BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Wilka!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Nocy!
(trzy wolne miejsca!)

Miot u Pieszczochów!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

12 września 2026

Od Kurzej Łapy CD. Nieboskłonnej Łapy

Widząc nadchodzące koty, nerwowo spoglądał na swojego mentora. Westchnął ciężko. Czemu akurat teraz przypomniał sobie o istnieniu Lotosowego Pąku...Widząc białą czuprynę kronikarza, skinął głową z szacunkiem w jego stronę.
— Dobry wieczór, Lotosowy Pąku — miauknął, zapominając o najważniejszej atrakcji tego wydarzenia. Nie, żeby się nią teraz jakoś przejmował. Kurza Łapa miał poważniejsze sprawy na głowie niż rozwydrzone pisklę porzucone na pastwę losu. Powinna im do teraz dziękować, że Klan Gwiazdy je odnalazł w samą porę i obdarował je życzliwością patrolujących Burzaków. Urokliwy młodzieniec rozejrzał się po wciąż niechlujnej, spalonej trawie. Po tylu księżycach nadal czuł okropny smród tego miejsca. Nie lubił wychodzić na zewnątrz. Przypominało mu to o tragedii, której prawie mógł zostać świadkiem.
— Lotosowy Pąku, Biały Strumieniu — zaczął dosyć formalnie — Nieboskłonna Łapa nie mogła nabrać w przeciągu jednego dnia tyle doświadczenia, co piętnastoksiężycowy uczeń. Czy na pewno powinna się ze mną uczyć? — zapytał, ostrożnie przeskakując z jednego albinosa na drugiego swoim kobaltowym okiem.
Pysk Nieboskłon pozostawał kamienny.
— Skoro jesteś już piętnasto księżycowym uczniem, to będziesz mógł pokazać, co umiesz jej i nam.
Szylkretka strzepnęła swoim puchatym ogonem, czekając na odpowiedź Kury.
Kurza Łapa nie sprzeciwił się słowom Lotosowego Pąku. Zaakceptował swój los, chociaż być może za bardzo dramatyzował. Być może Nieboskłonna Łapa jest w złym humorze i dlatego tak silnie zareagowała. Nie chciał jej umniejszać; nie chciał sobie psuć nocy.
Skinął posłusznie głową albinosowi i ukradkiem spojrzał na Białego Strumienia, po czym odchrząknął i zapytał:
— Co właściwie mam jej pokazać, Lotosowy Pąku? Czy mam zademonstrować ruchy bitewne, pozycje łowieckie, może teorię przed praktyką? — zaczął wymieniać.
Lotos spojrzał na Biały Strumień, zastanawiając się, co może być najbardziej przydatne.
— Z tego, co widziałem, wieczorny patrol nie upolował za wiele... Może nam się poszczęści. Kiedy dotrzemy na kolorową łąkę, pokażesz mojej uczennicy poprawną pozycję łowiecką i być może jeszcze coś. Zobaczymy.
Burka strzepnęła uchem. Po dłuższej chwili tajemniczo na pysku Nieboskłon pojawił się pogodny uśmiech.

<Nieboskłonna Łapo, jak ja cię dopadnę to ci nogi z du…>

Od Ćmiej Łapy CD. Cisowej Łapy

Przeszłość

Ćmia Łapa segregowała zioła, jak to miała w zwyczaju. Nagle usłyszała przy sobie cichutki głosik kociaka. Jak się później okazało, należał on do Ciski.
– Witaj, Ćmia Łapo, czy rana jest już dobrze zagojona? – zapytała, podnosząc swą małą łapkę.
Uczennica przyjrzała się.
– Tak, jest w porządku, infekcja się nie wdała, ale uważaj, aby jej nie rozwalić! Inaczej skóra znów będzie musiała się regenerować.
Koteczka uśmiechnęła się.
– Dobrze! Dziękuję ci! – Machnęła ogonkiem i poleciała do żłobka.
Rezolutne kocię.

Teraźniejszość

Kotka po nocy pełnej przygód w Mrocznej Puszczy nie mogła zasnąć. Cały dzień była zamyślona, a gdy słońce zaszło, uczennica zaczęła się zastanawiać nad sensem tego wszystkiego. Rozkładała zioła symbolizujące koty (Migoczącą Łapę oczywiście reprezentował krwawnik, bo od niego chciało jej się wymiotować) i układała je w jakimś dla niej sensownym schemacie. Otóż trzeba wiedzieć, że Ćmia Łapa, choć rzadko, to widać było, że była niezwykle uparta i dotrzymywała swego zawsze. Gdy uznała Jastrzębi Zew za kogoś podejrzanego, nie zmieniła zdania aż do jej śmierci (do tej pory się tego trzymała), podobnie było jednak w drugą stronę. Gdy odwiedziła ją Pikująca Jaskółka, wsiąkała każde jej słowo, niczym gąbka. Teraz jednak miała świadomość, że to zapewne morderczyni. Klifiaczka całą noc spędziła na dziwnych kombinacjach, aż w końcu zasnęła.
Księżycowa Aldrowanda, gdy weszła do legowiska, zastała Ćmią Łapę śpiącą z otwartym pyskiem, z którego wypływała ślina. Szylkretka lekko pyrgnęła kremową.
– …Co? Jaskółka? – zapytała nieprzytomnie żółtooka, której jedna strona bocznego futra stanęła dęba, sklejona śliną.
– Ćmia Łapo, już prawie wysokie słońce, myszy goniłaś przez sen? – zaśmiała się. – Chodź, pomożesz Jagnięcemu Ukłonowi.
Krótkoogonowa wstała, rozciągnęła się i z przedsionka weszła w głąb legowiska.
– Nareszcie wstałaś – zaśmiała się mentorka. – Dziś będziesz oglądała chorych, zacznij od żłobka.
Kremowa miauknęła do starszej kotki i wyszła ze szczeliny. Wodospad spadał z klifu, dostarczając chłodną bryzę do jaskini. Uczennica weszła do legowiska gdzie były kociaki i skłoniła głowę karmicielce.
– Witaj, Rozżarzona Pieśni! Przyszłam zobaczyć twoje kocięta.
– Witaj, Ćmia Łapo. Krabik skarży się na ból głowy, nie mocny, ale nadal się martwię. Obejrzysz go?
– Oczywiście. – Uśmiechnęła się. Podeszła do małej czekoladowej koteczki.
– Cześć, Krabiku. Jestem Ćmia Łapa i przyszłam zobaczyć twoją głowę. Podobno cię boli.
– Tak… – rzekła.
Kremowa dotknęła łapą czoła szylkretki, nie było gorące.
– Czy czułaś wcześniej gorąco w środku? Albo czy się uderzyłaś w głowę? – zapytała.
– Przez Porę Zielonych Liści było dość gorąco, a w głowę nie walnęłam się mocno! Delikatnie, Świetlik mnie popchnął.
– Nie specjalnie! – wtrącił się rudy.
– No dobrze, podam ci wrotycz i liście malin. Powinno ci być lepiej. – Podała koteczce liście, po czym pożegnała się z karmicielką oraz jej pociechami i wróciła do legowiska medyka.
Myślała, że reszta dnia będzie spokojna, ale do legowiska weszła Srocza Błyskotka.
– Dzień dobry, Ćmia Łapo! Mój nos jest… A PSIK! – Kichnęła. – cały zapchany…
Kremowa podniosła głowę.
– Dzień dobry, Srocza Błyskotko. Już podaje ci mech i zioła. – Podeszła do szylkretki, aby sprawdzić, czy miała tylko katar. Podała mech do wyczyszczenia nosa, a następnie podała zioła na katar.
– Och, dziękuję, Ćmia Łapo. Od razu mi lepiej.
Jak wyczyściłaś nareszcie porządnie nos to cóż się dziwić…” pomyślała i pożegnała wychodzącą protektorkę.

***

Kotka wracała z poszukiwania ziół. Weszła do obozu z pełnym pyskiem. Natknęła się na burą koteczkę z brudnym mchem z legowiska starszyzny.
– Cześć, Ćmia Łapo! – przywitała się Cisowa Łapa.
– Cesc Cysko! – wysepleniła.

<Cisowa Łapo? Co u ciebie?>
[537 słów]

Od Ćmiej Łapy do Słonkowej Łapy

Sen

Ćmia Łapa otworzyła oczy. Rozejrzała się dookoła. To nie było legowisko medyka. Znajdowała się w lesie. Grube konary otaczały ją z każdej strony, a ich czubki drzew sięgały nieba. Mgła lekko muskała jej futro, ciągnąc się ociężale po ziemi. Wtedy zrozumiała, że śniła. Czy to był… Klan Gwiazdy? Spojrzała w niebo, nie było tam ani jednej gwiazdy, ale w sumie, jeśli gwiazdy to dusze przodków, a znajdowała się na ich terenie, to pewnie jest pośród nich, prawda? Nagle usłyszała za sobą szelest. Obróciła się ostentacyjnie i ujrzała cień przemykający między drzewami. Przyjęła pozycję obronną, przestraszona nagłym ruchem. Zaraz potem zza zarośli wyszła kremowa kotka o zielonych oczach, długich uszach oraz o długim ogonie. Kotka uśmiechnęła się przyjaźnie i machnęła kitą.
– Witaj, Ćmia Łapo. Nazywam się Pikująca Jaskółka i jestem twoją babką.
Uczennica otworzyła szerzej oczy. Trójoki Zając opowiadał jej o niej, chociaż jedynie tyle, że Ćma wiedziała, że była z nią spokrewniona. Kukułczy Wdzięk zaś o tym, że kremową zabił Gąsienicowy Ogryzek. Ale jak mógł on zrobić to sam wojowniczce, która została mianowana na zastępczynię? Musiał mieć jakąś pomoc albo jakoś ją omamił.
– Witaj, babciu – przywitała się. – Czemu mnie tu przysłałaś?
– Aby się zobaczyć z moją wnuczką. – Poczochrała krótkoogonową po głowie. – Oraz by cię ostrzec.
– Ostrzec? – Ćma postawiła uszy do góry. – Przed czym?
– Raczej przed kim. Na tym świecie jest wiele okropnych oraz przerażających kotów, ale lepiej uważaj na… Mirtowe Lśnienie, bo na przywódcze imię sobie nie zasłużył.
Kotka zrobiła wielkie oczy. Wiedziała, że coś było nie tak! Jednak nie miała dziwnej obsesji! Może jednak bycie złym było genetyczne?
– Co on takiego zrobił? – zapytała się.
– Och, pamiętam to, jakby to było wczoraj. Otóż pewnego, pięknego dnia, kiedy moje rany po zaciętej walce z mewami się zagoiły i miałam niedługo pójść do przodków po dziewięć żywotów oraz otrzymać imię lidera, Mirtowe Lśnienie wyskoczył na mnie i kazał mi opuścić Klan Klifu, inaczej mnie zabije. Nie mogłam zostawić mych kochanych pobratymców oraz mego domu, gdy grasował ktoś tak chętny na władzę, a więc powiedziałam mu, że albo mnie puści, albo będzie musiał zabrać mnie do grobu. Wściekł się i zaczęliśmy walczyć. Niestety, poległam, a on… zatarł ślady i udał, że otrzymał imię przywódcy. Teraz robi wszystko, aby mieć władzę absolutną nad klanem! Jesteście w niebezpieczeństwie!
Ćma otworzyła pysk z szoku. Morderca!
– To okropne! Jak on mógł podważyć wolę Klanu Gwiazdy!
– Wiem. Nie możemy pozwolić, aby ktoś taki nadal terroryzował Klan Klifu, a więc decyzją Klanu Gwiazdy jest to, aby zginął.
Serce kremowej ścisnęło się. Nie była gotowa na taki werdykt, ale cóż, to była decyzja Klanu Gwiazdy.
– Dlaczego więc mi to mówisz, Pikująca Jaskółko, skoro on ma umrzeć za waszym dekretem?
– Gdyż to właśnie tobie chcemy zlecić to zadanie. Klan Gwiazdy potrzebuje wiernych medyków, którzy będą wypełniać nie tylko obowiązki związane z leczeniem, ale również by słuchali mądrości ich przodków. Wy jesteście klifem, na którym postawiony jest obóz.
Brzmiało to racjonalnie. Dla niej to zadanie było najłatwiejsze, była medyczką, a poza tym, do jej obowiązków należała komunikacja z Klanem Gwiazdy.
Ale coś jej nie pasowało. Kątem oka rozejrzała się po okolicy. Nic podejrzanego. Spojrzała na futro Jaskółki. Jeżeli to kotka z Klanu Gwiazdy, to czy nie powinna mieć błyszczącego futra tak jak świecące punkty na niebie? Futro kremowej było matowe, wręcz pochłaniało światło, zamiast je odbijać. Przyjrzała się uważniej. Dom gwiezdnych przodków był pełen zwierzyny, a według opowieści rodziców, dusze żyły w ich najlepszym wcieleniu. Była zastępczyni była zakurzona i prześwitywały jej żebra. Kotce znów włączyła się podejrzliwość. Czyżby trafiła… do Mrocznej Puszczy? Zrobiła krok w tył.
– Dziękuję ci, Pikująca Jaskółko, może coś spróbuje zrobić.
Kotka zablokowała uczennicy drogę.
– Sprawa jest poważna, Ćmia Łapo. Jeśli go nie powstrzymamy, zniszczy cały Klan Klifu!
– Ty go zniszczysz! Co zrobiłaś, że jesteś w Mrocznej Puszczy?
Kotka zawarczała.
– Zajęłam się problemem! Pozbycie się go było moim obowiązkiem – wykrzyknęła zielonooka. Czy poprzez “pozbycie się” miała na myśli… zabójstwo? – Wiem, że Klan Gwiazdy mnie tu wtrącił, ale nie oznacza to, że jestem zła! Ten rudy nami manipuluje, Ćmia Łapo. Ale my jesteśmy ponadto. Chcę, tylko aby moi potomkowie nareszcie przestali się męczyć! Przecież to był taki dobry i otwarty dla wszystkich pobratymców klan, a teraz…
Słowa babci do niej przemawiały, ale nie. Nie mogła. Była przyszłą medyczką Klanu Klifu i nie zamierzała się jej dać zmanipulować!
Kotka musiała się bronić. Tylko jak, skoro nie przeszła szkolenia wojownika? Zauważyła szparę pomiędzy łapami Jaskółki. Schyliła się i się prześlizgnęła. Była pół liderka chciała złapać ją za ogon, ale ze względu na jego długość, nie udało jej się to. Odskoczyła trochę, wzięła pierwszą lepszą gałąź i rzuciła ją wprost na nią.
– Nie dam ci się!
– Cóż, chciałam po dobroci, ale użyje bardziej radykalnych środków. Jeśli mi nie pomożesz… czeka cię zagłada. Chciałoby się pożyć dłużej, nieprawdaż? Chociaż ukończyć szkolenie…
Kremowej zatańczyły złowrogie iskierki w oczach, po czym uniosła jedną wargę ku górze. Żółtooka zamachnęła się i krzyknęła;
– Wynoś się. Z mojej. GŁOWY!
Zaatakowała wojowniczkę gałęzią. Nie wiedziała, czy zrobiła jej coś poważnego, ale była pewna jednego. Zadziałało, bo chwilę po tym niemalże z krzykiem obudziła się w legowisku medyka. Jej serce biło jak szalone, a zimny pot oblał jej skórę. Co za koszmar. Usiadła, a dreszcz przebiegł jej po plecach. Zaczęła się zastanawiać. Jej poglądy i z góry zakładanie rzeczy, o mało co nie doprowadziły jej do popełnienia morderstwa. Może… może właśnie było odwrotnie, niż zakładała? Tylko dlaczego chciała zabić Lśniącą Gwiazdę? Może właśnie kogoś zabiła, a kocur ją zdemaskował? Tylko czemu nie powiedział tego wprost? Może nie miał dowodów? Albo pokłóciła się z Gąsienicowym Ogryzkiem, a Lśnienie miał z nią sojusz czy coś? Po jej umyśle przebiegały przeróżne myśli. Z jednej strony była przerażona, z drugiej szczęśliwa. Przerażona, bo babka okazała się zdrajcą i o mało jej nie zabiła. Szczęśliwa, bo dała jej radę. Miała na barkach nową tajemnicę i skoro naprawdę istniała Mroczna Puszcza, to Klan Gwiazdy również. Narcyz nie miał racji, bycie medykiem to nie tylko zbieranie ziół i leczenie chorych, ale również bliska relacja z przodkami. Na razie miała styczność z tymi mrocznymi, ale kto wie, może gwiezdni zaproszą ją żywą w swoje progi…
Nieoczekiwanie do legowiska weszła jej siostra, Słonkowa Łapa. Miała nadzieję, że to nic poważnego i nie widziała jej w stanie szoku…

<Siostrzyczko?>
[1028 słów]

Od Śnieżnego Futra

Poranek był przyjemnie chłodny. Był to taki rodzaj zimna, który nie mierzwi futra i od którego nie marzną koty poza gniazdami, było rześko; ta temperatura sprawiła, że Śnieżne Futro szybko rozbudziła się po nocy i była pełna energii. Dziś wyjątkowo podróżowała bez Promienistego Słońca, która musiała załatwić coś związanego ze swoją znajomą z innego gniazda. Szczerze, białą zdziwiła tą informacja. Nie miała pojęcia, że jej była mentorka zadawała się z jakimiś innymi pieszczochami.Wiedziała, że pora zielonych liści się skończyła i że niedługo nadejdzie okres chłodu, czyli czas, w którym koteczka przyszła na świat. Niebawem zatem skończy pierwszy rok życia. Będzie prawie dorosłą kotką!
Z gracją przeskoczyła przez płot otaczający jej ogródek. Już miała wyruszyć na wyprawę, gdy nagle do jej pyska dotarł niepokojący zapach… krwi?
Ze strachem podążyła za metaliczną wonią i jej oczom ukazał się mały ptaszek. Nie było w nim nic szczególnego, gdyby nie to, że kawałek lewego skrzydełka został oderwany, a samo zwierzątko leżało w małej czerwonej kałuży.
Śnieżne Futro spanikowała. Co robić? Jak go ratować?!
Delikatnie zaczęła wylizywać ranę, jednak burgundowej cieczy było tylko więcej. Rozejrzała się zdesperowana. Miała niejasne pojęcie, że należało czymś zatamować krwawienie. Dostrzegła jakiś zrywek materiału. Po bliższym przyjrzeniu się mu zorientowała się, że był to prawdopodobnie fragment starej odzieży wyprostowanych. Nie wahała się; musiała działać szybko, jeśli miała utrzymać ptaszka przy życiu. Energicznie oderwała kawałek tkaniny i zaczęła owijać nim skrzydełko.
Gdy zwierzątko było w miarę zabezpieczone, delikatnie złapała je w pysk tak, aby nie wyrządzić mu jeszcze więcej szkód. Zaczęła powoli iść, trzymając głowę w górze.
“Uratuje cię, obiecuję!”, przysięgła w myślach małej istotce, która była teraz całkowicie zależna od angory.
Nagle dostrzegła znajomy pysk.
– Krokus! – zawołała – pomocy! On jest ranny!
Starsza kotka odwróciła się i wbiła wzrok w białą, zupełnie jakby ta miała zeza albo coś jeszcze gorszego.
– Chcesz, żebym opatrzyła posiłek – powiedziała Krokus powoli, jakby zastanawiała się, czy śni – wiesz, że to jest jedzenie, prawda?
– Przyniosę ci płaskiego placka dwunożnych – obiecała – nawet dwa! Zrobię co, zechcesz tylko proszę, uratuj go… – błagała ze łzami w oczach.
Starsza kotka westchnęła i przycupnęła przy ptaszku.
– On już nie żyje, Śnieżne Futro. Stracił zbyt wiele krwi. Może, gdybym zaczęła go leczyć wcześniej…
Biała kotka więcej już nie słyszała. Zwiesiła łeb w rozpaczy.
– Zostawisz mi go? – usłyszała dalsze słowa Krokus. Fuknęła na nią zezłoszczona, jednak nie protestowała. Skoro i tak już był martwy, równie dobrze mógł posłużyć się starszej. To wszystko jej wina. Gdyby wiedziała, chociaż odrobinę o lecznictwie, może teraz ten ptaszek nadal mógłby latać.

*****

Sytuacja sprzed kilku wschodów słońca spędzała jej sen z powiek. Nie miała ochoty wychodzić na kolejne przygody. Co z tego, że jej mentorka nauczyła ją jak walczyć i poruszać się bezpiecznie po betonowym świecie, skoro przy każdej wyprawie ryzykowała wpadnięcie na kogoś bliskiego śmierci, któremu nie mogła pomóc? Niechętnie odpowiadała na pytanie Promienistego Słońca. W końcu co miałaby jej powiedzieć? Przyjaciółka na pewno wyśmiałaby ją tak jak Krokus.
Zobaczyła jakiś ruch za przezroczystą szybą. Promieniste Słońce? Nie, to była… Kobczyk!
Wybiegła przez klapkę w drzwiach i pognała do płotu.
– Kobczyk! – zawołała.
– Ojej, ale wyrosłaś, Malutka.
– Teraz mam na imię Śnieżne Futro, ale to nieważne, tak samo, jak to, że przez prawie rok mnie nie odwiedzałaś! Mam do ciebie bardzo pilną sprawę – przerwała, aby zaczerpnąć tchu – musisz zacząć mnie szkolić w lecznictwie!

[545 słów]

Od Kurzej Łapy CD. Ośnieżonego Kryształu

Ostatnie zgromadzenie

Urokliwy młodzieniec wśród tłumu ujrzał pysk trochę znajomej kocicy. Nie zastanawiając się, podszedł do Ośnieżonego Kryształu. Po ich ostatnim spotkaniu wyrósł, rysy twarzy miał dojrzałe i szlachetne, futro miękkie i puszyste jak chmurka. Drugie czarne jak ocean w nocy oko zostało przykryte rdzawoczerwoną czupryną. Przyglądał jej się przez chwilę w ciszy, po czym przywitał ją skinieniem głowy i, choć nieco niepewnym z początku, to ciepłym, wręcz rozpalającym od środka uśmiechem.
— Dobry wieczór, znajomo — wydobyły się z niego słowa. Barwa głosu kocura była ciemna i przyjemna dla uszu, ciężko byłoby sobie zapomnieć o takim tonie. Najwidoczniej zakończył już etap dojrzewania. — Nazywam się Kurza Łapa, lecz za niedługo stanę się przewodnikiem Klanu Burzy. A ty, młoda pani? — zapytał i przechylił lekko na bok główkę.
Wtedy spojrzał w górę, na gwiazdy. W jego wielkich, oceanicznych ślepiach odbijała się droga mleczna.
— Piękną mamy dziś północ. Gwiezdni przodkowie są z nami nie tylko duchem podczas modlitw i snów, ale też w nocy, na jawie. Wtedy biegają beztrosko po srebrnej skórze. Nie uważasz, że to piękne?
— Piękne, prawda… — zgodziła się, skinąwszy lekko głową. — Uwielbiam, gdy Przodkowie dają nam znać o swoim istnieniu i naprawdę ciężko mi uwierzyć w to, że… — urwała na moment, po czym przełknęła ślinę i rozejrzała się po wyspie. — To znaczy… nie rozumiem, jak w Owocowym Lesie mogą wierzyć w coś innego. Słyszałeś o tej ich wierze, prawda?
Kurza Łapa wtedy zwrócił na nią swoją całą uwagę. Spoważniał.
— Owocowy Las nie dzieli dużo do przyjęcia prawidłowej religii, lecz nie mogę nic złego o nich powiedzieć. To moja rodzina i lojalni sojusznicy Klanu Burzy. Pokazali bardzo dobrze, że na drugim sojuszniku, Klanie Klifu, polegać nie można podczas kryzysów... — wymamrotał i westchnął ciężko, lekko kręcąc głową.
Urokliwy młodzieniec spojrzał kątem oka na resztę kotów, które wręcz ucztowały na Bursztynowej Wyspie. Plotki, no tak.
Przyszły przewodnik wrócił niepokojącymi oczami do swojej rozmówczyni.
— Nie możemy wymuszać naszej racji siłą. To nie leży w naturze wiernych Gwiezdnym przodkom.
— Jesteś pewny, że nie da się ich jakoś nawrócić? Co, jeśli kiedyś Klan Gwiazdy się na nich pogniewa za to, że wierzą w coś innego i ześle na nich jakąś… powódź czy coś innego. Czy przedstawiając im prawidłową wiarę, nie uchronilibyśmy ich od… zepsucia i zniszczenia? — zapytała, myśląc teraz o sytuacji w Klanie Wilka, a nie o Owocowym Lesie.
Słowa Ośnieżonego Kryształu zewnętrznie nie wywarły na nim mocnego wrażenia. Zachował spokojny wyraz twarzy, przez co kocica nie mogła odgadnąć jego uczuć.
— Droga znajomo — zaczął oficjalnie. — Owocowy Las to nie dzikusy, które składają koty w ofierze. Ich wiara z obserwacji reszty nie stanowi zagrożenia, a z czasem, jeżeli sytuacja polityczna w Klanie Burzy się poprawi i ustabilizuje, może Zawodząca Gwiazda lub zastępczyni Skrzydlata Płomykówka zadecydują o stopniowym nauczaniu Owocniaków. Nie, żeby pani klan działał z naszymi sojusznikami lub utrzymywał z nimi bardzo dobre stosunki, żeby się zamartwiać ich przyszłością i wiarą. To trochę pytanie wręcz... nie na miejscu, nie uważa pani?
— Cóż, przepraszam, Kurza Łapo, że mam w sobie odrobinę empatii… — odparła, odwracając od niego wzrok. — Uważam, że wszystkie klany powinny się o siebie nawzajem martwić i sobie pomagać. Nie rozumiem, dlaczego żyjemy tak podzieleni, skoro pod koniec dnia wszyscy i tak jesteśmy kotami. To chyba naturalne, że troszczę się o istoty takie same jak ja? Czy może według ciebie to dziwne, martwić się o kogoś, z kim relacja nie przynosi ci żadnych korzyści?
Srebrzysty rudzielec zmarszczył brwi. Poczuł się zaatakowany. Spiął mięśnie.
— Ośnieżony Krysztale, twoje wnioski zostały wyciągnięte zbyt pochopnie — zaczął ostrożnie, czując nagłą potrzebę wyjaśnienia swojego postępowania. — Martwię się o swoich sojuszników, lecz stosunki Klanu Wilka z Owocowym Lasem, nie owijajmy w bawełnę, nigdy nie były najlepsze.
Zmrużył oczy.
— Klan Burzy troszczy się o własnych, nieważne czy wyznają te same wartości. Dopóki mają nas, zagorzałych wierzycieli za przyjaciela, Gwiezdni przodkowie nie powinni ich karać za zwykłe, proste życie. Jak już mówiłem — przełknął nerwowo ślinę — Jeżeli zajdzie taka potrzeba i chęć z ich strony, mogą przyjąć naszą religię, ale nie muszą. Wtedy mogą wyznawać własną. I nie jest to nic złego, droga Wilczaczko — mówił spokojnie, powoli. Jakby uczył młode kocię podstaw życia i kociej filozofii.
Westchnął ciężko.
— Jak już zauważyłaś, ten temat nie jest lekki, a poruszenie go przy innych Owocniakach może wywołać pełno kontrowersji i plotek, a wtedy Klan Wilka by pławił się w złym świetle na międzyklanowej arenie politycznej oraz ogólnie jako społeczność. Niech pani zważa na słowa — ostrzegł ją, widocznie martwił się o kotkę pomimo różnicy zdań.
— Powinniśmy zatem zmienić temat. Albo...
Ściszył głos i pochylił się do kotki.
— Albo spotkajmy się po zgromadzeniu. Bez zbędnych oczu, uszu i nosów można do woli się wypowiadać.
Słodki szept młodzieńca pozostał w umyśle Wilczaczki, gdy ten odsunął się z promiennym uśmiechem.
Na pysk Wilczaczki wślizgnęło się zakłopotanie.
— Nie uważam, bym powinna zostać zaciągnięta na dno wraz z całym Klanem Wilka za to, że martwiłam się losem Owocowego Lasu. Czy to zachowanie, które naprawdę uchodzi wśród innych za karygodne? Nie wiedziałam, czy Klan Gwiazdy akceptuje fakt, że Owocniaki mają odmienną wiarę, ale skoro zapewniasz mnie, że Gwiezdni Przodkowie nie są im przeciwni, to jestem już uspokojona i nie będę więcej poruszać tego tematu — oznajmiła. — I nie musimy spotykać się poza zgromadzeniem. Dowiedziałam się już wszystkiego, na czym mi zależało.
Nie odezwał się od razu. Potrzebował chwilę na przeanalizowanie sytuacji, po czym skinął jej głową.
— W takim razie muszę pani opuścić. Niech Gwiezdni mają cię w swojej opiece.
Wtedy powoli odwrócił się do niej tyłem i znikał w tłumie.
— To do zobaczenia, Kurza Łapo — mruknęła do niego na pożegnanie.

<Ośnieżony Krysztale?>
[908 słów] 

Od Kurzej Łapy

Czupryna rudzielca śmiesznie podskakiwała, kiedy stąpał dziarsko po zniszczonej trawie. Lekki, naturalny uśmiech przystrajał urokliwego młodzieńca, gdy ten wiódł dziwnie pustym wzrokiem po burzackich terytoriach. Przy jego boku szedł jeden z Wielkiej Trójki, Biały Strumień — nocny przewodnik. Dumny z osiągnięć ucznia, mimo to na razie postanowił zachować swoje uczucia dla siebie. Zapewne nie chciał zbytnio rozczulać otwarcie podopiecznego. Zwłaszcza w takim ważnym momencie.Musiał czuć się dobrze z wiadomością dzwoniącą mu w głowie: “Następnej nocy zabiorę cię do Przodków”. Syn zdrajczyni wreszcie rozpocznie swoją pierwszą rozmowę w świecie Gwiezdnych. W końcu przeprosi ich osobiście za szkody matki. Miał nadzieję, że wybaczą jego rodzinie.
Wkrótce mieli wejść do podziemi. Kurza Łapa zastanawiał się, czy nie jest za duży, w końcu sporo urósł w okresie uczniowskim. Przerastał teraz własnego mentora. Rysy młodzieńca stały się bardziej dojrzałe i szlachetniejsze. Mimo to, patrząc na drzewo biologiczne Klanu Burzy, partnerek musiałby najpewniej szukać w sojuszniczych klanach… lub nawet poza nimi. W każdym, razie nie spieszyło mu się do zostania ojcem. Miał sporo czasu i wcale nie musiał tworzyć rodziny. Nikt mu przecież nie będzie groził, aby ją zakładał w te pędy, racja?
Przyszły przewodnik tuż po albinosie wszedł w dosyć szeroki tunel. Było ciemno i mokro, lecz kocur już przywykł do takich warunków. Nigdy nie był w tym podziemnym labiryncie, dlatego zdawał się przede wszystkim na mentorze i próbował zapamiętać drogę powrotną.
Wreszcie znaleźli się w miejscu docelowym. Sadzawka lśniła nikłym blaskiem, a krystaliczna woda odbijała się na suficie. Ściany nosiły na sobie pradawne malunki, zapewne mówiły one o dawnych czasach i wydarzeniach. Kurza Łapa był pod wrażeniem. Chwilę mu zajęło oglądanie historycznych rysunków, aby zdać sobie sprawę, że nie po to tu przyszedł. Wrócił do Białego Strumienia. Mentor poinstruował go, co zrobić, aby się skontaktować z przodkami. Przyszły przewodnik kiwnął mu głową i posłusznie wykonał polecenie. Zaskoczyło go brak jakiegokolwiek stresu w sobie. I tak nigdy nie należał do kotów emocjonalnych i przesadnie empatycznych.
Nie wyczuwał w sadzawce magii lub duchowej aury, czym nie za bardzo się przejął. Nie poczuł też żadnego zawrotu głowy, jedynie uczuł lekkie zmęczenie.
Położył się przed sadzawką. Zamknął oczy i odpłynął w gwiezdny świat z tylko jedną myślą.
“Wkrótce przywita przodków.”

[363 słów]

Od Kurzej Łapy CD. Białego Strumienia

Nagle albinos złapał trop, podnosząc uszy do góry, by lepiej zlokalizować zająca.— Czujesz? Słyszysz jego małe łapki? Jest nieopodal — wyszeptał.
Czekał w skupieniu na następne ruchy ucznia, będąc gotowym, by wraz z nim otoczyć ofiarę i pozwolić Kurzej Łapie zanurzyć w niej swoje kiełki. Kurza Łapa prędko pokiwał energicznie głową i wysunął pazury. Był gotów.

***

Cóż… polowanie nie poszło najlepiej. Nie, żeby Kurza Łapa się spodziewał pięciu zajęcy skaczących beztrosko przed jego pyskiem, lecz… nie złapał nawet skrawka futra. Przyszły przewodnik nie zdążył nawet zlokalizować chytrej zdobyczy, zanim ta przejrzała jego niecne zamiary i odskoczyła szybko w stronę nory. Ze spuszczoną głową wymamrotał pod nosem przeprosiny i zaproponował za to przeszukanie po zmroku obozu. Była to jakaś rekompensata.
Biały Strumień dotknął ogonem boku swojego zdołowanego ucznia. Posłał mu pełne wyrozumienia spojrzenie.
— Następnym razem będzie lepiej.
Kurza Łapa skinął słabo głową. Miał przynajmniej już jakieś doświadczenie.
Ruszyli więc do spalonego obozu w celu przeszukiwań. Biały Strumień bardziej stał z boku, obserwując poczynania swojego ucznia.
Wchodząc pod pień, przywitać miała go masa wspomnień za kociaka, a za to nadeszła… jego nikła pamięć. Zupełnie nic nie pamiętał! To tak, jakby w życiu Kurzej Łapy etap żłobka nawet nie istniał. Kojarzył tylko rude i białe futro matki oraz twarz Perłówki, choć dosyć niedokładnie. Po prostu wiedział, że coś tam było, ale nie umiał tego adekwatnie określić. Poza tym przypomniała mu się ostatnia poważna rozmowa z własną siostrą. Przy okazji pod koniec konwersacji zdołał wziąć i przynieść zioła dla medyczek. Wrócił do obozu ze znalezionym ogórecznikiem i burzą mózgu w głowie. “Głosowanie było sprawiedliwe”, powiedział wtedy. Czy naprawdę wierzył we własne słowa, czy może chciał tylko dodać sobie i siostrze fałszywej otuchy?
Zaglądając pod zużyte posłania, czuł się dziwnie. Nie powinien tego robić. Czemu myszkował w rzeczach zmarłych? Dlaczego właściwie zatrzymał kamienie należące do Dryfującego Fluorytu? — Nagle natchnęły go głębokie wyrzuty sumienia. Musiał je oddać.
Szybko zakończył przeszukiwania i zarządził powrót. Nie, żeby Biały Strumień miał coś przeciwko temu. W drodze powrotnej wyglądał, jakby chciał przyszłemu przewodnikowi coś wyjawić…

<Biały Strumieniu?>

[334 słowa]
[polowanie na zające]

Od Odety

– To nie wróży nic dobrego. – rozległ się głos, przenoszony głuchym echem po domostwie.
Było nadzwyczaj cicho i wyjątkowo lśniąco pustkami. Zdanie, wypowiedziane stłumionym głosem, pewnie również zginęłoby w bezgłosie, gdyby odległość pomiędzy korytarzem a pokojem dziennym nie była tak mała. Rozgłos w domu nie był przewidziany przy rozmowie. Szeptane słowa były pomrukami doskonale zdolnymi do wyłapania dla wprawionego ucha. Jedynym szczęściem było, iż Odelka takowym nie była. Zamiast tego stała zaraz za rogiem, strzygąc uszami, ale nie mogąc usłyszeć nic poza tym jednym zdaniem.
Wypowiedź była przeznaczona zdecydowanie nie dla niej. Pomimo tego, doprowadziła dreszcz do przebiegnięcia wzdłuż jej karku, aż po sam koniuszek ogona. Ciężka, ołowiana atmosfera wisząca w powietrzu przygniatała ją oraz pozostawiała skołataną. Wydawało się, jak gdyby musiała walczyć o każdy z oddechów z narastającą gęstością wdychanego tlenu. Nastały bezruch dodał tylko sytuacji powagi oraz skłonił malutką do drżenia w miejscu, aby tylko powstrzymać się od ujawnienia przed dorosłymi po drugiej stronie ściany, nieświadomymi jej próby podsłuchiwania.
Brak było jej pewności w tym, o co chodziło w tej wymianie zdań, dziejącej się parę metrów dalej. Sam jej wydźwięk zdawał się jednak na tyle niepokojący, że zastanawiała się autentycznie, jak można wywołać takie wrażenie tylko paroma prostymi słowami — bez żadnego sprecyzowania czy nawet konkretnie nacechowanego kierunku. Coś musiało być nie tak w stopniu na tyle mocnym, aż namacalnym dla zaledwie gapiów.
Przysiadła sobie, rozważając w ciszy. Otoczenie jedynie szeptało gdzieś w tle znanymi dźwiękami, bez żadnego znaczenia dla filozoficznie nastawionej pieszczoszki. Coś było nie tak — na ten temat nie było dwóch zdań. Filozofowania młodziaka są nieco niepoważne, niemniej Odelka ma w sobie coś przynoszącego powagę głupotom, jakie potrafi myśleć na co dzień. Przytoczę wam, jak wyglądała taka rozmowa ze samą sobą w jej głowie, dzieląc kwestie na głos wewnętrzny i logikę.
– Skoro obydwoje, mama i tata, martwią się, to nie może być błaha sprawa… – przemawia jej podejście do świata. Mówiło głośno, ale dosyć niepewnie.
Wtedy wtrąca się drugi głos. Wewnętrzny monolog zajmuje podest. – Nie pomijajmy tego, że powiedziane zostało to “nie wróży” nic dobrego! To ogólne stwierdzenie! – rzucił ostrzegawczym tonem. To nie był do końca pełen obraz jej podejścia, zważywszy na częste ignorowanie. To tradycyjnie było podświadome ostrzeżenie, z którym nie ma się obowiązku zrobić czegokolwiek. Zakończenia są równie różne.
– Nie wróży… nie… wró… ży… – rozważała z całą powagą, jaką w sobie miała. Znaczenie tego krótkiego stwierdzenia mogło być tak rozbieżne; niektórzy mówią tak od rzeczy, lecz czy sytuacja taka osobliwa zasługiwała na lekkomyślne potraktowanie słowami, które naprawdę nie sięgają do sedna?
– Na wszystkie kwiatki ogrodu! Jak tu się dowiedzieć? Jak wiedzieć? – rozmyślała bardzo silnie. Ciekawość nie pozwalała jej odrzucić myślenia od tym. Prędzej umrze, niż pozostawi tę sprawę nierozwiązaną! – Jak zrozumieć… – zacisnęła powieki, skupiając całą swoją uwagę na tym właśnie trudzie. Jej mała główka nie potrafiła jednak ująć tego całego wydarzenia spójnie.
Stojąc i zaciskając oczęta, naprawdę mogła wyglądać słabo. Młoda, chuderlawa, z futerkiem wyczesanym trzęsącą się ręką… ni śladu uczniowskiego szychu, jak u kota Klanu. Zamiast tego prosty mieszkaniec betonowego światu, bez szans na przeżycie poza bezpieczeństwem znanej okolicy. Stawianie łapek gdzieś poza terenami płotu zdarzało się co rusz, mimochodem pozostawało pytanie: czy jeśli wydarzyłaby się rzecz tak straszna, iż zmusiłaby ją do odejścia z domu, poradziłaby sobie na własną łapę? Rozważanie tego było poza jej obecnym procesem myślowym, jednocześnie będąc relatywnie ważnym dylematem w obliczu sprawy.
Wielka ciemnozielona kanapa; splamiony stolik kawowy przy niej; zakurzony parapet; nieskończona ilość świecidełek i targowej jakości ozdóbek; półki bez odrobiny miejsca. Tylko to znała i tylko stojąc pomiędzy tym, mogła zaznać prawdziwego spokoju.
Wreszcie usłyszała ciche stawianie łap na korytarzu, a powietrze zaczęło nosić znamię ruchu. Nie wiedząc co zrobić, przez moment zamarła w bezruchu. Dopiero przybliżanie się kroków dało jej dostatecznego kopa, aby odwrócić się i zbiec w zieleń. Była kotem zamkniętej przestrzeni, ale to jej naturalny instynkt prowadził ją w głąb naturalnego środowiska zewnętrznego.

———————

Zatrzymując się z poślizgiem zaraz przed drewnem oddzielającym ją od wszystkiego, spojrzała w górę. Samej praktycznie nigdy nie zdarzało jej się opuszczać domu, zwykle z przymusu nakładanego przez tatę. Osobiście nawet wolała, kiedy to on oprowadzał ją po uliczkach, ponieważ znał je jak własne. “To mój drugi dom”, powiadał. Nigdy nie chciał rozwinąć, czy naprawdę żył pomiędzy domostwami, czy też nie. Chociaż ścieżki wydawały się łagodne, z całych im piaskowym i żwirowym wykończeniem, pozostawiały wątpliwości co do potencjału wykorzystania jako dom. Na szczęście Odelki, zanim uciekła zbyt bardzo w swoją głowę, znalazł się ktoś, kto był gotowy zaoferować pogawędkę.
– Hej, ładnie wyglądam? – wyskoczyła z zapytaniem Klementyna. Przyjrzawszy się jej, kociak dostrzegł przyozdobione przypadkowymi płatkami kwiatków futerko. Śmiech był nie do powstrzymania.
– No co! – ryknęła siostra, zbliżając się z niezadowoloną miną. Zrozumiała chyba jednakże, jak komicznie wyglądała w tak niespójnym przybraniu, gdyż otrzepała się, sprawnie doprowadzając do zniknięcia kwiatowych elementów. Sama Odetka, pomogła jej zdjąć jeden, który niefortunnie utknął jej na policzku. Powoli przestała rechotać, pomimo pozostałego uśmiechu.
– Czuje się wyśmiana. – zarzuciła jej urażona koteczka, stojąc naprzeciw oraz obracając głowę w bok, na wyraz swojego dozgonnego urażenia.
Młoda zacisnęła pysk, na wypadek, gdyby miała wybuchnąć ponowną falą chichotu. Zmusiła się do odpowiedzi nie zbyt długo po tym. – Dopasowywanie elementów stroju nie jest twoją mocną stroną, to tyle! – próbowała stwierdzić najłagodniejszym głosem, na jakim było ją stać, po intensywnym rechocie.
Wieczór wkradał się nieproszony, a słońce znikało za horyzontem. Dzisiaj nie było odpowiednią datą na wyjście… nie. Jeszcze nie dziś. Odetka odwróciła się do Klementyny i podążyła za nią gdzieś w odmęty podwórza. Na wszystko przyjdzie pora — dziś jest czas na przyozdabianie siostrze futerka w ładny sposób.

Od Borowika CD. Śnienia

Przedzierałem się przez krzaki i wysoką trawę, próbując skupić się na zadaniu.
No dobra, dobra. Muszę zapolować.
Bardzo lubię polować. Mogę nawet nieskromnie dodać, że jestem w tym bardzo dobry. Faktem jest jednak, że… z reguły, to ja poluję na drzewach. Na wiewióry czy tam… ptaki. A nie na ziemi. Ostatnio też nieco wyszedłem z formy…
W końcu udało mi się wypatrzeć małą, białą myszkę, tuptającą nieświadomie w poprzek mojej trasy. Na szczęście złapałem ją relatywnie szybko złapać i skierowałem się w lewo, w celu dołączenia do Śnienia i Poinsecji.
Zrobiłem kilka kroków.
Po chwili jednak zatrzymałem się i zawróciłem w prawo.
Kolejne kilka kroków.
Zatrzymałem się.
Nie no. Moment. Skąd ja przyszedłem?
Zmarszczyłem brwi.
Nie do końca byłem w stanie to ocenić, z powodu takiego, że łapiąc myszkę, zaryłem nieco nosem w glebę i teraz oba nozdrza miałem zatkane. Do tego myszka w pysku skutecznie tłumiła wszystkie pozostałe zapachy.
Wyplułem na chwilę moją zdobycz i wysmarkałem dokładnie nos, pozbywając się, chociaż części ziemi.
No, od razu lepiej.
Momentalnie złapałem zapach Śnienia i Poinsecji. Zadowolony, ruszyłem w ich stronę.

***

Po chwili dołączyłem do dwóch pozostałych kotów.
– Hm. Witam. – przywitałem ich, kiwając głową.
Przeskanowałem dokładnie moim aparatem wzroku ich zdobycze. Myślę, że z ostrożnym optymizmem stwierdzić mogę, że najgorzej nie wypadłem…
– Hej, Borowiku! Gdzie się podziała twoja zwierzyna? – Śnienie przechylił głowę na bok.
Otworzyłem szerzej oczy.
Ale że co? Nie no. Jak. Przecież miałem ją…
W pysku ją miałem.
I…
…zostawiłem tam. Żeby…
Ugh.
No świetnie.

Zamrugałem. Podrapałem dwukrotnie ziemię pazurami.
– Udało mi się złapać mysz. Jednak… uch… jednak na którymś etapie mojej drogi powrotnej, mysz zmieniła swoje położenie, to jest z mojego pyska, znalazła się w… bliżej nieokreślonym, innym punkcie…
– Spokojnie, Borowiku. To nic złego, naprawdę. Nie każdy musi być dobry we wszystkim. My wiemy przecież, że na drzewach jesteś niezastąpiony. – odparł czarny kocur, wąsy zadrżały mu z rozbawienia.
Jeszcze szerzej otworzyłem oczy w konsternacji.
– Ale… uch… Nie, nie, serio, była tam i… i… – zacząłem.
– Dobrze, dobrze, tylko żartuję. Wierzę ci. – widząc moje przerażenie, kocur uspokoił mnie, po czym dodał. – Powinniśmy już wracać do obozu. Może po drodze znajdziemy twoją mysz? Albo uda ci się złapać coś innego. Nie przejmuj się. – zaproponował z lekkim uśmiechem.
Spojrzałem niepewnie w bok i pokiwałem entuzjastycznie głową.
– Uch… No… no, może… Tak, chyba… chyba po prostu coś innego złapię… – mruknąłem, podążając za nimi.

Teraźniejszość

W czterech dużych i dwóch mniejszych susach przemierzyłem obóz z jednego końca na drugi, gdzie dojrzałem brodatego kocura, jedzącego spokojnie śniadanie.
Wyhamowałem gwałtownie o dwie długości mysiego ogona od niego. Z szeroko otwartymi oczami rozejrzałem się dynamicznie na boki.
– Śnienie. Śnienie, potrzebuję twojej… uch… pomocy. A raczej… a raczej asysty. Bo… no bo słuchaj. Bo ja to mam ucznia teraz. Łysiczkę. Patrz. Stoi tam, o. – wskazałem ogonem na wyraźnie zdezorientowaną, niebieską koteczkę, patrzącą na mnie z zaniepokojeniem, po tym, jak chwilę temu uciekłem od niej w podskokach. – I ona… I dzisiaj znaczy… mamy mieć trening pierwszy. Ale ja nie wiem, jak zrobić jej trening. Znaczy, wiem, ale nie chcę iść sam. A wszyscy inni zniknęli i… i śpią wszyscy inni. Nie ważne, że ty zwiadowcą nie jesteś, będziemy ziemią chodzić, a nie… no… drzewem. Pójdź ze mną. Musisz jedynie udawać, że masz… no, jakikolwiek cel w… pójściu… z nami. Tak. Albo… powiedz mi. Co robić mam. Bo ty to mądry jesteś. – podskoczyłem, podkreślając tym samym wagę moich słów.

< Śnienie, ratunkuuu :0 >

Od Łabędziego Tanu CD. Trzcinowego Szmeru

Powiodła wzrokiem za białą końcówką ogona rodzicielki znikającą w wyjściu. Zmrużyła oczy i zacisnęła zęby. Miłość?! Tu już nawet o nią nie chodziło! Czy ona nie słyszała tych wszystkich plotek?! Miała ochotę pobiec za nią, krzyczeć, wygarnąć wszystko… ale była zbyt zmęczona. Nadal spięta ze złości zwinęła się w kłębek na swoim posłaniu i odpłynęła do krainy snów.

***
*jakiś dzień później*

Życie toczyło się dalej tak, jak zwykle. Codzienne patrole, posiłki i rozmowy z mniej lub bardziej ważnymi kotami. Przez cały ten czas utrzymywała swoją zwyczajową postawę idealnej damy, nienaganny krok, piękne futro i nieskazitelny uśmiech. A jednak za każdym razem, kiedy jej wzrok napotykał Trzcinowy Szmer, jej przedstawienie stawało się zagrożone. Emocje, które buzowały w niej nieprzerwanie od kilku księżyców, próbowały wydostać się na zewnątrz. A przecież nie mogła pozwolić sobie na wybuch przy świadkach! Byłaby skończona! Szylkretka najwyraźniej zdołała to zauważyć, bo dzisiaj po skończonym obiedzie podeszła do niej.
– Łabędzi Tanie, chciałabyś może przejść się ze mną? – matka wydawała się uśmiechnięta, ale jej ton nie dawał miejsca na sprzeciw. Pręguska wypuściła powietrze nosem, żeby ochłonąć, po czym podniosła wzrok na rozmówczynię i uśmiechnęła się.
– Oczywiście.
Obie kotki spokojnym krokiem wyszły z obozu i zaczęły swój spacer. Na początku żadna się nie odzywała. Na wpół z powodu ryzyka, że ktoś mógłby je usłyszeć, gdyby rozmawiały zbyt blisko obozu, na wpół dlatego, że chyba żadna z nich nie wiedziała, jak ma zacząć rozmowę. W końcu, dopiero kiedy dotarły w okolice opuszczonego cmentarzyska, starsza postanowiła przerwać ciszę.
– Widzę, że nadal jesteś na mnie zła – zaczęła, lecz nie zdążyła dokończyć, bo młodsza przerwała jej.
– Dziwisz się? – zapytała trochę pretensjonalnie, odpuszczając sobie udawany głos. Brązowooka zdziwiła się lekko na zmianę tonu. W końcu Łabędzi Tan chyba nigdy nie przestawała odgrywać swojej roli.
– Łabędzi Tanie, zawsze będę cię wspierać jako matka, namiestniczka-
– Ale nie robisz tego! – wykrzyknęła. – Ciągniesz naszą rodzinę na dno! A szczególnie tatę! – przerwała na chwilę, żeby złapać oddech.
– Łabędzi Tanie, uspokój-
– Nie! Wiesz, co o nas mówili? Tak dużo czasu poświęcasz Liliowej Łapie, że wszyscy już czekają na to, żeby został namiestnikiem! Mówią jeszcze, że zaraz zerwiesz z tatą i weźmiesz ślub z Niezapominajką! – w jej oczach pojawiły się łzy. – Przestali tylko dlatego, że ja się postarałam i zostałam wojowniczką! Wypruwam z siebie żyły, żebyśmy pozostali szanowani, a ty wszystko psujesz! A kiedy znowu zaczną o nas mówić, to ja będę musiała zrobić coś jeszcze bardziej interesującego albo wymyślić kolejną bzdurę! Bo wszyscy są zbyt zajęci, Nur treningiem, ty swoją nową rodzinką, a tata nawet o niczym nie wie! – miała jeszcze dużo do powiedzenia, ale nie mogła tego zrobić, bo płacz za bardzo jej w tym przeszkadzał. Czuła okropną niesprawiedliwość. Starała się, naprawdę się starała. I dla siebie i dla swojej rodziny. Zamiast nagrody dostawała tylko coraz więcej balastu. Nowe obowiązki, plotki, których musiała się pozbyć, no i utrzymanie wizerunku panny idealnej, która ma być tylko coraz lepsza. A ona została w tym sama.

<Trzcina?>