Przeszłość
Walczyli tak jeszcze przez pewien czas, a Księżycek miał z tego wyraźną satysfakcję. Kocimiętka też była całkiem zadowolona. Nie sądziła, że jej uczeń mógł być tak dobry w walce!
— Myślę, że na razie to wszystko — miauknęła po jakimś czasie. — Dam wam odpocząć i zaraz spróbujemy jeszcze zapolować.
Nie chciała przecież, by dwaj uczniowie pozabijali się na jej oczach. Tym bardziej że Garbatek wyglądał już na zmęczonego i poobijanego. Rudofutra nie chciała, by nabawił się jakiejś kontuzji, ponieważ mogłoby to odbić się na jego treningach, z których musiał czerpać jak najwięcej, jeśli naprawdę chciał kiedyś zostać wojownikiem.
To było takie przykre, że od swoich pobratymców nie dostawał ani wsparcia, ani uwagi, a zamiast tego pozostawiano go samemu sobie. Przecież był żywym kotem z uczuciami, a nie jakimś popychadłem. Zasługiwał na to, by ktoś się nim zainteresował i pomógł mu sprawić, by jego życie nie było jedynie serią niepowodzeń i porażek.
Kocimiętkowy Wir poprzysięgła sobie, że zrobi wszystko, by go wspomóc. Wiedziała jednak, że przez to może spotkać się z krzywymi spojrzeniami ze strony kotów, które kochała najbardziej. Nie rozumiała, dlaczego Ognikowa Słota i Zalotna Gwiazda tak bardzo szkalowały Garbatą Łapę i czemu aż tak zależało im na tym, by szeregi Klanu Wilka wypełniały wyłącznie silne i zdrowe koty. Przecież powinno znaleźć się w nich miejsce również dla nieco słabszych jednostek, nawet jeśli podczas wojny czy innych kryzysów nie przyniosłyby klanowi zbyt wielu korzyści.
Wiedziała, że liderce zależało na uczynieniu z Klanu Wilka klanu idealnego, lecz nie sądziła, że trzeba posuwać się do takich kroków. Przecież nic by nie stracili, gdyby w obozie żył kot mający niewielkie trudności z walką i polowaniem. Kocimiętkowy Wir uważała, że zabicie go byłoby niemoralne, lecz życie w ciągłej dyskryminacji również nie brzmiało zbyt pięknie.
Doszła więc do wniosku, że najlepiej byłoby, gdyby przeniósł się do innego klanu, w którym zaakceptowano by go takim, jakim jest. Tylko czy istniała na świecie taka przynależność, która zechciałaby go przyjąć? Zapewne Zalotna Gwiazda nie była jedyną głową klanu, której zależało na tym, by mieć w swoich szeregach wyłącznie wzorowych członków.
Mistrzyni westchnęła, spoglądając smutno na Garbatą Łapę. Nawet nie zauważyła chwili, w której podszedł do niej Księżycek.
— Czy coś się stało, pani mentorko? — zapytał, przekrzywiając lekko głowę.
Zielonooka ocknęła się z zamyślenia i spojrzała na swojego ucznia. Cieszyła się, że przynajmniej on miał szansę wyrosnąć na zwykłego wojownika Klanu Wilka, który nie będzie musiał każdego dnia mierzyć się z nieprzychylnymi komentarzami i pełnymi obrzydzenia spojrzeniami.
— Nie, nie. Możemy już iść na coś zapolować! — odparła, starając się zabrzmieć na tyle entuzjastycznie, by Księżycowa Łapa nie drążył już tematu.
* * *
Zgromadzenie
Siedziała na zgromadzeniu, starając się skupić na pyskach kotów z pozostałych klanów i może wetknąć gdzieś nos, lecz myślami wciąż wracała do Ognikowej Słoty i jej trójki kociąt. Właściwie to ich kociąt, bo rudofutra była dla nich niczym druga matka. Uwielbiała je odwiedzać, bawić się z nimi kulkami mchu albo ganiać w berka. Nie mogła się doczekać chwili, gdy te trzy puchate kuleczki zostaną uczniami i po raz pierwszy pojawią się na zgromadzeniu. Kto wie, może Kocimiętkowy Wir dostanie któregoś z nich na swojego ucznia? Byłaby przeszczęśliwa, gdyby mogła wyszkolić jedno ze swoich kociąt!
Gdy tak rozmyślała o całym tym rodzicielstwie, podszedł do niej obcy kocur. Pachniał rybami i glonami, więc najpewniej należał do Klanu Nocy. Kiedy się odezwał, rozwiał wszelkie jej wątpliwości co do swojego pochodzenia:
— Cześć, czy może jesteś z Klanu Wilka? Bo ja z Klanu Nocy.
Rudofutra uśmiechnęła się, ucieszona faktem, że wreszcie ktoś do niej zagadał.
— Hejka! Tak, jestem z Klanu Wilka. Nazywam się Kocimiętkowy Wir, a ty? — zapytała z uśmiechem, lekko przechylając głowę.
— Jestem Ulewny Szkwał — odparł krótko, przyglądając się nieznajomej. — Byłbym zawstydzony, gdybym choć raz w swoim życiu nie poznał choć jednego kota z Klanu Wilka. Słyszałem, że jesteście naszymi sojusznikami, tylko szkoda, że jesteście trochę daleko i nie mamy wspólnej granicy — przyznał.
Zielonooka skinęła głową, zgadzając się ze słowami niebieskiego. Naprawdę nie rozumiała, po co ich przynależności potrzebny był sojusz z kotami mieszkającymi tak daleko. Mimo wszystko cieszyła się, że w razie wojny albo jakiegoś kryzysu mogli liczyć na czyjąś pomoc.
— Oj, święte słowa, Szkwale! — mruknęła, po czym zbliżyła pysk do jego ucha. — Gdybym to ja była liderką, już dawno zaatakowałabym Klan Klifu albo Klan Burzy, żeby zrobić nam ładną granicę... — szepnęła, a następnie odsunęła się od kocura i zachichotała.
— Klifiaki brzmią jak lepsza opcja, średnio za nimi przepadam. — Ulewny Szkwał z uśmiechem na pysku przybliżył się do ucha Kocimiętki. — A gdybym ja był zaufanym kotem mojego klanu, przekonałbym rodzinę królewską do tego pomysłu. Jestem pewny, że z chęcią poparliby pomysł Kocimiętkowej Gwiazdy i równie zaatakowali Klan Klifu od tyłu, tak by było najwygodniej iść prosto, i od razu mieć sąsiadów na wyłączność. — Odsunął się do kotki, wciąż się szczerząc.
Gdy mistrzyni usłyszała swoje imię jako liderki, futro aż stanęło jej dęba z ekscytacji.
— Kocimiętkowa Gwiazda! Czy nie brzmi to wspaniale? — zaczęła się zastanawiać, a w jej oczach pojawiły się iskierki zachwytu. — Oczywiście nie życzę niczego złego naszej obecnej liderce, Zalotnej Gwieździe. Uważam, że dobrze opiekuje się klanem i sprawuje swoją funkcję.
Na chwilę zamyśliła się, po czym spojrzała na rozmówcę z zaciekawieniem.
— A ty? Co sądzisz o Mandarynkowej Gwieździe? Wydaje się całkiem porządną kotką, prawda? — zapytała.
Oczy Nocniaka nagle zaiskrzyły.
— I to bardzo, nie znam kogoś innego, kto nie daje sobie wchodzić na głowę. Jest bardzo stanowcza i opanowana, a gdy dochodzi do czegoś, to wie jak opanować sytuację! Nie wyobrażam sobie lepszej przywódczyni od niej. Niestety ma trochę na karku, aż bym musiał kiedyś powiedzieć, że będę za nią tęsknił — odparł.
— Och, widzę, że chętnie byś się przy niej zakręcił! Nie martw się, ja miałam tak samo. Też bardzo doceniałam Zalotną Gwiazdę, aż w końcu zaprzyjaźniłam się z dwiema jej córkami i zyskałam trochę w jej oczach.
Uśmiechnęła się szerzej, wyraźnie zadowolona z własnych osiągnięć.
— Wiesz, że u nas istnieje ranga mistrzów? To taki wojownik, ale trochę lepszy. Zalotna Gwiazda mi ją nadała! Bardzo mi ufa, odkąd jedna z jej córek została dodatkowo moją partnerką! — pochwaliła się, spoglądając dumnie na Ulewnego Szkwała.
Po chwili jednak uniosła paluch, jakby chciała uprzedzić jego ewentualne myśli.
— Oczywiście nie wystarczył sam fakt, że mam dobre relacje z rodziną liderki. Naprawdę się starałam podczas swoich treningów i byłam wzorową uczennicą, a później także wojowniczką! — zapewniła. — Jeśli ty również będziesz przykładnym członkiem Klanu Nocy, to prędzej czy później Mandarynkowa Gwiazda na pewno cię za to doceni!
* * *
Kocimiętkowy Wir westchnęła ciężko. Sama również nie miała teraz czasu, by szkolić Garbatą Łapę. Większość dni wypełniały jej patrole, a każdą wolną chwilę spędzała z partnerką i kociętami. Były dla niej oczkiem w głowie i nie wyobrażała sobie, by nie odwiedzić ich choć na kilka uderzeń serca każdego dnia. Uwielbiała bawić się z nimi kulką mchu albo zabierać je na krótkie spacery po obozie, by Ognikowa Słota mogła choć trochę odpocząć. Równie wielką radość sprawiało jej opowiadanie maluchom historii — tych prawdziwych i tych nieco mniej. Czasem pokazywała im też, jak skrada się wojownik albo jak należy ustawić łapy podczas walki. Nie mogła się doczekać, aż w końcu zostaną uczniami. Była pewna, że zrobią wszystko, by nie zawieść ani swojej biologicznej matki, ani jej.
Nagle, gdy przemknął obok niej Rozbity Księżyc, w jej głowie zrodził się pewien pomysł. Szybko dogoniła swojego byłego ucznia, a na jej pysku zagościł ciepły uśmiech.
— Księżycku! — zawołała, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę.
Białofutry zatrzymał się i odwrócił w jej stronę.
— Wiem, że tak nagle, ale miałabym do ciebie pewną prośbę… — zaczęła z nutką nadziei w głosie. — Pamiętasz, jak zabierałam na treningi z tobą Garbatą Łapę, prawda? Walczyliście ze sobą, ćwiczyliście różne techniki… Zależało mi na tym, żeby Garbatek miał szansę zostać wojownikiem, dlatego to robiłam. Teraz jednak nie mam już tyle czasu, by się nim zajmować… Wiesz, w końcu mam kocięta do wychowania i partnerkę do rozpieszczania! — zaśmiała się cicho, nieco zakłopotana. — I pomyślałam sobie… czy nie mógłbyś od czasu do czasu zabrać Garbatą Łapę na spacer albo pozwolić mu zapolować razem z tobą? Sam nie może opuszczać obozu, a Cykoriowy Cykor prawie w ogóle się nim nie interesuje. Ja… naprawdę widzę w nim determinację. Myślę, że gdyby tylko dostał szansę wychodzić poza azyl, dobrze by ją wykorzystał.
<Rozbity Księżycu?>


