TW: poród, morderstwo
— Co wy tu robicie? Ughh myślałam, że idziecie w innym kierunku — westchnęła. Do przodu wyszedł czarno biały kocur. Piórko nie znała zbytnio kotów z Klanu Nocy. Nie wychodziła często ze swojej wyspy, co dawało we znaki…
— Przyszliśmy znaleźć miejsce, w którym zaatakowano Świteziankę — wyjaśnił zwięźle, po czym łypnął na Ulewny Szkwał. — Możesz iść przodem, wojowniku — rzucił z przekąsem.
— Właśnie miałem w planach iść do przodu, by osłaniać rodzinę królewską. Za to ty, żeby być w jakikolwiek sposób przydatny, nie tylko kłap tym pyskiem, a coś rób. Możesz sprawdzić tyły czy tam cię czasem nie ma — obrócił głowę od czarnego. Srebrna położyła po sobie uszy z żenady.
— Młode koty… Są takie aroganckie — mruknęła, trzepiąc ogonem o ziemię. Matka rozluźniła się, po czym ominęła ogrodniczkę, wchodząc do jaskini za skrzeczącym wojownikiem. Pręgowana obróciła się za siebie, szybko analizując całe wgłębienie. Po jej ciele przeszedł przenikliwy dreszcz – czyżby ktoś ich obserwował? Przeczucie kotki nakazało jej zostać tam, gdzie była, ale po chwili Piórko usłyszała wściekłe fuknięcie Mandarynkowej Gwiazdy. Zmarszczyła czoło, bo to zwykle robiła, gdy nie miała innego wyboru. Księżniczka wbiegła do jaskini, czekając, aż jej oczy przyzwyczają się do ciemności. Zdenerwowana ogrodniczka pchnęła Szkwał na przód, bo według niej chodził bardzo mozolnie. Piórko szybko wróciła do swojego miejsca w rzędzie, zdesperowana jedynie mogła westchnąć ze znużenia. Woda spływała ze skał, kap, kap, kap… Dodawało to temu miejscu dosyć mroczny klimat.
— Nic tu nie ma... — rzucił krótkie spojrzenie za siebie. — Tylko tracimy czas — miauknął Narcyzowa Łapa.
— Czy możesz mnie nie pchać, półgłówku! To nie jest żłobek od takich rzeczy, jesteśmy w jaskini, gdzie nie wiadomo co na nas czyha, a ty się bawisz w przepychanki?! Normalnie szczyt klasy osobistej — zakończył sarkazmem, ściskając kły, idąc dalej, tylko że w większym odstępie od reszty. Srebrna podniosła brew.
— Jesteś bardzo wyszczekany, jak ktoś, kto wygląda jak śmierdzący kundel — fuknęła.
Podniosła głowę do góry i zmrużyła przenikliwe oczy.
Do srebrnej doszła opóźniona reakcja, czarno białego kocura.
— Mówiłam! Jedyne co tu znaleźliśmy to nietoperze i ich bobki — stęknęła. Zawróciła się, wychodząc z jaskini. Powietrze bardziej rześkie odsłaniało jej mnóstwo nowych zapachów, ale co jej zostało? Przeszukać pozostałe mniejsze szczeliny, czy zabrać się za inne jaskinie? Srebrna postanowiła zrobić to drugie, czyli szukać innych jaskiń.
— A wy co tu za scenę odstawiacie? — zapytała. — Czemu siedzimy w dziurze?
