnienie na tronie dostał mysiego mózgu.
– Dostał… – Gąsieniczek opuścił po sobie uszy. Znowu zapadła cisza. Tym razem jednak miała ona w sobie pewien posmak, który Promyk już znała. Jakiś sekret wił się w ciemnościach, tak blisko światła.
– Powiedz mi Gąsieniczku… Co ci wtedy wpadło do głowy, żeby to zrobić. – Promyk mruknęła zrezygnowana. Stanęła przed kotem i przejechała łapą po jego bandażach. – Żeby skończyć w tak parszywy sposób. Tak zależny od kogoś innego.
– To … nie była moja decyzja. – Gąsieniczek zjeżył się nieco, uciekając od jej dotyku.
– Nie Twoja co? A jednak to ciebie o to wszystko osądzili!
– Widziałem znak… Niebezpieczny. – zaczął się tłumaczyć. Wojownik machnął ogonem w zamyślaniu. – Jaskółcze pióro pokryte krwią…
– Och? – Promień uniosła brew i skrzywiła się – Ot co zwykły wojownik znalazł pozostałość po polowaniu sowy, co?
– Nie! To był znak. Ja… byłem przekonany, że to znak, a Mirtowe Lśnienie… – kot zawahał się.
– Tak?
– On. On… Rozmawiałem z nim o tym… Teraz jak o tym myślę to… Do tej pory pamiętam jego słowa. “Czy sprawiedliwość zawsze oznacza bierność?”
– Czekaj… Mirtowe Lśnienie… Wiedział o tym znaku? Rozmawiał z Tobą o tym?!
– Tak… Ja… Ja wiem, że to moja decyzja, że to ja ją podjąłem i ja zdecydowałem się wykonać mój plan. Jednak… Lśnienie miał… też w tym swoją rolę. Nie wiem, czy podjąłbym się takiego czynu, gdyby nie ta rozmowa nim. – Gąsieniczek przykrył pysk swoją łapą. Jego głos załamał się pod naciskiem tych wszystkich emocji. – Jednak… nie żałuję.
– Powinieneś. – Promyk przerwała jego wypowiedź. – Jaskółka może nie była najsilniejsza, ale nie była maniakiem i kłamcą jak Mirtowe Lśnienie. Mój brat… – wojowniczka zjeżyła się – żyłby teraz dalej szczęśliwie. Ty miałbyś dalej wzrok. Może ten cały znak... spełnił się. Patrz na siebie. Tyle krwi przelałeś nad jej imieniem i co? Po co? Co ci to dało? Tyrana na tronie?
– Przepraszam… – mruknął cichutko pomiędzy łzami.
– Twoje przepraszam, mało mnie obchodzi… – odparła. – Masz więcej szczęścia niż rozumu.
Zakończyła tę rozmowę i wyszła. Nie mogła już tego słuchać. Jej łapy poprowadziły ją w dobrze znane jej miejsca. W kierunku złotych kłosów. Czasami siadała niedaleko rzeki i spoglądała w kierunku swojego dawnego domu. A teraz miała wiele do przemyślenia.
Usiadła sobie na brzegu drogi grzmotu i odetchnął. Za tą cienką granicą, niebezpieczną, ale na wyciągnięcie wąsa, znajdował się jej klan. Były klan. Koty z tego klan zdradziły ją w najgorszy możliwy sposób. Wracała tutaj wiele razy, odkąd Gąsieniczek zdradził jej tę ciekawostkę. Lśnienie wiedział o jego planie. Wiedział i Promyk miała przypuszczenie, że wykorzystał tę sytuację i Gąsienica do osiągnięcia swoich własnych celów. A potem zabił jej brata…
Promyk upewniła się, że gdy tylko Gąsieniczek był w stanie chodzić, zaprowadziła go na swój dach. Od tamtej pory przynosiła mu jedzenie i powoli przyzwyczajała go do nowego sposobu funkcjonowania. Kot musiał nauczyć się wszystkiego prawie od początku. Miasto w kocu nie wybacza nikomu. Nie przewidywało udogodnień dla ślepych, kulawych czy umierających.
– Słońce… Ile bym dała, żeby cię teraz przeprosić… – odetchnęła w ciche powietrze. Odkąd tyle tutaj wracała znowu, zebrała się w niej nostalgia i wina. Wina przyciskająca jej serce do ziemi. Może dlatego była tak litościwa dla Gąsieniczka? W końcu to jego winą była ta cała sytuacja. Odejście jej brata, jej wybuch. I ta wina. Bez decyzji tego głupiutkiego wojownika nigdy by jej w sobie nie miała.
– P… Promienne Słońce? – Promyk nastawiła ucho do góry i od razu najeżyła się w geście ostrzegawczym. Po drugiej stronie drogi grzmotu stał znajomy jej kot. Kotka od razu poderwała się na łapy i odskoczyła w trawy. Nie spieszyła się, jednak nie chciała zostawać przy granicy już dłużej. – Czekaj!
Jednak nie czekała. Nie miała ochoty procesować swojej wściekłości, jaka na nowo się w niej zapaliła na widok kota z tego przeklętego klanu. – Proszę. Zaczekaj!
– Czego ty chcesz? – odwróciła się do kota i dopiero teraz przyjrzała się, kto tak uporczywie za nią podążył. – Nie za daleko od komfortu swojego kochanego klanu?
Serdeczna Naparstnica opuścił uszy po sobie i zmarszczył nos. Chyba nie spodziewał się jej wybuchu. Promyk ponownie poczuła uderzenie winy. Nie ich winą w końcu było, że Lśnienie był wariatem. Tyranem
– Przepraszam. – Odetchnęła po sekundzie milczenia. – co nie zmienia faktu, że nie wiem, co mógłbyś ode mnie chcieć.
– Po prostu… Jestem zaskoczony, że byłaś tak blisko granicy. – odparł kot. – Zwłaszcza teraz.
– Co masz na myśli? – Promyk przechyliła głowę z ciekawością.
– Wiele się zmieniło w klanie, odkąd uciekłaś. Powstały Jaśniejące Skrzydła...
– Kto?
– Lśniąca Gwiazda wybrał parę kotów, którym bardzo ufał na swoje potrzeby. Ten klan zmienił się nie do poznania… Przynajmniej twój brat będzie szczęśliwy, że masz się dobrze.
– Nie wiem, czy będzie taki szczęśliwy, po tym, co mu zrobiłam…– przyznała Promyk, przymykając oczy. Pamiętała, jak jej pazury zatopiły się w jego pysku.
– To ty mu… zapewniłaś te blizny na pysku?
– Niestety. – przyznała. W końcu powiedziała to na głos. Przyznała się. Wina zjadała ją od środka już od dawna. – Pochopna decyzja… której żałuję.
– Rozumiem. I tak sądzę, że będzie szczęśliwy. Przyjąłby cię z otwartymi łapami z powrotem…
– No tak. Zawsze był takich kochanym kotem. A jednak uważał, że Tawuła próbował zabić Mirtowe Lśnienie. Nie pojmuję, jak tak wiele mogło się zmienić pod rządem tego… lisa.
– Wiele się zmieniło… Lśniąca Gwiazda on… aktualnie gdzieś zniknął.
– Zniknął? – Promień uniosła ponownie ucho zaskoczona. – Jak to zniknął?
– Jego trop się urwał i nikt nie wie gdzie się podział. Dlatego byłem zaskoczony, że jesteś tak blisko granicy. Patrole ciągle go szukają.
– Zgaduję, więc że miałam po prostu szczęście w ich unikaniu. – Promyk musiała zapamiętać, żeby być ostrożniejszą. – Ciekawe co mu w głowie tym razem się pojawiło
– Tym razem? – tym razem to Naparstnica przekrzywił łeb na bok.
– No tak… – Promyk przetarła pysk łapą. Nie znała dobrze tego kota, ale z jakiegoś powodu dobrze było go zobaczyć. Jednak trochę tęskniła za swoim dawnym życiem. Chociaż aktualne też nie było złe. – Znalazłam Gąsieniczka po jego wygnaniu. – oznajmiła.
Zapadła chwila ciszy. Promyk nie mogła odczytać, jak pod tym względem czuł się kot naprzeciwko niej.
– Wiem, co możesz sobie myśleć. Przygarnęłam pod swoje łapy zdrajcę klanu, jednak… nie mogłam pozwolić mu umrzeć. Ktoś go nieźle urządził. Wydłubał oczy, poharatał pysk. On już prawdopodobnie nigdy nie zobaczy światła dnia i stwierdziłam, że… nie jestem potworem. Nie zostawię go po prostu na śmierć.
– Och… Czyli ktoś go skrzywdził… – stwierdził protektor, jeśli Promyk dobrze pamiętała.
– Tak. Z jego zeznań wynika, że to koty, które go wprowadziły za granicę, mu to zrobiły. – odparła. Nie była świadoma, jaka to była implikacja. – Nie chciał mi powiedzieć dokładnie kto, więc nie naciskałam. On się nadal przyzwyczaja do faktu, że teraz operuje bez wzroku, a miasto mu w tym nie pomaga.
– Rozumiem… – Namiestnik pokiwał łbem. – Dobrze wiedzieć, że nawet w mieście, jeśli trzeba, znajdzie się dobra dusza.
– Tak… W ogóle… – Promyk spoważniała nieco. – Ja wiem, że to trochę nie po kolei, trochę nie na temat, ale… Gąsieniczek powiedział mi coś jeszcze… I pomyślałam, że … możecie chcieć o tym wiedzieć.
– Tak?
– Kiedy go spotkałam i trochę się już ogarnął u mojej znajomej zielarki, to przeprowadziłam z nim ciekawą rozmowę. Właściwie obwiniałam go o całe to zajście, że Mirtowe Lśnienie wylądował jako przywódca, bo Ogryzek przegonił Jaskółkę. Okazuje się, że… Lśnienie wiedział, o jego planie. Wiedział i nawet zdaje się, że zachęcił Ogryzka do akcji po tym, jak ten dureń zobaczył zakrwawione pióro jaskółki i uznał to za znak od przodków… Mirtowe Lśnienie… wiedział o planach Ogryzka…
Jej słowa zawisły w powietrzu niczym gilotyna. Promyk jednak nie czekała aż ostrze opadnie.
– A teraz cię przepraszam. Słyszę mysz niedaleko, a teraz mam pysk do nakarmienia, bo Ogryzek jeszcze sam ledwo odnajduje się w swoim nowym domu, a co dopiero mówiąc o polowaniu. Dzięki za rozmowę i... jakbyś mógł przekazać mojemu bratu, że… go przepraszam. I tacie też… że… że się nie pożegnałam…
– Pewnie…
I na tym się skończyło. Promyk chwyciła mysz i wróciła do miasta. Znała te alejki i żyjące w nich koty na pamięć. Przemieszczała się po nich jak po swoim. I potem wskoczyła na schody pożarowe jednego z budynków. Potem na balkon. Potem na kolejny i kolejny. Pamiętała jaką udręką było wtarganie Gąsienicza w to miejsce. Jednak nie miała żadnego innego. To był jej dach i już nie raz udowodniła to innym kotom. To było jej małe terytorium. Więc tylko tam mogła Gąsieiczka zostawić bez większej opieki i być pewna, że wróci do niego jeszcze żywego.
Rzuciła mysz przed śpiącym kotem i położyła się na brzegu płaskiego dachu tego bloku pełnego gniazd dwunogów. Odetchnęła ciężko, słysząc tylko za sobą, jak jej podopieczny zjada przyniesioną zdobycz. Co będzie dalej? Czego może oczekiwać od życia? Nie była pewna, jednak jedno wiedziała. Jej łapy nie zbliżają się na razie do granic jej dawnego klanu. Napastnik był dla niej szczęśliwym trafem. Gdyby trafiła na te całe … Lśniące Skrzydła czy cokolwiek to było, pewnie nie miałaby tyle szczęścia.
– Muszę pójść po twoje leki jutro. Nie spadnij z dachu. – oznajmiła stanowczo jakby do powietrza. Nawet się nie obejrzała.
– Dobrze… – a Gąsieniczek słuchał się jej zaskakująco potulnie.

<Serdeczna Naparstnico?>

Od Gronostaja CD. Wrotycz

Zamrugałem, marszcząć gęste brwi i patrząc na uczennicę z wyraźną irytacją. Co ona sobie myśli? To mój mech! Postawiłem go tam, więc tam ma leżeć! Jakbym chciał, żeby tam nie leżał, to bym go tam chyba nie postawił, nie? USZ!
Moja irytacja szybko jednak wymieszała się ze zdziwieniem, a na końcu przeszła w zrozumienie. Nie miałem w zwyczaju spotykać kotów, na które nie mogę nakrzyczeć. A ona wyraźnie należała do tej niezwyczajnej grupy.
Przełknąłem więc ciężko gotującą się we mnie złość, próbując się opanować.
Wziąłem głęboki oddech.
Przechyliłem głowę, wlepiając w nią moje duże ślepia.
– Aha. No, ja też w sensie nie wiem. Z reguły to idę sobie lasem i on się pojawia nagle i… i go biorę, no! To nie jest… jakoś trudne, wiesz – stwierdziłem, nie do końca pewny obranego sposobu wyjaśnienia sytuacji, jednocześnie przyglądając się badawczo jej reakcji.
– Ah… No tak… – mruknęła kotka, spoglądając w bok. – Nie brzmi… trudno.
Niebieska miała wzrok przyklejony do ziemi. Kupka mchu wciąż smętnie spoczywała u jej łap.
Zapadła dość niezręczna cisza.
O NIE! Ja bojkotuję taką ciszę! Nie ze mną te numery!
– Usz! Dobra! Koniec tego! – stanąłem na równe łapki, a Wrotycz wzdrygnęła się lekko na dźwięk mojego niespodziewanie głośnego tonu. – Idziemy do lasu po mech! Chodź! Jaaa już ci pokażę! Znaczy… NO! Jak się zbiera mech! Co nie?
Ruszyłem pewnie w stronę wyjścia.
– A co z tym…? – Wrotycz wskazała głową na przyniesioną przeze mnie wcześniej stertę.
Wytrzeszczyłem oczka, zezując na kupkę mchu, jakby nie do końca pewny, co zrobić w tej niespodziewanej sytuacji.
– No, jak to “co”? Niech tu leży! – potrząsnąłem głową na boki, próbując odzyskać ostrość widzenia. – To dobry mech! Po prostu… PO PROSTU więcej go przyniesiemy, no! Choć już! - dodałem, tupiąc łapką, po czym odwróciłem się i popędziłem w stronę wyjścia z obozu, robiąc duże susy.
Wrotycz najwidoczniej chwilę jeszcze musiała rozmyślać nad losem porzuconego w legowisku mchu, gdyż jej kroki za sobą usłyszałem dopiero, gdy znalazłem się poza obozem.
Wyhamowałem gwałtownie i obróciłem się w stronę niebieskiej, która rozglądała się na boki, pewnie już skupiona na naszej misji. Tak! Właśnie takiej postawy nam trzeba!
– I co…? Teraz po prostu… szukamy mchu? – zagadnęła, nieco pewniej.
– Ano! – przytaknąłem. – Duże płaty. Na drzewach. Otrzepujemy z ziemi. I zanosimy do legowiska starszych – wyrecytowałem. – Nic trudnego!
Nie miałem wcześniej zbyt wielu okazji, by z Wrotycz porozmawiać. Na tym etapie jednak mogę śmiało stwierdzić, że stanowi adekwatną kompanię dla mojej skromnej osoby.

***

Do obozu wróciliśmy niczym dwójka zdobywców, z pokaźną ilością średniej jakości mchu. Szedłem przodem, z dumnie wypiętą piersią, demonstrując moją “zdobycz”, mimo, że nie było żadnych kotów w polu mojego widzenia. Ostatnimi czasy, gdy moje wojownicze umiejętności z nowych sztuczek zaczęły przeradzać się w klarowną, pewną całość, polubiłem popisywanie się…
Wrotycz podążała za mną, co prawda mniej defiladowym krokiem, ale za to z – USZ! - nieco większą garścią niż ta moja. Weszliśmy razem do legowiska starszych i wyplułem mech na ziemię, obracając się do Wrotycz.
– Dobra! Mamy to! To teraz tak… ten… emmm… – zmarszczyłem brwi, rozglądając się dookoła po legowisku. – A gdzie jest…?
Moja kupka z mchem.
Nie ma. Zniknęła.
Poczułem nagłe gorąco zalewające mnie od czubeczka głowy aż po czubek ogonka.
Wytrzeszczyłem szeroko oczka, cofnąłem gwałtownie głowę do tyłu. Zaplątały mi się łapki i upadłem na plecki.

<Wrotycz???>
[558 słów]

Od Lśniącej Gwiazdy

Ostry granat oraz elegancka czerń nocy okrywały niebo niczym gęsty, ciężki koc, którego ciemna powierzchnia zdawała się pochłaniać nawet najdrobniejsze ślady światła, pozostawiając jedynie chłodne punkciki gwiazd, rozsiane wysoko nad nagimi koronami drzew. Ich blask, choć odległy i nikły, wystarczał, by srebrzystą poświatą zaznaczyć krawędzie śnieżnych zasp oraz cienkie, poskręcane gałęzie, które kołysały się leniwie pod naporem zimowego wiatru.
Lśniąca Gwiazda przechadzał się po obozowisku w niemal całkowitym milczeniu, stawiając łapy z ostrożnością, która nie wynikała z obawy przed obudzeniem wojowników, lecz raczej z przyzwyczajenia do obserwowania świata bez zdradzania mu własnej obecności. Co jakiś czas zatrzymywał się przy którymś z legowisk, pozwalając spojrzeniu przesunąć się po śpiących sylwetkach, po pyskach częściowo ukrytych pod ogonami i łapami oraz po bokach unoszących się spokojnie wraz z oddechem.
Na pierwszy rzut oka trudno byłoby dostrzec w jego postawie cokolwiek niepokojącego — nawet samotność nie potrafiła odebrać mu tej charakterystycznej, niemal nienaturalnej łagodności, którą tak często obdarzał innych; jego pysk pozostawał spokojny, kroki były miarowe, a spojrzenie nie zdradzało gwałtownych emocji, jak gdyby wszystko, co działo się wokół niego, znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno, i nie istniał żaden powód, aby zakłócać ten porządek niepotrzebnym niepokojem.
Mimo to jego myśli nie pozostawały równie spokojne, choć nawet sam Lśniąca Gwiazda nie nazwałby tego, co czuł, niepokojem. Nie lubił słów sugerujących bezsilność, utratę kontroli lub zależność od wydarzeń, których nie potrafił przewidzieć. Znacznie chętniej określiłby to mianem ciekawości, być może nawet troski o sprawę, która wymagała wyjaśnienia, lecz pod tą łagodną nazwą kryło się coś znacznie chłodniejszego — potrzeba upewnienia się, że żadna zmienna nie wymknęła się spod jego kontroli.
Wciąż powracał myślami do rozmowy ze Wzorzystą Dalią — los Gąsienicowego Ogryzkowa od pewnego czasu powracał w jego myślach niczym uporczywy cień.
Zastanawiał się, czy ten kot wciąż żyje i czy nadal przemierza gdzieś tam gęste, przepełnione gwarem ulice Betonowego Światu czy może dawno temu zniknął pod kołami jednego z metalowych potworów, z łap zamieszkujących tam samotników czy też po prostu z braku jakiegokolwiek pożywienia, gdyż bez wzroku z całą pewnością polować by nie mógł.
Jeżeli jednak Ogryzek nadal żył, jego obecność mogła oznaczać, że pewne sprawy wciąż pozostawały niedomknięte. Co, jeśli ktoś, kto popierał Jaskółkę by go znalazł? Mogłoby to skończyć się dla lidera nieszczególnie ciekawie.
Zanim opuścił obozowisko, poprosił Łunę, aby na nocną wartę wybrała któreś z Jaśniejących Skrzydeł, a kiedy okazało się, że przypadnie ona Skrzydlatej Pogoni, przyjął tę wiadomość z ledwie zauważalnym zadowoleniem. Właśnie temu kotu ufał najbardziej. Skrzydlata Pogoń był przewidywalny, posłuszny i wystarczająco oddany przywódcy, aby nie komplikować prostych poleceń zbędnymi pytaniami. A przewidywalność miała znacznie większą wartość niż uczucia, ponieważ kota, którego można było przewidzieć, można było również odpowiednio pokierować.
Kiedy więc zbliżył się do wyznaczonego wojownika, zwolnił kroku, po czym przez chwilę spojrzał ponad jego ramieniem na pogrążone w śnie obozowisko.
— Gdyby ktoś jeszcze chciał dzisiaj wyjść z obozowiska, będziesz musiał mu tego zakazać, dobrze? — miauknął spokojnie, spoglądając na Skrzydlatą Pogoń z łagodnym, niemal przyjaznym wyrazem pyska, który mógłby sprawić, że polecenie zabrzmiałoby raczej jak uprzejma prośba niż bezdyskusyjny rozkaz.
Wojownik skinął głową bez najmniejszego śladu sprzeciwu, a Lśniąca Gwiazda odpowiedział mu lekkim uśmiechem, który wyglądał niemal szczerze, choć pod jego powierzchnią kryła się satysfakcja wynikająca z prostego faktu, że wszystko układało się zgodnie z przewidywaniami.
— I proszę, zachowaj to, że mnie puściłeś dla siebie — dodał łagodnie, po czym pozostawił łaciatego na warcie i ruszył w stronę wyjścia, nie oglądając się już za siebie.
Gdy przekroczył granicę obozowiska, zimne powietrze natychmiast uderzyło w jego futro, wciskając się pomiędzy włosy i przeszywając skórę ostrym chłodem, który po kilku chwilach zaczął przypominać tysiące drobnych igieł przesuwających się po całym ciele. Śnieg uginał się pod jego łapami, pozostawiając za nim regularny szereg śladów, które przez pewien czas odcinały się wyraźnie od białej powierzchni.
Lśniąca Gwiazda nie spieszył się. Nie miał powodu, aby to robić. Jego spokojny krok pozostawał niemal niezmienny pomimo narastającego chłodu. Wokół panowała cisza, lecz nie była to cisza prawdziwa. Pod jej powierzchnią nieustannie coś się poruszało; gdzieś daleko trzaskała gałąź, śnieg osuwał się z ciężarem z jednej z koron, nocny ptak odezwał się pojedynczym, urwanym głosem, a jeszcze dalej, poza granicą lasu, narastał niski pomruk Drogi Grzmotu. Wszystkie te dźwięki nakładały się na siebie w osobliwą melodię, która sprawiała, że Lśniąca Gwiazda czuł się tak, jakby przemierzał miejsce, w którym każda rzecz posiadała własną świadomość i cierpliwie obserwowała jego ruchy.
Wkrótce pierwsze płatki śniegu zaczęły osiadać na jego pysku, wąsach oraz grzbiecie, a z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej, aż powietrze przed nim wypełniło się białymi drobinami wirującymi w podmuchach wiatru. Świat stawał się przez to coraz mniej wyraźny, drzewa rozmywały się w oddali, ślady na śniegu zacierały, a granica pomiędzy ziemią i niebem powoli znikała, pozostawiając jedynie bladą, ruchomą przestrzeń, przez którą Lśniąca Gwiazda poruszał się niczym samotna sylwetka zagubiona pomiędzy snem a jawą.
Kiedy wreszcie zbliżył się do Drogi Grzmotu, usłyszał jej pomruk, który z każdą chwilą stawał się głośniejszy, cięższy i bardziej złowieszczy, aż ziemia pod jego łapami zaczęła drżeć niemal niedostrzegalnie. Metalowy potwór pojawił się na niej nagle, wyrastając z ciemności wraz z oślepiającym blaskiem świateł, po czym zniknął równie szybko, pozostawiając po sobie jedynie dudnienie, zapach spalin oraz wir śniegu unoszący się przez kilka chwil nad czarną powierzchnią drogi.
Lśniąca Gwiazda zatrzymał się przy krawędzi drogi, obserwując pustą jezdnię, na której nie było teraz niczego poza odbijającym gwiazdy mokrym asfaltem oraz cienką warstwą śniegu. Przez moment jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż drogi, a potem wróciło ku ciemnemu krajobrazowi Betonowego Światu, który majaczył gdzieś dalej, ukryty za śniegiem i nocą.
Wiedział, że właśnie tam powinien szukać odpowiedzi, których nie potrafił odnaleźć w obozowisku.
Wiedział również, że im dalej będzie się posuwał, tym więcej rzeczy może zobaczyć, a być może także takich, których nie powinien zobaczyć nikt poza nim.
Mimo to na jego pysku nie pojawiło się nic poza spokojem. Lśniąca Gwiazda nigdy nie pozwalał, aby strach decydował za niego, a jeśli noc rzeczywiście skrywała coś, co mogło zagrozić jego pozycji, zamierzał odnaleźć to, zanim zdążyło wyłonić się z ciemności.
Uniósł wzrok ku gwiazdom, które mimo śnieżycy wciąż prześwitywały wysoko pomiędzy chmurami, i przez dłuższą chwilę patrzył na nie z wyrazem niemal nabożnego skupienia, jak gdyby rzeczywiście szukał w ich zimnym blasku odpowiedzi, a nie jedynie potwierdzenia dla decyzji, którą podjął już wcześniej.
Śnieg zaczął padać coraz gęściej, powoli zasypując jego ślady. Rudy kocur zniknął pomiędzy białymi płatkami, pozostawiając za sobą obóz, którego mieszkańcy spali spokojnie, nieświadomi, że ich przywódca znajdował się tak daleko od nich.

***

Był już wyraźnie zmęczony, kiedy wreszcie dotarł do miasta, a jego ciało, które przez całą drogę zmuszał do posłuszeństwa, zaczynało powoli upominać się o odpoczynek, jak gdyby każda kolejna stawiana łapa wymagała od niego coraz większego wysiłku. Księżyce, które nosił już na swoim karku, w połączeniu z przejmującym mrozem, bezlitośnie wciskającym się pomiędzy warstwy futra, napięte mięśnie oraz zmarznięte opuszki łap, sprawiały, że nawet zwyczajny marsz stawał się uciążliwą wędrówką, której kresu nie potrafił już dostrzec.
Miasto, które z daleka mogło wydawać się jedynie skupiskiem niewyraźnych, ciemnych kształtów, teraz otaczało go ze wszystkich stron, wyrastając ponad jego sylwetką potężnymi ścianami, oknami oraz wysokimi konstrukcjami, których przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. Betonowe budynki ciągnęły się wzdłuż ulic niczym ogromne, martwe drzewa, pozbawione gałęzi i liści, lecz mimo swojej pozornej nieruchomości miasto wcale nie sprawiało wrażenia martwego. Z każdego jego zakamarka dobiegały obce odgłosy — metaliczne trzaski, szuranie, stukanie oraz przeciągłe pomruki maszyn, które sprawiały, że Lśniąca Gwiazda miał wrażenie, iż znalazł się we wnętrzu ogromnego stworzenia, którego serce nieustannie biło gdzieś pod warstwą betonu.
W powietrzu mieszały się zapachy, których nie potrafił już rozdzielić. Woń spalin przeplatała się z aromatem wilgotnego kamienia, śmieci, rdzy, starego jedzenia oraz niezliczonych obcych istot, które pozostawiły po sobie ślady na każdym skrawku tego miejsca. Dla klanowego kota były to zapachy niemal przytłaczające, pozbawione tej przejrzystości, do której przywykł w lesie, gdzie można było wyczuć nadchodzący deszcz, zwierzynę przemieszczającą się wśród paproci czy innego kota przechodzącego przez granicę. Tutaj każda woń nakładała się na następną, tworząc ciężką, duszną mieszaninę, która utrudniała orientację i sprawiała, że nawet własny zapach wydawał mu się niemal obcy.
Dopiero w tamtym momencie zrozumiał, jak bardzo był zmęczony, nie przygotowany do tej wyprawy.
A jednak nie mógł zawrócić.
Sama myśl o ponownym przebyciu Drogi Grzmotu wywoływała w nim nie tyle strach, ile chłodną niechęć wynikającą ze świadomości, jak wiele sił musiałby jeszcze poświęcić, aby móc postawić łapę na terenach swojego klanu. Śnieg przybrał na sile, widoczność była coraz gorsza, a metalowe potwory przemykały po drodze z szybkością, której jego instynkt nie potrafił w pełni zaakceptować, dlatego perspektywa ponownego stawania pomiędzy ich pędzącymi ciałami, kiedy łapy odmawiały mu już niemal posłuszeństwa, wydawała się zwyczajnie nierozsądna.
Zatrzymał się pod osłoną jednego z budynków, gdzie wystający fragment dachu chronił go przynajmniej częściowo przed śniegiem, po czym przysiadł na zimnym podłożu i powoli owinął ogon wokół łap. Czuł, jak mięśnie drżą pod futrem, choć starał się nie zwracać na to uwagi, a oddech stawał się cięższy niż zwykle; przez chwilę przymknął oczy, próbując zebrać myśli, jednak zamiast upragnionego spokoju jego umysł wypełniło nagłe, nieprzyjemne poczucie niepewności.
Rzeczywistość postawiła go przed wyborem, którego nie mógł tak łatwo obejść, ponieważ powrót oznaczałby ryzyko związane z Drogą Grzmotu, natomiast pozostanie w mieście wiązało się z koniecznością znalezienia miejsca, w którym mógłby przetrwać noc. Z pozoru była to niewielka niedogodność, jeden z tych problemów, które następnego dnia można byłoby wspominać z lekkim rozbawieniem, lecz Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że dla przywódcy klanu nawet najdrobniejszy błąd może nabrać zupełnie innego znaczenia, jeśli tylko odpowiednia liczba kotów zacznie o nim mówić.
Co pomyślą współklanowicze o jego nieobecności?
Pytanie pojawiło się w jego głowie niemal niepostrzeżenie, lecz nie chciało zniknąć, ponieważ natychmiast zaczęło rozgałęziać się na kolejne możliwości. Czy Skrzydlata Pogoń wspomni komuś, że opuścił obóz? Czy Łuna zacznie zastanawiać się, dlaczego Lśniąca Gwiazda uznał nocną wyprawę za ważniejszą od własnego bezpieczeństwa? Czy któryś z wojowników zauważy brak jego śladów o poranku i zacznie zadawać pytania, których nie powinien zadawać?
A przede wszystkim — jak wiele trzeba było powiedzieć, aby ich ciekawość zaspokoić, nie ujawniając przy tym prawdziwego celu jego wyprawy?
Lśniąca Gwiazda spojrzał przed siebie, obserwując, jak płatki śniegu tańczą w żółtawym świetle jednej z miejskich lamp. Zwykle podobne pytania nie wywoływałyby w nim żadnych większych emocji. Nauczył się tak prowadzić rozmowy, aby większość kotów sama dochodziła do wniosków, które były mu wygodne. Jednak obecna sytuacja różniła się od tych, nad którymi miał pełną kontrolę. Nie wiedział, kto pierwszy zauważy jego nieobecność, nie wiedział, jakie domysły mogą narodzić się wśród wojowników i — co najważniejsze — nie mógł przewidzieć, czy ktoś nie postanowi sprawdzić, gdzie właściwie spędził noc.
To właśnie ta niewiadoma zaczynała drażnić go najbardziej.
Nie obawiał się potępienia.
Nie obawiał się nawet gniewu.
Obawiał się utraty kontroli nad opowieścią, która miała zostać przedstawiona jego klanowi.
Przytulił się mocniej do ściany, pozwalając, aby ogon osłonił zmarznięte łapy, i spojrzał w górę, gdzie pomiędzy wysokimi budynkami ledwie widoczne były pojedyncze gwiazdy. Ich światło ginęło niemal całkowicie pośród miejskiej poświaty, a jednak Lśniąca Gwiazda wpatrywał się w nie, jak gdyby to w ich świetle znaleźć mógł jakąkolwiek podpowiedź, pomoc, która pozwoliłaby mu zrozumieć, w jakim kierunku poprowadzi swój los.
W końcu jego powieki zaczęły opadać, a ciężar zmęczenia stopniowo zwyciężał nad czujnością, lecz nawet wtedy w jego umyśle pozostała jedna myśl, której nie potrafił od siebie odsunąć: kiedy wróci do obozu, ponownie przybierze na pysk łagodny uśmiech i spojrzy swoim wojownikom w oczy tak, jak gdyby tej nocy nie wydarzyło się nic, co mogłoby zachwiać porządkiem.

***

Poranek nadszedł ciężko i bezlitośnie, pozbawiony jakiegokolwiek uroku, który mógłby choć częściowo wynagrodzić Lśniącej Gwieździe niewygodną noc spędzoną w obcym, zimnym miejscu. Zamiast łagodnego światła przesączającego się przez korony drzew pojawiła się szarawa poświata, odbijająca się od betonowych ścian i mokrych powierzchni ulic, przez co całe miasto zdawało się jeszcze bardziej wyblakłe oraz martwe niż poprzedniego wieczoru. Śnieg, który przez noc przykrył niemal wszystko cienką warstwą bieli, nie zdołał jednak nadać Betonowemu Światu żadnego piękna, ponieważ pod jego powierzchnią wciąż prześwitywały brudne plamy, ślady opon, ciemne kałuże oraz porozrzucane przedmioty, których przeznaczenia Lśniąca Gwiazda nie potrafił odgadnąć.
Obudził się z uczuciem ciężkości rozlanym po całym ciele, a kiedy spróbował się podnieść, ból mięśni przypomniał mu o nocnej wędrówce znacznie skuteczniej, niż zrobiłby to jakikolwiek dźwięk. Łapy wydawały się sztywne, barki bolały przy każdym ruchu, a kark, na którym przez noc osiadła wilgoć, był nieprzyjemnie spięty. Lider na dłuższą chwilę pozostał pod osłoną betonowego fragmentu, powoli rozprostowując kończyny i próbując przywrócić im dawną sprawność. Nie pozwolił sobie jednak na zbyt długi odpoczynek. Wraz z odzyskiwaniem świadomości powracała do niego świadomość obowiązków, które czekały na niego zarówno tutaj, jak i daleko stąd, w obozowisku.
Najdotkliwszym przypomnieniem o własnej słabości okazał się jednak głód.
Pustka w brzuchu była nieprzyjemna, głęboka i coraz trudniejsza do ignorowania, szczególnie że od poprzedniego dnia nie miał w pysku niczego, co mogłoby dostarczyć mu choć odrobiny energii potrzebnej do dalszej wędrówki. Przez chwilę próbował przekonać samego siebie, że może jeszcze wytrzymać, że pożywienie nie jest przecież najważniejszą rzeczą, skoro znalazł się w Betonowym Świecie z określonym celem, lecz organizm szybko przypomniał mu, że nawet najbardziej rozsądny plan może rozpaść się pod ciężarem zwyczajnego zmęczenia i głodu.
Musiał coś zjeść.
Musiał również znaleźć Ogryzka.
Te dwie potrzeby, choć pozornie zupełnie od siebie niezależne, łączyła jedna rzecz — obie wymagały od niego pozostania w mieście znacznie dłużej, niż początkowo planował.
Przez moment poczuł ukłucie niechęci na samą myśl o tej perspektywie, ponieważ jego część pragnęła już wrócić do obozowiska, wejść pomiędzy znajome drzewa, poczuć pod łapami miękką ziemię zamiast zimnego betonu i zobaczyć twarze kotów, które znał od wielu księżyców. Chciał znaleźć się z powrotem w miejscu, gdzie nie musiał nieustannie analizować każdego obcego zapachu, gdzie mógł poruszać się bez obawy, że kolejny huk maszyny zmusi go do gwałtownego odskoku.
Nie mógł jednak wrócić.
Nie teraz.
Skoro już tutaj przyszedł, nie mógł pozwolić sobie na tak łatwe wycofanie się, szczególnie że oznaczałoby ono powrót z pustymi łapami, bez żadnej wiedzy o Gąsienicowym Ogryzku i bez odpowiedzi na pytania, które doprowadziły go aż tutaj.
Podniósł się więc powoli i przeciągnął, czując, jak napięte mięśnie reagują bólem na każdy większy ruch, po czym ostrożnie postawił łapy na wilgotnym podłożu. Przez chwilę obserwował własny oddech, który w chłodnym powietrzu tworzył przed jego pyskiem niewielkie obłoki, a następnie uniósł głowę i zaczął nasłuchiwać.
Miasto budziło się.
Gdzieś wysoko trzasnęło okno, chwilę później odezwał się silnik, a po drugiej stronie ulicy dwunożni krzyczeli coś do siebie w trudnym do odczytania tonie.
Lśniąca Gwiazda zmrużył oczy.
Musiał przywyknąć do tego hałasu.
Przynajmniej na jakiś czas.
Najpierw pożywienie.
Dopiero potem Ogryzek.
Nie zamierzał szukać go z pustym żołądkiem. Głód mógł osłabić jego czujność, a w obcym miejscu każda nieuwaga mogła skończyć się źle. Ruszył więc przed siebie, kierując się w stronę wąskiej uliczki, z której poprzedniej nocy dochodziły zapachy odpadków i jedzenia. Nie była to szczególnie przyjemna woń, lecz po kilku godzinach głodu przestało mieć dla niego znaczenie, czy pożywienie będzie świeże, czy też będzie musiał zadowolić się czymś, czego normalnie nawet by nie powąchał.
Im dalej szedł, tym bardziej miasto odsłaniało przed nim swoje poranne oblicze.
Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy pojemników, wokół których zalegały porozrzucane resztki, opakowania oraz kawałki jedzenia, których zapach przyciągał ptaki i inne miejskie zwierzęta. Lśniąca Gwiazda zatrzymał się przy jednym z większych pudeł i uniósł głowę, starając się wyłapać spośród wszystkich woni tę, która mogłaby oznaczać coś jadalnego. Przez chwilę wyczuwał wyłącznie plastik i nieokreśloną, kwaśną woń, jednak po kilku oddechach jego nos wychwycił coś bardziej znajomego.
Mięso.
Nie było świeże, lecz nadal nadawało się do jedzenia.
Kocur wsunął łapę pomiędzy wystające przedmioty, ostrożnie odsunął jeden z nich i po chwili wydobył niewielki, częściowo wyschnięty kawałek mięsa. Przez moment przyglądał mu się z wyraźną niechęcią — jego zapach daleki był od tego, do czego przywykł, lecz głód okazał się silniejszy niż obrzydzenie.
Zjadł.
Powoli, niechętnie, uważając na każdy kęs, ponieważ jego żołądek był zbyt pusty, aby pozwolić sobie na łapczywość.
Kiedy skończył, oblizał pysk i przez chwilę siedział w bezruchu, pozwalając, aby ciepło niewielkiego posiłku rozeszło się po organizmie.
Dopiero wtedy mógł zająć się tym, po co naprawdę przybył.
Ogryzkiem.
Przez dłuższą chwilę błądził po uliczkach Betonowego Światu, pozwalając, aby kolejne zaułki, bramy i wąskie przejścia pomiędzy wysokimi budynkami prowadziły go coraz dalej od miejsca, w którym spędził noc, choć początkowo sam nie był pewien, czy rzeczywiście porusza się w odpowiednim kierunku. Miasto miało bowiem własną, trudną do zrozumienia logikę, której nie sposób było porównać do leśnych ścieżek, granic terytoriów czy wydeptanych przez zwierzynę traktów.
Przez ten czas próbował rozmawiać z każdym kotem, którego napotkał, choć z każdą kolejną nieudaną próbą coraz wyraźniej rozumiał, że jego dotychczasowe sposoby postępowania nie przynosiły tutaj najmniejszego skutku. Pierwsza samotniczka, którą dostrzegł pod jednym z betonowych schodów, uciekła natychmiast, gdy tylko Lśniąca Gwiazda zbliżył się na kilka długości ogona, a następny, wychudzony kocur o poszarpanym uchu, odpowiedział na jego uprzejme powitanie krótkim, nieprzyjemnym warknięciem, po czym odwrócił się i zniknął pomiędzy stertą desek a ścianą budynku.
Lśniąca Gwiazda próbował więc inaczej.
Zmniejszał dystans, mówił spokojniej, przybierał na pysk wyraz łagodnego zainteresowania, który przez tak wiele księżyców przynosił mu niemal niezawodne rezultaty w rozmowach z członkami własnego klanu. Nie naciskał, nie podnosił głosu, nie próbował wymuszać odpowiedzi, ponieważ doskonale wiedział, że kot znacznie chętniej mówi wtedy, kiedy wierzy, że sam zdecydował się mówić, a nie wtedy, gdy został do tego zmuszony.
Tutaj jednak nawet ta metoda zawodziła.
Koty Betonowego Światu zdawały się nie ufać samemu faktowi, że ktoś chce z nimi rozmawiać.
Ich oczy pozostawały czujne, ciała napięte, a uszy niemal nieustannie kontrolowały otoczenie, jak gdyby każde spotkanie mogło w ciągu kilku uderzeń serca przemienić się w walkę o życie. Nie interesowały ich jego spokojne słowa, łagodny ton ani cierpliwość, którą zwykle uznawano za jedną z jego największych zalet; przeciwnie, wszystko to zdawało się czynić go jeszcze bardziej podejrzanym. W świecie, w którym przeżycie zależało od tego, czy potrafiło się dostrzec niebezpieczeństwo, zanim ono samo zdążyło się ujawnić, przesadna uprzejmość mogła równie dobrze oznaczać ukrytą pułapkę.
Powoli zaczynał rozumieć, że znalazł się w miejscu, gdzie jego reputacja nie miała żadnej wartości.
Nikt tutaj nie wiedział, kim był.
Nikt nie znał jego imienia.
Nikt nie słyszał jego przemówień o Kodeksie Wojownika, o przodkach ani o świętym obowiązku każdego kota wobec własnego klanu, a słowa, które w obozowisku potrafiły nadać mu niemal królewskiego autorytetu, tutaj były jedynie dźwiękami wydobywającymi się z pyska obcego kota.
Ta świadomość zaczynała drażnić go bardziej, niż chciał przed sobą przyznać.
Nie okazywał tego jednak.
Jego krok pozostawał spokojny, spojrzenie łagodne, a głos, kiedy próbował jeszcze raz zagadnąć któregoś z przechodzących samotników, zachowywał tę samą miękką barwę, którą tak często posługiwał się w rozmowach z własnymi wojownikami. Tyle że pod powierzchnią tego opanowania pojawiało się coś chłodniejszego. Lśniąca Gwiazda zaczynał stopniowo dochodzić do wniosku, że jeżeli nie potrafi zdobyć informacji za pomocą uprzejmości, będzie musiał znaleźć inny sposób.
Nie lubił, kiedy ktoś odbierał mu możliwość wyboru.
Po pewnym czasie nawet jego cierpliwość zaczęła jednak słabnąć, choć nie objawiło się to ani gniewem, ani gwałtownością, lecz jedynie coraz bardziej wyraźnym poczuciem bezcelowości. Każda kolejna próba kończyła się tak samo, a pytanie o białego kota z niebieskimi, nakrapianymi plamami nie przynosiło niczego poza nieufnymi spojrzeniami, burczeniem pod nosem lub natychmiastową ucieczką.
Zaczynał się poddawać.
Nie dlatego, że przestało mu zależeć na odnalezieniu Ogryzka, lecz dlatego, że rozsądek podpowiadał mu, iż dalsze krążenie po mieście bez żadnego punktu zaczepienia może jedynie zwiększyć prawdopodobieństwo, że ktoś zacznie zwracać na niego zbyt dużą uwagę. Był zmęczony, jego łapy nadal bolały po nocnej wędrówce, a zdobyte rano pożywienie zaspokoiło jedynie najgorszy głód, nie przywracając mu jednak pełni sił.
Być może powinien wrócić.
Ta myśl pojawiła się niechętnie, lecz z każdą chwilą nabierała coraz większej wyrazistości.
Skoro nie znalazł żadnego śladu Ogryzka, dalsze poszukiwania mogły być pozbawione sensu.
Skoro miasto nie chciało zdradzić mu swoich sekretów, być może należało zaakceptować porażkę i spróbować ponownie innym razem.
Po raz ostatni zbliżył się do kota siedzącego przy wejściu do wąskiej alejki, postanawiając zadać jeszcze jedno, ostatnie pytanie.
— Wybacz, że przeszkadzam — odezwał się łagodnie, zatrzymując się w bezpiecznej odległości. — Szukam pewnego kota, który niegdyś przebywał w tych okolicach. Jestem przekonany, że ktoś taki jak ty mógłby—
Nie dokończył.
Kot poderwał się gwałtownie, syknął i przemknął obok niego, znikając za rogiem tak szybko, że Lśniąca Gwiazda nawet nie zdążył odpowiednio zareagować. Przez chwilę patrzył za nim w milczeniu, a potem wypuścił powoli powietrze przez nos, próbując zachować spokój.
Wyglądało na to, że naprawdę powinien wracać.
Odwrócił się więc w stronę wyjścia z alejki, lecz zaledwie zrobił kilka kroków, kiedy zauważył, że droga przed nim nie jest już wolna.
Z przeciwległego końca przejścia wyszły trzy koty.
Jeden był masywnym, ciemnym kocurem o szerokich barkach, którego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na Lśniącej Gwieździe z mieszaniną rozbawienia i podejrzliwości. Towarzyszyły mu dwa młodsze osobniki, znacznie drobniejsze, lecz poruszające się w sposób sugerujący, że nie były tutaj przypadkiem. Rozeszły się lekko na boki, zajmując większą część alejki, przez co nawet gdyby Lśniąca Gwiazda chciał ich ominąć, musiałby przejść bardzo blisko któregoś z nich.
Rudzielec zatrzymał się spokojnie.
Nie cofnął się.
Nie nastroszył futra.
Nie wysunął pazurów.
Jedynie uniósł głowę, obserwując ich z tym samym opanowaniem, które mogło sprawiać wrażenie niemal uprzejmego zaciekawienia.
— Co to za dziwadło? — mruknął jeden z młodszych, zbliżając się o kilka kroków.
Lśniąca Gwiazda nie odpowiedział natychmiast. Bardziej niż sama obelga interesowało go zachowanie kotów. Byli ostrożni, ale nie przestraszeni; obserwowali go uważnie, a ich ciała pozostawały napięte, jak gdyby czekali tylko na jeden niewłaściwy ruch, który usprawiedliwiłby użycie pazurów.
— Dzień dobry — odezwał się w końcu spokojnie, jak gdyby znalazł się w zupełnie zwyczajnej rozmowie. — Szukam informacji o pewnym kocie, który może być wam znany.
Największy z nich prychnął, a jego spojrzenie przesunęło się po Lśniącej Gwieździe od uszu aż po łapy.
— Taki grzeczny — mruknął z ironią. — A czego właściwie szukasz?
Lśniąca Gwiazda przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, po czym odpowiedział:
— Białego kota z niebieskimi, nakrapianymi plamami. Jest ślepy i ma blizny na oczach.
Tym razem żaden z nich nie roześmiał się od razu.
Na kilka uderzeń serca pomiędzy kotami zapadła cisza, która była znacznie bardziej wymowna niż wszystkie dotychczasowe odpowiedzi, jakie otrzymał tego dnia.
Nie otrzymał odpowiedzi.
Zamiast tego jeden z młodszych kotów przechylił głowę, przyglądając mu się z rosnącym zainteresowaniem.
— A ty co? Zgubiłeś obróżkę, pieszczoszku? — zapytał w końcu, a w jego głosie pojawiła się kpina. — Nie powinieneś szwendać się po takich miejscach.
Drugi kot parsknął śmiechem, a po chwili dołączył do niego również trzeci.
Lśniąca Gwiazda pozwolił im się śmiać.
Nie widział powodu, aby przerywać.
Każda chwila, w której oni byli przekonani, że mają nad nim przewagę, była chwilą, w której mogli powiedzieć coś więcej, niż powiedzieliby kotu, którego uznaliby za zagrożenie.
— Pieszczoch? — powtórzył jeden z nich, mrużąc oczy. — I taki zaniedbany?
Przysunął pysk nieco bliżej, wciągając powietrze.
— Choć faktycznie, nie pachnie typowym samotnikiem.
Tym razem Lśniąca Gwiazda zrozumiał, że rozmowa przybrała nieco inny obrót.
Nie chodziło już wyłącznie o wyśmiewanie jego wyglądu.
Próbowali ustalić, kim był.
Skąd przybył.
Dlaczego jego zapach różnił się od ich własnego.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na delikatny uśmiech.
— To bardzo trafna obserwacja — odpowiedział spokojnie, nie zdradzając najmniejszego śladu urazy. — Rzeczywiście nie jestem samotnikiem.
— Więc kim jesteś? — zapytał największy z kotów, tym razem znacznie poważniej.
Lśniąca Gwiazda przez moment milczał, ponieważ właśnie tutaj pojawiła się możliwość, na którą czekał.
Mógł skłamać.
Mógł powiedzieć, że jest samotnikiem, który przypadkiem zabłądził.
Mógł przedstawić się jako zwykły włóczęga poszukujący dawnego znajomego.
Mógł również powiedzieć prawdę.
Tyle że prawda, odpowiednio podana, nie zawsze była tym samym co szczerość.
— Jestem kotem, który przybył z daleka — odpowiedział w końcu, dobierając słowa z ostrożnością, jak gdyby każde z nich było kamieniem, który należało położyć we właściwym miejscu, aby nie zachwiać całej konstrukcji rozmowy. — Szukam kogoś, komu jestem winien pewne wyjaśnienie, a ponieważ słyszałem, że może tu przebywać, pomyślałem, że warto zapytać tych, którzy znają tutejsze ulice lepiej ode mnie.
Największy z kocurów zmrużył oczy. Przez kilka uderzeń serca trwał w milczeniu, jak gdyby próbował znaleźć w słowach Lśniącej Gwiazdy coś, co pozwoliłoby mu zrozumieć, z jakiego rodzaju kotem właściwie miał do czynienia, po czym poruszył lekko wąsem.
— Ładnie gadasz.
Lśniąca Gwiazda odpowiedział mu łagodnym uśmiechem, choć pod jego spokojnym wyrazem pyska zaczynała kiełkować coraz bardziej nieprzyjemna świadomość, że rozmowa wymyka się spod kontroli.
— Staram się być uprzejmy.
Najmniejszy z trójki, który dotychczas pozostawał nieco z tyłu, nagle roześmiał się głośno, a jego śmiech odbił się od betonowych ścian alejki i powrócił do nich przytłumionym echem. Kocur był młodszy od pozostałych, miał chude ciało, po którym przechodziło kilka blizn i nieproporcjonalnie długie łapy, przez co sprawiał wrażenie niemal niezdarnego, lecz w jego spojrzeniu nie było niczego, co można byłoby uznać za niewinne.
— Podoba mi się — parsknął. — Mógłbym go trzymać na sznurku i kazać mu trajkotać, kiedy będzie mi się nudzić.
Dwaj pozostali roześmiali się pod nosem.
Lśniąca Gwiazda jedynie westchnął.
Nie był to teatralny gest mający wzbudzić współczucie ani demonstracyjne okazanie irytacji, lecz ciche wypuszczenie powietrza przez nos, któremu towarzyszyło krótkie przymknięcie oczu. Przez moment pozwolił sobie nawet na opuszczenie głowy, jak gdyby słowa kocura rzeczywiście go znużyły, choć w rzeczywistości jego umysł pracował znacznie szybciej niż mogłoby się wydawać.
Był osaczony.
Dopiero teraz, kiedy rozmowa zaczęła przechodzić w coś znacznie bardziej niebezpiecznego, pozwolił sobie dokładniej ocenić otoczenie, które wcześniej traktował jedynie jako kolejną z miejskich uliczek. Po jednej stronie wznosiła się wysoka, niemal pozbawiona okien ściana, zimna i wilgotna od nocnego śniegu, po drugiej natomiast znajdowały się drewniane skrzynie, kilka połamanych desek oraz stos zniszczonych przedmiotów, którymi można było łatwo zahaczyć łapą podczas próby ucieczki. Alejka była wąska, zdecydowanie zbyt wąska, aby mógł swobodnie ominąć całą trójkę, a wyjście, przez które przed chwilą chciał opuścić to miejsce, znajdowało się dokładnie za ich plecami.
Co gorsza, doskonale wiedział, że w bezpośrednim starciu nie miałby większych szans.
Przewaga trzech kotów nad jednym była czymś, czego nie dało się zignorować nawet przy najlepszych umiejętnościach. Jeden przeciwnik mógł zostać zaskoczony, drugi mógł zostać powstrzymany, lecz trzeci zawsze znalazłby moment, w którym mógłby zaatakować od boku, a walka w tak ciasnym przejściu pozbawiłaby go możliwości wykorzystania przestrzeni.
— Czy macie jakieś informacje na temat kota, którego wam wcześniej opisałem? — zapytał spokojnie, unosząc ponownie głowę.
Największy kocur prychnął, a jego ogon przesunął się leniwie po ziemi.
— A co? Tak bardzo chcesz wiedzieć?
— Chciałbym.
— Może mamy.
Kocur zrobił krótką pauzę, obserwując jego reakcję.
— Może nie.
Lśniąca Gwiazda skinął powoli głową, jak gdyby przyjmował tę odpowiedź bez najmniejszego rozczarowania, choć wewnętrznie zaczął już rozważać kolejne możliwości. Mogli jedynie udawać… choć równie dobrze mogli wiedzieć dokładnie, kogo szukał i celowo przeciągać rozmowę, aby sprawdzić, jak długo uda im się utrzymać nad nim przewagę.
Każda z tych możliwości prowadziła jednak do tego samego wniosku.
Musiał zachować spokój.
— Rozumiem — odpowiedział miękko. — Czy skoro nie zamierzacie mi w żaden sposób pomóc, moglibyście pozwolić mi odejść? Mam problemy, które wymagają rozwiązania, a sądzę, że wszyscy skorzystamy na tym, jeśli każdy z nas będzie mógł wrócić do własnych spraw.
Przez chwilę panowała cisza.
Najmniejszy z kotów przechylił głowę, a potem parsknął śmiechem.
— Oo.
Jego oczy rozbłysły rozbawieniem.
— I teraz tchórzy.
Największy kocur uśmiechnął się szeroko, odsłaniając fragment pożółkłych zębów.
— Dobre.
— Dawajcie — rzucił najmniejszy, a jego głos zabrzmiał znacznie ostrzej niż wcześniej. — Pokażmy temu mięczakowi, że tak szybko nie pozwolimy mu odejść.
Lśniąca Gwiazda poczuł, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż jego kręgosłupa.
Nie strach.
Jeszcze nie.
Była to raczej ta szczególna chwila, w której umysł przestaje traktować sytuację jako rozmowę, a zaczyna postrzegać ją jako zagrożenie wymagające natychmiastowego rozwiązania.
Trójka kotów ruszyła w jego stronę.
Powoli.
Bez pośpiechu.
Ich łapy cicho przesuwały się po wilgotnym podłożu, a pazury największego z nich wysunęły się nieznacznie, zgrzytając o beton przy każdym kolejnym kroku. Średni kocur szedł nieco bardziej z boku, jak gdyby już teraz próbował odciąć Lśniącej Gwieździe możliwość przemknięcia obok, podczas gdy trzeci pozostał kilka długości ogona za nimi, obserwując całą sytuację z tym samym niezdrowym zainteresowaniem, które wcześniej towarzyszyło jego śmiechowi.
Lśniąca Gwiazda cofnął się o krok.
Potem o następny.
Nie spuszczał z nich wzroku, a jego ogon pozostał nisko opuszczony, choć mięśnie pod futrem napięły się niemal niezauważalnie.
Jego spojrzenie przesunęło się jeszcze raz po alejce, tym razem znacznie dokładniej, aż zatrzymało się na niewielkiej szczelinie pomiędzy dwoma budynkami, częściowo zasłoniętej przez przewróconą skrzynię. Nie była szeroka, lecz być może wystarczająco szeroka, aby przecisnął się przez nią kot jego rozmiarów.
Problem polegał na tym, że znajdowała się za dwoma napastnikami.
Pozostawała mu więc wyłącznie przestrzeń, odpowiedni moment i cierpliwość.
Ta ostatnia była czymś, czego nigdy mu nie brakowało.
Największy kocur zatrzymał się kilka kroków przed nim.
— No i co teraz, pieszczoszku?
Lśniąca Gwiazda spojrzał mu prosto w oczy.
W jego pysku wciąż nie było gniewu, choć pod spokojnym spojrzeniem kryło się coś znacznie chłodniejszego niż zwykłe zdenerwowanie. Przez krótką chwilę wyglądał niemal tak, jakby rzeczywiście był przestraszonym, zmęczonym kotem, który popełnił błąd, zapuszczając się samotnie w obcą część miasta.
To wrażenie było mu nawet na łapę.
— Sądzę — odpowiedział cicho — że wciąż możemy zakończyć tę rozmowę bez niepotrzebnej przemocy.
Najmniejszy prychnął.
— Hej, a może sprawdźmy, jak długo będzie taki uprzejmy, kiedy przestanie mieć powód?
Lśniąca Gwiazda nie odpowiedział.
Zamiast tego jeszcze raz spojrzał na ich łapy, odległości między nimi oraz wszystkie przeszkody znajdujące się w alejce. Wiedział już, że pierwsze uderzenie nie będzie miało znaczenia dla samego wyniku walki; znaczenie będzie miał moment, w którym przeciwnicy uwierzą, że mają go dokładnie tam, gdzie chcieli.
I właśnie dlatego nie zamierzał pozwolić, aby strach przejął kontrolę nad jego ciałem.
Przeciwnie.
Im bardziej tamci byli pewni swojej przewagi, tym większą przewagę zyskiwał on.
Bo choć oni widzieli przed sobą jednego zmęczonego, samotnego kota, który najwyraźniej żałował swojej wyprawy, Lśniąca Gwiazda widział trzy różne problemy, trzy różne temperamenty i trzy różne sposoby, na jakie każdy z nich mógł zostać wykorzystany.
Największy z kocurów zrobił jeszcze jeden krok, a jego pazury wysunęły się nieznacznie, zgrzytając o wilgotny beton.
Lśniąca Gwiazda trwał w bezruchu, nie spuszczając wzroku z największego kocura, choć kątem oka obserwował jego dwóch towarzyszów, starając się zapamiętać ich położenie oraz sposób, w jaki się poruszali. Najmniejszy był wyraźnie podekscytowany możliwością bójki, drugi pozostawał bardziej powściągliwy, natomiast przywódca całej trójki sprawiał wrażenie zbyt pewnego siebie, jak gdyby już dawno uznał, że jego przeciwnik nie ma żadnej drogi ucieczki.
To właśnie tę pewność Lśniąca Gwiazda postanowił wykorzystać.
— Nie chciałbym sprawić wam kłopotu — powiedział spokojnie, a jego głos był tak łagodny, że niemal ginął pośród odległego warkotu pojazdów. — Jeżeli jednak rzeczywiście nie zamierzacie pozwolić mi odejść, obawiam się, że będę zmuszony się bronić, czego chciałbym uniknąć.
Najmniejszy roześmiał się tylko pod nosem.
Nie mógł ich pokonać.
Nie tutaj.
Nie w ten sposób.
— Naprawdę nie ma potrzeby tego robić — powiedział jeszcze raz, cofając się o krok. — Mogę po prostu odejść i więcej nie będziemy sobie przeszkadzać.
Największy kocur prychnął i ruszył gwałtownie w jego stronę.
Lśniąca Gwiazda odczekał niemal do ostatniej chwili.
Dopiero kiedy pazury przecięły powietrze tuż przed jego pyskiem, uskoczył w bok, pozwalając, aby przeciwnik stracił równowagę na wilgotnym podłożu. Nie próbował go zaatakować, ponieważ jego celem od początku nie była walka, lecz wyrwanie się z pułapki, a każda chwila spędzona na wymianie ciosów działała na jego niekorzyść.
Najmniejszy kot rzucił się w jego stronę, próbując odciąć mu drogę, jednak Lśniąca Gwiazda obrócił ciało i przemknął pod wyciągniętą łapą, czując, jak pazury zahaczają o futro na jego barku. Poczuł krótkie, ostre pieczenie, lecz nie zatrzymał się ani na moment, wykorzystując chwilowe zamieszanie, aby przedostać się za ich plecy.
Usłyszał za sobą wściekłe syczenie.
Nie obejrzał się.
Wybiegł z alejki, skręcił za najbliższy budynek. Serce biło mu mocno, oddech stał się cięższy, a mięśnie, już wcześniej zmęczone nocną wędrówką, drżały pod wpływem wysiłku, lecz poza płytkim zadrapaniem na barku nic poważniejszego mu się nie stało.
Być może trójka kotów zamierzała go ścigać.
Nie zwalniał więc, pomimo narastającego bólu.
Nie miał pojęcia, dokąd właściwie zmierzał, i właśnie to było w całej sytuacji najbardziej niepokojące. Uciekał przed czymś, czego nawet nie potrafił zobaczyć, jednocześnie zagłębiając się coraz dalej w miejsce, którego nie znał. Co pewien czas oglądał się przez ramię, próbując dostrzec znajome sylwetki pomiędzy budynkami, lecz zamiast nich widział jedynie kolejne ulice, przechodzących Dwunogów i śnieg osiadający na wszystkim, czego dotknął.
Jego myśli zaczynały się plątać.
Nie wiedział już, gdzie nawet był.

