Blady księżyc rzucał chłodną poświatę na obóz Klanu Wilka, wisząc wysoko na atramentowym sklepieniu, upstrzonym setkami gwiazd. Jaśniejsze, wielokolorowe pasmo ciągnęło się wzdłuż czerni, przynosząc wraz ze sobą cieszący dla oka widok. Nadeszła pewna nowość, która miała odmienić życie przynajmniej jednego Wilczaka.
Najpierw było ciepło. Miłe, takie, że koteczka była przekonana, iż będzie ono trwało wiecznie. U boku czuła kulkę podobnych rozmiarów co ona, musiało być to zatem jej rodzeństwo. Przechyliła się na bok, kopiąc w twardą ścianę, a po chwili usłyszała znajomy jej głos, kojarzył jej się z komfortem, tutaj była bezpieczna i tą przestrzeń znała najlepiej. Następnym jej ruchem było kopnięcie kociaka obok siebie, który próbował jej oddać, ale nie udało mu się. Zamachnęła się łapkami, uchylając pyszczek.
Potem pojawił się chłód. Nagle coś szarpnęło nią i zanim się zorientowała, nagły mróz uderzył w jej mokry bok. Mała zatrzęsła się, wydając z siebie głośny pisk, jak tylko zyskała możliwość. Ciepło gniazda, a także gęstego futra otuliło ją, gdy wylizywano jej kłosy pod włos w celu ocieplenia malucha. Para troskliwych oczu spoczęła na szylkretce, były to bursztynowe ślepia kota, on miał od dzisiaj być jednym z najważniejszych członków ich rodziny. Mruczenie kruczoczarnego wtórowało rytmowi serca, który malutka zdążyła już poznać. Charakterystyczny zapach wojownika otulił ją niczym miła mgła, rozprzestrzeniając się i narzucając się jej noskowi wręcz, w obliczu tak wielu najróżniejszych woni dookoła. Napuszyła futerko, próbując jakoś uchronić się przed zimnem nocnej pory.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.W Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)
Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)
17 sierpnia 2026
16 sierpnia 2026
Od Gąbczastej Perły CD. Błota
Przeszłość
— Głowa mnie boli… Masz coś może na to? — zapytał niepewnie.
Gąbka zerknęła na zioła, które chwilę temu sortowała i na liść nałożyła kilka nasion maku. Podała mu je bez słowa.
— Mak, często zbierałem go ze Stroczkową Nadzieją… — powiedział ze słabym uśmiechem, po czym zlizał z liścia lek.
— Chcesz we mnie wywołać jakiś dziwny żal? — powiedziała kotka, nastroszając lekko futro. Jednak po chwili wygładziło się ono, a na jej pyszczku zagościło zastanowienie. — Poza tym… Nie wiedziałam, że interesuje się zielarstwem…
— Tak, bardzo. Chciał zostać medykiem w Świetlikach. — Jego ton ściszył się lekko. Spojrzał na medyczkę wyczekująco.
Wtem Gąbczasta Perła ponownie przybrała twardy wyraz pyska, a po wcześniejszym zastanowieniu nie pozostał już nawet ślad. Niezbyt wiedziała, czym są Świetliki ani o czym właściwie mówił Szczawiowe Serce — teraz nazywany już Błotem. No tak. W końcu był kotem o brzydkim, brązowym futrze, które aż nazbyt przypominało lepkie, zdradliwe błoto. W ogóle nie powinno go tu być. Nie przynosił Nocniakom żadnych korzyści, a jeśli już, to tylko szkodził Gąbczastej Perle. Cały czas chodziła przez niego na paluszkach, obawiając się, że pewnego dnia jej romans z czekoladowym kocurem wyjdzie na jaw.
— W Klanie Nocy nie ma dla niego miejsca na posadzie medyka — stwierdziła chłodno, po czym zmierzyła Szczawika wzrokiem pełnym gniewu i żalu. — Tak trudno było usiedzieć na tyłku? Nie rozumiem, po co ty w ogóle tutaj przylazłeś. Dobrze wiesz, że ze swoim czekoladowym futrem daleko nie zajdziesz — prychnęła, mrużąc oczy.
— Nie chciałem tu przyjść. Przyprowadzono nas tu wbrew naszej woli. Nawet nie wiem, co stało się z resztą grupy, poza tym okłamano was, jak i inne klany… Nie uciekliśmy bez powodu, nie byliśmy agresywni. A przedstawiono nas jak zdrajców, agresorów… — Kocur spojrzał na swoje łapy. — Nigdy nie chcieliśmy trafić do Klanu Nocy. Ani odejść z Klanu Wilka. Ale nie mieliśmy innego wyjścia. W dodatku ty zmieniłaś się, strasznie… Nienawidzisz mnie, a przecież tak bardzo mnie kochałaś… Tylko przez to, że mam to przeklęte czekoladowe futro…
Medyczka zmarszczyła brwi, coraz bardziej zirytowana gadaniem więźnia. Gdy tylko wspomniał o miłości, pazury same wysunęły jej się z łap, a futro na karku ponownie się najeżyło.
— Zamknij się! — warknęła, obnażając kły. Serce zabiło jej szybciej, bardziej z nerwów niż ze złości. Miała nadzieję, że nikt nie usłyszał słów Błota. — Gdybyście nie zbliżyli się do terenów Klanu Nocy, wcale nie zostalibyście do niego zabrani! To wszystko twoja wina, brudny czekocie! — oburzyła się, smagając powietrze ogonem. — To ty sprowadziłeś na siebie i Stroczka te wszystkie problemy! Gdybyś po prostu trzymał się z daleka, nic z tego by się nie wydarzyło!
Kocur patrzył na nią zdziwiony, a jego futro również, jak i jej, stanęło dęba.
— I ty naprawdę tylko przez to teraz udajesz, że mnie nie znasz? Przez moje futro? Gdyby nie ono nadal coś byś do mnie czuła...? — Spojrzał na moment na swoją łatkę w kształcie serca. — Gdyby nie to, kochałabyś mnie nadal...? — wyszeptał.
Dymna miała coraz większą ochotę przeorać mu pazurami po tym głupim, nieczystym pysku, lecz mimo wszystko się od tego powstrzymywała. Nie wiedziała, czy to dlatego, że może wciąż żywiła do niego coś innego niż nienawiść, czy dlatego, że medyczce nie wypadało.
— Nic nie rozumiesz! — warknęła w końcu, gdy Błoto skończył mówić. Przez moment wpatrywała się w jego pysk, aż w końcu postanowiła podejść bliżej i ściszyć głos, na wypadek, gdyby ktoś miał ich podsłuchiwać. — Nie wiesz, co by się stało, gdyby ktokolwiek dowiedział się, że kiedyś… — urwała, gdyż następne słowa nie chciały jej przejść przez gardło. — To byłby mój koniec! Koniec, rozumiesz? — dodała, a jej oczy zaszły łzami.
Nie, nie mogła się tak rozklejać… Odeszła od niego na kilka długości wąsów, po czym stanęła do niego tyłem i przetarła ślepia łapą.
Kocur spojrzał na nią zmartwiony. Chwilę tak siedział, niepewny, czy powinien do niej podejść. Jednak zdecydował się zaryzykować. Powoli zbliżył się do kotki, siadając obok.
— Myślę, że to okrutne oceniać kogoś po jego pochodzeniu, czy też kolorze futra. To coś, na co nawet nie mamy wpływu. Realnie mówiąc, nic nie zmienia fakt, że mam czekoladowe futro. Zmienia to jedynie mój wygląd. Chyba nigdy nie próbowałem ci zrobić nic złego z tego powodu, nieprawdaż? Czy kiedykolwiek czekoladowy kot skrzywdził cię? Lub czy gdyby zrobił to inny kot, wybaczyłabyś mu, ale mi nie? Po prostu… Nie potrafię tego zrozumieć… Ja tęskniłem za tobą, strasznie. Każdego wieczoru Stroczek mówił, że chciałby zobaczyć cię i swoją siostrę… Nie wiedziałem, co mu powiedzieć. Bo nie miałem odpowiedzi na to, czy będzie mu to dane. Gdybym miał wtedy wybór zatrzymałbym cię ze sobą w Klanie Wilka, ale… Tam nie było bezpiecznie. I nigdy nie będzie. Dlatego musieliśmy odejść.
Gąbczasta Perła przewróciła oczami z frustracji, choć w rzeczywistości czuła ogromny ucisk na klatce piersiowej. Zwróciła się w stronę Błota, który do niej podszedł, obserwując go przez kilka uderzeń serca. Targały nią naprawdę mieszane emocje. Z jednej strony tęskniła za chwilami spędzonymi w jego towarzystwie w Klanie Wilka, a z drugiej wiedziała, że one nigdy nie mogłyby zaistnieć w Klanie Nocy.
— Powiedz to Mandarynkowej Gwieździe i reszcie rodu… — westchnęła, po czym odwróciła wzrok od czekoladowego. — Nie życzę ci źle, Szczawiku. Chciałabym, byś był szczęśliwy, ale… nie tutaj. Nie możemy być blisko. Nie możemy ze sobą rozmawiać. Nie jesteś dla mnie nikim więcej, jak zwykłym więźniem o brązowym kolorze futra — oznajmiła, chowając pazury. — Proszę cię, odejdź… Zanim ściągniesz problemy zarówno na siebie, jak i na mnie.
Czekoladowy przez chwilę patrzył na nią.
— A czy ty naprawdę tego chcesz? Żebym odszedł? Tego właśnie pragniesz...?
Gąbka nie mogła już znieść tej interakcji. Nie chciała teraz o tym wszystkim myśleć. Żyło jej się w miarę spokojnie. Dobrze. Póki Szczawik nie postanowił tego wszystkiego zburzyć.
— Nikogo w tym klanie nie interesuje to, czego ja chcę — stwierdziła, marszcząc brwi. — Ważne jest, bym przestrzegała Kodeksu Medyka i nie miała partnera. A tym bardziej nie takiego o czekoladowym futrze. W tym momencie najbardziej pragnę żyć, dlatego nie zamierzam się wychylać.
— Ale mnie interesuje. Chciałbym, żebyś… Żebyś była szczęśliwa. Tak jak wtedy, te księżyce temu. Żebyśmy ty, ja, Stroczek i Łza znów mogli być rodziną…
Medyczka westchnęła ciężko. Nie mogła uwierzyć w to, że niegdyś go kochała. Rozmowa z nim była jak rozmowa ze ścianą legowiska.
— Czego nie rozumiesz, Szczawiku? Tamte księżyce już minęły. Nie jestem już głupią, młodą kotką, która wylądowała w Klanie Wilka na szkoleniu. Teraz jestem medyczką w Klanie Nocy. Mam obowiązki, pracę do wykonania, pacjentów do wyleczenia. Nie mogę już bawić się w zakochaną po uszy. Dlatego proszę cię, byś wreszcie sobie odpuścił, bo tamte czasy już nie wrócą. Nie mogą wrócić.
Kocur spojrzał teraz na ziemię. Skinął głową, po czym wstał powoli.
— Dobrze. Przepraszam, że zabrałem ci niepotrzebnie czas — odpowiedział jej jedynie cicho, po czym ruszył w stronę wyjścia do czekającego na niego wojownika, który miał odprowadzić go do wysepki.
* * *
Przynajmniej nie urodziły jej się żadne czekoladowe szkarady, przez co dymna mogła być pewna, że nikt nie będzie jej ani jej kociąt zaczepiał. Niestety, w żłobku ostatnio zrobiło się całkiem sporo czekoladowych kociaków, co Gąbkę niepokoiło. Już dawno zapowiadała wszystkim, że kiedyś wreszcie narodzi się taki czekot, który zgładzi ich wszystkich, a oni z każdym kolejnym pokoleniem byli coraz bliżej spełnienia tej ponurej przepowiedni. Mysiomózga Łapa o mało nie sprowadziła na nich zagłady, przynosząc do azylu borsucze szczenię. Mimo iż czekoladowa szylkretka już nie żyła, Gąbczasta Perła wiedziała, że tragedia, którą wywołała, była jedynie rozgrzewką. Medyczka mogła tylko zastanawiać się, które z kociąt będzie najgorsze. Pyza, Bzyczek, a może Komar? Ten ostatni wydawał się szczególnie niebezpieczny. Gąbka za każdym razem, gdy znajdowała się w jego obecności, czuła straszny niepokój. Kocurek mało co mówił i głównie wpatrywał się w nicość swoimi wielkimi, przerażającymi ślepiami.
Czarnofutra potrząsnęła głową, chcąc na razie odciągnąć od siebie te myśli. Jeszcze miała czas. Jeszcze mogła wymyślić, jak pozbyć się tej czekoladowej zarazy z Klanu Nocy i tym samym uratować go od zagłady. Na razie musiała jednak skupić się na Sennej Łzie i jej kociętach. Chciała być w końcu dobrą babcią. Najlepszą!
Gdy tak o tym myślała, do głowy przyszedł jej jeszcze jeden pomysł, który sprawił, że żołądek wywrócił jej się do góry nogami. Co, jeśli Łezkę spotkał ten sam los co Świteziankowe Jezioro? Co, jeśli jakiś samotnik skrzywdził ją wbrew jej woli? Gąbczastej Perle zebrało się na wymioty na samą tę myśl. To już wolałaby, żeby jej córka zdradziła klan, niż żeby posiadała Fiołka i Jasność bez uprzedniego wyrażenia zgody na zajście w ciążę!
Dymna postanowiła nie zgadywać. Jej córeczka dotąd nie chciała zdradzić jej, kto był ojcem, lecz tym razem Gąbka nie zamierzała odpuścić. Musiała się dowiedzieć, czy te kocięta na pewno były chciane! W końcu kto wie. Jeśli Senna Łza naprawdę ich nie kochała, to w końcu mogło jej odbić, a tym kociętom mogła stać się krzywda. Wszyscy zbyt dobrze wiedzieli, jak może zachowywać się zdesperowana matka, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, kiedy to szylkretowa kocica zagryzła połowę swoich młodych. Co prawda była ona czekoladowa, a Senna Łza raczej nie zniżyłaby się do jej poziomu, ale Gąbka wolała być ubezpieczona. W końcu Fiołek i Jasność zapowiadały się na naprawdę obiecujące wojowniczki!
Medyczka w końcu opuściła lecznicę i wsadziła łeb do żłobka, wyszukując wzrokiem znajomych, żółtych oczu. Nim jednak je odnalazła, złapała kontakt wzrokowy z Komarem, który niemal wyżerał jej duszę spojrzeniem. Czarnofutra wzdrygnęła się na jego widok i szybko go zignorowała, następnie podchodząc do swojej córki.
— Hej, Łezko. Jak sobie radzisz? — mruknęła cicho, siadając obok karmicielki. Miała wrażenie, że zaraz zjawi się tu bura wojowniczka, która niemal chodziła przyklejona do Gąbki.
Szylkretka przeniosła wzrok ze swoich śpiących kociąt na medyczkę, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Bardzo dobrze. Wszystko jest tak, jak powinno być — oznajmiła, na co dymna poczuła ciepło na sercu.
Senna Łza naprawdę była dla niej jak córka, mimo iż Klan Nocy nie uznawał jej za członkinię rodu. Zwykle adoptowane potomstwo przynależało do królewskiej rodziny, ale tym razem nie mogło tak być. Gąbczasta Perła nie mogła mieć w końcu kociąt, nawet tych przybranych, więc gdyby szylkretka naprawdę miała zostać księżniczką, byłoby to równoznaczne z tym że Gąbka złamała Kodeks Medyka.
— No, a skoro… skoro twoje kocięta śpią, to może przejdziesz się ze mną na spacer? Myślę, że sobie poradzą. Tym bardziej że będzie ich pilnował Złocisty Widlik — mruknęła, kątem oka spoglądając na kremowego kocura.
Młodsza wahała się przez moment, lecz ostatecznie skinęła głową.
— Dobrze… Chcesz o czymś porozmawiać? — spytała Senna Łza, domyślając się już, że coś się święci.
Gąbka jedynie się uśmiechnęła, nie odpowiadając jej na pytanie. Zamiast tego podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła do wyjścia ze żłobka.
Wraz z córką przekroczyły rzekę i zaczęły przemierzać tereny Klanu Nocy bez większego celu. Szły w ciszy, lecz atmosfera między nimi stawała się coraz bardziej napięta. Jakby już się ze sobą kłóciły, nawet jeśli żadna z nich jeszcze nie odezwała się słowem.
— Więc… co chciałaś mi powiedzieć? Miejmy to już za sobą, mamo. Boję się, że kociaki się obudzą i Widlik będzie musiał im tłumaczyć, że mama ich zostawiła… — westchnęła szylkretka, poruszając smutno wibrysami.
Gąbka cały czas zastanawiała się nad tym, jak powinna ugryźć temat tego, kto jest ojcem. Przecież już wcześniej próbowała do tego dociec, lecz każda próba kończyła się fiaskiem. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
— Łezko, chodzi o to, że… bardzo się o ciebie martwię. O ciebie i o Fiołka oraz Jasność. Fakt, że nie wiem, kto jest ojcem, nie daje mi spokoju. Musisz mi powiedzieć, kto nim jest. Proszę, Łezko… Nie będę na ciebie zła, nawet jeśli okaże się z Klanu Burzy lub Klanu Klifu — zaczęła.
Wraz z jej słowami pysk szylkretki spochmurniał, dokładnie tak, jak przypuszczała.
— Mamo, nie… Nie chcę ci mówić i nie jestem do tego zobowiązana — oznajmiła twardo żółtooka, nawet nie patrząc na swoją matkę.
Starsza poczuła rozczarowanie.
— To prawda, Łezko. Nie jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić klanowi ojca swoich kociąt. Ale ja jestem twoją matką i należy mi się wiedzieć, kto jest rodzicem moich wnuków. Nie po to wychowywałam cię, gdy byłaś małym szkrabem, byś teraz-
Senna Łza westchnęła ciężko, przerywając przemowę Gąbki.
— Ja jestem ich rodzicem. Czy to ci nie wystarcza? Czy musisz wiedzieć, kto jest ich ojcem, by móc je pokochać? — zapytała karmicielka, na co Gąbka aż wstrzymała oddech ze zdumienia.
— Nie wygaduj takich bzdur, Łezko! Wiesz dobrze, że kocham Fiołek i Jasność całym swoim sercem i traktuję je jak najprawdziwsze wnuczki. Czy gdybym ich nie kochała, to przychodziłabym do nich codziennie, żeby sprawdzić, jak sobie radzą? Czy gdybym ich nie kochała, próbowałabym utrzymywać z nimi dobre relacje? Nie oskarżaj mnie o takie straszne rzeczy, córeczko. Po prostu chciałabym znać ich ojca, żeby lepiej je zrozumieć… Je i ciebie także, Łezko. Te kocięta nie wzięły się przecież znikąd. Ty musiałaś się w kimś zakochać, z kimś się spotykać… a ja nic o tym nie wiem. No chyba, że-
Żółtooka znowu jej przerwała, zatrzymując się nagle. Gdy dymna spojrzała na jej pysk, zauważyła, że w jej oczach kręciły się łzy.
— Dobrze. Chcesz wiedzieć, kto jest ich ojcem? — mruknęła drżącym głosem.
Przez moment jej pysk wygiął się w nieodgadnionym wyrazie, lecz zaraz potem Senna Łza zmarszczyła brwi, jakby zmieniła zdanie.
— No… ojcem tych kociąt jest… — zamilkła na moment, wlepiając wzrok w swoje łapy. — Ojcem jest Morszczynowy Wąs… — mruknęła, na co medyczka rozdziawiła pysk w szoku.
Nim jednak zdążyła słowami wyrazić swoje zdumienie, karmicielka dodała:
— Tylko proszę, nie mów nikomu. Ani tym bardziej nie zaczepiaj Morszczyna — miauknęła głosem pełnym żalu, lecz medyczka przestała już jej słuchać. W jej głowie echem odbijało się teraz jedno imię. Morszczynowy Wąs.
— Łezko, ale… Ja nigdy nie widziałam was razem. Czy ty go kochasz? Czy ty w ogóle chciałaś zachodzić w ciążę? Jeśli ten lisi bobek cię skrzywdził, to wąsy mu pourywam! — zagroziła medyczka, jeżąc futro na karku.
Żółtooka szybko pokręciła głową.
— Nie, mamo! Nie skrzywdził mnie. Nic mu nie rób. Ja… chciałam kociąt, tylko nie miałam z kim ich mieć i… — zaczęła wyjaśniać, jednak w pewnym momencie urwała. Spojrzała wzrokiem pełnym żalu i skruchy na medyczkę, która wciąż nie rozumiała zachowania swojej córki.
— Łezko… Ja nic nie rozumiem. Dlaczego wstydziłaś się mi to powiedzieć? Przecież bym zrozumiała. Nie musiałaś tego przede mną ukrywać — odparła starsza, kładąc po sobie uszy.
Miała dziwne wrażenie, że Senna Łza coś przed nią ukrywała, ale jeszcze nie wiedziała co. Z drugiej strony nie sądziła, że jej własna córka mogłaby ją okłamać. To wszystko było takie… dziwne.
— No… tak jakoś… wyszło — odparła szylkretka, po czym przetarła oczy łapą. — Możemy już wracać do obozu? Proszę… Chcę wrócić do kociąt — mruknęła i, nie czekając na reakcję medyczki, ruszyła w stronę azylu.
Gąbczasta Perła stała w szoku, przyglądając się sylwetce córki, która z każdą chwilą coraz bardziej się oddalała. Chciała iść za nią. Dogonić ją, dokończyć rozmowę. A mimo wszystko zdecydowała się odpuścić. Karmicielka jasno wyraziła, że nie ma teraz ochoty na interakcje z własną matką.
Dymna czuła się tym zraniona, ale próbowała więcej o tym nie myśleć. Westchnęła tylko ciężko i zaczęła włóczyć się do obozu ze wzrokiem wbitym w kołyszącą się na wietrze trawę.
Czarnofutra potrząsnęła głową, chcąc na razie odciągnąć od siebie te myśli. Jeszcze miała czas. Jeszcze mogła wymyślić, jak pozbyć się tej czekoladowej zarazy z Klanu Nocy i tym samym uratować go od zagłady. Na razie musiała jednak skupić się na Sennej Łzie i jej kociętach. Chciała być w końcu dobrą babcią. Najlepszą!
Gdy tak o tym myślała, do głowy przyszedł jej jeszcze jeden pomysł, który sprawił, że żołądek wywrócił jej się do góry nogami. Co, jeśli Łezkę spotkał ten sam los co Świteziankowe Jezioro? Co, jeśli jakiś samotnik skrzywdził ją wbrew jej woli? Gąbczastej Perle zebrało się na wymioty na samą tę myśl. To już wolałaby, żeby jej córka zdradziła klan, niż żeby posiadała Fiołka i Jasność bez uprzedniego wyrażenia zgody na zajście w ciążę!
Dymna postanowiła nie zgadywać. Jej córeczka dotąd nie chciała zdradzić jej, kto był ojcem, lecz tym razem Gąbka nie zamierzała odpuścić. Musiała się dowiedzieć, czy te kocięta na pewno były chciane! W końcu kto wie. Jeśli Senna Łza naprawdę ich nie kochała, to w końcu mogło jej odbić, a tym kociętom mogła stać się krzywda. Wszyscy zbyt dobrze wiedzieli, jak może zachowywać się zdesperowana matka, tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, kiedy to szylkretowa kocica zagryzła połowę swoich młodych. Co prawda była ona czekoladowa, a Senna Łza raczej nie zniżyłaby się do jej poziomu, ale Gąbka wolała być ubezpieczona. W końcu Fiołek i Jasność zapowiadały się na naprawdę obiecujące wojowniczki!
Medyczka w końcu opuściła lecznicę i wsadziła łeb do żłobka, wyszukując wzrokiem znajomych, żółtych oczu. Nim jednak je odnalazła, złapała kontakt wzrokowy z Komarem, który niemal wyżerał jej duszę spojrzeniem. Czarnofutra wzdrygnęła się na jego widok i szybko go zignorowała, następnie podchodząc do swojej córki.
— Hej, Łezko. Jak sobie radzisz? — mruknęła cicho, siadając obok karmicielki. Miała wrażenie, że zaraz zjawi się tu bura wojowniczka, która niemal chodziła przyklejona do Gąbki.
Szylkretka przeniosła wzrok ze swoich śpiących kociąt na medyczkę, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Bardzo dobrze. Wszystko jest tak, jak powinno być — oznajmiła, na co dymna poczuła ciepło na sercu.
Senna Łza naprawdę była dla niej jak córka, mimo iż Klan Nocy nie uznawał jej za członkinię rodu. Zwykle adoptowane potomstwo przynależało do królewskiej rodziny, ale tym razem nie mogło tak być. Gąbczasta Perła nie mogła mieć w końcu kociąt, nawet tych przybranych, więc gdyby szylkretka naprawdę miała zostać księżniczką, byłoby to równoznaczne z tym że Gąbka złamała Kodeks Medyka.
— No, a skoro… skoro twoje kocięta śpią, to może przejdziesz się ze mną na spacer? Myślę, że sobie poradzą. Tym bardziej że będzie ich pilnował Złocisty Widlik — mruknęła, kątem oka spoglądając na kremowego kocura.
Młodsza wahała się przez moment, lecz ostatecznie skinęła głową.
— Dobrze… Chcesz o czymś porozmawiać? — spytała Senna Łza, domyślając się już, że coś się święci.
Gąbka jedynie się uśmiechnęła, nie odpowiadając jej na pytanie. Zamiast tego podniosła się z miejsca i powolnym krokiem ruszyła do wyjścia ze żłobka.
Wraz z córką przekroczyły rzekę i zaczęły przemierzać tereny Klanu Nocy bez większego celu. Szły w ciszy, lecz atmosfera między nimi stawała się coraz bardziej napięta. Jakby już się ze sobą kłóciły, nawet jeśli żadna z nich jeszcze nie odezwała się słowem.
— Więc… co chciałaś mi powiedzieć? Miejmy to już za sobą, mamo. Boję się, że kociaki się obudzą i Widlik będzie musiał im tłumaczyć, że mama ich zostawiła… — westchnęła szylkretka, poruszając smutno wibrysami.
Gąbka cały czas zastanawiała się nad tym, jak powinna ugryźć temat tego, kto jest ojcem. Przecież już wcześniej próbowała do tego dociec, lecz każda próba kończyła się fiaskiem. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
— Łezko, chodzi o to, że… bardzo się o ciebie martwię. O ciebie i o Fiołka oraz Jasność. Fakt, że nie wiem, kto jest ojcem, nie daje mi spokoju. Musisz mi powiedzieć, kto nim jest. Proszę, Łezko… Nie będę na ciebie zła, nawet jeśli okaże się z Klanu Burzy lub Klanu Klifu — zaczęła.
Wraz z jej słowami pysk szylkretki spochmurniał, dokładnie tak, jak przypuszczała.
— Mamo, nie… Nie chcę ci mówić i nie jestem do tego zobowiązana — oznajmiła twardo żółtooka, nawet nie patrząc na swoją matkę.
Starsza poczuła rozczarowanie.
— To prawda, Łezko. Nie jesteś zobowiązana do tego, by wyjawić klanowi ojca swoich kociąt. Ale ja jestem twoją matką i należy mi się wiedzieć, kto jest rodzicem moich wnuków. Nie po to wychowywałam cię, gdy byłaś małym szkrabem, byś teraz-
Senna Łza westchnęła ciężko, przerywając przemowę Gąbki.
— Ja jestem ich rodzicem. Czy to ci nie wystarcza? Czy musisz wiedzieć, kto jest ich ojcem, by móc je pokochać? — zapytała karmicielka, na co Gąbka aż wstrzymała oddech ze zdumienia.
— Nie wygaduj takich bzdur, Łezko! Wiesz dobrze, że kocham Fiołek i Jasność całym swoim sercem i traktuję je jak najprawdziwsze wnuczki. Czy gdybym ich nie kochała, to przychodziłabym do nich codziennie, żeby sprawdzić, jak sobie radzą? Czy gdybym ich nie kochała, próbowałabym utrzymywać z nimi dobre relacje? Nie oskarżaj mnie o takie straszne rzeczy, córeczko. Po prostu chciałabym znać ich ojca, żeby lepiej je zrozumieć… Je i ciebie także, Łezko. Te kocięta nie wzięły się przecież znikąd. Ty musiałaś się w kimś zakochać, z kimś się spotykać… a ja nic o tym nie wiem. No chyba, że-
Żółtooka znowu jej przerwała, zatrzymując się nagle. Gdy dymna spojrzała na jej pysk, zauważyła, że w jej oczach kręciły się łzy.
— Dobrze. Chcesz wiedzieć, kto jest ich ojcem? — mruknęła drżącym głosem.
Przez moment jej pysk wygiął się w nieodgadnionym wyrazie, lecz zaraz potem Senna Łza zmarszczyła brwi, jakby zmieniła zdanie.
— No… ojcem tych kociąt jest… — zamilkła na moment, wlepiając wzrok w swoje łapy. — Ojcem jest Morszczynowy Wąs… — mruknęła, na co medyczka rozdziawiła pysk w szoku.
Nim jednak zdążyła słowami wyrazić swoje zdumienie, karmicielka dodała:
— Tylko proszę, nie mów nikomu. Ani tym bardziej nie zaczepiaj Morszczyna — miauknęła głosem pełnym żalu, lecz medyczka przestała już jej słuchać. W jej głowie echem odbijało się teraz jedno imię. Morszczynowy Wąs.
— Łezko, ale… Ja nigdy nie widziałam was razem. Czy ty go kochasz? Czy ty w ogóle chciałaś zachodzić w ciążę? Jeśli ten lisi bobek cię skrzywdził, to wąsy mu pourywam! — zagroziła medyczka, jeżąc futro na karku.
Żółtooka szybko pokręciła głową.
— Nie, mamo! Nie skrzywdził mnie. Nic mu nie rób. Ja… chciałam kociąt, tylko nie miałam z kim ich mieć i… — zaczęła wyjaśniać, jednak w pewnym momencie urwała. Spojrzała wzrokiem pełnym żalu i skruchy na medyczkę, która wciąż nie rozumiała zachowania swojej córki.
— Łezko… Ja nic nie rozumiem. Dlaczego wstydziłaś się mi to powiedzieć? Przecież bym zrozumiała. Nie musiałaś tego przede mną ukrywać — odparła starsza, kładąc po sobie uszy.
Miała dziwne wrażenie, że Senna Łza coś przed nią ukrywała, ale jeszcze nie wiedziała co. Z drugiej strony nie sądziła, że jej własna córka mogłaby ją okłamać. To wszystko było takie… dziwne.
— No… tak jakoś… wyszło — odparła szylkretka, po czym przetarła oczy łapą. — Możemy już wracać do obozu? Proszę… Chcę wrócić do kociąt — mruknęła i, nie czekając na reakcję medyczki, ruszyła w stronę azylu.
Gąbczasta Perła stała w szoku, przyglądając się sylwetce córki, która z każdą chwilą coraz bardziej się oddalała. Chciała iść za nią. Dogonić ją, dokończyć rozmowę. A mimo wszystko zdecydowała się odpuścić. Karmicielka jasno wyraziła, że nie ma teraz ochoty na interakcje z własną matką.
Dymna czuła się tym zraniona, ale próbowała więcej o tym nie myśleć. Westchnęła tylko ciężko i zaczęła włóczyć się do obozu ze wzrokiem wbitym w kołyszącą się na wietrze trawę.
* * *
Gąbka, pogrążona w myślach, wyszła przed lecznicę i usiadła, omiatając cały azyl wzrokiem. Nie skupiała się na żadnym kocie, a przynajmniej do czasu. W pewnym momencie jej wzrok zatrzymał się na burym kocurze — Morszczynowym Wąsie. Pręgowany rozmawiał teraz z Czosnkową Krewetką, lecz dymna była zbyt daleko, by ich usłyszeć. Widziała tylko uśmiech na pysku szylkretowej wojowniczki.
Gdy na nich spoglądała, czuła, jak krew się w niej gotuje. Może i Morszczyna i Łezkę nie łączyły więzy krwi, ale kocur mógłby się chociaż zainteresować własnymi dziećmi! Medyczka ani razu nie widziała, by wojownik zaglądał do żłobka, żeby zobaczyć, jak mają się jego pociechy. Nie pomagał w ich wychowaniu ani opiece, a zamiast tego flirtował sobie z innymi kotkami! Tak, na pewno flirtował. O czym innym miałby rozmawiać z Czosnkową Krewetką, żeby tak ją rozśmieszyć?
Gąbczasta Perła postanowiła do niego zagadać. Przybrała neutralny wyraz pyska, z pozoru wyglądając na spokojną, i żwawym krokiem podeszła do dwójki rozmawiających ze sobą kotów. Gdy tylko znalazła się w ich pobliżu, Czosnkowa Krewetka poruszyła uszami i przestała mówić, wlepiając spojrzenie w medyczkę.
— Cześć, Gąbko! Dawno nie rozmawiałyśmy. Chcesz mnie o coś spytać? — zaczęła, wciąż się uśmiechając.
Dymna uniosła brew. To prawda. Kiedyś były właściwie koleżankami, lecz ostatnimi czasy nie miały okazji, by porozmawiać.
— Właściwie to nie. Akurat chciałam porozmawiać z Morszczynowym Wąsem — mruknęła, uśmiechając się sztucznie do Krewetki.
Wojowniczka musiała zrozumieć, że taka mina zwiastowała kłopoty, toteż strzepnęła ogonem i zrobiła krok w tył.
— W takim razie może zostawię was samych! Tylko umówmy się kiedyś na spotkanie, dobrze, Gąbko? — miauknęła, powoli odchodząc od medyczki i pręgowanego wojownika.
Dymna skinęła głową, po czym zwróciła pysk w stronę burasa, który wyglądał na zakłopotanego. Pewnie wydawało mu się, że nie zrobił nic złego. No tak. Zgodził się pomóc Sennej Łzie w posiadaniu kociąt i myślał, że to tyle z jego roli ojca. W takim razie srogo się mylił.
— Wyjdziemy poza obóz? — zaproponowała, choć nawet kociak wiedziałby, że swoim tonem nie pozostawiała miejsca na sprzeciw.
Morszczyn nie miał wyboru, musiał się zgodzić. Nie mógł przecież odmówić księżniczce.
W końcu wspólnie wyszli poza azyl, a Gąbka już zastanawiała się nad tym, jak skutecznie zastraszyć burasa, by wreszcie zajął się swoimi dziećmi. Fiołek i Jasność potrzebowały ojcowskiego autorytetu. Potrzebowały kogoś, kto nauczy je walczyć i polować oraz kto raz na jakiś czas pogrozi im palcem, jeśli będą za bardzo brykać.
— Gąbczasta Perło… Czy zrobiłem coś źle? — zapytał w pewnym momencie buras, wyrywając medyczkę z zamyślenia.
— No raczej. Gdybyś nie zrobił, to przecież nie wyciągałabym cię poza obóz w biały dzień — fuknęła, przewracając oczami. — Na szczęście nie jest dla ciebie jeszcze za późno i jesteś w stanie się odkupić — dodała, na co futro stanęło Morszczynowi dęba.
— O czym ty mówisz, Gąbczasta Perło? — zapytał, chyba ledwo powstrzymując głos od drżenia. Mięśnie miał spięte, jakby w każdej chwili był gotowy do ucieczki, gdyby dymnej coś odbiło. Czy myślał, że go zaatakuje? Że spróbuje go zabić? Cóż, ona nie była Niedźwiedziówkowym Pyłem. Nie planowała odbierać nikomu życia.
— Nie udawaj, że nie wiesz! — zezłościła się starsza, smagając powietrze ogonem. — Nie jesteś przecież nowonarodzonym kociakiem, żeby mieć pamięć sięgającą dwóch dni wstecz! Lepiej domyśl się, czego mogę od ciebie wymagać, i miejmy to już z głowy — miauknęła, mrużąc oczy. Miała nadzieję, że nie będzie musiała zbyt długo dyskutować z wojownikiem i ten szybko zgodzi się na to, by zająć się swoimi kociętami.
— Przysięgam, że nie mam pojęcia. Przecież prawie z tobą nie rozmawiam! Nie wiem, czego mogłabyś ode mnie chcieć — oburzył się, przyjmując sfrustrowany wyraz pyska.
— Naprawdę chcesz się w to bawić? Senna Łza, mówi ci coś to imię? — zapytała zirytowana. Nie sądziła, że mieli w Klanie Nocy takich ćwoków.
Morszczyn przechylił głowę na bok.
— Co? Nie, nie mówi. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek rozmawiał z kotem o imieniu Senna Łza — przyznał, marszcząc brwi. Jego głosem nie targała żadna emocja, lecz mimo wszystko medyczka doszukała się w nim arogancji i fałszu.
— Nie kłam! — wrzasnęła zirytowana zachowaniem kocura. Łatwo mu było zgrywać niewiniątko, podczas gdy Łezka samotnie musiała wychowywać swoje pociechy. — Przestań udawać głupka i zajmij się swoimi kociętami! Myślisz, że możesz tak sobie uciekać od obowiązków? Nie na mojej warcie! Fiołek i Jasność potrzebują ojca, a ty sobie tutaj zarywasz do innych kotek! — prychnęła.
Wojownik zrobił wielkie oczy i przez moment kompletnie zaniemówił.
— Ja? Że niby ja? Że niby jestem ojcem jakiegoś Fiołka i Jasności? Wypraszam to sobie! Pierwszy raz w życiu słyszę te imiona! — oburzył się, chyba trochę zapominając o tym, z kim rozmawia.
— Oczywiście, że pierwszy raz, ponieważ w ogóle się nimi nie opiekujesz! Radzę ci dobrze, żebyś w końcu zaczął zachowywać się jak przykładny tatusiek, albo poproszę Mandarynkową Gwiazdę, żeby wysłała cię do Klanu Wilka na przymusowe wykonywanie prac roboczych! — zaczęła mu grozić.
Morszczynowy Wąs nie wyglądał na zadowolonego, ale raczej nie widziało mu się dyskutować z upartą księżniczką.
— Dobrze, dobrze. Będę opiekować się tymi dzieciakami — rzucił od niechcenia, szybko poddając się w kłótni z medyczką. — Ale nie chcę mieć z nimi nic do czynienia, gdy już zostaną uczniami — oznajmił.
Czarnofutra była oburzona, że w ogóle śmiał stawiać jakieś warunki, lecz mimo wszystko postanowiła mu odpuścić. Ważne było to, że przynajmniej zgodził się zająć nimi, gdy wciąż były kociakami.
— Świetnie. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia — mruknęła, uśmiechając się do niego sztucznie.
Po chwili odwróciła się na pięcie i prędkim krokiem ruszyła w stronę obozu.
— No, na co czekasz?! Nie będę ryzykować tym, że jeszcze ani razu nie zajrzysz do żłobka, więc zrobisz to teraz, pod moim nadzorem!
* * *
Teraźniejszość
Ostatnio obiło jej się o uszy, że ktoś w legowisku starszyzny narzekał na swój stan zdrowia. Nie było to oczywiście niesłychane, gdyż starsi cały czas narzekali na bolące stawy i mięśnie, lecz tym razem chodziło o coś innego. Coś, czemu mogła zaradzić medyczka. W wolnym czasie dymna postanowiła wstąpić do oazy dla emerytowanych Nocniaków i sprawdzić, kto taki zachorował.
— Dzień dobry! Słyszałam ostatnio dobiegające stąd lamenty. Czyżby komuś działa się jakaś krzywda? — mruknęła, wchodząc do środka.
Od razu spojrzała w jej stronę jej matka — Spopielona Alga. Gąbce nie podobało się jej nowe imię. Mandarynkowa Gwiazda zapewne nadała je tylko po to, by uprzykrzyć jej życie! To w końcu nie wina Algi, że się starzała, a na jej pysku pojawiały się siwe włoski. Niemiło było jej tak wypominać, że życie nie trwa wiecznie i za niedługo dołączy do Klanu Gwiazdy…
Dymna przełknęła głośno ślinę na tę myśl. Nie chciała tracić kolejnego członka rodziny, po tym, jak straciła już siostrę. Przynajmniej już niedługo Mątwie Marzenie będzie mogła ponownie przytulić swoją matkę, a potem już wspólnie przyjdzie im czekać na dołączenie Gąbczastej Perły.
— Och, tak, Gąbko. Ja zraniłam się ostatnio w łapę — odezwała się w końcu była zastępczyni, uśmiechając się do swojej córki.
Brązowooka skinęła głową i natychmiast podeszła bliżej starszej kotki, która wyciągnęła kończynę w jej stronę. Futro na niej było wyraźnie splamione krwią, a pod sklejonymi szkarłatem włosami rozpościerała się rana.
— Mamo! Siedzisz całymi dniami w legowisku starszych, a potem kończysz z takim czymś na łapie… Gdzie sobie to zrobiłaś? — zdziwiła się. Nie można jej było zostawić nawet na uderzenie serca… Ktoś powinien ją cały czas obserwować, bo zaraz jeszcze skończy bez nogi!
— Cóż, długa historia… — westchnęła starsza, odwracając wzrok od córki. — Ale zaradzisz coś na to, prawda? Chyba jeszcze nie wdała się infekcja — stwierdziła, przekrzywiając głowę na boki.
Dymna skinęła łebkiem.
— Oczywiście. Przecież od tego są medycy, nie? Te mordercze treningi u Ró- — przerwała nagle, przypominając sobie, że przecież jej była mentorka również przebywała teraz w legowisku starszyzny. — No, nieważne. Pójdę po jakieś zioła i zaraz wrócę, by ci to opatrzyć.
Pędem czmychnęła w stronę lecznicy, by ze składziku wyciągnąć jakieś zioła, które pomogłyby zapobiec infekcji. Przy składziku przecisnęła się przez Klekoczącego Bociana, który akurat opatrywał ugryzienie przez szczura, i spojrzała na półki. W oczy rzucił jej się szczaw, lecz ten od razu przywiódł jej na myśl Szczawiowe Serce. Gąbczasta Perła przesunęła powoli wzrokiem po reszcie roślin i wreszcie zdecydowała się wziąć ze sobą skrzyp.
Szybko wróciła z lekarstwem do swojej matki, przy okazji już przeżuwając je na papkę. Gdy wkroczyła do legowiska starszych, Alga ponownie wysunęła swoją łapę, którą wcześniej musiała nieco wylizać, gdyż teraz wyglądała już lepiej. Gąbka nałożyła na nią papkę, a potem owinęła ją pajęczyną, którą zabrała razem ze skrzypem.
— No, do kolejnego ślubu się zagoi — stwierdziła medyczka, uśmiechając się do Spopielonej Algi.
— Po tym, co wydarzyło się ostatnio, to nie wiem, czy Mandarynkowa Gwiazda zgodzi się przeprowadzić jakikolwiek ślub. Tamten był naprawdę… tragiczny — westchnęła starsza, odwracając wzrok od czarnofutrej.
— Och, był… Szkoda mi Ulewnego Szkwału, wydawał się taki obiecujący. Pamiętam, gdy opowiadałam mu o tym, że czekoladowe koty zostały stworzone z błota. Nie wierzę, że zakochał się w kotce, która spoufalała się z kimś tak brudnym… — prychnęła brązowooka, po czym polizała się po piersi. — W każdym razie muszę już iść. Ostatnio, jak rozmawiałam z Senną Łzą, powiedziała mi, że Pyza i Bzyczek zachowują się jakoś dziwnie, lecz mimo wszystko Fląderka milczy na ten temat. Nie wiem, może próbuje wyleczyć ich siłą własnego umysłu — stwierdziła, przewracając oczami. — Nie, żeby mnie jakoś nadto interesował los tych czekociaków, ale nie mogę przecież pozwolić im umrzeć. Jeszcze tak zła nie jestem… raczej.
Po tych słowach skinęła Aldze głową na pożegnanie i wybyła z legowiska starszych, nim czarno-biała zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Właściwie… czy ktoś miałby jej za złe, gdyby pozbyła się tych dwóch czekoladowych kociaków? Oprócz Fląderki oczywiście, która zdawała się przywiązać do Pyzy i Bzyczka. To jednak nic dziwnego. W końcu dziwaki muszą wspierać innych dziwaków.
Gąbczasta Perła zajrzała niechętnie do żłobka. Tym razem nie po to, by odwiedzić Senną Łzę, Fiołkę i Jasność, a po to, by zająć się jakimiś brudasami. Nieszczególnie ją to cieszyło, ale mimo wszystko zmusiła się do wyszczerzenia ząbków i podejścia do Fląderki, przy której leżała dwójka kociąt. Przeklętych. Nieszczęsnych. Ale wciąż kociąt.
— Słyszałam, że prócz czekoladowego futra coś jeszcze jest z nimi nie tak — zagaiła medyczka, wpatrując się wprost w odrzutka.
Fląderka bez słowa trąciła nosem wpierw Pyzę, a potem Bzyczka, zmuszając ich do przybliżenia się do Gąbki. Na pierwszy rzut oka można było dostrzec, iż czekoladowy kocurek miał zwichniętą tylną łapę. Pyza z pozoru wyglądała dość zwyczajnie — to znaczy, nie miała żadnych szczególnych oznak choroby. Wyuczone oko, takie jak Gąbki, dostrzegłoby jednak, że kociczka wygląda na słabą i odciętą od rzeczywistości.
— Och. Czyżby twoje mleko im szkodziło? Cóż, widzę, że wyżywasz się nie tylko na swoich biologicznych kociętach, ale też i na tych przybranych. Jeszcze chwila, a Pyza i Bzyczek także stracą głos, jak Centuria — prychnęła.
Fląderka zniżyła głowę, jakby myślała, że jeśli nie widzi Gąbki, to ona jej też nie widzi.
— Pyza… prawie nie śpi… od kilku dni — wyjaśniła w końcu, po czym zamilkła.
Brązowooka pokręciła głową. Świetnie. Będzie musiała marnować zioła na te pokraki.
— Pewnie przestraszyła się twojego pyska. Dobrze, że mi jeszcze nie zaczęłaś się śnić po nocach — odburknęła.
Może była zbyt ostra? Pewnie tak. Lecz ostatnio wszystko ją denerwowało. Odkąd tylko zobaczyła na własne oczy morderstwo Mewiego Puchu, a potem przeżyła grożenie Niedźwiedziówki, często chodziła spięta. Te resztki cierpliwości, które niegdyś w sobie miała, już dawno z niej wyparowały.
— Zaraz wrócę tu z ziołami — zapowiedziała po jakimś czasie stania w ciszy i od razu ruszyła do składziku. Na bezsenność jak zwykle mak. Nad tym nawet nie musiała się zastanawiać. Na zwichnięcie… korzeń żywokostu.
Wzięła z lecznicy oba te zioła i wróciła do kociarni, by zająć się Pyzą i Bzyczkiem. Z czekoladową szylkretką poszło szybciej, gdyż nawet nie musiała nic przeżuwać. Z kocurkiem było trochę gorzej, gdyż musiała przeżuwać korzeń na papkę. W końcu jednak wysmarowała łapę Bzyczka przygotowanym lekarstwem.
Nie żegnając się nawet, odwróciła się od kociąt i Fląderki, lecz nim postawiła choćby jeden mały kroczek w stronę wyjścia, zamarła w bezruchu.
W progu stał Błoto, a za nim można było dostrzec sylwetkę Niedźwiedziówkowego Pyłu. Gąbczasta Perła zmarszczyła brwi i przepchnęła się przez wyjście, ignorując obecność czekoladowego więźnia.
— Niedźwiedziówko! — fuknęła do buraski. — Miałaś pilnować więźniów! Co ty tu robisz? — zdenerwowała się, lecz gdy tylko wojowniczka przybrała poważny wyraz pyska, nieco ochłonęła. Odwróciła od niej wzrok, obawiając się, że za ten wybuch Niedźwiedziówka będzie chciała wymierzyć jej jakąś karę. Czy zabije ją za to? A co, jeśli spełni swoje groźby i zrobi krzywdę Sennej Łzie lub jej kociętom?
— To nie moja wina! Błoto twierdził, że źle się czuje i musisz go obejrzeć — odparła buraska, przewracając oczami. — Poza tym nie nerwuj się tak, Gąbko. Złość piękności szkodzi — oznajmiła, uśmiechając się głupkowato.
Czarnofutra strzepnęła ogonem.
— Dobrze… rozprawię się z nim, a ty wracaj do pilnowania reszty więźniów… — mruknęła, próbując zachować spokój i nie pozwolić na to, by jej głos zadrżał. — Jeśli Bagno odważy się uciec pod twoją nieobecność, to Mandarynkowa Gwiazda ci nie odpuści — dodała, próbując przekonać samą siebie, że Niedźwiedziówka jest tylko zwykłą członkinią Klanu Nocy, a nie najprawdziwszą morderczynią.
— Niech ci będzie. Ale jeśli ten czekot zacznie ci podskakiwać, to krzycz. Można powiedzieć, że mam kilka pomysłów na to, jak go-
— Dobra, dobra! Chyba słyszę, jak Bagno próbuje wydostać się poza wyspę! Lepiej to sprawdź! — pośpieszyła ją.
Gdy Niedźwiedziówka zniknęła w wyjściu z azylu, Gąbka odwróciła się w stronę czekoladowego więźnia.
— No proszę, a miałeś już zostawić mnie w spokoju. Możesz mi wyjaśnić, co ty tu znowu robisz? Jakoś ciężko mi uwierzyć w to, że na tym odludziu tak często chorujesz — prychnęła.
<Błoto?>
Od Firmamentowej Łapy
⚜⚜⚜⚜┄┄Zgromadzenie┄┄ ⚜⚜⚜⚜
Dumnym krokiem szedł pomiędzy kotami, co jakiś czas skinając głową i witając się grzecznie z innymi. To było jego pierwsze zgromadzenie, więc chciał się dobrze zaprezentować. Na jego pyszczku gościł uśmiech, który był szczery. Może i był bardzo poważnym kocurkiem, ale był też miły i odczuwał szczęście (kto by pomyślał). Zatrzymał się, gdy przed jego pyszczkiem pojawił się rudy kocur. Poczuł jego zapach, wnioskując, z którego jest klanu.
— Och, witam. Jesteś z Klanu Burzy, prawda?
Urokliwy młodzieniec spojrzał na nieznajomego pustymi wzrokiem. Przyglądał mu się w długiej ciszy z jego strony. Głębokie niczym dziura ciemnogranatowe oko zatrzymało się na oczach Klifiaka.
— Dobry wieczór — wymamrotał cicho, bacznie go obserwując. — Tak, pochodzę z Klanu Burzy. Jestem uczniem przewodnika i nazywam się Kurza Łapa — rzekł nazbyt chłodno i oficjalnie, choć z pyska drugi kocur nie umiał wyczytać emocji. Burzak miał na sobie tę aurę tajemniczości, która wręcz kusiła, aby się zbliżyć do srebrzystego rudzielca. — Jak się zwiesz, Klifiaku? — zapytał, przekrzywiając główkę na bok. Huk zgromadzenia kompletnie przytłaczał Klifiaka, przez co nawet nie złapał w pełni tego, co mówił rozmówca.
— Mam na imię Firmamentowa Łapa, a ty? — zapytał grzecznie, przyglądając się rudemu. Zaciekawił go tym „przewodnikiem”, nie posiadają takiej roli w Klanie Klifu. Chętnie pozna jej szczegóły, może nawet o nie sam zapyta, gdy tylko ten mu się przedstawi. Zmrużył oczy i zmarszczył brwi.
— Powiedziałem już, jak się nazywam. Czyżbyś mnie nie słuchał? — miauknął, zachowując spokój. Westchnął ciężko i zanim Firmamentowa Łapa mógł się wybronić, wymamrotał: — Nazywam się Kurza Łapa.
— Przepraszam, jest tu strasznie głośno… — speszył się lekko. — Jeśli mogę zapytać, kim są przewodnicy? Zaciekawiłeś mnie tym.
— Nie ma u was przewodników? — zapytał, szczerze zdziwiony. Mimo to postanowił mu przybliżyć ową rangę Klanu Burzy. — Przewodnicy zajmują... Przewodnicy zajmują się znakomitą orientacją po terenie Klanu Burzy. To tyle. Czy u was jest coś również wartego uwagi?
— Mamy protektorów, którzy zajmują się zdrowiem psychicznym klanu. — odpowiedział kocurowi, patrząc na niego z zaciekawieniem.
— ...Czy coś jeszcze chcesz wiedzieć o nas, sojuszniku? — zapytał ciszej. — Może powinniśmy odejść od tłumu i zasiąść na brzegu Bursztynowej Skały. Tak będzie najłatwiej rozmawiać. Odwrócił się do niego wtedy tyłem i zaczął z gracją wymijać koty, idąc w stronę wymienionego wcześniej celu. Podążył za kocurem, skinając jeszcze głową, zanim się odwrócił. Faktycznie przydałoby się cichsze miejsce… Gdy dotarli w wyznaczone przez rudego miejsce, zastanowił się nad jego wcześniejszym pytaniem.
— Jakie jeszcze macie role w waszym klanie? Chętnie dowiedziałbym się o nich. Z tego, co słyszałem, to kilka ich jest.
Kurza Łapa usiadł na brzegu Bursztynowej Skały i przyjrzał się nowemu znajomemu.
— Są przewodnicy i kronikarze. Ci drudzy zajmują się gwiazdami, przeszłością klanów, poznawaniem świata... zagłębiają się też w wiary, jakie są tu powszechne. Są też Minarzy. Parszywi zdrajcy, odrzutki — wycedził urokliwy uczeń przez zaciśnięte szczęki, wbijając wzrok w kamień. Wyraźnie ostatnie dwa zdania wprawiły go w nie przyjemny nastrój.
— Gwiazdami? Zawsze się nimi interesowałem, mój ojciec wiele mi o nich opowiadał… Czy robią coś jeszcze? Wydaje się to być dość ciekawe…
— Tyle, ile ci powiedziałem, musi ci wystarczyć, Firmamentowa Łapo. Kronikarze są dosyć skryci. — Spojrzał w gwiazdy. — ... Również mamy własne "zodiaki", pod jakimi się rodzimy. Według ich prognoz ja z własną siostrą zostałem urodzony pod zodiakiem Sowy. A przynajmniej tak pamiętam... — wymamrotał, dzieląc się z nim większą ilością informacji.
— Jesteś w stanie stwierdzić, jaki ja mam zodiak? — przekręcił na bok łbem.
— ...Nie. Aby ustalić zodiak, trzeba znać twój dzień urodzenia i w ogóle... kronikarskie sprawy... — wymamrotał niechętnie, patrząc na niego kątem oka.
— Domyślam się, pytam, czy jeśli ci ją podam, to czy będziesz w stanie stwierdzić, jaki mam.
— Hm... jasne. — Rudy odpowiedział widocznie niechętnie, ale nie zniechęciło to pointa. Chciał dowiedzieć się jak najwięcej.
— Urodziłem się osiem księżyców temu, o świcie. Była zima, chyba dość słonecznie jak na nią. — odpowiedział kocurowi.
— Aha... bardzo dokładnie. Może chciałbyś zostać Klifiackim kronikarzem? — zapytał. — Może jesteś Ćmą. Istotą obserwującą, unikającą konfliktu. Ćmy... one chyba używają sprytu.
— Zazwyczaj jestem dość dokładny, staram się. Co do zostania kronikarzem, gdybym tylko mógł, to zostałbym nim, tak szczerze. — wtedy właśnie podeszła do nich kotka z innego klanu. Uśmiechnął się do niej.
— Cześć, jestem Psianka, z Owocowego Lasu. A wy? — Kotka z uśmiechem na pyszczku podeszła do nich, więc point odpowiedział tym samym.
— Och, witam. Miło poznać. Jestem Firmamentowa Łapa.
— Dobry wieczór, Psianko, sojuszniczko — miauknął, nie wysilając się na jakiekolwiek czułe gesty. — Nazywam się Kurza Łapa i pochodzę z Klanu Burzy...
— O jeju to super! A znasz może moje rodzeństwo? Łza i Zew odeszli tak dawno… długo ich nie widziałam! Co u nich? Jakie rolę obrali? — zadała masę pytań Burzakowi, spoglądając na Firmamenta. Trzeba było przyznać, miała… Dużo energii. Nie był tego fanem, jednak nadal miał zamiar pozostać miłym. — Frina… Firanentowa? Firankowa? Trudne masz imię… Możesz powtórzyć? — zapytała zakłopotana.
— Firmamentowa Łapa. Wiem, łamie język. Ale podoba mi się, to inaczej niebo. Nawiązuje do Klanu Gwiazdy, w pewien sposób.
— Ach, tak... Łzawa Łapa i Milknąca Łapa. Oczywiście. To moi przyjaciele — odparł z nerwowym uśmiechem, po tym, jak cofnął się trochę zalany falą pytań. Następnie przysłuchiwał się rozmowie Psianki z Firmamentową Łapą.
— Oh jakże piękne mają imiona! Będę musiała wkrótce ich odnaleźć… Są tutaj prawda? — zadała kolejne pytanie, po czym spojrzałam na kocura o ciężkim imieniu. — Firmamentowa Łapa… Bardzo ładne, prawie zapomniałam, że wy nie wierzycie we Wszechmatkę! Na kogo się szkolicie? Ja właśnie zdałam test na Zwiadowczynię, a mam tylko 10 księżyców!
— Wszechmatkę? Nie miałem pojęcia, że są inne wiary od Klanu Gwiazdy. Brzmi ciekawie. — Może i był bardzo wierzący, jednak szanował poglądy innych kotów i chętnie dowiadywał się o nich więcej. Chyba że są krzywdzące… — Ja szkolę się na wojownika. — choć wolałbym na kogoś innego… Dodał w myślach. Nie czuł się wcale dobrze w tej roli… Rudy kocur zdecydował się odezwać.
— Ja za niedługo skończę swój trening. Łzawa Łapa szybko się uczy, natomiast wasz Zew... — cmoknął. — Cóż, radzi sobie. Jakoś.
— O, cieszę się. Wszechmatka dba o wszystkich Owocniaków, jest dla nas tym samym, co dla was Klan Gwiazdy. — odparła, nie siląc się na dłuższe opowieści.
— Fascynujące… Cóż, może kiedyś jak będzie więcej czasu, może uda się bardziej o tym porozmawiać. Chętnie usłyszę więcej. — Firmament uśmiechnął się ciepło.
— Też mam taką nadzieję, a teraz wybaczcie, idę poszukać swojej rodziny. — Po tych słowach kotka odeszła, a rudy kocur poszedł w jej ślady, po pożegnaniu się z pointem. Firmamentowa Łapa został sam, jednak nie przeszkadzało mu to wielce. Zdecydował się zwrócić się do liderów, słuchając ich przemówień.
⚜⚜⚜⚜┄┄Dzień śmierci Jastrzębiego Zewiu┄┄ ⚜⚜⚜⚜
Obudził się z samego rana, gdyż wcześniej został wybrany do porannego patrolu łowieckiego, co przekazał mu jego mentor. Wyszedł z legowiska, uważając na uczniów, którzy jeszcze słodko chrapali. Trochę im zazdrościł, jednak wiedział, że zwierzyna sama się nie złowi. Czekał jako pierwszy przy wyjściu z obozu, a gdy zobaczył go wstający dopiero Wzburzony Kormoran, na jego pyszczku dało się zauważyć lekkie zdziwienie.
— Firmamentowa Łapo, wstałeś tak wcześnie?
— Tak. Wolę być wcześnie niż późno na miejscu zbiórki. — odpowiedział kocur, skinając mu głową na przywitanie.
— Cóż, racja… — Kocur odwrócił się, widząc, że w ich stronę zmierza reszta patrolu, czyli Tygrysi Język i Słoneczne Oko. Gdy już dotarli, jednogłośnie zdecydowali się na wcześniejsze wyjście z obozu, skoro już wszyscy zdążyli się zebrać tak szybko. Najwyraźniej żadne z nich nie chciało się spóźnić… Po dość krótkiej wędrówce dotarli na Kacze Bajorko, gdzie zdecydowali się zapolować. Firmamentowa Łapa przyglądał się dziwnemu ptactwu, którego nigdy wcześniej nie miał okazji zaobserwować. Wyglądało całkiem inaczej niż mewy, które spotykał o wiele częściej na ich terytorium. Wzburzony Kormoran stanął obok niego, wskazując na kaczki.
— Możemy spróbować na nie zapolować. Nie będzie łatwo, ale myślę, że dasz sobie radę. — Firmament spojrzał na mentora niepewnie, gdy wypowiedział te słowa. Jeśli miał być szczery, to nie był wcale jakiś dobry w polowaniu, w sumie w walce też nie. Jednak westchnął, przybierając uśmiech, po czym skinął głową kocurowi. Podeszli bliżej bajora, aby móc znaleźć dobrą ofiarę. Gdy już kocur wypatrzył młodszą kaczkę, zaczął się skradać. Powoli zbliżał się do ptaka, aż gdy tylko wyczuł według siebie dobry moment, wyskoczył. Cóż, dobry moment faktycznie był tylko według niego, gdyż wylądował na ziemi tuż po tym, jak kaczka odleciała spod jego łap. Kocur otrzepał się, patrząc na swoje puste łapy. Między palcami miał jedynie pióro, które z niej wypadło. Westchnął, po czym zwiesił głowę. Nie robił żadnych postępów, jeśli chodzi o polowanie czy też walkę, co łatwo dało się zauważyć. Może i to pierwszy raz, gdy próbuje złapać większą zwierzynę, jednak z małą również ma problemy… Usłyszał, jak jego mentor podchodzi do niego, więc podniósł się, siadając na trawie. Odwrócił łeb w jego stronę ze słabym uśmiechem, na co starszy stanął w miejscu.
— Cóż, nie tym razem… Może następnym mi się uda. — Chciał chyba bardziej pocieszyć samego siebie niż mentora. Jednak ten następny raz nie nadszedł. Nie udało mu się złapać kaczki, więc Wzburzony Kormoran odpuścił, pocieszając go. Finalnie udało mu się zanieść do obozu nędzną mysz, jednak i to było dobre w jego przypadku. Gdy dotarli do obozu, odłożył mysz na ziemię, patrząc na mentora. — Czy mogę zanieść tę mysz Jastrzębiemu Zewowi? — Nadzieja pojawiła się na jego pysku. Być może karmicielka będzie z niego dumna, w końcu była dla niego lepszą matką, niż Truskawkowe Pole.
— Tak, jasne. Jeśli jesteś w stanie, to zanieś coś potem jeszcze do starszyzny. — odpowiedział mu mentor, na co kocurek skinął głową. Podniósł znów swoją zdobycz, zmierzając teraz do legowiska karmicielek. Jastrzębi Zew na pewno będzie zadowolona nawet i z tej myszy, a przecież zawsze może jej przynieść coś więcej. Opowie jej o dzisiejszym szkoleniu, a potem zobaczy, jak mają się kocięta w żłobku. Pomimo braku zainteresowania zabawami, interesowały go kocięta. Być może po prostu widział w nich młodszego siebie, jednak… Miały one kochającą ich matkę, z czego cieszył się, choć sam chciałby tego zaznać. Idąc usłyszał, jak z legowiska dociera do niego rozmowa kotek. Nastawił uszu. Wydawały się być zdruzgotane. Czyżby coś się stało? Pojawił się w wejściu do legowiska.
— Wszystko okej? Czy coś się stało? Jastrzębi Zewie, przyniosłem ci… — Nie dokończył, a mysz wypadła z jego pyska. Rozżarzona Pieśń i Psotny Nietoperz siedziały teraz nad kotką, która… Nie ruszała się. On sam zastygł. Przez chwilę świat przestał się ruszać. Czas stanął, a on widział tylko ją. — Jastrzębi Zewie..? — Wydusił z siebie w końcu, z szokiem wpatrując się na kotkę. Do legowiska weszła Księżycowa Aldrowanda, zawołana zapewne przez jedną z kotek. Podeszła szybko do ciała, przechodząc obok ucznia, jakby był duchem. Uspokoiła kotki, mówiąc im, żeby zajęły się kociętami. On sam powoli, czując, jakby jego łapy stały się nagle cięższe, podszedł obok.
— Czy ona… — zaczął cicho pomimo tego, że znał już odpowiedź. Kotka schyliła się, wąchając Jastrzębi Zew, sprawdzając po chwili, czy oddycha. Uniosła łeb, spoglądając na kocura.
— Tak mi przykro, Firmamentowa Łapo. Jastrzębi Zew dożyła bardzo wielu księżyców. Niech Klan Gwiazdy ma ją teraz w opiece… Czy mógłbyś zawołać kogoś, kto pomoże ci wynieść jej ciało..? — Firmament spojrzał na medyczkę. Czuł się tak, jakby miał zaraz wylać z siebie morze łez. Jednak nie miał zamiaru się przed nią rozklejać. Skinął głową, po chwili ruszając w stronę legowiska wojowników. Zajrzał do środka, widząc Wzburzonego Kormorana.
— Wzburzony Kormoranie..? — Głos lekko załamał mu się, na co mentor odwrócił się od razu.
— Firmamentowa Łapo? Coś się stało?
— Jastrzębi Zew, ona… Nie żyje… — powiedział cicho. — Czy… Czy pomożesz mi wynieść jej ciało na środek obozu..?
— Dobrze, ja… Już idę. — odpowiedział mu zszokowany lekko wojownik. On sam najwyraźniej nie spodziewał się, że kotka nagle odejdzie. Podążył za uczniem do legowiska karmicielek, gdzie te nadal próbowały odwrócić swoją uwagę od tragedii, opiekując się kociętami. Księżycowa Aldrowanda już podała im zioła uspokajające, aby pomóc im choć trochę. Spojrzała na kocura, który wszedł teraz do legowiska.
— Pójdę po któregoś z protektorów… — Nie zdążyła nawet się ruszyć, gdy do środka szybkim, nerwowym krokiem wszedł Puszysta Nerina, szukając wzrokiem swojej partnerki. Westchnął z ulgą, widząc, że nic jej nie jest. Spojrzał na medyczkę, zapewne słysząc jej wcześniejsze słowa.
— Ja się nimi zajmę. — Gdy to powiedział, medyczka skinęła mu głową i wyszła z legowiska, aby pójść do Lśniącej Gwiazdy. Natomiast on i jego mentor zajęli się wyciągnięciem ciała z legowiska i przygotowaniem go na czuwanie.
»»————- ⚜ ————-««
— Dzisiejszego dnia musimy pożegnać się z kotką, która od wielu księżyców zajmowała się kociętami w naszym żłobku. Jastrzębi Zew odeszła spokojnie w nocy, dołączając do naszych przodków na srebrnej skórze. Niech Klan Gwiazdy ma ją w opiece. O świcie jej ciało zostanie zaniesione na Pogrzelisko, a dzisiejszej nocy odbędzie się czuwanie. — obwieścił Lśniąca Gwiazda klanowi. Firmamentowa Łapa patrzył na swoje łapy przez cały czas, nadal mając obraz kotki przed sobą. A miał przecież spędzić przy niej jeszcze czuwanie. Gdy wszyscy się rozeszli, niektórzy zebrali się na wieczorny patrol, a niektórzy udali się do legowisk. Przy samej kotce zostało jednak wiele pobratymców, którzy przyszli jej złożyć pożegnanie. Firmamentowa Łapa powoli udał się również w jej stronę, kładąc się przy jej ciele. Zanurzył w jej futrze swój pysk, aby nikt nie widział, jak z jego oczu uciekały łzy… Nie chciał, aby pobratymcy uważali go za słabego. Ani duch Jastrzębiego Zewiu. Miał nadzieję, że spogląda na niego i że być może jest jeszcze w stanie okazać mu ostatni raz dumę…
»»————- ⚜ ————-««
Z rana zdeklarował się do wyruszenia razem z patrolem, który miał pogrzebać kotkę. Szedł za wojownikami, którzy nieśli ją na Pogrzelisko. Nie odzywał się całą drogę. Nie czuł się na siłach. Nie potrafił w sumie wydusić z siebie ani słowa. Gdy dotarli, wojownicy zaczęli kopać dziurę. Przeciągneli jej ciało do dołu, po czym zakopali ją, a on do ostatniej sekundy patrzył na nią z tęsknotą. Na jej grobie ułożyli pióra oraz kamienie, które zebrali od jej bliskich. Zwrócili się po chwili ciszy w stronę obozu. Jeden z nich odwrócił się, patrząc na Firmamenta.
— Firmamentowa Łapo, choć, wracamy do obozu. — Nie odezwał się na miękki głos wojownika. Podeszedł bliżej pochówku, zostawiając na nim złapaną wcześniejszego dnia mysz.
— Niech Klan Gwiazdy ma cię w opiece, Jastrzębi Zewie. — wyszeptał cicho, po czym powoli odwrócił się w stronę dwójki wojowników, idąc razem z nimi powoli do obozu.
[2410 słów]
Od Chudego Grzbietu CD. Nocnego Śpiewaka
Poprzednie Zgromadzenie
Szedł smętnie obok Roztargnionego Koperka, zerkając niepewnie w stronę Cisowego Tchnienia. Może dzisiaj odpuści siedzenie z medykami i poszuka jakichś hm...znajomych?
Chudy jak sobie obiecał, tak planował zrobić. Poszukać znajomych! Gorzej tylko z wykonaniem... Rozejrzał się po obecnych kotach. W końcu dźwignął swój wychudzony tyłek i przeszedł się po skale. Jego oczy dostrzegły buro białe futro i postanowił spróbować.
— Gorący wieczór nie? — Zagaił, podchodząc. — Codziennie mam wrażenie, że umrę.
— Jest okropnie. — przyznał, parskając śmiechem. — Ale przynajmniej owoce u nas rosną. Nie są najlepszym jedzeniem, ale ładnie wyglądają.
Nieznajomy przyjrzał się kocurowi. Chudy poruszył końcówką ogona.
— Jestem Guziczek, a Ty?
— Guziczek? Dziwne te imiona macie. — Skomentował.
— Krótkie, łatwe. — Bury przewrócił oczyma.
— Owoce? Jakie owoce? Wy jecie takie rzeczy?? Dziwaki. — Dodał jeszcze Chudy bez ogródek.
Zakasłał, bo mu przez gorąc zaschło w gardle. Sądząc po wypowiedziach kocura oraz po jego imieniu, Chudy wnioskował, iż należał do Owocowego Lasu. Wiedział, iż koty z tej społeczności przywdziewają na całe życie imiona jednoczłonowe - nie tak jak pozostali.
— Ja jestem Chudy Grzbiet, będę najlepszym medykiem w Klanie Wilka. — Przedstawił się.
Owocniak zamyślił się na chwilę, wzbudzając tym ciekawość młodego medyka.
— Mamy jabłka. Niektóre są specjalne. — uśmiechnął się szeroko. Słysząc wzmiankę o ambitnych planach kocura, machnął ogonem. — Powodzenia. Ja kiedyś będę władcą wszystkich. — wypiął dumnie pierś.
Chudy zaśmiał się skrzekliwie. Podrapał swój bok, z którego poleciały cząsteczki jego skóry. Nadstawił uszy na wypowiedź o jabłkach.
— Co ty gadasz? Jakie specjalne jabłka? Weź mi powiedz coś więcej, Ty przyszły władco wszystkich, hehe. — Zachichotał. — Najpierw będziesz musiał pokonać naszą Liderkę tyrankę, a z tego, co wiem, to ona jest prawdziwym wrzodem na tyłku. Ale nie na moim, tylko na wszystkich, chociaż czasem mam wrażenie, że mnie nie lubi, co w sumie mnie nie dziwi. Mało kto mnie lubi, ale co poradzisz, kiedy jesteś geniuszem?
Guziczkowi wcale nie spodobała się odpowiedź kocura, więc delikatnie się skrzywił.
— Jak jabłko spadnie, a jest za ciepło, to zaczyna śmiesznie smakować. Mogę Ci przynieść następnym razem!
Bury medyk otworzył szerzej oczy.
— Powaga? Ej, a weźmy tak zróbmy... — Miauknął ciszej, rozglądając się jeszcze na wszelki wypadek dookoła. Nie chciał, żeby jakieś nieproszone uszy zasłyszały... — Myślisz, że te jabłka będą dobre do... eksperymentów? — Szepnął. — Bo wiesz, jestem medykiem i lubię czasem coś tam sobie... popróbować nowego.
Guziczek kiwnął głową na jego pierwsze pytanie, ale na kolejne już zmarszczył brwi.
— Mogą być dobre. — Przyznał niepewnie. — Ale może najpierw testuj na sobie? Nie chcę, żeby potem było, że kogoś zabiłem czy coś! Nie mogę zepsuć swojej reputacji.
Chudy potarł łapkami o siebie jak jakiś gremlin.
— Nie, nie, nie martw się takimi rzeczami! — Miauknął. — Ja wszystko najpierw na sobie testuję... hehe. To jak, na następnym zgromadzeniu przyniesiesz mi po jednym takim jabłku?
— Mogę spróbować, ale nic nie obiecuję!
— Trzymam kciuki, Guziczku! — Miauknął. — Dasz radę i pamiętaj, to w imię nauki!
Guziczek parsknął śmiechem. — Jak ci już przyniosę to jabłko, to mam nadzieję, że pomożesz mi wygrać z tą waszą liderką.
Medyk z Klanu Wilka zarechotał.
— Mogę spróbować zdobyć informacje na jej temat... — Mruknął. — Ale jest już stara, więc myślę, że bez większego problemu ją pokonasz! Sam czekam, aż już kopnie w kalendarz.
Następnie kocury rozeszły się, każdy w swoim kierunku. Bury medyk przez resztę zgromadzenia zastanawiał się, co to są te jabłka, jak one wyglądają i smakują. Hah… niedługo się tego dowie!
~*~
Zgromadzenie
Chudy Grzbiet był w bardzo dobrym nastroju, jak na niego. Nucił coś pod nosem, przygotowując się do drogi na wyspę. ON! NUCIŁ! W dodatku cieszył się, że idą na Zgromadzenie!
Czyżby Chudy Grzbiet był chory? Na pewno, a jego zachowanie nie umknęło z pewnością Cisowemu Tchnieniu oraz Roztargnionemu Koperkowi. Oba koty jednak nie komentowały nic głośno, zachowując ewentualne uwagi dla siebie. Kto wie, może później wezmą go na rozmowę…
Gdy dotarli na wyspę, Chudy ziewnął przeciągle. Podrapał swój grzbiet, cały czas skanując niebieskimi oczyma okolicę. Kichnął, a z jego nosa zaczął dyndać glut, którego otarł nieelegancko łapą. Resztę wciągnął z powrotem, mlaszcząc przy tym, jakby zjadł jakiś rarytas.
Rozejrzał się, a gdy jego oczom ukazał się owocniak z zeszłego Zgromadzenia, otworzył pyszczek. Szare oczy podążyły za nim, próbując dostrzec czy miał to... na co się umawiali.
Gdy dostrzegł, iż kocur też go szuka, wstał i z ogonem w górze podszedł ku niemu, oraz jego partnerowi.
— Dobry chłodny wieczór — miauknął do owocniaka. — Przejdziesz się ze mną na stronę?
Buro biały uśmiechnął się uspokajająco do swojego partnera i odszedł z Wilczakiem na bok.
— Możesz poczekać jeszcze kilka dni. Ale już zaczyna fermentować. — mruknął, podając mu jabłko. — Więc zadziała. Do czegokolwiek tego potrzebujesz…
Oczy zaświeciły mu się jak dwa diamenty. Ten owoc był miękki i jakby trochę obity, nawet nieco zalatywał... zupełnie jak on! Dogadają się... ciekawe tylko jak mógł tego użyć?
— No do eksperymentów oczywiście! — Miauknął. — Hehehehe.... jak wy to...? Smakujecie? Normalnie koty u was to jedzą? Czy robicie z tego maść albo eeee no nie wiem, herbatkę?
— Raczej nie. To dla nas po prostu owoc. Jest kwaśny. Niedobry. Młode koty jedzą dla zabawy.
Zastanowił się. Kwaśny? Niedobry? Ale czy aby na pewno? Nie byłby sobą, gdyby nie chciał spróbować na własnej wysuszonej skórze. Nim to jednak zrobił, wypowiedź kocura zwróciła jego uwagę.
— JEDZĄ?
Obejrzał jabłko i z jednej strony wyglądało nawet względnie. Niewiele myśląc, po prostu zanurzył w nim zębiska. Spróbował odgryźć kawałek, ale z jakiegoś powodu, gdy mu się to udało, poczuł metaliczny posmak w ustach.
Spojrzał na jabłko.
Jabłko spojrzało na niego.
A w tym jabłku...
— MÓJ ZĄB! — Pisnął w głos. — GUZIK TO JABŁKO ZABRAŁO MI ZĘBA!!!! AAAA!
Guziczek skrzywił pyszczek. Nie panikował tak jak młodszy, raczej był… obrzydzony.
— Hm. Chyba nie dojrzało. Daj mu kilka dni. Jest magiczne, tylko jak jest miękkie. — stwierdził ostatecznie — Potrzebujesz czegoś jeszcze...?
Był w szoku, że kocur tak chłodno przyjął stratę jednego z zębów medyka... zero współczucia w tych owocniakach! Za grosz!
Spojrzał na wojownika zdziwiony, z rozdziawioną buzią, z której kapała krew prosto na skałę.
— Magiczne jest tylko miękkie...? — Mruknął.
No cóż, lepiej późno niż wcale. Ale faktycznie takie cierpkie w smaku, nic specjalnego. Ciekawe czy gdy miękło, to robiło się słodkie?
Na pytanie burego zastanowił się.
— Hmm... zajrzysz mi do buzi i powiesz, który to ząb mi został w tym jabłku?
Kot zaśmiał się na jego propozycję i pokręcił głową.
— Wydaje mi się, że mój partner mógłby być zazdrosny, gdybym to zrobił. Poproś kogoś od siebie. — Po czym odszedł. Tak po prostu!
Chudy skrzywił się, połykając krew z ust. Położył po sobie uszy i poruszył wąsami. Pfff, za takie coś być zazdrosnym? W dodatku o taką pokrakę jak on? Te owocniaki mają poprzestawiane w głowach!
— Eh no skoro muszę... — burknął i odszedł szukać swojej ofiary. Jabłko zabrał ze sobą tak jak i ząb w nie wbity.
Los chciał (albo i nie), że wpadł na kotkę, o dziwo dobrze mu znaną. Gdy niebieskie oczy rozpoznały sylwetkę Kalinowego Powiewu, Chudy od razu podniósł wąsy do góry.
Z krwawiącą buzią i jabłkiem z jego zębem w łapie, zagaił wojowniczkę.
— Ej Kalina! — Miauknął. — Sprawa jest…
— Chudy? Co zrobiłeś? — zapytała wprost, widząc krew na pysku rówieśnika. Chudy mógłby przysiąc, że dostrzegł u niej szczyptę zmartwienia, przyćmionej przez zrezygnowanie kolejnym dziwnym wybrykiem medyka.
Wyprostował się dumnie, bo w końcu przed Kaliną to musiał się pokazać. Zmył z pyska swój zwyczajowy grymas, przywołując totalną powagę.
— Próbowałem zjeść jabłko. — Odpowiedział totalnie poważnie.
Poruszył wąsami, siadając obok kotki i wskazując na nadgryziony owoc, przeszmuglowany dla niego przez Guziczka. Bury medyk przetarł łapą krew z pyska, a ta powolutku przestawała lecieć, chociaż nadal mógł czuć jej posmak.
Podążając za palcem burasa, vanka wzrokiem spojrzała na czerwoną nadgryzioną kulkę. Pozwoliła sobie zachować milczenie do tej pory.
— Mam do Ciebie bardzo, bardzo, bardzo ważną sprawę... taką mega ważną... — Zaczął. Rozejrzał się po kotach. — Widzisz, mój brat jest zajęty, a potrzebuję byś zajrzała mi do buzi i powiedziała którego zęba tam brakuje.
Posłał jej głupkowaty, acz poważny, krzywy uśmiech. Gdy wspomniał o ważnej sprawie, raz jeszcze zwróciła swoją uwagę na niego i po niedługim namyśle westchnęła, jednak kiwnęła głową. Kotka westchnęła, a on zaczął myśleć, że jego misterny plan spalił na panewce...
— Dobrze, pokaż — zgodziła się.
Kiedy wojowniczka wyraziła chęć pomocy, podniósł do góry uszy i rozdziawił szczerbatą buzię.
— Wybornie! — Miauknął zadowolony, że kotka ugięła się pod presją bycia na zgromadzeniu.
W obozie pewnie sprzedałaby mu liścia i pełne obrzydzenia spojrzenie, ale nie tutaj... Nie przy tylu kotach! He he, wiedział na kogo wpaść… Kiedy kotka odwróciła się ku niemu, jej piękno na chwilę go oślepiło. Całkiem szybko wrócił do siebie, rozdziawiając zaraz szeroko pyszczek, by swobodnie mogła zajrzeć.
— Tychko powiechc ktochry — wybełkotał.
Rozdziawiając mordkę, Kalinowy Powiew zaczęła starannie przyglądać się zębom. Nie zajęło jej długo zlokalizowanie ubytku.
— Podnieś łapę — poleciła mu.
Gdy nagle dostał polecenie, wykonał je bez namysłu, a kiedy poczuł, jak Kalinowy Powiew łapie go za łapę, o mało nie wyskoczył ze skóry. Wetknęła mu delikatnie do pyska kawałek jego łapy, tak, żeby nie zrobić mu krzywdy i żeby jednocześnie poczuł dokładnie, gdzie nie miał kła. Kiedy kotka patrzyła, on zerkał na nocny księżyc. Był wyjątkowo ciekawy w tym momencie...
— Wypadł ci dokładnie ten. Górna trójka. — Odezwała się po chwili ciszy.
Kotka pomogła mu zlokalizować ubytek, a Chudy wetknął do dziury palucha. Auć! Bolało! Ale ciekawe doświadczenie...
Kotka jednak mimo wskazania mu miejsca wypadnięcia zęba, nie odsunęła się. Trzymała go za łapę i patrzyła w buzię, Chudy więc jako pierwszy przerwał tę interakcję, mimo szybko bijącego serca i lekkiego stresa spowodowanego taką bliskością.
— Aż takie ładne mam zęby? — Zapytał z uniesioną brwią, nadal będąc trzymanym przez rówieśniczkę.
Położyła uszy po sobie, chociaż nie było tego widać szczególnie, jako iż była kłapoucha. Zmarszczyła brwi, gdy zorientowała się, że spędziła odrobinę zbyt dużo czasu na przyglądaniu się jego jamie ustnej.
— Pff! — puściła jego łapę i poruszyła ogonem nerwowo. — Teraz nie, bo Ci jednego brakuje.
Uniósł brwi, zamykając pyszczek z lekkim, niewymuszonym uśmiechem. Kiedy kotka się speszyła, zabierając łapę, wyglądała rozbrajająco. Tak inaczej, niż zwykle, gdy zadzierała nos i miała ten oceniający wyraz pyszczka.
Słysząc jej odpowiedź, pokręcił głową. Samice!
— Wszystko dla nauki — wzruszył ramionami. — Czyli wcześniej były ładne?
Zapytał, poruszając wąsami. Wciąż siedzieli blisko siebie, mogli się niemal dotknąć wibrysami.
Kalinowy Powiew położyła łapę nad jego nosem, tak żeby w razie co nie pogorszyć stanu w związku z ubytkiem w dziąśle, odsuwając się od niego, chociaż też nie jakoś szczególnie daleko. Prychnęła i zmrużyła oczy.
— Zależy to od tego, czy o nie dbałeś!
Prychnął, a mając łapę kotki na pyszczku, zmrużył oczy.
— Huh! Na pewno mam ładniejsze zęby niż połowa Klanu! — Odpowiedział. — Przecież oni to banda dzikusów! Na pewno nie dbają, a na starość wszyscy będą szczerbaci!
Ach i tym sposobem wrócił stary zrzędliwy Chudy. Chociaż musiał przyznać, że wyglądali komicznie. Kalinka trzymająca go na dystans jak niesfornego kociaka, z łapką na jego pyszczku, a on wcale nie próbujący się spod tego dotyku wydostać. Siedzieli tak po prostu i wymieniali się uwagami, dopóki nie zarządzono powrotu. Wtedy też vanka uniosła swój zadbany ogon do góry i odeszła, a Chudy Grzbiet, omamiony jej zachowaniem, dalej tam trwał. Ruszył się, dopiero kiedy Gruba Ryba do niego podszedł, pytając, czy będzie “to” jadł. Chudy zabrał do siebie swoją zdobycz, odmawiając tym razem bratu podzielenia się…
~*~
Kiedy jego ubytek się zagoił, czyli raptem dwa wschody słońca później, Chudy miał już ułożony misterny plan. Potrzebował do jego zrealizowania drugiego kota, ale nie byle jakiego. Musiał nim być ktoś, kto go nie ocenia, nie wypytuje zbytnio, tylko bez słowa pomaga.
Idealnie wpasowywał się tutaj Nocny Śpiewak!
Bury siedział jak zwykle przy swoich ziołach. Jego sierść ładnie odrastała, pokrywając wciąż chude boki z wystającymi żebrami. Jedzenie ziółek popłacało, a i czasem rozmiękczał je z wodą, by zrobić okład lub dziwny kleik, który potem wciągał niczym komar krew. Niedługo będzie najprzystojniejszym medykiem w całym lesie! Jeśli udałoby mu się wyhodować tak piękną okrywę włosową, jaką mieli jego bracia, to uhuhu! Ależ by było wspaniale! Co prawda nigdy nie osiągnie takiej gęstości, jaką ma Noc, ale może to i lepiej, mniej dbania i kołtunienia…
Nagle, jakby przywołany, do medycznej nory zajrzał wspomniany wojownik. Kocur miał załzawione oczy i oddychał pyszczkiem, co zwróciło uwagę burasa.
— Co się dzieje, bracie? — Zapytał od razu, nim czarny zdążył wydobyć z siebie słowo.
— Nic poważnego... przynajmniej tak myślę — odparł Noc, wycierając łezkę z kąta oka. — Ale cokolwiek to jest chciałbym się tego pozbyć, zanim moje kociaki przyjdą na świat...
Chudy od razu jeszcze bardziej się ożywił.
— Ach! Ach! Będę wujkiem! — Miauknął radośnie. — Chodź no, przebadam Cię, będziesz jak nowy akurat w czas ich narodzin!
— Będziesz najlepszym wujkiem pod słońcem. — odparł Noc i podszedł do brata, pozwalając mu się zbadać — Chcesz je spotkać od razu po narodzinach?
Chudy nucąc coś pod nosem, zabrał się za oględziny brata. Był w podejrzanie dobrym nastroju. Słysząc pytanie, poruszył wąsami.
— Będę najpierwszy, żeby je przebadać, jak przyjdą na świat! — Miauknął. — Już ja o to zadbam, żebym własnymi łapami sprawdził, czy z dziećmi mojego drogiego braciszka wszystko w porządku! Swoją drogą, jesteście partnerami z tym kotem?
— Nie, nie. — Noc pokręcił głową. — Pszczeli Rój zgodził się po prostu urodzić te kociaki. Nie wiem, czy będzie chciał być w ich życiu, ale jeśli chce, to nigdy mu tego nie zabronię. — odparł. —Aczkolwiek nic nas nie łączy poza prostym kontraktem…
Chudy wydał z siebie cisze "mhm", nim poporcjował zioła.
— Twoja diagnoza to katar! — Oznajmił. — Ten Wasz... "Kontrakt"... Ktoś Ci go narzucił czy Ty... uchh, chciałeś być ojcem?
Właściwie nigdy nie rozmawiali na te tematy. Chudy nie poruszał w sumie z nikim rozmów o partnerstwie czy posiadaniu kociąt, wiedząc, że jego to raczej i tak żadna nie zechce. Co tu mówić o kociętach…
— Katar... Nie brzmi strasznie. — odetchnął z ulgą Noc. — Nie. Tak... Ciężko powiedzieć. Słota z pewnością wpłynęła na tę decyzję, ale sam też spędziłem dużo czasu, nad tym rozmyślając, wiesz... I cóż... Pszczeli Rój zgodził się bez większego oporu. Wszyscy inni nie byli bardzo chętni, a on... tylko wzruszył ramionami i się zgodził.
Pokiwał głową na znak zgody. Wydzielił porcję lekarstwa, kładąc ją na liść. Podrygiwał przy tym nieco, co mogło być zastanawiające dla kogoś z boku.
— Słota? Nigdy jej nie lubiłem — mruknął bury. — Na pewno Twoje dzieciaki będą po Tobie przystojne, hehe. Jesteś pierwszym z naszej trójki, który dorobił się potomstwa. — Zauważył.
— Rozumiem, dlaczego mógłbyś jej nie lubić. — przyznał Noc. — Nie zmienia to faktu, że miała na to duży wpływ. Ona i jej dzieciątka, którymi co jakiś czas się zajmowałem. Nie mogę się doczekać... To już tak niedługo. Moje kociaki... — łezki zebrały się w kącikach jego oczu.
— Hah, jesteś szczęściarzem — mruknął jedynie.
Tak... jego brat był tym, co opisuje sukces. Umięśniony, mądry i zabawny, zawsze pomoże. Na pewno dlatego Słota go nagadała. Chociaż kto wie, ta kotka ma coś z głową ewidentnie.
— Wierzę, że znajdziesz sobie kiedyś partnerkę swoich marzeń — miauknął. — lub partnera.
Po czym puścił mu oczko, wciskając liść z ziołami i instrukcjami.
— Dużo wiary... Może za dużo. W tym klanie wszyscy oglądają się na mnie trochę jak na dziwaka, kiedy z nimi rozmawiam. Wszystkie moje relacje są bardzo pobieżne... — Przyznał Noc i uśmiechnął się krzywo. — A jak już jesteśmy w temacie — Noc zmrużył oczy z szerokim uśmiechem. — Jak tam z Kaliną? Widziałem Was na zgromadzeniu w ...ciekawej pozycji.
Bury medyk słuchał brata i pomyślał mimochodem "może to przez nasze więzy krwi? Gdybyś pochodził z innej rodziny, na pewno miałbyś wianuszek przyjaciół". Posmutniał nieco, ale tylko na chwilę. Kiedy Noc dowalił następnym pytaniem, Chudy momentalnie się spiął, czując jak jego serce zaczyna przyspieszać, a sierść nieco unosić na karku. Zalała go fala ciepła, jakby został złapany na gorącym uczynku, a sam nie do końca wiedział, dlaczego reagował w ten sposób na pytanie od Nocnego Śpiewaka.
— Z-Z kim...?! K-Kalinką...?? Nie wiem o c-czym mówisz. — Wydukał.
— No tak... nie wiesz... Na pewno? Bo wydaje mi się, że widziałem ją zaglądającą Ci ... w zęby? — Zagadnął Noc. Nie był pewien co tam właściwie, dokładnie się wydarzyło, ale… — Niewinnie to, to nie wyglądało.
Chudego na chwilę zamurowało, jednak po tym, jak sens słów do niego dotarł, odetchnął z ulgą.
— Heheheh... bo widzisz, zdarzyła się taka sytuacja... troszkę specyficzna. — Wydukał, gestykulując łapami. — Tak jakby umówiłem się z jednym owocniakiem na przeszmuglowanie mi jabłka na zgromadzenie i gdy chciałem je zjeść, to mój ząb postanowił wypaść i został w tym jabłku... No i Ty z kimś gadałeś, więc nie chciałem Ci przeszkadzać, ale zobaczyłem Kalinkę niedaleko, to poszedłem do niej i ku mojemu zdziwieniu, ona mi pomogła! Zajrzała mi do buzi i powiedziała, którego zęba mi brakuje... Wszystko n-niewinnie, hahah... tak jak widzisz... — powiedział niemal na jednym tchu.
Noc miał ochotę się śmiać w głos, ale jego zatkany noc mu to utrudniał.
— Acha... No... Niewinne... — Wypuścił nieco powietrza pod nosem z rozbawieniem. — Bracie... jesteś czerwony od czubka głowy do czubka ogona... — Noc zerknął na brata. — Na pewno nie ma między Wami czegoś więcej? Albo, chociaż... małego zauroczenia z twojej strony, co? Ty zawsze tak mocno na nią reagujesz.
Chudy potarł łapą o łapę niezręcznie. Wypuścił z płuc powietrze, a jego ogon drgał nerwowo. Tak... Tak, Noc miał bardzo bystre oko, a Chudy był naiwny myśląc, że go zwiedzie. Pod naciskiem czarnego kocura, spojrzał się w ziemię, a upewniwszy się, iż nie ma nikogo dookoła, wyszeptał.
— S-Sam nie wiem, o co chodzi... Nie wiem, dlaczego tak na nią reaguję. C-Ciągle się kłócimy, a jednak ja wciąż próbuję ją zaczepiać nawet z tak głupimi rzeczami, że pewnie uważa mnie za jakiegoś odklejonego. — Kopnął leżący obok kamyk, a ten poturlał się ku ścianie nory. — Chociaż pewnie w tym ma rację, ugh. Ona... Ona po prostu jest taka, taka uhh! Brakuje mi słów w słowniku!
— Ach... — Noc uśmiechnął się i podszedł do brata, żeby się otrzeć o jego bok. — To ewidentnie miłość. I to jeszcze taka skomplikowana... — odetchnął. — Mam wrażenie czasami, że ona też się na ciebie patrzy, jakby nie chciała się przyznać do tego co czuje. Oboje latacie wokół siebie jak dwa lisy za zającem…
Chudy Grzbiet poczuł mrowienie, a w żołądku dziwne łaskotki, słysząc słowa brata. Czy było to możliwe?
— Wybacz mi Noc, ale nie mogę w to uwierzyć... — Mruknął smętnie, patrząc w bok. — Kalinowy Powiew jest gdzieś tutaj — podniósł wysoko jedną łapę. — a ja tutaj — drugą położył niemal przy ziemi. — Wiesz, heh to nie tak, że liczę na cokolwiek, bo jednak nie jestem jakiś zbyt... hmmm no nie ma na czym oka zawiesić, a Kalinowy Powiew to kotka z klasą przecież. Nie to, co ja, wieśniak i to jeszcze bez zęba! Pewnie rozmawia ze mną z litości…
— Och bracie, bracie. — Noc przyciągnął go do siebie bliżej. — Zdradzę Ci pewną tajemnicę. Miłość, zwłaszcza ta szczera i prosto z serca nie patrzy na to, czy Ty jesteś tu, a ona tu. — powtórzył po bracie jego gest. — O nie. Miłość powoduje, że Ci głowa głupieje. Że nie wiesz jak się zachować, więc się z nimi kłócisz. Że nie widzisz przyszłości bez tego drugiego kota, że lubisz ich zaczepiać bez powodu. Że ta druga osoba znosi wszystkie twoje humorki i wybrzydzanie. Że patrzysz się na nich a oni na Ciebie zza obozu i oboje odwracacie wzrok, bo co innego można powiedzieć. Chudy, bracie, to gdzie jesteś i kim jesteś, nie ma znaczenia, bo miłość nie jest logiczna. Nigdy nie była i nigdy nie będzie. Stąd tyle kociąt urodzonych z kotów z dwóch różnych klanów. Stąd koty, które rodzą się z samotników. Stąd koty, które rodzą się medykom, w klanach, w którym im tego nie można.
Chudy pozwolił, by brat przysunął go bliżej do siebie, czując od razu miękkość jego futra. Przymknął oczy, mrucząc chwilę. Kiedy Noc zaczął mówić, otworzył niebieskie ślepia, podążając za łapami wojownika. Słowa Nocnego Śpiewaka były tak szczere, spójne, płynące prosto z serca, podyktowane dobrem ich obydwóch, że medykowi ciężko było zaprzeczyć. Poza tym... czy powinien to robić? Na siłę wręcz wykłócać się z bratem, zamiast przyjąć jego pomocną łapę, dobre słowo, napełniające go nadzieją?
Westchnął cicho, kiedy czarny kocur zakończył wypowiedź.
— Skąd Ty to wszystko wiesz, braciszku? — Zapytał, gorzko się śmiejąc. Spojrzał ku wyjściu z medycznej nory. — Ja chyba naprawdę dla niej zgłupiałem. Tylko... tylko że to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż myślałem. Na początku sądziłem, iż ona mnie po prostu wkurza, bo jest we wszystkim lepsza i każdy ją lubi, zaczepiałem ją, bo mnie drażniła. Dopiero tak nie wiem nawet kiedy, zacząłem zauważać jej piękno, mądrość i błyskotliwość. Martwiłem się, gdy walczyła z psem, albo ostatnio kiedy wyglądała na przepracowaną... Bo ja... ja się boję, że... — zniżył głos, szeptając — że ona mnie już skreśliła przez to, jak ją traktowałem...
— Wiesz, że nigdy nie jest za późno na zmianę? — Noc poklepał brata po plecach. — Nigdy. Nawet jeśli skreśliła Cię teraz, nie znaczy, że jesteś skreślony na zawsze... zresztą. Jak się na nią patrzy, to nie odnosi się wrażenia, że nie lubi Cię jakoś bardzo... Raczej... że wkurzasz ją na tyle, że aż jej serce się dla Ciebie ogrzewa. Że irytujesz ją tak mocno, że się wręcz, w tobie zakochała... I wiesz... to zgromadzenie mnie tylko utwierdza w tym, iż właściwie jedyne co wam stoi na drodze to wasza nieumiejętność przyznawania się do własnych uczuć…
Chudego zatkało. Dosłownie. Zabrakło mu, co się rzadko zdarza, języka w gębie. Noc tak dokładnie podsumował całą sytuację z Kalinką, że medyk nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Jakim cudem on tak dobrze znał się na kotach? W ogóle na uczuciach? I ten kocur wciąż był singlem? Niesamowita była to zagadka...
— Ty em... uchhhh — wydukał zawstydzony, przejechany szczerością brata jak zające na jezdni. — Ja nie wiem co powiedzieć…
— Nie musisz nic mówić. Ważniejsze jest, co zrobisz Chudzielcu Ty mój kochany. — Odparł Noc. — Dobrze... Ja będę leciał, pójdę zanieść jakąś mysz Pszczelemu Rojowi i zażyć moje leki. A Ty mój drogi bracie... możesz albo dalej patrzeć z daleka, albo w końcu wziąć się w garść i spróbować. Jeśli się nie uda, to przynajmniej próbowałeś…
Noc tak jak powiedział, tak zrobił, biorąc zawiniątko w zęby. Zostawił zamurowanego Chudego, który nagle oprzytomniał. Wyleciał za bratem na zewnątrz i wziąwszy głęboki wdech, wydarł się na cały obóz.
— JUTRO BĘDZIESZ MI POTRZEBNY, WIĘC ZAREZERWUJ SOBIE CZAS !
Tak, bo przez to wszystko zapomniał, co chciał od Nocy…
<Braciszku? hihihi >
Wyleczeni: Nocny Śpiewak
Od Wełnianki CD. Fiołka
Wełnianka przysiadła obok koleżanki, wbijając białe kiełki w obraną z łusek zdobycz. Ostrożnie przeżuła mięso, zgodnie ze słowami Złocistego Widlika uważając na obecne w nim ości. Połknęła kęs posiłku, oblizując pyszczek i mrucząc cicho z aprobatą. Ryby były nieco dziwne, znacznie różniły się od myszy czy ptaków, mając swój własny, niepowtarzalny smak, ale były… dobre. Koteczka dodatkowo cieszyła się, mogąc wreszcie spróbować jednej z nich — nieco głupiutko czuła, że czyniło to z niej lepszą Nocniaczkę.— Dobre! — Fiołek rzekła, przerywając obecną między nimi ciszę — Słyszałaś, co się działo na ślubie Ulewnego Szkwału i Liliowej Pieśni, teraz już w sumie Bagna? Przyszedł jakiś czekoladowy samotnik i pobił Złocistego Widlika! Jak on tak mógł!? Szkoda, że mnie tam nie było, to bym obroniła naszego piastuna. — Ze złością uderzyła ogonem o ziemię. Lubiła kremowego i nie chciała, żeby ktoś go atakował. — I okazało się, że to był jej brat. Brat Bagna. Tylko nadal nie rozumiem, po co przyszedł i przerwał ceremonię ślubną! Mówią, że to dlatego, że jest czekoladowy, że czekoladowi tak mają… Ale twoja mama nie jest taka, prawda? Wydaje się miła i zawsze jest grzeczna, z tego, co wiem.
Wydawało się, że cała frustracja i oburzenie szylkretki zniknęło dokładnie tak prędko, jak się pojawiło. Teraz wyglądała na zaciekawioną, jakby rzeczywiście zainteresowały ją tajniki zachowań błotnych kotów. Pewnie zresztą tak było. Dla większości Nocniaków czekoladowi pobratymcy wydawali się czymś egzotycznym, równie odrażającym, co fascynującym, dziwnym, brzydkim, pięknym, pociągającym przez to, że samo ich istnienie zdawało się nie na miejscu. Było błędem, było złe i skażone, jak wszystko, czego się tknęli. Wełnianka sama nie wiedziała, jak się z tym czuła. Wiedziała, że koleżanka zapewne nie miała na myśli niczego złego. Pochwaliła w końcu jej mamusię, stwierdziła, że na pewno nie była ona taka, jak inni. Jak inni…
Z niezrozumiałych dla niej powodów brązowooka koteczka poczuła, jakby skóra skryta pod jej krótkim futerkiem zajęła się żywym ogniem. Była tym zawstydzona. Sama nie należała do grupy kotów czekoladowych, mogąc pochwalić się biało-rudym futerkiem, ale przecież to wciąż byli jej bliscy! Ta wstrętna w oczach Klanu Nocy, mulista krew krążyła również w jej żyłach, przepływała przez jej serce i zapewne pozostawiała na niej swoje piętno — według wszystkich współklanowiczów. Przygryzła policzek, odwracając nieco wzrok od drugiej kotki, zastanawiając się, co powinna na to odpowiedzieć. W środeczku czuła smutek, rosnący i rozlewający się po jej tkankach, ściskający jej serduszko. Jednocześnie tuż obok niego kiełkował gniew, chociaż starała się tego po sobie nie pokazywać — co zapewne kiepsko jej szło. Pyszczek kotki zazwyczaj od razu zdradzał wszelkie rodzące się w niej uczucia, a ona nie potrafiła dobrze tego zamaskować.
— Nie wiem, Fiołku… — powiedziała cicho, owijając ogonek wokół łapek. Ryba nagle przestała jej smakować. Zyskała dziwny, mulisty aromat, który wywoływał u niej wyłącznie nudności — Chyba tak. Mama jest zawsze miła… Pomaga mi.
Nagle poczuła, jak jej małe ciałko przeszywa dreszcz. Jej głowa mimowolnie, gwałtownie przechyliła się w bok. Było to już coś, co znała dość dobrze — chociaż nie wiedziała, z czym było związane, to nie niepokoiło jej to szczególnie. Przynajmniej nie było to bolesne. Bardziej martwiła się, że w związku z tymi ruchami w oczach innych uchodziła za dziwaczkę.
— Nie wiedziałam nawet o tym ślubie — dodała po chwili, przełykając głośno ślinę. Miała szczerą nadzieję, że koleżanka nie zwróciła uwagi na jej niecodzienną przypadłość. — Ale to okropne! Dlaczego ktoś chciałby pobić naszego opiekuna? On jest… taki miły! Co za okropny kot. Dostał karę? — zapytała Wełnianka, spoglądając z powrotem na swoją towarzyszkę.
— Chyba tak. — Szylkretowa koteczka pokiwała ochoczo łebkiem. Znowu wyglądała na tak samo zbulwersowaną, jak przed chwilą, najwyraźniej rzeczywiście przejęta zaistniałą sytuacją. Sama rudo-biała nie do końca wiedziała nawet, o kim mówiła jej koleżanka. Jedynie ledwo kojarzyła liliową wojowniczkę, którą czasem widywała, gdy wyglądała ze żłobka, aczkolwiek nie była pewna, czy to rzeczywiście o niej mówiła Fiołek. — Mama mówiła, że sprawiedliwość go dosięgła… Ale nie powiedziała, o co dokładnie jej chodziło. Jak ty myślisz?
Wełnianka na chwilę się zastanowiła. W jaki sposób mogli ukarać tego łobuza?
— Może dali mu do zjedzenia taką paskudną… eee… piszczkę, właśnie, piszczkę. Wiesz, taką gnijącą, śmierdzącą i oblepioną muchami. Co sądzisz?
Wydawało się, że cała frustracja i oburzenie szylkretki zniknęło dokładnie tak prędko, jak się pojawiło. Teraz wyglądała na zaciekawioną, jakby rzeczywiście zainteresowały ją tajniki zachowań błotnych kotów. Pewnie zresztą tak było. Dla większości Nocniaków czekoladowi pobratymcy wydawali się czymś egzotycznym, równie odrażającym, co fascynującym, dziwnym, brzydkim, pięknym, pociągającym przez to, że samo ich istnienie zdawało się nie na miejscu. Było błędem, było złe i skażone, jak wszystko, czego się tknęli. Wełnianka sama nie wiedziała, jak się z tym czuła. Wiedziała, że koleżanka zapewne nie miała na myśli niczego złego. Pochwaliła w końcu jej mamusię, stwierdziła, że na pewno nie była ona taka, jak inni. Jak inni…
Z niezrozumiałych dla niej powodów brązowooka koteczka poczuła, jakby skóra skryta pod jej krótkim futerkiem zajęła się żywym ogniem. Była tym zawstydzona. Sama nie należała do grupy kotów czekoladowych, mogąc pochwalić się biało-rudym futerkiem, ale przecież to wciąż byli jej bliscy! Ta wstrętna w oczach Klanu Nocy, mulista krew krążyła również w jej żyłach, przepływała przez jej serce i zapewne pozostawiała na niej swoje piętno — według wszystkich współklanowiczów. Przygryzła policzek, odwracając nieco wzrok od drugiej kotki, zastanawiając się, co powinna na to odpowiedzieć. W środeczku czuła smutek, rosnący i rozlewający się po jej tkankach, ściskający jej serduszko. Jednocześnie tuż obok niego kiełkował gniew, chociaż starała się tego po sobie nie pokazywać — co zapewne kiepsko jej szło. Pyszczek kotki zazwyczaj od razu zdradzał wszelkie rodzące się w niej uczucia, a ona nie potrafiła dobrze tego zamaskować.
— Nie wiem, Fiołku… — powiedziała cicho, owijając ogonek wokół łapek. Ryba nagle przestała jej smakować. Zyskała dziwny, mulisty aromat, który wywoływał u niej wyłącznie nudności — Chyba tak. Mama jest zawsze miła… Pomaga mi.
Nagle poczuła, jak jej małe ciałko przeszywa dreszcz. Jej głowa mimowolnie, gwałtownie przechyliła się w bok. Było to już coś, co znała dość dobrze — chociaż nie wiedziała, z czym było związane, to nie niepokoiło jej to szczególnie. Przynajmniej nie było to bolesne. Bardziej martwiła się, że w związku z tymi ruchami w oczach innych uchodziła za dziwaczkę.
— Nie wiedziałam nawet o tym ślubie — dodała po chwili, przełykając głośno ślinę. Miała szczerą nadzieję, że koleżanka nie zwróciła uwagi na jej niecodzienną przypadłość. — Ale to okropne! Dlaczego ktoś chciałby pobić naszego opiekuna? On jest… taki miły! Co za okropny kot. Dostał karę? — zapytała Wełnianka, spoglądając z powrotem na swoją towarzyszkę.
— Chyba tak. — Szylkretowa koteczka pokiwała ochoczo łebkiem. Znowu wyglądała na tak samo zbulwersowaną, jak przed chwilą, najwyraźniej rzeczywiście przejęta zaistniałą sytuacją. Sama rudo-biała nie do końca wiedziała nawet, o kim mówiła jej koleżanka. Jedynie ledwo kojarzyła liliową wojowniczkę, którą czasem widywała, gdy wyglądała ze żłobka, aczkolwiek nie była pewna, czy to rzeczywiście o niej mówiła Fiołek. — Mama mówiła, że sprawiedliwość go dosięgła… Ale nie powiedziała, o co dokładnie jej chodziło. Jak ty myślisz?
Wełnianka na chwilę się zastanowiła. W jaki sposób mogli ukarać tego łobuza?
— Może dali mu do zjedzenia taką paskudną… eee… piszczkę, właśnie, piszczkę. Wiesz, taką gnijącą, śmierdzącą i oblepioną muchami. Co sądzisz?
< Fiołku? >
Od Wełnianki CD. Drzemlika
— Odsuń się, borsuku! Jestem dzielnym wojownikiem Klanu Nocy i muszę cię przegonić z naszych terenów! — powiedział donośnie, wywijając końcówką ogona na boki, gdy jego wąsiki falowały w rozbawieniu.
Wełnianka zachichotała pod nosem, prędko jednak powracając do swojej groźnej persony, szczerząc kiełki i wydając z siebie lekko nieudolny ryk. Kłapnęła zębami w powietrzu, pazurami orząc podłożę kociarni, po czym zjeżyła futro na karku. Tak właściwie nie wiedziała, jak wyglądały i zachowywały się prawdziwe borsuki. Z opowieści piastuna i niektórych starszych wiedziała jedynie, że były to straszne, ciężkie istoty o małych, złych oczach i potężnych szponiskach, za pomocą których przekopywały glebę i atakowały koty. Miała więc nadzieję, że jej imitacja wielkiego ssaka była wystarczająco przekonująca.
Nieco niezgrabnie ruszyła na niebieskiego kocurka, odbijając się od ziemi i skacząc na niego, znowu go przewracając. Tym razem jednak jej kolega spodziewał się ataku, prędko zadając jej cios łapą w brzuch, zrzucając ją z siebie zwinnie. Rzucił się do ucieczki, a gdy ona z pełnym przekonaniem ruszyła za nim, gwałtownie zawrócił, powalając ją na ziemię i przygniatając.
— Ha! Widzisz, borsuku? Dzielny wojownik właśnie cię pokonał! Poddaj się albo skończysz marnie! — miauknął dumnie, ledwo powstrzymując śmiech.
Zanim Wełnianka zdołała cokolwiek odpowiedzieć, Drzemlik pochylił się do przodu i postanowił odpłacić się pięknym za nadobne – zaczął również ją łaskotać, naśladując to, co koteczka zrobiła wcześniej. Młódka roześmiała się w głos, szamocząc się niezdarnie pod ciężarem drugiego kocięcia, chcąc odeprzeć ten brutalny atak.
— Nigdy, wojowniku! Raaaawr! — warknęła, powstrzymując kolejny wybuch śmiechu. Tak jak niebieski kociak próbowała wyglądać strasznie, ale im obojgu wychodziło to raczej kiepsko. Z boku wyglądali na nieporadne, urocze, kotokształtne kluski, a nie jak krwiożercze bestie, gotowe do rzucenia się sobie nawzajem do gardeł. — Nigdy mnie nie pokonasz!
Odepchnęła go tylnymi łapkami, odrzucając go w tył i wskakując na niego. Nie zdołała go jednak przyszpilić, przez co ten z łatwością znowu ją zrzucił – ale tym razem spodziewała się jego ruchu, prędko więc zareagowała, co skończyło się na ich wzajemnym wywracaniu się i toczeniu jak kula po podłożu kociarni. W końcu oboje opadli z sił, kładąc się obok siebie i łapiąc oddech. Wełnianka leżała rozpłaszczona na miękkim mchu, przypominając nieco solę, lub inną denną rybę. Uśmiechnęła się do kocurka szelmowsko, szczerząc białe kiełki, po czym pacnęła go delikatnie łapką.
— Fajnie się z tobą dzisiaj bawiło, wiesz? — mruknęła, mrugając koralikowymi oczkami, przechylając łebek w bok. — Chciałbyś to kiedyś powtórzyć? I w ogóle się zakolegować? Bo ja cię lubię i mam nadzieję, że ty mnie też!
Wełnianka zachichotała pod nosem, prędko jednak powracając do swojej groźnej persony, szczerząc kiełki i wydając z siebie lekko nieudolny ryk. Kłapnęła zębami w powietrzu, pazurami orząc podłożę kociarni, po czym zjeżyła futro na karku. Tak właściwie nie wiedziała, jak wyglądały i zachowywały się prawdziwe borsuki. Z opowieści piastuna i niektórych starszych wiedziała jedynie, że były to straszne, ciężkie istoty o małych, złych oczach i potężnych szponiskach, za pomocą których przekopywały glebę i atakowały koty. Miała więc nadzieję, że jej imitacja wielkiego ssaka była wystarczająco przekonująca.
Nieco niezgrabnie ruszyła na niebieskiego kocurka, odbijając się od ziemi i skacząc na niego, znowu go przewracając. Tym razem jednak jej kolega spodziewał się ataku, prędko zadając jej cios łapą w brzuch, zrzucając ją z siebie zwinnie. Rzucił się do ucieczki, a gdy ona z pełnym przekonaniem ruszyła za nim, gwałtownie zawrócił, powalając ją na ziemię i przygniatając.
— Ha! Widzisz, borsuku? Dzielny wojownik właśnie cię pokonał! Poddaj się albo skończysz marnie! — miauknął dumnie, ledwo powstrzymując śmiech.
Zanim Wełnianka zdołała cokolwiek odpowiedzieć, Drzemlik pochylił się do przodu i postanowił odpłacić się pięknym za nadobne – zaczął również ją łaskotać, naśladując to, co koteczka zrobiła wcześniej. Młódka roześmiała się w głos, szamocząc się niezdarnie pod ciężarem drugiego kocięcia, chcąc odeprzeć ten brutalny atak.
— Nigdy, wojowniku! Raaaawr! — warknęła, powstrzymując kolejny wybuch śmiechu. Tak jak niebieski kociak próbowała wyglądać strasznie, ale im obojgu wychodziło to raczej kiepsko. Z boku wyglądali na nieporadne, urocze, kotokształtne kluski, a nie jak krwiożercze bestie, gotowe do rzucenia się sobie nawzajem do gardeł. — Nigdy mnie nie pokonasz!
Odepchnęła go tylnymi łapkami, odrzucając go w tył i wskakując na niego. Nie zdołała go jednak przyszpilić, przez co ten z łatwością znowu ją zrzucił – ale tym razem spodziewała się jego ruchu, prędko więc zareagowała, co skończyło się na ich wzajemnym wywracaniu się i toczeniu jak kula po podłożu kociarni. W końcu oboje opadli z sił, kładąc się obok siebie i łapiąc oddech. Wełnianka leżała rozpłaszczona na miękkim mchu, przypominając nieco solę, lub inną denną rybę. Uśmiechnęła się do kocurka szelmowsko, szczerząc białe kiełki, po czym pacnęła go delikatnie łapką.
— Fajnie się z tobą dzisiaj bawiło, wiesz? — mruknęła, mrugając koralikowymi oczkami, przechylając łebek w bok. — Chciałbyś to kiedyś powtórzyć? I w ogóle się zakolegować? Bo ja cię lubię i mam nadzieję, że ty mnie też!
< Drzemliku? >
Nowa członkini Pustki!
JASTRZĘBI ZEW
Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zawał serca podczas snu
Odeszła do Pustki!
Od Żabiego Oka do Milczka
Żabka odwiedzała żłobek w miarę często. Nie, żeby musiała, ale sprawiało jej to przyjemność. Lubiła przebywać w obecności młodszych pokoleń. Kociaki i ich ciche piski i odgłosy zabawy przypominały jej, jak sama rozrabiała z siostrami w kałużach. Dlatego też, kiedy tylko wróciła z polowania, niemalże codziennie brała jakąś zdobycz w pysk i ruszała do żłobka. Tego dnia była z Liliową łapą na patrolu i potem zabrała go na szybkie pływanie. Dzieciak dobrze się uczył i dobrze się słuchał, więc nie miała z nim większych problemów. Była zadowolona z siebie i z niego. Zwłaszcza z siebie. Była tak młoda, ledwie wykluta wojowniczka, a już otrzymała własnego ucznia. To dobrze o niej świadczyło. Ktoś u władzy widział ją jako godną tego zaszczytu pomimo jej wieku. A może to był test? Test czy jest kimś wartościowym dla klanu. Może otrzyma jakąś interesującą rangę? Nie zaprzątała sobie głowy tą myślą za długo. Nie chciała robić sobie zbędnych nadziei. To nie było w jej stylu. Czuła się dobrze, tym kim była aktualnie. Jej pozycja w klanie była stabilna i nie chciała rujnować sobie tego poczucia jakimiś wymysłami!
Weszła do żłobka z soczystym karpiem w pysku. Z uśmiechem podała zdobycz Sennej Łzie, po czym zwróciła wzrok na jej śpiące szkraby. Śpiące i nieśpiące. Jej oko złapał rudy arlekin zaglądający na nią z ciekawością.
Dzieciak miał wiele nieszczęścia od samego początku swojego życia. Jego matka była samotnikiem, który nosił w sobie ten nieszczęsny gen. Do tego samotnikiem, który zagryzł własne kociaki. Został wykarmiony przez Senną Łzę. Żabie Oko odetchnęła cichutko. Nie jego winą było, że jego rodzeństwo urodziło się tak skażone. Nie jego winą było, że decyzja jego matki przed śmiercią była tak brutalna. Aż serce się krajało. Przynajmniej Żabce. Niektóre koty nienawidzące czekoladowej sierści mogłyby przenieść to uczucie na małego nieszczęśnika. Żabie Oko widziała w nim tylko ofiarę nieszczęśliwego losu z parszywym rodzeństwem.
Wojowniczka podeszła do niego spokojnym krokiem. Niebieskie oczka kociaka uniosły się na nią z ciekawością. Jedno z nich było śmiesznie zezowate.
– Co tam maluchu? – zagadnęła. Słyszała od swojej matuli, że kociak nie mówi. A przynajmniej nie mówi zrozumiale, często wcale. Stąd też jego imię. Bardzo czarujące. Kociak uśmiechnął się i wyszedł z legowiska, podchodząc bliżej. Kociaki w żłobku też uniosło powoli głowy. I zaraz wszystkie kociaki, które nie spały były obok niej. Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko, chociaż w środku miała ochotę odesłać czekoladowe koty, które podeszły z powrotem do ich kąta. Jednak jedyne co zrobiła, to rzuciła im pobieżne spojrzenia. Może przydadzą się klanowi w jakiś sposób? Kto ich tam wie. Ich los nie był w jej łapach.
– Widzę, że energia was rozpiera, co? – dostała różne odpowiedzi, w różnych formach, ale wszystkie wskazywały na tak. – Nudno tak siedzieć w żłobku i nic nie robić co? Hmmm… Co powiecie… - Żabka zaczęła, chociaż rozproszyła się trochę Milczkiem, który stanął na jej łapie swoimi dwiema przednimi i wbił w nią swoje oczka. Jego czekoladowy brat przywarł do jej drugiej łapy. Reszta dzieciaków szmerała cichutko, ciekawa, jaka może paść jej propozycja! Żabie Oko poczuła, jak jej ogon się stroszy, ale zaraz się opanowała. To tylko dzieci… To tylko dzieci. – Co powiecie na… rozgrywkę w złap kulkę mchu? – mruknęła i sięgnęła po nieszczęsną kuleczkę. – Albo bajkę? Możecie wybrać!
Weszła do żłobka z soczystym karpiem w pysku. Z uśmiechem podała zdobycz Sennej Łzie, po czym zwróciła wzrok na jej śpiące szkraby. Śpiące i nieśpiące. Jej oko złapał rudy arlekin zaglądający na nią z ciekawością.
Dzieciak miał wiele nieszczęścia od samego początku swojego życia. Jego matka była samotnikiem, który nosił w sobie ten nieszczęsny gen. Do tego samotnikiem, który zagryzł własne kociaki. Został wykarmiony przez Senną Łzę. Żabie Oko odetchnęła cichutko. Nie jego winą było, że jego rodzeństwo urodziło się tak skażone. Nie jego winą było, że decyzja jego matki przed śmiercią była tak brutalna. Aż serce się krajało. Przynajmniej Żabce. Niektóre koty nienawidzące czekoladowej sierści mogłyby przenieść to uczucie na małego nieszczęśnika. Żabie Oko widziała w nim tylko ofiarę nieszczęśliwego losu z parszywym rodzeństwem.
Wojowniczka podeszła do niego spokojnym krokiem. Niebieskie oczka kociaka uniosły się na nią z ciekawością. Jedno z nich było śmiesznie zezowate.
– Co tam maluchu? – zagadnęła. Słyszała od swojej matuli, że kociak nie mówi. A przynajmniej nie mówi zrozumiale, często wcale. Stąd też jego imię. Bardzo czarujące. Kociak uśmiechnął się i wyszedł z legowiska, podchodząc bliżej. Kociaki w żłobku też uniosło powoli głowy. I zaraz wszystkie kociaki, które nie spały były obok niej. Żabie Oko uśmiechnęła się szeroko, chociaż w środku miała ochotę odesłać czekoladowe koty, które podeszły z powrotem do ich kąta. Jednak jedyne co zrobiła, to rzuciła im pobieżne spojrzenia. Może przydadzą się klanowi w jakiś sposób? Kto ich tam wie. Ich los nie był w jej łapach.
– Widzę, że energia was rozpiera, co? – dostała różne odpowiedzi, w różnych formach, ale wszystkie wskazywały na tak. – Nudno tak siedzieć w żłobku i nic nie robić co? Hmmm… Co powiecie… - Żabka zaczęła, chociaż rozproszyła się trochę Milczkiem, który stanął na jej łapie swoimi dwiema przednimi i wbił w nią swoje oczka. Jego czekoladowy brat przywarł do jej drugiej łapy. Reszta dzieciaków szmerała cichutko, ciekawa, jaka może paść jej propozycja! Żabie Oko poczuła, jak jej ogon się stroszy, ale zaraz się opanowała. To tylko dzieci… To tylko dzieci. – Co powiecie na… rozgrywkę w złap kulkę mchu? – mruknęła i sięgnęła po nieszczęsną kuleczkę. – Albo bajkę? Możecie wybrać!
<Milczku?>
Od Liliowej Pieśni (Bagna) do Wymarzonej Słodyczy
Tw: myśli samobójcze
Liliowa Pieśń została więźniem. Po ogłoszeniu wyroku została przyprowadzona na wyspę więźniów i zmieniono jej imię na Bagno. Kotka była zdruzgotana. W nocy było słyszeć jej przeszywające serce (lub uszy) krzyki i płacze. Płacze, które miały upamiętnić śmierć jej brata. Nie powinna go tu przyprowadzać. Gdyby nie ona, żyłby! Żył! A teraz umarł zakopany, może i nawet wrzucony do rzeki. Jako brudny, czekoladowy, nieproszony gość. Pamiętała słowa Mandarynkowej Gwiazdy dokładnie:
“Czyhająca Mureno, zajmij się samotnikiem, nie potrzebujemy już go”. Został potraktowany jak przedmiot, jak kamień który stracił swój blask i został wyrzucony do rzeki! Czy tak się postępuje z kocim życiem? Nienawidziła przywódczyni i Czyhającej Mureny, przynajmniej przez te dni, gdyż potem leżała w kącie legowiska i nie mówiła ani jednego słowa. Odmawiała racji żywnościowych, nie piła, tylko leżała. Doszła do wniosku, że to tylko wyłącznie jej wina. Gdyby się z nim nie spotykała i gdyby go tu nie zaprosiła, żyłby dalej. To przez nią zginął, to przez nią zabił swego ojca, zniszczyła też tym życie Ulewnemu Szkwałowi, Szafirce, piastunowi i wszystkim dookoła. Może nawet jakby ona się nie pojawiła tego dnia, gdy się urodziła, jej matki nie zabiłby lis! Wszyscy by żyli szczęśliwi! Szczęśliwi! Taki ktoś jak Ulewny Szkwał nie zasługiwał na kogoś takiego, to była prawda. Była żmiją, okropnym padalcem, zadkiem borsuka! A więc po co żyć, gdy wszystko tylko komplikowała? Ona cierpi, inni cierpią, więc czemu tego nie zakończyć?
Jednakże po kilku dniach głodówki postanowiła w końcu coś zjeść. Nikt jej nie odwiedzał, nikt nie myślał, ale jakoś się trzymała. Okazało się, że ten klan, który tak wcześniej mocno kochała, ją skrzywdził tak jak ona jego.
Pewnego dnia jednak z wizytacją przyszła Mandarynkowa Gwiazda.
– Liliowa Pieśnio, teraz Bagno, kilka wschodów słońca temu twoja przyjaciółka Urodziwy Szafirek oraz jej partner Przypalony Kasztan odeszli z klanu, najprawdopodobniej do Klanu Klifu. Czy ona z jej kochasiem nie pomogła Tobie, jej najlepszej przyjaciółce?
Kotka nie mogła nabrać powietrza.
– Jak to… uciekła? Nie… czemu… szafir… NIE! – próbowała kurczowo złapać oddech, jej oczy zmieniły się w szparki. Szafir ją zostawiła! Opuściła! Jak ona mogła! Jej myśli przebiegały przez jej umysł, aż w końcu upadła na ziemię tracąc przytomność.
“Czyhająca Mureno, zajmij się samotnikiem, nie potrzebujemy już go”. Został potraktowany jak przedmiot, jak kamień który stracił swój blask i został wyrzucony do rzeki! Czy tak się postępuje z kocim życiem? Nienawidziła przywódczyni i Czyhającej Mureny, przynajmniej przez te dni, gdyż potem leżała w kącie legowiska i nie mówiła ani jednego słowa. Odmawiała racji żywnościowych, nie piła, tylko leżała. Doszła do wniosku, że to tylko wyłącznie jej wina. Gdyby się z nim nie spotykała i gdyby go tu nie zaprosiła, żyłby dalej. To przez nią zginął, to przez nią zabił swego ojca, zniszczyła też tym życie Ulewnemu Szkwałowi, Szafirce, piastunowi i wszystkim dookoła. Może nawet jakby ona się nie pojawiła tego dnia, gdy się urodziła, jej matki nie zabiłby lis! Wszyscy by żyli szczęśliwi! Szczęśliwi! Taki ktoś jak Ulewny Szkwał nie zasługiwał na kogoś takiego, to była prawda. Była żmiją, okropnym padalcem, zadkiem borsuka! A więc po co żyć, gdy wszystko tylko komplikowała? Ona cierpi, inni cierpią, więc czemu tego nie zakończyć?
Jednakże po kilku dniach głodówki postanowiła w końcu coś zjeść. Nikt jej nie odwiedzał, nikt nie myślał, ale jakoś się trzymała. Okazało się, że ten klan, który tak wcześniej mocno kochała, ją skrzywdził tak jak ona jego.
Pewnego dnia jednak z wizytacją przyszła Mandarynkowa Gwiazda.
– Liliowa Pieśnio, teraz Bagno, kilka wschodów słońca temu twoja przyjaciółka Urodziwy Szafirek oraz jej partner Przypalony Kasztan odeszli z klanu, najprawdopodobniej do Klanu Klifu. Czy ona z jej kochasiem nie pomogła Tobie, jej najlepszej przyjaciółce?
Kotka nie mogła nabrać powietrza.
– Jak to… uciekła? Nie… czemu… szafir… NIE! – próbowała kurczowo złapać oddech, jej oczy zmieniły się w szparki. Szafir ją zostawiła! Opuściła! Jak ona mogła! Jej myśli przebiegały przez jej umysł, aż w końcu upadła na ziemię tracąc przytomność.
***
– Dzień dobry, księżniczko Gąbczasta Perło, co się stało?
– Zemdlałaś. – odpowiedziała z pogardą – twój oddech był nierówny, trochę świszczałaś, teraz powinno być lepiej.
– Dziękuję droga medyczko. – podziękowała, a medyczka wyszła bez słowa.
***
– Witaj Li- to znaczy Bagno, oto twoje jedzenie.
<Słodyczo? Chcesz chwilę poplotkować?>
Wyleczeni: Bagno
Subskrybuj:
Posty (Atom)


.png)