BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

14 sierpnia 2026

Od Firletkowej Łapy

Trwała Pora Nowych Liści, którą można było w sumie nazwać Porą Porywistych Wiatrów. Tej pory żywioł naprawdę mógł dawać niektórym w kość. Mimo że już te wiatry nie były aż tak bezlitosne, jak na początku, wciąż nie były przyjemne. Co innego jednak mogły powiedzieć ptaki, które wręcz czerpały przyjemność z szybowania nad bezkresnym morzem, używając do tego właśnie silnych wiatrów. Ich skrzeki, piski i śmiechy rozprzestrzeniały się echem pod zachmurzonym niebem, a niektóre osobniki nawet wykonywały różnego rodzaju manewry.
Firletka stał niedaleko krawędzi klifu, lecz pilnował, by nie zbliżyć się do niej na mniej niż trzy długości kociego ogona i podziwiał korzystające z silnego wiatru mewy i inne ptaki nadmorskie. Bardzo podobało mu się to, z jaką gracją szybowały. Ich potężne skrzydła dawały mu pewnego rodzaju zachwyt. Zaraz za uczniem siedział Trójoki Zając, który go pilnował, jednocześnie również obserwując pokaz ptactwa.
Nieopodal nich wylądowała mała grupa mew, skrzecząc radośnie. Kocury od razu się wycofały, by im nie przeszkadzać i obserwować je z bezpieczniejszej odległości, minimalizując ryzyko ataku. Firletka słyszał, jak zanim się urodził, Klan Klifu miał swego rodzaju “bitwę” z mewami, które regularnie i po trochu pozbywały się Klifiaków. Jego tata został wysłany na pozbycie się ich gniazd i z bólem serca musiał to wykonać. Było to trochę przykre, ale arlekinek rozumiał, że była to jednak dosyć pilna sprawa.
Ptaki zaczęły tupać, co było dość ciekawym zachowaniem. Firletka się zastanawiał, o co im chodziło, ale po jakiejś chwili z ziemi zaczęły wręcz wypływać dżdżownice, które od razu kończyły w dziobach mew jako pokarm. Kocurek zastrzygł uszami, a Trójoki Zając się na niego spojrzał.
— Widzisz, jakie one są mądre? — Uśmiechnął się. — Potrafią takie coś wymyślić. Jakie te ptaki są cudowne — westchnął z podziwem.
To prawda, są cudowne. Ale to oglądanie ptaków nie mogło trwać w nieskończoność. W końcu przecież wyszli na trening, nie na podziwianie.
Kocur szturchnął Firletkową Łapę lekko barkiem, który otrząsnął się ze skupienia i zachwytu pierzastymi zwierzętami.
— Musimy iść. Powspinamy się dziś — oznajmił i ruszył głębiej w ląd, oglądając się jeszcze za uczniem, który jeszcze ostatni raz spojrzał na mewy i ruszył za nim.

***

Po niedługim czasie znaleźli się na obrzeżach lasku nieopodal Złotych Kłosów. Zaszli nieco głębiej, po czym Trójoki Zając wybrał drzewo z wysoko osadzoną, bujną koroną, idealną do zwiedzania. Jednak, by dostać się do gałęzi, trzeba było się wspiąć po pniu. Firletka przełknął ślinę, podczas gdy mentor przeciągnął się dla rozgrzewki.
— Obserwuj mnie uważnie, bo będziesz musiał powtórzyć to, co robię — rzekł i podszedł do pnia i zaczął ostrzyć sobie pazury o korę, po czym się w niej zaczepił. Podciągnął się w górę i zaczepił ponownie, a potem znowu się odbił i tak aż do pierwszego konara. — Twoja kolej! — powiedział do syna, spoglądając na niego w dół.
Firletkowa Łapa strzepnął ogonem i zaczepił się pazurami o korę. Popatrzył się trochę w górę, potem w dół, nie wiedząc za bardzo co począć. Zastanowił się moment, po czym jakoś wdrapał się na wysokość ogona. Położył po sobie uszy, czując, jak się osuwał powoli w dół.
— Uh… — stęknął, starając się trochę podciągnąć, lecz biedak wczepił się za głęboko i nie mógł wyciągnąć pazurów tak hop siup, jak zrobił to tata. Potrzebował chwili, by oswobodzić się z pułapki, po czym runął na ziemię. Zaraz jednak stanął na łapy i się otrzepał, następnie pomyślał chwilę. Może nie powinien się tak zatrzymywać, tylko w paru susach pokonać ten pień? W poziomie było to łatwe, lecz w pionie pewnie było to nieco cięższe. Tak więc naprężył łapy, odbił się od ziemi i wylądował na pniaku, lecz zamiast się zastanawiać, ruszył susem w górę. Powtórzył to parę razy z przerwami na wzięcie oddechu, aż dostał się do rozwidlenia pnia na parę gałęzi.
— Gratulacje, udało ci się! — rozradował się Trójoki Zając, liżąc syna między uszami. Mruczał z dumą, podczas gdy Firletka wylizywał podrapane, naruszone poduszki łap.
— Co dalej?
— Tak naprawdę, co tylko chcesz — miauknął. — Możesz się przejść po gałęziach, zapolować na wiewiórki, nie ma to znaczenia. Wykonałeś swój cel — wyjaśnił, po czym wstał i wspiął się nieco wyżej po grubym konarze, który był raczej tylko przechylony w górę niż pionowy jak pień. Tak więc Firletka poszedł jego śladem. Kremowy wojownik przeszedł na gałąź innego drzewa i zeskoczył na kolejną, niżej osadzoną, po czym miękko wylądował na ściółce leśnej. Uczeń był zadziwiony lekkością, z jaką się poruszał i próbował iść tym samym szlakiem, trochę chwiejnym krokiem. W końcu wylądował zaraz obok taty.
Oboje wrócili do obozu, po drodze jeszcze łapiąc wiewiórkę, którą sobie zjedli.

[739 słów + wspinaczka na drzewa]

13 sierpnia 2026

Od Borowika

– Przestań wreszcie wszędzie za mną łazić!!! Co jest z tobą NIE TAK?!
Wzdrygnąłem się. Po raz pierwszy w ciągu naszej rozmowy spojrzałem na niego.
Nie zatrzymałem go, gdy odchodził.

***

Gdybym miał opisać jednym słowem, co działo się od czasu mojego ostatniego patrolu ze Świergotkiem, powiedziałbym - niezręczność.
Poprzednim razem dość jasno zakomunikował mi, że zawsze mogę po prostu podejść do niego i porozmawiać o czymkolwiek. Jak to robią niemal wszyscy. Czy ja również podążyłem za tym powszechnym trendem? Nie. Oczywiście, że nie. Zamiast tego postąpiłem jak zwykle.
Całą moją energię skupiłem na jednej czynności - chodzeniu na patrole. Wszystkie. Udawało mi się dostawać na każdy, wyjaśniając to tym, że jestem wybitnym myśliwym o oku niczym jastrząb… albo sokół…? Jak i tym, że jeszcze nie mam ucznia, co owocuje dużą ilością niezagospodarowanego czasu w stosunku do innych zwiadowców. Nie robiłem już prawie nic innego, opuszczałem moje rutynowe treningi i inne zadania zwiadowcy. Dlaczego? Bo te patrole to jedyne działanie, które w jakiś sposób sprawiło, że udało mi się z rudym kocurem porozmawiać. Liczyłem, że samoistnie nastąpi to ponownie, bez potrzeby zagadywania do niego… ale to już się nie powtórzyło. Więc najczęściej po prostu… szedłem za nim lub przed nim. Czekałem. Zignorowałem zupełnie wszystkie inne znaki na niebie i ziemi, mówiące mi wówczas - co zrozumiałem dopiero teraz - że… być może zachowuję się tak nielogicznie i przytłaczająco, jak jeszcze nigdy dotąd.
Logiczne więc, że Świergotek w końcu się zdenerwował.
Ugh.
No dobra, wściekł się.
W końcu, jakby nie patrzeć… chodziłem za nim cały czas. I gapiłem się w dość mało subtelny sposób. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, co się dzieje… Najgorsze, że inni również zaczęli to zauważać, nie tylko rudy… i to chyba musiał być jeden z głównych czynników, które do tego wybuchu doprowadziły…

Tego dnia, chwilę wcześniej…

Wróciłem właśnie z kolejnego patrolu. Poranne słońce świeciło mi dość nieprzyjemnie w oczy ostrym blaskiem. W nozdrzach wyczuwałem drażniący zapach kurzu i suchej ziemi, której ziarenka wdarły mi się do nosa. Drobinki roślin, liści i mchu pokrywały moje futro - nie miałem czasu dokładnie wylizać się od jakiegoś czasu. Mimo nadejścia wiosny, wszystko wokół wydawało mi się zbyt intensywne, oślepiające, głośne i nieprzyjemne…
Nie spotkałem dziś Świergotka.
W ostatnich dniach wyrobiłem sobie nawyk chodzenia jak najwolniej, by być w stanie wypatrzeć jak najwięcej szczegółów… a przede wszystkim charakterystyczne futro rudego. I tym razem udało mi się go dostrzec, a nawet złapać kontakt wzrokowy. Jednak, zamiast machnąć mi ogonem, jak to robił dotychczas już cztery razy lub chociaż kiwnąć (co zrobił aż sześć razy), on… zmarszczył brwi i ruszył w przeciwnym kierunku.
Huh.
To był jeden z pierwszych sygnałów, że coś było nie tak. Że coś mi nie wyszło. Tylko co?
Ruszyłem niepewnie jego śladem, ostrożnie stawiając łapy na płowym piasku, czując, jak zaciska mi się gardło. W moje skronie uderzyła fala gorąca, przelewająca się przez zatoki do gardła, cofająca się przez piekące mnie teraz gałki oczne.
Wstyd. Wstyd. Tylko dlaczego?
Gdy byłem już kilka kroków za nim, on nagle odwrócił się do mnie.
– O co ci chodzi? – wycedził, mierząc mnie chłodnym spojrzeniem niebieskich oczu.
Zatrzymałem się wpół kroku. Potrząsnąłem lekko głową. Nagle wszystko zaczęło mnie swędzieć…
– Uh… Jak to “o co”…? Po prostu… szedłem sobie… – zacząłem, przyciskając barki bliżej do siebie, spoglądając nieco w bok.
– Weź! – przerwał mi. – Dobrze wiem, że nie. Non stop za mną chodzisz, gapisz się, czuję się, jakbyś mnie śledził! Już naprawdę straciłem do tego cierpliwość!
Przełknąłem ciężko, drapiąc jedną łapę drugą.
– Uh. Ja… ja cię nie śledzę przecież… To… to by było dziwne… Po prostu… no, za kim innym mam chodzić…? Znaczy… znaczy, tak chodzę po prostu, a ty jesteś jednym z możliwych kotów, za którymi mogę podążać, akurat… akurat tak się trafiło, że… zrobiłem to kilka razy pod rząd… Statystycznie jest to całkowicie możliwe…
Ugh.
Było już za późno. Wpadłem. Udawanie nieświadomego jest już chyba moim ostatnim bastionem… Z reguły to działa, nikt się nie złości, gdy widzi, że rozmawia z tą wersją mnie, rzuca tylko coś w stylu “szkoda gadać” i…
Świergotek zrobił kilka kroków w moją stronę. Poczułem, jakby żebra zacisnęły się żelaznym uchwytem na moich płucach niczym ptasie szpony na przejrzałej śliwce. Spojrzał prosto na mnie.
– Nie wiem, co ci siedzi w głowie, Borowiku. Nie wiem, co sobie myślałeś. Ale chcę, żebyś wiedział, że nie podoba mi się twoje zachowanie. Jest dziwne i… niepokojące. – powiedział stanowczo, a po chwili wahania dodał. – Nie tylko… nie tylko dla mnie, okej? Więc… albo mi powiesz, o co chodzi, albo po prostu się ode mnie odczep, jasne? Nie mam siły na jakieś twoje… podchody.
Kocur patrzył na mnie, domagając się odpowiedzi.
Czułem, jak przyspiesza mi serce, a grunt osuwa się spod łap.
Wahałem się.
Miałem dwie opcje - skłamać i dalej skupiać się na uwydatnianiu mojej naiwnej strony w dialogu albo powiedzieć prawdę… Tylko co ja miałem powiedzieć, gdy jej nie znałem? Nie znam powodu mojego zachowania, które… najwyraźniej kogoś zraniło. Uprzedziło do mnie. Nie rozumiem moich własnych motywacji.
Zamrugałem.
– Ja… – zacząłem, rozglądając się dookoła, czując suchość w gardle. – Nie, nie, ja nie… nie nazwałbym tego podchodami, raczej… uh… zbiegiem okoliczności, chyba że ty wziąłeś to za celowe działanie, ale to… to nie do końca tak, chyba że coś źle zrozumiałem, nie wiem do końca… znaczy… twój komunikat nie był… wystarczająco klarowny i… –

***

No i koniec. To by było na tyle.
Nie mam pojęcia, co się tu stało. Co kierowało mną przez ten cały czas. A teraz Świergotek jest smutny... Nie tego chciałem. Nie wiem, czego chciałem, ale na pewno nie tego.
Czułem, jakby żebra przebijały mi się przez płuca, dźgając nieprzyjemnie mój brzuszek. Jakby moje organy wypłynęły z wnętrza przez zatoki i otoczyły mnie niczym pancerz.
Z reguły niczego nie rozumiem, ale teraz jest to nawet mniej niż nic…
Już po ptakach. Więc chyba czas na ryby.

Od Lipieńka CD. Drzemlika

Zacisnąłem zęby na grubej łodydze jeszcze mocniej, aż poczułem, jak źdźbła łaskoczą mnie po nosie. Roślina ani myślała się poddać. Szarpałem głową na boki, próbując wyrwać ją razem z kawałkiem ziemi, ale zamiast tego moje przednie łapy zaczęły tracić kontakt z podłożem. Najpierw uniosła się jedna, potem druga, a chwilę później poczułem nieprzyjemne łaskotanie w brzuchu, kiedy moje łapy zawisły nad ziemią. Znieruchomiałem. Przez moment nawet nie mrugnąłem, wpatrując się w ziemię znajdującą się pode mną.
— Drzemlik…? — pisnąłem, a moje uszy położyły się płasko na głowie. — Ja chyba… latam.
Nie brzmiało to wcale tak dobrze, jak mogłoby się wydawać. Ogon zjeżył mi się lekko, gdy spróbowałem poruszyć tylnymi łapami. Nic. Tylko kołysałem się na boki, uczepiony zębami tej przeklętej trzciny. W brzuchu poczułem dziwne ściskanie. Z jednej strony było to trochę fascynujące. Byłem wyżej niż wcześniej! Mogłem zobaczyć kawałek obozu ponad niskimi kępami roślin i dostrzec poruszające się w oddali ogony dorosłych kotów. Z drugiej strony wcale nie byłem pewien, jak właściwie wrócić na ziemię.
— Tylko… nie puszczaj mnie — wymamrotałem przez zaciśnięte zęby, chociaż sam nie wiedziałem, czy mówiłem to do Drzemlika, czy do trzciny.
Wiatr prześlizgnął się pomiędzy wysokimi łodygami, wprawiając je w delikatny szelest. Kilka kropel wody, które pozostały na liściach po nocnym deszczu, spadło na moje futro. Jedna trafiła prosto między oczy. Odruchowo zmrużyłem ślepia, a wtedy trzcina przechyliła się jeszcze bardziej.
— AAAAA!
Puściłem ją. Na całe szczęście nie spadłem z dużej wysokości. Wylądowałem na miękkiej, wilgotnej ziemi z głuchym pacnięciem, a chwilę później przewróciłem się na bok. Przez kilka uderzeń serca leżałem bez ruchu, próbując zrozumieć, czy wszystkie moje łapy nadal znajdowały się na swoim miejscu. Pomarańczowe oczy rozszerzyły mi się, gdy spojrzałem na swoje łapki. Były. Wszystkie cztery.
— Żyję… — wymruczałem z ogromną ulgą, po czym spojrzałem na Drzemlika. — Koty jednak nie potrafią latać.
Usiadłem, otrzepując z futra drobinki ziemi i kawałki wyschniętej trawy. Dopiero teraz zauważyłem, że kawałek trzciny, który przed chwilą próbowałem wyrwać, nadal leżał obok mnie. Spojrzałem na niego z wyraźnym wyrzutem. To wszystko było jego wina.
— Ale przynajmniej mamy jedzenie dla naszego ślimaka.
Podniosłem głowę, a mój wzrok powędrował w stronę miejsca, w którym zostawiliśmy naszego nowego pupila. Wydawało mi się, że konstrukcja z mchu, kamienia i ściółki była z tej odległości jeszcze mniejsza niż wcześniej. Przez chwilę zastanawiałem się, czy ślimak nadal tam był. Przecież obiecaliśmy, że się nim zajmiemy.
Ruszyłem więc z powrotem, tym razem zdecydowanie ostrożniej. Stawiałem łapę za łapą, omijając mokre wgłębienia w ziemi i większe kamienie. Obóz z tej perspektywy wyglądał zupełnie inaczej niż z kociarni. Wysokie trzciny poruszały się nad naszymi głowami, a pomiędzy nimi co jakiś czas pojawiały się sylwetki dorosłych kotów. Słyszałem ich rozmowy, szelest łap przesuwających się po podłożu oraz pojedyncze miauknięcia dochodzące z różnych stron. Wszystko wydawało się ogromne, a jednocześnie niezwykle interesujące. Kiedy dotarłem do Drzemlika, zerknąłem najpierw na niego, potem na ślimaka.
— Widzisz? — mruknąłem z dumą. — Nie zjadłem ziemi ani nie umarłem.
Po chwili nachyliłem się nad naszym pupilem, sprawdzając, czy nadal siedział na kamieniu. Muszla była wilgotna i błyszczała w świetle słońca, które przedzierało się przez trzcinowe liście. Dotknąłem jej ostrożnie końcem nosa.
— Nadal śpi. — zmarszczyłem nosek.

<Drzemliku? Myślisz, że ślimaki też potrafią latać?>

Od Fiołka CD. Drzemlika

Obserwowała, jak oczy niebieskiego kocurka się otwierają coraz szerzej. Sprawiał wrażenie przejętego brakiem ślimaków współlokatorki. Szylkretka wiedziała jednak, że to wszystko był jeden wielki podstęp, aby ukraść jej pupile. Postanowiła, że nie da się nabrać na jego gadki. Nie zamkną się jej oczy tak jak całej reszcie i nie będzie latać za Drzemlikiem, jakby był wysłannikiem od samego Klanu Gwiazdy. Musi mu pokazać, kto tu rządzi!
— Może ci uciekły? Poszukajmy ich, chodź — miauknął zachęcająco.
Na te słowa Fiołek cała się zjeżyła, a jej oczy zapłonęły dzikim gniewem. Jak on śmiał!? Czy ten lisi oddech słyszał samego siebie? Jej ślimaki miałyby uciec? Za kogo on miał ją i jej kochane mięczaki? Wbiła pazury w paprocie i poczuła, jak liście rozrywają się na drobne kawałki pod naciskiem. Nie będzie pozwalać tej zapchlonej świerzbowej skórze na takie poniżanie. W ogóle jej nie szanował! Myślał sobie, że jest najlepszy w całym żłobku, ale to jego problem, że nie docenił Fiołki. Zaraz mu pokaże!
— Jak ty śmiesz… — Jej źrenice się zwęziły, a ogon wściekle przecinał powietrze, kiedy gniewnie machała nim na boki. Chyba jeszcze nigdy nie była tak zła. — MOŻE UCIEKŁY? MOJE ŚLIMAKI UCIEKŁY!? — splunęła wściekle. — Moje ślimaki nigdy by nie uciekły. Były tresowane i się mnie słuchały. Potrafiły robić wszystko, o co je poprosiłam — wysyczała prosto w pysk Drzemlika. — Ale nie wiem, czy taki ptasi móżdżek jak ty byłby w stanie to pojąć, przecież ty nigdy nie miałeś takich cudownych, tresowanych ślimaków. I nigdy nie będziesz miał, bo nie potrafisz ich nauczyć tego wszystkiego, czego ja nauczyłam moje dwa piękne niebieskie ślimaki. A teraz ich nie ma! Ktoś je musiał ukraść, rozumiesz!?
Patrzyła ze wściekłością na zdezorientowany pyszczek Drzemlika, który chyba nie wiedział co odpowiedzieć. Pewnie nikt nigdy tak na niego nie nakrzyczał. A szkoda, bo już dawno mu się należało! Nigdy też pewnie nie widział Fiołki w takiej furii. No cóż, pewnie zapamięta ten widok na długo i następnym razem pomyśli trochę, jeśli w ogóle potrafi, zanim coś powie!
— Fiołko, Drzemliku! Co się stało? Wszystko w porządku? — Nagle nie wiadomo skąd przybiegła Senna Łza ze zmartwioną miną i trąciła swoje kocię nosem. Pewnie obawiała się, że zaraz dojdzie do bójki, co wcale nie byłoby takie dziwne, patrząc na porywczy temperament szylkretki.
Fiołek spojrzała na matkę i na chwilę oprzytomniała, przypominając sobie, że te niebieskie tresowane ślimaki istnieją tylko w jej głowie. Przecież nie miała żadnych zwierzątek. Co jednak miała powiedzieć Drzemlikowi, kiedy ten opowiedział jej o swoim pupilu? Nie mogła być gorsza od niego! Może na razie te mięczaki były wymyślone, ale niedługo znajdzie sobie jakieś prawdziwe, a na razie musiała improwizować.
Zauważyła, że coraz więcej kotów w obozie ma oczy skupione na dwójce młodych kociąt i z zaciekawieniem obserwuje tę kłótnię. Powstrzymała uśmiech satysfakcji, ale poczuła przyjemne ciepło rozchodzące się po jej ciele od nosa aż po końcówkę ogona. Tylu wojowników miało swoją uwagę skupioną na niej! Skupiła się na tym, żeby przybrać smutną, zrozpaczoną minkę i żeby mówić wystarczająco głośno, aby cały obóz ją słyszał.
— No bo ja znalazłam dwa niebieskie ślimaczki. I były przepiękne, takie z niebieskimi muszlami. I były też bardzo mądre, więc wpadłam na super pomysł, żeby je wytrenować. I mi się udało! I one się mnie słuchały i znały bardzo dużo słów i... i… I teraz ich nie ma! — Spojrzała oskarżycielsko na Drzemlika. — One by nie uciekły, mamusiu, bo one były tresowane! Ktoś musiał je ukraść albo… — przerwała na chwilę, jakby nie chciała dopuszczać do siebie tej strasznej myśli. — Albo coś je zjadło! Może nawet ktoś! Kto wie, czy drzemliki nie jedzą przypadkiem ślimaków. Pewnie nie bez powodu Świteziankowe Jezioro nadała mu takie imię, pewnie przeczuła coś albo Klan Gwiazdy zesłał jej znak!
Kompletnie nie przejmowała się tym, jakie głupoty gadała. Najważniejsze, aby ściągnąć na siebie jak najwięcej uwagi i doprowadzić do takiego stanu, gdzie każdy będzie jej współczuć, a Drzemlik niech ma za swoje. Obraził jej ślimaki i nigdy mu tego nie wybaczy!

<Drzemliku?>

Od Fiołka CD. Wełnianki

Weszła do kociarni, rozchylając pędy trzcin na boki z zielonym, błyszczącym spojrzeniem wpatrzonym w rudo-białą koteczkę. Szybko poczuła ciepłe i suche powietrze panujące w legowisku na swoim długim futrze, a do jej noska dotarł zapach mleka. Na widok uśmiechu współlokatorki nie mogła powstrzymać swojego.
— Jasne! Będzie fajnie — zamruczała i odeszła do swojego posłania, na pożegnanie lekko muskając bok Wełnianki końcówką swojego puchatego ogona.
Mech uginał się pod poduszkami jej łap, kiedy skierowała swoje kroki w stronę Sennej Łzy i Jasności, które właśnie się obudziły i szeroko ziewały, aby rozbudzić swoje umysły. Płuca Fiołek wypełniły się przyjemnymi zapachami kotek. Szylkretka położyła się obok zaspanej Jasności, wtulając nos w jej miękkie, czarne futro.
— Gdzie byłaś? — zamruczała koteczka.
— Bawiłam się — odpowiedziała ciepło Fiołka i zaczęła wylizywać główkę swojej siostrzyczki.

***

Wiatr poruszał futrem i wibrysami koteczki, jednak ta z zadowoleniem zauważyła, że tego dnia podmuchy były nieco słabsze i nie aż tak zimne. Miała nadzieję, że pora Zielonych Liści, o której karmicielki mówiły z tęsknotą, niedługo nadejdzie. Chciała wiedzieć, co jest w niej takiego cudownego. Miękkie źdźbła trawy łaskotały jej poduszki i rozchylały pod naciskiem łap, kiedy szła w stronę dziupli ze zwierzyną. Zgrabnie wskoczyła na kamienie prowadzące do niej, a kiedy znalazła się już wystarczająco blisko, wsadziła głowę do środka. Zamrugała parę razy, aby przyzwyczaić się do panującego w pniaku półmroku i obwąchała piszczki, aż w końcu zdecydowała się na płoć. Spojrzała z obrzydzeniem na mysz, która leżała niedaleko. Wciąż jeszcze nie przekonała się do futerkowej zwierzyny.
Z rybą w pysku trochę trudniej się szło, bo jej ogon znajdował się między przednimi łapami szylkretki i parę razy prawie się o niego potknęła. Dodatkowo zdobycz była duża przy małej koteczce.
Fiołka rozejrzała się po obozie, szukając kogoś, z kim mogłaby się podzielić. Gdy zauważyła Wełniankę, zamruczała z zadowoleniem. A przynajmniej spróbowała, bo dźwięk, który wydała z siebie, nie był nawet podobny do mruczenia ze względu na trzymaną w pysku rybę.
— Cześć! Zjesz ze mną? — miauknęła, upuszczając zdobycz.
Wibrysy biało rudej koteczki lekko wychyliły się do przodu.
— Jasne! Jadłaś kiedyś tą… no… — Na chwilę się zawahała.
— Płoć? — domyśliła się Fiołek. — Nie, to mój pierwszy raz!
— Właśnie, płoć! Mój też.
Szylkretka ostrożnie zasmakowała zdobyczy, po tym, jak obrały ją z łusek, które sprawiedliwie podzieliły między siebie. Żadna z nich nie była wyjątkowo ładna, więc nie było powodów do kłótni o nie.
Poczuła w pysku smak rzeki i zamruczała.
— Dobre! — Po chwili zmieniła temat. — Słyszałaś, co się działo na ślubie Ulewnego Szkwału i Liliowej Pieśni, teraz już w sumie Bagna? Przyszedł jakiś czekoladowy samotnik i pobił Złocistego Widlika! Jak on tak mógł!? Szkoda, że mnie tam nie było, to bym obroniła naszego piastuna. — Ze złością uderzyła ogonem o ziemię. Lubiła kremowego i nie chciała, żeby ktoś go atakował. — I okazało się, że to był jej brat. Brat Bagna. Tylko nadal nie rozumiem, po co przyszedł i przerywał ceremonię ślubną! Mówią, że to dlatego, że jest czekoladowy, że czekoladowi tak mają… Ale twoja mama nie jest taka, prawda? Wydaje się miła i zawsze jest grzeczna, z tego, co wiem.
Szybko zapomniała o gniewie, który w niej wezbrał, kiedy mówiła o ataku na Złocistego Widlika, a zamiast tego w jej głowie pojawiła się ciekawość.

<Wełnianko?>

Od Orzechówki

Przeszłość

Mały, czarny kłębuszek przyszedł na świat. Nie piszczała, nie wierciła się, po prostu leżała. Kociak został nazwany od orzechówki, gdyż jej kropki przypominały te, które miała na futerku. Była bardzo cicha, tak bardzo, że w żłobku pełnym głośnych kociąt ona była niemalże niezauważalna. Mimo tego Drzemlik, jej kochany brat ją widział i lubił z nią rozmawiać na różne tematy, co niezwykle ją cieszyło. Kochała również swoją matkę, ale nie była pewna, czy ona ją… nie przebywała ze swoim potomstwem, chyba, że aby je nakarmić. Orzechówka starała się o tym nie myśleć, choć było to trudne, ze względu na jej wrażliwość.
Koteczka leżała przy piastunie, Złocistym Widliku, który ich wylizywał. I wtedy ni stąd, ni zowąd zwęglona kotka rzekła:
– M- mama? – miauknęła.
– Nie, nie mama, piastun. – zaśmiał się.
– Pi… pi… piiiio… piasek! – mruknęła.
Złocisty tylko się zaśmiał.
– No cóż, musisz się jeszcze trochę nauczyć. Chcecie posłuchać opowieści o paziu królowej?
– Tak! – miauknęły obaj kociaki.
– A zatem, pewien kolorowy motyl pewnego dnia ujrzał piękną uskrzydloną księżniczkę mrówek, która beztrosko latała po polanie. Motyl od razu się w niej zakochał, ona w nim również. Jednak potem, wybranka jego serca została królową mrowiska. Motyl, w przeciwieństwie do niej nie mógł się pogodzić z rozłączeniem i wbrew jego przeznaczeniu fruwał nisko nad ziemią, mając nadzieję, że ją jeszcze kiedyś spotka, aż pewnego dnia, ujrzał ją na brzegu rzeki. Uradowany zlatywał coraz niżej i niżej, aż się okazało, że widział nie ukochaną, a swoje własne odbicie. Motyl przez to zdarzenie się utopił, a na cześć jego nieszczęśliwej miłości nazwali go paź królowej…
Na ostatnie słowa zwęglona i jej brat zwinęli się w kłębek i spokojnie zasnęli…

Od Psianki CD. Żabiego Oka

Poruszyłam lekko uszami, słysząc pytanie Żabiego Oka, po czym uśmiechnęłam się pogodnie. Nie przeszkadzało mi, że kotka wzięła mnie za wojowniczkę, choć przez chwilę zerknęłam na swoje niewielkie łapy, jakbym sama musiała sobie przypomnieć, że od niedawna moja ranga rzeczywiście się zmieniła. 
— Jeszcze nie tak dawno byłam uczennicą. — odpowiedziałam z lekkim rozbawieniem. — Ale właściwie… właśnie księżyc temu zostałam zwiadowczynią Owocowego Lasu. Mam dopiero jedenaście księżyców, więc chyba rzeczywiście wyglądam trochę młodo jak na kogoś z taką rangą.
Przysiadłam wygodniej na kamieniu, spoglądając na kwiaty, które Żabie Oko zaczęła obrywać. Sama nie zamierzałam ich niszczyć, ale ich delikatny zapach przyjemnie mieszał się z wonią świeżej trawy.
— A ty jesteś wojowniczką, prawda? — dopytałam, przyglądając jej się z zaciekawieniem. — I skoro uciekłaś od obozu tylko na chwilę, to chyba nie muszę się martwić, że zaraz spróbujesz mnie zjeść. Uśmiechnęłam się zaczepnie, najwyraźniej żartując. — Chociaż nadal jestem ciekawa, co właściwie takiego interesującego znalazłaś na tych terenach.
Przez chwilę przyglądałam się jej w milczeniu, próbując przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek wcześniej widziałam ją w obozie albo na którymś ze zgromadzeń. Nie przypominałam sobie jednak niczego, więc tym bardziej ciekawiło mnie, jak wygląda życie w Klanie Nocy. Wiosenny wiatr poruszył delikatnie kwiatami wokół nas, a ja zerknęłam na ścieżkę prowadzącą głębiej w las, zastanawiając się, ile jeszcze takich miejsc mogłabym kiedyś odkryć podczas swoich zwiadów. 
— Właściwie dobrze, że na siebie trafiłyśmy. Rzadko mam okazję porozmawiać z kimś spoza Owocowego Lasu, a skoro obie jesteśmy tutaj z własnej woli, możemy chyba uznać, że to całkiem udany dzień.

<Żabie Oko?>

Od Śnienia CD. Wrony

Nikt nie mógł wmówić drugiemu kotu, że nie wcale nie nadeszła Pora Nagich Drzew. W obozie napadało tyle śniegu, że większość kotów musiała skakać, żeby przedostać się na drugi koniec głównej polanki. Śnienie szczerze się niecierpliwił, zdążył już wrócić z patrolu granicznego wraz z Koniczynem, Purpurą, Całunką i Deglezją. Cały ich las był strasznie ośnieżony, dlatego wszyscy przemarzli, a na dodatek tego złego stróże jeszcze nie odśnieżyli obozowiska. Co za lenie! Zmarznięty przysiadł przy stercie zdobyczy. Nie powodziło im się najgorzej. Nadal Owocowy Las miał co jeść, co uspokajało wszystkich. Kolendra wraz ze swoimi towarzyszami, zostali przez ten czas w obozie i co, jakiś czas Śnienie słyszał ich podśmiechujki. W końcu przestawał sam na nie zwracać uwagę. Reputacja drwiących nie była bez skazy. Cały Owocowy Las zastanawiał się, jak mogą ukarać zastępcę, któremu nie wypada mieć takich przywar oraz resztę kotów. Skupiony na wybieraniu zwierzyny nawet nie zauważył, że do niego podeszła Wrona.
— Witaj Śnienie! Jak dzień mija? — zamruczała młoda zwiadowczyni.
— Hm? A, tak. Witaj Wrono, właśnie wybieram sobie zwierzynę do przekąszenia. Nie wiem, jak ty, ale najlepiej smakują mi myszy. Najprostsza zwierzyna, jaką tylko można złapać oraz popularna w każdym klanie — lokalizując małe brązowe futerko gryzonia na stercie, złapał go w pysk i odszedł z nim na pobocze, starając się odśnieżyć miejsce, tak by on oraz jego towarzyszka mogli w spokoju zasiąść. — Byłem jeszcze na porannym patrolu granicznym. Niestety ciężko się porusza po lesie, jak jest tak dużo śniegu. Purpura, Całunka i Deglezja zamarzły i teraz grzeją się w legowisku wojowników, a Koniczyn stara się wyrwać z futra ubite kuleczki śniegu. Widzę, też, że w obozie nic się nie zmieniło od naszego wyjścia. Wiesz może, kto powinien się tym zająć?
Wrona nie była zbytnio zainteresowana z nim rozmową, szczególnie na takie tematy. Poruszyła jedynie wąsami i wzruszyła ramionami.
— Pewnie stróże, jednak jest tak zimno, że mam wrażenie, że sparaliżowało całą społeczność.
Odpowiedź kotki szczerze nie usatysfakcjonowała kocura. Zwiadowczyni raczej nie miała większego problemu ze śniegiem, gdyż jej ranga naciskała na przemieszczanie się głównie po drzewach po ich terytorium. Natomiast on jako wojownik, musiał sprawdzać podszycie i wiedzieć, co się dzieje na dole.
— Czyli mówisz w sumie wszystko, to co już wiem — mruknął, biorąc pierwszego gryza myszy.
— Nie przeszkadza ci Kolendra? W sensie, że nie obgaduje cię? — mruknęła dymna.
— Denerwować? Oczywiście, że to robi. Szczególnie jeśli nie pozwala mi na ten moment na mianowanie na wojownika, chodź jestem na tyle stary, jak i przeszkolony, żeby nim być. Obawiam się, że może mi nie ufać lub robić mi na złość — zjadł w końcu swój posiłek i oblizał wąsy. — Może też mieć dobre intencje w tym, że jeszcze nie chce mnie mianować, choć mogę sobie z tego nie zdawać sprawy…
Tak naprawdę wiedział, że kocur nadal jest na niego zły, że ten Porą Opadających Liści zaciągnął go nocą na polowanie i na dodatek nie posłuchał się w chwili, która zagrażała życiu ich obojga. Jednak Wrona wcale nie musiała o tym wiedzieć.
— Hm… A może powinieneś poprosić Czereśnie o zmianę mentora? Pewnie ktoś by cię przyjął i nie musi być to konkretnie Kolendra. Tym bardziej że strasznie wszystkich obgaduje…
— Chyba nie mam aż takiej potrzeby na zmianę mentora, Wrono. Przecierpię jego nauki i będę mógł w końcu zostać wojownikiem.
A tak naprawdę nie zamierzał rezygnować ze statusu rudzielca. Kocur może nie ma dobrej opinii, jednak wcześniej musiał mieć, skoro zawdzięcza Czereśni tak wysoką rangę. A skoro lider przydzielił mu samego zastępcę, to Śnienie nie może tego zmarnować, tylko dlatego, że Kolendra jest głupkiem. Może sam kiedyś dzięki temu zostałby liderem? Na pewno by się nie obraził.
— Czyli go lubisz — stwierdziła młodsza kotka.
— Tak i nie. Nie przepadam braku profesjonalizmu, jaki on pokazuje. Jednak każdy kot ma jakieś wady.
Wrona znudzona jego gadaniem kręciła się, przynajmniej jakby usiadła na igliwiach albo miała pchły w zadku.
— A chciałbyś zapolować, tak jak to robią zwiadowcy? — powiedziała w końcu.
— Miałbym udawać wiewiórkę? Nie mam ani długiego ogona, ani nie jestem rudy — zaśmiał się. — Natomiast Kolendra spełnia oba te kryteria.
Wrona na porównanie jej rangi do wiewiórki napuszyła się i nadęła policzki w udawanej złości.
— Wcale nie jesteśmy wiewiórkami, a poza tym myślę, że mogłabym cię co nieco nauczyć. Kiedyś będę mentorką, więc muszę potrenować nauczanie głupich futrzaków. Bez ogona, czy z ogonem może trochę uda ci się poskakać po gałęziach! — zamruczała kotka z nową energią. Już nie nudziła się przez jego nudną gadkę.
— Albo spadnę i skręcę sobie kark. Nie masz nikogo ze zwiadowców, kto mógłby z tobą pójść?
Wrona pokręciła przecząco głową. Śnienie rozejrzał się po obozie i rzeczywiście, koty były zajęte odśnieżaniem lub regeneracją, a większej części nawet nie było w obozie. Chyba będzie musiał się zgodzić. Nie uśmiechało mu się skakanie po drzewach, skoro nie tak dawno wrócił do obozu z porannego, chociaż z drugiej strony mógł ulepszyć swoje poruszanie się po drzewach niczym zawodowiec. Kocur w końcu skinął głową kotce.
— Niech ci będzie.
— Wiedziałam, że się nie oprzesz! — zachichotała Wrona i wyprowadziła go z obozu.
Oboje razem poszli w ustronne miejsce poza obozem, jednak na tyle blisko, że gdyby Śnienie doznał jakiejś kontuzji, to od razu mógłby się skontaktować z Gołąbkiem. Wspięli się na pierwsze drzewo i młoda zwiadowczyni zaczęła mu tłumaczyć teorię, a potem przechodząc do praktyki, pokazywała jak przeskakiwać z drzewa na drzewo, jak wybierać odpowiednie do tego gałęzie oraz jak utrzymać balans. Oczywiście to ostatnie sprawiało mu najwięcej problemów, gdyż nie miał długiego ogona, tylko kikut. Wrona też zauważyła ten problem i starała się jakoś nakierować kocura, na inny sposób, dzięki czemu mógłby lepiej zachować balans.
Śnienie na początku też czuł się dość dziwnie, gdyż uczyła go o wiele młodsza kotka. Nie łapał za bardzo młodzieżowych żartów, które bawiły teraz młode koty. Nie chciał się otworzyć lub wyjść na dziecinnego, więc kiedy tylko dymna zaproponowała, żeby pościgać się po koronach drzew, ten nie przystał na propozycje. Jednak był wdzięczny Wronie, że ta udzieliła mu treningu, który pewnie miał każdy zwiadowca. Może teraz będzie lepszy niż większość wojowników w Owocowym Lesie?
Kiedy tylko wrócili zmęczeni do obozu, polana była odśnieżona. W obozie od razu przytulniej się zrobiło.

***

Pora Nowych Liści już nadeszła. On został mianowany na wojownika i nosił dumnie dwa nacięcia na prawym uchu. Cały dzień padało, a on już dawno był po pierwszym patrolu, a teraz szykował się na kolejny.
— Wrono? Pójdziesz z nami na patrol łowiecki? Możesz przetestować moje umiejętności łowieckie, których mnie nauczyłaś. Nie jestem może zwiadowcą albo wiewiórką, ale co nieco umiem dzięki tobie — zagadał do przechodzącej obok kotki.

< Wrono? >
🌙

Od Trójokiego Zająca CD. Firletki (Firletkowej Łapy)

Trójoki Zając uśmiechnął się czule. Firletka… nie, od dzisiaj Firletkowa Łapa, odkąd wojownik pamiętał, zawsze dopytywał o ptaki, kiedy tylko było to możliwe. Jego ciekawość nigdy nie miała granic, szczególnie jeśli tematem były oskrzydlone istoty. Ciepłymi, zielonymi oczami spojrzał na synka. Widział, jak wydłużyły mu się łapki i zaczynał bardziej w nie wrastać. Już nie wyglądały niczym duże poduszki, nieproporcjonalnie ułożone w stosunku co do reszty ciała. Jego mordka była bardziej wydłużona i mniej okrągła, a ślepka odrobinę mniejsze, niż za czasów, kiedy był kociakiem. Meszek zamienił się w delikatne futro, a pazurów nie miał stale wysuniętych, niczym paręnaście małych, śnieżnobiałych igieł. Już dawno przestawił się na stały pokarm.
— Pytasz, a wiesz. — Jego wąsy zafalowały delikatnie w rozbawieniu.
Ryk wodospadu obijającego się o skały ulokowane niżej niósł się echem po ogromnej jaskini, wojownicy wracali powoli do swoich obowiązków, a uczniowie wybierali się w celu nauczenia nowości od swoich mentorów. Kocur chciał, żeby młodziak wspominał dobrze treningi, dlatego też chciał wyszkolić go tak, jak wyszkolił Oszroniony Kieł. Na myśl o siostrzenicy poczuł przyjemne uczucie w piersi. Będzie musiał z nią porozmawiać. W końcu bardzo lubił słuchać nowości, jakie przytrafiły się w życiach jego rodzinie. Najwięcej czasu, już od przynajmniej paru księżyców, spędzał z Kukułczym Wdziękiem, dlatego naturalne było, że reszta jego relacji delikatnie osłabiła się. Musiał spędzać jak najwięcej czasu ze swoimi kociętami. Widział, jak stawiają pierwsze kroki i słyszał ich pierwsze miauknięcia. Były to najważniejsze i najpiękniejsze momenty dla rodziców, w końcu to pozostawało w pamięci… patrząc teraz na swoje potomstwo, przyłapywał siebie na lekkim zdziwieniu, że wyrosły tak szybko. Jeszcze ostatnio Firletka budował swoją niezwykle istotną konstrukcję, która miała na celu utrzymanie piór tak, by mu przypadkiem nie odleciały. Teraz w porównaniu, jego zadaniem było zbudowanie własnego legowiska, już w miejscu przeznaczonym dla uczniów. W jego oku zakręciła się łezka wzruszenia, która rozproszyła się, gdy pokręcił głową. Minęli gniazdo ze zwierzyną, kierując się spokojnie ku wyjściu.

***

Kremus potoczył wzrokiem po rozłożystym paśmie traw przed nimi. Ogromna łąka, porośnięta dopiero przygotowującymi się do zakwitu pokryta ciepłym, wpadającym w pomarańcz wręcz blaskiem, dzisiaj pogoda była dla nich przychylniejsza. Przyjemny, nieco chłodny zefirek przemierzał te tereny, owiewając ich kryzy. Starszy okryty był krótszą sierścią, a mimo to i tak odczuł, jak niektóre pasma unoszą mu się delikatnie, posyłając w powietrze parę jaśniejszych włosków, okrywa, którą zrzucał po wszystkich tych mroźnych pazurach nieprzychylnych czasów. Trafiła im się niezwykle smutna, burzowa i przepełniona chłodem wraz z deszczami Pora Nowych Liści. Dzisiejszy dzień był jednak zupełnie inny – słońce, może, nawet jeśli nie grzało tak intensywnie, jak mogłoby podczas Pory Zielonych Liści, oświetlało teraz boki dwóch kotów miło, pnąc się po niebie leniwie. Parę chmurek zbierało się na horyzoncie, od czasu do czasu zasłaniając słońce. Gdy tak się działo, wszystko dookoła robiło się o ciut ciemniejsze i raz jeszcze – chłodne i przykre, aczkolwiek prędko wracał dawny blask. Trójoki Zając kiwnął głową do synka, który czekał na jakiekolwiek polecenia z jego strony.
— Świeży mech zbierzemy ze skrawka, jaki nam przysługuje obok terenów Klanu Wilka. Drzewa iglaste mają go aż w bród nad korzeniami — przekazał najpierw, żeby samemu również wymyślić i zapamiętać ich trasę w tamte okolice. Dobrze, gdyby udało im się tam jeszcze zawitać przed zachodem słońca… nadal pamiętał, jak wiele księżyców temu napadł na niego lis, a później czmychnął właśnie tam. Po jego kręgosłupie przebiegł nieprzyjemny dreszcz na samą myśl. Medyczki opatrzyły go sprawnie i wrócił do zdrowia, wtedy jeszcze Królik był w Klanie Klifu, obok niego… jak wiele rzeczy od tamtego czasu się zmieniło. Klifiak, gdyby miał długi ogon, najprawdopodobniej owinąłby nim własne łapki. Tak, jak zrobił to jego syn, który w odpowiedzi kiwnął głową. Klasycznie pręgowany powiódł ślepiami po łące raz jeszcze. Schylił lekko łeb ku uczniakowi i spokojnym ruchem palca, przy swojej piersi, wskazał na żurawia, który wylądował w tej chwili tuż obok małego zbiornika wody. Potrząsnął głową, otrzepując kropelki wody ze swoich długich, szarych piór, a szyję miał wyprostowaną, niczym antenka. Biała szeroka brew ciągnąca się za okiem. Wygięty i długi pióropusz pokołysał się na boki, gdy większa od bociana istota skończyła pozbywanie się nieprzyjemności w postaci wilgoci. Ciemienia zdobiły jaskrawoczerwone piórka, sam czubek, wpadające wręcz w szkarłat, jednak tak ujmujący oko, że ciężko było odwrócić od niego wzrok. Kremus zastygł, a uczniak podążył jego śladem. Ściszył głos do szeptu, nie głośniejszego niż kojące podmuchy wiatru. Wielki ptak schylił się, dziobem niczym sztyletem w pewnym momencie wbił się w coś, chociaż chybił, a dwójka przyglądała się całemu przedstawieniu z odległości.
— Coraz rzadziej widuje się u nas żurawie. Raczej częściej odwiedzają bagna, czyli na terenach Klanu Wilka, niżeli nasze rozłożyste pasma łąk. Chociaż ze względu na to, iż myszy jest teraz w bród oraz żaby powoli się wprowadzają… może częściej będziemy je widywać — podjął, pamiętając o prośbie kocurka. — Ich lot przypomina ten bociani, oszczędzają siły, głównie szybując i krążąc. Mają tak rozłożyste, wielkie skrzydła, że wieczne trzepotanie nimi by wymęczyło je szybciej niż to potrzebne i w dodatku robiłyby wiele hałasu przy tym, a coś muszą zjeść. Każda zwierzyna ucieknie, gdy padnie na nią tak ogromny cień. Oczywiście, nie znaczy to, że wcale nie trzepoczą. Bo jeśli warunki na to nie pozwalają, są do tego zmuszone, chociaż tego nie preferują.
— Krążą, żeby nabrać prędkości, wiem, tato — dopowiedział Firletkowa Łapa żartobliwie przewracając oczami, a Trójoki Zając zamruczał z uznaniem. — Nocą wracają do swoich gniazd albo przebywają na lądzie.
— Tak. Doskonale — pochwalił go, zadowolony, że syn tak szybko się uczył i jego wiedza o ptakach stale się poszerzała. Jeśli nie dzięki historiom ojca, to samemu je obserwował zawzięcie. Nawet jeśli nie przyda mu się to absolutnie podczas testu na wojownika, kocurowi zależało na tym, żeby młodziak miał świadomość, jakie ptaki go otaczały. Żeby postrzegał je nadal niczym żywe, wspaniałe istoty, a nie jedynie pożywienie, jak reszta Klanu Klifu.
Po jakimś czasie wielki żuraw wzbił się w powietrze spektakularnie, odlatując w kierunku terenów bagnistych. Słońce zawisło wysoko nad nimi, a zefirek powrócił, tym razem ze zdwojoną siłą, jednak nadal było znośnie. Trójoki Zając otrzepał się z paprochów i rozprostował zdrętwiałe już kończyny, mrużąc przy tym oczy i ziewając. Siedzenie długo w tej pozycji mu wcale nie służyło, aczkolwiek niczego nie żałował. Nawet jeśli później będą go boleć łapy, żadnej chwili spędzonej ze swoją rodziną nie żałował. Niestety, tak jak każdego, i jego kiedyś musiał chwycić ząb czasu. Nie był już malutkim kociakiem, który dopiero co uczył się ubytków wielkiej jaskini… czasy jego młodości już dawno minęły. Chociaż miał wrażenie, że dzięki swoim kociętom czuł się tak, jakby niebawem to on miał mieć ceremonię na ucznia, a nie tą, która odesłałaby go do legowiska starszyzny. Oczywiście i do tego pozostało jeszcze trochę, ale czuł, że było mu do tego bliżej, niżeli czasów, kiedy został mianowany wojownikiem. Zastrzygł wąsami, a niebieski pospiesznie ruszył u jego boku. Wysokie kłosy trawy uginały się pod ich łapami, gdy brodzili tak między pnącymi się łodygami, od czasu do czasu czepiającymi się ich sierści. Całe szczęście wcale go nie rwały, a najzwyczajniej w świecie łamały się pod ich naciskiem lub kołysały na wietrze, niczym wielkie trzciny.
Gdy znaleźli się blisko lasu iglastego, a tym samym Czarnych Gniazd, które zostały wiele księżyców temu odebrane im przez Wilczaków, do nosa dwójki dotarł intensywny, świeży smród oznaczeń granicznych wraz z mokrą wonią błota, a także igliwia. Nieopodal dwójki zaczęła skrzeczeć donośnie czajka, a Trójoki Zając odsunął się lekko, pilnując też, żeby Firletkowa Łapa również zrobił parę kroków do tyłu. Ptak podbiegł im niemal pod łapy, chociaż również starał się zachować dystans. Jego oczom rzucił się mały dołek, wyścielony paroma liśćmi i skąpo ułożonymi źdźbłami trawy. Nie mógł dostrzec, czy wewnątrz były jajka, aczkolwiek widząc zachowanie ptaka, a także fakt, iż tak zawzięcie bronił tego miejsca… najprawdopodobniej były. Teren ten nie był aż tak wielce pokryty wysokimi trawami, dlatego też nic dziwnego, że osiedliła się właśnie tutaj. Właśnie takie przestrzenie te ptaki wręcz preferowały. Zaczęła na nich wrzeszczeć donośnie, szykując się do nurkowania, aczkolwiek zauważywszy, że była ich dwójka, runęła na ziemię z wygiętym skrzydłem, patrząc na nich guzikowatymi oczkami. Zaczęła trzepotać desperacko ramieniem, ciągnąc je po ziemi i biegając w kółko na patykowatych łapkach.
Dwójka odeszła od niej spory kawałek w celu zapewnienia spokoju, który nieświadomie przerwali. Trójoki Zając zamyślił się na jakiś czas, jednak spróbował szybko oprzytomnieć. Modlił się do Klanu Gwiazdy, że nikt nie postanowi tędy przechodzić niebawem. Chciał, żeby ta czajka miała szansę na wychowanie własnego potomstwa do czasów dorosłości i za parę sezonów mogła osiedlić się tu raz jeszcze. Jeśli jednak któryś z Klifiaków tu przybędzie, nie pozwoli jej na to. Kolorowo opierzona wyląduje z powodu danego, okrutnego kota na stercie zwierzyny. Wzdrygnął się.
— Mech można też namoczyć w wodospadzie, dzięki temu przynosimy wodę potrzebującym pobratymcom. W głównej mierze starszyźnie, chorym, a także karmicielkom — dopowiedział jeszcze, chociaż to raczej medycy gromadzili takie zapasy. Ale wojownicy mogli im pomóc od czasu do czasu.

<Firletko, jak ci się podoba dzisiejsza nauka o ptakach?>

[1460 słów - trening Firletkowej Łapy]

[15%]

Od Wełnianki CD. Żabiego Oka

Wełnianka przycupnęła naprzeciw młodej wojowniczki, owijając swój ogonek wokół łapek. Przyglądała się jej z ciekawością, czekając, aż ta rozpocznie opowiadanie historii. Och, jak ona kochała ich słuchać! Zawsze były takie ciekawe! Zwłaszcza gdy opowiadał je ich piastun. Kiedy srebrna w końcu zaczęła mówić, koteczka przechyliła łebek na bok, delikatnie kiwając się na boki.
— Dobra. To słuchaj. Kiedyś była ciemność. Jak oko sięgnęło i widziało, nic. Jak w nocy. Dopóki niebo nie zaczęło się kruszyć i opadać na ziemię. Z odłamków czarnego nieba powstały koty. Koty czarne jak czarny był świat wokół. Z okruchów Srebrnej Skórki powstały koty białe, a opadający na ziemię księżyc zamienił się w koty srebrne. Tak przyszli na świat nasi potomkowie na samym, samym początku. Czarny i biały, dwa kolory, które górowały nad wszystkimi i zapoczątkowały wszystko wokół. One dały krew i futro swoim dzieciom, czarno-białym dzieciom, które poniosły ich wiarę i nadzieję na lepszy świat dalej. Ale nadal było ciemno. Nie długo już jednak! Spomiędzy szczelin na niebie wydobywa się światło, a z nimi spadły złote koty. To one są powodem, dla którego istnieje tyle kocich maści! Liliowa powstała ze słońca i kwiatów, niebieska z błękitów okalających poranek, a kremowe kolory wyszły z kłosów oblanych złotem. Potem powstały koty cynamonowe, zrodzone z żyznej gleby i na końcu… czekoladowe. Ich przodkowie wyszły z mułu i błota, ich sierść ubrudzona od samego początku i świadcząca o ich miejscu na świecie. — Zerknęła kątem oka na jej mamę, a Wełnianka poczuła ukłucie w swoim małym serduszku. — Urodziły się nieczyste, brudne i niegodne. Nie były ani silne, ani odważne. Urodziły się jako zdrajcy lub problemy. — Żabie Oko westchnęła cichutko. — Jak ci się podobało? Chcesz usłyszeć coś jeszcze, czy wolisz może, żebym przyniosła wam kulkę mchu do zabawy?
Młódka przez chwilę siedziała cichutko, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Czy to dlatego wszyscy inni w Klanie Nocy tak patrzyli na jej matkę? Na Komara, Bzyczka i Pyzę? Bo oni… byli brudni? Nieczyści? To dlatego Siwa Czapla uważał, że Fląderka wypchała ich pyszczki błotem? Przecież to nie mogła być prawda! Żadne z nich nie było złe! Wszyscy byli mili i kochani! Zresztą… jaki to miało sens? Przecież ona pochodziła z tej samej rodziny, ze skalanej linii, a jej futro nie miało brązowej barwy. Jak to miało niby działać? Od czego to zależało?
Siedziała przed swoją rozmówczynią zupełnie skołowana, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Tak właściwie to nawet nie próbowała, nie chciała tego zrobić. Czuła, jakby przez ten czas trwała w zawieszeniu, w jakimś ulotnym, a jednocześnie nieskończonym stanie. Został on przerwany przez głos starszej kocicy.
— No, więc? Przynieść ci coś? — spytała nieco ponaglającym tonem. Wełnianka mogła zauważyć, że końcówka jej ogona drgała ze zniecierpliwieniem. Pewnie chciała już wracać do swoich super-ważnych, wojowniczych obowiązków.
— Nie… To znaczy… — Koteczka zaczęła niepewnie, drapiąc w piasku nerwowo łapką. Cała radość i energia z niej uleciały, a ona poczuła się jak więdnący, smutny kwiatek. — Czemu? Czemu tak jest… Że ja… Ja tak nie wyglądam, a moja… — Zawiesiła na chwilę głos, usilnie starając się przypomnieć sobie brakujące słowa. — … Moja mama. Komar. Czemu oni są przeklęci?
Wełnianka na chwilę zamilkła, wpatrując się w swoją rozmówczynię wyczekująco swymi ciemnymi, koralikowymi ślepkami. Zanim Żabie Oko zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, na ponów zaczęła jednak mówić sama, wstając z ziemi i chodząc dookoła, zataczając małe kółka.
— No bo… Przecież to nie ma sensu! Mamusia jest super! A Komar, Komar to mój… braciszek, tak? Zresztą… inni też są fajni? Czy ja jestem… też brudna? Ja nie chcę taka być! — pisnęła poddenerwowana, kopiąc leżący przy jej łapie otoczak. Kamień potoczył się gdzieś, znikając z jej pola widzenia, a ona jedynie fuknęła, jeszcze bardziej się irytując. — Ale oni pewnie też nie chcą! Bo kto by chciał? — zapytała, ale odpowiedziała jej głucha cisza. Ona sama chyba nie oczekiwała na to pytanie żadnej odpowiedzi.
Spojrzała z powrotem w stronę srebrnej, mrugając. Starała się nie rozpłakać, chociaż w jej oczy były zaszklone. W pewnym momencie tama pękła, sprawiając, że koteczka padła na ziemię, chlipiąc.
— Wytłumacz mi to! — miauknęła zapłakana.

< Żabie Oko? >