Ogrodniczka przewróciła oczami, wszyscy wtrącali się w jej sprawę! To ona odkryła, że temu borsukowi chodziło właśnie o to miejsce! Jasne, super, może niech od razu przyprowadzą cały klan ze sobą…
***
Wszyscy się rozdzielili, jak zwykle nikt nie myślał tu racjonalnie. Srebrna pomyślała, że każdemu odbiło we łbie od adrenaliny, spowodowanej pojawieniem się borsuka w obozie. Nic specjalnego. Kotka wciąż obrażona na wojownika, którego imienia nie znała, była zmuszona przeszukiwać z nim kolejną jaskinię. Matka udała się do wodospadów, z nakrapianymi rybami. Cała ta sprawa wprawiała ogrodniczkę w ciągły niepokój, bo przecież ogromne zwierzę nie mogło kłamać. A może to ono poraniło Świteziankę i zaciągnęło ją do obozu? Chociaż z drugiej strony dla Pierzastej Kołysanki wydawało się to dziwne i głupie, bo takie zwierzę prędzej zjadłoby kota albo porzuciło jego zwłoki martwe.
— Księżniczko, trafiliśmy na coś, tylko co to jest? Czy to ma w jakiś sposób nas zaprowadzić do tych samotników? — zbliżył się do kłaka i zaczął go obwąchiwać, wyłaniając się jej przed oczyma. Kocica zmrużyła jeszcze jedno widzące oko, próbując przyzwyczaić wzrok do ciemności. Jej zielonym oczom ukazała się szczelina, a z niej dobiegł ogromny smród.
Piórko zmarszczyła nos, z obrzydzeniem patrząc na martwy krąg myszy. Ich odór rozprzestrzeniał się po całej jaskini, przez co księżniczce zbierało się na wymioty.
— Nie wyglądają na świeże, nie pachną na świeże… — wymamrotała, próbując zwietrzyć najbliższy zapach. Jednak nic nie dostawało się do jej nosa, nawet najmniejsza nić zapachu kota, czegokolwiek. Niebieski wojownik przycupnął przy niej, obwąchując przez chwilę jedno miejsce. Pierzasta Kołysanka łapą trąciła jego pysk, chcąc przyjrzeć się temu, co znalazł. Z kamiennej skały, srebrna podniosła kłak? Beżowe futro, miękkie w dotyku, to musiał być kot! Z jej klanu… Nie. Pręgowana złapała się za głowę, próbując przypomnieć sobie, z jakimi kotami nawiązała kontakt wzrokowy przez ostatni księżyc. Po długiej chwili milczenia, księżniczka zagryzła zęby, upuszczając kłak na ziemię.
— A ten kłak? Wszystkie zapachy zwietrzały, a zapach stęchlizny nie pozwala mi myśleć, przeszukajmy tę jaskinię głębiej, a może znajdziemy odpowiedź na to — rozkazała, wskazując łapą na okrąg kości. Nagle po ścianach jaskini zaczęło rosnąć ogromne echo, które odbijało się po uszach kotki. Piórko szturchnęła Szkwał, wskazując wyjście. Jednak jegomość, który wydawał dziwne dźwięki zwane “nawoływaniem”, pojawił się przy nich pierwszy, sapiąc jak starszyzna.
— Potrzebne jest wsparcie, ptaki zaatakowały Narwaną Łapę! — wysapał, po czym wzdrygnął się na obraz za nimi. — na Klan Gwiazdy, co to jest?
— Jakaś dziwna wystawka zrobiona przez kogoś, jeśli jednak zdrowie przywódczyni też jest narażone, to są ważniejsze rzeczy, zaprowadź nas tam niezwłocznie! Mandarynkowa Gwiazda nie może ucierpieć — zbliżył się do wojownika.
Ziewnęła, mając nadzieję, że tam przynajmniej tam będzie coś do roboty.
— Co tak stoicie? Biegnijmy! — syknęła. Zebrana trójka z ogromnym pędem zabrała się z jaskini, wchodząc już po wzniesieniu. Kamienie strasznie doskwierały niezadbanym poduszkom u jej łap. Ostre krawędzie wrzynały się jej głęboko, aż zaczęła z nich wypływać krew, ale z coraz większym rozpędem, kotka nie mogła się zatrzymać. Co stanie się, gdy tam dotrą?
***
Pierzasta Kołysanka nie ukrywała tego, że po drodze zostawiła obydwóch wojowników w lesie, ponieważ musiała oblizać swoje łapy. Cieknąca z nich krew była dla niej nie do zniesienia. Jednak pręgowana, gdy dotarła na miejsce, zobaczyła jedynie krew, która wsiąkała w skruszony śnieg. Co tam się stało?
Srebrną do zdarzenia doprowadził świeży zapach nowego kota i zdesperowane krzyki innych kotów.
— Co się dzieje? Ktoś mi jest to w stanie wytłumaczyć innymi słowami niż nerwowymi westchnieniami jak u speszonego kocięcia? — powiedziała, zbiegając nerwowo ze skał.
— Ona rodzi, Księżniczko, proszę cię o pomoc! Jej życie jest ważne, ma informacje, które nam się przydadzą, musimy o nią zadbać, przynajmniej na ten moment, potem to już co innego — powiedział Szkwał. Kocica zmarszczyła nos, czując odór świeżej krwi, która wylewała się z samotniczki. Ogrodniczka uklękła przed ciężarną, przykładając ucho do jej brzucha. Jej oddech był ciężki, więc poród nie mógł obejść się bez problemu, zwłaszcza że już odeszły jej wody.
— Spokojnie, na mój znak musisz przeć — miauknęła ostrzegawczo do kotki.
Jeszcze raz przechyliła głowę do brzucha, czując tętno życia, pokiwała głową. Nie miała przy sobie ziół, więc musiała robić to na własną łapę.
— Przyj! — krzyknęła, łapiąc ją za łapę.
— Wy jesteście głusi? Nie dotykać, mówiłam! A ty to w ogóle chyba oślepłaś, myślisz, że ja się tak wiję dla zabawy? Bo lubię? Prę, lisie łajno, prę! — wydarła się na kotkę.
— Jeszcze jedno słowo a kolejne kocie wypierdzisz martwe na ziemię! Spróbuj jeszcze, chociażby na mnie podnieść swój cięty język a sama wepchnę to kocie do brzucha! — wysyczała gniewnie. Delikatnie chwyciła kocie za kark i podała je Narcyzowej Łapie.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj! Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go! — warknęła.
Ponownie wróciła do ogona kotki, czekając, aż wyłoni się kolejne kocie.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował, unosząc jedną łapę ku piersi. — Ubrudzę sobie łapy! Niech…
Jednak czarno biały uczeń nie dokończył, ponieważ ogrodniczka skarciła go morderczym wzrokiem.
— Jak śmiesz tak do mnie mówić, ty głupia flądro! Będę robić z moimi kociakami, co mi się żywnie spodoba! — odpyskowała samotniczka. Po chwili z jej ciała zaczęło wydobywać się dziwne skwierczenie, a spod ogona wylała się ogromna fala krwi. Kolejne kocięta podała raz Narwanej Łapie i Ulewnemu Szkwałowi. Ciężko dysząc, spojrzała się na samotniczkę, nie wiedząc co robić. Komórki pękały jej od środka, więc jedyne co musiała zrobić to jakoś zatamować krwawienie.
— Ty! — krzyknęła w stronę Siwej Czapli. — Uciskaj jej klatkę piersiową, koło serca, delikatnie... A ty! — wskazała na Rysi Bór. — Zrób jej sztuczne oddychanie! Ja zajmę się podogoniem! Już, już, już! Walczymy o jej życie! — krzyknęła. Jednak biały wojownik stanął wryty jak słup soli, nie robiąc nic.
— Jeszcze jedno słowo a kolejne kocie wypierdzisz martwe na ziemię! Spróbuj jeszcze, chociażby na mnie podnieść swój cięty język a sama wepchnę to kocie do brzucha! — wysyczała gniewnie. Delikatnie chwyciła kocie za kark i podała je Narcyzowej Łapie.
— A tobie co? Mowę odjęło? Wylizuj! Nie słyszysz mnie? Wylizuj! Chcesz, żeby ten kociak umarł w twoich ramionach? Wylizuj go! — warknęła.
Ponownie wróciła do ogona kotki, czekając, aż wyłoni się kolejne kocie.
— Nie dotknę tego! — zaprotestował, unosząc jedną łapę ku piersi. — Ubrudzę sobie łapy! Niech…
Jednak czarno biały uczeń nie dokończył, ponieważ ogrodniczka skarciła go morderczym wzrokiem.
— Jak śmiesz tak do mnie mówić, ty głupia flądro! Będę robić z moimi kociakami, co mi się żywnie spodoba! — odpyskowała samotniczka. Po chwili z jej ciała zaczęło wydobywać się dziwne skwierczenie, a spod ogona wylała się ogromna fala krwi. Kolejne kocięta podała raz Narwanej Łapie i Ulewnemu Szkwałowi. Ciężko dysząc, spojrzała się na samotniczkę, nie wiedząc co robić. Komórki pękały jej od środka, więc jedyne co musiała zrobić to jakoś zatamować krwawienie.
— Ty! — krzyknęła w stronę Siwej Czapli. — Uciskaj jej klatkę piersiową, koło serca, delikatnie... A ty! — wskazała na Rysi Bór. — Zrób jej sztuczne oddychanie! Ja zajmę się podogoniem! Już, już, już! Walczymy o jej życie! — krzyknęła. Jednak biały wojownik stanął wryty jak słup soli, nie robiąc nic.
— Niech spróbuje! Nikt nie będzie mnie uciskał! — jęknęła. Nikt nie próbował jej pomóc, co znacznie jej utrudniało robotę. Kocicy również puściły nerwy, złapała się łapami za głowę, próbując chwilę pomyśleć.
— WAH! — warknęła wściekle. — Jeżeli wy nie potraficie tego zrobić, to ja to zrobię — wysyczała. Podbiegła do samotniczki, kucając przy jej pysku. Delikatnie otworzyła go łapami, po czym wzięła wielki oddech, który przekierowała do jej gardła.
— Wężyno! Zatamuj jej krew pod ogonem! Nie patrz się na mnie jak uczeń!
— Rysi Borze uciskaj, jakby twoje życie od tego zależało! Bo tak jest — wymruczała.
Ogrodniczka jęknęła, dalej robiąc sztuczne oddychanie.
— Zostawcie mnie, dajcie mi, chociaż godnie umrzeć, łajna — syknęła cicho. Przez moment milczała, obracając się w końcu ku swojemu tyłowi, gdzie leżały trzy małe ciałka.
— Nie oddam wam ich! — krzyknęła, gdy od szyjki najbliższego kocięcia dzieliły ją mysie długości. Kotka zostawiła ciężarną. Skoro nie chciała pomocy, to jej nie dostanie. Duma jej na to nie pozwalała? Co za tupet! Pierzasta Kołysanka obróciła się raz jeszcze do jej ogona, a pod nim wyłoniła się kolejna główka, a zaraz po tym ciałko. Pręgowana delikatnie wzięła kociaka za kark, po czym podała go Wężynie.
— Jak rzucisz go o ziemię, to kolejna egzekucja w obozie będzie twoja — syknęła.
Kolejne słabsze kocie podała do zszokowanego Rysiego Boru.
— Wylizuj! — miauknęła. A kolejne kocie sama musiała zabrać na łapy i językiem wylizywać ciałko. Jednak przed jej oczami przeleciał szybki cień, a kocie z jej łap nagle zniknęło.
— Ścierwo! Mówiłam, że masz je zostawić! — krzyknęła. Na szczęście już żadne kocie nie było przed jej pyskiem i nie mogła żadnego zranić, niestety ogrodniczka szybko przeliczyła się z jej własnymi słowami. Kiedy zdziczała matka wyrwała jej kociaka z łap, coś w nim chrupnęło. Maleństwo zmarło, przez pychę swojej własnej matki. Następnie samotniczka warknęła w stronę Rysiego Boru, odbierając mu kolejne kocię, które również przekręciło dziwnie główkę, a jego mały kark szybko się rozleciał. Szylkretka sapała, ale zagryzła zęby, chcąc rzucić się na Wężynowy Splot, która wylizywała kolejne maleństwo.
— Zabijesz kolejne kocie? Po moim trupie! — syknęła. Podrapała samotniczkę w bark, odciągając ja od Wężyny. Kocica chciała szarpnąć włóczęgę za futro, ale ta zwinnie uniknęła jej ataku. Jak była w stanie poruszać się, skoro ledwo żyła? Złe moce maczały w tym palce, ponieważ zdrowy kot nie dałby rady! Po uporczywej walce z wściekłą matką szylkretowa uczennica chwyciła ją za gardło i szybko ukróciła jej życie. Pierzasta Kołysanka westchnęła z ulgą, próbując analizować jakie straty poniosła. Trójka kociaków zginęła… Ogrodniczce udało się uratować tylko trójkę z nich… Trójkę z sześciu. To wydawało jej się obłędem i ogromną porażką. Miała się obwiniać? Nie, to przez tę okrutną lisicę, dwójka z nich nie dożyła następnego wschodu słońca. Zza pleców księżniczki wydobył się znajomy głos.
— Co się stało? — zapytała Mandarynkowa Gwiazda. — Wszyscy są cali? Gdzie jest Mysiomózga Łapa? — zaczęła pytać. – …Co to za kociaki?
— Złapaliśmy zbiegłą samotniczkę, której musiałam przeprowadzić poród. Na świat wyszło sześć kociąt, a jedynie trójka pozostała przy życiu. Matka stawiała opór mimo chęci pomocy, a teraz może znikać do czeluści mrocznej puszczy, tam, gdzie jej miejsce — syknęła, kopiąc zwłoki martwej włóczęgi. — Nie mieliśmy czasu, by wypytać ją, czy ma rodzinę albo inne znane jej koty w pobliżu — dokończyła. Ogrodniczka chwilę musiała pomyśleć, żeby śmierć trójki kociąt nie poszła na marne.
— Jednak zważając na jej tempo biegu, musiała biec do konkretnego punktu przed siebie, czyli do obozu. Poleciłabym przeszukać las, bo może okazać się, że znajdziemy to, czego szukamy. Zatem ja zabiorę dwójkę wojowników do noszenia ze mną kociąt, żeby nimi zajęły się medyczki, a my wezwalibyśmy więcej łap do pomocy — odparła po namyśle. Z wycieńczenia, srebrna upadła na śnieg.
— Na Klan Gwiazdy… To za dużo jak na jeden dzień — wysapała.
— WAH! — warknęła wściekle. — Jeżeli wy nie potraficie tego zrobić, to ja to zrobię — wysyczała. Podbiegła do samotniczki, kucając przy jej pysku. Delikatnie otworzyła go łapami, po czym wzięła wielki oddech, który przekierowała do jej gardła.
— Wężyno! Zatamuj jej krew pod ogonem! Nie patrz się na mnie jak uczeń!
— Rysi Borze uciskaj, jakby twoje życie od tego zależało! Bo tak jest — wymruczała.
Ogrodniczka jęknęła, dalej robiąc sztuczne oddychanie.
— Zostawcie mnie, dajcie mi, chociaż godnie umrzeć, łajna — syknęła cicho. Przez moment milczała, obracając się w końcu ku swojemu tyłowi, gdzie leżały trzy małe ciałka.
— Nie oddam wam ich! — krzyknęła, gdy od szyjki najbliższego kocięcia dzieliły ją mysie długości. Kotka zostawiła ciężarną. Skoro nie chciała pomocy, to jej nie dostanie. Duma jej na to nie pozwalała? Co za tupet! Pierzasta Kołysanka obróciła się raz jeszcze do jej ogona, a pod nim wyłoniła się kolejna główka, a zaraz po tym ciałko. Pręgowana delikatnie wzięła kociaka za kark, po czym podała go Wężynie.
— Jak rzucisz go o ziemię, to kolejna egzekucja w obozie będzie twoja — syknęła.
Kolejne słabsze kocie podała do zszokowanego Rysiego Boru.
— Wylizuj! — miauknęła. A kolejne kocie sama musiała zabrać na łapy i językiem wylizywać ciałko. Jednak przed jej oczami przeleciał szybki cień, a kocie z jej łap nagle zniknęło.
— Ścierwo! Mówiłam, że masz je zostawić! — krzyknęła. Na szczęście już żadne kocie nie było przed jej pyskiem i nie mogła żadnego zranić, niestety ogrodniczka szybko przeliczyła się z jej własnymi słowami. Kiedy zdziczała matka wyrwała jej kociaka z łap, coś w nim chrupnęło. Maleństwo zmarło, przez pychę swojej własnej matki. Następnie samotniczka warknęła w stronę Rysiego Boru, odbierając mu kolejne kocię, które również przekręciło dziwnie główkę, a jego mały kark szybko się rozleciał. Szylkretka sapała, ale zagryzła zęby, chcąc rzucić się na Wężynowy Splot, która wylizywała kolejne maleństwo.
— Zabijesz kolejne kocie? Po moim trupie! — syknęła. Podrapała samotniczkę w bark, odciągając ja od Wężyny. Kocica chciała szarpnąć włóczęgę za futro, ale ta zwinnie uniknęła jej ataku. Jak była w stanie poruszać się, skoro ledwo żyła? Złe moce maczały w tym palce, ponieważ zdrowy kot nie dałby rady! Po uporczywej walce z wściekłą matką szylkretowa uczennica chwyciła ją za gardło i szybko ukróciła jej życie. Pierzasta Kołysanka westchnęła z ulgą, próbując analizować jakie straty poniosła. Trójka kociaków zginęła… Ogrodniczce udało się uratować tylko trójkę z nich… Trójkę z sześciu. To wydawało jej się obłędem i ogromną porażką. Miała się obwiniać? Nie, to przez tę okrutną lisicę, dwójka z nich nie dożyła następnego wschodu słońca. Zza pleców księżniczki wydobył się znajomy głos.
— Co się stało? — zapytała Mandarynkowa Gwiazda. — Wszyscy są cali? Gdzie jest Mysiomózga Łapa? — zaczęła pytać. – …Co to za kociaki?
— Złapaliśmy zbiegłą samotniczkę, której musiałam przeprowadzić poród. Na świat wyszło sześć kociąt, a jedynie trójka pozostała przy życiu. Matka stawiała opór mimo chęci pomocy, a teraz może znikać do czeluści mrocznej puszczy, tam, gdzie jej miejsce — syknęła, kopiąc zwłoki martwej włóczęgi. — Nie mieliśmy czasu, by wypytać ją, czy ma rodzinę albo inne znane jej koty w pobliżu — dokończyła. Ogrodniczka chwilę musiała pomyśleć, żeby śmierć trójki kociąt nie poszła na marne.
— Jednak zważając na jej tempo biegu, musiała biec do konkretnego punktu przed siebie, czyli do obozu. Poleciłabym przeszukać las, bo może okazać się, że znajdziemy to, czego szukamy. Zatem ja zabiorę dwójkę wojowników do noszenia ze mną kociąt, żeby nimi zajęły się medyczki, a my wezwalibyśmy więcej łap do pomocy — odparła po namyśle. Z wycieńczenia, srebrna upadła na śnieg.
— Na Klan Gwiazdy… To za dużo jak na jeden dzień — wysapała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz