BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ćmia Łapa (KN2). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ćmia Łapa (KN2). Pokaż wszystkie posty

30 marca 2026

Od Ćmiego Mżenia

Kotka siedziała nad dziurą z jakąś breją w obozie.
— Poszarpane, zmielone liście... woda... — wymieniała. — Teraz tylko to przykryć...
Wzięła jakiś kawałek kory i przykryła dziurę. Wzięła leżącą obok niej rybę i zaczęła wybierać z niej samo mięso. Zdziwiony Szept, najwyraźniej jako jedyny w obozie to zauważył i podszedł do wojowniczki.
— Ciemko... co robisz?
— Jak to co? Złożoną piszczkę... taką lepszą... z dodatkami... NADPISZCZKĘ!
— Co to znaczy... — odsunął pokrywkę. — To są liście i woda...?
— I płoć! — dodała rybę do mieszaniny.
Nagle podeszła do nich Wężynowy Splot.
— Ćmie Mżenie, wisisz mi 15 piszczek, pamiętasz?
Kotka, zdezorientowana, nagle obudziła się w swoim legowisku. Klanie Gwiazdy... co to był za sen? To było zbyt absurdalne nawet jak na mnie...
Koty nadal odpoczywały. Był środek nocy. Postanowiła więc, że przejdzie się na spacer. Ostatnio zastanawiała się, kogo właściwie lubiła, jakie koty. Widziała to jako coś poważnego, mimo iż związki homoseksualne były powszechnie akceptowalne zarówno w klanie, jak i poza nim. Brakowało jej każdego z jej dzieciństwa, do kogo mogła pójść po radę. Z Trzcinką... Trzcinowym Szmerem dawno w sumie nie rozmawiały, to byłoby dziwne, gdyby nagle podeszła. Tak samo Wężynowy Splot. Jej matki nie żyły, a Różyczka...
Nadal rozpamiętywała śmierć Różyczki. Swoich mam oczywiście też, ale jej kocięca przyjaciółka zmarła jak była dopiero co mianowanym uczniem. Oczywistym było, że jej śmierć bardziej na nią wpłynęła.
Idąc tak przez obóz, rozmyślając, a raczej użalając się nad sobą, dostrzegła Szept – jej przyjaciela.
Podeszła delikatnie do kocura i przysiadła obok niego. Lubiła to, jak wyglądał. Nie wiedziała w sumie czemu. Tak samo zawsze podziwiała wygląd Wężynowego Splotu. Kocur nie wyglądał jak inni męscy członkowie klanu, miał delikatniejsze rysy pyska. Zdawało się, jakby Ćma dopiero ostatnio to zauważyła. Dotknęła delikatnie ogonem boku Szeptu, aby go nie wystraszyć.
— Cześć, Szept! — miauknęła cicho, ale entuzjastycznie.
— Ach! — ciche zaskoczenie wyrwało się z jego pyska. Obrócił głowę, aby zobaczyć, kto to był. — Wystraszyłaś mnie, Ciemko — szepnął z delikatnym uśmiechem, wtulając się w klatkę piersiową kotki z cichym pomrukiem zadowolenia. Po chwili jednak gwałtownie się odsunął. — P-przepraszam… Chyba nie powinienem tak robić… — spuścił swoją głowę i wbił wzrok w swoje łapy.
— Jest w porządku, lubię się przytulać! — przesunęła się w kierunku Szeptu. Kocur przez chwilę zamilkł, ale po chwili się przysunął z powrotem. Kotka cieszyła się, że mogła tak bez słów porozumieć się z kocurem i tym, że nie czuła się z nim tak niezręcznie, jak podczas rozmowy z innymi kotami.
— Szepcie... mogę ci się z czegoś zwierzyć? Znaczy... To trochę głupie, bo to nie jest jakoś bardzo nieakceptowalne czy coś... ale chcę o tym komuś powiedzieć... — przerwała i spojrzała w księżyc, który lśnił na niebie. — No bo... ja chyba lubię kotki. Jakby tylko kotki — zerknęła na Szept, który, przynajmniej według niej, nie wydawał się jakoś bardziej wzruszony. — To strasznie głupie, dosłownie byłam wychowywana przez parę kotek — zaśmiała się i zarzuciła swój puszysty ogon na łapy. — Dobra… to było głupie, wybacz.
Kocur na nią spojrzał i uśmiechnął się. Najpierw tak, jakby chciał powiedzieć, “wiem o tym, głuptasie”, ale po chwili zmienił się na nieco łagodniejszy.
— Bardzo się cieszę, że postanowiłaś mi się zwierzyć. Jeśli miałbym być szczery, od kiedy jesteśmy bliżej, jestem w stanie to zauważyć. Myślisz, że nie zauważyłem, jakim wzrokiem patrzyłaś na Wężynowy Splot? Czasem to aż sam się dziwiłem, że ona tego nie dostrzegała…
— Oh... tak, ma to sens... Klanie Gwiazdy! — kotka dopiero teraz zdała sobie z tego faktu sprawę. — Czemu ty jesteś taki spostrzegawczy? — szturchnęła go żartobliwie, na co on zachichotał.
Point spojrzał w taflę wody, która spokojnie biegła gdzieś dalej, gdzie jego wzrok z tego miejsca już nie sięgał. Kotka spojrzała tam, gdzie on. Woda tej nocy była piękna, delikatny blask księżyca odbijał się od delikatnych fal, które poruszały cieczą.
— Wiesz, że możesz mi powiedzieć absolutnie wszystko? Nie zacznę cię nagle nienawidzić, nie po tym wszystkim... — powiedziała to nieco dramatycznie, choć w jej głowie nie miało to tak zabrzmieć.
— Chciałbym, żeby było tak, jak mówisz… — nagle posmutniał, najwyraźniej nie zwracając na przesadną dramaturgię kotki.
— Możemy wyjść z obozu, jeśli nie chcesz mówić o tym tutaj — uśmiechnęła się do niego.
— Bardzo chętnie! — szepnął, jednak nie ruszył się ani o mysi wąs. Wpatrywał się chwilę w oczy przyjaciółki w całkowitej ciszy. — Wiesz, masz bardzo ładne oczy... Ich kolor przywodzi mi na myśl wczesne liście Pory Opadających Liści i bursztyny lśniące od ciepłych promieni słonecznych, które dosięgają ich nawet pod otchłanią wody… — nagle zamilkł, jakby nagle zdał sobie sprawę, że to powiedział na głos i zrobiło mu się głupio. — U-uh przepraszam, t-to nie miało sensu... Nie, ja.... Znaczy, nie uważam, że twoje oczy są brzydkie, bo są ładne, są bardzo ładne, ale nie mówię tego tak, że… że cię jakoś lubię czy coś — słowa z jego pyska niemal się wylewały, niczym powódź. — Po prostu… — przerwał, aby wziąć oddech i pospiesznie dodał. — To znaczy… lubię cię i to bardzo, bo to nie tak, że cię nie lubię, ale po prostu nie chcę nic sugerować- C-czy coś... Ugh, czemu nie mogę się normalnie wypowiedzieć! Przepraszam… — schował pysk w łapach, jakby chciał tym sposobem siebie uciszyć. Ćma spojrzała na niego pogodnie, jakby mógł zrobić najbardziej głupią rzecz na świecie i nadal by to nie wpłynęło na to, jak go postrzegała.
— Liście Pory Opadających Liści są piękne! Lubię ich kolor... Twoje oczy wyglądają jak czysta woda lśniąca na słońcu... pasują do koloru twoich pręg... o ile ma to sens — zachichotała i przysunęła się bliżej.
Delikatnie wysunął swój pysk spomiędzy łap, czując, jak wojowniczka się przybliża.
— Dziękuję, Ciemko... — wymruczał, przymykając oczy podczas wtulania się w jej mięciutkie, liliowe futro. — Dla mnie każde słowo wypowiedziane przez ciebie ma sens... — dodał, kiedy kotka owinęła go swoim długim ogonem.
Przez czas dłuższy czas siedzieli tak razem w przyjemnej ciszy. Wojowniczka rozejrzała się po obozie. Liście na krzewach nadal były zielonkawe. Pora Opadających Liści dopiero się zaczęła. Lubiła ją, ale wolała tę środkową część, kiedy liście zmieniały kolor. Cieszyła się, że Szept porównał jej oczy do krajobrazu Pory Opadających Liści, poczuła się wtedy piękna.
— Co powiemy kotu, który pilnuje tej nocy obozu? — spytał ogrodnik, przerywając ciszę.
— Powiedzmy po prostu, że chcemy wyjść na spacer. Dzisiaj na warcie stoi... Kropiatkowa Skórka? O ile dobrze pamiętam. Nie powinna mieć problemu.
Chwilę jeszcze siedzieli, zanim wstali. Nie spieszyli się. Jakby oboje ustalili, że chcą jeszcze chwilkę nacieszyć się momentem. W końcu wstali. Obóz był cichy. Ćma dawno nie chodziła po obozie nocą, nie była przyzwyczajona do takiego widoku, jak żywego za dnia obozu. Szeptowi zdawało się częściej to zdarzać. Było przyjemnie zimno.
Gdy tak szli, obok bramy obozu Ćma dostrzegła długie futro otulające pysk wartownika, co od razu zdradziło, że była to Kropiatkowa Skórka. Kotka wydawała się na początku zaskoczona, że ktoś podchodzi, ale widząc Szept, od razu uśmiechnęła się lekko. Spojrzała lekko zaskoczona na szylkretkę.
— Cześć, Szepcząca Hipnozo, cześć, Ćmie Mżenie — przywitała się. — Gdzie idziecie?
— Idziemy na spacer — odpowiedziała liliowa kotka. — Możemy iść?
— Jasne, tylko wróćcie szybko, dobrze?
Oboje kiwnęli głową i wyszli z obozu. Wojowniczka zastanowiła się chwilę, gdzie mogą iść.
— Możemy pójść nad brzeg morza albo gdzieś gdzie nie jest tak chłodno. Gdzie chcesz iść? — zapytała Szept.
— Pójście nad morze byłoby fajne, ale trochę boję się tych mew... Przecież jedna z nich zaatakowała medyczkę Klanu Klifu... Biedna... Współczuję Nocniakom, które ją znalazły. Czy w tym patrolu nie uczestniczyła przypadkiem Mżący Przelot?
— Pewnie tak, ale nie myślmy o tym...
— Może przeszlibyśmy się na jakąś łąkę? Znasz jakąś dobrą miejscówkę? — zaproponował.
Kotka zastanowiła się chwilę. W sumie to nie znała żadnego. Po prostu lubiła tam przebywać, w każdym jej skrawku.
— Nie, ale gdziekolwiek pójdziemy, będzie dobrze! — spojrzała na pointa, który najwyraźniej nadal myślał.
— Wiem! — miauknął w końcu. — Chodź za mną.
Dotarli na miejsce na łące, gdzie jeszcze ostały się kwiaty. Wśród tych wszystkich kwiatów, szczególnie rzuciły jej się w oczy fiołki, które miały piękny, fioletowy kolor.
— Oh, spójrz, jakie piękne fiołki! Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że do nas pasują... nie uważasz? Musimy je sobie kiedyś wpleść w futro!
Szept się uśmiechnął, ale wydawał się trochę spięty tym, co chciał wyznać Ćmie.
— Tak, też uważam, że są śliczne... Moglibyśmy zrobić to nawet teraz! J-jeśli tylko — zająknął się. — Byś chciała. A-ale to zaraz, bo... No, mam dwie rzeczy, które chciałbym z tobą omówić. Tą lepszą i tą... Gorszą... Tak więc... J-ja nie wiem... Nie wiem, od czego zacząć…
— Hm... Może zacznij od tej gorszej, to później będziesz miał z górki! — miauknęła, zrywając fiołki, aby je przygotować do wplecenia. — Wiesz, nie ma dobrych i złych wiadomości, są tylko bardziej i mniej emocjonalne, wiesz?
— Co masz na myśli? — spytał nieco zdziwiony kocur.
— No wiesz, nasze szczęście może być dla kogoś nieszczęściem i odwrotnie. Każda emocja może być negatywna albo pozytywna, tak samo jest z dobrem czy złem. Zabijanie jest złe, ale sami zabijamy zwierzynę, aby mieć co jeść — przerwała, aby skontrolować fiołka. — Co nie znaczy oczywiście, że nagle zacznę zabijać każdego, kogo zobaczę. Po prostu nie warto wszystkiego widzieć jedynie w czerni i bieli — zamilkła na chwilę. — W mojej perspektywie zawsze będziesz dobry, tak samo twoje słowa i zachowania — zamruczała.
— Dzi-dziękuje, Ciemko... Tw-twoje słowa... One bardzo wiele dla mnie znaczą — szepnął. — Wiesz, Ciemko... Jesteś najbliższą mi kotką albo nie, najbliższym kotem, jakiego kiedykolwiek miałem. Mam nadzieję, że tak pozostanie już zawsze — uśmiechnął się, ale po chwili uśmiech osłabł. — N-no dobrze… no bo wiesz… ostatnio zacząłem się trochę czuć nieswojo, kiedy mówię o sobie…
— To znaczy?
— No bo... Wiesz, czasem mnie mylono z kotką i… — nie dokończył.
— Oh, czy to zawsze sprawiało, że czułeś się nieswój?
Szept wbił wzrok w swoje łapy. Po chwili ciszy, w końcu zebrał się, aby odpowiedzieć.
— W-wręcz przeciwnie… wiesz, zastanawiałem się, czy to tak nie powinno być...? Czy to przypadkiem nie pasuje do mnie…? Czy nie jestem może… — zamilknął.
— Jesteś może? — zachęciła go.
— …kotką… — wyszeptał ledwo słyszalnie.
— Kotką? — zapytała się, aby się upewnić.
— Tak… mam nadzieję… że nadal chcesz ze mną rozmawiać…
— Oh, rzeczywiście… zawsze czułeś… czułaś...? Się nieswojo, kiedy o tobie mówiłam jako o kocurze… przepraszam cię… — wtuliła się w kocura… właściwie kotkę.
— Ja… nic się nie stało… — zamruczała na wtulenie się kotki.
— Mam pytanie.
— T-tak...? — wyszeptała.
— Czy mogę na ciebie nadal mówić Szept…?
Ogrodniczka na chwilę zamilkła.
— Myślę... Myślę, że lepiej będzie do mnie pasować “Hipnozka”... co o tym sądzisz?
— Oh... to piękne imię! Znaczy... Zdrobnienie… ale wiesz… — biała kotka kiwnęła na znak porozumienia.
Siedziały chwilę w ciszy. Hipnozka najwyraźniej jeszcze zbierała się po całym stresie, który ją kosztował, aby to wyznać. Ćma za to wpatrywała się w przyjaciółkę, powtarzając sobie w głowie przykładowe konwersacje, aby na pewno nie pomylić formy, w jakiej się do niej zwróci w przyszłości.
— Czym… czym była ta druga rzecz…? — przerwała ciszę lilijka.
— Oh…
— Wiesz, po tym, co udało ci się mi wyznać, na pewno dasz sobie radę! — w odpowiedzi druga kotka wzięła głęboki wdech.
— Wiesz… bo ja cię bardzo lubię…
— Ja też cię lubię!
— Ale... tak bardziej… wiesz... jakby… — spojrzała na szylkretkę w nadziei, że zrozumie, co ma na myśli, ale ta zamiast tego wpatrywała się w nią, czekając na odpowiedź. Sama bała się zgadnąć, co ma na myśli, bo bała się, że palnie coś głupiego. — Silne… emocje… pozytywne... wiesz…
— … Miłość…? — spytała niepewnie wojowniczka.
Hipnozka na nią spojrzała, jakby to oznaczało "tak", ale trudno było jej się przyznać do tego.
Ćma nagle poczuła, że jej poliki robiły się dziwnie ciepłe.
— Oh… ja.. Ja chyba też to czuję… znaczy… — przerwała i wzięła oddech. — Też cię kocham. Miałam na myśli, że chyba już wcześniej to czułam, ale po prostu to ignorowałam… jeśli ma to sens…
— Oczywiście, że ma!
— Chcesz wpleść te fiołki?
— …Tak — szepnęła.
Szylkretka ją liznęła po uchu, na co ta zamruczała.

18 marca 2026

Od Ćmiego Mżenia

Było południe. Reszta kotów wygrzewała się w słońcu, podczas gdy Ćmie Mżenie chodziła po krzakach w poszukiwaniu nowych znalezisk. Niedawno zaczęła składować modliszki i niektóre liście gdzieś na granicy obozu. Nadal pamiętała o “L.I.Ś.C.I.E.”, mimo że już od dawna nie widziała Śniącej Łapy. Robiła też z jagód znaki gwiazd na kłodzie postawionej jako tło składowiska. W skrócie głównie chodziło o to, żeby zakłopotać kogokolwiek, kto kiedyś znajdzie to coś. Właśnie znalazła kolejną modliszkę, tym razem z odciętą głową. Wzięła ją w pysk i położyła obok drugiej, bezgłowej modliszki na kawałku drewna. Spojrzała na całą konstrukcję.
— Hm… czegoś tu brakuje… — w końcu stwierdziła po długim wpatrywaniu się. Udała się więc w stronę rzeki po kamień. Już dobrze wiedziała jaki. Szukała kamienia o niebieskawym zabarwieniu. Podeszła do szklistej wody, przeszukując dno. Były tam głównie szare otoczaki, większość ładnych kamieni już wybrała. Gdy grzebała tak w kamieniach, ktoś do niej podszedł.
— Hejka! — to był Szepcząca Hipnoza. — Co robisz?
— Och, hejka, Szept! Szukam kamienia…
Po chwili ciszy kocur postanowił dopytać:
— … Jakiego kamienia? Może pomogę ci szukać — po czym nachylił się nad taflą wody, obok wojowniczki.
— Szukam ciemno-niebiesko-zielonego kamienia, musi być konkretnie taki kolor. Chodzi o taki kolor zglonionego dna wody, wiesz, o co mi chodzi?
Ogrodnik w odpowiedzi kiwnął głową.
— Nie widzę tutaj żadnego — wyprostował się i dodał. — Nie masz przypadkiem takiego w legowisku?
Szept dosyć dokładnie znał kolekcję Ćmy, ponieważ z każdym nowym zbiorem kotka się mu chwaliła całą kolekcją.
— Masz rację, pójdziesz ze mną do legowiska po niego? — wyjęła łapy z wody i je otrzepała.
— Pewnie.
Poszli do obozu, a tam do legowiska wojowników. W nim wylegiwał się Rozpromieniony Skowronek. Widząc Ćmę wchodzącą do legowiska razem z Szeptem, od razu zapytał:
— Och, przyszłaś donieść swoje graty ze swoim chłoptasiem?
Szept przesunął łapą po ziemi, jakby nieswój, a Ćma odpowiedziała:
— To nie mój chłopak. Poza tym to nie są graty, tylko moja prywatna kolekcja owadów i ładnych kamieni.
— Kiedykolwiek się ci się przydały?
— Ha! Akurat przyszliśmy po kamień, który jest mi bardzo potrzebny.
— Tak, tak… — stwierdził nieprzekonany. Tak naprawdę po prostu nie znał prawdziwej wartości znalezionego na ziemi robaka, który był zdeptany osiem razy czy brudnego kamienia wykopanego z miękkiego brzegu rzeki.
Wyszli z legowiska. Na zewnątrz Ćma zwróciła uwagę na kociaki w żłobku.
— Hej, może potem zajrzymy do kociaków? — zapytała.
— Jasne, ale najpierw donieśmy ten kamień — odparł Szept.
Dotarli do tej… bardzo kwestionowanej konstrukcji. Malunki, modliszki, modliszki bez głowy, leżące trzmiele…
— Ciemko…? Co to jest? — zapytał się, poważnie zastanawiając się, jakie decyzje doprowadziły do powstania tego.
— To jest… składowisko modliszek i innych...
— Czemu tu są jakieś malunki?
— Spójrz — wskazała na kawałek drewna, na którym były największe malunki. — To jest gwiazda, a to — wskazała niżej. — Oko. Czemu oko? Ponieważ Gwiezdni nas cały czas bacznie obserwują.
— Co…
— Modliszki są wysłannikami Gwiezdnych, Szept. Pamiętaj. Pomyśl o tym, modliszki zawsze znajdujesz w jakichś dziwnych miejscach, obserwujących Cię.
— Obserwujących mnie miejscach czy modliszek…?
— Oba.
— To… ciekawe pojęcie, Ćmo — Szepcząca Hipnoza odparł zakłopotany, ale mimo wszystko zaintrygowany.
— Nie uważasz, że byłoby to ciekawe jakby rzeczywiście tak było? — polizała swoją pierś. — Ej…
— Hm?
— A co gdybyśmy to opowiadali kociakom? Wiesz jak te historie ze żłobka o ptakach i umaszczeniach…
— Jakich…?
No tak, Szept nie wychowywał się w klanie, mógł nie znać tej opowieści.
— Chodzi o historię o pochodzeniu umaszczeń. Na przykład białe koty były skrawkami nieba, a liliowe pochodziły od pąków rozkwitających roślin.
— Och, rozumiem.
— Chodźmy naopowiadać dziwnych historii kociakom.
— Nie wiem, czy to dobry… — nie dokończył, bo Ćmie Mżenie już zaczęła iść w stronę obozu szybkim tempem.
Weszli do żłobka. Były tam trojaczki – Szkwał, Szafirek i Lawenda, oraz jedynaczka – Lilia. Wyglądało na to, że kociaki się dogadywały.
— Widlik! — zawołała Lawenda. — Nudzi mi się… — Złocisty Widlik spojrzał na Szepta i Ćmę, mając nadzieję, że tym razem będzie mógł zrzucić na nich zabawianie kociaków.
— Spójrz — wskazał na przybyszy. — Na pewno Ćmie Mżenie coś ci ciekawego opowie!
— Z wielką chęcią — odparła wojowniczka. — Chodźcie tutaj…
Kociaki podeszły do niej, a ona zaczęła coś rysować w ziemi.
— Powiedzcie mi, kociaki, znacie opowieść o maściach kotów?
— Nie, nie znamy! — odpowiedziały chórem.
— … Och, naprawdę? Nic się nie stało, z chęcią wam opowiem. Wiedzieliście o tym, że umaszczenie kota ukazuje, skąd pochodzi? Na początku wszystkiego, kiedy nawet kamieni nie było, panowała jedynie ciemność. Dopiero chęć istnienia Pierwotnych sprawiła, że niebo zaczęło migać, a potem się kruszyć. Z ciemnego nieba powstały czarne koty, a z najjaśniejszych gwiazd białe. Z księżyca i reszty gwiazd powstały srebrne koty…
— Och, a moja? — spytała Lawenda.
— I moja! — dodała Lilia.
— Nasze umaszczenie powstało z pąków kwiatów! Poza tym, wiecie, jak możemy nazwać szylkretowe koty?
— Szylkretki? — zapytała Szafirek.
— Dokładnie, a liliowe?
— … Chyba nie ma na to słowa… — stwierdził Szkwał.
— Otóż jest, lilijki!
— Och… — odpowiedziały kocięta, jakby zrozumiały tajemnice Gwiezdnych.
— A moje umaszczenie? — spytała Szafirek.
— Powstałyśmy w wyniku wymieszania innych umaszczeń, a rudy kolor pochodzi od promieni słonecznych.
Szkwał i Lawenda spojrzeli zakłopotani na swoją siostrę.
— Chwila… dlaczego my nie jesteśmy szylkretowi w takim razie?
— Nie pochodzicie bezpośrednio od kwiatów, wody, czy promieni słonecznych, głuptasy! Każdego kota przynosi inny gatunek ptaka, podobny do kocięcia.
— Wody…? — zapytało któreś kocię.
— Nie wspomniałam, że niebieskie koty pochodzą z wód…? — spojrzała zakłopotana na Szepta, na co ten pokiwał głową. — Och... to wybaczcie, ale tak, niebieski kolor pochodzi od wód takich, jak morze, czy jezioro.
Ćma zaczęła coś rysować w ziemi.
— Widzieliście kiedyś modliszkę? — spytała w końcu.
Kociaki pokiwały głową.
— Prawda, że zawsze was obserwowały tym przenikliwym wzrokiem?
— Wyglądają, jakby chciały mi zabrać moją kolekcję łusek… — przyznał w końcu Szkwał.
— Wiedzieliście o tym, że modliszki są wysłannikami Gwiezdnych? Mają długie kończyny, które mogą podnosić w górę, w stronę Gwiezdnych, aby im złożyć sprawozdanie z tego, jak się mamy i ewentualnie czego potrzebujemy.
Wszystkie kociaki pokiwały głowami z uznaniem. Widlik zamiast tego patrzył na Ćmę, jakby była nawiedzona.
— Dobrze… chcecie porysować? — spytała kotka, tym samym kończąc swoje “nauki”... przynajmniej na razie.
Narysowała modliszkę a nad nią oko i gwiazdy. Pod nimi zaś ćmę, wir, widlika, lawendę, lilię, szafirek i wiatr.
— Co to? — zapytała Szafirek, skrobiąc obok swoje malunki.
— To my, ale w bardziej symbolicznej formie, bo nie umiem rysować kotów…
— Mogę ja narysować koty! — zawołała Szafirek.

W nocy

Ćma rozmyślała nad tym, czy wszystko, co robi, zostało zaplanowane przez Gwiezdnych. Czy to wszystko miało głębszy sens? Nic nie dzieje się bez powodu — pomyślała. Wszyscy powinniśmy dziękować Gwiezdnym za każdy dzień…
Zastanawiała się też, dlaczego właściwie tak bardzo się przejmuje opinią Szepta. W końcu nie miała czegoś takiego w stosunku do innych kotów… Zauważyła też, że Szept ostatnio robił się trochę nieswój, na niektóre słowa. Na przykład jak wspominała o nim, że “on zrobił coś”... może wolał, żeby referować do niego tylko imieniem? Dlaczego cały czas myślała o Szepcie… na pewno się nie zakochała, oj nie. Jest certyfikowaną lesbijką…
Rano, kolejnego popołudnia podeszła do Szepta który akurat wybierał coś ze stosu zwierzyny.
— Hejka, Szept…
— Co tam? — spytał.
— Mam pomysł! Zróbmy sobie pasujące do siebie malunki na futrze i w końcu ustalmy jakie kwiatki chcemy mieć wplecione w futro!
— Czy malunków nie ma tylko rodzina królewska…?
— Zrobimy niebieskie malunki!
— … Z czego niby?
— Coś się wymyśli… najwyżej zrobimy fioletowe…

29 grudnia 2025

Od Ćmiej Łapy (Ćmiego Mżenia) CD. Szepczącej Łapy (Szepczącej Hipnozy)

Dzień był piękny i słoneczny. Ćmia Łapa niosła w pysku żółte kwiaty. Gdy szła przez obóz, podleciał do niej trzmiel i usiadł jej na pysku, po czym odleciał. W oddali bawiły się Różyczka i Trzcinka. Ćmia Łapa była szczęśliwa, ponieważ za niedługo one też zostaną uczennicami. Sama była uczennicą dopiero od księżyca. Już miała podejść do kotek, kiedy woda zalała obóz. Fale wlewały się do środka, a na nich unosiły się koty próbujące płynąć do jaworu, na którym chwilę później się znalazła. Nagle dostrzegła Różyczkę, którą widziała tylko przez uderzenie serca, bo zaraz zniknęła pod powierzchnią wody.
— Różyczka!
Obudziła się, z krzykiem. Na dworze jeszcze nie świtało.
To był sen.
Tylko sen.
— Kim jest Różyczka? — odezwał się znajomy głos. Ćma aż podskoczyła, żeby zobaczyć, że to tylko Szepcząca Hipnoza. Co on robił tak wcześnie?
— Czemu nie śpisz? — zapytała uczennica.
— Nie mogę zasnąć... — Kocurek zmienił pozycję, teraz leżąc na wszystkich czterech łapach. — Kim jest Różyczka? — powtórzył pytanie.
— Och… to była moja przyjaciółka, zginęła w powodzi. — Jej oczy zamgliły się smutkiem.
“Naprawdę miałam nadzieję, że spędzimy całe życie razem… że może nawet będziemy kiedyś razem, a nawet nie dożyła mianowania…” — położyła po sobie uszy na tę myśl. Tymczasem oczy Szepczącej Hipnozy ogarnął smutek i troska.
— Ojejku, to naprawdę smutne… jestem pewien, że była wspaniałą kotką…
Ćmia Łapa kiwnęła głową, nie odpowiadając. Nie, żeby zbyć przyjaciela, po prostu nie wiedziała co powiedzieć. Nigdy nikomu nie mówiła, że nadal jej się czasem śni Różyczka. Spojrzała na swoją pokaźną kolekcję drobiazgów, które udało jej się uzbierać przez ponad 16 księżyców życia i na kamień, na którym były podpisy jej, Szepczącej Hipnozy i Niezapominajkowej Łapy.
“Jesteśmy przyjaciółmi” — pomyślała z uśmiechem.
— Mam nadzieję, że za niedługo zostanę wojowniczką… — zagadała Szepczącą Hipnozę, który wyglądał, jakby nie spał przez parę księżyców.
— Jestem pewien, że zostaniesz nią lada dzień! — uśmiechnął się.
Gdy słońce wzeszło, Latająca Ryba zawołała Ćmę do siebie.
— Ćmia Łapo, nie możesz dłużej mieszkać w legowisku uczniów. Jeszcze chwila, a będą ci kazać płacić piszczką za jeden dzień mieszkania tam!
— Czy to znaczy, że za niedługo będę miała test? — zachwyciła się Ćma. W końcu!
— Tak, a tak konkretniej dzisiaj. Twoim zadaniem będzie polowanie, a ja będę cię obserwować z oddali, jak sobie radzisz. Na podstawie tego uznam, czy w końcu zasłużyłaś na miano wojowniczki. — Na tę uwagę Ćmia Łapa położyła po sobie uszy. — Tak czy inaczej, zbieraj się, wychodzimy.
Ćmia Łapa wyszła, udając się na brzeg, by tam zapolować na ryby.
“Wypatruj, wyłów, szybko zabij” — powtarzała sobie w głowie.
Udało jej się złapać już jednego okonia. Pomyślała, że zwykły okoń nie wystarczy, więc postanowiła poczekać na coś jeszcze. W końcu podpłynęła następna ryba. Kolejny okoń… chociaż? Chyba dostrzegła na nim nie pręgi, a plamki. Szybko zanurzyła łapę w wodzie, łowiąc rybę… na której się poślizgnęła i wpadła pyskiem do wody, przy okazji się zachłystując! Co za upokorzenie!
Szybko się podniosła i obejrzała swoją zdobycz. Miała rację, to jazgarz, a nie okoń! Cieszyła się jak kociak na to, że po raz pierwszy złapała jakąś niepopularną zdobycz. Zabrała obie piszczki w pysk i ruszyła w kierunku obozu. Gdy wróciła, zauważyła, że cały czas szła za nią jej mentorka.
— Jak mi poszło? — zapytała uczennica od razu, kiedy ją dostrzegła.
— Dobrze, jutro zostaniesz mianowana.
— Jej! — ucieszyła się jak kociak.
Ćma cieszyła się w duchu, że nic nie wspomniała o jej poślizgnięciu się. Na myśl o tym, przypomniała sobie, jak podczas pierwszej nauki pływania ryba po prostu ją wepchnęła do wody, jakby chciała powiedzieć: “Leć, łajno nie pływa!”.
Pobiegła do legowiska uczniów, w którym był Szept.
— Szept! Jutro zostanę mianowana! — zawołała w przejściu.
— Och, naprawdę? — Oczy kocurka błysnęły. — To super!
— Ciekawe, jakie imię dostanę... Może Ćmi Świt... albo coś innego, na przykład ś… ś… śreżoga…
Point spojrzał na nią pytająco
— Takie słowo istnieje? — spytał w końcu.
— Nie, ale fajnie, gdyby istniało, nie? A ty? Jak myślisz, jakie imię mogę dostać?
— To nie ma sensu… — wyszeptał do siebie, a na głos powiedział:
— Hm, może Ćmi Brzask? Albo Ćmia Poświata… nie wiem.
— Ćmi Brzask bardzo mi się podoba! Ale w sumie każde imię będzie mi się podobać, więc…
Szepcząca Hipnoza zachichotał.

***

Następnego dnia

Ćmia Łapa siedziała rano w obozie, wiedząc, że zaraz będzie jej ceremonia. Teraz tylko czekała, aż Mandarynkowa Gwiazda zwoła zebranie klanu. W końcu liderka wyszła z legowiska i zwołała zebranie.
— Teraz ja! — wyszeptała do Szepczącej Hipnozy.
— Ćmia Łapo, podejdź tutaj — zawołała do uczennicy. Ćma niezgrabnie podeszła do przywódczyni, przy okazji po drodze się potykając.
— Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódczyni Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Ćmia Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Ćma nie mogła w to uwierzyć. W końcu! Bez wahania odpowiedziała:
— Przysięgam.
— Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Ćmia Łapo, od tej pory będziesz znana jako Ćmie Mżenie. Klan Gwiazdy ceni twoją niewątpliwą kreatywność i lojalność oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy!
— Ćmie Mżenie! Ćmie Mżenie
To był chyba najlepszy... przynajmniej dotychczas… dzień w życiu Ćmiego Mżenia. Uwielbiała to imię!
Na czuwaniu zamyśliła się na temat wszystkich, których już nigdy nie spotka. Którzy odeszli.
“Może tak miało być?” — pomyślała. “Jeśli Klan Gwiazdy o nas dba, dlaczego do tego dopuścił?” — zastanawiała się w myślach. Może tak naprawdę nie mamy wpływu na nasz los, a więc prośby do Gwiezdnych były bezcelowe, bo cała historia została zaplanowana, zanim powstały jeszcze kamienie? Od dawna się zastanawiała, w co i czy w ogóle wierzy, ale chyba już zdecydowała. Jedyne, po co będzie się zwracać do swoich Przodków, to podziękowanie za zaplanowanie jej takiego losu.
Postara się tego trzymać. Już zawsze.

***

Po czuwaniu

Ćmie Mżenie poszła do legowiska uczniów, żeby zabrać swoje drobiazgi, których było trochę dużo. Jakieś kamyczki, piórka, owady, te okrągłe cosie z poszarpanymi brzegami… och! No i najważniejsze dwa: bursztyn z ćmą od Szepta oraz coś, co wyglądało trochę jak bursztyn, ale było bardziej przejrzyste i zielone. Jak ona miała to wszystko przenieść sama?
— Hej, Szept, pomożesz mi to przenieść?
— Pewnie, Ćmo. Raczej nie masz tego zbyt… ILE? — Patrzył z niedowierzaniem i lekkim podziwem ile udało się zebrać i przede wszystkim ukryć pod posłaniem wojowniczce.

<Szept?>

11 października 2025

Od Ćmiej Łapy

Ćmia Łapa szła wzdłuż rozgałęzionych drzew. Czuła się niepewnie. Miała wrażenie, jakby każdy jej patrol z Latającą Rybą miał być potencjalną oceną. Skupiła się na zapachach. Po paru uderzeniach serca wyczuła drozda. Rozejrzała się za ptakiem i ujrzała go wśród gałęzi drzewa. Powoli zakradła się do niego, wspinając się po korze, najciszej jak potrafiła. W końcu dotarła do gałęzi, na której siedział ptak. Oceniła, czy gałąź jest na tyle gruba, żeby ją utrzymać. Była. Napięła mięśnie i skoczyła. Zwierzę próbowało się wyrwać, ale uczennica szybko ukróciła jego próby jednym ugryzieniem w kark.

***

Jakiś czas później, w obozie

Ćma trzymała pod łapami czarny kamień w kolorze futra Niezapominajkowej Łapy. Odkąd tylko go zobaczyła, wiedziała, że jej go podaruje. Poza tym jeszcze nie dawała kotce żadnych kamieni. Jakiś czas później ujrzała uczennicę wchodzącą do obozu.
“Jak do niej zagadać, żeby wyszło sensownie?” – z jakiegoś powodu, stresowała się, że kotka pomyśli, że jest jakaś dziwna, jeśli po prostu da jej kamień. Przyglądała się chwilę niebieskim kwiatom wplecionym w jej piękne, długie futro. Ostatnio zaczęła zwracać na nie większą uwagę. “Jakim cudem jest takie zadbane?” – zastanawiała się. Nie umknęła jej uwadze również budowa kotki – była inna, miała większe uszy, wydłużoną sylwetkę i cieńsze łapy. Choć niektórzy uważali to za dziwne, Ćmie się to nawet podobało.
— Hej, Niezapominajkowa Łapo! — zawołała do kotki.
— Hm? — uczennica odwróciła się do szylkretki. — Co tam?
— Mam coś dla ciebie — położyła kamień przed kotką. Czemu się tak stresowała? Przecież to nie pierwszy raz, kiedy daje komuś kamień. “Mogłam przewiązać go jeszcze niezapominajką... “ – pomyślała. — Spójrz! Ten kamień jest dokładnie koloru twojego futra! I ma biały, zupełnie jak ty! — wskazała łapą na białą plamę znaczącą ciemnoszarą powierzchnię.
— Jest cudny! Dziękuję! — powiedziała, biorąc kamień do pyska. — Ja ten... muszę iść, do zobaczenia później!
— Ach... jasne, spoko! Do zobaczenia! — powiedziała Ćma, choć trochę język jej się plątał. “Jasne, spoko? Przecież nie potrzebuje twojego pozwolenia, żeby gdzieś iść, ty rybi móżdżku! Dlaczego ładne kotki są tak onieśmielające?“ – zastanawiała się.
Czy to możliwe, że lubiła kotki, a nie kocury? W sumie jej mamy też lubią kotki... w sensie siebie nawzajem...
Musiała z kimś o tym pogadać.

***

Wieczorem

Wstała z posłania, przeciągając się. Wyszła z legowiska i ujrzała swoją siostrę – Krewetkową Łapę.
— Krewetko! — Podeszła do kotki. — Jak się masz? Ostatnio nie miałyśmy czasu pogadać.
— Och... dobrze, jak idzie twój trening? — powiedziała, po czym polizała się po piersi.
— Dobrze, chyba za niedługo mam mianowanie! — Spojrzała w gwiazdy. — Czy zaraz nie będą nam kazać iść spać?
— Pewnie tak... — Krewetka zaczęła rysować w piasku. — Ale na razie możemy nacieszyć się nocnym powietrzem.
Ćmia Łapa chwilę patrzyła w niebo.
— Ciekawe czy nasi przodkowie na nas patrzą i teraz nas oceniają. Zastanawiałaś się kiedyś, jak to jest, że większość kotów zakłada, że znajdziemy sobie partnera? W sensie, z góry zakładają, że to kocur.
— No w sumie... albo co jeśli ktoś nie chce partnera? Brak partnera wydaje się taką jakby... porażką życiową, nie?
— Chyba że jest się medykiem.
— Chyba że jest się medykiem — powtórzyła.
— Czy myślisz, że... bycie kotką i lubienie kotek to coś dziwnego, innego...?
— Hm... — Spojrzała na migoczące punkty. — Wiesz, jeden Gwiezdny powie tak, a inny powie nie...
Ćma parsknęła śmiechem. Kotewka tak zawsze odpowiadała, gdy zadawała jakieś kompletnie bezsensowne czy głupie pytania.
— A czemu pytasz...? — zapytała zaintrygowana.
— Bo... być może... — Ćma nerwowo zaczęła przesuwać pazurem po piasku. — Ale tylko być może! — powtórzyła szybko. — Uważam jedną kotkę za wyjątkowo ładną…
— Och! — Krewetka spojrzała na siostrę trochę zaskoczona. — Wiesz, nie sądzę, żeby to było dziwne czy coś. W końcu patrz, nasze mamy się kochają nawzajem i raczej nikt tego nie kwestionuje, co nie?
— Pewnie masz rację… — Spojrzała na piasek. Krewetkowa Łapa narysowała dwie kocie sylwetki – jedna z nich miała niby-czułki. — Och, to my! Ale super!
— Dzięki! — Krewetka zobiła miejsce obok kocich sylwetek na kolejny rysunek — A kto ci się BYĆ MOŻE podoba? — dopytywała.
— Nikt taki... Ona ledwie wie o moim istnieniu... może później ci powiem.
— Och, okej.
Kotka wydawała się trochę zawiedziona, ale znała siostrę na tyle, żeby wiedzieć, że jeśli będzie naciskać, to niczego się nie dowie. Łatwiej było poczekać, aż sama będzie MUSIAŁA o tym powiedzieć, co zazwyczaj następowało dosyć szybko. Kiedyś Ćmia Łapa zjadła jeden z kwiatów, które przyniosła Kotewkowy Powiew, przez co czuła się tak winna, że w końcu sama jej o tym powiedziała. Ogólnie szylkretka nie lubiła komuś udzielać szczątkowych informacji, bo sama nienawidziła czegoś nie wiedzieć.
Między kotkami nastała cisza. Ćma, chcąc ją jakoś przełamać, powiedziała:
— Hej mała, mogę być twoja, no chodź. Widzisz te gwiazdy? — przerwała i teatralnie spojrzała w niebo, a potem na siostrę, która próbowała się nie roześmiać. — Przy tobie to płoć. — To zdanie wypowiedziała z udawaną, przesadną pewnością siebie.
— Skąd ty bierzesz te teksty? — zapytała Krewetka, chichocząc.
— Szczerze? Nie mam zielonego pojęcia.
Kotki tak siedziały jeszcze chwilę, po czym zostały zagonione do snu.

[787 słów + wspinanie się po drzewach]

[przyznano 16% + 5%]

09 października 2025

Od Ćmiej Łapy do Niezapominajkowej Łapy i Szepczącej Łapy

Ćmia Łapa siedziała w obozie, czekając na trening. Obóz był już niemal odbudowany, choć zostało jeszcze parę zadań do wykonania. Obserwowała wojowników wychodzących na patrole. W końcu podeszła do niej Latająca Ryba.
— Chodź, pójdziemy na patrol łowiecki — miauknęła, po czym obie wyszły z obozu. Postanowiła zapolować na ryby.
— Pójdę złowić jakieś ryby — zameldowała mentorce.
— Dobrze. Ja pójdę tam — wskazała w stronę krzewów. — Poradzisz sobie?
— Oczywiście — odpowiedziała i poszła nad brzeg rzeki. Po drodze wymieniała w głowie ryby, które znała. Okonie, ukleje, leszcze, płocie… Pierwsze przyszły jej do głowy ryby, które znajdowały się od czasu do czasu w stosie zwierzyny. “Hm... wężyny... to chyba ryby, co nie? Nie jestem pewna… jeszcze są sterlety i mureny! I więcej chyba nie znam…”.
Podeszła nad wodę. Znalazła zacienione miejsce i usiadła tuż przy wodzie. Widać było dno, na którym leżały ładne kamyczki. “Skup się! Musisz upolować coś dla klanu!” – skarciła się w myślach. Zanim się zabrała za rzeczywiste szukanie ryb, zwróciła uwagę na dziwny, przezroczysty, kolorowy kamień. Uznała, że zabierze go, jak będzie wracać do obozu. Tymczasem wyczekiwała ryb. Po pewnym czasie nadpłynęła samotna płoć. Zdziwiło to trochę uczennicę, ale nie narzekała. Nachyliła się, po czym sprawnym ruchem zamachnęła się i chwyciła rybę, przeciągając ją na brzeg, gdzie chwyciła ją w pysk i zabiła. “Dobrze, mamy jedną... Myślę, że powinno mi się udać, złapać jeszcze jedną” – pomyślała. Jakiś czas później pojawiła się mała ukleja. Sprawnie ją złapała i położyła obok. Nadeszła pora wyłowienia tego, co widziała wcześniej. Zanurzyła łapy w rzece. Woda była lekko chłodna. Przegrzebywała dno, aż natrafiła na przezroczysty obiekt. Wyjęła go i przyjrzała się mu. Był obły i ciemnozielony, a przez niego można było nieco zobaczyć. “Ale super!” – pomyślała. Zauważyła też leżący obok kanciasty, czarny w białe plamy kamień. Również wyjęła go z wody i pozostawiła w trzcinie, skąd zamierzała go potem zabrać, po czym wstała, wzięła w pysk ryby i poszła do obozu. Po drodze spotkała Latającą Rybę trzymającą drozda. Obie wróciły do obozu.

***

Ćma siedziała na posłaniu, porządkując swoje znaleziska. Kamienie, dwa piórka, trzmiel… i to dziwne coś, co znalazła na dnie. Do legowiska wszedł Szepcząca Łapa.
— O, hej, Szepcząca Łapo! — przywitała się kotka. Kocurek się uśmiechnął i podszedł do niej.
— Cześć! — spojrzał na jej kolekcję. — Co robisz? — spytał.
— Porządkuję kamienie… spójrz, co dzisiaj znalazłam! — wskazała na bliżej niezidentyfikowany przedmiot. — Jest taki śliczny!
— Ooo… — przyjrzał się mu.
Chwilę tak patrzyli na kolekcję kamieni.
— Ej… — zaczęła Ćmia Łapa. — Czy nie zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest mieć znak krwistego lotosu?
Point wyglądał na zdezorientowanego.
— W sensie...? — spytał w końcu. — Pytasz o to, czy zastanawiałem się kiedyś, jak to jest być w rodzie?
— Nie… w sensie… czy nie fajnie by było też mieć jakiś symbol? Też chcę się czymś wyróżniać!
— Ach… znaczy no, nie zastanawiałem się w sumie... ale jak teraz o tym myślę, to fajnie by było...
— No właśnie!
Do legowiska weszła Niezapominajkowa Łapa. Podeszła do uczniów.
— Hejka, o czym gadacie? — zapytała.
— Czy nie uważasz, że fajnie by było mieć jakiś znak rozpoznawczy, tak, jak znak krwistego lotosu u rodu?
— No... chyba tak... — Niezapominajka trochę nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć.
— Zawsze chciałam mieć jakiś znak rozpoznawczy, typu wplątywanie sobie jakichś kwiatów w futro, ale jeszcze nie wymyśliłam jakich...
— Możemy coś wymyślić razem! — wtrącił się Szepcik.
Ćmia Łapa była absolutnie zachwycona tym pomysłem. “Będziemy do siebie pasować! Jak prawdziwi przyjaciele!” – pomyślała.
— Tak! — Na chwilę przerwała, żeby się zastanowić. — Tylko co możemy sobie wpleść…
— Hej, a ja też mogę z wami? — zapytała się czarna uczennica.
— Pewnie! Wracając do tego, co możemy wpleść sobie w futro…
— Może... — zaczęła, po czym wyjęła z futra jedną niezapominajkę. — Każde z nas ustali coś, co będzie go reprezentowało, a potem wpleciemy to sobie w futra? W sensie każdy będzie miał trzy rzeczy. Ja mam już niezapominajki.
— Ale super! — zachwyciła się Ćmia Łapa. “Ale ona jest mądra! I ładna... w sensie ma ładne futerko, komponujące się z kwiatami...”. — Szept, co myślisz?
— Super pomysł! — odpowiedział z entuzjazmem kocurek.
— Tylko nadal wracamy do punktu wyjścia; co możemy wpleść w futro... ja na pewno nie będę nosić w futrze ciem!
— Hm... — zastanowiła się Niezapominajkowa Łapa.

<Niezka?>

[674 słowa + łowienie ryb]

[przyznano 13% + 5%]

27 września 2025

Od Ćmiej Łapy

Akcja dzieje się w dniu powodzi
Ćmia Łapa obserwowała z boku, co się dzieje w obozie. Dopiero co tu wróciła, a na forum najwyraźniej niedawno odbyła się jakaś zacięta dyskusja, bo choć koty rozmawiały w mniejszych grupkach, było czuć napięcie. Poza tym Wężynowy Splot siedziała z urażoną miną i coś mówiła do brata, więc coś definitywnie musiało się wydarzyć. Gdy tak siedziała, poczuła spadająca na jej łeb kroplę deszczu. Kotka zaskoczona aż podskoczyła. Z nieba zaczęło padać ciężkimi, dużymi kroplami wody, które wielkością dorównywały dorodnym winogronom, a wiatr się nasilił.
"Świetnie" — pomyślała. — "Znowu deszcz."
Nagły trzask i krzyk rozległ się po obozie. Uczennica od razu spojrzała w tym kierunku i ujrzała swoją matkę, Krabowe Paluszki. Usłyszała Trzcinkę pytającą ojca niedaleko:
— Co się stało?! Tato?! Krabowe Paluszki krzyczy! Co się stało? Chcę zobaczyć!
Spróbowała zignorować niespokojne pytania koteczki, które wcale nie pomagały jej zachować spokoju.
— Mamo? — zawołała
— Uch, wronia strawa, co to ma być! — zaklęła jej matka, próbując odczepić od siebie pękniętą gałąź. Przewróciła to, co prawdopodobnie kiedyś było myszą, bo aktualnie wyglądało jak wymiętolony bobroszczur i odwróciła się do córki. — Ciemko? Jeju, szkrabie, z nieba mi spadłaś…
— Coś ci się stało? Twój krzyk brzmiał poważnie — zapytała i ją obwąchała.
— Tak! Ten okropny wiatr walnął gałęzią w mój biedny pysk! Chodź, pomożesz mi wyplątać jej pozostałości. Boję się, że jakaś drzazga wpadła mi do oka!
Uczennica od razu przystąpiła do pomocy mamie w wyplątaniu się z gałęzi.
— Jest cała brudna…! — powiedziała, z wyrzutem patrząc na zdobycz i odwróciła się do kotki. — Ty też nie wyglądasz najlepiej… mam nadzieję, że nic ci nie jest!
Nagle coś pękło, coś trzasnęło. Ćma odwróciła się i zobaczyła, że wiatr uderzył z impetem w trzcinowe, wzmacniane ściany, a razem z nim zrobiły to fale, zarówno te morskie, jak i płynące z góry rzeki, wlewając się nieproszenie do obozu, zwalając niczego niespodziewających się wojowników z nóg. Niebo ryczało. Stanęła jak wryta, nie wiedząc co zrobić. Sparaliżował ją strach. Choć wcześniej zdarzało się, że się zawieszała, była w stanie po chwili wziąć się w garść i iść dalej. Tym razem tak nie było. W jej głowie panował chaos. Z jednej strony tysiąc myśli, a z drugiej — nie potrafiła żadnej zrozumieć. Jakby były zapisane w jakimś nieznanym jej języku. Po chwili poczuła uderzenie fali. 
"Nie umiem pływać!" — pomyślała, choć ta myśl zatonęła po chwili w tysiącach innych. Młóciła łapami, próbując utrzymać się na powierzchni. Kątem oka widziała kłodę wpływającą do obozu i porywającą jakiegoś kota, ale nie była w stanie ustalić którego. Rozglądała się w poszukiwaniu jakiegokolwiek względnie bezpiecznego miejsca, w którego kierunku mogłaby płynąć. Powoli traciła kontrolę, o ile tak można było nazwać jej próby utrzymania się na powierzchni. Miała wrażenie, jakby ją coś wciągało na dno. Starała się ignorować wodę napływającą jej do oczu i próbowała się przemieścić w kierunku jakiegoś drzewa, choć nie była pewna jakiego. Nie była też pewna czy w ogóle się do niego przybliża, czy tylko oddala. Nie miała siły krzyczeć. Miała nadzieję, że ktoś ją zauważy i jej pomoże. Machała i machała łapami, a gdy fala ją podniosła do góry, wykorzystała okazję i resztkami sił krzyknęła, choć nie udało się jej wypowiedzieć konkretnych słów. Nie był to najlepszy pomysł, bo nie zdążyła złapać oddechu, zanim jej głowa zanurzyła się na chwilę pod wodą, ale miała nadzieję, że kogoś tym zaalarmowała. Czuła, że tonie. Widziała sylwetki kotów podpływających do jakiegoś punktu i wspinających się na niego. 
"Czyli znaleźli jakieś bezpieczne miejsce, jest dla mnie nadzieja" — pomyślała — "O ile mnie zauważą" — dodała gorzko. Próbowała przez chwilę nasłuchiwać pobratymców i płynąć w ich stronę, ale fale zalewające jej uszy szybko pokrzyżowały jej plany. Zebrała się w sobie i z całej siły spróbowała się jak najbardziej wynurzyć, po czym krzyknęła jeszcze raz o pomoc. Tym razem głośniej i wyraźniej. Chyba ktoś ją dostrzegł. Przynajmniej taką miała nadzieję. Nagle poczuła, że ktoś ją chwyta za kark. Ćma poczuła falę — tym razem nie morską, a wdzięczności do jej wybawiciela, choć nie była w stanie go zidentyfikować. Płynęli razem wytrwale, a Ćmia Łapa w końcu mogła wziąć sensowny oddech, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo po chwili uderzyła w nią fala, którą się zachłysnęła i zaczęła mocno kaszleć. Potem uderzyła następna, tym razem większa, pod którą oba koty się zanurzyły. Po paru uderzeniach serca jej zbawca odzyskał kontrolę i się wraz z nią wynurzył. Płynęli dalej i zbliżali się do sumaka, na którym gromadziły się koty. Gdy do niego dopłynęli, od razu się go złapała. Pierwsza wspięła się, jak się okazało Mandarynkowe Pióro. Gdy była już na gałęzi, bezpieczna, odwróciła się w jej stronę i wydusiła z siebie:
— D-dziękuję...
Obserwowała koty, które wciąż pływały na dole. Żałowała, że nie mogła im pomóc. Widziała też koty, które dopiero co dopłynęły. Wśród nich był Żmijowcowa Łapa, który mocno kaszlał i coś mówił do Szałwiowego Serca. Chyba wszyscy żyją — pomyślała. Kątem oka zauważyła Trzcinkę, która najwyraźniej dopłynęła wcześniej od niej.
Do kotów, które bezpiecznie dotarły na górę, dołączył Lulkowa Łapa, a po chwili też jego siostra — Wężynowy Splot. Ćma odetchnęła z ulgą.
— Jak się czujesz, Ćmia Łapo…? — zapytała szylkretowa kotka.
Zanim odpowiedziała, dostała nagłego ataku kaszlu. Gdy się skończył, odpowiedziała:
— Udało się.. dzięki Mandarynkowemu Pióru… Naprawdę wolno pływam. — Zerknęła w dół na szalejącą pod nimi wodę. — A ty?
— Heh, wzięłam na siebie zbyt dużą odpowiedzialność. Chciałam uratować Trzcinkę, ale sama niemal przez to nie utonęłam! Dobrze sobie radzę z pływaniem, więc kiedy już Szałwiowe Serce ją zabrał ode mnie, jakoś tu dotarłam
Ciało kotki drżało z zimna. Wtedy Ćmia Łapa zdała sobie sprawę, że też jest jej zimno. Przez całą tę sytuację kompletnie zapomniała o poczuciu temperatury.
— Ojej.. dobrze, że nic ci nie jest!
— I tak wszyscy kiedyś umrzemy. — Te słowa wypowiedziała, jakby już kiedyś gdzieś je mówiła. — tylko los i nasza determinacja zadecydują, kiedy to nastąpi. — Odkaszlnęła i dodała: — Nam dzisiaj udało się przetrwać.
Kotka trochę poczuła się zaniepokojona słowami Wężynowego Splotu, ale ogarniało ją szczęście, że w ogóle żyje, więc odpowiedziała z uśmiechem, mając nadzieję, że trochę podniesie ją na duchu:
— Oh, widzę, że optymistycznie jak zawsze
Kotka zmierzyła ją wzrokiem, który zapowiadał jakąś ostrą ripostę, ale po chwili przerwała i powiedziała tylko:
— Muszę odpocząć... — I odeszła.
Uczennica spojrzała za nią zmartwiona. Czy coś zrobiła nie tak? Nie no, pewnie musi być po prostu wyczerpana, a ona ją tylko męczy rozmową!
— Och... okej, wybacz — miauknęła i postanowiła szukać Trzcinki. Nagle usłyszała krzyki.
— Tato! — To krzyknęła Pierzasta Kołysanka. 
"O co chodzi?" — zastanawiała się liliowa szylkretka. Gdy spojrzała w kierunku, w który każdy patrzył, z przerażeniem zobaczyła ciemnoczerwoną plamę w wodzie wokół badyla i Bursztynowego Blasku.
— B-Bursztynowy Blask..? — wyszeptała cicho. Kotka tak naprawdę nie znała kocura, ale sama myśl, że tak czy siak, już nigdy go nie pozna, przygniatała ją jak wielki głaz.
— Wszyscy kiedyś umrzemy… — mruknęła do siebie Wężynowy Splot tak cicho, że Ćma ledwie była w stanie zrozumieć, co powiedziała. Po chwili usłyszała Trzcinkę:
— Nie widzę nigdzie Różyczki… — powiedziała, wypatrując siostry. Po chwili dodała: — Wężynowy Splocie, żyjesz! — Wojowniczka już odchodziła, więc jej nie usłyszała
— Twoja siostra? Nie ma jej? — zapytał Żmijowcowa Łapa, który był nieopodal
— Nie-e! — szlochała. — Żmijowcowa Łapo, nie ma jej tu! — zawyła, lekko się trzęsąc od mocnego trzymania się gałęzi. Wszyscy spoglądali na dół gdzie paru wojowników, w tym Wężynowy Splot wciągali coś na drzewo w podejrzanie kocim kształcie. Po chwili do Ćmy dotarło, że było to czyjeś ciało, całe brudne od błota. 
"Oby się z tego wylizał" — pomyślała z nadzieją. 
Gdy przetarli grzbiet, dało się ujrzeć kremowe plamki przyozdobione dzikimi pręgami. Po obróceniu ujrzeli makabryczny widok. Była to jedna z córek Baśniowej Stokrotki, Perlista Łza, a w jej pysku nawet po śmierci trzymała.. kocię. Trzcinka pisnęła na ten widok. Uczennica wcale się jej nie dziwiła. Stała jak wryta i obserwowała, co się dzieje na dole.
— D-dobra, zostańcie tutaj, pilnujcie siebie nawzajem, a ja pójdę szukać Róż… — zaczął Żmijowcowa Łapa, ale po chwili urwał i przybliżył się tylko do kociaków, które wciąż próbowały zorientować się, co się stało. Uczeń odwrócił główki koteczki i Zmierzchu w drugą stronę. Uczennica spojrzała w kierunku wody. Przez chwilę nie wiedziała, co widzi, ale w końcu do niej dotarło. Uderzyło jak fala. Różyczka.. ona nie żyje. Nie była w stanie nic powiedzieć, nic zrobić. Po prostu usiadła i wpatrywała się w szylkretową kępkę futra częściowo nadal zanurzoną w wodzie.
— Znaleźli Różyczkę? — zapytała z przejęciem, usiłując się odwrócić i spojrzeć w drugą stronę — Nic jej nie jest, Żmijowcowa Łapo? — łkała. — Błagam, powiedz coś!
Dało się usłyszeć wrzask Baśniowej Stokrotki, która prawdopodobnie zobaczyła ciała córek
— Różyczka… ś-śpi.. — wymamrotał Żmijowcowa Łapa. — Ona… — westchnął głośno i spuścił łeb. Próbował coś jeszcze powiedzieć, ale z marnym skutkiem.
— Śpi? — Jej warga drgała. Koteczka chyba zdawała sobie sprawę, że nie chodzi o taki zwykły sen. Milczała chwilę, po czym w końcu powiedziała — Jestem okropna.. ostatnie zdanie, jakie powiedziałam o Różyczce to to, że jest irytująca… — Wpatrywała się smutno w toń wody zza futra ucznia. — Chcę, żeby ten koszmar się już skończył... to jest o wiele straszniejsze niż twoje historie…
— Ja.. ja nie mogę uwierzyć, że to się stało… — mruknęła Ćmia Łapa na wpół do siebie, a na wpół do Gąbczastej Łapy, która podeszła zobaczyć, co się stało.
— Znałaś kogoś z tych kotów? — spytała niemrawo, wskazując na ciała. — Wiesz... ja nikogo w powodzi nie straciłam, ale Mątwia Ła... to znaczy... Marzenie... umarła jakiś czas temu. Była moją siostrą.
— Och… — przerwała, bo nagle jasny grom przeciął niebo. Usłyszała chluśnięcie gdzieś na gałęzi wyżej, ale nie była w stanie zlokalizować źródła dźwięku. — Tylko Różyczkę... ale nie zdążyłam poznać zbyt dobrze.. byłyśmy koleżankami w żłobku. — Po chwili zdała sobie sprawę, że kotka wspomniała o zmarłej siostrze — Ojejku... współczuję ci...
Żmijowcowa Łapa, który rozglądał się za kimś zawołał:
— Lulku! Lulku! Chodź tutaj!
Ćmia Łapa poczuła ulgę, że kolejnemu kotowi udało się bezpiecznie dotrzeć na drzewo.
Nagle usłyszała niespokojne pytanie Szałwiowego Serca w pobliżu miejsca, którego wcześniej kotce nie udało się zlokalizować
— Spieniona Gwiazdo?! — Na gałęzi wyżej zauważyła ciało przywódczyni, spod którego skapywała szkarłatna krew. — Różana Woni? Gąbczasta Łapo?! — kocur zawołał medyczki.
Po dłuższej chwili można było usłyszeć głębokie, gwałtowne zaczerpnięcie powietrza liderki, jak gdyby nie robiła tego sezonów. 
"Straciła życie" — pomyślała Ćmia Łapa. — "Ile właściwie ich jej zostało..?" 
Tymczasem Lulkowej Łapie udało się podejść do swojego brata.
— Żyjesz.. żyjesz… — miauknął z ulgą
— Jakoś, jakimś cudem tak.. — wymruczał i przysunął ogonem kociaki do siebie. Chwilę milczał. — Zostałem opiekunką — odezwał się nagle — Może powinienem zostać piastunką? Ale kociaki przeze mnie płaczą..
— Opiekunką? — powtórzył, cicho kaszląc przy okazji. Pacnął brata lekko łapą. — Nie rozśmieszaj mnie... Też przez ciebie płakałem, gdy byłem kociakiem.
Ćmia Łapa przestała przysłuchiwać się rozmowie rodzeństwa. Czuła się okropnie. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić, bo właściwie nikt bliski jej nie umarł, ale świadomość tak wielu śmierci w pozornie najbezpieczniejszym miejscu, jakie znała, ją przytłaczała. Słyszała, jak Szałwiowe Serce zdaje raport Spienionej Gwieździe. Cztery koty odeszły na Srebrną Skórę: Krzycząca Makrela, Perlista Łza, Różyczka i Bursztynowy Blask, Pierzasta Kołysanka jest ranna, a Wzlatująca Uszatka została wypchnięta przez kłodę z obozu. Zauważyła Wężynowy Splot siedzącą samotnie. Uczennica wahała się, czy nie podejść do kotki, ale w końcu się zdecydowała i podeszła niepewnie siadając obok niej
— W-Wężynowy Splocie? — zapytała cicho. Ta drgnęła na słowa kotki i chciała coś powiedzieć, ale nagle coś zauważyła.
— Śnieżko! — Zerwała się i wrzasnęła z przerażeniem. — Pomogę ci! — Po czym skoczyła w fale.
— Wężyno! — krzyknęła za nią Ćma, ale głos jej się łamał. Obserwowała kotkę z nadzieją, że przeżyje
Wojowniczka całkiem sprawnie podpłynęła do pręgowanej uczennicy i ją złapała za kark. Po chwili Ćmia Łapa rozproszyła się i usłyszała fragment rozmowy Żmijowcowej Łapy z Trzcinką:
— Wiesz, Trzcinko, ja też żyję tylko dlatego, że Szałwiowe Serce mnie wyciągnął — przyznał. — A-ale... Słuchaj, może i nie masz siostry; to bardzo smutne... Ale... Zawsze możesz konkurować z Szałwiowym Sercem, prawda? On jest teraz wielkim bohaterem; uratował wiele kotów. Możesz próbować być taka jak on? Dasz radę? Ja myślę, że tak. Masz to wypisane na mordce. Sama mi powiedziałaś, że jesteś wybranką Przodków. — Po chwili odwrócił się do jego brata. — Lulku, patrz, to mama!
Liliowa kotka wróciła do obserwowania zmagań jej przyjaciółki. W wodzie jej futro przylegało do ciała, dzięki czemu była chyba pierwszy raz w stanie zauważyć jakiej wielkości rzeczywiście jest, bo zazwyczaj jej gęste futro to uniemożliwiało. Nagle w kotkę uderzyła wielka gałąź! Wojowniczka i jej podopieczna zniknęły w brudnej cieczy, ale po paru uderzeniach serca się wynurzyła i wciąż dzielnie płynęła. Zaczęła kaszleć, lecz pomimo tego nie przestała się przemieszczać w kierunku sumaka. Była coraz bliżej.
— Obyś dała radę… — wymruczała do siebie z przerażeniem zauważając, że w jej przyjaciółkę uderza kolejna gałąź. Gdy kotki dopłynęły wystarczająco blisko, Wężynowy Splot odepchnęła Śnieżną Łapę tylnymi łapami, tym samym przekazując ją Latającej Łapie. Ćmia Łapa już miała odetchnąć z ulgą, ale szylkretka wcale nie wyszła z wody... Właściwie to zniknęła pod jej powierzchnią! Uczennica kręciła się nerwowo, próbując zlokalizować kotkę. W końcu jej głowa się wynurzyła, ale po raz kolejny zakrztusiła się wodą. Latająca Łapa zdołała podejść wystarczająco blisko, aby złapać ją za kark i bezpiecznie sprowadzić na drzewo. 
"Kolejny kot jest bezpieczny" — mruknęła do siebie liliowa szylkretka, żeby trochę się uspokoić. Naprawdę miała tego wszystkiego dosyć. Miała dość tego, że musi oglądać, jak jej pobratymcy walczą o życie, miała dość tego hałasu i tego, że nie mogła nikomu pomóc. Była w stanie tylko obserwować. Zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu kogoś znajomego. Jej wzrok padł na Trzcinkę. 
"Może tym razem mnie zauważy?" — pomyślała z nadzieją
— Trzcinko! Nic ci nie jest? — zapytała zaniepokojona, bo kotka wyglądała na roztrzęsioną. Nic dziwnego, w końcu dopiero co jej umarła siostra. Ćmia Łapa poczuła ucisk na wspomnienie Różyczki. Dlaczego los jest tak okrutny?...
— Ćmia Łapo! — zawołała z ulgą Trzcinka. — Jestem bezpieczna! A ty?
— Dobrze.. — zerknęła na wodę. Koty jakoś sobie radziły, ratowały się. Poza jednym samotnym kształtem… zmroziło ją, gdy zdała sobie sprawę, na co patrzy. Sterletowa Łuska! Przecież kocur nie poradzi sobie sam w wodzie, ktoś musi mu pomóc! — Sterletowa Łuska nadal jest w wodzie! — krzyknęła przerażona, ale najwyraźniej nikt nie zwrócił na nią uwagi. 
"No co jest?" — pomyślała zdenerwowana. Kot dzielnie walczył z falami, ale widać było, że powoli nie daje rady.
— Niech ktoś coś zrobi! — pisnęła sfrustrowana. Nie pozwoli kolejnemu kotu umrzeć. — Sterletowa Łusko! Płyń tutaj! — wrzasnęła błagalnie, mając nadzieję, że mu to pomoże w dopłynięciu do sumaka. Ku uldze Ćmiej Łapy, wojownik zaczął płynąć żwawiej. Chyba mnie usłyszał! — ucieszyła się. Jednakże wiedziała, że musi coś jeszcze zrobić. W końcu samymi krzykami go nie uratuje
— No zróbcie coś! Ktokolwiek! — wołała, szukając kogokolwiek, kto zwróci na nią uwagę. — Proszę… — dodała cicho. 
Nie chciała stracić szansy poznania kolejnego kota. Sterletowa Łuska wydawał się fajnym kotem i nie wybaczyłaby sobie, gdyby i on umarł. Tymczasem czarny kot płynął dalej. W panice zdołał złapać się jakiejś kłody, ale los zaplanował inaczej — zaraz zmyła go fala. Mimo tego nadal zbliżał się do celu. Przynajmniej tyle.
— Sterletowa Łusko! — Ćmia Łapa nadal go wołała. — Niech ktoś mu pomoże… — starała się miauknąć tak, żeby wszyscy usłyszeli, ale została po raz kolejny zignorowana. 
"No to fajnie"— pomyślała. 
Nagle zauważyła Wężynowy Splot. Musi się dowiedzieć, czy nic jej nie jest!
— Wężyno! — Chciała jakoś zacząć, ale wyszło nieco nienaturalnie. — Uch... nic ci nie jest? — dodała nieco zawstydzona swoją poprzednią wypowiedzią
— Proszę, dajcie mi już odejść, chcę do Rosiczki — jęknęła. Jej głos ciągle był wyzuty z emocji. Łapy się jej ubiegły i upadła twardo na gałąź.
"Biedna Wężynowy Splot..." — pomyślała uczennica. Ile kotów jeszcze stracimy? Perlista Łza, Różyczka, Rosiczkowa Łapa… czy ktoś jeszcze nie dał rady..? Podszedł nich Szałwiowe Serce.
— Nie mów tak... — powiedział i musnął bok wojowniczki końcówką ogona. — Masz resztę godziny, tak samo, jak ja. Nie możesz się łamać, chociaż boli, i to bardzo boli. Twoi bracia i twoja matka nie chcieliby cię widzieć w takim stanie. Nie chcieliby słyszeć tego, co teraz mówisz.
Ćmia Łapa przypomniała sobie, że Sterletowa Łuska nadal jest w wodzie.
— Ratujcie Sterletową Łuskę! No zróbcie coś! — Zerknęła z nadzieją na wojowniczkę, choć nie wiedziała, czego właściwie od niej oczekiwała. Ta tylko spojrzała na nią wzrokiem pozbawionym jakichkolwiek emocji. Po chwili zaczęła się powolutku ześlizgiwać ze swojego miejsca, w bardzo naturalny sposób. Zbyt naturalny. Uczennica ze względu na tę naturalność nie zdążyła zareagować, ale Szałwiowe Serce już tak. Złapał wojowniczkę za kark, nie pozwalając upaść w zdradliwą toń
— Hej! — zawołał, gdy już ją wciągnął z powrotem na gałąź.
— Chcę do Lulka i Żmijowca — burknęła pod nosem
— To... da się załatwić. Chodź, wstań — Kocur rozejrzał się po zatłoczonym sumaku w poszukiwaniu rodzeństwa kotki. — Widzę twojego brata. — mruknął, po czym zaprowadził ją do Lulkowej Łapy. Sterletowa Łuska nadal był w wodzie, ale chyba chciał się poddać. 
"Oj nie, nie na mojej warcie!" — pomyślała Ćmia Łapa i krzyknęła w stronę kota. Wrzask ten zwrócił uwagę Szałwiowego Serca, który podbiegł do krawędzi drzewa zobaczyć, co się dzieje. W końcu! — pomyślała z wyrzutem Ćma, ale była też wdzięczna kocurowi.
— Chodź, Łusko! Wciągnę cię! — zawołał do brata.
— Dziękuję… — wyszeptała do siebie cicho, podczas gdy pręgowany kocur podszedł niżej, żeby go złapać. Zamierzała to potem mu powiedzieć, bo była naprawdę wdzięczna za ratowanie kota. Tymczasem Sterletowej Łusce, pomimo starań, szło coraz gorzej, ale nie poddawał się.
— Jestem tutaj — wrzasnął najgłośniej, jak potrafił, usiłując płynąć dalej. — Błagam, widzicie mnie?!
— Jesteś już blisko! Jeszcze tylko trochę! — wołał Szałwiowe Serce, aby go zmotywować. — dasz radę!
Kot dzielnie walczył z falami, ale te były okrutne dla niego. Och, losie, dlaczego nam to czynisz? W końcu udało mu się zahaczyć o drzewo i od razu się kurczowo złapał pnia, podczas gdy pozostali pomagali mu wydostać się z głębokiej toni. Uratowałam go! — pomyślała Ćmia Łapa — a przynajmniej przyczyniłam się do tego..
— Mówiłem, że ci się uda — mruknął Szałwiowe Serce zmęczonym, lecz wesołym głosem do brata. Gdy liliowa kotka tak patrzyła na nich, przypomniała sobie o czymś. Przecież sama miała siostrę! Gdzie jest Krewetkowa Łapa, czy ona…? — urwała, gdy zauważyła Krewetkową Łapę bezpieczną razem z Biedronkowym Polem. Odetchnęła z ulgą. Bardzo chciała się teraz do nich wtulić, ale gałąź, na której były, była zbyt daleko. Z tych wszystkich wrażeń nie zauważyła, że już zapadł zmrok, ani jaka jest zmęczona. Po prostu zwinęła się w kłębek i zasnęła.
Nastał ranek. Kotka zbudziła się, bez nikogo u boku, było jej zimno. Co prawda nie było już widać wody, ale to, co zastała było wręcz gorsze. 
"To nie był zły sen..." — uświadomiła sobie.
Widok połamanego.. wszystkiego w obozie ją dobijał. Poziom wody był na tyle niski, że spokojnie można było w niej brodzić. Legowiska były połamane, wszędzie po obozie walały się patyki, kłody i fragmenty posłań.
— To nie był sen.. — powtórzyła półprzytomnie do siebie
Koty powoli się budziły i relacjonowały, co się stało. Kto umarł, kto jest bezpieczny itp. Gąbczasta Łapa przechodziła między nimi i sprawdzała ich stan. Podeszła do Wężynowego Splotu, która siedziała nieopodal Ćmiej Łapy
— Wężynowy Splocie, cześć! — wyszeptała, nachylając się nad pyskiem wojowniczki. — Może coś cię boli? W razie co.. mogę postarać się poszukać jakichś ziół, gdy tylko woda opadnie! Chciałabyś?
— Nie marnuj na mnie swoich ziół, są koty bardziej poszkodowane — wychrypiała. — A ty? Jak się czujesz?
— Nie mów tak! Żadne zioło użyte po to, aby drugi kot poczuł się lepiej, nie jest zmarnowane — zapewniła ją. — Może kilka ziarenek maku? — zaczęła wymieniać. — I trochę szczawiu — przerwała na chwilę, zastanawiając się nad czymś. — Jakoś damy radę — dodała do siebie. Odwróciła się do wojowniczki — Hej, a może, aby odciągnąć się od złych myśli, chciałabyś pomóc mi i Różanej Woni poszukać ziół, gdy woda już opadnie?
— Chodźmy rozejrzeć się po obozie — westchnęła Wężynowy Splot i się podniosła. — Ja pokręcę się w legowisku uczniów, może zajrzę do wyjścia z obozu — poinformowała uczennicę medyczki, zeskakując w tym samym czasie z drzewa.
— Dobrze! Ja zobaczę, co w legowisku medyka, choć nie liczę na wiele — mruknęła pod nosem, jakby nie była pewna czy mówi to do wojowniczki, czy do siebie, po czym udała się do miejsca, gdzie kiedyś było jej legowisko.
Ćmia Łapa obserwowała, jak inne koty rozglądają się po obozie. Czy ja też powinnam zejść? — zastanawiała się. Coraz więcej kotów schodziło.. Żmijowcowa Łapa, Szałwiowe Serce, Mżący Przelot, Czyhająca Murena… nawet Trzcinka zeszła. Po chwili dołączył do niej Lulkowa Łapa. Uczennica w końcu się odważyła. Spróbowała podejść jak najniżej, po czym skoczyła, nieprzygotowaną na tak miękkie lądowanie. To nie tak, że ziemia była cała w błocie.. ta ziemia BYŁA błotem! Czuła, jak jej łapy nieprzyjemnie się zapadają w podłożu, ale zignorowała to i udała się do kącika zabaw widząc, że inni przeszukują obóz. Czego właściwie szukała? Prawdopodobnie nawet Klan Gwiazdy tego nie wiedział. Podeszła do miejsca, gdzie jeszcze nie tak dawno bawiła się z Różyczką i Trzcinką w wodzie. Teraz był tam tylko muł. Zaczęła go przeczesywać łapą, ale nic tam nie znalazła poza patykami co i raz wbijającymi jej się w opuszki. Postanowiła wejść do tego, czym kiedyś był żłobek. Wszystko było w błocie.. stara zabawka, posłania… nawet jej prowizoryczne konstrukcje leżały zdekompletowane i połamane. Przetrwały tylko resztki. Wszystko śmierdziało błotem i słoną wodą. Postanowiła dłużej nie oglądać tego i wyszła na środek obozu. Czego oni właściwie szukają? — zastanawiała się. Czy też powinna szukać, czy usiąść i czekać aż ktoś jej wyznaczy zadanie? Nie — pomyślała — już zeszłam z drzewa, teraz muszę udawać, że coś robię, bo inaczej będą na mnie źli, że się obijam! Rozejrzała się po obozie. Może legowisko wojowników..?
— Czy ktoś cokolwiek znalazł? — zapytała głośno, ale została zignorowana. Super. Spojrzała na Lulkową Łapę. Widziała, że uczeń nie czuł się za dobrze będąc tutaj, ale chciała zagadać.
— Masz coś? — zapytała, odwracając się do kocura
— Weź się w garść, Lulku — mruknął sam do siebie, po czym się odwrócił w stronę Ćmiej Łapy — Ogon. Um... To jest chyba... Pójdę... Pójdę go może… wezmę go.
Kotka spojrzała z konsternacją na ucznia. Jak to ogon? Nieważne..

*
Jakiś czas później

Ćmia Łapa przeszukiwała cały dzień obóz, nawet nie wiedząc, czego szuka. Prawdę mówiąc, niczego nie szukała, tylko kręciła się udając, że coś robi. Nagle usłyszała, że wiele kotów zbiera się przy ścianie obozu. Co się dzieje..? — zastanawiała się. Podeszła bliżej do zgromadzonych kotów a tam stali.. Siwa Czapla i Rosiczka! Przeżyli! Zobaczyła też ciało Krzyczącej Makreli… odszedł z dala od kogokolwiek znajomego.. ale odsunęła od siebie tę myśl i starała się cieszyć tym, że wojownik i uczennica żyją. Oboje zostali posłani do medyczek. Tymczasem usłyszała głos swojej matki, Krabowych Paluszków dochodzący zza niej:
— Tato? — usiadła i obserwowała ciało swojego ojca. Ćmia Łapa usiadła obok, nie wiedząc, jak może ją pocieszyć.
Koty, które zaginęły w powodzi, powoli wracały do obozu. Było wokół tego takie zamieszanie, że szylkretka w końcu nie ustaliła, kto właściwie przeżył, a kto nie. No może poza Krzyczącą Makrelą — dodała gorzko.
Spieniona Gwiazda wskoczyła na wysoką gałąź sumaka, po czym wykrzyknęła:
— Koty Klanu Nocy! Wczoraj stało się coś, czego nikt nie mógł się spodziewać. Nasz klan spotkała niesamowita tragedia. Wielu wojowników bohatersko poległo, broniąc swych bliskich do ostatniej kropli krwi. I choć może być to ciężkie, nie możemy się poddać. Nie możemy pozwolić, by ich ofiara poszła na marne. Odbudowa obozu nie będzie łatwa ani prosta, może zająć nam wiele księżyców, nim staniemy na proste łapy, jednak gdy to zrobimy — będziemy silniejsi niż kiedykolwiek! Podziękujmy modlitwą naszym zmarłym pobratymcom — Krzyczącej Makreli, Wzlatującej Uszatce, Bursztynowemu Brzaskowi, Perlistej Łzie i Różyczce! To dzięki nim mamy szansę doczekać następnego świtu i to właśnie oni zasługują na największy hołd! — wykrzyknęła, po czym zniżyła swój głos do szeptu. — Niechaj ziemia lekką im będzie, a Srebrna Skórka zapewni wszystko to, czego nie zdołali zaznać za życia.
Ćma pochyliła głowę. Wśród członków jej klanów rozległy się szepty modlitw ku przodkom, a gdy ucichły, liderka ponownie zabrała głos.
— Chciałabym szczególnie podziękować trzem kotom, które niezaprzeczalnie wykazały się najwaleczniejszymi sercami. Szałwiowe Serce, Rozpędzona Łapo, Wężynowy Splocie — wystąpcie. — nakazała trójce, która szczególnie wyróżniła się podczas akcji ratunkowej.
Koty wystąpiły.
— Patrzcie, to mój przyjaciel! Mój braciak, karp z jednego jeziora! — krzyknął Siwa Czapla, entuzjastycznie szarpiąc dwa losowe koty siedzące obok niego.
— W imieniu całego Klanu Nocy dziękuję wam za wasze poświęcenie, odwagę i pomoc, jakiej udzieliliście waszym najbardziej potrzebującym współklanowiczom, niejednokrotnie ryzykując własnym życiem. Rzeka będzie pamiętać — wygłosiła liderka, skłaniając nieco łeb. Gest ten powtórzyło również kilka innych kotów zebranych w tłumie.
— Wiwat! Wiwat Szałwiowe Serce! — zakrzyknął ktoś, a pozostałe koty do niego dołączyły. Po zakończonych wiwatach Spieniona Gwiazda zarządziła przeprowadzkę, przynajmniej na czas napraw, do lasu rosnącego niedaleko rzeki.
Ćmia Łapa płynęła przez rzekę. Powoli, ale płynęła. Gdy ją przepłynęła, zwróciła uwagę na Szałwiowe Serce, który nic nie robił, więc postanowiła do niego podpłynąć i zagadać
— Hej, jak tam?
— Jak tam? No, za dobrze to chyba nie jest — zaśmiał się z odrobiną goryczy, która przebijała mu się przez głos. — Chociaż ta powódź jest za nami, taką przynajmniej mam nadzieję. Jak znajdziemy miejsce na rozbicie obozowiska, będziemy mieć połowę sukcesu za sobą. Na tym musimy się teraz skupić.
Spojrzała na wojownika i zdała sobie sprawę, że może nie chciał rozmawiać. Za późno. Teraz byłoby zbyt niezręcznie przerwać rozmowę.
— Trzymasz się jakoś? Widziałam, że coś szukaliście po obozie, znalazłeś coś? — zapytała patrząc się w tę samą stronę co kocur.
— Tak, nie martw się o mnie. Jestem wojownikiem — zaśmiał się cicho, ale ten śmiech brzmiał smutno — Znalazłem sporo — miauknął, podnosząc łapę i odkrywając czerwony kamyk, dwa bursztyny i perłę z widocznym defektem. — Nie wiem, co z nimi zrobić. Szkoda wyrzucić, ale gdzie je postawić? Nie mam pojęcia.
— Może... Ułóż z nich coś ładnego? — zaproponowała, ale potem uznała, że to głupie. To, że ona tak robiła z siostrą, nie znaczyło, że każdy też, a tym bardziej dorosły kot. — Znaczy... nie wiem w sumie, ja tak zawsze robię. — Spojrzała w mokrą ziemię i od niechcenia narysowała koślawego trzmiela. — Trochę nie wiem jak mam się czuć z tym, co się stało..
Poczuła, że kocur pogładził ją, bo boku swoim puszystym ogonem.
— Trzeba podnieść wysoko głowę i iść do przodu. Przykre rzeczy się zdarzają, taki już los wszystkich żyjących w dziczy. Wywiniemy się z tego. Obóz przecież nie jest stracony, zawsze można go odbudować. Już niedługo nikt nie pozna, że dotknęła go powódź — miauknął spokojnie. Z wody wyszedł Żmijowcowa Łapa, który zawołał do pręgowanego kocura:
— Szałwiowe Serce! — podbiegł do nich. — Na razie to nie przypomina nawet leża borsuka... Nie wiem, ile będziemy składać nowy obóz, ale lepiej się za to zabrać, nie uważasz? — zapytał trochę zaczepnie, z przekąsem.
— Wiesz, trochę trudno coś składać, gdy na drugą stronę przepłynęło zaledwie kilka kotów... Najpierw trzeba się zająć znalezieniem odpowiedniego miejsca, byle gdzie się nie rozbijemy. Ale fakt, trzeba się wziąć do roboty. Ćmia Łapo? Może pójdziesz z nami, poszukamy czegoś, co się nadaje na obóz?
— Jasne... i tak nie mam nic lepszego do roboty. — Spojrzała w dal. — Gdzie właściwie będziemy mieli nowy obóz? W sensie, w którą stronę?
— No, Szałwiowe Serce? Wiesz, gdzie powinniśmy iść? W końcu jesteś członkiem rodu. Nie macie jakiegoś specjalnego, głębokiego połączenia z Przodkami? Może oni wskazaliby nam drogę? Po tym, jak pozwolili na zrównanie obozu, mogliby jakoś wyciągnąć do nas łapę — zapytał Żmijowcowa Łapa.
Zastanawiała się chwilę nad innymi terenami. Prawie w ogóle tam nie była.
— Pójdziemy gdzieś, gdzie są owady jak u nas, prawda? — zapytała z nadzieją w głosie. — Albo z trzmielami..
Po chwili wstała, zdeterminowana dotrzeć gdziekolwiek się nie udają ciesząc się, że w końcu będzie miała jakieś zajęcie.
— Słuchaj — zabrzmiał twardo. — Gwiezdni nie mieliby po co zrzucać na nas takiego nieszczęścia. Natura jest zwyczajnie zdradliwa. Zresztą... — przerwał na chwilę. — Nieważne. Może i jestem członkiem rodu, ale gwiezdnego nawigatora akurat mi zabrakło. Szukaj i nie wydziwiaj. Może ty coś widzisz, Ćmia Łapo? Może coś, gdzie akurat nie ma owadów?
Kotka była trochę zawiedziona, że ich miejsce docelowe może nie zawierać owadów, ale nie zniechęciła się. Rozejrzała się po wyspach i po lesie w oddali. Co właściwie jest w lesie? Szybko jednak przerwała swoje przemyślenia i skupiła się na zadaniu.
— Hm... nie wiem w sumie. — Szałwiowe Serce skinął na to głową, po czym się rozejrzał. Coraz więcej kotów przybywało z wyspy.
— Chodźmy dalej od brzegu... Wątpię, że tu by coś nas zalało, ale lepiej być przezornym... — wymruczał, bardziej do siebie niż do reszty.
W końcu natrafili na polanę, która wyglądała, jakby nadawała się do przenocowania klanu przez jakiś czas.
— Co myślicie? — mruknął wojownik do towarzyszy.
Żmijowcowa Łapa rozejrzał się po wskazanym przez księcia miejscu
— Jeśli tak uważasz... — wybełkotał. — Ale wygląda, jakby było tu dużo komarów i robali, ale... Tobie to się pewnie podoba, co? — zwrócił się lekko zniesmaczony do Ćmy
Szylkretka rozglądała się po polanie. Na komentarz Żmijowcowej Łapy oburzyła się lekko.
— Robale są fajne, okej? Może poza ćmami i komarami... Ale reszta jest super!
— Dobra, to możemy pójść powiadomić resztę klanu, że miejsce na obóz znalezione — miauknął, jeszcze raz oglądając wybrane miejsce.
— Będziemy spać na ziemi? — zapytał z lekkim zdziwieniem — Co jak przyjdą jakieś borsuki, lisy? Nie potraciliśmy wystarczającej liczby kotów? Nie utonąłem w nocy, więc i teraz nie mam zamiary zdychać. — Dogonił pointa, który kierował się z powrotem w stronę brzegu — Chyba, że będziesz mnie ratować i tym razem?
— Na ziemi? Co ty gadasz? — mruknął, patrząc na niego dziwnie. — Legowiska przecież ci z powietrza nie wyczaruję, sory, królewska krew i tych umiejętności mi poskąpiła. Jak będzie reszta, to stworzymy posłania, więc się nie martw, na gołej trawie spać nie będziesz. No, chyba że dla ciebie jednego zabraknie, ale to już nie będzie moja wina... — Przewrócił oczami. — No a co, chcesz, żebym cię znowu ratował?
— Uważaj, żebym nie wyszarpał ci spod tyłka tego legowiska... — mruknął do siebie uczeń, ale nie usłyszała, co mówił dalej.
— Hej! Czy jeśli ktoś wżeni się do tego waszego... magicznego kółeczka... Też śpi tam? — zawstydził się nagle i pokręcił głową. — Dobra, nieważne... A co do ratowania! Nie wiem, może ty jesteś, o Wielki, dzielny Szałwiowe Serce, tak niesamowity, że ciebie nigdy ratować nie trzeba było, ale to... miłe? Jak ktoś się o ciebie tak nagle zatroszczy? Nie wiem, jak to jest ratować, bo siostra mi przez łapy przepadła, kiedy chciałem ją ocalić, ale... To chyba też miłe, co? Tak sobie to wyobrażam... Takie ciepło i w ogóle... — mówił bez większego pomyślunku.
Ćmia Łapa patrzyła zdezorientowana, zastanawiając się, o czym właściwie teraz jest rozmowa. Spojrzała w trawę, szukając czegoś ciekawszego do roboty niż słuchanie dwóch kotów, bo im dłużej słuchała, tym bardziej nie wiedziała, o co chodzi
— Eee... — zaczął pręgowany wojownik. — No, to na pewno miłe. I dzięki za te epitety, ale nie jestem chyba aż tak niezwykły... To, że ci się nie udało uratować Rosiczkowej Łapy, to nic. Ważne, że próbowałeś. Na pewno poczuła, że się o nią zatroszczyłeś, nawet, jeśli końcowo jej nie uratowałeś — mruknął i na kilka uderzeń serca urwał. — I tak, koty, które się wżenią do rodziny królewskiej, mogą spać na fajniejszym legowisku .— dodał po chwili.
— No to... Fajnie — rzucił zmieszany — Ee... Szałwiowe Serce? Jeśli mogę spytać... Czy ty- Albo wiesz co, nieważne. Ja chyba... Pójdę do mojego rodzeństwa albo poszukam swojej mamy, okej? No to ten... Do zobaczenia! — Powiedział i odbiegł, niemal nie wywracając się o własne łapy.
Ćma w tym czasie nie zwracała zbytnio uwagi na to, co się dzieje. Studiowała kształt jednego głazu, który wyglądał jak jakaś ryba bez ogona.

[5090 słów + pływanie]

[przyznano 102% + 5%]

01 lutego 2021

Od Ćmiej Łapy CD Smutnej Ciszy

- Heeej... - wykrzyczała przez ziewniecie widząc na horyzoncie sylwetkę kotki. Podniosła się z mchu. - Jak tam idzie ci trening? - Ćma, widząc Smutną Ciszę, aż zwolniła. Delikatnie podeszła do kotki i wzruszyła ramionami. Niby jak miał jej iść trening... Nie lubiła polować ani walczyć. Nie chciała krzywdzić innych, toteż cały proces trwał dłużej. Nie była z tego zadowolona, jednak nie to dręczyło ją najbardziej. Smutna Cisza, jej wybawczyni dziwnie się zachowywała. W sumie było tak, odkąd pamięta, ale ostatnio coraz bardziej starsza dawała jej powody do zmartwień. Już po nielegalnym zobaczeniu ran na łapach kotki, Ćma wiedziała, że coś jest nie tak, jednak teraz te trucizny... W dodatku pomrukiwania czarno-białej, z których mała umiała wychwycić kilka słów, skłaniały ją do myślenia. Przez to nie mogła skupić się na treningach, bo do końca nie wiedziała, czy Smutną można zostawić samą. Bała się kolejnej straty. Nie mogła pozwolić odejść kotce. Usiadła obok starszej. Nie wiedziała, co ma zrobić, więc tylko smutno westchnęła. Ćmia Łapa była taka bezsilna. Nic nie mogła zrobić, by pomóc Smutnej Ciszy. Czy mogła? Chciałaby móc... Spojrzała w oczy towarzyszki, jakby chciała powiedzieć "proszę, nie rób sobie krzywdy", ale nie była pewna, czy ta zrozumie. Swoim małym ogonem otuliła czarno-białą na tyle, na ile mogła i wtuliła swoją głowę w futerko kotki. Była jedynym kotem, któremu ufała w pełni w tym klanie. Mimo że starsza wydawała jej się teraz taka zimna? to i tak Ćma lubiła się do niej przytulać. Jakby tylko mogła, dałaby jej trochę tego ciepła, ale jak? Jak pomóc Smutnej Ciszy? Czy w ogóle starsza wiedziała, że biała wie o jej ranach na łapkach, które zobaczyła dosłownie przez przypadek przy liderze klanu? Jak pokazać bez słów, że rozumie, co tutaj się wyrabia? Ona wszystko wiedziała. Umiała obserwować. Większość życia tylko obserwuje bez jakiejkolwiek reakcji, jednak teraz nie mogła pozostać bierna... Delikatnie położyła swoją łapkę na łapce starszej, która była cała w pajęczynie i spojrzała ze łzami w oczach na Smutną Ciszę. W oczach Ćmiej Łapy można było zobaczyć strach, ale też współczucie i tęsknotę. Sama nie wiedziała, za czym tęskni. Może za dawnym spokojem? Zanim dowiedziała się, jak Smutna się krzywdzi. Tak bardzo chciała jej pomóc, ale nie wiedziała jak. Czekała na reakcję starszej, a sama w środku czuła, że rozpada się ze strachu. Czy Smutna Cisza nie znienawidzi jej za to? Może nie powinna się w to mieszać... Nie chciała, by czarno-biała była na nią zła...


<Smutna? Wybacz, że tyle musiałaś czekać... >

18 grudnia 2020

Od Ćmiej Łapy

Kolejny dzień treningu zaczął się kolejnymi już opadami deszczu. Ćmia Łapa razem z Kasztanowym Dołem szli pomiędzy drzewami na patrolu. Biała nie znała imion kotów, z którymi przyszło jej iść na patrol i niezbyt się tym interesowała. Pewnie te koty też nie były chętne do poznania młodej. W końcu widziała, jakim wzrokiem patrzyli członkowie klanu nocy na dwie nowe kotki. Był on taki dziwny i niepewny, pełny czegoś w rodzaju niepokoju. Czemu? Nie wiedziała, przecież nie chciała zrobić nic złego... Była też pewna, że Smutna Cisza również nic nie zrobi, w końcu była taka miła i kochana!

Szli, szli i szli... Dla Ćmiej Łapy było to nudne. Po prostu. Jednak mimo to jej czujne uszy odbierały wszystkie odgłosy. W końcu nadal była bardzo strachliwa, ale czuła się odrobinę pewniej ze swoim mentorem. On też był taki miły. Gdy tak o tym myślała, zdała sobie sprawę z tego, że od czasu porzucenia przez jej ojca kociąt, spotkała tylko w swoim życiu trzy miłe koty. Jednym z nich był Szczawiowy Liść, potem Smutna Cisza, która wcześniej była Konwalią, a trzecim takim kotem był właśnie jej mentor Kasztanowy Dół. Jak mało jest miłych kotów na tej ziemi... Westchnęła. Cały czas szła na końcu. Przecież nie umiała tak szybko chodzić, bo była raz niższego wzrostu, a dwa nadal kulała, co tylko ją spowalniało. Co chwila wpadała w irytację, jak musiała się starać o to, by nadgonić patrol. Oprócz tego był on nawet całkiem miły. Koty szły teraz przy granicy z klanem klifu i czasem wymieniały się różnymi zdaniami, których biała nie słuchała. Po co, skoro i tak by nie odpowiedziała? Wolała pogrążyć się we własnych myślach. Właśnie w nich teraz zaczynał wrzeć stres. Co jak ktoś z jej dawnego klanu ją zauważy? Miała nadzieję, że do tego nie dojdzie, dlatego też dogoniła innych członków swojego aktualnego klanu i przeszła na ich przeciwną stronę. Tak, żeby ci ją osłonili przed ewentualnym spotkaniem o zgrozo z członkami klanu klifu. Może w jej dawnym klanie myśleli, że mała nie żyje? Albo może w ogóle nie zobaczyli, że zniknęła... To było smutne, ale najlepsze wyjście z obecnej sytuacji. Tego była pewna. Jednak męczyło ją ciągłe podbieganie, by utrzymać równy chód z innymi kotami. W dodatku po drodze napotkała lekko zdziwiony wzrok mentora. Miała nadzieję, że ten nie będzie potem pytał o powód takiego zachowania, chociaż z drugiej strony w jaki sposób? Ćma i tak przecież nie odpowie.

***

Po zakończonym patrolu, zmęczona udała się do legowiska starszyzny. Nic tym razem nie upolowała, więc nie zaniesie kotce żadnej piszczki, ale i tak lubiła przebywać w obecności Smutnej Ciszy. W końcu to dzięki niej tu była. Poza tym też chciała jak najdłużej przebywać przy kotce, aby tej nie było smutno. Zwątpiła już, czy to cokolwiek pomaga, jednak lubiła się położyć przy niej i myśleć. Miała nadzieję, że przynajmniej jej obecność w danej chwili, chociaż odrobinkę pomaga, mimo że tego zbytnio nie widać. Weszła do legowiska i od razu położyła się przy czarno-białej, wtulając w jej ciepłe futerko. Była zmęczona po ciężkim dla niej patrolu i doganianiu innych wojowników, toteż czując ciepło futerka starszej, po prostu zasnęła. Zasnęła z nadzieją, że ta nie będzie na nią zła za to, co właśnie zrobiła...

Od Ćmiej Łapy

Padał deszcz, a ona musiała iść na trening. Ociężale wstała i ruszyła ku wyjściu z legowiska uczniów. Jej mentor już na nią czekał. Mimo że trening teraz jej się lepiej kojarzył, to nadal nie miała ochoty na poranne pobudki. Kasztanowy Dół ją dużo lepiej traktował niż jej były mentor, przez co przynajmniej przez to mogła odczuwać jakąkolwiek satysfakcję. Rozumiał to, że ciężej jej się teraz uczyć, przez ograniczenia ruchowe po przeżytym pożarze, a zapewne Bluszczowy Poranek nie dawałby jej żadnych forów. Westchnęła i szczerze uśmiechnęła się na powitanie kocura. 

- Gotowa na naukę polowania w ciężkich warunkach? - uśmiechnął się do białej życzliwie. Czuła się z tym dużo lepiej, że ktoś mimo jej nieodzywania się, potrafi się do niej uśmiechać. Skinęła głową z lekkim niepokojem. - Nie bój się, damy radę - odrzekł i ruszył ku wyjściu z obozu. Podbiegła do mentora i zrównała z nim kroku.

***

Przeskakiwała kałuże, co sprawiało jej niemały wysiłek. Przy każdym skoku czuła swoje lewe łapy. Czuła okropny ból, przez co się krzywiła. Westchnęła, gdy dotarli na miejsce, w którym miało odbyć się polowanie. Nareszcie. - Zamknij oczy. Powiedz, czy czujesz jakąkolwiek zwierzynę. - Ćma posłuchała się mentora i zaniuchała. Wyczuła bardzo słabą woń myszy. Nie wiedziała, czy to stary zapach, czy nowy. Jedno było pewne, był słaby. Otworzyła oczy i z lekką niepewnością skinęła głową. - Dobrze. Teraz co czujesz? Nornicę, czy mysz? - biała już nauczona doświadczeniem z mentorem i odpowiedziami na jego pytania, skinęła głową dwa razy na odpowiedź "mysz". Kasztanowy Dół pochwalił ją, a potem nakazał wyśledzenie ofiary. Dla małej było to zbędne, bo przecież woń była słaba, ale nie mogła wyrazić przecież swoich wątpliwości. Ruszyła za zapachem.- Pewnie zastanawiasz się, czemu idziemy za słabym zapachem. - szeptem zaczął kocur, na co w głowie kotki pojawiły się myśli typu "Skąd on wie?", ale potem stwierdziła, że chyba ten potrafi już z niej odczytać wszystko na wylot. W końcu musiał się jakoś tego nauczyć, gdy biała nie odezwała się do niego ani słowem. - otóż klan potrzebuje zwierzyny, której ostatnio jest bardzo mało. Nawet nikły zapach, warto sprawdzić. - Ćmia Łapa skinęła głową, wyrażając tym gestem, że przyjęła uwagę kocura do wiadomości. Dalej podążali za zapachem myszy w ciszy. Gdy zapach się nasilił, kotka przystanęła. Delikatnie rozchyliła łapką spalone pozostałości z krzaków i zobaczyła piszczkę, za której zapachem tak szli. Dzięki gwiezdnym nie był to stary zapach. Uśmiechnęła się i wskazała łapką na przyszłą ofiarę. Mentor skinął głową i dał znak, żeby ta przystąpiła do ataku. W mgnieniu oka wyskoczyła z krzaków i rzuciła się z pazurami na wychudłą mysz. Ta nie zdążyła pisnąć, zanim Ćma chwyciła ząbkami jej kark i je zacisnęła. Polowanie powiodło się. W obecnych czasach było to bardzo ważne, więc poczuła się lekko dumna z siebie. Postanowiła, że zabierze tą mysz do Smutnej Ciszy. W końcu kotka mieszka w legowisku starszyzny, a najpierw trzeba wykarmić kociaki, królowe i starszyznę. Raczej z logicznego punktu widzenia, nie było przeszkód, aby zanieść kotce, która jej uratowała życie upolowaną przez siebie piszczkę. Z kolejnym uśmiechem i satysfakcją spojrzała na mentora.

16 grudnia 2020

Od Błyszczącej Łapy (Ćmiej Łapy) CD Szczawiowego Liścia

- Nie wiem, chcesz gdzieś iść? - zaproponował kocur. Błysk nie wiedziała, jak zareagować. Czy chciała się przejść? Może?... Skinęła głową na "tak". W końcu nie chciała sama narzucać, co mają robić. W sumie nie musieli robić nic. Błysk po prostu nie chciała być sama. Ot tak do niego przecież podeszła. Spojrzała na kocura i po chwili oboje ruszyli poza obóz. Cieszyła się poniekąd, że nie musi oglądać pyszczków innych kotów niż Szczawik, w końcu to on przyprowadził ją i jej rodzeństwo do klanu klifu. Idąc tak, czuła, że mogłaby być prawie wolna...

***duży skip do czasów teraźniejszych***

Jeden po drugim pomarańczowe płomienie otaczały ją ze wszystkich stron. Brak wyjścia. Zginie. Koniec jej żywota znów miał być bezhonorowy, okropny i przerażający. Poczuła ciarki na całym swoim ciele. Słyszała swoje szalejące serce, które chciało również ją zabić, ale od środka. Chciało ją rozedrzeć na strzępy. Była tego pewna. Łzy leciały po jej policzkach, ale każda, jedna za drugą zamieniały się w malutkie kryształki i odlatywały w gorące płomienie. Rozglądała się nerwowo, gorączkowo szukając jakiejś pomocy. Znikąd nadziei. Po chwili poczuła ból. Podobny do tego, przez który prawie straciła swój żywot. Ból szybko rozprzestrzenił się na całe ciało. Była sama. Chciała krzyczeć, ale przecież nie umie. Słowa uciekły od niej tak dawno temu... Przerażona swoim końcem, spostrzegła łapę. Łapę, która należała do jej ojca. Miała iść w tamtym kierunku. Ruszyła się mimo tak okropnego bólu, który kawałeczek po kawałeczku rozrywał jej skórę i sierść. Tak długo czekała na powrót taty. Tak długo chciała powiedzieć mu, że go kocha i nigdy o nim nie zapomniała. Każdego dnia przez te wszystkie księżyce miała go w serduszku. Już zrobiła jeden krok, prawie drugi, gdy spostrzegła przerażony wzrok w oczach taty. Mówił, żeby do niego nie iść. Nie chciał tego, nakazywał uciekać. Ale jak?! Nie mogła! Chciała do taty... Od kociaka marzyła tylko o jego spotkaniu. Chciała się po prostu przytulić... Ze zrezygnowaniem spojrzała w jego oczy. Był zdeterminowany. I co z tego? Musiała do niego iść. Gdy postawiła drugi krok, jej łapy rozsypały się w drobne kawałeczki. Bolało ją to niemiłosiernie. Czyżby ten pożar strawił już jej ciało? Czy zamieniała się w pył? Nic nieznaczący pył, który pokrywa ziemię... Gdy z paniką spojrzała w kierunku, w którym przed chwilą był tata, zobaczyła, że zniknął. Nie było go. Rozpłynął się w powietrzu niczym jej łapy... Zamknęła oczy. Czuła, że boli ją każda kończyna... Czuła, że umiera...

Po chwili obudziła się cała zapłakana. To był sen... To tylko sen... Czy aż sen? Spanikowana rozejrzała się po legowisku uczniów, upewniając o słuszności swoich myśli. Miała racje. To tylko kolejny koszmar do kolekcji. Powinna się już dawno przyzwyczaić. Westchnęła, gdy dotarło do niej, że już nie zaśnie. Nie ma na to opcji. Otarła malutką białą łapką łezki i po cichutku wstała, udając się przed wejście do legowiska. Lubiła tu przychodzić w nocy. Był taki spokój. Wojownik pełniący obowiązek pilnowania obozu stał niewzruszony przy wejściu, natomiast Ćma siedziała przed legowiskiem. Aktualnie patrzyła na spadające krople deszczu. Delikatnie uderzały o jej futro, mocząc je coraz bardziej. Czy lubiła deszcz? Chyba tak... Lubiła patrzeć na płacz nieba i odczuwać jego wilgotne i obwite łzy na swoim futrze. Ostatnio było go tak wiele, że woda powoli zaczynała ogarniać obóz. Spojrzała w górę, ale po chwili musiała zamknąć oczy, bo wpadała do nich woda. Czuła te rześkie powietrze. Próbowała nawdychać się go za wszystkie czasy. To przyprawiało ją o jakieś pozytywne uczucia. Po chwili jednak wyparowały, jak gdyby nigdy nie istniały. Ćma przypomniała sobie swój koszmar. Było w nim tyle prawdy i przeżyć białej. Od czasów kociaka, który ukończył 4 księżyce, nie miała swojego miejsca, natomiast tutaj nareszcie poczuła się swobodniej. Chociaż na pozór się powoli klimatyzowała. Miała już dość zmiany miejsc zamieszkania. Chciała stabilności, aby korzenie mogły się rozwinąć. Nie chciała wiecznie zmieniać miejsc swego bytu i przystosowywać się co chwila do innych trybów życia. Było to męczące i bardzo przykre. Nie miała swojego miejsca na ziemi. Nigdy nie była dość wystarczająca, aby gdzieś się przypasować. Zawsze odstawała, a wada, którą odziedziczyła po katastrofie, utrudniała jej jakiekolwiek kontakty. Nie mogła mówić, więc jak miała się z kimkolwiek zaprzyjaźnić? Westchnęła i poczuła łezki spływające z jej ocząt. Starła je szybko łapką, by upewnić się, że teraz nie śni. Nie śniła. Łzy się nie krystalizowały. Spojrzała odruchowo na legowisko starszych. Chciałaby podejść do Smutnej Ciszy - dawnej Konwalii, ale ta pewnie spała. W końcu w całym klanie nocy znała tylko ją i to właśnie ona nadała jej to imię. Tylko i wyłącznie dlatego je zaakceptowała. Czasem trochę było jej smutno, że Błyszcząca Łapa umarła tam w pożarze. Imię nadane przez jej rodziców razem z nią. Jednak dzięki temu też mogła zacząć nowy rozdział. Z dala od wrednego mentora i tych wszystkich spojrzeń. Tutaj również zauważyli, że mała się nie odzywa, jednak wydawali się milsi. Po prostu. Jednak czuła ukłucie żalu za każdym razem, jak myślała o Szczawiowym Liściu. Jak on musiał się czuć ze świadomością, że przyprowadził na prośbę ojca kociąt trójkę rodzeństwa, a z ich wszystkich w klanie zostało tylko jedno? Westchnęła. Teraz miała super mentora, który jej nie krytykował na każdym kroku i starał się pokazywać jej wszystko po kolei. Nie wrzeszczał - to było najważniejsze. W dodatku miała Smutną Ciszę. Ona była kochana, ale bardzo często smutna, czym raniła Ćmią Łapę. W końcu to jej zawdzięcza życie i tylko z nią ma jakiś kontakt. Nie chciała, by ta była smutna... Spojrzała na swoją lewą przednią łapkę. Sierść na niej nie mogła odrosnąć przez gigantyczną bliznę. Biała wkurza się często na to, ale medycy powtarzają w kółko, że dopiero co ledwo wyszła z dużego poparzenia i że potrzeba czasu, a w ogóle to powinna cieszyć się, że żyje. Ćma wiedziała, że to nieprawda. Ponad pół życia nie mówi i tylko obserwuje reakcje innych kotów, ich mimikę i zachowanie. Wiedziała, że coś kręcą. Głupia nie jest. W dodatku wkurzał ją jej chód. Cały czas kulała i podejrzewała, że już nigdy nie będzie normalnie chodzić. Jednak pogodziła się z tym. Jeszcze świat się nie kończy, a ona może niedługo spotka swojego tatę. Jednak biedna nie wiedziała, że od dawna już nie żyje po udanej próbie samobójczej... Ze złudną nadzieją patrzyła przed siebie, co chwila na nowo kąpana we łzach Srebrnej Skórki. Oczekiwała nowego dnia i niepewnie oraz z przerażeniem wyczekiwała końca tej całej historii...

08 grudnia 2020

Od Błyszczącej Łapy (Ćmiej Łapy) CD Konwalii (Smutnej Ciszy)

Biała kotka dosłownie czuła ciemność. Otaczał ją nieskończony mrok i nijak nie mogła się go pozbyć. Po prostu był, a ona sama dryfowała pośród jego odmętów. Czuła jego pustkę, która powoli ją przenikała, wysysając życie. To było dziwne uczucie, bo jeszcze żyła, ale czuła jakby właśnie umarła. Nie widziała nic, tylko czarno, ale mimo to delikatnie słyszała szum wody. W dodatku poczuła czyjąś łapę na sobie. Czarna rzeczywistość zaczęła się przejaśniać, by po chwili ustąpić miejsca rażącemu błyskowi. Było biało. Za bardzo biało. Zmrużyła oczy od natłoku światła. Widziała jasne plamy i promienie słońca, które się przez nie przebijały. Nie potrafiła rozpoznać kształtów. Ponadto była zbyt wyczerpana, by panikować. Nie miała siły. Czuła, jakby utknęła gdzieś pomiędzy życiem a śmiercią. Tylko taki stan może być gorszy od śmierci. Stan nicości i pustki. Niemocy reagowania, na bodźce, po prostu leżenia i obserwowania jakby z boku rozwoju sytuacji. Tak właśnie czuła się mała, biała kotka. Była bezsilna. Poczuła pieczenie w oczkach. Czy to od tej jasności, czy od pożaru? Właśnie teraz do niej dotarło, co właściwie się stało. Nie wiedziała, jak dostała się na powierzchnię, ale ważne było to, że chyba żyje. Czy nie?... Każdy skrawek poparzonego ciała piekł ją niemiłosiernie, jakby coś pochłaniało jej skórę razem z futerkiem kawałek po kawałku i bardzo wolno, by poczuła, choć najmniejszy kawałeczek bólu. Mimowolnie łzy poleciały jej z policzków. Była taka bezsilna... Postarała się wrócić myślami do tej sytuacji, w której aktualnie się znalazła. To było trudne, ponieważ jej głowa chciała cały czas odpływać daleko poza jej świadomość. Resztkami sił zmusiła się do otwarcia bardziej powiek i spojrzenia na kogoś, kto podsunął przed jej pyszczek jakieś roślinki. Postać była bardzo jasna i rozmazana. Mała skrzywiła się od samego kontrastu kolorów, gdy obraz zaczął jej się wyostrzać. Czy od tego straci wzrok? To było teraz nieistotne. Widziała, że tej istocie poniekąd zależy na tym, by Błysk połknęła ziółka. Całymi swoimi siłami postanowiła to zrobić. Patrzyła na nią chwilę niepewnie, jakby po to, by ocenić, czy to już będzie jej koniec, ale ostatecznie pokiwała główką na zgodę. Nie interesowało jej, co się z nią stanie, bo równie dobrze mogła właśnie połykać truciznę. Po prostu było jej to obojętne, nie miała siły, by myśleć o przeżyciu. Przełknęła gorzki smak ziółek. Były ohydne, ale co ona mogła? Zmęczona zamknęła oczka. Nie miała siły, by mieć je otwarte. Nastała ciemność. Ta ponowna nicość była tylko przerywana przez rozmowy jej towarzyszki z jakimś innym kotem, a potem znów powracała. Raz nawet ocknęła się niesiona przez zapewne kotkę, która dała jej ziółka. Gdzie była niesiona? Po co? Chciałaby wiedzieć albo i nie...

***

Gdy ponownie odzyskała przytomność, dźwięki wydawały się już bardziej wyraziste. Była w stanie rozróżniać słowa i przysłuchiwać się rozmowom. Właśnie to robiła, skąd dowiedziała się, że jej wybawicielka nazywa się Konwalia, a jej nadano nowe imię, które brzmiało Ćma. Podobało się małej, było takie krótkie, łatwe do zapamiętania i poniekąd delikatne. Było super. Uśmiechnęła się w myślach, po czym znów nastała ciemność. Obudziła się już tym razem zaopatrzona w pajęczyny w jakimś legowisku razem z Konwalią. Czuła się już mniej na haju. Mogła się, chociaż delikatnie podnieść. Spojrzała na swoją towarzyszkę. Wydawała się kotce smutna. Czemu? Przecież obie żyją! Było dobrze, a ponadto czuła, że chciałaby podziękować za uratowanie życia tej całej Konwalii. Ćma od razu jej zaufała, o co było przecież tak trudno. W końcu ta mogła coś jej zrobić, ale tak się nie stało. Była w porządku i jej nie zostawiła. Przyczołgała się kawałek do kotki. Zobaczyła, że łezki spływają po jej policzkach. Na sam widok tego zjawiska poczuła ukłucie żalu w serduszku. Chciała coś powiedzieć, jednak nie mogła. Położyła łapkę na łapce swojej wybawczyni. Nie wiedziała, co trzeba w takiej sytuacji robić, jednak nie chciała, by ta płakała. Bała się przytulić, bo w końcu jak mogłaby zareagować Konwalia? Czy byłaby zła? Jej były mentor niemal zawsze był zły na białą, więc skąd miała wiedzieć, czy po prostu nie była na tyle wystarczająca, by traktować ją inaczej? Nagle Konwalia spojrzała się na kotkę z czymś w oczach, czego mała nie umiała zidentyfikować. Jednak chyba nie była to złość.

- C-coś się stało, malutka? - Biała nie mogła nic odpowiedzieć, ale też nie wiedziała co. Kotka raczej nie była na nią zła, ale widząc smutek w jej oczach, serduszko zaczęło jej się kroić. Jak taka cudowna istota, która ją uratowała, mogła być aż tak smutna? Lekko przerażona tą emocją u Konwalii, nie myślała już o tym, czy się boi, czy nie. Przytuliła kotkę najmocniej, jak umiała. W jej oczkach również pojawiły się łzy. Nie chciała, by Konwalia płakała.


<Smutna Cisza? Nie płacz... <3 >