BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 sierpnia 2026

Od Promiennego Słońca CD. Malutkiej (Truskawki)

Promyk obejrzała się na kota, który stał zaraz za jej plecami. Był to ktoś zupełnie jej obcy, więc nie obchodziło jej za bardzo, co tam sobie szeptał pod nosem. Promyk nie dbała o swoje dobre imię w mieście. Nie obchodziło ją co inne koty będą sobie o niej myśleć. Krok za krokiem oddalała się od wysokich bloków i głośnych ulic, wstępując w cichsze, mniej zabudowane siedliska dwunożnych. Wszystko tutaj było znacznie spokojniejsze. Nie było walk gangów, walki o miejsce do spania i jedzenie. Tutaj było spokojnie. Tutaj była wolniejsza niż gdziekolwiek. Linie ogródków otoczonych kolorowymi płotami stały jeden obok drugiego, przecięte tylko cienką udeptaną ścieżką, uczęszczaną przez dwunogów. Przynajmniej od tej strony. Ale drogi grzmotu nie były takie głośne. Niewiele potworów poruszało się nimi. Czy tam aut… jakkolwiek te dziwadła nazywała Łapka? Promienne Słońce przysiadła sobie na jednym z płotów. Mogłaby się tutaj schować z dala od wielkomiejskiego tłoku. Mogłaby tutaj żyć sobie od ogrodu do ogrodu, polując sobie na myszy i szczury. W jej głowie jednak była pewna myśl, że jej dom jest gdzieś indziej. Tęskniła za lasem, a jednak kochała swój kawałek dachu nad szumem ulic. Mieszkanie tutaj oddaliłoby ją od Łapki, przybliżyłoby ją do lasu. Jedyne co trzymało ją często z dala od tego miejsca, byli wszechobecni dwunożni. Ostatnio przechadzając się po płotach, była świadkiem jak jeden z nich chwyta jakiegoś samotnika i zaciąga go do swojego gniazda. Nie podobała się jej wizja utknięcia w domu. Wystarczy już, że odwiedzała jedno dusze więzienie, Łapki. Gdyby została schwytana, to byłaby wielka tragedia. Przynajmniej dla niej. Życie za zamkniętymi drzwiami, brak własnej wolności i swobody - to wszystko stałoby się, gdyby jakikolwiek dwunóg ją znalazł i postanowił “ocalić”.
– CZEŚĆ!!! – czyjś piskliwy głosik przerwał jej rozmyślania. Promienne Słońce najeżyła się prawie od razu. – Możemy pogadać? Zostaniemy przyjaciółmi?
Promień spojrzała na tę kuleczkę, która przyturlała się pod płot. Kociak patrzyła na nią swoimi wielkimi, niewinnymi oczętami. Promyk schowała swoje kły i zajrzała na drzwi, zza których wybiegło kocię. Te zostały uchylone, lecz żaden dwunożny potwór zza nich nie wyjrzał.
– Możemy. – odparła starsza kotka, zerkając na dzieciaka pod swoimi nogami. Zeskoczyła z płotu na nisko ściętą trawę. Kociak przed nią był całkowicie biały z niebieskimi oczkami. Wyglądała… interesująco. Pachniała jak kotka, mleko i dwunogi. Nie, żeby Promień miała jakiś lepszy zapach. Resztki klanowego życia dawno zniknęły pod smrodem dymu i śmieci. – Mieszkasz tutaj? – Promyk spojrzała na malowany budynek.
– Tak! Nazywam się Malutka! – odparła koteczka.
– Malutka. Cóż za interesujące imię. – odparła Promień. – Pasuje do ciebie kurduplu. Kociak zmarszczył nos zirytowany.
– Ach przepraszam. – szylkretka miała ochotę przewrócić oczami, jednak się powstrzymała. Nie przepadała za dziećmi. Jak już były w wieku uczniów, było okej, ale takie maluszki były poza zasięgiem jej cierpliwości. – Ja za to nazywam się… Promyk. – przedstawiła się swoim kocięcym imieniem. Jak ona dawno go nie słyszała. Dawno nie wychodził z pyska nikogo, nawet jej samej.
– Promyk? – powtórzyła koteczka – Mieszkasz gdzieś niedaleko?
– Mieszkam wszędzie, gdzie mi się podoba. – oświadczyła wojowniczka i uśmiechnęła się nieco krzywo. Już zapomniała jak to jest uśmiechać się w miarę normalnie. Do kotów na ulicach miasta posyła się tylko i wyłącznie krzywe uśmiechy, gdyż nikt nie jest tam szczery.
– Och! To musi być ciekawe! Codziennie w innym miejscu! – oświadczyła koteczka. – A skąd masz takie… blizny?
– Walczyłam. – padła odpowiedź. – Z mewami. Takie ptaki znad morza. Duże i bardzo lubią atakować koty. – Promyk spojrzała na ten biały puszek, który zrobił na nią wielkie oczy. – Tutaj ich nie ma. Nie lubią żyć daleko od morza. Żaden cię nie zje.
– A co jeśli?
– To ja już z nimi walczyłam, zawalczę jeszcze raz… – machnęła łapą Promyk.
– A skąd jesteś? – maluch nie wiedział, że to niewygodny dla Promyk temat. Nie mogła jej winić za poruszenie go.
– Pochodzę… z klanu. Z klanu kotów, żyjących nad klifami… – mruknęła.
– O! Z klanu! Słyszałam o nich! Jaki był twój klan!?
– Taka tam… banda świrów. Samolubni i łatwowierni. Teraz już nie jestem z klanu … pochodzę z miasta. – Promyk otrzepała się z nieprzyjemnych wspomnień i spojrzała na tego kociaka przed sobą. Niewinne kocię co nie zaznało nigdy ani głodu, ani braku snu. Nie zaznało nocy spędzonej w ulewie, patrzenia na śmierci swoich towarzyszy. Nie zaznało knowań i zarzutów władzy, bo władzy nie znało innej niż ta od dwunogów. Ile Promyk by dała, aby urodzić się gdzieś indziej. W świecie tak naiwnym i niewinnym jak ten. Ile by dała, aby mogła znowu zobaczyć się z braćmi, przeprosić Słoneczne Oko, przytulić Tawułową Bryzę. Kiedyś ich spotka… w Klanie Gwiazdy. – Jeszcze jakieś pytania?

<Malutka?>

Świteziankowe Jezioro urodziła!

 Świteziankowe Jezioro urodziła dwójkę nakrapianych kociąt!


Od Dymówki do Firletkowej Łapy

Dymówka siedziała niedaleko mamy. Czarna karmicielka właśnie rozmawiała z panią bez łapki. Niebieska nie potrafiła zapamiętać jej imienia, bo miało ono sporo komplikacji. Ogólnie miała problemy z imionami, nawet ze swoim własnym. Na razie brzmiały naprawdę trudno i dziwnie. Dobrze, że jej siostra miała dość krótkie i bez komplikowania. Nawet nie zauważyła, że przednimi łapkami ugniatała swój ogon. Odruch ten towarzyszył jej wyjątkowo często, ale nie zawsze go kontrolowała. Szczególnie, wtedy gdy była pochłonięta myślami. Wtedy robiła to bezwiednie.
— Dzień dobry — czyiś głos wyrwał ją z natłoku myśli. Przeniosła wzrok na niebieskiego kocura, który wszedł do żłobka. Miał przed łapkami jakieś stworzonka. Dymówka przechyliła łebek, przyglądając się tym rzeczom z szeroko otwartymi oczami. Widziała już wcześniej, jak mama jadła coś podobnego. Zastanawiała się, czy było to lepsze od mleka Psotki.
— Witaj Firletkowa Łapo — przywitała się z nim Psotny Nietoperz.
— Przyniosłem wam posiłek — odezwał się kocur. Gdy Firletka podszedł bliżej niej, koteczka pacnęła go niepewnie łapką w ogon, bo był w jej zasięgu.
— Przepraszam — mruknęła, kładąc lekko uszka, jakby bojąc się czy dobrze, że go zaczepiła.
— Co to jest? To lepsze od mleka? Mogę spróbować? — spytała, gdy kocur się zatrzymał i przeniósł na nią wzrok. Koteczka z automatu zaczęła ugniatać ogon, jak to miała w zwyczaju. Jakoś ją tu uspokajało i dodawało nieco więcej odwagi. Miała nadzieję, że nie przeszkadzała kocurowi. W końcu uczeń przyszedł tu pewnie w konkretnym celu, a ona mu właśnie głowę zawracała, ale naprawdę była ciekawa. Psotka zaśmiała się cicho i liznęła córkę po łebku.
— Nie kochanie, nie możesz tego jeść. Jeszcze nie, dopiero jak trochę podrośniesz. Teraz, by ci to zaszkodziło malutka — miauknęła troskliwie, przenosząc wzrok na ucznia.
— Ale Firletkowa Łapa myślę, że może ci odpowiedzieć na pytania, o ile się nigdzie nie śpieszy. Wiesz Dymówko, Firletkowa Łapa zaczął niedawno szkolenie — dodała karmicielka.
— Naprawdę? Och, to przepraszam, jeśli zawróciłam ci głowę — mruknęła cicho.

<Firletkowa Łapo? Masz może chwilę?>

Od Dymówki do Majaczącej Łapy

Malutka koteczka leżała na łapach mamy, a kocica myła jej troskliwie futerko. Dymówka rozłożyła się i przymknęła oczka. Kochała, gdy mama ją myła, bo zawsze robiła to z taką delikatnością, a do tego poprawiała jej niebieskie płatki kwiatów czy piórka. Niebieska kochała te ozdóbki, bo miały piękny niebieski kolor i były podarowane jej przez ojca i matkę. Mamusia jej powtarzała zawsze, że pasują do niej. Dymówka jej wierzyła, bo rodzicielka nie miała podstaw, by ją okłamywać. Po kilku uderzeniach serca maleństwo było już czyste i nakarmione.
— Mamusiu? — zagaiła starszą kocicę.
— Tak skarbie? O co chodzi? — karmicielka przechyliła lekko łebek. Pewnie się zastanawiała, co chodziło po łebku Dymówki.
— Mogę podejść do wejścia i poczekać na tatę? Proszę — miauknęła, robiąc słodkie oczka. Puszysta Łapa zawsze przychodził po treningach, a mała lubiła go pytać o wszystko, co związane było z uczniem protektora, choć nazwy tej rangi nie potrafiła w całości wypowiedzieć. Zawsze pytała o prote i ojciec już wiedział, o czym chciała porozmawiać.
— Oczywiście, ale nie odchodź daleko i pozostań na widoku — poinformowała ją Psotny Nietoperz.
— Dobrze mamo, nie wyjdę ze żłobka. Obiecuję — miauknęła. Podniosła się i podeszła do wejścia. Usiadła po stronie żłobka, upewniając się, czy matka ją widzi. Po czym wpatrzyła się przed siebie, ugniatając ogon łapkami. Szukała niebieskim wzrokiem ojca. Chwilę później światło zasłonił jej jakiś cień. Malutka podniosła łebek i spojrzała na nieznanego jej kocura.
— Zasłaniasz mi widoczność, a chciałam poszukać taty — mruknęła cicho. Kocur na nią spojrzał, ale nie przesunął się, po prostu stał. W tym samym czasie poczuli na sobie wzrok matki Dymówki, która dała nieme ostrzeżenie, gotowa do reakcji, gdyby coś się działo z niebieskim kociakiem.

<Nieznajomy? Przesuniesz się, proszę?>

Od Zamroczki do Pustułkowego Szponu

Zamroczka przystanęła kilkanaście metrów od żłobka, żeby uważnie patrzeć na ciemniejące niebo. Było już późno, słońce zachodziło i większość kociąt o tej porze robiła się zmęczona, ale małej kotce nie chciało się spać. Miała przecież jeszcze dużo czasu, zanim nadejdzie noc, a nie widziała powodu, dla którego miałaby go marnować.
Przez długi czas nic się nie działo, oprócz tego, że dookoła inne koty, głosem pełnym emocji, omawiały wydarzenia i swoje przygody z całego dnia. Trochę ją to nudziło. W końcu nieopodal zatrzymał się wojownik i zaczął myć sobie futro na puszystym ogonie.
Po chwili Zamroczka zauważyła, czując nagły lęk, iż kocur nie miał jednego oka. Szybko udało jej się to przezwyciężyć zaintrygowaniem, bo przyjrzała się, a przy tym zobaczyła, jak bardzo spokojny był kocur. Kojarzyła jego imię.
To chyba zastępca... Pustułkowy Szpon – pomyślała.
Koteczka przełknęła ślinę.
Wolnym krokiem podeszła do niego na tyle bliżej, by był w stanie ją widzieć. Uniósł lekko głowę, a gdy tylko wywęszył jej zapach, wypatrzył Zamroczkę i spojrzał na nią cierpliwie.
Wbiła pazurki w ziemię z wściekłością pod wpływem jego wzroku.
– Co robisz? – zapytała ciekawsko oraz uprzejmym tonem, starając się ukryć frustrację.
Czekoladowy kot otworzył pysk, chcąc coś powiedzieć, i uśmiechnął się w tajemniczy sposób. Zamroczka nie wiedziała, co planuje, dlatego na wszelki wypadek dodała:
– Bez żadnych pchlarzy ani mysich móżdżków, dobrze?

<Pustułkowy Szponie?>

Od Kalinowego Powiewu

Zgromadzenie

Kalinka siedziała w tłumie, ziewając co jakiś czas. Odkąd udało jej się chociaż trochę odpocząć i przegadać parę spraw z rodziną, była w stanie odrobinę bardziej o siebie zadbać, co działało na nią korzystnie. Emocje było jej łatwiej trzymać na wodzy, sama również wyglądała na spokojniejszą. Pod poduszkami czuła chłodną skałę, a gwar pobratymców i kotów z innych przynależności mieszał się w niezrozumiałe echo, nie próbowała zrozumieć żadnego z nich, ponieważ gdyby tylko chciała wiedzieć, o czym każdy rozmawiał i to w jednej chwili, pogubiłaby się szybko, a może nawet i... zwyczajnie nie byłaby fizycznie w stanie.
Poczuła nagłe szturchnięcie. Zmarszczyła brwi i wysunęła pazury w celu zachowania równowagi, jednak nie dało się ich wbić w skałę, dlatego porysowała nimi lekko posadzkę, czując dyskomfort teraz w łapach. Całe szczęście nie złamał się żaden z nich, więc nie odniosła szczególnych strat, może poza lekko obniżonym nastrojem związanym z nagłą może przypadkową nieprzyjemnością.
Gdy niebieskie oczy rozpoznały sylwetkę Kalinowego Powiewu, Chudy od razu podniósł wąsy do góry.
Z krwawiącą buzią i jabłkiem z jego zębem w łapie, zagaił wojowniczkę.
— Ej Kalina! — miauknął. — Sprawa jest...
Zerknęła na brązowego asystenta medyka, którego znała już za dobrze. Z jakiegoś powodu nie oczekiwała, że ktokolwiek inny by na nią wpadł. Po przyjrzeniu się otworzyła ślepia szerzej, nie mogąc zrozumieć początkowo, dlaczego miał na pysku krew. Gdy jednak zerknęła na jabłko u jego łap, powoli zaczynał malować jej się obraz w głowie, co mogło mieć miejsce. Tylko dlaczego?
— Chudy? Co zrobiłeś? — zapytała wprost, nie dostrzegając kła w łapie.
Wyprostował się dumnie, bo w końcu przed Kaliną to musiał się pokazać. Zmył z pyska swój zwyczajowy grymas, przywołując totalną powagę.
— Próbowałem zjeść jabłko — odpowiedział całkowicie poważnie.
Poruszył wąsami, siadając obok kotki i wskazując na nadgryziony owoc, przeszmuglowany dla niego przez Guziczka. Bury medyk przetarł łapą krew z pyska, a ta powolutku przestawała lecieć, chociaż nadal mógł czuć jej posmak.
— Mam do Ciebie bardzo, bardzo, bardzo ważną sprawę... taką mega ważną... — zaczął. Rozejrzał się po kotach. — Widzisz, mój brat jest zajęty, a potrzebuję, byś zajrzała mi do buzi i powiedziała którego zęba tam brakuje.
Posłał jej głupkowaty, acz poważny, krzywy uśmiech.
Vanka obserwowała niebieskookiego, który mimo pewnego dyskomfortu i tak próbował dobrze się prezentować przed nią. Gdy usłyszała o próbie zjedzenia jabłka, przez jej głowę od razu przemknęła myśl "po co"? Może był ciekaw, jak smakują. W końcu na terenach Klanu Wilka nie spotykało się jabłek, raczej... raczej na innych terenach, chociaż Kalinka nie była w zupełności pewna, gdzie. Może w Owocowym Lesie? Wskazywałaby na to nazwa społeczności. Podążając za palcem burasa, wzrokiem za palcem na czerwoną nadgryzioną kulkę, pozwoliła sobie zachować milczenie do tej pory. To była niezwykle nietypowa sytuacja. Gdy wspomniał o ważnej sprawie, raz jeszcze zwróciła swoją uwagę na niego i po niedługim namyśle westchnęła, jednak kiwnęła głową. Może dało się jeszcze tego zęba jakoś odratować…
— Dobrze, pokaż — zgodziła się jakoś... łatwiej niż sama by się spodziewała. Tutaj jednak byli otoczeni przez tak wiele kotów, nie wypadało robić scenek. W obozie mogli na siebie warczeć, tutaj było to dość ryzykowne.
Kiedy wojowniczka wyraziła chęć pomocy, podniósł do góry uszy i rozdziawił szczerbatą buzię.
— Wybornie! — miauknął zadowolony, że kotka ugięła się pod presją bycia na zgromadzeniu.
Kiedy kotka odwróciła się ku niemu, jej piękno na chwilę go oślepiło. Całkiem szybko wrócił do siebie, rozdziawiając zaraz szeroko pyszczek, by swobodnie mogła zajrzeć.
— Tychko powiechc ktochry — wybełkotał.
Miała ochotę pacnąć go po głowie, gdy tak widziała, jak się szczerzy, ale tego nie zrobiła. Wszystko sobie zaplanował doskonale... Rozdziawił mordkę, a Kalinowy Powiew zaczęła starannie przyglądać się zębom. Nie zajęło jej długo zlokalizowanie ubytku.
— Podnieś łapę — poleciła mu, a po paru uderzeniach serca chwyciła kończynę pręgusa i wetknęła mu delikatnie do pyska kawałek jego łapy, tak, żeby nie zrobić mu krzywdy i żeby jednocześnie poczuł dokładnie, gdzie nie miał kła. — Wypadł ci dokładnie ten. Górna trójka. — I po skończeniu pokazywania, trwała tak jeszcze chwilę, przyglądając się powoli gojącemu się dziąśle, ale jednocześnie trzymając łapę, jakby musiał dłużej go dotykać, żeby zapamiętać.
Kiedy kotka patrzyła, on zerkał na nocny księżyc. Był wyjątkowo ciekawy w tym momencie...
Gdy nagle dostał polecenie, wykonał je bez namysłu, a kiedy poczuł, jak Kalinowy Powiew łapie go za łapę, o mało nie wyskoczył ze skóry. Kotka pomogła mu zlokalizować ubytek, a Chudy wetknął do dziury palucha.
Kotka jednak mimo wskazania mu zęba, nie odsunęła się. Trzymała go za łapę i patrzyła w buzię, Chudy więc jako pierwszy przerwał tę interakcję.
— Aż takie ładne mam zęby? — zapytał z uniesioną brwią, nadal będąc trzymanym przez rówieśniczkę.
Położyła uszy po sobie, chociaż nie było tego widać szczególnie, jako iż była kłapoucha. Zmarszczyła brwi, gdy zorientowała się, że spędziła odrobinę zbyt dużo czasu na przyglądaniu się jego jamie ustnej. — Pff! — puściła jego łapę i poruszyła ogonem nerwowo. — Teraz nie, bo ci jednego brakuje. — Ale czy naprawdę uważała jego zęby, wczesniej i obecnie, za ładne? Jak w ogóle należało to rozumieć?
Uniósł brwi, zamykając pyszczek z lekkim, niewymuszonym uśmiechem. Słysząc jej odpowiedź, pokręcił głową.
— Wszystko dla nauki — wzruszył ramionami. — Czyli wcześniej były ładne? — zapytał, poruszając wąsami.
Położyła łapę nad jego nosem, tak żeby w razie co nie pogorszyć stanu w związku z ubytkiem w dziąśle, odsuwając się od niego, chociaż też nie jakoś szczególnie daleko. Po prostu, teraz kiedy niemal stykali się wąsami, było to zbyt blisko. Był to też w pewnym sensie sposób na pacnięcie go w łeb, ale nie tak, żeby przykuwać uwagę wielu kotów naokoło. Prychnęła i zmrużyła oczy. — Zależy to od tego, czy o nie dbałeś!
Prychnął, a mając łapę kotki na pyszczku, zmrużył oczy.
— Huh! Na pewno mam ładniejsze zęby niż połowa Klanu! — odpowiedział. — Przecież oni to banda dzikusów! Na pewno nie dbają, a na starość wszyscy będą szczerbaci!
Coś było w tym, że w momencie, gdy koty osiągały wiek, w którym mogły odejść do starszyzny za całe życie oddane służbie klanu, zęby jakoś same z siebie ulegały zepsuciu... może zależała od tego dieta i parę innych niezwykłych ważnych czynników, aczkolwiek vanka nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi na uzębienie u starszych. Czy Trzcinniczkowa Dziupla lub jej mama, Gąsiorkowy Trzepot również doświadczali tego problemu...? I czy było to na tyle ważne dla niej, że musiała się dowiedzieć? Nie... raczej nie, skoro nawet nie wiedziała, czy dało się im te zęby z powrotem naprawić.

Od Stroczkowej Nadziei (Muszli)

Przeszłość

Wyjątkowo łagodna Pora Opadających Liści zagościła na terenach, barwiąc liczne korony drzew na najróżniejsze kolory – od czystych czerwieni, żółci aż po zieleń wymieszaną z plejadą barw, krzątając się po leśnym poszyciu. Pogoda była sielankowa wręcz, słońce przebijało się przez gęsto porośnięte gałęzie, powoli zrzucające liście z niebios. Przyjemny zefirek owiał rudo-białe futro kocura, który rozglądał się po całym obozie w poszukiwaniu konkretnego kota. Ptaki ćwierkały w najlepsze na ramionach wiekowych roślin, niosąc echem swoje najpiękniejsze melodie, a pod śnieżnobiałymi łapami samotnika uginały się delikatnie mokre paprocie, z których przy każdym najmniejszym dotyku zsypywały się mokre kropelki rosy. Stroczkowa Nadzieja dzisiaj chodził dość podenerwowany, a związane było to z nieobecnością ojca. Serce tłukło mu jak szalone, a umysł zdążył nawymyślać już przeróżnych możliwości, co mogło się stać. Nadal pamiętał ich przeprawę w poszukiwaniu nowych terenów, schronu. Potwory dwunożnych na zawsze odcisnęły piętno w umyśle młodego kocurka, wtedy zaledwie paru księżycowego, który musiał jakoś odnaleźć się w jakże strasznej, nowej rzeczywistości… Połamane kości, masa chorych i potrzebujących pomocy… od wtedy już nigdy nie spojrzał na schorowanego kota tak samo. Od zawsze jego poziom empatii był niezwykle wysoki, aczkolwiek wtedy… wtedy zwyczajnie łamało mu to serce. Potrzebował wielu rozpraszaczy, żeby jakkolwiek poradzić sobie z poleceniami, które dawała mu jego szylkretowa mentorka. Potrzebowała pomocy. Wszyscy jej potrzebowali i polegali na nich, a później tylko na nim. Z czasem pojawił się również Oset… Słońce pokonało już sporą część nieboskłonu, a jego ojciec, Szczawiowe Serce, nadal nie powrócił z samotnego patrolu, na którym zamierzał zapolować dla grupy. Normalnie Stroczek nie przejąłby się tym, szczególnie gdyby nie fakt, iż nie było to podobne do kocura. Zawsze wracał o czasie.
Wyruszył więc na poszukiwania, obawiając się, że reszta grupy zareagowałaby za późno, jeśli tylko coś niekorzystnego miało miejsce. Z całego tego zamieszania nie poinformował nawet nikogo, że sam wychodzi. Ruszył za tropem ojca, który ciągnął się w stronę rzeki. Tam, gdzie czekoladowy mówił, że będzie, a jednak nadal nie wrócił do azylu. Uchylił pysk, pozwalając przeróżnym woniom owiać siebie i prowadzić łapy. Wolał się upewnić, że wszystko było w porządku, niż potem tego wszystkiego żałować do końca życia. Wędrował i wędrował, nerwowo powiewając ogonem i węsząc niczym wygłodniały pies w poszukiwaniu najbardziej cennego skrawka jedzenia, pierwszego od miesięcy. Postawił czujnie uszy, gdy do jego nosa dotarł rybi, mokry wręcz zapach kotów Klanu Nocy.
Dlaczego zawędrował aż tutaj? — pomyślał, kładąc po sobie uszy, nie mogąc zrozumieć decyzji podjętych przez ojca. Nie wolno im było wracać na tereny klanów, dlaczego więc jego trop prowadził właśnie tutaj? Uniósł łapę, wahając się, czy powinien podążać tropem dalej. Co, jeśli zaatakowały ojca borsuki? Słyszał, że każdej przynależności dokuczały inne drapieżniki, chociaż… od jego ucieczki z Klanu Wilka minęło już tak wiele. Jego pamięć była niczym przez mgłę. Skoro dotarł aż tutaj, nie mógł się wycofać. Nagle, aromat, który do niego dopłynął, sprawił, że uchylił ślepia szerzej. Ktoś tu był. Niedawno przemierzał te tereny.
Przyspieszył kroku, od truchtu, wreszcie po sprint, jakby zależało od tego jego życie. Może zależało, ale nie był pewien, czy obecnie jego. Okrążając większe kałuże i unikając tylu zbiorników wodnych, ile był fizycznie w stanie, żeby nie zatracić energii na pływanie, natknął się na coś… nowego. Poszlakę.
Parę żółtych kwiatów, pachnących oznaczeniami zapachowymi Klanu Nocy pojawiło się przed jego ślepiami, a zaraz potem dotarł do niego zapach jego ojca. Chwycił pozostałości po kwieciu, ciemnozielonymi oczami przeskakując z jednego, na drugie z niepokojem. Ślepiami szukał wszelkich dodatkowych oznak, czegokolwiek, co mogłoby go naprowadzić dalej, gdzie był bursztynooki. Zerknął na nieopodal rosnące, śnieżnobiałe pręgowane drzewo – brzozę. Po zbliżeniu się dostrzegł krew, świeżą. Żołądek zacisnął mu się w supeł, a do gardła podeszła żółć. Liczne, szkarłatno-ciepło zabarwione liście powiewały delikatnie na wietrze, trzymając się gałązki, dzięki której miały możliwość wyrosnąć. Nie potrzebował wiele czasu, by dostrzec brązowo zabarwione kępki futra nieopodal. Stało się coś bardzo złego.
Tato, gdzie jesteś? — miał ochotę zawołać, aczkolwiek wiedział, że było to zwyczajnie głupie. Czy jego opiekun został porwany przez kota Klanu Nocy? Co powinien zrobić? Odbył parę treningów na wojownika, ale czy to wystarczyło, żeby ochronić Szczawiowe Serce przed napastnikiem, a może nawet i przed kilkoma, całym klanem wręcz? Jego następny ruch… nie należał do najmądrzejszych. Jego umysł jednak zmagał się z tak wieloma pędzącymi galopem myślami, że nie był w stanie podjąć żadnej sensownej decyzji, której później by nie żałował. Postanowił ruszyć tropem napastnika. Tak szybko, jak było to tylko możliwe. Tak, aż zaczęły go boleć mięśnie z powodu nadmiernego napinania ich w celu stałego zwiększenia swojej szybkości. W kącikach jego oczu zbierały się stale łzy, które zwiewał wiatr zmierzający wprost na jego pysk. Rude futro przylgnęło do jego policzków, a ogon powiewał w kółko.
Wtargnął do azylu, rozglądając się za jakimkolwiek czekoladowym futrem. Gdy nie spostrzegł nikogo znajomego, a zamiast tego zaczęły zbierać się naokoło niego obce koty, poczuł, jak mimowolnie kuli się na ich widok i podsuwa puchaty ogon pod siebie.

***

Teraźniejszość

Dwadzieścia księżyców. Tyle minęło od śmierci Jarzębinowego Żaru, a rudzielec miał wrażenie, jakby odeszła z tego świata do łask Klanu Gwiazdy zaledwie wczoraj. Siedząc tutaj, w dziurze, miał za dużo czasu na wszelkiego rodzaju przemyślenia. Miał wrażenie, że jedynym, co trzymało go w tym miejscu, w społecznościach klanów, był Szczawiowe Serce, jego przybrany ojciec. Teraz, w Klanie Nocy, przebywając w tym obozie już tyle księżyców, jako więzień, miał wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Wspomnienia o Świetlikach nadal były żywe w jego umyśle. Amorphina, Jarzębinowy Żar… cała grupa się rozpadła, takie miał wrażenie. Zostawił ich. Był nikim więcej, jak tchórzem. Gorzki posmak pojawił się na jego języku, gdy wspomnienia dawnych pobratymców powróciły do jego głowy. Zerknął na leżącego obok niego ojca. Jego łapa zdążyła dawno się zagoić, chociaż uraz w głowie z pewnością pozostał. Pamiętał tamten dzień, kiedy pojawili się tutaj po raz pierwszy i od wtedy zostali. Bliżej Gąbczastej Perły i Sennej Łzy, niż za czasów, kiedy żyli w Klanie Wilka. A mimo to, Stroczkowa Nadzieja, Muszla, nie miał z siostrą kontaktu. Nie wolno mu było z nią rozmawiać, dopuścić, by połączyła kropki. Ciekawe, czy zastanawiała się czasami, co się z nim działo? Może już dawno wiedziała, że przebywał w obozie Nocniaków, ale mimo wszystko zachowała milczenie? Nie był pewien, która myśl byłaby dla niego lepsza, bardziej pocieszająca… Nakrył nos puchatym ogonem i zwinął się w kłębek, wtykając łapy pod siebie i przymykając oczy. Jego dni były monotonne, ale przynajmniej mógł porozmawiać z ojcem, któremu z pewnością również nie było łatwo odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Z nowym imieniem i wymazaną przeszłością.
— Wydostanę nas stąd, tato — szepnął do starszego z determinacją, nie będąc pewien, czy kocur w ogóle go usłyszał. Musieli się ratować. Musieli jakoś polepszyć warunki swojego życia.
— Myślisz, że warto... Muszlo? — mruknął Szczawiowe Serce, a raczej obecnie znany jako Błoto. Zielonooki spojrzał na niego z niepokojem. Odkąd pojawili się w Klanie Nocy, zmuszeni byli do przyjęcia nowych imion. To prawie tak, jakby stali się innymi kotami.
— Tak. Zawsze warto. Już tak długo tutaj tkwimy... — kontynuował, otwierając ślepia i spoglądając teraz na czekoladowego kocura. Liczył na większy entuzjazm z jego strony, tak jak zawsze, kiedy to van go pocieszał tak wiele razy... a zamiast tego spotkał się z przybitym starcem, który miał już siedemdziesiąt księżyców na karku. Zastrzygł wąsami. — Proszę. Nie wolno nam się poddawać. Nie, gdy zaszliśmy już tak daleko. — Próbował desperacko go przekonać, mimo świadomości, że nie miał żadnego planu na polepszenie ich sytuacji, a jedynie chciał podnieść ojca na duchu. Za każdym razem, gdy wracał od medyczek jeszcze bardziej przygnębiony, niż przed leczeniem, Muszla zastanawiał się, czy może był niewystarczający, jako syn. Czy oferował za mało wsparcia? Czy powodem smutków więźnia był właśnie on? Pokręcił głową. Szczawiowe Serce by nigdy o nim tak nie pomyślał, prawda? Jako o kuli u łapy...

01 sierpnia 2026

Od Zamroczki do Ognikowej Słoty

Zamroczka skryła się w trawie przy wyjściu do żłobka, obserwując okolicę. Położyła się wygodnie tak, by było komfortowo. Rozejrzała się dookoła siebie, przy czym na końcu spojrzała w tył, gdzie siedziała Ognikowa Słota. Czekoladowa koteczka wróciła do patrzenia na część obozu. Widziała medyków, którzy wracali do obozu z nowo zebranymi, świeżymi ziołami i koty zbierające się na wieczorny patrol graniczny. Ruch w obozie stawał się coraz to spokojniejszy.
Nagle, kilka długości ogona przed nią, usiadła szylkretowa kotka.
Wychyliła ona głowę przez wejście żłobka.
Ognikowa Słota przywitała kotkę z szacunkiem, ale też z nutą przyzwyczajenia, jakby ją znała.
– Witaj, Zalotna Gwiazdo.
– "Zalotna Gwiazdo?" – powtórzyła w myślach Zamroczka. Czyli, że to musiała być przywódczyni Klanu Wilka i jej babcia!
Po chwili Zalotna Gwiazda ją dostrzegła, zauważając:
– Niezła kryjówka, ale nie najlepsza.
Zamroczka z lekką irytacją wyszła z trawy.
– Czy ty... – zapytała, rozchylając pysk.
– Yhm – Szylkretka skinęła głową.
Koteczka usiadła przed nią pełna nadziei.
– Chcesz się pobawić?
– Zalotna Gwiazda jest bardzo zajęta – miauknęła oschle Ognikowa Słota.
Przywódczyni zamieniła jeszcze parę słów z Ognikową Słotą i poszła, najpewniej, żeby zająć się swoimi obowiązkami. Zamroczka uznała, że była zmęczona, ale próbowała walczyć z wyczerpaniem. Zwróciła się do Ognikowej Słoty.
– Mamo, a opowiesz mi historię, taką, która nie jest... no, zmyśloną bajką? Proszę!
Ognikowa Słota zamyśliła się z nieodgadniętą miną.

<Ognikowa Słoto?>

Od Zamroczki

Był piękny i słoneczny dzień, ale mróz wciąż się przez to wszystko przebijał. Właśnie wtedy mała koteczka - Zamroczka ścisnęła zęby, mając zamiar zjeść pierwszy kęs wróbla ze sterty zdobyczy. Była za nią wdzięczna dorosłym wojownikom, bo dzięki niej cały klan, a w tym ona, Iglak i Koszmar mieli co jeść - choć niedawno pili jeszcze mleko Ognikowej Słoty. Po chwili skrzywiła łebek i ze zdumieniem rozszerzyła źrenice. Przed nią, a był tak wysoki w porównaniu z kotką, iż wydawało jej się, że raczej nad nią, stał wojownik. Miał czekoladowe futro, żółte oczy oraz pręgi, które układały się w klasyczne zawijasy. Zamroczka poczuła się przy nim maleńka niczym myszka. Pomyślała, że kiedyś już widziała go w żłobku, gdy rozmawiał z jej bratem, Iglakiem. I tak wiele nie usłyszała z ich rozmowy, nie miała wówczas ochoty na podsłuchiwanie. Za to zdała sobie sprawę z tego, że on chyba nie widział jej. Może to dlatego, że odpoczywała w kryjówce? Szybko dotarło do niej, jak długo milczała. Nie chciała sprawić wrażenia słabej lub strachliwej, więc, próbując zrobić groźną minę, pisnęła:
– Czemu się tak patrzysz? Chcesz zaprowadzić mnie do żłobka?
Jego wzrok podpowiedział koteczce, że chyba (choć nie na pewno) się nie myliła.
Kamienne Pióro? – dodała w myślach, jednak nie powiedziawszy już tego na głos.

***

Niedługo potem, dzięki stanowczości Kamiennego Pióra, Zamroczka znalazła się w przytulnym żłobku. Zmrużyła swoje błękitne ślepia, czując przyjemne ciepło. Czekoladowa koteczka wyobraziła sobie wspaniałą przyszłość. Wiedziała, że kiedyś będzie szanowana, i będzie mogła służyć swojemu klanowi, i zostanie wspaniałą wojowniczką, niezależnie od tego, ile na to poczeka! To uczucie wypełniło ją po sam koniuszek ogona.
Lubię to miejsce – przemknęło jej przez głowę, aż poczuła przeszywające ukłucie w łapie, gdy nadepnęła na igłę. Nawet nie zastanowiła się, skąd owa igła się wzięła. Spojrzała na nią ostrożnie z absolutnym brakiem zaskoczenia.
– Jak zawsze – warknęła do siebie.

Od Iglaka CD. Kamiennego Pióra

— Hej mały. Ty jesteś Iglak, prawda? Ja się nazywam Kamienne Pióro. Chcesz się pobawić? — zapytał się wielki kocur, którego pierwszy raz widział w żłobku.
Wyglądał na przyjaznego. Czy była to słabość, o której coraz częściej wspominała mu Ognikowa Słota? Chyba nie… Chciał się bawić przede wszystkim! To chyba znaczyło coś dobrego.
— Oczywiście! — zamruczał uradowany, a w jego małych brązowych oczkach aż zaiskrzyło.
— To w co chciałbyś się pobawić, Iglaku? W co teraz się bawią kocięta w żłobku? Szczególnie przy takiej pogodzie, jaka panuje na zewnątrz, to pewnie wam się bardzo nudzi — zauważył wojownik, wygładzając sobie sierść.
Przy takiej pogodzie, jaka panuje na zewnątrz? Przecież nigdy jeszcze nie bawił się w śniegu. Nawet nie był pewien, jaki ten był w dotyku. Mama im jeszcze nie pozwalała wyściubiać pyszczków poza żłobek, a co dopiero bawić się poza nim. Może powinien spróbować?
— My tylko bawimy się w środku — zwrócił na to uwagę starszego. — Jednak nie jest tak bardzo nudno. Często się siłujemy i udajemy, że polujemy!
— Polujecie? Właśnie zauważyłem, że będzie z ciebie całkiem dobry myśliwy, Iglaku! Nawet nie zauważyłem, że do mnie się skradasz! Oczywiście do momentu, kiedy poczułem twoje ostre pazury na moim ogonie — zamruczał Kamienne Pióro. — Jednak teraz wolałbym, żebyś nie atakował mojego ogona. Możesz gonić za mchem, udając, że to uciekająca zwierzyna.
Iglak na dość delikatną prośbę o nieatakowaniu ogona Kamiennego Pióra, tylko westchnął poirytowany. Najlepiej się polowało ogony innych kotów! No, chyba że tym kotem była Makowa Iluzja… Kotka miała zbyt krótki ogonek, by mógł niezauważalnie i skutecznie ją zaatakować.
Przytaknął Kamiennemu Pióru głową, na co starszy złapał mech i nim rzucił przez żłobek. Iglak bez problemu wyobraził sobie, że owa zabawka, która tak wysoko przeleciała nad jego głową to ptak. Pobiegł zaraz za kuleczką i dopadł ją, zanim ta w ogóle dotknęła ziemi. Ognikowa Słota, jedząc swój posiłek, wydawała się zadowolona pokazem sił, jakie demonstrował jeden z jej synów. Po chwili przyniósł dumny kuleczkę mchu pod nogi wojownika.
Bawili się tak przez resztę dnia. Dołączyło się nawet jego rodzeństwo, które również rywalizowało o złapanie kuleczki mchu. Iglakowi nie przeszkadzało to wcale, dopóki często udawało mu się wygrać, łapiąc udawaną zwierzynę w ostatniej sekundzie. Mieli dużo energii, a jednak tak mało czasu. Wojownik został w końcu wygnany ze żłobka przez Ognikową Słotę, która już nie mogła zdzierżyć hałasu.
— Darmozjad i leniwy pchlarz… — przeklinała pod nosem matka, kiedy kocur zdążył wyjść z ich żłobka. — Jeszcze by został na noc, gdybym go nie wygoniła… Obowiązki czekają, a Pora Nagich Drzew jest sroga… Krucze Pióro i Pustułkowy Szpon z chęcią znajdą mu zajęcie…
Iglak nie skomentował tego. Może Kamienne Pióro rzeczywiście był leniem, skoro, zamiast polować, wybrał bawienie się z nimi… Chociaż uważał, że miło spędził czas z wojownikiem, a na dodatek zaczął kiełkować mu nowy pomysł w jego małej główce. Czy powinien uciec ze żłobka, żeby pobawić się w śniegu? Wystarczyło, tylko żeby go matka nie zauważyła.

***

Pora Nowych Liści

Otoczenie się powoli zmieniało, gdyż zauważył, że śnieg zaczął topnieć. Oczywiście wykorzystał Porę Nagich Drzew bardzo dobrze, jeszcze nie jeden raz wychodząc na polanę główną obozu. Raz może z dwa mocno zmarzł, że musiano wołać po Roztargnionego Koperku, jednak medyk nie musiał się jakoś bardzo wysilać, żeby ten stanął na swoje cztery łapy, zdrowy niczym ryba.
Iglak wyściubił pyszczek ze żłobka. Tym razem legalnie. Nudziło mu się dość mocno, a pora była taka, że koty odpoczywały po całym dniu obowiązków. Kiedy tylko na uboczu zauważył Kamienne Pióro, z którym miał dobry kontakt od samego początku, stwierdził, że podejdzie do niego.
— Dzień dobry, Kamienne Pióro! — zamruczał pewnie, podchodząc ze sprytnym uśmieszkiem na pyszczku. — Znasz jakieś ciekawe historie o Mrocznej Puszczy albo o kotach, które tam się znajdują? Ognikowa Słota ma dużo takich historii, jednak wątpię, by znała wszystkie. Może czymś ją zaskoczę?

< Kamienne Pióro? >
🌲