cdn.

Od Źródlanej Łuny

⇸ ◦☽✴︎☾◦ ⇷
Paręnaście księżycy temu…

Szepty współklanowiczów wtórowały szmerowi wodospadu. Zajęła miejsce wśród innych, wpatrując się w górującą nad nimi sylwetkę Lśniącej Gwiazdy.
Wiedziała, co jej brat planuje ogłosić. Skoro do jej obowiązków należało dyrygowanie wojownikami i uczniami, jak i rozdzielanie im zadań, to wręcz trudno było nie zauważyć, gdy kogoś przy tym rozdziale brakowało.
Zniknięcie Truskawkowego Pola wręcz rzucało się w oczy.
Przygryzła policzek, wpatrując się w pysk Blasku. Jego partnerka opuściła obóz tuż przed mianowaniem jej kociąt. Ich kociąt. Na język cisnął jej się śmiech, ale powstrzymała się, jedynie owijając ogon ciaśniej wokół łap. Czy stwierdzenie, że w końcu przejrzała na oczy, byłoby zbyt obraźliwe w stosunku do jej brata?
— Trudno jest mi pogodzić się z tym, jak wiele kotów ucieka z naszego klanu w ostatnich czasach — rozpoczął przywódca. Tłum ucichł. — Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie dzień, w którym będę musiał patrzeć, jak ci, których uważałem za rodzinę, odwracają się od domu, który wspólnie budowaliśmy.
Nie mogła jednak odrzucić myśli, że przywódca przyjął ją jako swoją prawą łapę tylko dlatego, iż była łatwa do zmanipulowania i łatwa do odsunięcia na bok – przecież jeżeli kochała go, to posłuchałaby, prawda?
— Straciłem nie tylko wspaniałą zastępczynię. Straciłem przyjaciółkę. Partnerkę. Matkę moich kociąt. Kota, któremu ufałem bardziej niż komukolwiek innemu — kontynuował, zaprzeczając jej przypuszczeniom.
Ile jednak w tych słowach było prawdy? Czy Blask rzeczywiście był szczerym kotem, który przedstawiał swój ból przed całym klanem? Czy kiedykolwiek nim był?
Nie powiedziałaby, że kiedykolwiek złapała go na kłamstwie. Jednak jego słowa rzadko spotykały się z tymi, których oczekiwała. Brzmiały naturalnie, temu zaprzeczyć nie mogła, lecz… Gryzły się z tym wizerunkiem, który malował się przed jej okiem od pierwszych księżycy.
— Każdego dnia przypominam sobie rozmowy, które prowadziliśmy, wspólne decyzje i marzenia o przyszłości Klanu Klifu.
Kolejne słowa przywódcy umknęły jej mimo uszu. Zastanawiała się, czy dla Truskawki ich relacja również była swego rodzaju transakcją. Możliwością zdobycia przewagi wśród tych, którzy nie darzyli jej pozytywnym uczuciem. Czy liczyła na władzę? Czy odsunięcie na bok, gdy tylko jej brzuch spęczniał nowym życiem, było wystarczającym zawodem?
Po grymasie, który widniał na jej pysku podczas pobytu w żłobku, czy zimnym posłaniu, które tam pozostało, można było to łatwo wywnioskować.
— Nie możemy pozwolić, by smutek odebrał nam nadzieję. Ci, którzy zostali, są dowodem na to, że Klan Klifu wciąż ma przed sobą przyszłość. Nie będziemy żyli przeszłością. Będziemy budować jutro. A skoro przed nami kolejne dni i kolejne wyzwania... Klan potrzebuje zastępcy.
Czy ona też mogła wybrać tak łatwą drogę? Drgnęła i przesunęła końcówką ogona po skale. Drogę poza klan? Wiedziała, że gdyby pozostawiła Kormorana i Szron samych, gdy byli jeszcze mali, i nie pokazała więcej nosa w Klanie Klifu, to zapewniona by im została dobra opieka. Lepsza, niż ta, którą otrzymali od niej. Mogła zaoszczędzić im wszystkim bólu, gdyby tylko wybrała łatwiejszą opcję.
Mimo wszystko, jej przywiązanie do klanu było silniejsze od żalu, który wzbudzał w niej widok syna czy córki. To było miejsce, w którym się wychowała, w którym wracała do pełnej sprawności, w którym wyobrażała sobie niemożliwą przyszłość z Szałwiowym Sercem.
— Jest kotka, której lojalność, rozwaga i oddanie niejednokrotnie miały okazję się wykazać — miauknął Lśniąca Gwiazda, lustrując wzrokiem tłum i końcowo lądując na niej. — Kotka, której ufam i o której wiem, że będzie wspierać ten klan nie tylko siłą własnych łap, lecz także mądrością swoich decyzji. Wierzę, że Klan Gwiazdy poprowadzi ją właściwą ścieżką i że nie zawiedzie zaufania, którym ją obdarzam.
Nieznacznie się wyprostowała. Jej oko napotkało te brata – błyszczące z uznaniem w delikatnym uśmiechu, pasujące do miękkiego tonu jego głosu. Nie mogła zbyć myśli mówiącej o tym, że brzmi jak aż nazbyt przyjazny. Przesłodzony.
— Rolę mojego zastępcy obejmie Źródlana Łuna.
Wokół niej rozległy się szepty. Jej serce drgnęło; nie była jednak pewna, czy w przyjemnie rozpływającym się zaskoczeniu, czy raczej kłującym dyskomforcie. Ile taki zaszczyt rzeczywiście znaczył, gdy podany był jej pod pysk z łapy krewnego? Z łapy kogoś, kogo intencji nie była pewna?
— Gratuluję Ci, Źródlana Łuno — dodał przywódca, uciszając tłum z nieznikającym z pyska uśmiechem. — Wierzę, że wspólnie poprowadzimy Klan Klifu ku lepszym czasom.

Od Trójokiego Zająca CD. Ćmiej Łapy

Przed znalezieniem ciała Dyniowej Skórki

Trójoki Zając zamruczał cicho. Był niezwykle wdzięczny, iż jego relacja z dziećmi była tak dobra. Czasami łapał się na myśli, czy gdyby on również poznał swojego ojca, to czy czułby się przy nim bezpieczny? Tak, jak – miał nadzieję – czuły się jego kocięta w jego obecności? Chciał wierzyć, że właśnie tak było. Nawet jeśli on nigdy nie poznał własnego, drugiego rodzica, nie oznaczało to, że zaoferowałby mniej miłości pociechom. Gdziekolwiek był, kremowy życzył mu dobrze. Może, gdyby los sprzyjał, kiedyś udałoby im się spotkać i zamienić parę słów. Niestety, były to płonne nadzieje. Zielonooki, nawet jeśli by go spotkał, pewnie nie miałby pojęcia, że to jego ojciec. Zastrzygł nieznacznie wąsami, spoglądając na kremową koteczkę.
— Wielu pacjentów dziś miałaś? Wyglądasz na zmęczoną. Może porozmawiam z Jagnięcym Ukłonem, żeby pozwoliła ci już dzisiaj odpocząć? — zagadnął, chcąc również zapytać i o jej dzień. Odnosił wrażenie, że od wypadku pytał głównie o Firletkową Łapę. Ciężko było mu się dziwić, aczkolwiek nie chciał dopuścić do sytuacji, w której którekolwiek z jego kociąt czułoby się źle, jakby faworyzował kogoś. Absolutnie tego nie chciał. Kochał całą czwórkę jednakowo i robił co w jego mocy, żeby żadne z nich nie czuło się pokrzywdzone.
Uczennica medyczki pokiwała głową.
— Tak… jestem od samego rana na łapach, ale to nic takiego. Najpierw opowiedziałam Firletce parę historii. Bardzo podobne do tych, które opowiadała nam mama w żłobku. O ptakach i naszych ptasich przewodnikach. Bardzo mu się spodobały — zaczęła, gestykulując łapkami. Mimo aksamitnego zmęczenia wyglądała na naprawdę zaangażowaną w rozmowę. Był to niezwykle miły widok. — Później Jagnięcy Ukłon zabrała mnie na zbieranie ziół, w końcu każde się obecnie liczy. Szczególnie teraz, kiedy chorych wiecznie przybywa. Mam czasami wrażenie, że ich nie ubywa — zaśmiała się cicho, a wojownik pokiwał głową i posłał jej uśmiech, nie przerywając potoku słów. — Odwiedziła nas Niebiańska Poświata i pomogłam jej z infekcją.
Niebiańska Poświata… znali się jedynie z widzenia. Kotka była młodsza od niego i nie mieli nawet okazji nigdy wcześniej zamienić choćby słowa. Nie czuł się jednak tak, jakby na tym wiele stracił. To nie było nic nowego, że spora część Klifiaków pozostawała mu w pewnym sensie obca. Niestety albo stety, od zawsze był na uboczu. Z wiekiem jednak nauczył się bardziej doceniać relacje, które nabył podczas całego swojego życia, pielęgnując je i to głównie w nie się angażował najbardziej.
— Na pewno świetnie sobie poradziłaś, jesteś niezwykle zdolna. Klan Klifu może być wdzięczny za tak wspaniałe medyczki — zamruczał, tarmosząc jej lekko futerko na głowie. Ćmia Łapa zachichotała i teatralnie przewróciła oczami.
— Ale to jeszcze nie koniec! Słuchaj tego, tato. Zaraz za nią wszedł Wędrujący Wibrys. Brat Truskawkowego Pola — zaczęła, a zielonooki słuchał. Pamiętał o zastępczyni, której nagle, z dnia na dzień zabrakło. Gdyby pewnego razu obudził się bez Kukułczego Wdzięku obok, byłby zdewastowany. Nie potrafił sobie wyobrazić choćby dnia bez ukochanej. — Chyba będę musiała znowu pójść i nazbierać trybuli. Bo wiesz, co jemu dolegało?
— Co takiego? — zapytał, uśmiechając się. Może gdyby znał się jakkolwiek na ziołach, to by zgadł.
— Infekcja! Mam wrażenie, że jest jej jakiś wysyp. Wiecznie ktoś chodzi z infekcją. Przyszła też twoja była uczennica, Oszroniony Kieł. Doskwierała jej chrypka i brzmiała też inaczej. Będzie musiała do nas przychodzić jeszcze przez trzy wschody słońca.
Pointka była jego pierwszą uczennicą kiedykolwiek. Bardzo miło wspominał ich wszystkie, liczne treningi. W końcu była jego bratanicą. Jednym z ostatnich kotów, które kojarzyły mu się z jego braciszkiem, Króliczkiem. Na samą myśl uderzyło w niego uczucie nostalgii. Gdyby tylko mógł z nim porozmawiać, choćby raz jeszcze…
Wrócił do rzeczywistości. W końcu Ciemka czekała na odpowiedź. Nie mógł jej ignorować, to byłoby bardzo niemiłe z jego strony.
— Mam nadzieję, że jej się polepszy. Widzisz, jaka jesteś uzdolniona? Pomogłaś tylu kotom, zupełnie sama! Jagnięcy Ukłon i Księżycowa Aldrowanda dobrze cię wyszkoliły — odparł, czując rozpierającą go dumę. Jego córeczka wiedziała już tak wiele… Mógłby przysiąc, że jeszcze wczoraj przebywała w żłobku i miała zamknięte oczka. Jak one szybko rosły…
Żółtooka pokiwała główką.
— Mimo że wiem tak dużo, to i tak czasem znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiem.
— Ścieżka medyka to nieustanne odkrywanie nowości. Twój trening trwa nieco dłużej, niż ten na wojownika, ponieważ musisz przyswoić dużo więcej informacji. Mam nadzieję, że dbasz o siebie i odpoczywasz. W końcu przemęczony mózg nie marzy o niczym innym, jak o odpoczynku — miauknął z nutą zmartwienia w głosie. Kremuska jednak szybko rozwiała jego obawy.
— Nie martw się, tato. Wysypiam się, w miarę…-
W kącie oka dostrzegł Mysikróliczą Łapę, która niemal wbiegła w Ćmią Łapę. Trójoki Zając spojrzał na córeczkę ze zdziwieniem. Była cała oblepiona błotem i wyglądała tak, jakby przebiegła właśnie gonitwę swojego życia, ponieważ sapała głośno, a jej kufę rozświetlał szeroki uśmiech. Nabrała parę łapczywych oddechów.
— Już wróciłaś z treningu z Bukową Koroną? Szybko cię dzisiaj puścił — zagadnęła uczennica medyczki, równie zdziwiona, ale i zadowolona z obecności liliowej szylkretki. Po uderzeniu serca pręgowana klasycznie zauważyła pewną niezwykle ważną kwestię;
— Wyglądasz, jakby cię wypluto z paszczy borsuka! Co robiłaś? — Kremowa dotknęła łapą boku siostrzyczki. Mysikrólik kłapnęła pyskiem przy jej palcach żartobliwie, naśladując wściekłego psa. Jej oddech uspokoił się trochę.
— Może to ja jestem tym borsukiem! — wysapała jeszcze, a Ćma odsunęła kończynę.
Po chwili wtuliła się w bok ojca w celu przywitania się, a później zawiesiła łapy na barkach siostry, jakby chcąc się z nią pobawić.
— Ćmia Łapo! Wiesz, ile się dzisiaj nauczyłam? Mam wrażenie, że Bukowa Korona, gdyby mógł, to by mnie przetargał po całych naszych terenach… ale dobrze, przynajmniej nauczę się robić różne, śmieszne dźwięki! Już potrafię gwizdać, o, posłuchajcie.
Zwinęła wargi tak, żeby utworzyć z nich dzióbek. Po chwili zaczęła dmuchać, jednak żaden gwizd nie ulotnił się z jej pyszczka. Trochę sfrustowana, przysiadła i poruszyła nieznacznie uchem. — Nooo, przecież jeszcze wczoraj mi wychodziło! Ale ja nie kłamię, zobaczycie. Wyjdzie mi jeszcze. Może po prostu nie dzisiaj.
— Taa, jasne! — zaczęła się z nią droczyć żółtooka. Trójoki Zając obserwował ich interakcję, nic nie mówiąc do tej pory. Z jakiegoś powodu zamyślił się na ten czas, mimo że dolatywały do niego słowa.
Mysikrólicza Łapa przewróciła oczami, uśmiechając się.
— Tato, przepytasz mnie z kodeksu wojownika? Już znam wszystkie punkty, po kolei!
Trójoki Zając kiwnął głową, wyrwany z obłoków.
— Dobrze. Kto najpierw powinien jeść zwierzynę ze sterty?
Ćmia Łapa wyglądała tak, jakby miała ochotę odpowiedzieć na to pytanie, mimo że wiedziała, że to jej siostra była obecnie pytana. Mysikrólik widocznie zamyśliła się, jej wzrok stał się na chwilę utkwiony gdzieś w oddali. Gdy pręgowana klasycznie już miała odpowiedzieć za nią, otwierając pyszczek, koteczka wykrzyczała wręcz;
— Najpierw uczniowie, którzy sobie na to zasłużyli! — powiedziała dumnie, bardzo pewna własnej odpowiedzi.
Trójoki Zając pokręcił głową.
— Niestety nie. Najpierw muszą zjeść starsi i kocięta, a dopiero potem uczniowie i wojownicy.
— Aaah! No przecież — liliowa zabrzmiała tak, jakby ją olśniło. Ćmia Łapa pokręciła głową.
— Mysikróliku, a czy przed zjedzeniem zwierzyny dziękujesz za nią Klanowi Gwiazdy?
Żółtooka zerknęła na siostrzyczkę i po uderzeniu serca pokiwała głową.
— Tak — rzekła krótko, parokrotnie przejeżdżając językiem po piersi. Trójoki Zając zamruczał.
— Jak wiecie, kodeks wojownika to coś, co rozróżnia nas od samotników i włóczęgów. To koty, które żyją na własnych zasadach, a nie na tych klanowych. Nierzadko są nieszczęśliwe z tego powodu, ponieważ muszą polegać tylko na sobie, lub na grupie, która dba głównie o siebie, aniżeli o wszystkich i w szczególności tych najsłabszych. To niezwykle ważne, żeby przestrzegać wszystkich szesnastu zasad, jednakowo. Wtedy żyje się wszystkim dobrze — dokończył więc kocur, mimo wszystko dumny z wiedzy swoich córeczek. Potknięcie Mysikrólika nie było przecież tragedią. Z pewnością szybko oraz sprawnie uzupełni braki, o ile takowe występowały.
— Dobrze. Tę część pamiętam, o której mówisz — zerknęła na ojca. — Słuchajcie teraz. Teraz wam wymienię wszystkie punkty. — Nabrała do płuc dużo powietrza, aż jej napęczniały policzki. — ,,Broń swego klanu, nawet kosztem własnego życia. Nie jest zabronione zawierać przyjaźni poza granicami, jednak twoja lojalność musi pozostać w klanie. Nie poluj na terenie obcego klanu, a także nie wkraczaj tam. Zwierzynę najpierw muszą spożyć kocięta oraz starsi, a dopiero później uczniowie, a także wojownicy” — zrobiła chwilę przerwy na nabranie oddechu. Do tej pory wszystko się zgadzało. — ,,Zwierzynę zabijamy jedynie w celu pożywienia się, a nie bawienia nią. Trzeba dziękować Klanowi Gwiazdy za jej życie. W wieku sześciu księżyców kocię zostaje mianowane uczniem. Nowo mianowani wojownicy zmuszeni są odbyć ciche czuwanie przez jedną, całą noc tuż po własnej ceremonii”.
Trójoki Zając poruszył nieznacznie uchem.
— Za niedługo ciebie to czeka, Mysikróliku.
Koteczka pokręciła głową, łapę opierając na ojcu, ale po chwilę ją położyła z powrotem na gruncie.
— Wiem, tato. Wybiłeś mnie z rytmu! — udała wielce obrażoną. Kocur posmutniał trochę. — Żartuję. Wiem, tak, wiem… tak naprawdę, to nie mogę się już tego doczekać. Aż Bukowa Korona uzna, że jestem gotowa i Lśniąca Gwiazda mnie wyróżni z całego tłumu naszych pobratymców! — zaświergotała pogodnie, a Trójoki Zając poczuł, jak robi mu się cieplej na sercu. Pamiętał własną ceremonię i ogromną dumę, jaka towarzyszyła mu tamtego dnia. Wiedział, że to była jedynie kwestia czasu aż jego kocięta staną się pełnoprawnymi wojownikami, a jedno z nich; medyczką. Wierzył, że nawet i Firletkowa Łapa doczeka się swojego nowego, wspaniałego imienia. Nie mogło być przecież inaczej, zasługiwał na to tak samo, jak reszta jego rodzeństwa, mimo wypadku. Na myśl o synu spojrzał na odpoczywającego, niebieskiego vana w łożu. Pogrążony w głębokim śnie, prawdopodobnie nie słyszał ich aż tak dobrze. Trójoki Zając był z nich wszystkich tak bardzo, bardzo dumny. Miał szczerą nadzieję, iż Firletka prędko wróci do zdrowia. Nie mógł patrzeć na niego w takim stanie, serce mu pękało. Gdyby tylko tamtego dnia przewidział, że mógł się ześlizgnąć... gdyby tylko mógł, to by ochronił wszystkie swoje kocięta przed każdą przykrością tego świata. Wiedział jednak, że nie było to w żaden sposób możliwe.

<Ciemko, a ty pamiętasz zasady obowiązujące każdego medyka?>