BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lśniący Księżyc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lśniący Księżyc. Pokaż wszystkie posty

21 czerwca 2023

Od Lśniącego Księżyca

 Od dawna nie widział tak jasnego i migotliwego słońca. Minęło tylko kilka sezonów, a on już zapomniał, jak go nienawidził. Gorące, żarzące się promienie, nawet, gdy były delikatne, wypalały jego skórę od środka, a przynajmniej tak się czuł, gdy wychodził na słońce; w takie dni praktycznie nigdy nie wychylał się z legowiska lub całe dnie spędzał u medyków, ale teraz nie mógł sobie na to pozwolić.
Czerwone ślepia subtelnie przesuwały się wokół spływającej chłodnej wody okalającej obozowisko i rozciągających się na horyzoncie, zamglonych widoków na terytoria. Świat zdawał się przygotowywać do pory opadającch liści, która rozpoczęła się dopiero niedawno. Śnieżnobiałe futro Lśniącego mierzwiło się na lekkim wietrze jak kępa złocistych kłosów. Siedział sztywno tuż obok kociarni, nie pozwalając sobie na ruch większy niż drganie powiek czy ogona. Czekał na nią. Nie czuł nienawiści do niej - albo może czuł, ale nie potrafił jej wykryć - za to z pewnością odczuwał odrazę do tej kreatury, odrazę do tego, co mu zrobiła. I co on jej zrobił.
Przełknął gulę w gardle na myśl o tym, że zupełnie nieświadomie zrobił kocięta jakiejś cholernej przybłędzie. To było jak kilka gwałtownych uderzeń serca, czuł się, jakby od tamtego zdarzenia minęło zaledwie kilka chwil. Nie pamiętał dokładnie, co mu mówiła, zanim do tego doszło, nie znał praktycznie okoliczności - nawet szukając wspomnień głęboko w swojej pamięci nie potrafił ich odnaleźć ani pochwycić. Odurzyła go, a potem zgwałciła, a on nie miał na to absolutnie żadnego wpływu. Nigdy nie czuł się jeszcze tak słaby i mały, odkąd Jaśminek opuściło ten świat. I nienawidził tego uczucia.
Mógłby zabić tą żmiję już dawno, ale gdzie wtedy byłaby zemsta? Tylko zakończyłby jej ziemskie cierpienia, o ile ktoś taki jak ona byłby zdolny do odczuwania czegokolwiek. Nie chciał martwego posmaku niespełnionego pragnienia, by poczuła to samo, co on, by przekonała się, że nie jest słaby. Dlatego wolał dać jej złudne przeczucie, że niemo zaakceptował jej warunki, że dał się zmanipulować jak jakiś pusty kretyn. Nie doceniła go i zapłaci za to.
Klan nie wiedział, że był ojcem Bryzki. Zakochanej Manii (jak trafne było to imię) zależało głównie na nim, więc w to właśnie celował, gdy mówił jej, że ma trzymać pysk zamknięty. I tak stał się tylko jej przyjacielem, choć mimo to zaglądał do kociarni, gdy tylko nerwy mu na to pozwalały. Nie czuł obrzydzenia tym, że właśnie planował morderstwo. Nie czuł się nawet źle. Pragnął tego, bo kotka na to zasłużyła. Nigdy nie planował kociąt, a tym bardziej związku z kotką. Był gejem i nigdy nie krył się z tym faktem.
Nie musiał brać głębokiego oddechu, gdy rozpoznał dobiegający do jego nozdrzy charakterystyczny zapach kotki. Nie zamierzał się jej bać. Był silny, silniejszy od niej i jeśli tylko chciał, mógł podporządkować ją sobie. Nikt, a zwłaszcza taki ktoś jak ona, nie mógł uważać się za kogoś lepszego od niego. Wzrok czerwonych ślepi uważnie otaksował nową Klifiaczkę, jeszcze zanim w ogóle zdążyła otworzyć pysk.
— Niesamowite, jak szybko rosną, prawda? — mógłby przyrzec, że nic tak nie sprawiało, że krew gotowała mu się w żyłach, niż ten sam, niezmienny, słodki i toksyczny głos. Dla niej był pewnie jednym z wielu innych kocurów, jakie omamiła w swoim życiu, ale on bynajmniej nie zamierzał być tylko tłem jej historii. 
— Zdecydowanie — jego ton głosu był oschły, a on sam nie rozwodził się nad tematem. Jego myśli w ogóle nie krążyły wokół jego córki. Myślał tylko o dniu, w którym miał pozbyć się tej szui ze świata. Oczyścić Klan Klifu z tego plugastwa - choć wśród Klifiaków takich jak ona było zdecydowanie więcej.
Sądził, że zirytuje się jego zdystansowaną i chłodną postawą, ale ona tylko uśmiechnęła się, jakby stanowił jedynie wyzwanie, a ona była osobą, która powinna mu sprostać. Nienawidził tego posesyjnego, zaborczego podejścia, jakby był przedmiotem do kolekcji. 
— Dalej się dąsasz, skarbie? — przekrzywiła łeb w charakterystyczny dla siebie sposób i choć Lśniący nie pozwolił się zaskoczyć, a na kamiennej twarzy nie zaistniała żadna emocja, głęboko w środku krzywił się na myśl, że pozwalała sobie tak się do niego zwracać. Jej podejście było tak lekkie, jakby nic się nie stało, jakby gwałcenie niewinnych kotów było dla niej przynajmniej rutyną. Miała szansę lepiej go poznać, ale wolała iść drogą na skróty, więc za to zapłaci. Najwyższą cenę.
— Ciężko się nie dąsać za niechciane kocięta.
Zaśmiała się, ale błysk w jej oczach wcale nie był wyrazem rozbawienia.
— Nie zdołasz tego ukrywać całą wieczność, promyczku. Jeśli nie ja będę przyczyną wyjścia prawdy na jaw, to ktoś inny.
Teraz to on uśmiechnął się delikatnie.
— Masz rację.
Przez moment na pysku kotki zalśniło zaskoczenie, które potem szybko przykryła własną maską, ale wojownika nie zdołała oszukać. 
— Nie ma sensu tego dalej ukrywać. Dlatego jutrzejszego świtu przygotuję dla ciebie coś wspaniałego. Nie mów jeszcze nikomu, co nas łączy. Dowiedzą się w swoim czasie. Chyba chcemy, żeby nasz związek miał spektakularne wejście? — nigdy nie był najwybitniejszym aktorem, ale tym razem postarał się i nie dał po sobie poznać jakiejkolwiek oznaki kłamstwa pełzającego mu po pysku. Kotka przez chwilę nie odwracała wzroku od jednego punktu, zanim ponownie spojrzała mu w oczy - Lśniący domyślił się, że rozważała jego wiarygodność. W końcu skinęła głową.
— Wreszcie przejrzałeś na oczy. Wiesz, że nie jestem twoim wrogiem.
Z całą pewnością, pomyślał, choć trzymał język za zębami. Była kimś więcej niż wrogiem, ale w rzeczywistości nie dorastała mu do pięt.
— Odpocznij. Przyjdę później zobaczyć jak się czujesz — miauknął łagodnie, chociaż nie zamierzał tego zrobić. Wydał z siebie ciche westchnięcie, by kotka pomyślała, że był już zmęczony opieraniem się jej tanim manipulacjom. I może by tak było, ale z pewnością nie dziś. Nie teraz. Karmicielka przymrużyła oczy, a odwracając się, koniuszek jej ogona połaskotał go pod brodą. Biały kocur zacisnął zęby i odwrócił się, znikając jej z oczu.

* * *

Pojedyncze strużki światła rozjaśniały obóz. Odkąd skończył rozmawiać z Manią, minęło trochę czasu. Słońce, które nie tak dawno pnęło się ku górze, teraz powoli opadało za horyzont. Lśniący Księżyc leżał w sztywnej pozycji, a między łapami sterczała mu mysz, której nawet nie tknął. Jego uszy lekko zadrgały, ale nie poruszył się, gdy usłyszał znajomy głos.
— Tego się nie spodziewałem. Najpierw rudy Wilczak, a teraz jakaś nieznajoma. Obskakujesz wszystkich jak pszczoły kwiatki. Zawsze gustowałeś w tym, co najgorsze.
— To nie jest moja partnerka — warknął gardłowo. — Kotki nie interesują mnie romantycznie. Jesteś wściekły, że nie chcę widzieć na oczy kogoś wyprutego z emocji, kogoś kto popierał tyrana.
Kruk podszedł bliżej, lustrując go wzrokiem.
— Zawsze chciałem dla nas dobrze, to ty masz problem z rozumieniem moralności — fuknął. — Lamparcia Gwiazda przynajmniej zrobił coś z naszym klanem, dzięki nim zyskaliśmy świetny sojusz. Grzyb tylko na tym żeruje. Nie podoba ci się to wyłącznie dlatego, że miałeś kryzys romantyczny z bachorem ich lidera.
— Myślisz, że chodzi o niego? — Lśniący zaśmiał się cicho i histerycznie.— Już dawno o nim zapomniałem. Chodzi o to, co oni wszyscy robią. A Grzyb jeszcze brata się z tą bandą amoralnych morderców. Miałem rację, trzeba było pozbyć się tego dzieciaka, gdy jeszcze był nieszkodliwy. Widzisz, co teraz robi. Co wszyscy Wilczacy robią. Nasz lider nie jest wcale lepszy.
Kruczy Zmierzch uniósł brew i usiadł przy wojowniku.
— Masz naprawdę interesujący punkt widzenia. Chcesz powstrzymać morderców za pomocą morderstw. Na to nawet ja bym nie wpadł.
— Pozwoliłbym ci umrzeć, gdybym wiedział, że taki będziesz.
— To, że uratowałeś mi tyłek za dzieciaka ma powodować, że mam obowiązek iść za tobą jak wierny piesek przez całe życie?
— To znaczy, że masz u mnie dług. 
—  Nie jestem przedmiotem, Lśniący — jego ton głosu lekko się uspokoił, chociaż nerwy wciąż dało się wyczuć. — Przestań sobie wmawiać, że to ja jestem tym złym. A jeśli tak właśnie myślisz, mógłbyś zrobić ze mnie kogoś lepszego. Przez ostatnie księżyce zacząłeś bardziej izolować się od klanu. Myślisz, że nie zauważyłem? Czujesz się przygnieciony samotnością. Nawet z własną siostrą już nie rozmawiasz. Pozwól sobie pomóc.
Miał rację.
Albinos prychnął tylko i strzepnął poddenerwowany ogonem.
— Nie potrzebuję pomocy od sprzymierzeńca psychopaty.
Wstał i odszedł, chociaż czuł na sobie spojrzenie niebieskiego, gdy powoli kierował się do dobrze znanego legowiska. Kruk był przy nim tak często, że Lśniący już zdążył się do niego przyzwyczaić. Dobrze wiedział, że ten nigdy nie przepadał za klanowymi kotami. Darzył go sympatią, odkąd się poznali, chociaż nigdy się do tego nie przyznał. Lśniący czuł się osamotniony, ale żołądek podchodził mu do gardła na myśl o niebieskim. Popierał Lamparta, skrzywdził go wielokrotnie, nigdy nie okazał mu choć grama współczucia, nawet wtedy, gdy stracił najbliższą rodzinę. Nie mógł ot tak mu wybaczyć i pozwolić sobą manipulować.

* * *
Było jeszcze wcześnie. Niebo już się rozjaśniało, ale wciąż było ciemne - ruch w obozie praktycznie nie istniał. Lśniący zauważył tylko miarowy dźwięk czyichś kroków gdzieś w środku obozu. Kolejny kot, który wyszedł za potrzebą.
Gdy opuszczał legowisko wojowników, tylko na krótki moment spojrzał na pysk siostry. Jego kochanej Zimorodek. Nigdy nie chciał, by jej życie tak wyglądało. Nie była szczęśliwa. Wiedział to. Powinien był częściej przy niej być, gdy cierpiała.
Modlił się w duchu, żeby nigdy nie dowiedziała się o tym, co zrobił. Co zamierzał zrobić. Nie ze względu na niego - nie był egoistą. Ze względu na nią. Nie chciał, żeby wiedziała, że jest siostrą mordercy.
Udał się do kociarni. Zakochana Mania nie spała; miała przymknięte powieki, ale dostrzegł, że co jakiś czas zerkała na pogrążoną w sennym marzeniu kuleczkę futra, jakby upewniając się, że cały czas jest przy niej. Ten widok może i wywołałby w nim odrobinę litości… gdyby tylko nie wiedział, jaka naprawdę jest królowa. 
Nie spojrzała na niego, ale wiedziała, że tu był. Czuł to. Jej miarowy oddech, unoszącą się lekko klatkę piersiową. I słodki zapach dobiegający z jej futra. 
Zbliżył się krok do przodu.
Nie zaprotestowała, więc uznał to za nieme pozwolenie. Zbliżył się jeszcze bardziej, aż w końcu jego pysk zawisnął nad jej uchem. Choć głęboko w sercu brzydził się tym, co robił, wiedział, że konieczne było danie jej poczucia, że miała go w garści. Polizał ją lekko za uchem, by chwilę później usłyszeć jej delikatny pomruk.
— Gdy słońce zacznie zachodzić, spotkamy się przy Studni. To będzie niesamowity wieczór.
— Nie wątpię, promyczku — uśmiechnęła się, a oczy jak perły skierowały się w jego stronę. Wytrzymał jej spojrzenie, wbijając w nią głębokie i żądne spojrzenie. Zawsze się tym brzydził - ale tak podobno robili to najsilniejsi z wojowników. Być może tego od niego oczekiwała - żeby był silny, zaborczy, morderczy, żeby powalał na ziemię wszystko, co stanie jej na przeszkodzie, jak wierny sługa, a nie partner. Nie był słaby. Da jej to, czego chciała, aż sama zacznie żałować własnych wyborów.

* * *
Słońce szczytowało, obóz tętnił życiem. Zakochana Mania leżała przy żłobku, jedząc coś wygrzebanego wcześniej ze sterty. Bryza bawiła się na świeżym powietrzu tuż obok niej. A on szykował się do wyjścia.
Nie był głupi. Wiedział, że gdyby wyszedł z Manią, a potem wrócił bez niej - by chwilę później któryś z patroli wykrył ciało - mógłby od razu kopać sobie grób lub dołączyć do legendarnej Rysi Puch w byciu Klifiackim wygnańcem. Miał tu jeszcze wiele do zrobienia, więc taki scenariusz nie napawał go optymizmem. Zamiast tego poinformował ją, że musi przygotować miejsce na szczególny wieczór. I to był pretekst, by wyjść wcześniej. Obóz był o tej porze niezwykle aktywny, a więc wszyscy zobaczą, że wychodził o szczytowaniu. Polowanie w okresie po dość niesprzyjających warunkach ma swoje plusy i minusy. Nie będzie więc dziwne, jeśli wróci o zachodzie słońca. Cała masa kotów opuszczała obóz i do niego wracała, nikt więc nie zwróci uwagi akurat na niego.
Dlatego wyszedł. I zaczął przemierzać terytoria, rozglądając się tymczasem wkoło i obserwując bacznie otoczenie. Nie mógł sobie pozwolić na błędy. Nie mógł sobie pozwolić na świadków.
Studnia już ukazała się na jego horyzoncie. Między drzewami po jego lewej stronie udało mu się dostrzeć klify i piękny widok na morze. Idealne miejsce na nieistniejącą randkę.
Pozostawało mu tylko czekać. Czekać na rzekomą ukochaną, która myślała, że wojownik zamierzał dać się jej omotać.
Odepchnął od siebie gniewnie te wszystkie myśli, które natarczywie pragnęły dostać się do jego umysłu i wywołać wyrzuty sumienia - że zabijał matkę. Zabijał matkę swojej córki. 
Nie. To nie była pora na słabość.
To, co chciał zrobić wymagało od niego dużych pokładów wkładu i wysiłku. Ale nie mógł zawieść. Dlatego od razu wyruszył na polowanie, starając się wybierać spośród największych zdobyczy. Udało mu się pozbawić życia jedną z wron - musiała wystarczyć. Gdy powrócił na miejsce studni, skierował się do klifu, gdzie jednym kłapnięciem szczęki wykręcił ptakowi szyję, uwalniając krew.
Potem pozostało mu już tylko zaczekać przy obiecanym miejscu na swoją p a r t n e r k ę, choć nienawidził tego określenia.
Nie musiał jeszcze długo oczekiwać, zanim kotka, tak jak się umówili, przybyła do niego. Uśmiechnął się na jej widok, ale nie mogła wiedzieć, że za tym uśmiechem kryła się przemożna chęć uśpienia jej raz na zawsze. 
— Przyszłaś.
— Zawsze dotrzymuję słowa, promyczku.
Podszedł bliżej kotki i zamruczał, ocierając się o nią. Najpierw musiał wywołać zaufanie, a dopiero potem się jej pozbyć.
— Chcę pokazać ci coś niesamowitego.
Kotka zainteresowana podniosła wzrok.
— Co takiego?
— Zobaczysz.
I poszedł do przodu, czując za sobą jej kroki i oddech. Starał się nie iść zbyt szybko, by nie wymuszać na niej zmęczenia. Dotarli do miejsca, gdzie lekko już wilgotna ziemia urywała się pod klifem, a dalej rozpościerało się morze. Płytki szelf i głębokie wody, którym towarzyszył chóralny krzyk mew. Przy powoli kierującym się ku krańcowi horyzontu słońcu wyglądało to cudownie, ale nie przyszedł tutaj podziwiać widoki.
Przeprosił na moment kotkę i wyciągnął z zarośli upolowaną wcześniej wronę, kładąc ją przed jej łapami. Kocica oblizała się z czyściutkim uśmiechem.
— Nie sądziłam, że jesteś tak szczodry, promyczku.
— Ja również — odparł, przypatrując się, jak kotka zaczyna pochłaniać pokarm. Spojrzał na niebo, ku kluczącym niedaleko mewom. Chodźcie, ptaszki, pomyślał z wariacką satysfakcją. Mam obiad.

*uwaga, brutalny opis tortur i śmierci*

21 lipca 2022

Od Lśniącego Księżyca CD. Chłodnej Łapy

 Skinął z lekkim uśmiechem na propozycję młodszego. Odbił się na białych łapach i wyskoczył w górę, wykonując zwinny odruch. Upadł tuż obok Chłodnej Łapy i przeturlał się przez ziemię, ponownie odzyskując równowagę. Pokazał mu jeszcze kilka innych ruchów, a na końcu spojrzał mu w oczy.
— I jak?
— Mega! — miauknął Chłodna Łapa. — Zimorodkowy Sen jeszcze mi nie pokazywała tych ruchów.
— Może uczyła się innych. Wiesz, inny mentor to inny sposób nauki.
Młodszy pokiwał głową
— I tak szkolenia z twoją siostrą są fajne. Jest prawie jak przyjaciółka. 
— Dobrze mi to słyszeć. — uśmiechnął się.

* * *
Biały powolnym krokiem doszedł do strumienia. Spojrzał na taflę wody, na przemykające tam małe kropelki. Uspokajający szum. Podniósł głowę, spoglądając na Chłodną Łapę bez żadnej wyraźnej emocji wymalowanej na pysku. Znajdowali się przy swoich granicach. On teraz należał do Klanu Wilka.
Widzenie go po drugiej strony tej granicy bolało. Cholernie bolało. 
— Lśniący! — rudy uśmiechnął się do niego, ciesząc na jego widok. — Cieszę się, że przyszedłeś.
Kocur nie uśmiechnął się. Był sztywny, a wzrok posępnie obmierzył łaciatego kocura.
— To prawda? To, co mówią? Jesteś zdrajcą?
— Co? Nie! Zostałem porwany! Nie chciałem tu być, uwierz. Próbowałem uciec. Nawet udało mi się raz przeskoczyć przez strumień, ale... ktoś pokrzyżował mi plany...
Nic z tego nie rozumiał. Czemu Wilczaki nagle miałyby postanowić ich ukraść. To się nie kleiło. A jednocześnie bolała go myśl, że Chłodna Łapa mógłby ich zdradzić. Zdradzić ich wszystkich.
— To komu mam wierzyć? — westchnął, wbijając w niego zimny i poważny, a jednocześnie niepewny wzrok. — W Klanie Klifu dużo kotów nazywa was zdrajcami. Niektórzy twierdzą, że to Rysi Puch wróciła, by mścić się na różnych członkach klanu. Bo ostatnio... Dużo kotów... — spojrzał na niego nieufnie.
— Lśniący. Przecież mnie znasz! - miauknął Chłodna Łapa. — Nie zdradziłbym Klanu Klifu. Mówiłem ci przecież, że chcę być jak ty i inni wojownicy. Mój... ojciec... porwał mnie podczas zgromadzenia. To wariat. Urwał mi ucho i zrobił blizne. Myślisz, że z kimś takim chciałem żyć? A zamiast pomocy to Cętkowana Gwiazda nas im oddała. Teraz już nie mogę wrócić do domu, do ciebie, bo mnie zabiją.
Zmrużył oczy, spoglądając na niego nieufnie. Ojciec? Ukraść?
Nie. Przecież Cętkowana Gwiazda by ich tam nie zostawiła. Przecież ona taka nie była. Nie mogłaby zostawić koty w porwaniu. W potrzebie. Nie mogłaby pozwolić by jakiś psychol się nad nimi znęcał.
A jednak blizna Chłodnej Łapy mówiła sama za siebie.
O co do cholery chodziło w tym cyrku.
Cofnął się o krok.
— Blizna. Rysi Puch miała podobną — miauknął. — Cętkowana Gwiazda by was nie oddała. Ona taka nie jest. Czemu mieliby cię zabić? Zrobiłeś coś złego?
— Urodziłem się? Według nich to właśnie jest moja wina. Nie powiedzieli wam? — zdziwił się van.
Albinosa zaskoczyły te słowa. Utkwił w nim bezradny wzrok.
— Nie wiem. Nic takiego nie mówili. Jak to ,,urodziłeś się"? Czemu to miałoby być twoją winą? Przecież wcześniej nie mieli do ciebie żadnego problemu.
Coraz bardziej mu nie ufał. Przecież Cętkowana Gwiazda by nikogo nie zabiła. Naprawdę próbował go okłamać? Takimi durnymi kłamstwami?
— Ale teraz mają problem, bo mój ojciec powiedział im kto jest moją matką. I... i przez to mnie również wygnali. — miauknął wyraźnie spięty. — Urodziła mnie Rysi Puch...
Zszokowało go.
Łapy zwiotczały, jakby zamieniały się w galaretkę, na której nie da się utrzymać. Napiął mięśnie.
— C-co. — warknął, postępując kolejny krok do tyłu. Poczuł, jak żółć podchodzi mu do gardła, a on jest bliski oddania swojego posiłku na pobliskie krzewy. — Dzieci Rysiego Puchu przez ten cały czas były z nami w klanie?! Przez ten cały czas przyjaźniłem się z kimś... Kimś... Kimś, kogo urodziła Ryś? — miauknął, czując łzy, które zbierały się w czerwonych oczach. Obmierzył go nieufnym spojrzeniem. — Może mnie też chciałeś zabić, co? Tak jak Ryś chciała zabić Fioletowe Spojrzenie?
Nie mógł w to uwierzyć. 
— Co?! —  rudy kocur zrobił krok do przodu, kuląc uszy. — Lśniący przestań tak mówić! Nie jestem taki jak ona! Znasz przecież mnie. Wychowałem się w klanie klifu, nikogo bym nie zabił. To, że mnie urodziła nie znaczy, że będę mordercą! Nie jestem winny jej win. Lśniący... Nie odwracaj się ode mnie, jak cała reszta. Przecież się przyjaźnimy.
— Nie, ja... Ja nie chcę się przyjaźnić z synem tej psychopatki — syknął, a z czerwonych oczu zaczęły lecieć łzy. — Przez ten cały czas żyłem w kłamstwie. Okłamałeś mnie. Nie mówiłeś, że jesteś jej... Synem.
Z oczu towarzysza także zaczęły cieknąć łzy.
— Nie okłamywałem cię! Dowiedziałem się o tym później. Lśniący. Błagam. Nie rób mi tego. Ja... jesteś dla mnie kimś ważnym. Nie chcę cię stracić. Czemu przez tą jedną informację nagle mnie nienawidzisz? Jestem nadal tym samym kotem, którego znałeś.
Nie potrafił na niego patrzeć tak samo. Syn Rysiego Puchu. Syn kotki, którą wygnało Jaśminowa Gwiazda. Kochany rodzic. Nie mógłby tak zawieść Jaśmin. Nie mógłby przyjaźnić się z synem tej zdrajczyni. Nie potrafił. Coś w środku wiedziało, że to nie była jego wina, a coś innego sprawiało, że czuł zniesmaczenie. Odrazę. Chęć zaszycia się w legowisku, by już nigdy nie musieć patrzeć na twarz syna JEJ. 
— Nie. Nie. — spojrzał na niego, mrużąc oczy. — Nie potrafię. Nie potrafię widzieć w tobie kogoś dobrego. Nie po tym co zrobiła twoja matka. Nie chcę mieć nic wspólnego z czymkolwiek co jest związane z Rysim Puchem. Wybacz. Idę sobie. Nie zawracaj już sobie głowy. Zostaw mnie w spokoju.
— Lśniący nie! Nie odchodź. Błagam — Chłodna Łapa wbiegł do strumienia, by skrócić między nimi dystans. — Lśniący... ja... ja cię kocham! — Położył po sobie uszy, czując jak serce ma zamiar wyskoczyć mu z piersi.
Co.
Czuł jakby oddech mu zamarł. Biały ogon albinosa bił nerwowo na wszystkie boki.
Syn Rysiego Puchu.
Zakochany.
W nim.
Miał ochotę syknąć mu w twarz, by się nie zbliżał. Było mu żal. Cholernie. Osoba, której tak ufał, okazała się być...
Albinos położył po sobie uszy, czując jak serce zaczyna bić mu szybkiej.
— Kochasz... Jak — pokręcił głową. — Cofnij się! Odejdź ode mnie! Wracaj do Wilczaków... Nie podzielam twojej miłości. Po prostu zostaw mnie w spokoju i nie naruszaj granic terytoriów, chyba, że mam cię przegonić — pogroził.
Młodszy zatrzymał się, czując jak woda obmywa mu łapy. Przygarbił się, wyglądając naprawdę żałośnie. 
— Przepraszam. — załkał. — Już... sobie idę. — mimo to nadal tam stał, niezdolny do ruchu.
— To idź. I nie wracaj. — prychnął Lśniący cicho i odwrócił się, ale nie mógł postawić kroku w przód. Spuścił wzrok na własne łapy, czując jak pojedyncze łzy z niego skapują. Zacisnął zęby i ruszył do przodu, pozostawiając kocura samego. 
Jakaś część kazała mu, żeby tam wrócił, przeprosił, żeby żyli razem spokojnie. Żeby powiedzieli sobie wszystko co mieli sobie powiedzieć. Ale nie potrafił. Jego serce kruszyło się na kawałki, i choć płynęły z niego łzy, spiął wszystkie mięśnie, zmuszając się do powrotu do własnego obozu.

17 lipca 2022

Od Lśniącej Łapy (Lśniącego Księżyca) CD. Zimorodkowej Łapy (Zimorodkowego Snu)

 *mały skip*

Zostali mianowani na wojowników. Dostali wspaniałe imiona. Zimorodkowy Sen i Lśniący Księżyc. Czuł zalewające go szczęście i dumę, że razem z siostrą przeszli tą niewątpliwie długą drogę, by zostać mianowanymi. Nawet, jeśli nie przez tatę. Lśniący wierzył, że Jaśmienk było gdzieś tam i patrzyło na nich z góry, ciesząc się razem z nimi. Że czuwało nad nimi i nad całym Klanem Klifu, bez względu na to, co się działo.

* * *

Siedział na uboczu, częstując się pożywieniem. Drobną myszą. Nie był to jakiś specjalny obiad, ale nie miał zamiaru narzekać. Mieli większe problemy.
Wzrok czerwonych ślepi skierował się na legowisko medyka, skąd słyszał kocie kroki. Ostatnio odwiedzała ich samotniczka. Zdawała się być dobra w swoim fachu, mimo że nie należała do ich klanu. 
Zmrużył oczy, dostrzegając znajome szylkretowe futro Iskrzącego Kroku zmierzającej w tamtą stronę gdy kończyła rozmowę z Pierwszym Brzaskiem. Matka Fioletowego Spojrzenia.
Dreszcz przebiegł po jego ciele na samą myśl. Jakim cudem z takiej miłej i honorowej kotki wypełzł demon, który uwzięcie uczepił się jego siostry?
Widział też Lamparci Ryk. Dawny przyjaciel Rysiego Puchu. Na samą myśl o kotce żółć podchodziła mu do gardła. 
Wstał powoli, a z jego gardła wydobyło się lekkie westchnięcie. Potrzebował towarzystwa Zimorodkowego Snu.

* * *
Chłodna Łapa i Łasicza Łapa zniknęli. Było mu cholernie żal, a tym bardziej był na siebie wściekły, że nie dopilnował swojej uczennicy. Może powinien był być wtedy przy niej i wszystko byłoby dobrze.
Najbardziej martwił się jeszcze o Chłodną Łapę. To, co szeptali między sobą niektórzy klanowicze zbijało go z tropu. Czy to mogła być prawda? Czy Chłód by go zdradził? Byli zdrajcami i opuścili Klan Klifu w potrzebie?
Skołowany w milczeniu podszedł do siostry, która właśnie wróciła od medyka i leżała na skraju obozowiska. Położył się obok niej w pozycji bochenka i chwila minęła, nim się wreszcie odezwał.
— Co cię łączy z Fioletowym Spojrzeniem? — westchnął, nie spoglądając siostrze w oczy. — Jest w stosunku do mnie podła. Zupełnie bez powodu. Nigdy nie zrobiłem jej nic złego ani jej nie skrzywdziłem, a ona zachowuje się, jakby chciała mnie poniżyć na każdym kroku. Mam tego cholernie dość — warknął cicho, jedną łapą łapiąc się za głowę, gdy rozniósł się po niej ból. Za dużo myśli.

wyleczeni: Iskrzący Krok, Lamparci Ryk, Zimorodkowy Sen

<Zimorodek?>

06 lipca 2022

Od Lśniącej Łapy (Lśniącego Księżyca) CD. Chłodu (Chłodnej Łapy)

— Widzisz? Jestem jak wojownik! —  miauknął dumny z siebie Chłód, gdy skończył pokazywać mu rozmaite ruchy, którymi w zasadzie nie mógłby zrobić krzywdy przeciwnikowi, ale Lśniąca Łapa i tak doceniał zapał malca. Uśmiechnął się lekko, gdy końcowo Chłód spoczął na jego grzbiecie, najwidoczniej zmęczony, ale zadowolony.
— Nie inaczej — przyznał Lśniący z ciepłym spojrzeniem. Postanowił nie drążyć tematu, czemu kociak na początku rozmowy zdawał się przygnębiony. Nie chciał go męczyć. Gdyby chciał mu coś powiedzieć, to powiedziałby. — Będziesz z pewnością jednym z najsilniejszych Klifiaków. Mało jakie kociaki mają taki zapał do nauki w tym wieku. — zaśmiał się cicho.


* * *

Dostał za uczennicę Łasiczą Łapę. Chyba najgorszy wybór, bo nie cierpiał kotki już od pierwszego wejrzenia, jednak mimo to zamierzał być dobrym mentorem. Wszyscy jego nauczyciele nauczyli go mnóstwa rzeczy przydatnych w życiu każdego wojownika i taką samą wiedzę miał nadzieję przelać do umysłu młodej szylkretowej kotki, wyglądającej nieszczęśnie podobnie do Fioletowego Spojrzenia. 
Wracając z treningu z kotką i korzystając z wolnego czasu, postanowił odwiedzić dla odmiany ucznia, którego darzył większą sympatią. Skinął mu głową na przywitanie.
— Cześć, Chłodna Łapo — zamruczał. — Jak trening? Moja siostra jest pewnie wspaniałą mentorką. Nikt tak dobrze nie uczy, jak ona. Szkoliła się u samej Cętkowanej Gwiazdy, wiesz? A co do Łasiczej Łapy, miałeś rację, niezbyt przyjemna z niej osoba — burknął niechętnie. — Mimo to wyszkolę ją najlepiej, jak umiem.
Zależało mu na tym, by być dobrym mentorem. Po tych wszystkich sytuacjach. Po pogłoskach, że Rysi Puch znowu wróciła po zemstę - Klan Klifu jak nigdy potrzebował silnych i dobrych w swoim fachu wojowników. Nigdy nie wiadomo, gdy zastanie ich kolejny trup. Starał się o tym nie myśleć, by nie pozwalać sobie na stres, jednak gdy koty wokół ciebie padają jak muchy, to jest zbyt ciężkie.

<Chłód? wybacz za gniota>

26 czerwca 2022

Od Lśniącego Księżyca

Widział, jak słońce powoli wschodziło, a niebo z każdym uderzeniem serca stawało się jaśniejsze. Czuł się tak poddenerwowany i spięty po kłótni z Fioletową Łapą, a teraz właściwie Fioletowym Spojrzeniem. Ona i jego siostra? W życiu. W życiu, dopóki stąpał po tej ziemi nie ma mowy, by były razem. Fiolet w żadnym wypadku nie zasługiwała na bycie w związku z kimś takim jak Zimorodek.
Niebieska kita przeleciała mu nad nosem. Prychnął, chowając łeb w swoich łapach.
— Co cię znowu gryzie? — mruknął Kruk.
— Nic co by cię interesowało. — odparł jedynie, stękając. Czuł się zmęczony i przybity. Całe szczęście nie musiał dzisiaj nawet widzieć na oczy Fioletowej. Gdyby musiał... Klanie Gwiazdy, miał zbyt mało siły na kolejne długie rozmowy. Z nią nie dało się dojść do porozumienia. Zachowywała się, jakby miała ruję każdego dnia.
Spojrzał na legowisko medyków. Długa linia kotów zebrała się tam, skarżąc się na dolegliwości. Pomyśleć, że Truskawkowa Łapa został całkiem sam, bez mentora. Miał nadzieję, że chociaż jemu nic się nie stanie. Co to za klan bez medyka? Widział zastępcę, Koperkowe Futro, Niedźwiedziego Pazura, Wężową Łuskę, Wrzosową Pogoń, Grzybową Ścieżkę, mamę, Gawronie Skrzydło czy też Gołębi Puch. Wszyscy chorzy.
Zastanawiał się, jak ciężko musiał mieć uczeń medyka. Właściwie nie tylko on. Oni wszyscy. Byli w okropnej sytuacji. Miał nadzieję, że reszta klanów się nie dowie. Byliby wtedy zagrożeni atakiem. Zdawało mu się, że odkrycie słabości mogłoby być dla nich tragiczne.
Wyleczeni: Koperkowe Futro, Niedźwiedzi Pazur, Wężowa Łuska, Wrzosowa Pogoń, Grzybowa Ścieżka, Rdzawe Futro, Gawronie Skrzydło, Gołębi Puch

21 maja 2022

Od Lśniącej Łapy (Lśniącego Księżyca) CD. Fioletowej Łapy

 — Przestań mlaskać — miauknęła Fioletowa Łapa, gdy ziewnął przeciągle, budząc się w legowisku.
Spojrzał na nią jednym, wielkim, perfidnym "czego chcesz?". Nie rozumiał jej zachowania. Już od jakiegoś czasu bezpodstawnie traktowała go okropnie, co dla niego nie było przyjemnym doświadczeniem, ale też jakoś szczególnie się tym nie przejmował, bowiem kotka niezbyt mocno go obchodziła - ot, po prostu sobie była, egzystowała, a on mało kiedy miał okazję z nią porozmawiać.
— O co ci chodzi? — odpowiedział, marszcząc brwi. — Nie musisz być wredna.
— Mlaszczesz, a przeszkadza mi to w zaśnięciu — syknęła w odpowiedzi.
Z jego gardła wydobyło się coś na wzór westchnięcia. Naprawdę nie lubił się denerwować bez potrzeby, a kotka sprowadzała go do takiego stanu. Nie mogła po prostu odpuścić i zacząć zachowywać się dojrzale, tak jak przystało na jej wiek?
— Współczuję ci, jeśli to są twoje jedyne problemy w obecnej sytuacji. — miauknął oschlej, niż zamierzał. 
— Nie, ale chciałabym zasnąć do cholery, nie wiesz co ostatnio przeżyłam? — rzuciła dramatycznie.
Tak, wiedział. I wcale nie zmieniał zdania. 
— I myślisz, że to cię usprawiedliwia, by mieć do każdego nieuzasadniony problem?— odparł. Lśniąca Łapa był miły, ale nie miał zamiaru się pierdolić, gdy ktoś bezpodstawnie najeżdżał na jego komfort. Zdawał sobie sprawę, że nie robił nic złego. — Myślisz, że ja nie miałem żadnych złych przeżyć? Myślisz, że mi nie jest źle? Nie jesteś pępkiem świata, Fioletowa Łapo. W klanie pewnie jest mnóstwo kotów, które przeżyły tragiczne rzeczy, a nie zachowują się tak, jak ty. 
Strata zaufanego rodzica bardzo się na nim odbiła. Chociaż teraz starał się to zaakceptować, pierwsze minuty pełne paniki były okropnym koszmarem i próbą dla jego wrażliwej strony osobowości. Mimo to miał nadzieję, że po śmierci zobaczy znowu tatę.
— Jak to do każdego? Nikt oprócz ciebie nie wywołuje takiej wściekłości — warknęła, trzepiąc ogonem. — Myślałeś może nad zmianą imienia? Mysi bobek pasuje do ciebie o wiele bardziej niż to Lśniąca Łapa, czy jak tam na ciebie wołają. 
Lśniąca Łapa patrzył się kotce głęboko w oczy. Chociaż te słowa były straszne i dołujące, nie przejmował się nimi. Wiedział, że tylko Fioletowa Łapa potrafiła wściec się na byle pierdoły. Nie rozumiał, o co jej chodzi.
— Mów za siebie. — miauknął spokojnie, czując jak jego ogon podryguje jak tańczący płomień. — Jesteś jedyną osobą, która tak o mnie myśli, a przynajmniej jedyną, która nie chowa swoich dziwnych racji w środku. 
— Przestań gadać — fuknęła. — Zjedz zepsutą mysz i nic więcej nie mów.
Lśniąca Łapa popatrzył się na nią z politowaniem. Jej jedynym sposobem obrony była agresja. Brakowało jej logicznych argumentów.
— Nie potrafisz prowadzić rozmów, nie bluźniąc i używając jakichkolwiek logicznych argumentów? — spytał z nutą ironii w spokojnym głosie. Jak Iskrzący Krok, mentorka jego wspaniałego taty, mogła urodzić takiego diabła?
— Będę mówić to, co mi się podoba, paskudo.
— Z takim tokiem myślenia szybko spadniesz na samo dno. — stwierdził, po czym wstał. — Ale to nie moja sprawa. Miłego dnia, Fioletowa Łapo. — miauknął, po czym wyszedł i odetchnął dopiero, gdy był od niej daleko. Co jej strzeliło do łba? Nie zawadzał jej ani nie zrobił jej żadnej krzywdy, a zachowywała się, jakby myślała, że miała prawo wyzywania każdego zawsze, gdy jej się tylko podoba.
No to się zdziwi.


* * *
On został wojownikiem, a klan zaatakowały lisy. Świetnie.
Lśniący Księżyc popatrzył w niebo. Obie jego mentorki zostały ugryzione przez któregoś z lisów. Do tego także mentorka Kruczego Zmierzchu. 
A myślał, że będzie mógł spokojnie nacieszyć się awansem.
Dlaczego spośród tylu kotów, dlaczego akurat TE?
Nie chciał stracić Kalinkowej Łodygi. Nie chciał stracić Rozżarzonego Serca. Ani nawet Zajęczego Ogona. 
Serce biło mu jak oszalałe. Panikę ciężko było przystopować. 
Dodatkowo lisy zniszczyły żłobek. Było tak blisko, a te nowe kocięta podzieliłyby los ugryzionej reszty, a nawet może zostałyby zabite. 
— Mówiłeś, że w Klanie Klifu będzie bezpiecznie. — rzucił za jego plecami znajomy głos. Lśniący Księżyc poczuł na sobie przebiegający dreszcz.
— I było. Ale... Ostatnie sytuacje... Nie mogłem przewidzieć, że to się stanie  — odpowiedział, odwracając powoli zmartwiony pysk w kierunku Kruczego Zmierzchu. 
— Ten posrany lis ugryzł moją mentorkę — warknął kocur. Usiadł, oplatając ogon wokół swoich niebieskich łap. — Niech te idiotyczne przybłędy tu wrócą, a pozbawię ich kończyn i rozdrapię gałki oczne.
— Myśl logicznie, Kruczy Zmierzchu. One są silniejsze. — wybąkał czerwonooki wojownik. — Prędzej sam skończyłbyś w grobie, i to zmasakrowany.
— Mam to w dupie. Dlaczego ich nie przegonili?
— Koty nie mają takiej siły. Moje mentorki też wylądowały w izolacji. — westchnął kocur. — Ale rozumiem, dlaczego Cętkowana Gwiazda podjęła taką decyzję. To dla bezpieczeństwa. 
— Oby Zajęczy Ogon się z tego wylizała. — mruknął niebieski, świeżo upieczony wojownik. 
Lśniący Księżyc wątpił, czy ugryzionym przez zarażonego lisa uda się przeżyć, ktokolwiek to był. Mógł mieć tylko nadzieję, że Kalince i Żarce nic nie będzie.
Ale jak płonna była?
— Przynajmniej zostaliśmy wojownikami.
Kruczy Zmierzch tylko spojrzał się na niego zimnym spojrzeniem.
— To nie sprawi, że wszystko będzie dobrze.
— Wiem.
Dawny samotnik tylko wstrzymał drżący oddech i oddalił się. Czerwonooki wojownik nie spuszczał z niego wzroku, dopóki całkowicie nie zniknął mu z pola widzenia.
Ledwo wstał, a koło siebie już wyczuł kolejny znajomy zapach. Nie była to jednak siostra, matka, koledzy uczniowie czy jakikolwiek wojownik, których towarzystwo napawało go energią, a Fioletowa Łapa. Na sam fakt zobaczenia kotki westchnął z irytacji i frustracji. Niemal od razu się odwrócił.
— Jeśli masz zamiar mielić niepotrzebnie jęzorem, to ja sobie idę. Narzekanie i wyzywanie innych kotów nikomu nie pomoże, a ja nie szukam sobie wrogów. Tak ci tylko przypominam. — miauknął beznamiętnie, chociaż z ledwo wyczuwalną pretensją w głosie. W tej sytuacji chciał tylko jak najszybciej odnaleźć rodzinę i upewnić się, że z nimi wszystko w porządku.


<Fioletowa Łapo?>

20 maja 2022

Od Lśniącej Łapy (Lśniącego Księżyca)

— Po prostu przykro mi, że mnie nie zabrała — oznajmiła Zimorodek.
Miał zamiar odpowiedzieć, jednak nim zdążył to zrobić, kotka się podniosła, więc zamilknął i po prostu ruszył razem z rodzeństwem skrajem obozu. Na niebie świeciły już wszystkie możliwe gwiazdy, a wśród nich najjaśniejszy księżyc. Czasem się zastanawiał, jak daleko Srebrna Skóra była od nich oddalona. Zdawała się i mała, i wielka jednocześnie. Czy tata stamtąd na nich spoglądało?

* * *
Jeszcze przed atakiem lisów
Wrócił tak jak zawsze z treningu, odnosząc piszczkę, z której ciekła świeża krew. Niebo było już do końca oświetlone przez słońce. Na samą myśl o nim zakręciło mu się w żołądku. Z daleka widział, jak klan egzystował swoim własnym tempem. Przywódca się zmienił, zastępca również, niektórzy uczniowie stawali coraz bliżej mianowania. I nikt zdawał się nie zwracać na to szczególnej uwagi.
Podobała mu się ta klanowa harmonia. Wszystko było zorganizowane, dokładne, a plan dnia nieczęsto się różnił. Mimo to, zdecydowanie brakowało mu zmian. Uczniowskie życie było fajne, ale monotonia na dłuższą metę nużąca.
Z rozmyślań wyrwały go czyjeś kroki. Położył uszy, widząc siostrę. Ostatnio nie była w najlepszym humorze.
— Hej. Wszystko dobrze? — zapytał się jej o najgłupszą rzecz, o jaką mógł zapytać.
— Jasne, jest okej — miauknęła. Poczuł rozluźnienie w mięśniach wiedząc, że nie jest na niego zła. Miał tendencję do dramatyzowania, chociaż nie pokazywał tego w swoim spokojnym zewnętrznym obyciu. Po prostu martwił się, że kotka weźmie do siebie wczorajszą rozmowę.
— Ciekawe, czy pójdziemy dziś na jakiś patrol — miauknął. — Walka z samotnikiem była ekstra. Pamiętasz?
— Jak mogłabym zapomnieć? — na pyszczek kotki wpełznął malutki uśmiech. — Musimy to kiedyś powtórzyć.
— Oczywiście.

* * *
— Na patrol wyruszą Wężowa Łuska, Gawronie Skrzydło, Rozżarzone Serce, Lśniąca Łapa, Zimorodkowa Łapa i Jarzębinowa Łapa. Patrol poprowadzi Rdzawe Futro.
Na sygnał swojego imienia wyprostował się. 
— Patrz, idziemy. Całą trójką. — wymruczał Zimorodce do ucha. — Chodź.
Gdy siostra ruszyła za nim, oboje dogonili grupkę wojowników czekających przy wyjściu. Widok mamy wprawił go w zakłopotanie. Powinien ją wesprzeć po śmierci Jaśminku, a nie zrobił tego, bojąc się, że źle do tego podejdzie. Jednak gdy się z nią przywitał, uśmiechnęła się w odpowiedzi.
— Ale wyrośliście — stwierdziła ciepło, mierząc ich wzrokiem, zanim odwróciła się znów w kierunku wyjścia i zawołała. — Ruszajmy już.
Wzrok czerwonych oczu Lśniącej Łapy przemierzył wszystkie koty ruszające na patrol. Uśmiechnął się. Czuł się dobrze w towarzystwie najbliższych. 
— Pogoda zaczyna dopisywać. — miauknęła radośnie Gawronie Skrzydło. — Nie mogę się doczekać, aż się jeszcze ociepli.
— Dobrze, że głód już minął. Zwłaszcza, gdy rodzi się coraz więcej nowych kociąt. — odparł Wężowa Łuska. Donośny ton wojownika już sam w sobie budził respekt.
—  A uczniowie dorastają — rzuciła z przodu Rdzawe Futro. Lśniąca Łapa wbił spojrzenie w ziemię, uśmiechając się lekko. Mówiła o nich?
— Twoje dzieci dobrze sobie radzą. — stwierdził wojownik. — Zawsze przydadzą się łapy do polowania. Medyków też nam nie brakuje, nawet po śmierci Bluszczowego Pnącza. Świetnie się prezentujemy.
Lśniący wymienił z Zimorodek krótkie spojrzenie, jednak nie odezwał się. Uczniowie nie powinni wtrącać się w rozmów bez pytania. To było niekulturalne. Zresztą, przyjemnie było w ciszy posłuchać, jak koty ze sobą dyskutują. Tak samo, jak na zgromadzeniu. Można było dowiedzieć się mnóstwa ciekawych rzeczy.  Gdy na moment nastała cisza, dopiero zapytał.
— A jak jest być wojownikiem?
Rozżarzone Serce zaśmiała się cicho.
— Możesz wychodzić bez pytania z obozu, zapraszać innych na patrole łowieckie, walczyć na bitwach, prowadzić patrole i... Mieć ucznia. To chyba największy zaszczyt, jaki może dosięgnąć wojownik! Ale też odpowiedzialność. Jestem pewna, że wasi przyszli uczniowie zostaną świetnie wyszkoleni.
Gdyby  Blask był człowiekiem, już dawno by się zarumienił.
— Dziękuję. To miłe — miauknął przyjaźnie. 
Zimorodek także podziękowała, uśmiechając się pod nosem. Czuł ciepło bijące z jej ciała i równie ciepły oddech. Jej zapach znał już wręcz na pamięć i nie musiał się zastanawiać, by rozpoznać siostrę.



* * *

Czuł świerszcze grające beztroską muzykę wśród traw. Nasłuchiwał jej, leżąc na skraju obozu z białymi, skrzyżowanymi ze sobą łapami. Gwiazdy znowu jasno rozświetlały niebo. Prawie jak świetliki, tylko że takie utkwione w bezkresnym sklepieniu.
Widział, że dołączyła do niego Zimorodkowa Łapa. Nie przerywała ciszy. Ten wieczór był wyjątkowo spokojny i albinos miał nadzieję, że taki też pozostanie. Dopiero po chwili się odezwał.
— Uwielbiam takie wieczory. Zawsze ciężko było mi wcześnie kłaść się spać, skoro można odpoczywać w ten sposób.
Kotka przekrzywiła łaciaty łebek.
— To racja.
Z daleka rozległo się wołanie Jarzębinowej Łapy. Lśniąca Łapa podniósł wzrok, gdy Zimorodkowa Łapa odeszła, by zamienić parę słów z siostrą.
Oczywiście, naprawdę lubił Jarzębinową Łapę. Była w końcu jego siostrą. Rodziną. Ale nigdy nie odczuwał do niej takiej więzi, jak do Zimorodkowej Łapy. Po prostu... Nie potrafił. To było dla niego trudne. 
Może po prostu niezwykle przywiązał się do łaciatej uczennicy. Coś, co nie pozwalało mu opuścić jej na krok, gdy była zagrożona. Nie miał pojęcia, jak nazywało się to uczucie i jak powinien je rozumieć.

Gdy siedział w ciszy, wsłuchując się w melodię świerszczy, oczy same mu się zamykały, jak w transie. Dopiero, gdy usłyszał kroki, otworzył je gwałtownie.
— Nie śpię! — miauknął cicho. 
Spojrzał w górę i nie zauważył ani Jarzębinowej Łapy, ani Zimorodkowej Łapy. Jedynie ciemne, znajome futro, które wręcz nikło w zapadającym wieczornym zmierzchu. 
— Nie miałem zamiaru cię budzić — mruknął Krucza Łapa, unosząc brew. 
— Co tu robisz? — głos białego zabrzmiał bardziej wrogo, niż zamierzał. Zacisnął zęby, gryząc się w język. Nie powinien się denerwować przy współklanowiczu. Zniżać się do takiego poziomu, by nie zachowywać podstaw kultury, a ta kultura była przecież podstawą obycia Lśniącej Łapy. 
— Przechodzę obok, nie widać? — odpowiedź nie zabrzmiała tak źle, jak czerwonooki to sobie wyobrażał. Kruk ani na niego nie nakrzyczał, ani nie świdrował go niebieskimi oczami. Chociaż co do tego drugiego nie był pewien. — Twoje oczy wyglądają przerażająco wieczorem.
— Dzięki — miauknął sarkastycznie Lśniąca Łapa. To jeden z tych nielicznych momentów, gdzie nie był chętny do wymiany zdań. 
— Wciąż jesteś na mnie zły?
— A czemu miałbym nie być? — prychnął, owijając łapy ogonem. — To co powiedziałeś było okropne.
— Nawet nie wiedziałem, że Jaśminowa Gwiazda wtedy zmarło. — odpowiedział głosem, których uczuć nie dało się odgadnąć. 
— I co z tego?
— To, że nie zrobiłem tego celowo, więc możesz już wyciągnąć kija z dupy. 
Lśniąca Łapa położył tylko uszy, obrażony kładąc brodę na własnych białych łapach. 
— Czego ode mnie chcesz?
— Właściwie nic. Po prostu zauważyłem, że z kimś rozmawiałeś.
— Z siostrą.
— Z Zimorodek?
— A jak myślisz? — mruknął albinos. — Ale musiała iść. Jarzębinowa Łapa ją wołała. Nie wiem, po co. Nie interesuje mnie to, jakbyś chciał zapytać.
— Nie zamierzałem pytać.
— Świetnie. 
Odwrócił głowę i westchnął. Czuł wyrzuty sumienia, że był tak oschły dla kocura. Jednocześnie nie potrafił zrozumieć jego motywów i ogólnie... Jego charakteru. Rozmawianie z kimś takim było dziwne. Zazwyczaj trzymał się z daleka od mniej przyjemnych kotów, chyba, że musiał mieć z nimi styczność, lub akurat chciał poprawić im jakoś humor.  Z nim było inaczej. 
— Hm, słuchaj... — zaczął, jednak przerwało mu wołanie Cętkowanej Gwiazdy, która już stała na swoim miejscu, gotowa na zebranie klanu. Lśniąca Łapa zastrzygnął uszami. Ciekawe, co się działo.
Widział, jak obok nich koty zaczynają się zbierać. Widział Rozżarzone Serce kroczącą koło Kalinkowej Łodygi. 
— Ciekawe, co się dzieje. — miauknął u jego boku Kruk, chociaż Blask wątpił, że te słowa były skierowane do niego.
Wtopił łapy w ziemię, czekając chwilę, nim się podniesie. Krucza Łapa spojrzał się na niego wyczekująco, trącając go łapą.
— Idziesz, czy nie?
— Już idę.
— Dalej. — popędziła ich idąca blisko Rozżarzone Serce. Albinos dogonił ją i dostąpił jej kroku, na co kotka zaśmiała się lekko.
— Jesteś ciekawy, po co zwołała klan, prawda?
— Tak. — miauknął. Serce biło mu szybciej. To mogło być cokolwiek. Może chciała im powiedzieć coś ważnego?
— Więc zaraz się przekonamy.
Uśmiechnął się. Przyspieszył kroku i niedługo potem był już pomiędzy tłumem kotów. Usiadł obok Zimorodkowej Łapy, która wbiła oczekujący wzrok w Cętkowaną Gwiazdę.
— Nadszedł czas, by mianować kilku gorliwie pracujących uczniów na nowych wojowników Klanu Klifu. — miauknęła.
Lśniąca Łapa wstrzymał oddech. Jaki szczęściarz dostąpi tego awansu? Może Wiewiórcza Łapa? Był świetnym uczniem!
— Lśniąca Łapo, Krucza Łapo, Zimorodkowa Łapo - wystąpcie. — dokończyła.
Świat zawirował mu przed oczami. Zalewała go symfonia setek pozytywnych uczuć. Naprawdę miał zostać wojownikiem?
Podniósł dumnie brodę i spokojnie wyszedł z tłumu, rzucając siostrze ciepłe spojrzenie, by dodać jej otuchy i pogratulować. Ona je odwzajemniła. Czuł, że jego kończyny sztywniały, jakby wciąż nie mogły uwierzyć, że to działo się naprawdę. 
U jego prawego boku ustał Krucza Łapa, z równie dumnym i podekscytowanym spojrzeniem. Niebieskie ślipia kocura były bezgranicznie wtopione w przywódczynię, gdy ten do niej podszedł, na jej polecenie.
—  Ja, Cętkowana Gwiazda, przywódczyni Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika.
Lśniąca Łapa spojrzał na Kruczą Łapę, gotowego usłyszeć to rytualne pytanie. Przysięgę, którą musiał złożyć.
— Krucza Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
— Przysiegam.
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Krucza Łapo, od tej pory będziesz znany jako Kruczy Zmierzch. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność i odwagę, oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Klifu.
Lśniący patrzył uważnie, jak Krucza Łapa, a teraz właściwie Kruczy Zmierzch, dotyka barku Cętkowanej Gwiazdy, która oparła swoją głowę na jego ramieniu. Wojownik po chwili odsunął się, a wzrok Cętkowanej Gwiazdy spoczął na nim.
Poczuł, jak przyjemny dreszczyk przebiega przez całe jego ciało. Zawsze myślał, że to tata go mianuje na wojownika, jednak los odebrał swoje żniwa. Mimo to Lśniąca Łapa miał nadzieję, że Jaśmin patrzyło na nich z góry i było dumne ze swoich dzieci. 
— Ja, Cętkowana Gwiazda, przywódczyni Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, by spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako  kolejnego wojownika.
Zbliżył się do przywódczyni. Czuł, że jego oddech drżał, podekscytowany i pewny jednocześnie. Jego ciało, wyprostowane, cieszyło się razem z nim.
—  Lśniąca Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Widział uważne ślipia skupione na nim. Jego wzrok powędrował w tłum. Kalinkowa Łodyga utkwiła w nim ciepłe spojrzenie, które dodawało mu niezwykłej otuchy. Rozżarzone Serce dumnie rozciągała swoją głowę ponad tłum, szczęśliwa równie, co on. Rdzawe Futro uśmiechnęła się, gdy jego wzrok spoczął na niej.
Zrobiło mu się ciepło na sercu. Oni wszyscy byli z nim. Tacy kochani. Tacy niesamowici. 
Widział z daleka nawet znajdki, które ostatnio znalazły się w Klanie Klifu, a które były jeszcze zbyt młode, by uczestniczyć w klanowych zebraniach.
Ponownie spojrzał głęboko w oczy Cętkowanej Gwieździe.
— Przysięgam. — miauknął. 
— Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Lśniąca Łapo, od tej pory będziesz znany jako Lśniący Księżyc. Klan Gwiazdy ceni twoją odwagę i rozsądek. Witamy cię jako nowego wojownika Klanu Klifu.
Lśniący Księżyc.
Jego oczy błyszczały, gdy usłyszał to imię.
Było piękne. 
Zbliżył się do przywódczyni i oparł głowę na jej ramieniu, a ona na jego. Zamknął oczy. Był wojownikiem.
Marzenie się spełniło.
Jego imię było piękniejsze, niż to sobie wyobrażał. 
Odsunął się i ustąpił kroku siostrze, która teraz wstąpiła na jego miejsce. Najbliżsi wodzili po nich dumnym spojrzeniem. 
Słuchał kolejnych słów, jakie wypowiadała liderka do jego siostry. Wpatrywał się na nią szczęśliwym i pełnym dumy wzrokiem.

* * *

— Gratulacje — wyszeptała do niego Kalinkowa Łodyga. — Odbyj czuwanie w ciszy. To jedyny tak piękny moment w życiu, który nigdy się nie powtórzy.
Skinął głową i spojrzał z wdzięcznością w jej oczy, a potem w oczy Rozżarzonego Serca, nim wyszedł z obozu razem z siostrą i Kruczym Zmierzchem. Jej imię było wspaniale. Zimorodkowy Sen. Po ojcu.
Wpatrywał się w świecący księżyc i gwiazdki porozsypywane na nieskończonym sklepieniu. Ta cisza była jednocześnie niesamowita i niepokojąca. Czuł zapachy obu kotów. Słyszał bicie zarówno ich, jak i jego serca. 
Dziękuję, Klanie Gwiazdy.

Od Lśniącej Łapy CD. Chłodu

— Porwali nas, a wy zachowujecie się jakby byli dobrzy!
Albinos zmarszczył brwi na te słowa. Nie miała prawa tak o nich mówić. Te kocięta mogły... Przeżyć wcześniej coś  traumatycznego, jeśli właściwie zinterpretował słowa Chłodu, jednak - dali im przecież dom i pożywienie. Klan Klifu nie był zły. Chcieli dobrze.
— To my chyba już pójdziemy, dzięki za oprowadzenie — miauknęło na pożegnanie jedno z kociąt. Lśniąca Łapa lekko się uśmiechnął i skinął głową.
Odwrócił się, zmierzając we własną stronę. No właśnie. Czym była własna strona? Odosobniony kąt obozu. Wbrew jego ekstrawertycznym temperamencie, on też czasami potrzebował chwili dla siebie. Chociaż malutkiej.
Kocięta go zainteresowały. Ogarniało go współczucie, gdy myślał o tych kulkach nieszczęścia, które nie miały własnych rodziców. On, co prawda... Westchnął, przypominając sobie śmierć Jaśminowej Gwiazdy. Ale Lśniąca Łapa przynajmniej wychowywał się w towarzystwie rodziny. Jasmin umarło wcześnie, ale albinos miał okazję poznać tatę. A te małe kocięta ledwo co pamiętały. To straszne.

Usiadł, podgryzając jakąś piszczkę, którą znalazł na stercie. Posmak mięsa rozpływał się na jego szorstkim języku. W końcu było więcej zwierzyny. Więcej, niż wcześniej.
Niechętnie zmrużył oczy, gdy koło niego przeszedł Krucza Łapa razem ze świeżym drozdem trzymanym w zębach. 
Wciąż miał mu za złe jego okrutny komentarz w chwili śmierci taty. Nie rozumiał, jak można było być tak...
Czy był bezuczuciowy?
Nie, nie mógł tego tak nazwać.
Kruk mało co po sobie pokazywał. I to było najgorsze. Ciężko było w ogóle cokolwiek wywnioskować z jego zachowania. 
Lśniąca Łapa przewrócił się na grzbiet i zmrużył oczy, czując napływające do nich łzy. Przynajmniej teraz słońce trochę ustało, ale to nie zmieniało faktu, że raźne niebo niezbyt dobrze na niego działało.


* * * 
— Witaj, Gawronie Skrzydło! — miauknął radośnie na powitanie uczeń, gdy wracał z obozu, przechodząc obok wojowniczki, która skinęła do niego głową.
— Humor dzisiaj dopisuje?
— Najwyraźniej. — odparł.
Może to pogoda pobudzająco na niego działała, co było aż dziwne, zważając na fakt, że teraz ziemia wyglądała jak błotnista breja, wiecznie podlewana przez ulewy i śnieg. W każdym razie, czuł się dobrze. Energia przepełniała jego kończyny po każdym skończeniu codziennego treningu. 
Widział Kalinkową Łodygę rozmawiającą z kilkoma innymi wojownikami. Bardzo lubił kotkę. Można było zwrócić się do niej o radę, gdy jej potrzebował. Niezależnie od tego, co do niej mówił, wiedział, że była z nim szczera. Może po prostu miała takie "coś"? Iskierkę w oczach, aurę spokoju? Cokolwiek to było, było niezmiernie przekonujące.
— Cześć — miauknął. Dość dziwne przywitanie, jak na fakt, że rozmawiał z dużo starszą kocicą, ale już się przyzwyczaił tak do niej mówić.
— Witaj, Lśniąca Łapo — zaśmiała się delikatnie. — Wszystko w porządku?
— Raczej tak. — mruknął. — Świetnie byłoby dzisiaj pójść na patrol, ale szedłem już świt temu. 
— Nie szkodzi, jeśli dzisiaj na niego nie pójdziesz. W obozie też można przyjemnie spędzić czas, a ty musisz być już zmęczony, co?
— Racja. — skinął głową, po czym rozejrzał się, zatrzymując wzrok na kociarni. — Widziałaś już te nowe kocięta?
— Te małe smrody? Jasne — miauknęła ciepło. — Ciężko ich nie zobaczyć. Są całkiem sympatyczne. Chociaż nie każde z nich jest skore do rozmów.
— Zauważyłem. — rzucił Lśniący. Jego wąsy zadrgały z rozbawienia. — Rozmawiałem już z Chłodem. I trochę z Mrozem. Są mili, chociaż, nie do końca wiem, jak się z nimi obchodzić.
— To znaczy? Co masz na myśli?
— To jeszcze dzieci — powiedział. — Nie byłbym chyba dobrym rodzicem. Nie wiem, jak mówić, żeby mnie dobrze rozumiały.
— Pamiętaj, że ty też nie jesteś wcale taki dorosły — odparła, puszczając mu oko. Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. — Myślę, że jesteś świetnym starszym kolegą i potrafisz opiekować się dziećmi. Widziałam, że oprowadzałeś je wczoraj po obozie.
— Oprowadzałem. Chyba im się podobało, ale to nic takiego — odparł, nerwowo oblizując pysk.  
— Nie bądź taki skromny, Lśniąca Łapo. Masz świetne podejście do młodszych.
— Dziękuję. 
— Proszę bardzo — miauknęła ciepło. Nagle jej wzrok skierował się za jego plecy. Popatrzył tam, gdzie ona, i zobaczył malca idącego w jego stronę, podnoszącego z zaciekawieniem łebek do góry. — O wilku mowa. Powodzenia, Lśniąca Łapo.
Mówiąc to, odeszła. Jej zapach rozmył się wraz, gdy sylwetka zniknęła w jednym z legowiska. Uśmiechnął się delikatnie do Chłodu. 
— Cześć. 

<Chłód?>

[przyznano 5%]

17 maja 2022

Od Lśniącej Łapy CD. Chłodu

— Chłód... — miauknął. — Jestem, Chłód. Tam było czerwono. I... i mama... Gdzie moja mamusia?
Lśniąca Łapa wbił zmartwiony i spokojny wzrok w młodszego. Biła od niego ta aura, którą otaczał swoją siostrę i najbliższych. Aura spokoju, gdy czuł obowiązek zaopiekowania się kimś. Bo to było przecież... Tylko niewinne kocię.
— Przykro mi, Chłodzie. Nie wiem, gdzie jest twoja matka. — odparł. Stwierdził, że Chłód to dziwna nazwa dla takiego kocięcia, ale w to nie wnikał. — Może po was wróci? A nawet jeśli coś by się stało... Da się żyć bez rodzica. — powiedział, powstrzymując się przed dodaniem, że coś o tym wiedział. Ugryzł się w kraniec języka. Chyba nie powinien mówić w ten sposób do samotnego dziecka.
— Jak to bez? Nie masz mamy?
— Nie mam "ojca". — westchnął. — Jaśminowa Gwiazda umarło całkiem niedawno i niespodziewanie. Ale musiałem się jakoś pozbierać. Trzeba żyć dalej, bez względu na to, co się stanie. I ty... Jestem pewny, że sobie poradzisz. — powiedział krzepiąco do młodszego. Obawiał się jego słów. Kompletnie nie znał pochodzenia niebieskookiego, a on mówił o swojej matce i o czerwieni. Nie mieli też ojca, a przynajmniej nie przyszedł z nimi do klanu. Czy rodzice ich porzucili? Albo umarli? Albo...
Odpowiedź Chłodu przerwała mu myśli.
— Jak masz na imię? Co to za miejsce?
Lśniąca Łapa poczuł, jak koniuszek jego białego ogona drga. Nie odniósł się do jego wypowiedzi. Musiał być zdezorientowany. Ale był młody, czy mógł wiele pojmować?
— Jestem Lśniąca Łapa, a to jest Klan Klifu. To... Takie piękne miejsce, gdzie możesz trenować, ucząc się na medyka lub wojownika. Mamy swojego przywódcę, zastępcę... Nawet karmicielki i ich kocięta. I jest nas dużo do polowania. Sterta wzbogaciła się o zwierzynę.
— A ja nie wiem skąd jestem... Przyprowadzili mnie tu. Jesteś wojownikiem?
— Nie. Na razie się na niego szkolę. Ale umiem już mnóstwo rzeczy — odpowiedział szybko. — Pokazać ci kilka?
Chłód skinął głową, na co Lśniąca Łapa ułożył się w pozycji, której nauczyła go Rozżarzone Serce. Przeniósł ciężar na tylne łapy i utwierdził się łapami w gruncie, schylając głowę. Ogon postawił sztywno w poziomie, gotowy do wyskoku.
— To jest pozycja, którą przybierasz, jak chcesz kogoś zaatakować — wyjaśnił. — To znaczy, jedna z pozycji. Jest ich wiele.
Po czym wyskoczył do przodu, wysuwając pazury u łap i przeszywając nimi powietrze, jak gdyby atakował przeciwnika z wrogiego klanu. Obrócił się w powietrzu i wylądował z pyskiem w kierunku Chłodu, rozkopując ziemię pod sobą.
— Nawet nie wiesz, jak fajnie jest walczyć — miauknął, a jego wąsy zadrgały z rozbawieniem. — Adrenalina rozpiera cię od środka. Fantastyczne uczucie.
Chłód rozdziawił pyszczek w podziwie, a potem spróbował po nim powtórzyć, co jednak skończyło się upadkiem. Lśniąca Łapa uśmiechnął się leciutko, z rozbawieniem i pomógł młodszemu wstać.
— Co to adrenalina? — spytał.
Lśniąca Łapa zamyślił się, próbując znaleźć sposób, by mu to wytłumaczyć jakoś prosto.
— To takie "coś", co odczuwasz w środku, gdy jesteś podekscytowany albo zmierzasz czoło z jakąś trudnością. Adrenalina pobudza twoją energię i sprawia, że serce bije ci dwa razy szybciej.
— Czułem to! Jak mama zniknęła. Serce mi przyspieszyło!
Lśniący poczuł skurcz w żołądku. Czy rodzice tych malców zginęli? A przynajmniej ich matka?
— Nie pamiętasz, co tam się stało, prawda? Wiesz może chociaż, jak wyglądają twoi rodzice? Gdzie ostatni raz byli, gdy ich widziałeś?
— Mama była z nami. Szliśmy na wycieczkę. I wtedy... Wyskoczył jakiś kot w czerwieni i przytulił mamę. Ale on zasnął. A mama nas zaprowadziła w bezpieczne miejsce, a później... zniknęła.
Albinos zamrugał kilkukrotnie czerwonymi ślipiami.
Czy Chłód wiedział, o czym mówi?
Próbował zinterpretować każde słowo po kolei. Kot w czerwieni. Przytulić. Zasnąć.
To brzmiało jak opis morderstwa z punktu widzenia kocięcia.
Ten jednak nie zamierzał uświadamiać tego Chłodowi. To chyba nieodpowiedni temat dla młodszego. Poza tym... Na pysk Blasku nasuwało się tylko jedno pytanie - co tam się, na Klan Gwiazdy, wydarzyło?
— Może chcesz, żebym cię oprowadził po obozie? — zmienił diametralnie temat. To jedyne, co mu się nasuwało na język.


<Chłód?>

09 maja 2022

Od Lśniącej Łapy CD. Zimorodkowej Łapy

 — Mam nadzieję, że chociaż was nie stracę.
Czuł rozpierające przygnębienie, jak pomyślał o tym, jaka jest śmierć. Niczym nie różni się od wygłodniałego lisa; cichego, szczwanego, który nadchodzi niespodziewanie i zabija w pięć uderzeń serca. Śmierć zawsze nadchodziła niespodziewanie. W jednej chwili z kimś rozmawiasz... W drugiej już go nie ma. Bał się, że z Zimorodkową Łapą stanie się tak samo. Zależało mu na siostrze najbardziej na świecie. Była dla niego jak zwierzyna w lesie lub jak strumyki świeżej wody przebiegające przez terytoria - coś, bez czego nie dało się żyć. Coś, co nadawało światu barw.
Nie czuł podobnego uczucia do Jarzębinowej Łapy. Oczywiście, była jego siostrą i kochał ją, ale to nie było to samo uczucie, jakie darzył w stosunku do Zimorodek. Nie była taka konieczność, powinność, by zawsze bronić ją przed każdym niebezpieczeństwem.
To mogła być odważna myśl z jego strony, ale mógł przyrzec, że gdyby coś lub ktoś skrzywdziło Zimorodek, nie miałby najmniejszych skrupułów w zemście.
— Teraz możemy tylko pokazać Jaśminkowi, że jesteśmy gotowi iść dalej. — westchnął cichutko. — Żeby mogło być z nas dumne w Klanie Gwiazdy. Na pewno tam jest i nas widzi, prawda?
Cisza uświadomiła go, że nie tylko on jest przytłoczony tymi nagłymi śmierciami, które objęły Klan Klifu.
— A Cętkowany Ryś będzie świetną liderką. Równie świetną, co nasz tatuś.
Obejrzał się na siostry i uspokoił, gdy kiwnęły powoli łebkami.
Cokolwiek by się nie stało, musieli żyć dalej i tak długo, jak kroczą po ziemi, walczyć i polować dla klanu. Dla taty. Dla całej reszty rodziny. Bez słowa wstał i odszedł od sióstr, zamykając powoli powieki. Potrzebował chwili dla siebie, by zaakceptować to, co się wydarzyło. 
 
* * *
Późnym popołudniem wracał z patrolu prowadzonego przez Koperkowe Futro. Teraz otrzymał miano nowego zastępcy przywódcy - co prawda, Lśniąca Łapa nie znał dobrze wojownika, ale wydawał się sympatyczny. Ufał, że będzie w przyszłości świetnym przywódcą.
Cieszył się, mimo wszystkich śmierci i przykrości, że z klanu wygnana została Rysi Puch. Nie sprawiała już zagrożenia. 
W klanie zdawały się jednostki mniej przyjazne i otwarte, których lojalność też mógłby zakwestionować, ale nie oszukujmy się - Ryś nigdy nie zdawała się mieć choć kropelki przyzwoitości i wierności klanowi. Odkąd rozmawiał z Nocniakiem, utwierdził się w przekonaniu, że nie trzymając zębów za zębami, kotka przyniosła Klifiakom tylko wstyd i powielenie stereotypów. Żeby pokazać, że byli dumni, musieli reprezentować się godnie i spokojnie - nie dać się prowokować przez te bydlaki z Klanu Nocy.
Mógł powiedzieć otwarcie, że nie miał o Klanie Nocy dobrej opinii. Wolał się do nich nie zbliżać. Mordercy, którzy oskarżają pobratymców o morderstwo. Zabawne. 
Spód przymrużonych czerwonych ślipii widział też znajomą sylwetkę. Błękitne, pręgowane futro z białą plamą na piersi. Po ostatniej rozmowie z uczniem potrzebował długiej chwili samotności, by odzyskać równowagę, uspokoić się i odstresować. A mimo to każda kolejna rozmowa przyprawiała go o jeszcze większe bóle głowy i bezsensowne próby zrozumienia kocura, który niewiele o sobie mówił, a o klanie, który go przygarnął, miał... Aż ZBYT wiele do powiedzenia.
Wzdrygnął się, gdy jego oczy przypadkowo nawiązały z nim kontakt wzrokowy. Odwrócił się błyskawicznie i odszedł w swoją stronę, jak gdyby nic się nie wydarzyło.

Lśniąca Łapa powędrował do legowiska uczniów. Wcześniej rozmawiał trochę z Rozżarzonym Sercem. Według białego była świetną kandydatką na zastępcę! Podziwiał ją za zapał i odwagę. Potrafiła nagadać, ale była też świetną kompanką do rozmów, a gdy było trzeba, umiała nawet wesprzeć. Umiejętność, którą nie każdy ma szansę posiadać.
Westchnął.
Widząc siostrę, wysilił się na lekki zatroskany uśmiech i podał jej mysz. Pewnie nie wyglądał zbyt przekonująco, ale trudno. Potrzebował jeszcze trochę czasu, żeby optymizm znów wrócił na jego pyszczek. To nie zmienia faktu, że wciąż chętnie zagadywał klanowiczy, rozmawiał z innymi uczniami, zadawał pytania wojownikom. Wciąż był tym samym przyjaznym kocurkiem otwartym na każdą znajomość - z tym, że nieco przygnębionym, czego starał się po sobie nie pokazywać. Uważał, że nie powinien też być aż nazbyt radosny, teraz. Jaśminowej Gwieździe należała się żałoba ze strony ich dzieci. Chciał pokazać szacunek tacie. Nie mógł zrobić tego w inny sposób, gdy dołączyło już do grona Klanu Gwiazdy. Ale wierzył, że tata gdzieś tam jest i obserwuje swoje potomstwo. 
Lśniąca Łapa bez słowa ułożył się koło siostry, liżąc ją delikatnie i czule po pyszczku, by dodać jej otuchy. 
— Jak twój humor na dzisiejszy dzień? — spytał ze szczerą troską w głosie.


<Zimorodku?>

[przyznano 5%]

30 kwietnia 2022

Od Lśniącej Łapy

Parę księżyców temu

Wiatr bez litości mierzwił futro ucznia. Wracając z treningu, jego łapy zdawały się być jak z galaretki. Kalinkowa Łodyga dała mu dzisiaj ciężkie zadanie. Wspinał się, walczył, a na sam koniec też polował, w wyniku czego czuł pot zbierający się pod poduszkami jego łap. Nie sądził, że tak się zmęczy. 
Rzucił okiem w kierunku legowiska medyka, a potem przeniósł wzrok na stertę. Ostatnio z Kalinkową Łodygą natrafili na przybłędę i Lśniąca Łapa wciąż nie mógł się zebrać, by chociaż spróbować porozmawiać z nieznajomym, który nie chciał powiedzieć ani słówka, a nawet wyjawienie swojego imienia kosztowało go męczenie się z przekonywaniem kocura, by to zrobił. 
Ziewnął i przeciągnął się, wybierając ze sterty jakiegoś skowronka. W tym momencie czuł się, jakby jego kręgosłup mógłby połamać się na pół przy lekkim uderzeniu wiatru. Powinien był odpocząć, ale nie spieszyło mu się tego robić. Lśniąca Łapa nie był kotem, który lubił spać. Musiał wiecznie stać na łapach i wiecznie pomagać wszystkiemu, co się rusza. 
Wchodząc do środka legowiska medyków, czuł tylko słodko-gorzką woń ziół. Piękny zapach. Lubił go, chociaż na dłuższą metę szło się w nim udusić. Nie wiedział, jak medycy mogli spędzać tu tak dużo czasu.
Położył piszczkę na ziemi, nie chcąc już przeszkadzać w pracy kotom, które segregowały zioła czy zajmowały się rannymi. Inny zapach, zapach zdecydowanie nienależący do kogoś z Klanu Klifu, również do niego dotarł. Albinos zmrużył oczy, zbliżając się do niebieskiego. Rany były starannie opatrzone pajęczyną, a pod spodem oplecione liśćmi nagietka. Zaraz pod łapami kota mieściły się czarne, małe ziarnka maku. Widząc, że bok Kruka unosi się miarowo, a ten wyglądał, jakby spał, zbliżył się. Brudne futro niemal całkowicie zasłaniało umaszczenie kocura, ale dało się zauważyć ciemny, niebieski kolor, usiany pręgami. 
— Co się gapisz? — na znajomy już głos Lśniąca Łapa wzdrygnął się i odskoczył na krok, zaskoczony.
— Myślałem, że śpisz — prychnął, mrużąc oczy.
— Aż tak się mną interesujesz, że mnie zachodzisz, gdy odpoczywam? — spytał niebieski ironicznie, co tylko spowodowało, że Lśniąca Łapa przewrócił oczami.
— Mógłbyś chociaż udawać, że jesteś chociaż odrobinę wdzięczny. Bo gdyby nie ja i Kalinka, to prawdopodobnie byś już nie żył.
Przez kilka uderzeń serca kocur milczał, a potem podniósł się ciężko, siadając i owijając ogon wokół łap.
— Wybacz, byłem trochę szorstki. Ale nie wiedziałem, czego się spodziewać, gdy nagle widzę jakiegoś obcego kota i to jeszcze... Z takimi oczami — miauknął, wbijając w niego wzrok, jakby zobaczył coś przynajmniej odrażającego.
— Coś z nimi nie tak? — mruknął z wyrzutem albinos.
— Są przerażające i nigdy ich u nikogo nie widziałem — stwierdził.
Lśniąca Łapa jedynie westchnął, próbując uspokoić nerwy.
— To powiesz w końcu coś o sobie? Nie wiem, skąd pochodzisz? Czemu jesteś tu sam? Co cię przywiało na nasze tereny?
— A po co ci te informacje?
Ta odpowiedź wystarczyła, by do Blasku dotarło, że nic z niego nie wyciągnie. Odwrócił głowę z rezygnacją i opuścił legowisko, czując, jak na pysku ,, kolegi" gości uśmiech, jak gdyby co najmniej wygrał pojedynek z dorosłym wojownikiem.

*  * *
Nawet się nie spodziewał, że te kolejne świty miną tak szybko. Kruk wylizał się ze swoich ran - chociaż to wciąż dziwiło albinosa, bo ciemny kocur zdawał wrażenie, jakby był na skraju śmierci. Kuracja pozwoliła mu jednak odzyskać siły. A wraz z odzyskaniem sił nadeszło... Mianowanie. Lśniąca Łapa siedział w tłumie, gdy kot, który jeszcze tak niedawno z kamiennym pyskiem wstępował z nimi do obozu, teraz stał przed Jaśminową Gwiazdą, dołączając do grona Klifiaków. Blask siedział obok swojej siostry, wiodąc wzrokiem na "tatę", potem na zastępczynię, potem tłum i wreszcie - na Zajęczy Ogon, bo to ona doczekała się zostania mentorką teraz już Kruczej Łapy. Dołączył do chóru, gdy klan zaczął skandować imię świeżego ucznia. 

Usiadł przy stercie ze zwierzyną, podgryzając kość, która została ze zjedzonej piszczki. Obok niego siedziała mentorką wylizująca swoją łapę. Puchata kotka obserwowała z daleka niebieskiego kocura, który rozmawiał właśnie ze swoją mentorką.
— Jestem ciekawa, jak sobie poradzi. — miauknęła Kalinkowa Łodyga. — Myślałam, że zemdleję, jak zobaczyłam takie chuchro. Dobrze, że chociaż nie opierał się przed kuracją.
—  To byłoby głupie nie przyjąć pomocy, która została ci podsunięta pod nos. — stwierdził Lśniąca Łapa. — On nie wygląda na chętnego do rozmów.
— W zasadzie to mu się nie dziwię. Jest w nowym miejscu wśród nowych kotów. Chyba musi się przyzwyczaić.
— Nie wiem. Urodziłem się w klanie, nie znam tego uczucia — powiedział. Świat bez innych kotów, które mogłyby cię wesprzeć, wydawał się tak szary i bezbarwny. Niemal każdy potrzebował czasami z kimś rozmawiać.

* * *
Zbliżył nos ku ziemi, starając się wyłapać zapachy, chociaż wcześniej padało, a wilgoć zdawała się zmyć wszystko. Każdy najmniejszy ślad, który mógłby pomóc przy tropieniu. Spojrzał się na Kalinkową Łodygę. Wojowniczka także śledziła wzrokiem jego poczynania.
Z drugiej strony, nieco dalej, szła Zajęczy Ogon z Kruczą Łapą. Runo leśne skrzypiało pod ich poduszkami jak na złość. Wątpił, czy cokolwiek upolują. 
— Znaleźliście jakiś trop? — miauknęła Kalinkowa Łodyga.
— Nic. Zwierzyna się pochowała.
— Wracajmy.
Biały kocur przeskoczył leżącą na trawie gałązkę, gdy zawracali się, zamierzając wrócić do obozu z pustymi łapami. Szkoda, że nic nie udało się upolować - mimo wszystko się nie dziwił, zwierzyna dopiero zaczynała wychodzić z nor. Wpatrywał się raz w swoje łapy, raz przed siebie. 
— Niezły klan bez jedzenia. — prychnął pod nosem pręgowany uczeń. Lśniąca Łapa zastrzygnął uszami.
— Może jutro bardziej się poszczęści. — odpowiedział. 
— Tak, racja, zwierzyna nagle powychodzi ze swoich kryjówek i wpadnie nam prosto w łapy.
Lśniąca Łapa odwrócił wzrok. Był zirytowany ciągłym walczeniem z zachowywaniem spokoju. Dlaczego musiał być tak sarkastyczny i szorstki w zwykłych rozmowach?
Komunikacja z niektórymi była trudniejsza, niż przypuszczał.
— Nie musisz taki być.
— Jaki?
Albinos nawet nie zdążył odpowiedzieć, bo oboje musieli przyspieszyć, by nadążyć za mentorkami. Żadne słowo nawet nie przeszłoby mu przez gardło. Sam nie wiedział, co powiedzieć.

* * *
Wieść o śmierci Jaśminowej Gwiazdy obiegła cały klan jak błyskawica. Na początku nie mógł uwierzyć, w sercu zapaliła się płonna nadzieja, że to głupi żart - w końcu jeszcze przed chwilą rozmawiał z "tatą" o Rysim Puchu i jej występku i nie było żadnego znaku, że liderowi coś dolega. A jednak...
Czuł, że jego łapy miękly jak garaletka. Nie potrafił się na nich utrzymać, cały obraz rozmazywał mu się od łez, gdy widział, jak ciało tak ważnego dla niego kota jest wynoszone z legowiska, by odprawić godny pogrzeb. 
Strumień łez wylewał się z jego oczu, a on powstrzymywał się od wrzasku histerii. Jego całe futro się zjeżyło, a wszystko ogarnęła tylko panika. Jak to mogło się stać? Jak?
Sam nie wiedział, czy potrafił wytargać się z legowiska uczniów. Czy potrafił spojrzeć w martwe, pozbawione blasku życia oczy, które jeszcze tak niedawno patrzyły się na niego, wodząc czule wzrokiem swoje dziecko. 
Wysunął pazury i wbił je w posłanie z mchu, chowając w nim pysk, z którego wylewały się gorzkie łzy. Był tak wściekły na siebie. Nawet nie zdążył powiedzieć Jaśminowej Gwieździe czegoś miłego. Nie zdążył udowodnić tacie, że będzie silnym wojownikiem, który poświęci wszystko dla dobra swojego klanu i swojej rodziny.
Bał się podchodzić do Zimorodek. Bał się zobaczyć jej twarzy. Bał się zobaczyć jej smutku.
Czuł, że źrenice zmniejszyły mu się do wielkości ziarnka maku. Serce biło mu jak oszalałe i za nic w świecie nie wyobrażał sobie, że prędzej czy później musi spojrzeć. Powiódł wzrokiem po pustym legowisku. Prawie pustym.
Tylko jeden kot dopiero rozciągał się, jak gdyby nigdy nic, najwidoczniej pierwszy raz tego dnia stając  na nogi.
— Co ci? — spytał zdziwiony Krucza Łapa. — Wyglądasz co najmniej, jakby ktoś ci umarł.
— Bo ktoś umarł! — warknął Lśniąca Łapa, ku zdziwieniu towarzysza. Odwrócił się, próbując strzepać łzy z oczu. Dołączył do klanu. Z trudem.
Wpatrywał się wciąż w szoku w puste oczy "taty". Jak mogło do tego dojść? Przecież jeszcze przed chwilą Jaśminowa Gwiazda było żywe. To głupie nieporozumienie.
Ale im dłużej próbował siebie okłamywać, tym bardziej zaczynał wątpić w swoje własne słowa. 
Dołączył do kotów czuwających przy zmarłym liderze. Mógłby przysiąc, że byłby w stanie tkwić w tej pozycji przez kolejnych miliard księżyców. Wtulił nos w znajome futro, wchłaniał znajomą woń, patrzył w znajome, ale tak inne oczy. Nawet, gdy trzeba było już odchodzić, robił wszystko, żeby zostać przy "ojcu" jeszcze chociaż uderzenie serca dłużej.
Wciąż nie mógł uwierzyć w te martwe oczy. Odwrócił wzrok i spuścił głowę, gdy ceremonia dobiegała końca, a koty wynosiły ciało, by je pogrzebać. Tak bardzo chciał, by Jaśminkowi nic nie było. By było szczęśliwe, gdziekolwiek znajdzie się po śmierci. 
Tak bardzo tęsknił, a to był tylko moment. Westchnął, odetchnął, próbując uspokoić bijące serduszko. Próbując uspokoić nerwy.

[5% przyznane]

25 kwietnia 2022

Od Lśniącej Łapy CD. Zimorodkowej Łapy

  — Może Skrzydło? — zaproponował.
— Mi się bardziej podoba Zimorodkowy Lot, ale co ja mam wspólnego z lataniem? — zaśmiała się.
— Jak to co? Jak się wespniesz na drzewo, to przegonisz nawet wiewiórkę. Skaczesz tak wysoko, że spokojnie mogłabyś latać — wymruczał rozbawiony. Jego ogon zadrgał, opatulając nim siostrzyczkę. Była dla niego wszystkim. Skarbem, dla którego był w stanie poświęcić życie.
Nie chciał, żeby stała się jej krzywda. Chciał dla niej jak najlepiej.
— Jesteś zmęczony? — wyszeptała w jego stronę. Lśniąca Łapa jedynie westchnął, spoglądając w gwieździste niebo. Gwiazdy były tak ciekawe. Zdawały się tak dalekie i tak małe. Ciekawe, czy po śmierci będzie mógł je zwiedzić.
— Trochę. Chyba powinniśmy iść spać. Jutro trening. — stwierdził, rozpościerając śnieżnobiałe łapy. — Może wybiorą nas na patrol graniczny?
— Byłoby super. I zawalczylibyśmy może z kolejnym samotnikiem — mruknęła. — Albo nawet lisem czy borsukiem!
— Słyszałem opowieści o wojowniku, który zabił lisa — odparł cicho Blask, czując, jak jego wąsy drgają z rozbawieniem. — Ale na razie odpuściłbym takie walki. Nie chcemy jeszcze umierać, co?

* * *
Po nadejściu pory opadających liści można spodziewać się wszystkiego, ale z pewnością nie słońca, które zawitało nad legowiskiem uczniów. Liście i trawa powoli przybierały złocistych barw. Lśniąca Łapa nawet nie czekał. Wyszedł z legowiska, czując, jak promienie słońca odbijają się od jego futra. Zamknął oczy i pociągnął nozdrzami. Wonie pory opadających liści kłębiły się wokół niego. Uwielbiał tą porę. Była jego ulubioną. Czasem pochmurno, czasem słonecznie, a pomarańczowe barwy sprawiały, że czuł się lepiej. Mimo, że nie lubił wilgoci.
Otworzył gwałtownie oczy, kierując wzrok na niebo. Powinien uważać. Wcześniej zachmurzona pogoda dawała mu trochę spokoju, a teraz... Słońce zdawało się silne. 
Nawet nie zauważył, jak zbliżyła się do niego siostra.
— Cześć.
— Wcześnie wstałaś — zdziwił się.
— Ty też — odpowiedziała, przewracając oczami. — Ciekawe, co będziemy robić podczas treningu. Chciałabym zawalczyć. Nauczyłam się ostatnio kilku nowych ruchów.
— Fajnie jest to słyszeć — parsknął. — Też sporo umiem. Jak wrócimy, chcesz razem zawalczyć? Wiesz, zobaczyć, kto wygra?
— Oczywiście, że ja — zaśmiała się.  — Ale nie ma sprawy, pozwolę ci poczuć smak porażki.
Skoczył, przewracając ją na bok. Zimorodek zdawała się nie być zaskoczona, jakby to przewidywała. Wystawiła mu żartobliwie język.
— Jeśli ktoś z nas ma wygrać, to właśnie ja — powiedział, rzucając jej zadziorne spojrzenie. — Mogę się założyć!
— Lśniąca Łapo? — usłyszał głos Kalinkowej Łodygi. Błyskawicznie poderwał się z miejsca, odchodząc od siostry i rzucając jej na do widzenia jeszcze jedno uśmiechnięte, pogodne spojrzenie.

* * *

— Dobrze ci poszło. — stwierdziła Kalinka, gdy skończyli walczyć. Łapy niemiłosiernie wbijały się w ziemię, raz to wsuwając, raz wysuwając pazury. Był tak podekscytowany. Kotka spojrzała się w górę, na błękitne niebo, które teraz zdawało się w ogóle nie gościć na sobie chmur. — Gorąco dzisiaj. Nie powinnam zabierać cię poza zalesiony teren. Myślałam, że będzie chłodniej. Dotąd było.
— Nic mi nie jest — miauknął tylko. — Czy możemy już wrócić do treningu?
— Jasne, ale pamiętaj, żeby mi powiedzieć, jak tylko gorzej się poczujesz.
— Przecież mówię, że nic mi nie jest — syknął i niemal natychmiast położył uszy, widząc nieco zaskoczone spojrzenie Kalinkowej Łodygi. — Przepraszam. Po prostu nie lubię, gdy inni traktują mnie trochę ulgowo tylko dlatego, że słońce tak na mnie działa. Uważam na siebie. Nic mi nie będzie. 
— Mam taką nadzieję — westchnęła. — No nic, i tak robi się późno. Zawalczymy jeszcze raz, zapolujemy i wrócimy do obozu.

* * *
Wracał, niosąc w pyszczku mysz. Krew ubrudziła mu pysk i wciąż kapała, robiąc plamy w trawie. W głowie już mu się kręciło od tego gorąca, ale zamierzał dotrzymać słowa.
— Zanieś piszczkę dla starszych — poleciła Kalinkowa Łodyga. Lśniąca Łapa skinął głową.
— Co będziemy jutro robić, Kalinko? — spytał. Czuł trochę wyrzuty sumienia ze swojego wcześniejszego wybuchu, choć był niewielki. Zmęczenie nie zawsze dobrze na niego działało. Teraz Lśniąca Łapa bardziej ufał swojej mentorce. Nawet przestał zwracać się do niej "per pani", jak to robił z przyzwyczajenia. 
— Najprawdopodobniej nauczę cię paru taktyk, które przydadzą ci się na polu bitwy. Pod koniec, jeśli starczy czasu, możemy też zapolować i pozbierać mech dla starszyzny. 
— Brzmi fajnie — odpowiedział z lekkim uśmiechem na pysku. Skłonił głowę przed mentorką, nim ruszył w kierunku legowiska starszyzny. Położył swoją zdobycz między mieszkańcami legowiska i odszedł. Oboje spali i nie chciał ich budzić. Zresztą, zasługiwali na odpoczynek. A mu nie chciałoby się słuchać zrzędzeń Tańczącej Pieśni, mimo że jej historie bywały naprawdę ciekawe.
Niemal się odwrócił i już dostrzegł łaciatą siostrę. Rzucił jej długie, rozbawione spojrzenie.
— Nie zapomniałem, co ci obiecałem. To jak, ćwiczymy walkę? Jestem pewien, że to wygram. — miauknął, mrugając do niej czerwonym oczkiem.

<Zimorodek?>

[5% przyznane]

24 kwietnia 2022

Od Lśniącej Łapy CD. Zimorodkowej Łapy

 Szli z patrolem granicznym, przestępując powoli łapami, dopóki gdzieś nie rozległ się szelest. Zbyt głośny, by mogłaby to być mysz lub inną zwierzyna.
Spojrzał się wymownie na siostrę, a potem w stronę, z której docierał głos. Smród potu, zwierzyny, leśnych terenów i wilgoci już niedługo dotarł do nozdrzy czterech kotów. Futro błysnęło w półmroku.
— Widzisz? — szepnął do Zimorodkowej Łapy.
— Czy... To samotnik?
Nawet nie zdążył odpowiedzieć. Słyszał tylko, jak Rozżarzone Serce niucha w powietrzu, by wbić wzrok w to samo miejsce, co rodzeństwo.
Skok.
Samotnik odbił się na całkiem dużych tylnych łapach. Rdzawe Futro już poderwała się z ziemi, by go przegonić i ochronić swoje dzieci, ale łapa kremowej wojowniczki spoczęła na łaciatej. 
— Pozwólmy im się wykazać.
Lśniąca Łapa nie czekał na żaden znak. Wysunął pazury i skoczył, czując jak przyjemna euforia owiewa go od stóp do głów, przenikając przez całe ciało. Spiął mięśnie, pamiętając rady od Kalinkowej Łodygi. Z boku widział swoją siostrę, która drapała pazurami z innej strony. Samotnik próbował chwycić go za kark, jednak kot był zbyt powolny, by złapać młode zgrabne ciałko. Czerwonooki najpierw podgryzał go z lewej, potem z prawej, ostatecznie turlając się z ziemi i przejeżdżając pazurami po brzuchu intruza. Kot parsknął i chwycił albinosa, odrzucając go dobre parę metrów w przód. Nawet nie zdążył się podnieść, nim ten zaczął szarżować w jego stronę. Zimorodkowa Łapa wciąż walczyła, nie dawając za wygraną. Lśniąca Łapa ledwo przeczołgał się przed ostrym kłapnięciem szczęk. Wtedy zobaczył, że dwie wojowniczki ruszyły do pomocy, w czasie gdy uczniowie wciąż zaciekle walczyli, broniąc swojego terytorium.
Tracąc pewność siebie, samotnik odwrócił się i cofnął, jakby przygotowując do ucieczki. Lśniąca Łapa skierował wzrok na siostrę, a gdy tylko zobaczył kiwnięcie głowy, oboje wyskoczyli w górę, napierając łapami na samotnika, ostatecznie przewracając go. Gdy Lśniąca Łapa zobaczył samotnika próbującego się podnieść, wysunął pazury i zbliżył się do niego, co poskutkowało tylko wściekłym prychnięciem. Nawet nie zauważył, gdy ten błyskawicznie podniósł się i uciekł, znikając za krzewami.
— Co próbowałeś zrobić? — miauknęła matka w jego stronę. Położył uszy.
— Wykorzystać to, że stracił równowagę.
— Dobrze, ale pamiętaj, że wojownik nie musi dobijać swojego przeciwnika, by wygrać walkę. Był już wycofany. Nie trzeba było go atakować.
— I tak poradziliście sobie dobrze, jak na swój wiek. — stwierdziła pogodnie Rozżarzone Serce. —  Zasługujecie na porządną zwierzynę, gdy wrócimy do obozu. W końcu przegoniliście inteuza. Co wy na to? 
— Tak! — odpowiedzieli równocześnie. Lśniąca Łapa nie mógł się powstrzymać od śmiechu, mimo zmęczenia, które go dopadło. Łapy zdawały się tak sztywne. Nie był pewien, czy bez pomocy kotek udałoby im się go pokonać, ale i tak był szczęśliwy. Dyszenie wydobywało się z jego piersi. Nie spodziewał się, że walka jest tak... Trudna. A co by było na polu walki?
Mimo wszystko, cieszył się. Tak bardzo się cieszył. 
— Ruszajmy — mruknęła zadowolona Rdzawe Futro. — Będziecie mieli czym się pochwalić mentorkom. Jestem z was dumna.
— Dziękuję, mamo — odparł Lśniąca Łapa.
— Dostaniemy dodatkową porcję zwierzyny? — spytała z zaciekawieniem Zimorodkowa Łapa.
Rdzawe Futro tylko się zaśmiała.
— Chcielibyście, co? Nie tak prędko, inni też muszą się najeść. Ale przynajmniej będziecie mogli odregenerować siły.


* * *
Księżyc zdawał się błyszczeć, lśnić na czarnym niebie, które zasiane było gwiazdami. Wierzył, że te gwiazdy to przodkowie. Koty, dzięki którym był tu. Żył. Był tak ciekawy, co było po śmierci. Jak wyglądały lasy i polany na terenach Gwiezdnych. Czy to nieskończone pola pełne zwierzyny, którą można jeść do syta? A może las zasiany gwiazdami, z którego można obserwować każdy punkt na ziemi?
Podał siostrze zwierzynę. Tłustego wróbla. Sam też zaczął jeść swój posiłek. Czuł, jak światło księżyca odbija się od ich futer. 
— Nie mogę się doczekać, aż zostaniemy wojownikami. — wyszeptał. W czerwonych oczach pojawił się blask. — Dostaniemy wspaniałe imiona i... I zrobimy razem coś świetnego. Rodzice będą z nas dumni. Będą szczęśliwi. Będziemy chronić Klan Klifu przed zdrajcami jak Rysi Puch! Jak myślisz, jak będziemy się nazywać? 

<Zimorodku?>

[25% przyznane]

21 kwietnia 2022

Od Lśniącej Łapy CD. Zimorodkowej Łapy

— Nienawidzę ich... — syknęła spluwając na ubłoconą ziemię. — Nienawidzę ani nocniaków, ani zdrajców! 
Lśniąca Łapa zmartwionym spojrzeniem wbił wzrok w siostrę. 
— Zimo... — nie dokończył jednak, bo kotka bez ostrzeżenia upadła, a jej powieki opadły równie szybko. 
Serce zabiło mu szybciej. Schylił się nad siostrą i podniósł pyskiem jej głowę, ale czuł się, jakby w ogóle nie kontaktowała ze światem. Kocur złapał ją za kark i zaczął targać w kierunku legowiska medyków, przy czym sam musiał się wysilić, by ją tam zanieść. Rzucił przerażone spojrzenie medykom, którzy akurat egzystowali przy swoich ziołach, nie zwracając uwagi na otoczenie.
— Cicha Kołysanko? — miauknął Lśniąca Łapa, puszczając ciałko swojej siostry. Była tak zagubiona. Chciał jej pomóc. Czuł obowiązek być zawsze przy niej i czuwać, by nic złego jej się nie przytrafiło. Zawiódł. Nie chciał, by była smutna. Przytłoczona tym, co się działo. A teraz... Ona...
— Co się stało? — asystentka ledwo się odwróciła, a na widok Zimorodkowej Łapy aż podskoczyła. — Nie spodziewałam się dzisiaj trupa w legowisku.
— Trupa? — powtórzył Lśniąca Łapa, czując jak przez jego sierść przechodzi dreszcz. Co sugerowała? Nie chciał, by Zimorodek umarła!
— Tylko żartuję, spokojnie — mruknęła i złapała za kark łaciatą uczennicę, przenosząc delikatnie na miękkie posłanie.  — Musiała zemdleć. Widziała Fioletową Łapę? Może przeraził ją widok krwi. Albo natłok zapachu.
— Pewnie to i to — westchnął albinos ze zmartwieniem. Jego serce wróciło do dobrego rytmu, ale wciąż był spięty i nerwowy. Czekał w jednym miejscu i ani śniło mu się ruszyć i zostawić siostrę chociażby na uderzenie serca.

* * *
Jego powieki już się przymykały, choć ciągle starał się je unosić. Nie mógł jej zostawić. 
Usłyszał poruszenie i zesztywniał, kierując wzrok na Zimorodek. Siostra powoli otworzyła oczy, a białoczarny ogonek zaczął drgać tak, jak zawsze.
— Wszystko z tobą w porządku! — miauknął z uśmiechem Blask i niemal natychmiast podbiegł do siostry, liżąc ją po pysku. — Jest dobrze? Dobrze się czujesz? Potrzebujesz odpoczynku?
— Nie, wszystko ze mną okej. Chyba po prostu... Gorzej się poczułam. Wybacz, że cię zmartwiłam...
— Nie przepraszaj — przerwał jej. — Chodź. Dzisiaj będziemy szli na patrol łowiecki. Rdzawe Futro będzie z nami — miauknął ciepło, czując, jak z jego pyska unosi się delikatny pomruk. — O ile czujesz się na siłach.
— Oczywiście, że tak — powiedziała, wciąż słabo. — Nic mi nie jest. 
— Mam  taka nadzieję. — powiedział. Odwrócił się, kierując się ku wyjściu. Czuł za sobą swoją siostrę. Była dla niego wszystkim. Cieszył się, że mogli pójść razem na patrol w towarzystwie mamy. Może kiedy będą przy Rdzawym Futrze, Zimorodek poczuje się trochę bezpieczniej? Nie chciał, by za dużo myślała o Rysim Puchu. O tej plugawej morderczyni. Nie należała już do Klanu Klifu. Nie była ich problemem.

* * *

W patrolu łowieckim towarzyszyła im także Rozżarzone Serce. Wojowniczka zdawała się podbuzowana ostatnimi sytuacjami w Klanie Klifu. Nie dziwił jej się.
Szedł na równi z Zimorodkową Łapą, tak, że niemal stykali się czubkami półdługich futer. Patrol prowadziła kremowa wojowniczka, a obok najmłodszej dwójki kroczyła Rdzawe Futro. Teraz wróciła do obowiązków wojownika, gdy zostali uczniami. Dobrze było znowu ją widzieć. Nieczęsto miał okazję dłużej z nią rozmawiać, bo obowiązki ucznia zajmowały mu niemal całe dnie. Tylko wieczorami miał czas, żeby odwiedzić mamę. 
Splótł ogon z ogonem siostry.
— Nie przejmuj się tym wszystkim. Zdrajcy już nie ma w klanie. Jesteśmy bezpieczni. — wyszeptał.

<Zimorodek?>

17 kwietnia 2022

Od Blasku (Lśniącej Łapy) CD. Fioletowej Łapy

 — H-Hej... — miauknęła Fioletowa Łapa, spoglądając na kociarnię. Blask przekrzywił łebek, gdy szylkretowa zatkała swój pysk łapą.
— Cześć — miauknął, ale nie doczekał się odpowiedzi. Kotka przez chwilę wyglądała, jak gdyby nie mogła się zdecydować, co odpowiedzieć i czy w ogóle powinna to robić.
— Dobrze, że Klan Klifu ma nowe kocięta — miauknęła sztywno i odwróciła się, znikając gdzieś za polem jego widzenia. Blask próbował podreptać za nią na króciutkich łapkach, ale była szybsza i większa. 

* * *
— Wieczorny patrol poprowadzi Lamparci Ryk. Pójdą z nim Rozżarzone Serce, Niedźwiedzi Pazur, Fioletowa Łapa i Lśniąca Łapa.
Podniósł uszy, usłyszawszy swoje imię. Patrol graniczny brzmiał ciekawie. Szczególnie wieczorem. To była najlepsza pora, którą zdecydowanie lubił. Chociaż napawało go też uczuciem niepokoju przy obecnej sytuacji.

* * *

Wrócił do obozu u boku Kalinkowej Łodygi, niosąc w pysku puchatą wiewiórkę. Mentorka uśmiechnęła się z dumą i polizała go po pysku.
— Dobrze ci idzie. Cieszę się, że mój uczeń tak dobrze radzi sobie z tropieniem. Z walką zresztą też. Możesz zanieść zwierzynę do legowiska starszyzny.
— Będziesz odpoczywać?
— Tak. Chyba tego potrzebuję. — mruknęła. — Ale ruch w ciąży też jest ważny.
— Nie mogę się doczekać twoich kociąt. Na pewno przyjdę je odwiedzić, jak tylko przyjdą na świat. — zaśmiał się, a po chwili spoważniał. — Mam nadzieję, że, no... Będą bezpieczne. Po tym, co się stało ze Słodką.
— Nie myśl o tym. — powiedziała tylko spokojnie Kalinka, trącając go koniuszkiem ogona. — Zajmij się swoimi obowiązkami. Stresowanie się tym, co się stało w niczym nie pomoże. Dobrego dnia, Lśniąca Łapo.
— Wzajemnie. — odpowiedział tylko biały i odwrócił się, kierując do legowiska starszyzny.

* * *
Słońce chyliło się ku zachodowi, a niebo zdawało się przygotowywać do zapadnięcia zmierzchu. Chociaż nie było jeszcze tak ciemno, a niebo wciąż błyszczało błękitem przetkanym szarawymi chmurami. Lamparci Ryk prowadził ich przez tereny, by oznaczyć wszystkie granice. Lśniąca Łapa spojrzał na Rozżarzone Serce, gdy wojowniczka poruszyła nozdrzami w powietrzu.
— Niech Nocniaki szlag trafi. — prychnęła cicho.
Albinos zrównał krok z Fioletową Łapą, która dotąd w ogóle się nie odzywała. Pamiętał ją jeszcze z czasów kocięcych. Nie miał okazji poprowadzić z nią dłuższej rozmowy. Momentami przypominała mu trochę jego siostrę, Jarzębinę. Trzymała się na uboczu i mało mówiła. A przynajmniej do niego.
— Co o tym wszystkim sądzisz? — miauknął spokojnie. Nie rozmawiał z nią tak luźno jak z Wiewiórczą Łapą, Zimorodkiem czy innymi uczniami. Praktycznie jej nie znał. To właśnie sprawiało, że poniekąd ciekawił się jej osobą.

<Fioletowa Łapo?>