BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 26 lipca, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malinowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malinowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

16 kwietnia 2020

Od Malinowej Łapy CD Leszczynowej Łapy

 Dziwne uczucie ogarniało go po koniuszek ogona, gdy razem z rudzielcem leżał ściśnięty w króliczej norze. Nigdy nie był tak blisko z nikim innym oprócz rodziny, więc nie do końca wiedział, jak mógłby dokładniej opisać śmieszne mrowienie rozchodzące się po łapach i uszach. Przecież, gdy przytulał się do Jesionka było zupełnie inaczej! Zanim jednak zdołał stwierdzić, czy mu się to podoba czy nie, starszy samczyk niepewnie wysunął łebek na zewnątrz. Buras poszedł w jego ślady i uważnie rozglądnął się dookoła, lecz nigdzie nie było ani śladu czarnego bicolora, który najwyraźniej odpuścił sobie szukanie swojego ulubionego ucznia.
— Ch-chyba poszedł — miauknął w końcu syn Oblodzonej Sadzawki, trącając delikatnie łapką rudego, a następnie niezdarnie wyczołgał się z prowizorycznej kryjówki. Leszczynek wyrwał się momentalnie z zamyślenia, dołączając do otrzepującego się z kurzu burego i szeroko się uśmiechnął.
— N-nie ma... nie ma go! — ogłosił z wesołymi iskierkami w błękitnych ślipiach, co nieco speszyło pręgowanego olbrzyma. Chciał odwrócić wzrok w bok, ale nagłe pacnięcie w bark wywołało kolejną salwę dziwnych iskierek. 
— J-jak ty wytrzymujesz z tym burakiem? — zapytał z nieukrywanym niedowierzaniem, uroczo przechylając łebek w prawą stronę i owijając puchatą kitą szczupłe łapki. Malinek nie mógł powstrzymać się przed tępym gapieniem w jego sylwetkę, jednak po chwili westchnął, gdy zakodował słowa rówieśnika.
— S-sam n-nie wiem, j-jest o-okropny — wyrzucił z siebie z nutą złości, spoglądając w stronę majaczącego w oddali ogromnego obozowego drzewa. Wystarczyło, by wyobraził sobie zdenerwowanego mentora, czekającego na niego po powrocie, a szarawe futro szybko podniosło się do góry. Ukradkiem zerknął na spiętego ucznia obok, plując sobie w brodę, że przez niego Leszczynek się zdenerwował. Potrząsnął przecząco łbem, zapewniając, że wszystko w porządku. — A k-kto je-jest t-twoim me-mentorem?
— W-wilcze Serce! — odpowiedział z dumą rudzielec, wypinając do przodu pierś, a na niezbyt pojmujące spojrzenie młodszego, kontynuował. — To n-najwspanialszy zastępca w c-całym lesie, wiesz? N-na pewno nauczy mnie wielu przydatnych rzeczy — zamruczał z zadowoleniem, po czym posłał wychowankowi Aronii ciepły uśmiech. — Pomyśl, że j-jak tylko skończysz trening, n-nie będziesz się już m-musiał męczyć z tym bucem, Malinowa Łapo. 
— O ile k-kiedykolwiek g-go s-skończę — wymamrotał jak zwykle posępnie terminator, unosząc w końcu łeb do góry. Zastanawiał się, czy powinien wracać już do obozu, by nie zostać nakrytym na rozmowie z wilczakiem, jednak strach przed synem Ognistej oraz przyjemność spędzania czasu z rudaskiem spowodowały, że opadł zadem na zimną trawę. Ponownie zlustrował syna Iglastej Gwiazdy bystrym spojrzeniem, a uświadamiając sobie, że po raz pierwszy spotkał kota, z którym ma więcej wspólnego niż ta sama płeć, mimowolnie się uśmiechnął. 
— Co cię tak b-bawi? — miauknął zaskoczony pręgus, oglądając się wokół siebie. Kiedy mimo wysiłku nie znalazł niczego wartego uwagi, delikatnie zastrzygł uszami i uniósł brwi. — Och, m-mam rozumieć, że to przeze mnie?
— C-co? N-nie! — zaprzeczył najprędzej jak tylko mógł wnuk Żwirki, zaczynając bać się nie na żarty. A jeśli właśnie obraził kocurka i ich szanse na ponowne spotkanie się wyzerowały? Zaraz, czemu on w ogóle myślał o ponownym spotkaniu? Natłok myśli, pilnie wlepiające się w niego piękne błękitne oczy, zimny śnieg moczący przydługie futro, za dużo! Z powodu ogromu emocji w ogóle nie zastanowił się nad następnymi słowami i powiedział to, co siedziało mu głowie od jakiegoś czasu. — J-ja n-naprawdę s-się b-bardzo cie-cieszę, że s-się spotkaliśmy, Leszczynowa Łapo! Je-jesteś s-super — wyjąkał przyparty do muru, dopiero po chwili uświadamiając sobie, jak żałośnie musiało to zabrzmieć.

<Leszczynku? :3>

Od Malinowej Łapy CD Aroniowego Podmuchu

Czuł się okropnie nie tylko od widoku wstrętnej mordy mentora, gdyż katar i drapanie w gardle wcale nie ułatwiało mu funkcjonowania. Jego cielskiem ciągle wstrząsały paskudne wstrząsy przy kichnięciach, a załzawione ślipia tylko potęgowały roztaczającą się wokół niego aurę nieporadności. Przez te wszystkie dolegliwości naprawdę ucieszył się, gdy kazano mu pójść do Słodkiego Języka, lecz euforia spowodowana spotkaniem medyczki szybko uległa obawie przed czarnym bicolorem.
— Jest zdrów jak ryba — miauknął zdecydowanie, podchodząc do drżącego uczniaka. Posłał mu kpiące spojrzenie pomarańczowych oczu, z trudem powstrzymując się, by nie powiedzieć czegoś za dużo w towarzystwie przyjaciółki. — Prawda, Malinku? — zapytał nieco przesłodzonym tonem, a buras wiedział, że istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź.
— T-tak — wyjąkał rozpaczliwie, unikając bystrego wzroku Lukrecji, która jak na złość usilnie się w niego gapiła. Pluł sam na siebie, że skłamał, jednak wolał nie ryzykować dostaniem w pysk od mentora po powrocie do treningu.
— Widzisz? Skoro dobrze się czuje, będzie też w stanie wstać i pójść na trening, nieprawdaż? — stwierdził wojownik, posyłając nieprzekonanej kotce spojrzenie typu "nie przyjmuję żadnych ale", po czym w ukryciu pacnął pręgusa w zad, by ten ruszył za nim do wyjścia. Przez pierwsze chwile buras się wahał, lecz postanawiając nie czekać na wybuch złości kocura, prędko zebrał się i na drżących łapach opuścił legowisko. 
Mentor czekał na niego tuż przy miejscu starszyzny z wrednym uśmieszkiem na pysku, co już było jasną przesłanką dla znużonego chorobą terminatora. Wiedział, że czeka go najgorsza z najgorszych kar jakie mogą spotkać uczniów, czyli wymienianie posłań współbratymców. 
— Wiesz, co masz robić — parsknął dumny ze swego wstrętnego pomysłu samiec, po czym wstał i odszedł na kilka kroków. Malinek miał nadzieję, że ten jak najszybciej się oddali, jednak bicolor nie mógł powstrzymać się przed dodaniem. — Mam nadzieję, że chociaż tego nie zepsujesz — warknął i na szczęście postanowił udać się na polowanie wraz z Szakłakowym Cieniem.
Buras przeniósł smętne ślipia na opustoszałe legowisko, a nagłe zaskoczenie zniknięciem Ognistego Kroku sprawiło, że jego uszy nieznacznie uniosły się do góry. Z konsternacją rozglądnął się dookoła, nie będąc pewien, co powinien zrobić w takiej sytuacji. Co, jeśli calico coś się stało albo udała się na spacer i nie była w stanie sprostać szalejącej wichurze?
Gdy terminator już miał zgłosić do jakiemuś rozsądnemu wojownikowi, rozgadana koteczka pojawiła się na horyzoncie, a dokładniej przed wejściem do kociarni. Malinowa Łapa z ulgą stwierdził, że najwidoczniej z nudów kocica odwiedziła kociaki. Uświadamiając sobie jednak, jak wielką gadułą jest matka Aronii, niemal wybiegł z przykrytego szronem obozu
Z uporem rozglądał się za jakąś suchą paprotką czy kulką mchu, lecz przez ogromne mrozy nie udało mu się znaleźć niczego odpowiedniego. Już niemal na granicy rozpaczy kopał łapami w ziemi, byleby przynieść jeden, najmniejszy listek do obozu, ale widocznie wkurwiony Aronia był mu przeznaczony. 
Starając się pogodzić z okrutną, aczkolwiek nieuniknioną przyszłością, odwrócił się w stronę, z której przyszedł i właśnie wtedy dostał olśnienia. Przecież na drzewach też rosną listki! Może  Z całą siłą masywnych kończyn przebrnął przez zaległe kupy śniegu, dostając się do wysokiego drzewa i obmyślając plan. Przez sporą masę, którą powolutku zaczynał dorównywać Pstrągowemu Pyskowi, nie był zbyt dobry we wspinaniu się, lecz był na tyle zdeterminowany, że jakimś cudem znalazł się na szczycie. Zadziwiająco szybko narwał całą garść budzących się do życia liści, a następnie z zadowoleniem postanowił zejść na dół, by dotrzeć do obozu przed powrotem mentora.
Niestety, Malinek nie był w stanie znaleźć jakiejkolwiek drogi powrotu z korony drzewa, a jedynym ratunkiem zdawał się być kroczący w jego stronę czarny bicolor.

<Aronio?>

08 kwietnia 2020

Od Malinowej Łapy CD Jesionowego Wichru

Słysząc stanowcze polecenie medyczki, bezwiednie odprowadzał czarną kocicę wzrokiem do momentu, w którym jej kita zniknęła mu z pola widzenia. Z nieukrywaną zazdrością obiegł spojrzeniem legowisko pełne najróżniejszych ziół i kwiatów, wyobrażając sobie własną osobę na miejscu Lukrecji. Jak cudownie byłoby kiedyś zostać medykiem! Może wtedy byłby z niego jakikolwiek pożytek i nawet Aroniowy Podmuch nie mierzyłby go tak załamanym spojrzeniem za każdym razem, gdy się spotykali. Odwrócił łeb w stronę brata akurat wtedy, gdy czekoladowy kocurek z zatkanym nosem wydukał.
— Ma-malinku? — buras widział cień niepewności w jego błękitnych ślipia, które jednak nawet podczas choroby lśniły radością z życia. — Rozchmurz się. Nic się nie stało — zdążył miauknąć tuż przed głośnym kichnięciem, skutkującym gwałtownym podskokiem schorowanego. Nieco oszołomiony pręgus lekko otrząsnął łebek i z mruknięciem wtulił się w okropne, szare futerko Malinka. — Co ja... a...nic mi nie będzie — uśmiechnął się ciepło, delikatnie szturchając brata łapką. — Powiedz może... Jak tam twój trening? Wszystko w porządku? Wujek już się na ciebie nie złości za tą rybę?
Rybę.
Cholerną rybę.
Na samo wspomnienie tamtego dnia, ciałem Malinowej Łapy wstrząsały dreszcze i odruchy wymiotne. Nadal nie mógł zrozumieć, jakim cudem dorosły wojownik potrafił zafundować mu taką traumę za kociaka? Ale potem uświadamiał sobie, że chodziło o Aroniowy Podmuch i wszelkie wątpliwości przemijały z chłodnym wiatrem. 
— Ja... — zaczął strachliwie, z trudem powstrzymując słowa cisnące się na język. Nie mógł powiedzieć bratu, że z każdym dniem jest coraz gorzej! W końcu kocur właśnie wylądował u medyczki z powodu nieprzyjemnego wypadku na morzu śniegu, co już powstrzymywało syna Kaczki od dokładania mu zmartwień. Poza tym fakt, że Jesionowa Łapa nadal uważa wujka za jednego z najlepszych wojowników w lesie skutecznie trzymał z daleka chęci Malinka; nie chciał zaburzać tego obrazu prawdziwym obliczem bicolora. 
— Może... spróbuj... nie wiem — westchnął w końcu czekoladowy, gdyż buras z powodu natłoku myśli zapomniał o odpowiedzi. — Złap dla niego rybę. Albo pochwal jego umiejętności łowieckie — zaproponował z uniesionymi brwiami, lecz kolejne drapanie w nosie przeszkodziło mu w wypowiedzi. Zanim niebieskooki zdążył się odsunąć, zielonkawe gluty zdążyły pokryć jego kitę, co było przyczyną niezadowolonego mruknięcia ze strony burasa. Stwierdzając, że mimo wszystko nie będzie się kłócił (tak, jakby w ogóle to potrafił), uniósł wzrok na skruszony pyszczek brata. — Yh... obsmarkałem cię. Przepraszam — jęknął, chcąc zetrzeć własną wydzielinę, jednak pręgowany prędko się odsunął.
— N-nic się n-nie s-stało — starał się nie zabrzmieć niemiło i chcąc jak najszybciej pozbyć się tego czegoś z ogona, wstał i przesunął nim po śniegu. Następnie dokładnie otrzepał kitę oraz wrócił na miejsce przy bracie, który wtulił się ponownie w jego futerko, mrucząc przy tym wesoło. Malinowa Łapa spojrzał z dozą rozczulenia na czekoladowego kocurka, chcąc powiedzieć coś na pocieszenie, jednak głośne chrapanie wydostające się z jego pyszczka, rozwiała plany burasa. 
— M-mam na-nadzieję, ż-że szy-szybko w-wrócisz d-do z-zdrowia — westchnął ze zmęczeniem, po czym opuścił łeb, by choć na chwilę zapomnieć o wstrętnej mordzie Aronii. 

***

Strach towarzyszył mu od chwili, w której usłyszał dumne słowa Deszczowej Gwiazdy, stojącego na miejscu przemówień. Chociaż tego chciał, nie mógł odwrócić przerażonego wzroku od wyprostowanej sylwetki czekoladowego kocurka, pewnie wypinającego do przodu pierś. Jego pręgowane futro lśniło w jednych z ostatnich promieni złotego słońca, przez co zdawał się wyjątkowo odstawać od reszty klanowiczów, oczywiście w pozytywnym sensie wyjątkowości. Zdumione, aczkolwiek pełne podziwu pomruki wyskakiwały z pysków współbratymców, doprowadzając zrozpaczonego burasa na skraj załamania nerwowego. Nie mogąc się powstrzymać od płaczu, opuścił wzrok na łapy, pozwalając gorącym łzom na wyżłobienie rowu w świeżym śniegu. Bał się, paniczny strach zacisnął ostre ciernie na jego sercu, znowu dopuszczając do niego zjawę Oblodzonej sadzawki. Widzisz? Twój brat został już mianowany. Potworny syk przerwał w miarę uporządkowany system myśli kocura, który potajemnie wycofał się w tył. Och, Malinowa Łapo, czemu nie możesz być taki jak on? Patrz, jak dostojnie tam wygląda. Jesionowy Wicher! Cóż za cudne imię! Idealne dla odważnego kota, który w przyszłości ma wielkie szansę na objęcie przywódca w naszym klanie. A kto wie, może i osiągnie nieosiągalne? Wymruczała wyjątkowo ciepło do jego ucha, przez co świadomie lub nie, buras wtulił się w jej przegniłą sierść. Tłumiony płacz rozdzierał jego gardło od środka, jednak wijący się niczym żmija ogon matki stanowczo ściskał przełyk burasa. Czemu nie możesz być choć trochę jak on, głupku? Załkała zjadliwie mara, zwiększając nacisk na szyję pręgowanego. Tak bardzo chciałam, by moje dzieci zostały zapamiętane jako wspaniali wojownicy! A ty, ty to wszystko zaprzepaściłeś! Zginiesz w męczarniach, nikt nie będzie o tobie pamiętał i na zawsze zostaniesz nic nieznaczącym Malinkiem, który boi się zwykłej ryby! Krzyknęła prosto do jego ucha, po czym szybko osunęła się w cień rzucany przez olbrzymie gałęzie. 
Malinowa Łapa jednak nie chciał tym razem uciec z piskiem do legowiska. Pustymi oczami wpatrywał się w tłum zaczynający otaczać dumnego Jesionowy Wicher, który nawet nie wypatrywał w tym tłumie brata.
Stało się.
Największy lęk o opuszczeniu zaczynał wcielać się w życie, skutkując nowymi obowiązkami jego ukochanego Jesionka, nowymi kotami w życiu czekoladowego oraz nowym legowiskiem. 
Czuł, że stracił najważniejszą osobę w swoim beznadziejnym życiu i nie będzie w stanie tego długo wytrzymać. 
*** 

Nadal miał wątpliwości co do słuszności swoich czynów, jednak ze wszystkich sił usiłował sprawiać wrażenie przepełnionego dumą brata. Na drżących łapach skierował się do wnętrza opustoszałego legowiska wojowników, modląc się, by nie spotkać tam swojego mentora. Na szczęście Malinka, Aroniowy Podmuch nie chrapał na swoim posłaniu, a pierwszym kotem, na którego buras się natknął, był świeżo upieczony wojownik. Kocur kręcił się i wiercił na posłaniu, jednak zauważając gapiącego się na niego brata, obdarzył go ciepłym spojrzeniem zmęczonych oczu.
Tak, Malinowa Łapa był okropnym kotem. Momentalnie przestał się cieszyć z szczęścia brata na rzecz własnych fanaberii, których nawet nie starał się powstrzymywać.
— Hej — wymruczał na powitanie wojownik, głośno przy tym ziewając. — Co tam? — zagaił wesoło, zwijając się na wygodnym posłaniu, cały czas patrząc przy tym na burego.
— D-dobrze — skłamał syn Oblodzonej Sadzawki, spuszczając zawstydzony wzrok na masywne łapy. Tak bardzo chciał być nadal częścią życia Jesionka, pragnął, by na zawsze powrócili do kocięcych lat, gdy nie przejmowali się niczym oprócz nowych pomysłów na zabawę. — Ch-chciałem c-ci ty-tylko po-pogratulować, Je-jesionowy Wi-wichrze. T-to i-imię n-na prawdę d-do c-ciebie pa-pasuje — lekko się uśmiechnął, po czym z opuszczonym ogonem prędko wymknął się z legowiska. Nie zwracał uwagi na zaskoczone nawoływania brata, gdyż palące poczucie winy paliło go w poduszki łap, sprawiając, że całkowicie oddał się szaleńczemu biegu w las.
Och, dlaczego musiał być taką mysią strawą?

<Jesionku?>

Od Malinowej Łapy CD Brzoskwiniowej Łapy

Po treningu z Aroniowym Podmuchem miał jedynie ochotę rzucić się pod łapy potworów z drogi grzmotu, by jeszcze bardziej rozmemłały jego obolałe mięśnie. Niemal cały dzień trenowali cholerne uniki i ciosy, choć jego mentor dobrze widział, jakie zmęczenie zaczyna ogarniać łapy burasa. Dawny strach przed bicolorem zaczynał ustępować czystej nienawiści, która jednak była za młoda, by wcielić w życie marzenia pręgowanego.
A jednym z nich było wepchnięcie wstrętnego kocura do pyska jakiegoś równie okropnego zwierzęcia i słuchanie jego błagalnych jęków. 
Nieco skrzywił się, uświadamiając sobie tok własnych myśli; przecież nie dałby rady zrobić czegoś takiego, nawet jeśli w grę wchodził Aroniowy Podmuch.
Niespodziewany ruch w wejściu legowiska przykuł całą jego uwagę, a niezbyt przyjaźnie nastawione mruknięcie sprawiło, że jeszcze bardziej chciał osunąć się w cień. 
— Dobry — niemalże warknęła malutka koteczka, rozglądając się po wnętrzu pomieszczenia; w końcu jej lśniące ślipia napotkały zesztywniałego ze stresu kocura. Ku nieszczęściu burasa, przez jej pyszczek przebiegł ten wyraz pyszczka, który nie zwiastuje niczego dobrego.
— Cześć! — przywitała się tym razem o wiele bardziej radośnie, powoli kierując się w jego stronę. — Ty musisz być Malinowa Łapa, prawda? Jesionek opowiadał mi o tobie. To super kocurek, wiesz? jest najlepszy. Najlepsiejszy. Ty też musisz być w porządku, skoro jesteś jego bratem — uśmiechnęła się ciepło, według Malinka nadal błądząc myślami wokół Jesionka. 
Zaraz.
Czy ona być może prawdopodobnie jakimś cudem niewielką szansą...? Czy to możliwe, by kotka była zauroczona w j e g  o bracie? 
Oczywiście, że się temu nie dziwił, bo Jesionek był naprawdę przystojnym i uroczym kocurkiem, ale wizja vanki spędzającej cały czas u boku czekoladowego już teraz napawała go obawą. Dobra, nie miał jeszcze do czynienia z jakimś normalnym, ułożonym związkiem, gdyż sytuacja między Lodem a Kaczką do najspokojniejszych nie należała, ale był pewien, że nie jest to fajne dla kota w jego sytuacji. Co, jeśli uczeń Białego Kła również zacznie darzyć kremową jakimś uczuciem? Wtedy na pewno o nim zapomni! 
Przerażonymi ślipiami zlustrował od łapek do uszu stojącą przed nim koteczkę, po czym niepewnie skinął głową. 
— Ej, myszy ci język zjadły, że nie potrafisz mówić? — zaśmiała się, podchodząc pewniej do klasyka i stając nim w pysk w pysk. — No, to jak ci minął dzień?
— D-dobrze — wymamrotał, chcąc schować się niczym ślimak w skorupie z powodu bliskiego kontaktu z mordką koteczki. Widział, jak jej brązowe ślipia zaczynają jeszcze bardziej wiercić go wzrokiem, przez co spiął wszystkie mięśnie. 
— Eee, kto jest twoim mentorem? — zapytała z dozą niepewności, by nie wyjść na niegrzeczną i kontynuować rozmowę z pokaźnym uczniem. W międzyczasie ułożyła się na swoim nowym posłaniu, znajdującym się mniej więcej naprzeciwko tego należącego do kocura i przechyliła w oczekiwaniu główkę.
— A-a-aroniowy P-podmuch — wydukał cichutko, jednak zauważając skrzywiony wyraz pyszczka kremowej, nadstawił uszu. Czyżby i ona nie przepadała za wojownikiem?
— Ten gbur? Jejku, naprawdę ci współczuję — miauknęła z przejęciem, które wcale nie było udawane. Malinowa Łapa musiał przyznać, że pomimo początkowej niechęci, mógł zbyt pochopnie skreślić kotkę. Oczywiście, wizja zabrania mu brata nie była zbyt przyjemna i nadal był sceptycznie nastawiony wobec miłości, ale świadomość, że ktoś ktoś jeszcze znany mu nie lubi syna Ognistej, dawała mu niewielką nadzieję na lepsze jutro. Podniósł powoli łeb do góry, by spotkać się ze spojrzeniem ślipi vanki, lecz prędko z powrotem spuścił zawstydzony wzrok na białe skarpetki łap.
— Y-yhm — mruknął w odpowiedzi, zastanawiając się, co mógłby powiedzieć. Pierwszy raz poczuł chęć odezwania się do jakiegoś kota, a poza tym uczennica wydawała się w porządku, więc nie chciał wyjść na niemiłego. Zapytać o jej dzień? O jej trening? A może o historię? O czym w ogóle rozmawia się z kotkami w jego wieku? Zanim jednak zdążył otworzyć pyszczek, kremowa zwinęła się wygodnie na posłaniu, oddając się w objęcia Morfeusza. 
Z westchnieniem stwierdził, że może wcale nie było mu pisane poznanie kogoś nowego. 

***

Strasznie stresował się wezwaniem Deszczowej Gwiazdy, który mierzył go spojrzeniem spod miejsca przemówień. Czyżby lider miał dość jego nieudacznictwa i postanowił wygnać go z klanu? Może Aroniowy Podmuch wkurzył się na niego za ostatni trening, na którym zasłabł i przekazał niebieskiemu jakieś zmyślone plotki? Głośno przełykając ślinę, schylił z pokorą łeb przed cętkowanym, a następnie mruknął na powitanie podchodzącym wojownikom. Niedźwiedzie Futro posłał mu ciepły uśmiech, a idący tuż zanim Szakłakowy Cień trajkotał o czymś ze swoją uczennicą Brzoskwiniową Łapą. Bury musiał przyznać, że od kiedy okazało się, że Śledziowe Futro spodziewa się kociąt liliowego, brat Szałwii niemal promieniował radością. Często zaglądał do przytulnej kociarni, w której odpoczywała jego partnerka oraz dbał, by nigdy nie zabrakło jej namoczonego mchu czy świeżej piszczki, o którą było trudno.
— Hej, Malinowa Łapo! — przywitała się radośnie kremowa, doskakując do boku burasa i szturchając go delikatnie ogonem na powitanie. Speszony terminator mruknął po nosem "cześć", lecz zanim Brzoskwinka ponownie otworzyła mordkę, Gruszkowa Łapa pojawił się tuż obok. — O! Miło cię widzieć, Gruszkowa Łapo — uśmiechnęła się promiennie, na co srebrny również odwzajemnił gest.
— Wezwałem was, ponieważ wybieram się do Księżycowego Kamienia zasięgnąć porady Klanu Gwiazdy — odezwał się w końcu Deszczowa Gwiazda, mierząc spokojnym wzrokiem po stojącej przed nim trójce terminatorów. — Chcę, żebyście towarzyszyli mi w drodze do niego, przez co zyskacie szansę lepsze poznanie terenów klanów. Wymagam od was tylko zachowania zdrowego rozsądku, bo nie chcemy problemów z innymi — miauknął, po czym z uniesionym ogonem skierował się w stronę wyjścia z obozu. 
Malinowa Łapa podejrzewał, że w szczególności przywódca obawiał się napotkania patrolu Klanu Klifu; chociaż nie mieli powodu, by ich zaatakować, po tych mysich móżdżkach można było spodziewać się wszystkiego. Pomimo tego, przypomniał sobie, że nie będą szli tylko przy granicy terytorium Lisiej Gwiazdy. W końcu po drugiej stronie strumyka znajduje się las należący do Klanu Wilka! Buras po cichutku miał nadzieję, że uda mu się odnaleźć wśród drzew chociaż kawałek rudego futra Leszczynowej Łapy, którego bardzo polubił. Wydawało mu się, że rudzielec jako jedyny choć trochę go rozumie i nie miał go za taką ciamajdę, jaką faktycznie był.
— Wierzysz w Klan Gwiazdy? — niespodziewany głos Brzoskwiniowej Łapy przebudził zamyślonego pręgusa, który z zaskoczenia wysunął pazury. Pospiesznie zerknął kątem oka na uczennicą i ze zdumieniem stwierdził, że wygląda na zanurzoną w rozmyślaniach życiowych, co chyba odstawało od jej schematu dnia. 
— T-t-tak — wyjąkał niemrawo, powracając spojrzeniem przed siebie. Od kociaka wszyscy, którzy go otaczali, zawsze oddawali cześć jego przodkom, przez co sam nawet nie podważał istnienia gwiezdnych. — A-a t-ty? — zapytał nieśmiało, trącając łapą szary kamyk.

<Brzoskwinko? :3>

15 marca 2020

Od Malinowej Łapy CD Leszczynowej Łapy

Nie był pewny, co zrobić z nowo poznanym kocurkiem, który z uwagą mu się przypatrywał. Z jednej strony wiedział, że powinien przegonić go z daleka od terytorium Klanu Nocy, jednak nie miał odwagi zwrócić na to uwagi uczniowi. Po drugie, nie sprawiał wrażenia zbytnio groźnego i szczerze powiedziawszy, nawet nie przestraszył Malinka tak bardzo jak niektórzy współbratymcy. Jego rdzawe futerko ślicznie mieniło się w blasku wschodzącego słońca, a niebieskie ślipia zdecydowanie wyróżniały na monotonnym tle białego śniegu, co nieco zafascynowało burasa. Kolor oczu samczyka przywoływał mu na myśl lśniącą taflę rzeki otaczającej ich obóz oraz kojącą ciszą panującą między wysokimi drzewami. Z chęcią wymyśliłby jeszcze kilka skojarzeń odnośnie ślipi Leszczynka, jednak ciepły głos pręgowanego przerwał niezręczną atmosferę między nimi.
— Miło mi cię poznać, Malinku — uśmiechnął się przyjaźnie, po czym odrobinę odwrócił łebek w przeciwną stronę; na jego pyszczku malowało się kilka różnych emocji, których wychowanek Aronii nie był w stanie rozgryźć. Buras, nadal oszołomiony spotkaniem syna Gęsiego Pióra, przez pierwsze chwile nie odezwał się ani słowem, co ogromnie speszyło starszego. Dopiero, gdy zawstydzony klasyk miał zamiar odwrócić się w stronę swojego terytorium, kierowany nieznaną siłą niebieskooki wykrzyknął.
— Za-zaczekaj! — miauknął pospiesznie, nie do końca wiedząc co chce powiedzieć. Niezbyt potrafił rozmawiać z innymi osobnikami oprócz swojego kochanego brata, którego akurat przy nim nie było, więc z całych sił starał się coś wymyślić. Przeszukiwał ostatnie wydarzenia zakodowane w pamięci, lecz w miarę odkopywania wspomnień, w błękitnych ślipiach zaczęły pojawiać się gorzkie łzy spowodowane widmem wojny. Szybko ocierając je łapką, zerknął ukradkiem na zmartwiony pyszczek wilczaka i zażenowany wydukał.
— W-was t-też na-napadł K-Klan K-Klifu? — zapytał z nutą żałości w głosie, nie przejmując się zdradzaniem słabości prawie obcemu kotu, gdyż mentor nie wpoił mu jeszcze tej wiedzy. 
— C-co? Nie! — zaprzeczył rudasek, któremu momentalnie zrzedła mina. Wlepił swe piękne oczęta w roztrzęsionego burasa i niepewnie podszedł bliżej, by ciszej dodać. — W-was zaatakowali, t-tak?
— Yhm — mruknął smutno, opuszczając wzrok zaszklonych ślipi na białe łapki, obecnie mokrych od przesiadywania w śniegu i ocierania łez. Przez natłok czarnych myśli zapomniał o dzielącej ich bariery nieznajomości i po raz pierwszy raz od okropnych wydarzeń, zaczął próbować mówić o dręczących go koszmarach. — Mo-moja m-mama z-zginęła, oj-ojciec też — załkał, zaciskając mocno powieki i starał się opanować nieregularny oddech. Dopiero po wypowiedzeniu przez siebie słów, dotarło do niego, że powierzył swoje zmartwienia totalnie obcemu uczniowi wrogiego klanu, więc rzucił mu pełne obawy spojrzenie. Odczuł ogromne zdziwienie, gdy zamiast szyderczego uśmiechu czy prześmiewczego wzroku spotkał się z pewnego rodzaju zrozumieniem na płomiennej mordce, tak jakby syn Igły miał podobne doświadczenia w krótkim życiu. 
— Malinowa Łapo?! — dobiegło do nich pełne wściekłości warknięcie Aroniowego Podmuchu, który najwyraźniej szukał swojego ucznia. Na sam dźwięk głosu mentora, szarawe futro Malinka znacznie się uniosło, a z jego gardła wydobył się cichy pisk. Poprzez rozmowę z Leszczynkiem zupełnie zapomniał o treningu! — Przysięgam, obedrę cię ze skóry, parszywa mysia strawo!
— T-to twój mentor? —wydukał oszołomiony kocurek, sam wysuwając pazurki w geście ewentualnej samoobrony. Zrozpaczony sytuacją w której się znalazł, wnuk Żwirowej Gwiazdy nerwowo strzepnął końcówką ogona na zgodę.
— O-on n-nie żartuje — wyszeptał strwożony, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. Wiedział, że Aronia darzył go tak wielką nienawiścią, że bez zawahania spełniłby swoje obietnice, a następnie zakopał martwe ciało wychowanka daleko od obozu. Rzucił błagalne spojrzenie kocurkowi, przed którym nie wiadomo jakim cudem zdołał się tak otworzyć, mając nadzieję na jakiś ratunek ze strony rudzielca.  


<Leszczynku? Wybacz za gniota>

Od Malinowej Łapy CD Jesionowej Łapy

Nie spał. Od momentu przebudzenia się w środku nocy z powodu złego snu, nie był w stanie zmrużyć oka i jedynie tępo wpatrywał się w cienie przemykające po obozowej polanie. Dalej był roztrzęsiony wizjami ujrzanymi we śnie i cicho łkał, chcąc jak najszybciej wygonić myśli na ten temat ze swojej głowy, chociażby na chwilkę. Czemu matka chciała wycisnąć z niego wszelkie chęci do życia? Wiedział, że zrobił źle i gdyby jakoś włączył się do walki, Oblodzona i Kaczka mogliby nie umrzeć, lecz było za późno. Postrzępione zwłoki rodziców przebywały obecnie pod grubą warstwą ziemi oraz śniegu, a ich klatki piersiowe nie poruszały. Już nigdy więcej nie usłyszy wesołego śmiechu ojca ani opowieści matki o otaczającym go świecie. Rozpaczliwie westchnął, mając nadzieję na pozbycie się nieprzyjemnego uścisku serca, lecz gorycz w jego sercu z każdym się zwiększała. Słysząc poruszenie na legowisku obok, prędko schował pysk między łapy i zaczął udawać sen, by nie zamartwiać brata złym samopoczuciem. Wiejący od strony wejścia chłodny wiatr prędko osuszył zmoczone łzami policzki kocura, więc czekoladowy terminator nie zauważył niczego dziwnego w zachowaniu burasa. Pacnął rzekomo chrapiącego samczyka łapą, a w jego ruchach dało się po chwili wyczuć nerwowość. Uczeń Aroniowego Podmuchu niepewnie uchylił powieki, a po chwili wydukał.
— Hm? C-c-coś się stało? — zapytał lekko zaniepokojony stanem czekoladowego, lecz widząc wyraźną ulgę malującą się na mordce pręgowanego, nieco się uspokoił.
— Tak! Patrz co się dzieje na zewnątrz! — wykrzyknął Jesionowa Łapa, wskazując orzechową kitą wirujące w oddali białe kruszynki. Cóż, Malinka nie ciągnęło do tak wczesnego opuszczania legowiska, ale gdy wychowanek Białego Kła przybliżył się do dziwnej substancji, ruszył za bratem i od tej pory bieg wydarzeń przybrał nieco przyspieszył. Nim bury zdążył zatrzymać go przed zatonięciem w chłodnej zaspie, niebieskooki szybko znalazł się w połowie drogi do legowiska wojowników, nie zważając na błagalne nawoływania Malinowej Łapy, który od samego początku miał złe przeczucia.
— Je-jesionku! — zaszczebiotał na zimnie, po długich rozważaniach decydując się na podążenie ścieżką wydeptaną przez czekoladowego. Gęste futro, szorujące po lodowatym podłożu, wcale nie ułatwiało mu przeprawy przez zaspy. Gdy uniósł łeb, by namierzyć dokładną lokalizację brata, tragiczna scena zaćmiła wszystkie racjonalne myśli kocurka. Cała góra cudacznego cosia zasypała terminatora, który zdołał jedynie wykrzyknąć imię swojego brata, zanim całkowicie zatonął. Malinowa Łapa dawno nie czuł takiego przerażenia; przez pewną chwilę miał nawet wrażenie, że znowu przyśnił mu się jakiś koszmar, ale prędko powrócił myślami do rzeczywistości.
— P-Pomogę ci — wyszeptał niemalże sam do siebie, lekko wątpiąc w własne słowa. Spanikowany rozglądnął się dookoła, próbując odnaleźć kogoś bardziej doświadczonego a dostrzegając Niedźwiedzie Futro, leniwie przeciągającego się przed legowiskiem, głośno zawołał wojownika. Rudy kocur, widocznie zaskoczony tym, że buras się odezwał, momentalnie znalazł się przy jego boku i zapytał, co się dzieje.
— Je-jesionek-k — wyjąkał jedynie, odwracając łeb w stronę dygoczącej zaspy. Na szczęście, zielonooki samiec od razu zrozumiał zaistniałą sytuację i kilkoma sprawnymi ruchami wygrzebał czekoladowego, który zaczął trząść się z zimna. Malinek nie czekał ani chwili dłużej i ruszył do brata, by następnie mocno przytulić się do jego boku. Czuł tak niewyobrażalną ulgę, że Jesionowej Łapie nic się nie stało! Liznął krótko niebieskookiego za prawym uchem, gdy Niedźwiedź się odezwał.
— Powinieneś iść do Słodkiego Języka —zwrócił się do Jesionka, na co wspomniany kocurek pokiwał głową. Przeniósł wzrok na Malinową Łapę i delikatnie się uśmiechnął, by nieco pocieszyć burego.
— J-jak s-się cz-czujesz? — wydukał zmartwionym tonem głosu syn Lodu, zagarniając ostrożnie czekoladowego ogonem i zaczął kierować się w stronę legowiska medyczki.

<Jesionku? Wybacz, że tak tu ciebie mało ;-;> 

Od Malinka (Malinowej Łapy) CD Słodkiego Języka

Nie można ukryć faktu, że Malinek bał się panicznie większości kotów i nawet na rozkaz Klanu Gwiazdy, nie nawiązałby z nikim bliższych relacji. Jedynie nieliczni wybrańcy, tacy jak jego rodzeństwo i mamusia mogli nazywać się "tymi, przed którymi buras nie ucieka z piskiem'' i nic nie zapowiadało się na to, by ktoś jeszcze dołączył do tej gromady. Dlatego ogrom zdziwienia Malinka tym bardziej się zwiększał za każdym razem, gdy kocurek widział czarną medyczkę Klanu Nocy. Chociaż znał ją tylko z kilku wizyt, podczas których perska kontrolowała ich stan zdrowia, to zapałał do niej niemałą sympatią i chciał poznać lepiej. Zawsze z uwagą przypatrywał się jej pracy oraz pragnął kiedyś pouczyć się o medycynie u jej boku, więc propozycja spędzenia trochę czasu w jej legowisku była miodem na zakompleksione serce burasa. Oczywistym było, że w przypływie szczęścia nie protestował i nieco onieśmielony towarzyszeniem Lukrecji ruszył stronę wyjścia. Jako, że był zapatrzony na córkę Dumnej, przez pierwsze chwile zapomniał o głupim strachu obezwładniającym go z każdym krokiem postawionym na zewnątrz kociarni. Dopiero, gdy do jego szarawych uszu dotarł dźwięk głosu kroczących przez obóz wojowników, masywne ciałko pręgowanego zadrżało ze strachu. Rozszerzonymi do granic możliwości ślipiami przeleciał po sylwetkach starszych od siebie pobratymców i w nagłym odruchu wtulił się długowłosą kitę kocicy.
— Spokojnie, nic ci przecież nie będzie, to tylko niespodzianka, wrócimy tu! — zachichotała ciepłym głosem była pieszczoszka i delikatnie popchnęła burasa krótką łapką do przodu. Pomimo początkowego zachwiania, niebieskooki starał się dzielnie kroczyć przed siebie, wmawiając sobie, że z medyczką nic mu nie grozi. Chociaż świadomość obecności czarnej dodawała mu w pewnym stopniu otuchy, to nadal jego płytki oddech coraz bardziej przyspieszał, a zawroty głowy i rozchodzące się po ciele uderzenia ciepła wzbierały na sile. Przy ostatnich długościach lisa kociak nawet przymknął oczy, by jakoś uspokoić niepokojąco nadwyrężone nerwy i szedł na oślep, podążając za zapachem perski. Po paru momentach spędzonych w ciszy, nozdrza kociaka wypełnił zapachy przeróżnych ziół oraz kwiatów, przez co natychmiastowo otworzył ślipia, w których do tego momentu panował czysty strach przed nieustannie prześladującym go światem. Nie wiedział nawet, jak opisać ogarniające go w tamtym momencie uczucie i jedynie lustrował każdy, nawet najmniejszy szczegół, wyglądając na nieobecnego duchem, co oczywiście przyciągnęło zmartwiony wzrok uczennicy Zajęczej Stopy.
— Ch-yba n-nie zacznie teraz płakać? — zająknęła się nieco zestresowana reakcją kociaka, który nawet nie mrugnął od chwili wkroczenia do jej legowiska. Karcącym własną głupotę ruchem łapy pacnęła się w płaski pyszczek, a Malinek otrząsnął się z transu zachwytu. 
— P-pani me-medyczko-o, t-tu j-jest cu-cudownie-e! — wydusił z siebie cichy okrzyk, nawet nie wiedząc na czym zawiesić wzrok dłużej niż sekundę. W tym miejscu było tyyyle rodzajów roślin i kwiatów, i liści, i wszystkiego!
— Też tak uważam — odparła z wyczuwalną ulgą w głosie i z tajemniczym uśmiechem podeszła do jednej ze skrytek. Zaciekawiony oraz o dziwo nie onieśmielony malec, na kluchowatych łapach przybliżył się do Słodkiego Języka, zerkając na jej ruchy. Po chwili czarna wygrzebała ładnie pachnącą roślinkę, której liście kształtem przypominały burasowi paprotki rosnące niedaleko wejścia do żłobka i zachęcająco miauknęła.— To jest trybula — wyjaśniła pręgowanemu, a na wyraz skupienia na pysku kociaka, perliście się zaśmiała. — Coś się stało, Malinku?
— N-nie — zaprzeczył szybko zawstydzony reakcją medyczki, machając energicznie główką dla potwierdzenia własnych słów. Następnie niepewnie tknął medykament łapką i mruknął. — M-mama kie-kiedyś mi o n-nim m-mówiła — lekko uśmiechnął się na wspomnienie kilku godzin spędzonych razem z mamusią na słuchaniu jej opowieści. Chociaż kocica miała już swoje księżyce na karku, zawsze poświęcała potomstwu odpowiednio dużo uwagi i nigdy nie pozwoliła, by stała im się jakakolwiek krzywda. 
— Chyba p-pomagał n-na b-bóle b-brzucha. — odważył się miauknąć, a na zadowolony wyraz krótkiego pyska, sam również poczuł satysfakcję ze swojej odpowiedzi. Z lśniącymi ślipiami chłonął resztę słów Słodkiego Języka, w ogóle zapominając o otaczającym go świecie.
***

Bury uczeń niespokojnie wiercił się na paprociowym legowisku, usiłując znaleźć wygodną pozycję do spania. Po paru minutach nerwowych obrotów każdą stronę, zrezygnował jednak ze swoich prób i zerknął na śpiącego u jego boku brata. Od tragicznej wojny czekoladowy kocurek stał się jedynym rozmówcą Malinka, gdyż buras całkowicie zaprzestał komunikacji z innymi. Jesionowa Łapa poświęcał mu każdą swoją wolną chwilę od czasu śmierci ich rodziców, przez co prędko stał się najważniejszą osobą w życiu niebieskookiego. Malinek do tej pory nie mógł pozbyć się w głowy obrazu zakrwawionego ciała Oblodzonej Sadzawki, rozpaczliwych pisków swoich rówieśników, wrzasków walczących wojowników oraz własnego lęku, który obezwładniał go podczas chowania się w miarę bezpiecznym kącie. Na samo wspomnienie tamtego koszmarnego dnia poczuł słone łzy przejmujące kontrolę nad jego ślipiami i wiedząc, że nie uda mu się ich powstrzymać, pospiesznie opuścił legowisko uczniów. Ledwo końcówka burej kity wychynęła na zewnątrz, a pręgowany został sparaliżowany nakładem stresu i żałoby po zmarłych, którzy kiedyś stanowili dla niego oparcie w trudnych chwilach. Choć przez wodospady płaczu niemal nic nie widział, zjeżył szarawe futro do granic możliwości, dziwnym sposobem wyczuwając obecność niebieskiej matuli przy rozdygotanym boku. Wiedział, że to niemożliwe, by kocica teraz przy nim była, jednak tęsknota za jej ciepłem skłoniła go do uniesienia łebka do góry. Spodziewał się ujrzeć piękne, lodowate ślipia, w których na raz potrafiła błyszczeć miłość oraz stanowczość, ale w miejscu gałek ocznych znajdowała się pustka. Bordowa krew pręgowanej dziko tryskała szalenie z rozerwanej tętnicy na szarej piersi, lecz przez panujący wówczas mrok nocy, Oblodzona zdawała się być pokryta oślizłą, atramentową cieczą, którą barwiła całe podłoże. Przybliżyła postrzępiony pysk do roztrzęsionego malucha i prawie niesłyszalnie wycharczała.
— Malinowa Łapo — syknęła z ostrością w głosie, szczerząc do niego ostre niczym pazury orła kły. — Zawiodłeś nas wszystkich, ofermo. Dlaczego świat skazał mnie taką niedorajdą życiową? — zapytała retorycznie, unosząc paskudną mordę do góry. Zakrwawione futro matki zaczęło rozpływać się w przeraźliwy cień, przez co zdruzgotany terminator miał ochotę uciec jak najdalej z tego miejsca, jednak ciemna chmura całkowicie odgrodziła mu jakąkolwiek drogę ucieczki. Nie będąc w stanie wykonać żadnego ruchu, zatrzymał się w miejscu, a karcący głos rodzicielki zagłuszał wszelkie inne odgłosy.  "To przez ciebie zginęliśmy, Malinowa Łapo!", "Gdybyś był chociaż trochę bardziej jak twoi bracia, ta wojna nie miałaby miejsca", "Naprawdę, czemu nienawidziłeś nas tak bardzo, że wymodliłeś sobie naszą śmierć?". Rozbity buras nie przejmował się już dłużej pogrążonym we śnie obozem - rozryczał się po całości, próbując wyzbyć się wstrętnej mary ze swojej głowy, która używała wobec niego coraz to gorszych obelg i oskarżeń. 

<Słodki Języku?>

Od Malinowej Łapy CD Aroniowego Podmuchu

Do tej pory nie mógł uwierzyć w słowa Deszczowej Gwiazdy, które zapoczątkowały z pewnością najgorszy okres w życiu burasa. Niebieski lider chyba wcale nie był taki mądry, za jakiego uważał go wcześniej Malinek, skoro wyznaczył mu na mentora Aroniowy Podmuch! Cały Klan Nocy był świadomy ich napiętej relacji, a po obozie nadal krążyły różnego typu plotki na temat zaistniałego gwałtu na gardełku kociaka. Na samo wspomnienie tamtego strachu pręgowany chciał schować się pod ogonem matki, jednak kocica była martwa od jakiegoś czasu, co tylko jeszcze bardziej potęgowało uczucie strachu w sercu szarawego. Dodatkowo, na ceremonii mianowania zasłabł na oczach w s z y s t k i c h pobratymców, co skutkowało kąśliwym prychnięciem ze strony partnera Łabędziowego Plusku, który był równie niezadowolony z wyboru Deszcza. Już od tamtego momentu był pewien, że nie ukończy treningu tak szybko jak reszta uczniów, gdyż bicolor nie pozwoli mu na ani trochę radości z treningu. Pomimo pocieszających zapewnień ze strony swojego ukochanego braciszka, który pomógł mu się jako tako pozbierać po omdleniu, ledwo co zmrużył w nocy oczy, drżąc na myśl o dniach spędzonych z bratem Porzeczki.

***

Tak jak przypuszczał, Aronia już od wczesnego ranka starał się uprzykrzyć życie ze wszystkich sił (a posiadał ich całkiem sporo) i na wszelkie możliwe sposoby, więc buras ledwo co nadążał za mentorem. Ten dzień zaczął się jednak w miarę spokojnie - czarny nieco drastycznie obudził o świcie pręgowanego, który pisnął z przerażenia na widok mordy wojownika, budząc przy tym cały obóz. Następnie, bez żadnego słowa, ruszyli w stronę ogromnego zwalonego pnia, a Malinek umierał z przerażenia; nie miał zielonego pojęcia, co znajduje się na zewnątrz Klanu Nocy i nie za bardzo chciał się o tym przekonywać. Z drugiej strony był już uczniem i nie onieśmieliłby się sprzeciwić przerażającemu nauczycielowi, więc ze zwieszoną głową człapał za nabuzowanym kocurem. Jakież było jego zdziwienie, gdy zamiast czystego chaosu, jego błękitnym ślipiom ukazało się takie piękno! Rozległa łąka, która spoczywała pod grubą warstwą śniegu sprawiała wrażenie zaczarowanej przez sam Klan Gwiazdy, a nagie gałęzie drzew górowały nad nimi niczym pradawni strażnicy tej fantastycznej krainy. Wnuk Żwirowej Gwiazdy z oczarowaniem zatrzymał się w miejscu, zapominając na chwilkę o treningu, co oczywiście zwróciło uwagę wkurzonego bicolora.
— Na co się tak lampisz mysia strawo? — parsknął pogardliwie, strosząc jasne futro na grzbiecie i cofnął się w stronę młodszego, który momentalnie dostał palpitacji serca. — Co, chcesz znowu uciec do matuli? Wiesz, jest jeden problem, ona nie żyje — zaśmiał się zjadliwie, posyłając Malinkowi chyba najokropniejszy uśmiech na świecie. Zadowolony ze swojego komentarza wojownik zdał sobie sprawę z przesady złośliwości dopiero wtedy, gdy buras zaczął trząść się do granic możliwości oraz na oślep próbując znaleźć drogę ucieczki. Zanim wojownik zdążył go ostrzec, czarne źrenice pomarańczowych ślipi syna Ognistej rozszerzyły się niebezpiecznie, gdy masywne ciałko ucznia spadło wprost do lodowatej rzeki, która nie była jeszcze do końca zamarznięta. Zszokowany Aroniowy Podmuch szybko podbiegł do ostro zakończonej krawędzi lądu i spojrzał w dół, by ujrzeć terminatora rozpaczliwie trzymającego się sporego głazu, tak jak i kiedyś ogona rodzicielki. 

<Aronio? To nie będzie najmilszy trening>

Od Malinka (Malinowej Łapy) CD Jesionka (Jesionowej Łapy)

Malinek był naprawdę szczęśliwy, że udało mu się pogodzić ze swoim braciszkiem i nie było między nimi napiętej atmosfery. Z całej ich czwórki to zawsze najbardziej zżyty był właśnie z Jesionkiem i nie wyobrażał sobie braku trajkotania i pomysłów czekoladowego.W tej euforii zgodził się nawet na zabawę w berek, gdzie musiał gonić niesamowicie prędkiego Jesionka, lecz skutecznie ignorował zmęczenie tak długo, jak jego brat był szczęśliwy. Gdy burasowi udało się w końcu pacnąć łapą czekoladowy ogonek, co bardzo prawdopodobnie wiązało się z forami od Jesionka, zdyszany szarawy padł na ziemię nieopodal swojej kochanej sterty kwiatuszków i przymknął ślipia. Po paru minutach odpoczynku, zwrócił łeb w stronę brata, który radosnym głosem miauknął.
— Hej! Mam pomysł! Może zróbmy bukiet dla mamy, aby ją przeprosić? — zaproponował wesoło, przenosząc błyszczące ślipia na kolorowe zbiorowisko należące do rówieśnika.  Przez podekscytowane machanie ogonem bury wiedział, że i tak nie powstrzyma go przed zrealizowaniem pomysłu, więc jedynie wstał i podszedł do roślinek.
— T-tylko u-uważaj, b-bo s-są de-delikatne — mruknął nieco niezadowolony z obrotu spraw, jednak nie potrafiący odmówić swojemu bratu po ostatniej kłótni.
— Jasne! —miauknął zachwycony pręgowany i z przerysowaną ostrożnością dotknął kwiatka o śnieżnobiałych płatkach. Precyzyjnie odsuwając go od reszty, zapytał. — Wiesz może, jak się nazywa?
— T-to ru-rumianek — odparł Malinek, również starając się wybrać coś do ich bukieciku. Przebiegał po okazach uważnym spojrzeniem, aż natrafił na liliową roślinkę, którą przysunął w stronę wybranych przez Jesionka rumianków. Krótko wyjaśnił bratu, że nazywa się Bodziszek a po chwili wspólnymi siłami uzbierali bukiecik średnich rozmiarów. Zadowolony z efektu pracy buras spojrzał na radosnego czekoladowego, który następnie pochwycił do pyska wiązankę oraz zagarniając niebieskookiego ruchem ogona, ruszył w stronę Oblodzonej Sadzawki. 
— Mama ma pefno pecie scenślifa — wymamrotał, stawiając pewnie przed siebie łapki i unosząc wysoko kitę. O dziwo, Malinek również miał takie przeczucie i ruszył za niemalże podskakującym kocurkiem, starając się nie dostać w pysk orzechową kitą. 
— T-tak, t-te — zanim pręgowany zdołał odpowiedzieć, pisk spowodowany ujrzeniem paskudnej mordy Aronii rozdarł panującą w żłobku ciszę, a jego sprawca z impetem wpadł na zad Jesionka. Zdezorientowany nagłym poruszeniem, instynktownie odwrócił się w stronę braciszka, momentalnie rozluźniając uchwyt zębów, przez co barwna kaskada roślin zabarwiła szarawe podłoże kociarni. 
— Czego znowu się drzesz, co? — warknął zdenerwowany wojownik, szybkim i gniewnym krokiem podchodząc do dwójki kocurków. Chyba nie trzeba mówić, że Malinek nigdy nie pędził do bezpiecznej kryjówki równie szybko co teraz, plącząc się pod łapami wszystkim maluchom w legowisku. Po chwili wrzaski i hałas dobiegający z wnętrza żłobka zaczęły ściągać uwagę przebywających w obozie wojowników, a syn Ognistego Kroku zawzięcie starał się odszukać wzrokiem kryjącego się gdzieś tam buraska.


<Jesionku?>

23 lutego 2020

Od Malinka CD Lodu

Pomimo wszystkich swoich przekonań, Malinek był naprawdę wielkim szczęściarzem. Dlaczego? Odpowiedzią na to pytanie jest sposób, w jaki był traktowany przez swoją siostrę Lód, przed którą nawet koszmarny Aroniowy Podmuch, najgorsza zmora burasa, odczuwał pewnego rodzaju respekt. Dla innych pręgowana dziko była niezwykle stanowcza i cięta niczym osa, nie szczędząc w różnorakich, nieprzyzwoitych określeniach, gdy ktoś nagiął kruchą granicę jej wytrzymałości. Swoją postawą zarazem przerażała i fascynowała Malinka, niezwykle przypominając mu tym ich matkę Oblodzoną Sadzawkę, która jedynie kocięta traktowała ulgowo. Jednak w głębi serduszka cieszył się, że własna siostra, budząca postrach u innych, jest po jego stronie i może liczyć na jej pomoc, gdy będzie tego potrzebował. Dlatego, gdy czarno-białe futro syna Ognistego Kroku pojawiło się w progu kociarni, a burasek dostał mentalnego zawału, przybycie opiekuńczej niebieskiej od razu przyniosło mu ulgę. Czując, jak szorstkim języczkiem przejeżdża mu po zmierzwionym przy uszkach, delikatnie zamruczał, cały czas obserwując kątem oka poczynania czarnego wojownika. Pod wpływem uspokajających gestów siostry po chwili przymknął jednak zmęczone ślipia, odpływając do krainy, w której hasając po zielonej łące, zbierał kolorowe kwiatuszki, a nikt nigdy nie słyszał o Aroniowym Podmuchu.  Radosna wizja została rozwiana, gdy przed napotkał zadowoloną mordkę Lodu przed swoim pyszczkiem, a koteczka zachęcająco miauknęła.
— Chcesz się pobawić? — zaproponowała, a radość z opuszczenia przez brata Porzeczki kociarni sprawiała, że jej chłodne ślipia błyszczały. Chociaż burasek był trochę zaspany, skinięciem łebka przystał na propozycję niebieskiej, a następnie przeciągle ziewnął.
— A-a w c-co? — zapytał, przecierając łapką ślipia i wstając na grube łapki. Nikt nie śmiał wątpić  w to, że w przyszłości będzie masywnym i barczystym kocurem, przewyższającym wzrostem większość wojowników w Klanie Nocy (nie licząc Pstrągowego Pyska oczywiście).
— W co tylko chcesz — miauknęła ochoczo pręgowana dziko, czekając na propozycję od braciszka, który starał się wykombinować coś, co zbytnio ich nie zmęczy. Po paru minutach intensywnego jak na kociaka myślenia, wnuk Żwirowej Gwiazdy, nieco niepewnie odpowiedział.
— M-może b-być w cho-chowanego? — wyjąkał, już w głowie układając sobie plan na idealną kryjówkę.
— Oczywiście — zgodziła się koteczka, przymykając błękitne oczęta i zaczynając odliczać na głos. W tym samym czasie Malinek pognał przed siebie, chcąc ukryć się przed uważnym wzrokiem siostry.

<Lód?>

10 lutego 2020

Od Malinka CD Pigwy

Wymęczony nudą burasek leżał nieco oddalony od rodzeństwa, błądząc oczami po zebranych w kociarni. Lód krzyczała w kącie na niezadowolonego Gruszkę, Oblodzona Sadzawka chrapała niedaleko nich, a Jesionek wypatrywał nowego celu, z którym mógłby się pobawić. Syn Kaczki odwrócił nieco łebek w przeciwną stronę, by zauważyć Lśniącą Łapę, która czujnie obserwowała swoje potomstwo. Agrest rozmawiała (a raczej warczała) na Truskawka, a Poziomek próbował wspiąć się na plecy córki Baraniego Łba. Malinek nieco zmarszczył brwi w niezrozumieniu, nie mogąc odnaleźć wzrokiem czarnego arlekina o wdzięcznym imieniu Pigwa. Nie było go w pobliżu rodzeństwa, a także matki, więc gdzie on się podziewał? Co prawda, niebieskookiemu nie zależało za bardzo na tym kocurku, wręcz nieco się go bał, ale jego brak i tak go zadziwił. Uniósł nieco łebek do góry, by dokładniej rozglądnąć się po pomieszczeniu, lecz niespodziewanie dotarł do niego głos Jesionka.
— No co ty gadasz — burknął zdziwiony czekoladowy, odnajdując wzrokiem swojego braciszka.— Kwiatki po prostu żyją krócej niż my, prawda Malinku? — zapytał, rzucając pełne pewności siebie spojrzenie buremu.
— N-no t-tak — odparł od razu, niepewnie podchodząc do pręgowanego klasycznie. Początkowo nie zauważył leżącego obok niego Pigwy i będąc przekonanym, że rozmawia wyłącznie z bratem, kontynuował. — Po-potrzebują w-wody i s-słońca, b-by przeżyć — wyjaśnił, kreśląc kluchowatą łapką koślawe kółeczko z promykami na ziemi. Mama opowiadała mu kiedyś o wzroście roślinek i nie ukrywał, że był pod wrażeniem. Gdyby koty również potrzebowały jedynie tych rzeczy do przeżycia, to obyłoby się bez niepotrzebnego rozlewu krwi, którego tak nienawidził! Westchnął, owijając szarą kitą białe łapki i spojrzał na Jesionka. — A d-dlaczego p-pytasz?
— Bo Pigwa stwierdził, że kwiatki umierają, bo go nie lubią! — odpowiedział zadowolony z siebie czekoladowy, rzucając w kierunku młodszego spojrzenie typu "a nie mówiłem?". W tym czasie przerażony Malinek też zerknął w tamtą stronę, a na widok arlekina wydał z siebie cichy pisk. Odwrócił zażenowany łebek, by prędko ewakuować się do bezpiecznego miejsca, ale silna łapa Jesionka go przytrzymała. 
— Malinku, no pogódź się wreszcie z Pigwą! — miauknął błagalnym tonem, popychając go na arlekina. Bury na szczęście w samą porę zahamował, zaledwie kilka centymetrów przed zdezorientowanym kocurkiem i spuścił wzrok na łapy.  Czując na sobie wyczekujące spojrzenie brata, z którym ostatnio się pogodził, nie chciał go znowu zawieść. Dlatego zbierając w sobie ostatnie resztki odwagi, mruknął.
— P-przepraszam z-za moje w-wcześniejsze za-zachowanie — wymamrotał skruszony, przebierając łapkami po twardym podłożu. — J-jak b-byś chciał, t-to m-mogę po-pokazać ci resztę m-moich kwiatków i wy-wybierzesz s-sobie nowego — zaproponował z niewielkim uśmiechem, spoglądając niepewnie na czarno-białego.

<Pigwo?>

09 lutego 2020

Od Malinka CD Pigwy

Prawdą jest, że Malinek nie miał najmniejszej ochoty na zadawanie się z dziećmi Lśniącej Łapy. Chociaż byli od niego młodsi to przecież nie znaczyło, że mniej groźni! Jedynym momentem, w którym pozwolił sobie na bliższe podejście do nowych nabytków Klanu Nocy, był poród Blask. Zafascynowany ruchami czarnych łapek medyczki, z uwagą przyglądał się precyzji z jaką wykonywała swoje zadanie, a przy nieco bardziej drastycznych scenach, odwracał się w przeciwną stronę. Cała magia prysnęła jednak, gdy te maluchy otworzyły ślipia, przyprawiając tym samym Malinka o zawał. Sam nie wiedział, czemu zareagował w ten sposób na nowych kolegów, ale nie mógł powstrzymać się od podejrzliwych spojrzeń rzucanych w ich kierunku. Bał się, że zaczną się z niego wyśmiewać albo psuć zapasy kwiatuszków, które tak pilnie zbierał. Miał nadzieję, że gdy stosik będzie już wystarczająco duży, pokaże go Słodkiemu Językowi! Ona też bardzo lubiła roślinki, więc może nawet zostaliby przyjaciółmi? Buras musiał przyznać, że czarna stała się dla niego wzorem do naśladowania w niemal wszystkim i bardzo zaimponowała mu swoją rozległa wiedzą na temat medycyny. Z zadowoleniem w ślipiach zanosił właśnie kolejną "zdobycz", gdy niespodziewanie dotarł do niego niepewny głosik.
— Ł-ładny kwiatek — wydukał nieco zestresowany czarno-biały kocurek, delikatnie wskazując na trzymany przez burasa kwiatek. — Gdzie go znalazłeś?
Malinek niemal zachłysnął się powietrzem, stając pysk w pysk z kociakiem. Na początku pomyślał o podobieństwie kociaka do Aroniowego Podmuchu, przez co z jego gardła wydobył się pisk czystego przerażenia. Dzisiejsze śniadanie niebezpiecznie wykonało fikołek w żołądku pręgowanego, gdy maluch przypomniał sobie wyczyny z rybą wkurzonego wojownika. Obarczając zdezorientowanego malca przerażonym spojrzeniem niebieskich ślipi, owinął swoje łapki puchatą kitą i wyjąkał.
— O-Odejdź — mruknął niemrawo, a  arlekin widocznie posmutniał. Opuścił ogonek na dół, chcąc pozostawić przestraszonego syna Lód w spokoju, lecz w ostatnim momencie zatrzymał się i rzucił cichutkie "przepraszam" w stronę burasa. Pręgowany uniósł zdziwioną mordkę do góry, a przez jego myśl przemknęło, że może czarny wcale nie jest taki, jak niosący grozę władca ryb. Poczuł ogromny wstyd palący nawet końcówki jego łapek, a następnie nieśmiało dodał.
— P-przed żłobkiem — wyznał, podsuwając roślinkę kocurkowi. — T-to m-mlecz. Mo-możesz go s-sobie wziąć, j-jeśli chcesz — zaproponował, czekając na reakcję Pigwy.
<Pigwo? Wybacz, że takie krótkie>


Od Malinka CD Jesionka

Bury z ulgą poczuł, jak kły jego matki rozluźniając chwyt, pozostawiając go tym samym na miękkim legowisku. Wiedział, że Oblodzona Sadzawka jest na nich wściekła, lecz przynajmniej teraz znajdowali się w bezpiecznym żłobku, prawda? Poza tym mama nie będzie się wiecznie na nich gniewać! Z pokornie pochylonym łbem wyczekiwał na swoją kolej, gdy niebieska królowa energicznymi ruchami języka zaczęła wylizywać Jesionka. Nie minęła sekunda, a cała kociarnia wypełniła się buntowniczymi wrzaskami czekoladowego.
— Malinku, ratuj! — krzyknął, próbując ze wszystkich sił wyrwać się mocnemu uściskowi matki, jednak kocica dużo przewyższała go siłą. Spanikowany Malinek nie miał pojęcia, co zrobić w takiej sytuacji. Z jednej strony chciał pomóc bratu, lecz za bardzo bał się konsekwencji, które mogłyby z tego wyniknąć. Dlatego, mimo świadomości błagającego spojrzenia pręgowanego klasycznie, jedynie spuścił wzrok zaszklonych ślipi na białe łapki. Był beznadziejny, nawet nie umiał pomóc Jesionkowi! Co będzie z niego za wojownik, skoro boi się własnej rodzicielki? Z głośnym westchnieniem przymknął niebieskie oczka, nie mogąc znieść rozgrywającej się obecnie akcji. Nawet nie wiedział, kiedy nastąpiła jego kolej, a Lód dorwała się do posklejanego, burego futra na brzuchu malca. Po paru sekundach wcale nie tak nieprzyjemnego czyszczenia, odważył się zerknąć na lśniące futerko Jesionka. Czekoladowy rozmawiał o czymś z Gruszką, a gdy odwrócił się w stronę królowej, posłał buremu bratu obrażone spojrzenie. Cóż, chyba nikogo nie zdziwi fakt, że w tamtym momencie Malinkowi załamał się nieco świat. Wiedział, że potwornie nawalił z brakiem pomocy w tak tragicznej sytuacji, ale spodziewał się pogniewanego braciszka! Chwilę po tym Oblodzona skończyła swoją pracę, a zrozpaczony kociak nawet nie ruszył się ze swojego dotychczasowego miejsca. Miał dość bycia taką mysią strawą, takim tchórzem, takim nieporadnym kocurem. Przecież powinien stawać w obronie potrzebujących, a nie chować się wiecznie przed jakimkolwiek szelestem czy trzaskiem gałązki jak zwierzyna. Znużony wydarzeniami dzisiejszego dnia, oparł łebek na wyciągniętych łapach i owinął się puchatą, szarawą kitą. Zmrużył zmęczone ślipia, gotowy powędrować do krainy snów, próbując choć na chwilkę wmówić sobie, że pewnego dnia stanie się dzielny i odważny niczym reszta rodzeństwa.
***
Gdy tylko pierwsze promyki słońca wpadły do kociarni, Malinek od razu zerwał się na równe łapy i powędrował do niewielkiej sterty w głębi żłobka. Z pośród lekko zwiędłych roślinek starał się wybrać najbardziej okazałego kwiatuszka, który momentalnie pomógłby mu z udobruchaniem braciszka. W końcu, po paru minutach poszukiwań, w niewielkie kiełki chwycił dorodną stokrotkę i chwiejnym krokiem powędrował do chrapiącego czekoladowego. Z cierpliwością czekał na pobudkę brata, która nastąpiła zaledwie kilka sekund po jego przybyciu, a następnie błyskawicznie podsunął roślinkę pod nosek Jesionka.
— P-przepraszam, ż-że ci n-nie po-pomogłem — wyszeptał skruszony, bojąc się spojrzeć pręgowanemu prosto w oczy.

<Jesionku? Przepraszam za tego gniota ;-;>

06 lutego 2020

Od Malinka CD Jesionka

Gdy tylko pokaźne ciałko burasa wpadło do kleistego błota, z niewielkiego gardełka wydobył się przerażony krzyk. Niebieskie ślipia pręgowanego mocno się zaszkliły, a łapy zaczęły niemiłosiernie drżeć na myśl o tym niespodziewanym pomyśle Jesionka. Musiała minąć chwilka, by Malinek był w stanie zebrać się w sobie i z trudem się  podniósł. Czując, jak jego gęste futerko pod wpływem ciężaru obrzydliwej mazi ciągnie go z  powrotem w kałużę, skrzywił się. Zdziwiony obserwował, jak Jesionek beztrosko podskakuje dookoła, a następnie spojrzał na niego z nieukrywaną goryczą. On nawet upaćkany w błocie wygląda bardzo ładnie!  Malinek dałby sobie łapę uciąć, że on sam stanowi istne przeciwieństwo braciszka i każdy, kto go zobaczy od razu ucieknie z krzykiem. Próbując zahamować zbierające się kącikach ślipi słone łzy, szybko odwrócił się od kocurka i pognał przed siebie. Z uwagi na to, że nie patrzył gdzie stawia łapy, moment później przewrócił się oraz przeturlał do przodu, lądując przy niezidentyfikowanym krzewie. Zanim jednak zdążył się ogarnąć, tuż nad nim pojawił się zdezorientowany łebek Jesionka, który posyłał burasowi zmartwione spojrzenie.
— Malinku, co się stało? — miauknął, pomagając bratu powrócić do normalnej pozycji. — Czemu uciekłeś?
— B-bo w-wcale nie wy-wyglądam t-tak jak t-ty! —  wyszlochał syn Oblodzonej Sadzawki i zakrył pyszczek łapkami, nie chcąc, żeby Jesionek patrzył na niego w tym stanie.
— Jak to nie? Patrzyłeś chociaż w kałużę? — upierał się czekoladowy, ciągnąc bojaźliwego kociaka za kitę w stronę błyszczącej tafli wody. Pomimo oporu stawianego przez burego, koniec końców skończyli wpatrując się w niewyraźne, falujące odbicia własnych mordek, a Jesionek ochoczo miauknął.
— Hej, no i widzisz? Normalnie bliźniacy! — zaśmiał się, zaczynając podskakiwać radośnie wokół  Malinka, który z niedowierzaniem podziwiał faktycznie podobne futerka. Zanim zdążył podziękować za wszystko braciszkowi, ich oczom ukazała się wkurzona Oblodzona Sadzawka, po chwili chwytająca burego syna za luźną skórę na karku.
— Malinku! Jesionku! Co ja teraz z wami zrobię? Czemu jesteście cali ubłoceni? — dopytywała się wkurzona królowa, machając niebieską kitą na boki.


<Jesionku?>

Od Malinka CD Gruszki

Malinek od pierwszego kroku postawionego przed kociarnią miał przeczucie, że wydarzy się coś złego. Niepewnie krocząc tuż za swoim ciekawskim braciszkiem, drżał z obawy, że lada moment jakiś wojownik przegna ich z powrotem do żłobka i wkurzonej Oblodzonej Sadzawki. Pomimo władającego nim przerażenia musiał jednak przyznać, że drzewo górujące nad nimi szczególnie go zachwyciło. Jego potężne gałęzie kołysały się na niewielkim wietrze, a czasami pewien drobniutki listek spadł na ziemię, by moment później stać się ofiarą czekoladowych łapek Gruszki. Ich legowiska znajdowały się między ogromnymi korzeniami, więc w każdą pogodę stanowiły bezpieczne schronienia i dawały masę frajdy rozbrykanym kociakom. Buras przeniósł wzrok zachwyconych, niebieskich ślipi na ruszające się krzewy tuż obok nich, a wszystkie jego mięśnie momentalnie się spięły. Kuląc się za pewnym siebie Gruszką starał się opanować cisnące do oczu łzy, modląc się w duchu do Klanu Gwiazdy, by nie był to Aroniowy Podmuch. Pręgowany nie chciałby powtórki z przymusowej rybnej przekąski; na samo wspomnienie traumatycznego przeżycia nieznana siła ściskała mu gardło i blokowała racjonalne myślenie. Ponure wizje Malinka przerwał jednak pełen radości pisk Gruszki, który niemal podskoczył z ekscytacji. Okazało się, że ich ojczulek, Kaczy Pląs, postanowił zrobić im małą niespodziankę i obecnie wpatrywał się w nich z iskierkami w ślipiach.
— Hej dzieci! Co tam? — zapytał, szczerząc w ich stronę białe kły. Na sam jego widok jego strachliwemu synowi  chciało się wymiotować i uciekać, więc naturalną reakcją dla niego było wybuchnięcie niekontrolowanym szlochem oraz schowanie się za swoim bratem, który posyłał mu zmartwione spojrzenie.
— Ej, Malinku, co się dzieje? — miauknął z troską, przybliżając do niego swój uroczy pyszczek. Delikatnie pacnął go łapką, uważając przy tym, by nie zrobić tego zbyt mocno i czekał na odpowiedź.
— B-Boję się-ę ta-taty — wydukał, bojąc się chociażby spojrzeć na oszołomionego wojownika.
— Boisz się taty? Jak to? — pyszczek Gruszki wykrzywił się pod wpływem niezrozumienia, a kita wskazała na srebrnego arlekina. Buras jedynie skinął głową na potwierdzenie, lecz zanim czekoladowy zdążył powiedzieć coś jeszcze, syn Żwirowej Gwiazdy zamarł w przerażeniu. Wskazał potomkom gęste krzaki, z których sam przed chwilą wyskoczył, przyprawiając jednego z nich o zawał, po czym wykonał jednoznaczny ruch pyskiem. Nie czekając na kociaki, powrócił do swojej kryjówki, a Gruszka bez zastanowienia postąpił tak samo. Osłupiały i zasmarkany Malinek początkowo nie wiedział, co się dzieje, dopóki nie zauważył nastroszonego szarego futra Oblodzonej Sadzawki na horyzoncie. Nie myśląc ani chwili dłużej dołączył do chowających się w krzewach kocurów i niepewnym głosem zapytał.
— C-co my t-teraz zrobimy?

<Gruszko?>

Od Malinka CD Słodkiego Języka

Malinek nigdy nie był typem kociaka, którego rwało do poznawania nowych kotów czy odkrywaniu nieznanych dotąd miejsc; wręcz przeciwnie, do wszelkich nowości podchodził z ogromną powściągliwością i niepewnością, uprzednio obserwując dany obiekt przez dłuższy moment. Tak było i w przypadku Słodkiego Języka, niziutkiej medyczki Klanu Nocy, która pewnego dnia przyszła upewnić się, czy wszystko gra u Oblodzonej Sadzawki i jej kociaków. Gdy tylko ciemna łapka kocicy pojawiła się w progu żłobka, bracia Malinka wydali z siebie uradowane piski i podbiegli do przybyszki. Podczas wesołego skakania oraz szczebiotania czekoladowych, Lód jak zwykle rzucała ponure spojrzenie wszystkim dookoła, lecz po chwili dumnym krokiem skierowała się w tylko sobie znanym kierunku. Niebieskie ślipia burego kocurka, początkowo rozszerzone ze strachu, z każdą minioną chwilą powracały do normalnego stanu, a iskierki zaciekawienia coraz bardziej w nich błyskały. Moment później nieukrywane fascynacja burego przykuła uwagę Lukrecji, która z przyjaznym uśmiechem na mordce podeszła do pręgowanego kociaka. Chcąc zacząć w jakiś sposób rozmowę rzuciła coś o Pstrągowym Pysku i podobieństwie ich umaszczeń, jednak zamiast uciechy malca o porównaniu do zastępczyni, Malinek spuścił ze smutkiem łebek. Wiedział, że na tle rodzeństwa jego futerko nie wyróżniało się niczym specjalnym, a jedyną zaletą był lekko szarawy odcień sierści, pozwalający na niezauważalne osunięcie się w cień. Gdy z dławiącą goryczą spoglądał na swoje kluchowate łapki, przez przypadek wzrok błękitnych oczu spoczął na śmiesznej, zielonej roślince o niezliczonych cieniutkich listkach. Czując nagły przypływ odwagi wysunął nieznacznie czarny nosek, by posmakować zapachu medykamentu, co nie umknęło uwadze starszej kocicy.
— To koper, wiesz? Taka roślina — odparła ciepłym tonem, spoglądając dwukolorowymi ślipiami na nieco zestresowanego malucha. 
— Uhm, a p-pani m-medyczko, do czego o-on s-służy? — wyjąkał niepewnie, lekko cofając się do tyłu i owijając ciemną kitą łapki. 
— Podaje się go kotom, które miewają problemy z bólem w biodrach, tak jak na przykład twoja mama — dodała, lecz końcówkę zdania wypowiedziała nieco ciszej, by królowa nie usłyszała. Cóż, niebieska kocica miała już sporo wiosen za sobą i każdy miał świadomość, że za niedługo może umrzeć, bo nikt przecież nie żyje wiecznie. — Trzeba go najpierw przełamać, a później wtłoczyć sok do pyska chorego — zakończyła, przypatrując się w uwadze burasowi.
— W-wow — miauknął z podziwem, po raz pierwszy mając odwagę na uniesienie pyska i skrzyżowanie spojrzenia z medyczką. Był pod wrażeniem wiedzy córki Dumnej, która nie dość, że onieśmieliła go swoim uśmiechem, to z chęcią opowiadała mu o  nieodłącznych elementach swojego stanowiska. Chociaż jeszcze tego poranka nie uwierzyłby nawet własnej matce, że wypowie na głos cisnące się na język pytanie, zbierając w sobie resztki znikomej odwagi, cichutko wydukał. — Czy m-mogłaby m-mi pa-pani o-opowiedzieć c-coś je-jeszcze? W-wie pani t-tak du-dużo!

<Słodki Języku?>

27 stycznia 2020

Od Malinka CD Aroniowego Podmuchu

Buras z przerażeniem w oczach obserwował,  jak jakiś obcy kocur wchodzi do żłobka i zaczyna wrzeszczeć na jego rodzeństwo. Futerko na karku automatycznie samo mu się zjeżyło, a kociak czym prędzej pogalopował na drugi koniec żłobka. Początkowo panował względny spokój — Malinek wraz z narzekającą na przybysza Lód oraz przyglądającym się mu z zaciekawieniem Gruszką znajdował się w bezpiecznej odległości od łaciatego. Na nieszczęście burasa, moment później syn Ognistego Kroku znalazł się tuż przed nimi, gromiąc kociaki morderczym spojrzeniem. Rzucił przed ich łapy śliską rybę i czekał, aż zaczną ją jeść, lecz gdy żaden z nich z tego nie zrobił, wyprowadzony z równowagi wrzasnął.
— Macie ją zeżreć, jeśli chcecie wyrosnąć i jakkolwiek przydać się klanowi — syknął ze złością, machając gniewnie ogonem na boki. 
Z mokrych ślipi pręgowanego polały się łzy, a gdy już miał uciec pod ogon Oblodzonej Sadzawki, zszokowany poczuł, że coś przytrzymuje go za kitę. Z trwogą błyszczącą w oczach odwrócił się, by następnie wrzasnąć na całe gardło.
— P-po-pomocy! — krzyczał przerażony, a w jego główce już ukształtowała się wizja, w której czarno-biały odgryza mu po kolei łapy a na końcu delektuje się burym łebkiem. Szaleńczo próbował wyrwać się kocurowi, jednak daleko było mu od siły mięśni wojownika, który warknął.
— Żryj. Tą. Cholerną. Rybę — wycedził przez zaciśnięte kły dorosły, przysuwając drącego się wniebogłosy kociaka w stronę zdobyczy. Malinek był w tak tragicznym stanie emocjonalno-psychicznym, że dławił się własnymi łzami i smarkami, jednak na bracie Porzeczki nie robiło to zbyt dużego wrażenia. Sprawa była jasna - im prędzej ten bachor weźmie się za jedzenie, tym szybciej Aronia będzie mógł opuścić żłobek i cieszyć się urokami życia bez kociaków. Dlatego niemal wepchnął zdechłe, wodne stworzonko do gardła burasowi, który ciągle chaotycznie szamotał się pod wpływem uścisku wojownika. Pomimo sporych wysiłków łaciatego, jego starania zakończyły się klęską, gdyż gardło Malinka było zbyt ściśnięte stresem i rozpaczą, by cokolwiek przez nie przeszło, więc ostatecznie z głośnym syknięciem starszy puścił szarawą kitę. 
— Słuchaj szczylu, przez ciebie zmarnowałem właśnie nieodwracalnie pewną część mojego życia, więc nawet nie myśl sobie, że tak łatwo ci odpuszczę! — warknął wściekle, próbując znowu chwycić kociaka, lecz ten zwinnie odsunął się w bok. Zauważając pędzącą w jego stronę białą łapę znowu wrzasnął, po czym odskoczył za wojownika, który momentalnie odwrócił się w jego stronę z rządzą mordu iskrzącą w oczach. 
To właśnie w tym momencie do Malinka dotarło, że na jego życie czyha wkurzony do granic możliwości Aroniowy Podmuch, szczerzący w stronę burasa dwa rzędy ostrych niczym brzytwa zębów.

<Aronia?>

Od Malinka

Bure futerko Malinka unosiło się rytmicznie podczas snu, a co jakiś czas z niewielkiego gardełka wydobywało się zadowolone mruknięcie. Kociakowi śniły się dzisiaj same dobre rzeczy; na początku wesoło hasał sobie po polance pełnej kolorowych kwiatów, potem zbierał listki o różnych kształtach, teraz natomiast obserwował fruwające motylki, których skrzydła iskrzyły się milionami kolorów. Gdy już miał delikatnie trącić jednego z nich króciutką łapką, poczuł pacnięcie na grzbiecie, co skutkowało natychmiastową pobudką oraz niekontrolowanym wyrwaniem się cichego pisku. 
— Wśtawaj Malińku! — zawołał Gruszka, którego skupiony pyszczek był pierwszym, co ukazało się niebieskim ślipiom burasa. Zauważając przerażenie malujące się na mordce młodszego, czekoladowy uśmiechnął się w jego stronę. — Ej, śpokojnie. Nic ci przecież nie źrobię!
— Yhm — odmruknął nieprzekonany słowami brata Malinek, lecz pospiesznie zebrał się i wstał. Zlustrował Gruszkę badawczym wzrokiem i ciężko westchnął. Jego brat miał takie prześliczne futerko; całe koloru mlecznej czekolady, nieco przyciemnione na grzbiecie, a w dodatku kilka wyraźnie odznaczających się pręg na pyszczku stanowiło cudowne połączenie, które zapierało dech w piersiach. A on? Zwyczajny buras z takimi okropnymi wzorkami wijącymi się niczym dżdżownice po deszczu. Smętne, niebieskie ślipia kocurka zaszkliły się, jednak szybko pociągnął nosem i potrząsnął łebkiem. Teraz nie może się popłakać.
— Chodź, pójdziemy odkrywać obóz! — krzyknął podekscytowany czekoladowy, po czym ostrożnie zniżył ton swojego głosu. — Tylko cicho, żeby mama nie uśłyszała.
— A-ale n-nam n-nie w-wolno... — zaczął przerażony kociak. lecz jego kochany braciszek już wypychał go w stronę wyjścia. Burasa ogarnęło zbyt wielkie przerażenie, by był zdolny myśleć racjonalnie; pozwolił, by Gruszka wypchał go przed gęste krzewy, nim dopiero wydał z siebie, kolejny raz dzisiaj, zatrwożony pisk.
— Pjawda, że tu pjęknie? Pać na te drzewka, o  tam! — wskazał łapą pręgowany dziko i pognał przed siebie. Zauważając, że jego ciamajdowaty brat za nim nie idzie, zatrzymał się i przechylił łebek z powodu niezrozumienia. — Hej, czemu nje idziesz, Malińku?
— B-boję się — wyszeptał, a z jego oczu słone łzy pociekły na ziemię, zostawiając mokre ślady na puchatych polikach.


<Gruszko?>

Od Malinka CD Jesionka

Zaspany Malinek wydusił z siebie jedynie zduszony pisk, gdy poczuł na ogonku zaciskające się kiełki należące do Jesionka. Zmierzył go przerażonym wzrokiem zaszklonych ślipi i nastroszył szarawe futerko, chcąc wyrwać się bratu. Zdając sobie sprawę z faktu, iż czekoladowy tak łatwo mu nie odpuści, zebrał w sobie resztki i tak znikomej odwagi, by niepewnym głosikiem wydukać
— Je-jeziongu-u — wyjąkął, jednak kocurek nic sobie z tego nie zrobił. Zrozpaczony ponowił próbę i dodał. — Je-jeziongu, p-proszę, p-przezdań! 
— Ale Malińku, to tjaka fajna zabawa! — zaprzeczył jego dręczyciel, naskakując na grzbiet burasa. Chwycił za ucho młodszego i z uśmiechem na pyszczku za nie pociągnął.
— Au! — wrzasnął niebieskooki, próbując strząsnąć z siebie czekoladowego. Próbował przekręcić się na drugi bok, jednak jedynie wpadł na Lód, która odpowiedziała mu zdenerwowanym syknięciem.
— Patrz gdzie leziesz, pokrako! — splunęła, na co z oczu pręgowanego zaczęły rzewnie spływać łzy. Czując ich słony smak pospiesznie odbiegł od reszty kociaków i wparował między łapy Oblodzonej Sadzawki, która pochrapywała sobie z boku. Wtulił swoje rozdygotane ciałko w niebieskie futerko oraz nasłuchiwał uspokajającego bicia serca królowej, próbując przegonić płacz energicznymi ruchami łapek. Czemu to zawsze on musiał psuć zabawę rodzeństwu? Jest taki beznadziejny! 
— Malińku? Cio się stało? — zapytał zdezorientowany Jesionek, który niespodziewanie zerknął zza łba śpiącej wojowniczki. Spojrzał na burasa zaciekawionym wzrokiem i miauknął. — Chodź, pobawimy się w cioś! 
— A-ale-e j-ja zie-ziepsułem w-wam ca-całą za-zabawę! — odparł rozdygotany kocurek, spuszczając łebek.
— Daj spokój! Będzie fajnie! — zaczął namawiać go brat, przy okazji trącając Malinka łapą, na co ten nagle kichnął. Jesionek mruknął wesoło, z rozbawieniem poruszając wibrysami. — Ale ty śmiesznie kichasz!
— W-wcale n-nie — oburzył się niebieskooki, chowając pyszczek za łapkami.
— A właśnie, że tjak! — zaśmiał się czekoladowy, doskakując do braciszka. Zniżył łebek do jego poziomu i odsłonił mordkę burego. — Nio wśtawaj, nie mam całego dnja! 
— N-no d-dobra — odparł niepewnie i wstał na drżące kończyny. Skierował swe błękitne ślipia na Jesionka i zapytał. — T-to co z-zamierzamy r-robić?


<Jesionku? Mam nadzieję, że nie zepsułam charakteru>

Od Malinka

Upał panujący wszędzie okropnie doskwierał każdemu z Klanu Nocy, jednak w pewnym momencie czas zdawał się nagle zatrzymać. W gęstych krzewach, gdy wszyscy wstrzymywali oddech, na świat przyszła czwórka kociaków. Poród przebiegł bez problemu, więc już chwilkę potem do klanu Deszczowej Gwiazdy dołączyły zdrowe dzieciaki. Ich matka, Oblodzona Sadzawka, z dumą przypatrywała się potomstwu ze zmęczeniem błyszczącym w chłodnych ślipiach, a Kaczy Pląs, mogący poszczycić się mianem ich płodziciela, z uśmiechem na pysku obserwował każdy ruch maleńkich łapek.  Pierwszy z nich, Jesionek, był ślicznym czekoladowo-białym kocurkiem, który już od pierwszego mruknięcia nieustannie kręcił się przy brzuchu rodzicielki. Obok niego chrapał Gruszka, który również zostało obdarowany pięknym, brązowym futerkiem przyciemniającym się nieco na grzbiecie. Idąc dalej można było zobaczyć wspaniałą kotkę, niemiłosiernie przypominającą umaszczeniem matkę, a dodatkowo posiadającą takie same imię — Lód. Jakie z nich były cudne kociaki! Wszystkich korciło do odkrywania otaczającego ich świata i wspólnych, beztroskich zabaw, a dodatkowo zapowiadali się na odważnych wojowników ich rodzimego klanu. Jedynie ostatni z nich, Malinek, większość czasu przesiadywał oddalony od rodzeństwa, smętnymi oczami przyglądając się swojemu futerku. Klanie Gwiazdy, jak on nienawidził tych burych kłaków! Czemu nie mógł być czekoladowy jak bracia czy niebieski jak siostrzyczka? Przecież buras przypominał bardziej zacienioną kałużę pełną błota niż pełnego wigoru kociaka, którym powinien być. Chociaż Oblodzona nie powiedziała mu jeszcze tego prosto w pysk, był pewien, że jest nim zawiedziona; natomiast pręgowany klasycznie zbyt bał się ojca i uciekał przed każdym kontaktem przed synem Żwirowej Gwiazdy. Czuł się zbędnym balastem i koszmarnie bał się, że kiedyś ich rozczaruje, dlatego w popłochu uciekał przed jakąkolwiek formą nawiązania rozmowy czy relacji, kryjąc się za łapami matuli, by następnie spróbować opanować cisnące się do oczu łzy. Właśnie teraz przeżywał jeden z takich momentów, który nastąpił po odwiedzinach arlekina. Chociaż świeżo upieczony ojciec jedynie wymruczał w jego stronę ciche "Hej", to wystarczyło, by doprowadzić burasa do płaczu. Skulony za przyjaciółką Ognistego Kroku niemal niesłyszalnie łkał, obwiniając się za zostanie taką szkaradą. W tamtym momencie poprzysiągł sobie, że już nigdy więcej nie odezwie się do zdezorientowanego wojownika i wtulił się w niebieskie futro należące do królowej, powolutku zapadając w objęcia kociego odpowiednika Morfeusza.