Księżyc usiadł obok Tęgosza, przyglądając się mu. Bieluch, zamrugał kilkukrotnie w jego stronę.
— Jak się czujesz? — zapytał w końcu cicho Rozbity Księżyc, nie zdarzyło mu się by w końcu ktoś go o to zapytał. Raczej wszyscy patrzyli na niego jak na jakiegoś odludka, choć Tęgosz sam sobie to zrobił.
— Tak sobie, mój ojciec został zabrany przez jakiś głupich samotników — wbił pazury w ziemię, nie wiedząc, co z nimi zrobić ze złości. — Chciałem, tylko żeby był ze mnie dumny, ale nie zdążyłem tego usłyszeć z jego pyska — chwilę zmarszczył pysk w gniewie, mówiąc coś tak ciężkiego.
— Został zabrany? — zapytał Księżyc.
— Zalotna Gwiazda mówiła, że nie żyje — mruknął cicho jego towarzysz, niepewnie liżąc się po piersi.
— Tęgosz... — westchnął cicho białas, dodatkowo zasmucony stanem przyjaciela. Cętkowany Tęgosz westchnął na słowa niby kolegi, czy kim on dla niego był.
— W sensie zabrany do mrocznej puszczy, no czasem się tak mówi, na przykład, że "śmierć kogoś zabrała", nie miałem na myśli, że żyje. Gdyby tak było, to by dawno wrócił — przecież gdyby był porwany, to by szybko z tego wyszedł. Cienista Zjawa nie był byle kim, był jednym z lepszych wojowników w tym klanie.
— Teraz będę musiał żyć, z tym że nigdy nie mogłem być dość idealny dla niego, póki żył — zwiesił głowę na swoje łapy.
— Hmm... Rozumiem — miauknął Księżyc, przysuwając się lekko do towarzysza.
Słuchał jego słów i westchnął cicho.
— Myślisz, że gdyby żył powiedziałby ci to? — czuł się przez chwilę niepewnie, przez to zdanie, które padło, najgorsze było to, że Cętkowany Tęgosz nigdy nie miał ostatecznej pewności czy Cienista Zjawa powiedziałby "Jestem z ciebie dumny", czy może "Jestem tobą zawiedziony",. To wątpliwość, z którą będzie się mierzył do końca swego życia. Brzmiało to, jak koszmar, który by się objawiał każdej nocy, a może i dnia.
— Może powiedziałby mi to, gdyby ci samotnicy go nie zabili — nawet nie miał pewności czy to prawda, ale nie chciał już się załamywać przy Księżycu. Musiał pokazać, że jest silny, a nie jakąś beksą.
— Nigdy nie myślałem nad tym, że będę sierotą, nawet nie przychodziło mi to, do głowy. To dziwne uczucie — spoglądał na Księżyca, który przesuwał się do niego, ale nawet nie próbował go odganiać, co było cudem. Syn Jaskółczego Ziela spojrzał gdzieś w bok.
— Oczywiście — mruknął cicho, a w jego tonie można było wyczuć niewielką nutę sarkazmu.
Wysłuchał go i westchnął, marszcząc przy tym brwi.
— Niestety — mruknął cicho. — Mogę ci oddać Jaskółcze Ziele — zażartował po chwili, nerwowo poruszając jednym z uszu.
— Twoją matkę? A weź mi, idź z nią! Ona jest tak stara, że mogłaby być moją babcią — zaśmiał się przez chwilę, następnie spojrzał na wyjście z obozu. Nie wyobrażał sobie nigdy, żeby tak stara kotka mogła być jego matką, nie chciał tego przyznać, ale coś tak głupiego poprawiło mu humor na resztę wschodu słońca.
— Może chodźmy stąd? Poszedłbym wkurzyć sąsiadów lub pogonić króliki, które następnie złapiemy, to gadanie o śmierci i sieroctwie mi się przejadło — odparł syn Cienistej Zjawy, który już nie potrzebował na ten moment mówić o ojcu.
Biały wojownik, słysząc jego odpowiedź, parsknął śmiechem.
— Na Mroczną Puszczę... — mruknął cicho, uśmiechając się.
— Być może to fakt. — zatrzepotał uszkiem, uderzając dla żartu rudzielca pędzelkiem, co sprawiło, że się skwasił.
— Jak wkurzyć sąsiadów to tylko samotników... — miauknął wesoło.
— Ewentualnie Klan Klifu — dodał Rozbity Księżyc nieco ciszej i zachichotał, rudzielec zrobił to samo, następnie wyszli z obozu.
***
Przynosił posiłek tym starszym, którzy raczej nie mogli już wstać, by sobie go przynieść, lub tym, co nie ruszyli sami z siebie tyłka z lenistwa.Przynosząc Jaskółczemu Zielu ryjówkę, musiał się spotkać ze spojrzeniem Gąsiorkowego Trzepotu. Starsza była, jak jakiś wrzód na tyłku, który nie przestawał spuszczać z niego oka. Położył zwierzynę pod nosem czarnej jednolitej, następnie jeszcze przyniósł zwierzynę Podstępnej Kłamczuszce. Żaden ze starszych już nie wydawał się głodny, także wyszedł z ich legowiska. Rozbity Księżyc patrzył na żłobek, obiło mu się o uszy, że znalazł czarnego kociaka, jeszcze po tym narodziły się kociaki Kruczego Echa i Kwaśnej Kocanki. Na pewno jeden z lepszych miotów, kociaki mogły nawet dorównywać jego rodzinie w przyszłości. Podszedł do "przyjaciela" lub w tym sensie, kimkolwiek był dla niego Księżyc.
— Cześć Księżycu! Po zadbaniu o starszych chciałem chwilę odpocząć. Jak nazwałeś tego kociaka? — nie odwiedzał żłobka, przecież i tak, by się nie zmieścił przy tak dużej ilości kociąt w żłobku.
Księżyc strzepnął uchem, słysząc rudzielca podchodzącego do niego akurat z boku. Ożywił się lekko i przyozdobił pyszczek dosyć wymuszonym uśmiechem.
— A-Ach. N-N-Nazywa się Nicość. Jest...s-specyficzny — przymknął oczy, chyba białemu coś wpadło do oka, pewnie jakieś pyłki ze sosny. Podczas pory zielonych liści to było częste.
— Właściwie czemu nosisz zwierzynę starszyźnie? Robisz jakąś przysługę uczniom czy jak? — zapytał nagle jego niby kolega, wpatrując się w cętkowanego dosyć pustym wzrokiem.
— Moja babcia mi kazała, od kiedy Trzcinniczkowa Dziupla ot, tak zmarł. Oczywiście tylko na dwa księżyce będę musiał ich co chwilę sprawdzać, czy z nimi wszystko dobrze, a potem wszystko wróci do normy — pół prawdą, pół kłamstwem gadał, bo nie chciało mu się teraz wyjaśniać tego przy przyjacielu, jak Trzcinnice otruł.
— Czekaj, dzieciak się nazywa Nicość? Brzmi jakby, matka go nie kochała albo jakby ją zawiódł, gdybym ja miałbym nazywać kiedyś swoich potomków, to na pewno nie w taki sposób — Nicość brzmiało, jakby dany kot od początku miał być porażką. Choć czy tak naprawdę było?
— Od tak zmarł? Ja słyszałem, że na coś chorował — biały mruknął cicho, drapiąc się za uchem. Następnie rudzielec mógł zauważyć, że biały wojownik się zjeżył od jego słów. — Wcześniej nazywał się Nów — odparł nagle Rozbity Księżyc, znacznie chłodniej niż dotychczas. Sprawiając, że ten radosny Księżyc, którego znał, zniknął na chwilę.
— Nie wiem, co z nim będzie, ale jak na razie...chyba uważa mnie za swojego opiekuna — dodał smutno wojownik, bawiąc się pazurem w ziemi.
— To chyba dobrze, przynajmniej dzieciak ma jakiegoś rodzica i taki klan. Ma szczęście, że do nas trafił, ma teraz rówieśników i dobre nauczanie o Mrocznej Puszczy i życiu w społeczeństwie — widział z wyjścia od żłobka wystający ogon Ognikowej Sloty, jako jedyna mistrzyni, często spędzała czas z kociakami. Było to dla niego dziwne. Była mistrzynią i powinna bardziej się zajmować szkoleniem wojowników niż niańczeniem kociaków. Karmicielki były od tego, także to było takie podejrzane lekko.
— Nów... ładne imię — chwilę milczał, bo dość niezręcznie się zrobiło dla niego, nie wiedział, co powiedzieć — Pewnie chorował i ostatecznie się na nim to odbiło, niestety ktoś inny twierdzi inaczej bez powodu — miał na myśli tutaj, Gąsiorkowy Trzepot.
— Nie nazwałbym się jego rodzicem. On mnie...raczej nienawidzi — parsknął cicho, a z jego oka poleciała drobna łezka, którą od razu wytarł z białego policzka. Cętkowanemu Tęgoszowi to nie umknęło, ale może pogadają o tym kiedy indziej.
— Ktoś zrobił mu krzywdę? — biały powiedział to ze zdziwieniem kociaka.
— Gąsiorkowy Trzepot ma jakąś, teorię spiskową, ale wiesz, to stare gadanie jak na starą babę przystało, nic szczególnie ciekawego — nie chciał, by przyjaciel wiedział o tym, już jego rodzina to wiedziała i jeden kot, który nie powinien, Tropiąca Łaska.
— Nienawidzi cię? To dziwne, przecież tylko go zaniosłeś do obozu — dzieci… zawsze były jakieś specyficzne przypadki, dobrze, że za młodu Tęgosz nie był taki.
<Rozbity Księżycu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz