↬◦⌑⛯⌑◦↫
Dawno temu; poprzedniej pory Nowych Liści…
Powietrze w legowisku zdawało się być gęste, wypełnione napięciem i ledwo trzymanymi za zębami obelgami. Książe zmrużył nieznacznie ślipia, jak gdyby nie była warta dla niego marszczenia malowanego czarnymi i czerwonymi znaczeniami pyska; podniósł się z posłania i skierował do wyjścia, spoglądając na nią przez ramię.
— Pamiętaj, że jak do nich wejdziesz, to powinnaś zwracać się do nich z należytym szacunkiem.
Prychnęła. Tak, żeby jeszcze bardziej im się wszystkim w dupach poprzewracało.
Nie rozumiała całej problematyki tej "Rodziny Królewskiej" Klanu Nocy, nie rwała się do rozumienia, i nie miała zamiaru rozumieć. Grupa nadętych kotów z Mandarynową Prukwą na czele. Księżniczki i książęta. Kto im w ogóle te tytuły ponadawał? Na jakiej podstawie? Pokrewieństwa? Jeżeli tak, to pokrewienstwa z kim?
Idąc ich tokiem myślenia i patrząc na to, jaki podział miał miejsce w Klanie Nocy na podstawie kolorów sierści, równie dobrze mogli nadać takie tytuły Narcyzowi czy Przypalonemu Kasztanowi. Wykrzywiła pysk. No, może nie temu drugiemu… Ale proszę, idealny przykład czarno-białego, nieskażonego inną barwą futerka! Może, gdyby nie ich powiązania z matką i samotnicze pochodzenie, to dwójka kocurów miałaby szansę na wżenienie się do Królewskiego Rodu i ułożenie sobie wygodnego życie pełnego przywilejów.
Ona nie mogła liczyć na taką okazję. Pomijając to, że wcale nie miała ochoty obracać sobie wokół pazura jakiegoś osobnika z wygórowanym ego i czerwonym śladem na czole, tylko po to, aby inni patrzli na nią troszkę przyjaźniejszym wzrokiem. Powiązania z Niedźwiedziówkowym Pyłem najbardziej się na niej odbiły; bure, ciemnopręgowane futro, niekoniecznie przystosowane do wodnego trybu życia Nocniaków, pozostawiało wiele do życzenia w pewnych aspektach. Plamy bieli i rudego jeszcze bardziej przypominały jej o własnym, zapieczętowanym w oczach matki losie. Plamy, które przybliżały ją do wizerunku Wieleniego Szlaku. Zastanawiała się czasem, czy ojciec, kimkolwiek on był, przekazał jej cokolwiek. Może osobliwe, wykręcone uszy? Gibką sylwetkę, długie łapy?
Czy jeżeli wdałaby się w niego, to uniknęłaby uwagi matki? Początkowo bez przerwy o nią ubiegała, chłonąc każdą, choć najmniejszą kroplę. A teraz? Teraz z chęcią uciekałaby wzrokiem za każdym razem, gdy Niedźwiedziówkowy Pył na nią spoglądała. Wyczekując. Wyczekując czego? Aż dorówna temu, kim nie jest, i kim nigdy nie będzie?
↬◦⌑⛯⌑◦↫
Jakiś czas temu; początek pory Nagich Drzew…
Ciemne łapy grzęzły w białym śniegu. Dysząc, cofnęła się o krok, spoglądając z dołu na kocura przed nią.
Nie widzę na twoim ciele żadnej blizny.
Śmieszne. Posłała Kijankowym Moczarom wściekłe spojrzenie, rzucając się w bok. Ona też nie posiadała żadnej blizny. Nie chciała. Łapa wojownika ledwo co wyminęła jej bark; szarpnęła głową do tyłu. Bała się.
— Czy my naprawdę musimy wokół siebie tak skakać-
Jej syk przerwała para silnych łap na jej barkach. Jej grzbiet uderzył o ziemię; parsknęła, prychnęła, i zastygła w miejscu.
Nienawidziła treningów walki. Bała się ich. Zawsze, gdy Kijanka wyciągał do niej łapy, nawet te ze schowanymi pazurami, zawsze, gdy napinał ciało, aby na nią skoczyć, jej ciało oblewał zimny pot. Zawsze towarzyszył jej nieuzasadniony strach; nawet nie przed samym bólem, a przed krzywdą, którą można by jej było jej wyrządzić.
Jej rozbiegane spojrzenie trafiło na przechodzący obok patrol. Odepchnęła mentora tylnymi łapami i podniosła się ze śniegu, chyląc głowę przed innymi kotami. Gdzieś w grupie mignął jej łeb Rogatego Flaminga. Wykrzywiła wargi i uchyliła pysk, patrząc, jak Kijanka staje na łapy.
— Już się w to nie bawimy.
<Rogaty Flamingu?>
[554 słowa]
]11%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz