BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mokra Gwiazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mokra Gwiazda. Pokaż wszystkie posty

13 kwietnia 2021

Od Mokrej Gwiazdy

 Zima odpuszczała. Najlepsze, co mogło spotkać zmęczone porą nagich drzew koty Klanu Burzy. Zwierzyna powoli wychodziła z nor, a oni mieli większą szansę na jakikolwiek posiłek. Mokry mógł odetchnąć z ulgą, nawet jeśli nie oznaczało to końca problemów. Nadal panowała wścieklizna, która martwiła go najbardziej. Mimo tego zdołali nieco ograniczyć chorobę, chociaż kto wie, czy ktoś nie zdążył się zarazić. 

Westchnął głęboko. Od jakiegoś czasu zaczął jadać normalnie. Jeżowa Ścieżka mógł być z niego dumny. W końcu o siebie dbał. Mył sierść, wychodził na spacery, rozmawiał z innymi. Przybrał nieco na wadze, nawet jeśli nie było tego aż tak widać. 
Uśmiechnął się lekko pod nosem, przekraczając próg obozu. Szedł powoli, ostrożnie, by się nie wywrócić. Był stary, ale mógł nadal chodzić! Nawet nieźle mu szło, więc tym lepiej. Wychodził powoli na prostą. 
Przysiadł sobie z boku obozu. Obserwował koty, które po nim chodziły. Mógł śmiało stwierdzić, że dobrze sobie radzili. Są w stanie przetrwać. Mokry zaszczepił w nich swoją mądrość, dzięki rozmowom, naukom, mimo starego wieku. 
Machnął ogonem powoli, drapiąc się za uchem. Czuł ból w stawach. Hah, kto by pomyślał, że dożyje starości. Za młodu nie zastanawiał się nad tym. Wiedział, że każda wojna bądź sroga zima może zakończyć jego życie, a tu proszę. Mimo strasznych czasów, przetrwał. 
Po dłuższym czasie, kiedy przysnął, usłyszał kroki nad sobą. Podniósł głowę, dostrzegając swoją byłą uczennicę, Miodowy Obłok. Pointka uśmiechnęła się lekko. 
- Cześć, dziadku - mruknęła, siadając obok. 
- Cześć Miodek. Nie boli cię tyłek od siedzenia w kociarni? - Zapytał z nutką śmiechu. 
- Daję radę. - Odparła. - Podrzucę Ci dzieci któregoś dnia. 
- Mi? Swoje dzieci? A po co? - Zamrugał zaskoczony. 
- Jak to po co? A myślisz, że z dziećmi da się zrelaksować? - Zapytała. - W życiu. Drą te swoje małe pyski, a ty to lubisz więc. 
Machnął ogonem rozbawiony. No tak. Robił teraz za klanowego dziadka. Nie pierwszy raz miał już pod opieką obce dzieci. Nawet Miodek mógł śmiało nazwać córką. Znalazł, uratował, wychował. Teraz patrzył, jak zakładała własną rodzinę u boku partnera. Uśmiechnął się, patrząc na nią. 
- Jestem z ciebie dumny, wiesz? - Oznajmił w końcu. Chciał jej to już dawno powiedzieć. 
- Spróbowałbyś nie być! - Zaśmiała się serdecznie. - Jestem największym powodem do dumy. Dopiero teraz to zauważyłeś? 
Spojrzał na nią łagodnie, a w jego oczach tańczyła troska.
- Nie. Już dawno to wiedziałem. 
Kotka przytuliła się do niego lekko, a on odwzajemnił gest. Pomogła mu wrócić do legowiska, następnie samej idąc do swoich kociąt. 
Mokry położył głowę na mchu. Był spokojny. Oddychał powoli, coraz wolniej. Nie zajmował myśli niczym specjalnym. Wspominał sobie to i owo. Nawet przypomniał sobie czas, kiedy z siostrą Niezapominajką uciekli ze żłobka za dziecka. Przed oczami pojawił też się obraz z treningów, różnych rywalizacji z innymi. Nawet pojedynku z Wilczym Warkotem, za który został później ukarany przez Brzoskwiniową Gwiazdę. Pamiętał też, kiedy na zgromadzeniu kłócił się z Iglastym Krzewem, a za paręnaście księżyców spotkali się na skale liderów. 
Zamknął oczy. Było cicho, spokojnie, przyjemnie. Delikatnie machnął ogonem, nim nie położył go na ziemi. Śmierć przyszła delikatnie. Jako, że był stary, nie odczuł większej różnicy, kiedy brakło mu tchu, aż w końcu jego płuca przestały transportować tlen. 
Duch Mokrego podniósł się powoli, rozciągając. Kocur nie był już wychudły, a przyozdobiony w gwiazdy. Spojrzał na swoje ciało z cichym westchnieniem. W końcu śmierć przyszła i po niego. 
Odwrócił się, dostrzegając duszę Ciernistej Gwiazdy. Więc to na po niego przyszła! 
Mokry uśmiechnął się szczerze na widok mentorki, nim nie podszedł i przytulił jej. Będąc tworami astralnymi, trochę dziwnie było to czuć, ale liczył się fakt. 
- Cieszę się, że mogłam zostawić klan w twoich łapach. Dobrze sobie poradziłeś. - Miauknęła, a w jej zielonych oczach zakręciła się duma. 
W końcu pewnie nie spodziewała się, iż jej uczeń pójdzie w ślady mentorki i zostanie liderem. Mokry sam się nie spodziewał, a jednak los pokierował go taką drogą. Żałował kilku decyzji w życiu, jak każdy, ale nie uważał, iż źle opiekował się Klanem. Wręcz przeciwnie - w jego oczach dobrze go poprowadził. 
Wyszli na chwilę z jego legowiska. Mokry ostatni raz rozejrzał się po obozie, po kotach, które zostawiał. Od dziś będzie patrzeć na nich z góry. Pilnować. 
Machnął ogonem ze spokojem, uśmiechając się. Żegnaj, Klanie Burzy.


Dziękuję wam za te ponad dwa lata, podczas których mogłam grać Mokrym!! Miejscami było trudno, ale mimo wszystko super się bawiłam ^^

01 kwietnia 2021

Od Mokrej Gwiazdy CD Mamrota

 Wysłuchał kocura. Zaczął mówić jednak dalej, wyjaśniając powód jego pobytu. Mokry zastrzygł uszami. 
- Powiedżał, że mógłby mnie nauszyć więczej o ziołach... ale musziałbym szie najpierw szpytacz pana, czy przyjąłby mnie pan do kłanu, panie... panie... – tutaj urwał, chcąc poznać imię (jeszcze) nieznajomego. Mamrotowi wydawało się, że niebieski pręgus pełni tutaj rolę takowego zwierzchnika.
Mokry machnął ogonem. Naprawdę Jeżyk był zbyt dobry. Nastała zima, a on co? Zbierał przypadkowe koty i zabierał do klanu. Nie dość, że dla nich nie starczało jedzenia, to jeszcze kolejny pysk doszedł.
Z drugiej jednak strony klanowi przydałby się drugi medyk. Poza tym kocur nie wyglądał na takiego, co sam by poradził sobie w lesie.
Mokry westchnął ciężko. Nie miał do tego głowy, ale powinien coś odpowiedzieć
- Musisz mi dać czas na namysł - zaczął. - W tym czasie będziesz tu gościem. Ostrzegam cię tylko, że klanowicze mogą nie być zbyt mili.
Kocur pokiwał głową, dziękując. Niewyraźnie mówił, przez co Mokry potrzebował się skupić na jego wypowiedziach. Kremowy wyszedł, zostawiając go.
Niebieski położył głowę na lapach. Dodatkowy pysk do wykarmienia, ale też potencjalny medyk. Jeżowa Ścieżka bez powodu raczej by go tu nie przyprowadzał? Z drugiej strony, czemu miał przyjmować jakąś zgubę? I to teraz, w tym trudnym czasie?
Zaburczało mu w żołądku. Nie potrafił jednak przełknąć chociażby kawałka mięsa wiedząc, że reszta klanu głoduje. Zaczął więc lizać swoją wychudłą łapę, na której sierści było odrobinka. Szarzejący pysk, słabnące zmysły. Był do niczego. Nie potrafił już nikomu pomóc.
Chociaż... Mógł dać dom temu kocurowi.
Zamknął oczy. Ssanie w żołądku się nasiliło. Wstrząsnął Mokrym dreszcz, a następnie owiało go zimne powietrze. Otworzył odrobinę pysk, oddając tchnienie, nim nie umarł ponownie z głodu.

Uchylił powieki, rozglądając się po znajomej polanie. Otoczona gwiazdami i nieskończonym niebem, zdawała się być krainą marzeń. Cisza, spokój, tak ulotne, jak zimowy wiatr.
- Mokry, musisz bardziej o siebie dbać. - Usłyszał za sobą głos brata.
- Cześć, Szuwarku - miauknął. Nie widział go od chyba z dziewięćdziesiąt księżyców. Nie liczyły się te razy, kiedy spotykał go po śmierci.
- Żadne "cześć"! - burknął. - Zostało ci jedno ostatnie życie. A panuje zima! Czyś ty rozum postradał?
Mokry nie potrafił mu odpowiedzieć. Jedynie się uśmiechnął. Zrobił krok ku owianej w gwiazdy sylwetce brata.
- Chcę już umrzeć - oznajmił po chwili. - Być tu z wami wszystkimi. Tęsknię, wiesz?
Szuwarek spuścił głowę. Pewnie się spodziewał się takiej odpowiedzi. Jego rozgwieżdżone oczy spojrzały na srebrnego lidera Klanu Burzy. 
- A co z Klanem? - zapytał, jakby myśląc, że taki argument sprawi, iż Mokry będzie chciał żyć jak najdłużej na ziemi.
- Klan sobie poradzi. Zima jest sroga, jednak ich gorące serca podołają zarówno chorobie, jak i ciężkim czasom - odparł Mokry, siadając na gwiezdnej polanie.
Czas im się kończył. Szuwarek zrozumiał, że wiele tu nie zdziała. Cofnął się więc.
- Skoro tak to... Nie zmarnuj tylko tego ostatniego życia na jakąś głupią śmierć - powiedział. Zaczął znikać. -...i nie próbuj popełniać samobójstwa! Bo trafisz do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd, gdyż wtedy nas już nigdy nie spotkasz, a twoja dusza zostanie potępiona!
Mokry zdołał tylko zrobić krok ku niemu, kiedy rozpłynął się na dobre. Dusza lidera zaczęła wracać na ziemię. Świat zamazywał się.

Wciągnął gwałtownie powietrze, oddychając ciężko. Podniósł ociężałą głowę, rozglądając się na boki. Był w swoim legowisku. Na własnym mchu. W środku zimy, podczas panującej wścieklizny.
Potrząsnął głową, by oczyścić umysł.

Leżał dłuższą chwilę, kiedy usłyszał kroki w wejściu. Chaber weszła do niego z posiłkiem w pysku.
- Proszę - mruknęła, kładąc marną wiewiórkę przy jego łapach.
Zastępczyni zerknęła na niego. Zlustrowała kocura wzrokiem. 
- Znowu zamierzasz się głodzić? - zapytała, unosząc brew. 
- Sam nie wiem - mruknął. 
- Cóż, lepiej zjedz coś. Cały klan będzie spokojniejszy - oznajmiła. 
- Wiem wiem. Jeśli kiedyś będziesz w mojej sytuacji, zobaczysz, że łatwiej mówić, a trudniej zrobić - oznajmił, jako poczciwy stary dziadzio. 
Chaber machnęła ogonem. Nie było jej do śmiechu. Większość obowiązków Mokrego spoczywała teraz na jej barkach. 
Niebieski usiadł, podnosząc na nią wzrok zmęczonych, ale wciąż mądrych oczu. 
- Sprowadź tu tego nowego - polecił. 
Gdy kotka kiwnęła głową i wyszła, on spojrzał na jedzenie. Nadal miał w głowie słowa brata.
Powoli sięgnął po pierwszy kęs. Mięso było zimne, oraz chude. Skończył jeść, a niedługo później usłyszał przy wejściu stąpanie po śniegu.
- Mogę? - zapytał przybyły.
- Tak, wejdź - oznajmił.
Kocur wszedł. Spojrzał na niego pytająco, a Mokry stanął mu na przeciw.
- Postanowiłem, że pozwolę Ci dołączyć do mojego klanu. Zostaniesz uczniem medyka. Ostrzegam jednak, że wiążą się z tym pewne wyrzeczenia - miauknął poważnie. - Niedługo odbędzie się twoje mianowanie. Przygotuj się.
Machnął ogonem, czekając na reakcje kocura.

<Mamrot? >

4 pkt

19 marca 2021

Od Mokrej Gwiazdy

 Zima przyszła w najgorszym możliwym momencie. Zewsząd trafiały w mój klan nieszczęścia. Najpierw zaczęło się od chorób, coraz to uciążliwszych. Medyk ledwo wyrabiał ze swoimi obowiązkami, nie mówiąc już o leczeniu całego klanu.
Teraz, kiedy wydałem zakaz polowania na zające, było tylko gorzej. Nie chciałem jednak ryzykować kolejnymi życiami, które... Jeśli nie przez wściekliznę, zostaną stracone przez ogarniający nas głód. Zima była niemiłosierna, kiedy swymi szponami sięgała coraz to głębiej do legowisk kotów. Lodowate wiatry, wysoki śnieg, wiecznie zasłonięte przez chmury słońce. Tak, jakby dla mojego klanu skończyła się dobroć przodków.
Było ponuro, nieprzyjemnie. Burczało mi w brzuchu głośno, raz po raz, jednak tak jak reszta klanu, nie jadłem. Kocięta musiały przeżyć, nawet naszym kosztem. Uczniowie też rośli w siłę, co dawało cień nadziei. Dorośli rezygnowali z posiłków, których i tak było niewiele.
Upolowane ptaki, chude, zmizerniałe. Czasem udało się złowić rybę, bądź jakąś łasicę. To były jednak pojedyncze przykłady. Z jednej zwierzyny jadły dwa lub nawet trzy koty. Ja się często dzieliłem z Jeżową Ścieżką bądź niektórymi wojownikami. Zależy, kto akurat nie miał co do pyska włożyć.
Wcześniej, wiele księżycow temu, również doświadczałem głodu. Nigdy jednak aż takiego. Nie mogłem być nawet pewien, iż koty trzymały się zakazu i z czystej desperacji nie polowały na zające. Mogli przecież jeść za obozem, kryjąc się przed innymi.
Westchnąłem ciężko. Nadal byłem wymęczony chorobą. Nie widziałem kolorowo przyszłości. Przynajmniej nie mojej.
Ułożyłem głowę na mchu, zimnym, szorstkim, pachnącym wilgocią. Był nieprzyjemny w dotyku, jednak ciężko było teraz o coś lepszego. Moją głowę wypełniało miliony zmartwień. Czy koty dadzą radę dojść na zgromadzenie? Czy będziemy musieli prosić inne klany o pomoc? Kto jeszcze zachoruje na nieuleczalną wściekliznę? W jaki sposób w ogóle się zaraża... Czy naprawdę było to przez zające? Oraz... Jak długo przodkowie kazali nam cierpieć głód i nędzę? 
Zacisnąłem słabo zęby. Nie miałem siły na więcej. Moje kości można było liczyć, tak bardzo straciłem na wadze. Sierść straciła dawny blask, skóra stała się nieprzyjemnie sucha. Łapy słabe, nie pozwalające mi na zbyt wiele. 
Czułem, jak się rozpadam. Przy zwykłej zmianie pozycji, moje ciało kruszyło się na miliony kawałków. Żebra wystawały, uwierając mnie przy odpoczynku. Jakby miały zaraz rozlecieć się w mak, od zwykłego leżenia na nich. 
Zamknąłem oczy. Powoli, osowiale. Jednak z zaufaniem. 
Leżąc samotnie w legowisku, z żołądkiem pustym od długiego czasu, drżąc z zimna, umarłem z głodu.

Obudziłem się w ciepłym, przyjemnym miejscu. Z goła innym, niż mój świat na ziemi. Otworzyłem oczy, nie kryjąc chwilowej ulgi.
- Mokry, nastały ciężkie czasy - usłyszałem głos ojca, na którego dźwięk miałem ochotę płakać.
Tak bardzo pragnąłem wtulić się w jego futro. Wysłuchać na nowo wszystkich historii, jakie kiedykolwiek usłyszałem z jego pyska. Mimo, że nie spędzaliśmy mnóstwa czasu... Był moim oparciem. Mądrością.
Z łzami w oczach, przylgnąłem do ozdobionego w gwiazdy ciała Deszczowego Poranka. Kocur z początku zaskoczony, odwzajemnił gest. Mimo, iż nie był to prawdziwy przytulas...naprawdę pomógł. Dał mi siły, by znów zawalczyć o kolejne tchnienie, nawet jeśli pragnąłem tak bardzo zaznać spokoju w objęciach dawno martwej rodziny.
- Wiem, tato - miauknął jak mały kociak, mimo, że od dawna był starszy, niż jego ojciec. - B-Boję się jutra. Nic nie jest pewne. Choroba czyha, koty umierają. Głodujemy. Nie wiem c-co robić... 
Płakałem w jego futro, pierwszy raz od dawien dawna. Chciałem wyżalić się z tego, co czułem. Nawet jeśli nasze spotkanie trwać miało kilka uderzeń serca.
- Nie na wszystko jest odpowiedź, Mokry - odparł. - Jednak jako lider musisz im pokazać siłę.
- Nie mam jej! Jestem wrakiem kota! Same kości! Nie potrafię podnieść się po chorobie, jeszcze do tego wiek i głodówka...! - Żachnąłem się. - Ostatnio... Ledwo daję radę wstać.
- Może to czas, byś odszedł do starszych? - Podsunął jego ojciec.
- Najchętniej odszedłbym do ciebie. Oraz do mamy. Miałbym w końcu tyle czasu, by ją poznać... I do Szuwarka, i do Niezapominajki. Do moich przyjaciół, których dawno temu straciłem. - Mówiłem raz po raz, pozwalając, by łzy ciągle leciały.

Czas mijał. Czułem, że zaraz moja dusza wróci na ziemię. Że znów doświadczę bólu, strachu, głodu, niepewności. Poczuję po raz kolejny tęsknotę za ojcem.
Pokręciłem z desperacją głową, kiedy Deszczowy Poranek odsunął się ode mnie. Chciałem jego ciepła. Porad.
- Pamiętaj, że my wszyscy jesteśmy w tobie. - Kocur oznajmił mu, prostując się. Świat zaczął znikać. - W twoim sercu oraz pamięci. Pamiętaj, bądź silny.
I rozpłynął się, jakoby był strumieniem wartkiej rzeki.

Otworzyłem powoli oczy. Było zimno oraz nieprzyjemnie. Czułem jednak dziwny spokój. Od razu odczułem również zmianę w swoim ciele. Przodkowie dali mi nieco masy, bym mógł dalej żyć, ale wciąż za mało, by zdziałać coś więcej, niż tylko wstanie i przejście kilku kroków.
Wbiłem pazury w mech, oddychając ciężko. Następnie dźwignąłem stare ciało, by wyjść na mróz i pójść pomóc kotom w potrzebie. By, tak jak mówił ojciec "być silnym". 

08 marca 2021

Od Mokrej Gwiazdy CD Jeżowej Ścieżki

 Wścieklizny czas nadszedł 0.0

- Nie przemęczaj się. - Czekoladowy miauknął spokojnie do mnie. Odłożył ostatnie przygotowane na dzisiaj liście stokrotki i przeżuł je pośpiesznie na papkę. Zostawił lekarstwo ostrożnie na mniejszym liściu. Spojrzał oczekująco na mnie, ale nie wydawałem się chętny. - To na ból stawów. Zaufaj mi. Jestem tu żeby ci pomóc.
Skrzywiłem się, Nigdy nie lubiłem ziół mimo częstych wizyt u medyka. Były niesmaczne i śmierdzące. Po kilku uderzeniach serca wziąłem jednak lekarstwo. Wypiąłem język po tej niesmacznej papce. 
- Dzięki, Jeżyku - miauknąłem po chwili. 
Położyłem się z powrotem na swoim posłaniu. Czekałem, aż lekarstwo zacznie działać. Pewnie zajmie to dłuższą chwilę.
Porozmawiałem z Jeżem jeszcze z medykiem, nim nie wyszedł.

~*~

Następnego dnia rano wróciła grupa z polowania. Sikorka niosła zająca, którego wzięła sobie na śniadanie. Ja z kolei sięgnąłem jednego z ptaków. Posiedziałem z kotką chwilę. Szylkretka otarła łapą coś z pyska zwierzęcia, nim nie zaczęła jeść. Następnie, podniosłem się i ruszyłem tyłek do uczniów. Chciałem z nimi pogadać, tak po prostu.

Wieczorem wyszedłem z kotami na kolejne polowanie. Trzeba było korzystać z dobrej pogody. Nawet udało mi się upolować zająca, który podczas łapania ugryzł mnie w nos. Miał pianę w pyszczku. Pomyślałem, że to przez wysiłek. Nie biegł jak reszta, ale wydawał się zmęczony. Taki osowiały, dzięki czemu mogłem go złapać. Ja! Starszy kocur, rozumiecie? Ten zając też musiał mieć swoje lata...
Ale cóż, dzięki temu miałem kolację, którą zjadłem z chęcią.

~*~

Minęło kilkanaście wschodów słońca. Zauważyłem u siebie osłabienie, wywołane ciągłym zmęczeniem. Nawet lekarstwa od medyków nie pomagały. Kiedy któregoś dnia poszedłem po nową dawkę, zastałem tam Sikorkę. Wyglądała strasznie, ciągle wiła się, mamrocząc coś pod nosem. Tak, jakby jej ciało wykręcał potężny ból. Majaczyła o czymś niezrozumiale.
- Co jej jest? - Zapytałem zaciekawiony, siadając. Zmęczenie to nic dobrego...
- Nie wiem, ale łapią ją skurcze - odparł Jeż. Spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem. - Znowu nic nie jadłeś?
Zaskoczony, ale też niczym przyłapany na gorącym uczynku kociak odwróciłem głowę. Ogonem owinąłem łapy.
- Nie jestem...głodny. - Odparłem w końcu.
- Który to już raz? - Westchnął czekoladowy, jednak słyszałem w jego głosie niezadowolenie postawą pacjenta.
Zmrużyłem oczy, biorąc nową dawkę ziół na wzmocnienie. Poprzednie nic nie chciały działać. Tak, jakby nagle przestały mieć swoje właściwości. Dodatkowo Sikorka podniosła się, zaczynając chodzić bez celu. Spojrzenie miała nerwowe, rozbiegane. Znowu coś mamrotała.
Przyszła Rzeczny Nurt z mchem świeżej wody. Z jakiegoś powodu poczułem suchość w gardle, jednak, kiedy położyła go obok, odwróciłem głowę ze wstrętem. Sikorka zareagowała podobnie. Z jej pyska zaczęła wypływać piana. Musiała nie pić kilka dni. Odsunęła się z grymasem na pysku od mchu. Skrzywiłem się, uciekając czym prędzej z legowiska medyków. Nie chciałem pokazywać, iż też nie miałem ochoty na wodę.

Następnego dnia nie było lepiej. Wręcz gorzej. Ilekroć jakiś niewinny promyk światła dostał się do mojego legowiska, z sykiem usuwałem się w cień. Nie ruszałem ani jedzenia, ani wody. Obrzydlistwo.
- Mokry? - Usłyszałem, a z jakiegoś powodu syknąłem na medyka, kiedy tylko ujrzałem jego pysk.
- Nie zbliżaj się - ostrzegłem go, jeżąc sierść.
- Coś cię boli? - Zapytał z troską, nadal prąc do przodu.
Odsunąłem się jeszcze bardziej, dotykając bokiem ściany legowiska.
- POWIEDZIAŁEM COŚ! - Wrzasnąłem mimo suchego gardła, od razu czując w nim ból. Syknąłem na czekoladowego i wodę, którą przyniósł.
Jeżowa Ścieżka obrzucił spojrzeniem moje leże. Nietknięte jedzenie, do tego niewypita woda. Zając patrzył się na mnie martwymi oczami, a w jego pysku była ledwo widoczna piana. Odrobina, ale jednak. Nie połączyłem z sobą faktów. Mój mózg był jak zasnuty.
Medyk odpuścił, wychodząc. Ułożyłem się w cieniu, gdy nagle złapał mnie skurcz. Potężny, w okolicy brzucha. Nie chciał puścić, wydałem z siebie pisk. Jeżowa Ścieżka wrócił pośpiesznie.
- Co ci jest? Masz skurcze? - Zapytał przejęty.
- Zamknij pysk i wynoś się stąd!! - Warknąłem, jeżąc sierść. Nagła agresja pojawiła się we mnie znikąd. Nie wiedziałem dlaczego i szczerze? Nie myślałem nad tym, kiedy woda leżąca obok sprawiała, że chciałem sobie łeb ukręcić. Ilekroć próbowałem pić, jakaś siła mnie od tego odwodziła. Bardzo silna, której nie mogłem się oprzeć.
- Co ci jest?? - Zapytał zbity z tropu medyk.
Uderzyłem ogonem o ziemię, ledwo trzymając się na łapach. Byłem zmęczony, cholernie zmęczony. 
- WYJDŹ! - Rozkazałem, odsłaniając kły. 
Jeżowa Ścieżka spojrzał się na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Na pewno go tym zraniłem, ale nie myślałem o tym. Najważniejszym było go stąd wykurzyć.
Czekoladowy wyszedł, zostawiając mnie w ciszy, przerywanej moim mamrotaniem.

Następny dzień był pochmurny. Ja, wychudzony i zmęczony, z pianą w pysku od wodowstrętu, który dopadł mnie na dobre, wyszedłem z legowiska. Zrobiłem kilka słabych kroków. Wtem usłyszałem odgłosy walki, prychanie, syczenie. Zjeżyłem sierść. Wrażliwe zmysły dały o sobie znać, przez co udzielił mi się ponury humor. Dostrzegłem Sikorkę, która usiłowała zaatakować jednego z kotów. Gdybym funkcjonował normalnie, zapewne by mnie to zaniepokoiło. Teraz jednak miałem w głowie tylko chęć zamordowania szylkretki. Przeszkadzała mi hałasem. Denerwowała!
Gdy ktoś do mnie podszedł, zapewne, by wyjaśnić sytuację, obrzuciłem go pogardliwym spojrzeniem. Odsunąłem się, sycząc groźnie oraz jeżąc sierść. Przewróciłem się z braku sił. Nie mogłem wstać. Leżałem więc patrząc, jak koty obezwładniają szalejącą Sikorkę.

Kolejny dzień był równie pochmurny, co poprzedni. Gdy wypełzłem wręcz ze swojego leża, zobaczyłem tylko leżące, martwe ciało Sikorki niedaleko mnie. Musiała umrzeć w nocy, kiedy wyszła od medyków. Piana w jej pysku, taka jak moja. Wychudzenie, rany, to wszystko tak podobne do siebie...
Koty zabrały ją, omijając mnie szerokim łukiem. Nie chciały dostać po pysku, gdyż mój humor był okrutny. Ilekroć słyszałem podniesiony głos, samemu darłem się, by zamknęli pyski. Wróciłem do legowiska tak samo, jak z niego wylazłem. Ledwo minąłem "próg" posłania, kiedy moim ciałem wstrząsnęła jakaś siła. Straciłem przytomność, nie słysząc nawet medyka krzyczącego "on ma padaczkę!".
Ledwo otworzyłem oczy, a już chciałem je zamknąć. Ból, zmęczenie nie pozwalające mi się ruszyć. Nie było przy mnie nikogo, jednak zioła obok świadczyły, że był tu Jeż. Nie minęła dłuższa chwila, kiedy pogrążony w cieniu umarłem.

Obudziłem się na znanej polanie. Wyglądała jednak inaczej. Jakby...wyschnięta. 
- Mokry - usłyszałem za sobą.
Odwróciłem się natychmiast. Bure futro i zielone oczy...Ciernista Gwiazda!
- Cierń! - Miauknąłem uradowany. Wtuliłem się w jej futro, którego nie czułem tak cholernie długo. Była mentorka odsunęła się ze zmartwieniem w oczach.
- Straciłeś kolejne życie - oznajmiła. - Umarłeś na niewyleczalną chorobę, jednak przodkowie postanowili cię wyleczyć.
- Niewyleczalna...? - Zapytałem skołowany.
- Wścieklizna. - Sprostowała. Drgnąłem zaskoczony.
- Skąd...? - Zdołałem wydusić.
- Uważajcie na siebie. Choroba krąży - miauknęła jedynie. 
Następnie zniknęła, a po niej została jedynie polana. Moja dusza wracała do ciała. 
Obudziłem się gwałtownie, czując okrutny ból. Wszechogarniający, silny. Położyłem natychmiast głowę na mchu. Chwila...mech?
- Obudziłeś się! - Usłyszał nad sobą głos Jeża.
Otworzyłem słabo oko. Dopiero teraz zacząłem odczuwać skutki choroby. Gdybym nie był liderem, gdybym nie doznał łaski przodków...nie obudziłbym się. Tylko pytaniem było...skąd ta wścieklizna?
- J-Jeż... - Sapnąłem. - Ch-Chaber...T-tu...
Pokiwał głową, sprowadzając po paru chwilach zastępczynię. Zdążyłem się podnieść i napić łapczywie wody. Wstręt zniknął.
- Chaber - miauknąłem słabo. - Z-wierzyna je-st chora - mruknąłem. - Nie w-wiem k-która, a-ale...
Jej pysk uległ zmianie. Pokiwała głową, idąc od razu zakazać kotom brać stamtąd pożywienie. Stos zwierzyny został zamkniętym miejscem. 
Zasnąłem, nim Jeż zdążył podać mi zioła.

Obudziłem się, czując siłę. Było lepiej, niż przez ostatni księżyc, kiedy chorowałem. Podniosłem się ciężko. Łapa za łapą, łapa...za ła-
Potknąłem się, jednak zostałem wsparty. Niebieskie oczy pełne troski spotkały się z tymi moimi - przepełnionymi zmartwieniem oraz podejrzeniami.
Jeżowa Ścieżka pomógł mi dojść na środek obozu. Chciałem zobaczyć zwierzynę. Tak jak myślałem - zające na stosie miały w pyskach pianę. Tak jak ja w czasie chorowania.
- To o-one - oznajmiłem cicho. Chaber zbliżyła się, patrząc na jedzenie. - Zające chorują. Z-Zakaż na nie polować i spożywania ich. A ty, Jeżyku...o-bserwuj innych. M-muszą mieć objawy, j-jak ja.
Wciąż byłem słaby. Ledwo, z pomocą czekoladowego, zdołałem dotrzeć do legowiska, gdzie niemal od razu położyłem się, by odpocząć. Kilkudniowa głodówka nie była dobra, wyniszczyła mój organizm niemal do krzty. 

<Jeżyku? Chorowanko!>

12 lutego 2021

Od Mokrej Gwiazdy CD Jeżowej Ścieżki

 

- Mokra Gwiazdo? Nie uważasz, że jesteś trochę zbyt surowy? - odwrócił pysk, spoglądając prosto w oczy przyjaciela. - Szepcząca Łapa nie zrobiła nic na tyle złego, żeby dostać bana na wszystkie Zgromadzenia. Degradacja do rangi kociaka już i tak była wystarczającą karą. To trochę eh, niesprawiedliwe. Burzowa Noc zrobiła awanturę na Zgromadzeniu i dostała sprzątanie legowisk. Ostatnie Zgromadzenie każdemu przysporzyło nerwów. Mi również.... obecność Konwaliowego Serca była zaskakująca.... Ale nie uważasz, że po ochłonięciu warto na to spojrzeć pod innym kątem?
Spojrzał na czekoladowego. Zmrużył oczy, czując chwilowy ból w łapie. Nie było to przyjemne. Nie chciał też odpoczywać, ale rozumiał, iż nie miał wyboru.
- Jeżowa Ścieżko, nie. - Oznajmiłem po chwili, gdy chwilę zastanowiłem się nad odpowiedzią. - Nie zmienię mojej decyzji. Nie ty byłeś na skale, nie ty najadłeś się wstydu. Nie ty kryłeś zdrajczynię klanu! - Pozwoliłem sobie podnieść głos. - Skąd Szept w ogóle o niej wiedziała? Miała trzy księżyce, kiedy Konwalia "zaginęła". - Dodałem ciszej.
Pewnie inne koty jej opowiadały o byłej medyczce. Musiała słyszeć o rzeczach, jakie działy się, nim przyszła na świat.
- Jako uczennica mojego Klanu, powinna go bronić, a nie stawać po stronie zdrajcy. - Oznajmiłem poważnie. - Jako medyk i mój sprzymierzeniec, powinieneś o tym wiedzieć. Chyba, że nagle przestałeś nim być.
Może i byłem nieco podejrzliwy. Do tego wrażliwy. Jednak nie jedno w życiu przeżyłem i wiedziałem, że nawet zaufani przyjaciele mogą się odwrócić. Ileż to już kotów tak straciliśmy? A inne klany? Zdrady, sekrety, różniące nas poglądy? 
Odwróciłem od niego wzrok, patrząc na zioła. Klan Burzy nie posiadał aktualnie ucznia medyka. Muszę to zmienić. Jeśli Jeżowa Ścieżka faktycznie obróciłby się przeciw mnie... Zostalibyśmy bez kota, który zna zioła. Fakt faktem, niektórzy ogarniają podstawy, jednak to za mało. Nie miałem pewności, czy inny klan wspomoglby nas w tak ciężkiej sytuacji.
Machnąłem ogonem, wzniecając kurz.
- Nie pozwolę, by to się powtórzyło. Klan Burzy nie potrzebuje więcej zdrajców - miauknąłem. - Wolę dmuchać na zimne, niż potem patrzeć i załamywać łapy. 
Zerknąłem na niego. Wiedziałem, że Jeż lubi wszystkich klanowiczow. Na pewno śmierć Stokrotki jak i wygnanie Konwalii, a teraz spotkanie jej, nim wstrząsnęło. Mną również. Czemu o tym nie myślał? Byliśmy przyjaciółmi! Dlaczego nie mógłby postawić się w mojej sytuacji, kiedy stojąc na głazie znosiłem cały wstyd jaki odprawiały obydwie? Szept oraz Burza? I jeszcze wiedząc, że Konwalia żyła i mogła sprowadzić na Klan Nocy podobne nieszczęścia, co na Klan Burzy. 
Zacisnąłem zęby. Pożar został zesłany, ponieważ byłem zbyt dobry, i pozwoliłem Konwalii mieszkać w Klanie Burzy mimo tego, co zrobiła. Dlatego teraz Szept dostała porządną karę, która powinna odwieść ją od głupich pomysłów. Nie pozwolę, by Klan Gwiazd mścił się dalej na moim domu. 
- Bycie liderem wymaga ode mnie podejmowania kroków. Nie zamierzam zostawić Klanu Burzy w niepewnej sytuacji. - Miauknąłem. - Nie zaczynaj ponownie tego tematu. - Uciąłem rozmowę.

Minęło parę dni. Moja łapa wracała do zdrowia. Mogłem wstać, bez obaw, że znów zacznie boleć. Znaczy, owszem, stawy dawały mi się we znaki, jednak nie aż tak, kiedy miałem skręconą łapę.
Krzyż nieco bolał od długiego leżenia, kiedy rozciągałem się, czułem trzaskające kości. Starość nie radość, młodość nie wieczność, jak to mawiają. Wyszedłem z legowiska medyków, dziękując Jezowej Ścieżce za okazaną pomoc. Dobry z niego medyk, wyleczył nawet takiego staruszka jak ja.

30 stycznia 2021

Od Mokrej Gwiazdy CD Jeżowej Ścieżki

 Kolorowe światła, huk i niebo oświetlone nimi. Przywołuje wspomnienia. Kiedyś, dawno temu przeżył podobne wydarzenie. Był wtedy zastępcą, migrował z innymi klanami na nowe tereny.
- Cześć - usłyszał obok siebie, po chwili dostrzegając czekoladowego kocura.
Jeżowa Ścieżka, jego przyjaciel od tak długiego czasu. Mokry nadal pamiętał, jak Jezyk był małym kociakiem, później uczniem, zmieniał drogę z wojowniczej, na medyczną.
Machnął ogonem spokojnie, czując wszechogarniający chłód.
- Witaj, Jeżowa Ścieżko. - Odparł, a z jego pyszczka wyłoniła się para.
Nie lubił zimy, zresztą, kto to robił? Zawsze podczas niej mieli problemy. Brak pożywienia, śnieg, zamarznięta woda. Choroby... Biały puch, w którym można było się bawić nie nadrabiał zmartwień, jakie mieli.
Westchnął cicho, drżąc. Zaraz zamierzał wracać. Nie chciał siedzieć tu długo, i tak czuł, jak jego poduszeczki szczypią.
- Pamiętasz pierwszy raz, kiedy te światła były na niebie? - Zapytałem. - Też w nocy, też była zima.
Czekoladowy uśmiechnął się, patrząc w chmury. Rozmawiali dłuższą chwilę. Temperatura była jednak tak nieznośna, że musiałem wrócić do legowiska.

~*~

Ociepliło się ku uldze wszystkich. Polowania zaczęły przynosić więcej zysku, aniżeli jak za zimy strat. Moje łapy nie marzły już tak bardzo.
Rozciągnąłem kości, ruszając przed siebie. Zamierzałem przejść się na spacer poza obozem. Dawno tego nie robiłem. Ostatnimi dniami miałem sporo na głowie, zwłaszcza po zgromadzeniu.
Westchnąłem na samo wspomnienie, zaraz jednak idąc przez wyjście z obozu. Słońce przyjemnie grzało, a wiatr chłodził. Rozległe równiny były co najmniej piękne, zielone, pełne zapachów kwiatów. Zajęcze norki nosiły na sobie zapach właścicieli, więc pewnie grupa z polowania przyniesie jakiegoś na stos.
Machnąłem rozluźniony ogonem, przechodząc w szybki trucht. Starość to jedno, ale duchem nadal byłem młody! Ruszyłem, po chwili przyspieszając znowu. Ruch był cudowny. No i ważny dla zdrowia, które ostatnimi czasy coraz mniej mi sprzyjało.
Biegnąc tak nie zauważyłem zajęczej norki. Wpadłem w nią łapą, bardzo niefortunnie. Ból rozlał się po moim ciele szybko, niczym piorun na niebie. Krzyknąłem zaskoczony. Syknąłem, kląc pod nosem. Wyjąłem powoli, ostrożnie kończynę. Przy najmniejszym ruchu bolała na nowo. W moim wieku mógł to być równie dobrze gwóźdź do trumny.
Westchnąłem głośno, stękając z bólu. Pokuśtykałem powoli do obozu, łapę unosząc do góry. Poczłapałem do legowiska medyka, mając nadzieję, iż go zastałem.
- Jeżowa Ścieżko? - Miauknąłem na wejściu.
Nim cokolwiek mogło się stać, zacząłem szukać maku na ukojenie bólu. Może i wiele go miałem w życiu, więc teraz nie znosiłem go jakoś bardzo bardzo źle, to jednak wolałem nie odczuwać praktycznie nic.
Ughh, już słyszałem w głowie słowa Jeża. Ze powinienem się oszczędzać, bo mam stare kości i bla bla bla. Mój młody duch nie chciał tego słuchać!

<Jeżyk? Uwu> 

28 stycznia 2021

Od Mokrej Gwiazdy


Wróciliśmy ze zgromadzenia. Pomijając fakt, ile stresu oraz wstydu się najadłem, byłem nieźle zdenerwowany. Konwalia przeżyła, zaszyła się w Klanie Nocy, a Aroniowa Gwiazda nie chciał mnie słuchać. Martwiło mnie, jak bardzo jego podwładni bekną za ten czyn. Jednak nie chciałem zaprzątać sobie tym głowy. Bo też po co? Nie mój interes.
Z tą myślą przekroczyłem "próg" obozu. Mój ogon drgał nerwowo. Kazałem wojownikom pilnować Szepczącej Łapy, a Burzowa Noc dostała pod swoim adresem parę uwag od innych. Mimo faktu, iż spora większość była zadowolona, w tym ja, że kotka wygarnęła zdrajczyni co trzeba. Nie zmieniało to i tak kwestii tego, że zakłóciła spokój Zgromadzenia. O mały, cienki włosek, a Klan Gwiazd usmażyłby nam wszystkim tyłki. 
Mijając klanowiczów, poszedłem od razu do swojego legowiska. Nie miałem siły, ani chęci by z nimi rozmawiać. Położyłem się na mchu, kładąc pysk na łapach. Westchnąłem cicho. Oby Klan Gwiazd dał mi cierpliwość.
- Mokry? - Usłyszałem w wejściu Rzeczny Nurt. Moja pierwsza w życiu uczennica, którą wytrenowałem.
- Tak? - Zapytałem, tonem pokazując, że nie mam ochoty na rozmowy.
- Przyniosłam ci kolację. - Miauknęła łagodnie, jednak też zmęczonym głosem.
- Dziękuję - mruknąłem, patrząc na nią. - Idź i odpocznij. 
Zostawiła wróbla przy moich łapach. Kiwnęła głową, mówiąc dobranoc i wychodząc. Westchnąłem długo. Sięgnąłem po piszczkę, jedząc ją. Następnie, rozmyślając nad jutrem, ułożyłem się do snu. 

Rano wyszedłem z legowiska. Zagadnąłem wojowników, którzy mieli iść na poranny patrol, by zostali na chwilę. Poprosiłem ich też, by zebrali koty. Sam poszedłem do wzniesienia, z którego przemawiałem. Poczekałem, aż każdy przyjdzie i usiądzie.
- Klanie Burzy! - Zacząłem. - Jak zapewne wszyscy już wiecie, wczorajszej nocy, na Zgromadzeniu wydarzył się pewien incydent. Zdrajczyni naszego Klanu, Konwaliowe Serce, pod nowym imieniem przebywa w Klanie Nocy. Co jednak dla nas ważniejsze - znalazłem wzrokiem obie kotki w tłumie. - Szepcząca Łapa jak i Burzowa Noc nieomal sprowadziły na zgromadzonych gniew przodków.
Machnąłem ogonem, patrząc na ich pyski. Burza była dorosła. Świadoma swojego czynu, Szept wymagała wciąż wielu księżyców nauki. Nie zamierzałem marnować czasu.
Podjąłem dialog dalej.
- Zostaną ukarane. Burzowa Noc będzie sprzątać wszystkie legowiska przez najbliższe trzy księżyce, a także nie może wychodzić na Zgromadzenia przez dwa następne. - Oznajmiłem. - Szepcząca Łapa z kolei zostaje zdegradowana do rangi kociaka na sześć księżyców, wracając tym samym do żłobka. Jej trening będzie zawieszony, tak jak obowiązki. Dostaje również zakaz chodzenia na Zgromadzenia do końca jej dni. Niesubordynacja będzie surowo karana. - Podkreśliłem ostatnie zdanie, mówiąc je poważnie, chłodno.
Patrzyłem beznamiętnie na obydwie. Następnie na klan, który wyraził aprobatę danym im karom. Cieszyłem się, że byli zgodni. 
- Oczekuję od was wszystkich rozwagi. - Oznajmiłem. - Nie chcę podobnych sytuacji. Możecie wrócić do swoich zajęć. Kara Burzowej Nocy i Szepczącej Łapy obowiązuje od teraz.
Następnie zakończyłem zebranie, schodząc z kamienia. Rozciągnąłem kości, idąc przez obóz.
Zgłodniałem, a że wojownicy upolowali smaczne piszczki, postanowiłem zjeść jedną. Sięgnąłem wiewiórkę, po chwili biorąc i mysz. Zamierzałem przejść się do starej kumpeli. 
Pląsającej Sójce zawdzięczałem wiele. Wychowała sporo kociaków, które teraz zostały wojownikami. Poza tym, służyła wsparciem, miłym słowem i to długi czas, odkąd przyjęliśmy ją do klanu.
ruszyłem spokojnym krokiem ku legowiskom starszych. Były spokojne, a żaden z klanowiczów nie przesiadywał tu teraz. Wszedłem więc powoli. Położyłem piszczki obok siebie.
- Pląsająca Sójko - zacząłem, odnajdując kotkę wzrokiem. Leżała spokojnie na boku, tyłem do mnie. - Miło cię widzieć.
Uśmiechnąłem się, podchodząc do niej. Jednak bardzo szybko szczęście zamieniło się w smutek i stratę. Kotka leżała nieruchomo, z oczyma zamkniętymi, a pyszczkiem ułożonym na mchowym posłaniu. Nie oddychała, nie mrugała. Była martwa.
Musiała odejść we śnie, jednak jej śmierć była dla mnie zaskoczeniem. Mimo licznych księżyców kotki, dobrze się trzymała.
- Niech twą duszę prowadzi Klan Gwiazd - mruknąłem z troską, pyszczkiem ocierając się o jej głowę. - Zasłużyłaś na spokojną śmierć. 
Kolejna strata. Kolejna przyjaźń odeszła, wraz z ostatnim tchnieniem starszej. Westchnąłem cicho, odchodząc powoli. Straciłem apetyt.
- Tańcząca Zorzo, Mniszkowy Kwiecie - zagadnąłem dwójkę wojowników. - Pozwólcie proszę.

Koty wyniosły delikatnie ciało starszej. Zdawało się lżejsze, niż kiedykolwiek. Położyli je przy kopcach z innymi zmarłymi. Teraz nadszedł czas, by powiedzieć sobie ostatnie "do zobaczenia". Szepnąłem nad jej zwłokami parę innych słów pożegnalnych, nim nie odsunąłem się.
- Poinformujcie klan - poleciłem. - A wieczorem zakopcie zwłoki.
Klan Burzy pożegnał dzisiejszego dnia wspaniałą starszą.

23 stycznia 2021

Od Mokrej Gwiazdy CD Szepczącej Łapy

 Kociak wpadł na mnie z całej repety. Niedaleko niej biegła Pląsająca Sójka, która widocznie zaczęła całą zabawę. Obie jednak widząc mnie zamarły wpół kroku, jakbym straszył.
- Witaj, Pląsająca Sójko. - Zacząłem.
- Dzień dobry, Mokry. - Odparła nieco rozluźniona.
Znalismy się nie od dziś, więc wiedziała, że nie karze za takie rzeczy. Kotka podeszła i objęła ogonem kociaka.
- To Szept. - Przedstawiła.
- Cześć, Szept - przywitałem się, jednak kotka mi nie odpowiedziała. - Jest chora?
- Nie, po prostu nieśmiała. - Odparła łagodnie starsza.
Pokiwałem głową. Rozejrzałem się, widząc tętniący życiem obóz.
- Wolałbym, by nie oddalała się tak daleko. Możecie się bawić, ale bliżej żłobka. - Oznajmiłem.
Pląsająca kiwnęła głową, zabierając pospiesznie małą. Odprowadziłem je wzrokiem, nim nie wróciłem do swoich obowiązków.

~skip do teraz~

Obóz był odbudowany, zwierzyna wracała. Klan Burzy stawał na nogi po zimie. Nic tylko się cieszyć i starać, by zachować tę równowagę.
Oblizałem wąsy po śniadaniu. Było całkiem ciepło, Zielona trawa tworzyła miękkie legowisko dla każdego. Miło było tak poleżeć i się powygrzewać.
Nie mogłem jednak zbyt długo odpoczywać, gdyż wzywały obowiązki. Byłem już starszy, moje kości bolały, a pysk siwial, jednak wciąż robiłem wszystko dla klanu.
Ruszyłem więc spokojnym krokiem, po drodze witając z klanowiczami. Tak samo wpadłem na jedną z uczennic.
- Witaj, Szepcząca Łapo. - Miauknąłem spokojnie.
Kotka nie odpowiedziała, jedynie kiwnęła głową. Zazwyczaj ignorowałem ją, przez nadmiar obowiązków, dziś jednak znalazłem dłuższą chwilę.
- Przejdziesz się ze mną? - Zapytałem.
Zgodziła się ruchem głowy, wstając. Pokierowałem więc nas poza obóz, na rozległe równiny. Idąc krok w krok z nią, pomyślałem, że może warto zacząć jakiś temat.
- Jak ci idzie trening? - Zapytałem. - Nie dajesz Narcyzowi w kość? Albo raczej on tobie?
Pozwoliłem sobie się zaśmiać. Znałem Narcyza od małego i wiedziałem, że czasem bywa x nim ciężko. Wyszkolił już jednak kilku uczniów i nie miałem obaw przed kolejnym.
Czekałem na odpowiedź. Wiedziałem, że kotka prędzej czy później się odezwie. W końcu rozmawia z liderem klanu.

<Szept? >

06 stycznia 2021

Od Mokrej Gwiazdy CD Niebiańskiego Kwiatu

 - Dziękuje Mokra Gwiazdo, dziękuje za normalne imię.- mówię nie najgłośniej do kocura.- Jednak z ogonem nie pogodzę się i mam pytanie. Jeśli mogę zapytać, jak się pogodziłeś z tym?
Przysiadłem obok dawnej uczennicy. Jej pytanie trochę mnie wprawiło w zamyślenie. Nigdy nie miałem problemu z zaakceptowaniem wyglądu swojego ogona.
Owinąłem go wokół łap, przebierając nimi w miejscu.
- Czemu miałbym dać Ci nienormalne imię? - Zaśmiałem się cicho.
Owiał mnie chłodny wiatr, zatrząsłem się. Krótka sierść, do tego niedowaga, wiek. Nie fajnie, ale co zrobię? Owinę się liśćmi?
Zerknąłem na jasną kotkę, a następnie jej ogon. Nie wyglądał wcale źle.
- Zasłużyłaś na piękne imię - dopowiedziałem. - A co do ogona - ja swój zdobyłem w dość niefajny sposób. Pamiętasz, jak ci o tym opowiadałem?
Kotka pokiwała głową. Rozejrzałem się widząc koty idące do posłań. Niektórzy dzielili się językami, inni myli futro. Ponownie przeniosłem lodowato niebieskie, a jednak spokojne oczy na Niebo.
- Po części nie miałem czasu by myśleć, czy w jakiś sposób mnie szpeci lub coś. Na terenie Klanu Burzy nie mieliśmy nigdy zbyt wiele drzew, tak więc nie musiałem się wspinać. - Mówiłem, a z mojego pyska leciała para. - Nie szkodził mi, a nim się obejrzałem - zaakceptowałem sprawę taką, jaką była. Można rzec, iż ten ogon jest moim znakiem rozpoznawczym.
Przypomniałem sobie koty, które szeptały między sobą o liderze bez futra na ogonie. Zazwyczaj tak mnie poznawali - łysina rzucała się w oczy.
Poruszyłem wąsami.
- Zimno się robi. - Miauknąłem, mimo marznięcia od paru minut. - Wracaj do siebie, a jutro wybierzemy się na patrol, zgoda?
Niebo kiwnela głową, zgadzając się na mój pomysł. Poszliśmy do naszych posłań, ułożyłem się na mchu, czując drżenie.

Następnego dnia zima trzymała nawet mocniej niż poprzedniego. Rozciągnąłem się, czując ból w starych kościach oraz ich sztywnienie.
Rozejrzałem się za Niebiańskim Kwiatem. Kotka kończyła posiłek, więc podszedłem do niej.
- To jak? Chcesz teraz wyjść na patrol? - Zapytałem spokojnie.

<Niebo? >

01 stycznia 2021

Od Mokrej Gwiazdy

 Krótkie sylwestrowe opko v2

Marzłem jak jasna cholera. Nie cierpiałem zimy. Śnieg lepił się do łap, zwierzyna uciekała. Nie mieliśmy ostatnimi czasy łatwo, a pech chciał, by wszystko stało się przed nastaniem pory nagich liści. Beznadzieja. 
Westchnąłem ciężko. Mimo mchu i przysłonięcia wejścia, zimne powietrze dostawało się do środka. Nie mogłem przez to spać.
Pogrzebałem pazurem w ziemi, myśląc chwilę. Która mogła być godzina? Środek nocy zapewne.
Usłyszałem nagle huk. Znajomy, jakby kiedyś już zasłyszany. Następnie kolejny i znowu. Po paru chwilach przypomniałem sobie, skąd znałem tajemnicze hałasy.
Wyszedłem z legowiska. I tak nie mogłem spać, a teraz przynajmniej pooglądam ładne widowisko. 
Nie myliłem się; od strony dwunogów mogłem dostrzec różnokolorowe światła. Niesamowite kształty, dźwięki. Pojawiały się i znikały, jak za sprawą magii.
Fajerwerki. Dokładnie rok temu Pliszkowy Krok zdradziła mi ten sekret. Hah, byłem wtedy z Jeżykiem. Wspólnie je oglądaliśmy. 

Zacisnąłem zęby. Czemu... Czemu wszystko się tak potoczyło? Akurat teraz, pod koniec mojego życia? Pożar, strata terenów, rozłam w klanie. Co prawda na razie nie zagrażał jakoś znacznie, jednak obawiałem się nadchodzącego czasu.
Machnąłem nerwowo ogonem. Śnieg rozświetlany przez fajerwerki mienił się w wielu kolorach, których nawet nie znałem. Złoty, zielony, niebieski i parę innych. Czasem nawet kilka na raz. 
Ciekawe, jak to wszystko działało? Że aż tyle tych dziwnych rzeczy leciało do nieba, a potem znikało?

Zamrugałem parę razy, gdy przestały się pojawiać. Nowy dzień, to oznaczał koniec tych świateł. Wstałem, a stare kości dały się we znaki. Stęknąłem cicho, czując w nich ból. Stawy, biodra. Do tego zimno. Trząsłem się nie na żarty. Krótka, siwa sierść tylko umacniała mnie w przekonaniu, że jest bliżej niż dalej.

Myślałem, że temperatura nie może już niżej spaść. Myliłem się. Nie powinienem wychodzić na zewnątrz. Nie w taka pogodę. Przy moim stanie zdrowia - będąc zapracowanym, wygłodzonym przez panujące warunki i zestresowanym... 
Nie czułem nawet, kiedy upadłem bez życia. 

Huh, zamarzłem? Nigdy bym nie pomyślał, jak łatwo utracić życie. Wystarczyło być starym, słabym i by spadła temperatura.
Rozejrzałem się po malowniczym krajobrazie klanu gwiazd, który odwiedzałem już parę razy. Usłyszałem za sobą szum. Obejrzałem się, dostrzegając swojego ojca, Deszczowego Poranka. 
- Tato - Miauknąłem szczęśliwy i tchnięty melancholią.
Kocur kiwnął mi głowa. Nawet tu, na srebrnej skórce, był poważny i dostojny. Też kiedyś taki byłem.
- Zamarzłeś - stwierdził. - W twoim wieku powinieneś uważać.
Pokiwałem głową, czując się dziwnie, dostając pouczenie od ojca. W końcu już tyle czasu go nie widziałem. Ponad pół życia... 
- Tak. Mam tego świadomość - odparłem. - Ale chciałem je zobaczyć... Fajerwerki.
Niebieski pokiwał głową, a moja dusza zaczęła wracać do ciała. Przodkowie musieli rozgrzać mój organizm. 
- Do zobaczenia, tato - pożegnałem się z kocurem, hamując łzy. Straciłem kolejne życie. 

Otworzyłem oczy, od razu próbując wstać. Zachwiałem się, jednak zdołałem dotrzeć do mchowego posłania. Ułożyłem się na nim tak, by nie gubić zbyt dużo ciepła. Minęło trochę czasu, nim zdołałem zasnąć. 
Wciąż drżałem. 

22 grudnia 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Jeżowej Ścieżki

 Czekoladowy położył przede mną piszczkę. Ścisnęło mi żołądek na sam jej widok. 
- Zjedz - mruknął medyk, mrużąc oczy.
Skrzywiłem nos, ścisk w żołądku nie wiedziałem nawet by był głodem czy może zapowiedzią wymiocin. Chociaż nie miałem co zwracać.
- Nie chcę jej, daj ją komuś innemu - mruknąłem.
- Słaby nam się do niczego nie przydasz - Jeżowa Ścieżka nie owijał w bawełnę. - Jedzenie doda ci sił.
Zmarszczyłem brwi. Miał rację. Mimo, że ochota na posiłek nie przyszła, zmusiłem się, by je zjeść.
Czułem wzrok pręgowanego na sobie, podczas konsumowania. Nie zdziwiłbym się, gdyby sprawdzał, czy abym nie zwrócił gdzieś posiłku. 

*Time skip*

Spopielona, sucha trawa, brak zwierzyny, wykończeni wojownicy jak i uczniowie. Typowy widok Klanu Burzy od jakiegoś czasu. Odbudowa obozu zajmie nam jeszcze parę dni. Powietrze było chłodne, a niebo zachmurzone. Deszcz padał coraz to częściej, obniżając temperaturę wokoło. Poza tym, szła zima. Jeśli nie zdążymy odbudować legowisk, będzie po nas.
Z taką myślą w kółko pracowałem. Kontrolując innych, rozdzielają zadania, samemu pomagając przy niezbyt ciężkich sprawach. 
Konwaliowe Serce zaginęła. Podczas pożaru zniknęła z oczu klanowi, a Orlikowy Szept nie wiedział, gdzie mogła się podziać. Zakładałem, że zginęła, bądź znalazła schronienie w innym klanie. Nie mogłem jednak zakrzątać nią sobie myśli. Jeżowa Ścieżka został sam ze Stokrotkową Łapą, a znalezienie ziół na tak spopielonym terenie jak aktualnie Klan Burzy, graniczyło z cudem.
Skierowałem więc kroki ku legowisku medyków.
- Jeżowa Ścieżko? - Miauknąłem w przestrzeń. Gdy kocur wyłonił się ze środka, machnąłem ogonem spokojnie. - Mogę ci jakoś pomóc? W szukaniu ziół albo coś...?
Chciałem to zrobić. W końcu on był sam z córką Konwalii, a nad naprawą obozu pracował cały klan. Mogłem poświęcić parę chwil na podanie pomocnej łapy czekoladowemu.

<Jeżyk? w końcu odpisane yay>

Od Mokrej Gwiazdy CD Drżącej Ścieżki

 Ostatnie dni, choć ulewne, były pełne pracy. Odbudowywanie legowisk, które zostawały po części zalewane przez krople deszczu, szukanie zwierzyny. Nie było praktycznie zająców zy myszy. Większość z nich została spalona w pożarze, bądź uciekła za granice naszego klanu. Wojownicy czasami musieli przekraczać umowne krańce klanu burzy, by nie wracać z pustymi pyskami. Było kogo karmić. Uczniowie, ciężarna Muszy Lot. 
Każdy był zmęczony. Fizycznie, psychicznie. Pożar zmusił nas do stresującej ucieczki na obce tereny, z których przepędziły nas lisy. Teraz, kiedy wróciliśmy, obóz był w strzępach, a zima tuż tuż.

Westchnąłem ciężko, idąc przez obóz. Musiałem rozdzielić zadania. Chaber zajmowała się grupami na polowania, które z każdym dniem były coraz mniej owocne. Stos ze zwierzyną prosił o pomstę do nieba, a koty łaziły poddenerwowane. Wyczuwałem w powietrzu napięcie.
Mój ogon drgnął nerwowo, gdy usłyszałem syknięcia jednej z wojowniczej, Piaskowej Ścieżki. Była w towarzystwie swojego syna, Drżącej Ścieżki. Od dawna wiedziałem, jak napięte są ich rodzinne stosunki. Teraz, widząc jak kocur uderza matkę, zmarszczyłem brwi. Kremowy przeniósł na mnie spojrzenie.
- Jakiś problem? - Warknął.
Trzepnąłem ogonem, podchodząc bliżej.
- Piaskowa Ścieżko, pójdź na patrol z innymi - poleciłem jej, mimo zdenerwowania jakim emanowała. Następnie zwróciłem się do Drżącej Ścieżki. - A ty załatwiaj proszę rodzinne problemy poza centrum obozu, dobrze? Jest tu co robić.
Nie wydawał się ani trochę chętny do współpracy. Zresztą, tak samo jak jego matka. Nie wyrodzi wrona sokoła, co poradzić.
Zerknąłem na matkę wojownika, która otwierała pysk, bijąc ogonem.
- Nie przyjmuję sprzeciwu - miauknąłem ostro. - Idź na patrol. A ty, Drżąca Ścieżko, pomóż innym odbudowywać żłobek. Muszy Lot niedługo spodziewa się kociąt. Musi mieć gdzie je odchować.

<Drżący?>

16 grudnia 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Niebiańskiej Łapy

 Poszedłem do kotów, które leczyły się po zetknięciu z pożarem. Sam musiałem wziąć parę ziół od medyka. Będąc blisko, dostrzegłem znajome futro. Skierowałem kroki ku Niebiańskiej Łapie.
– Jak się czujesz Niebiańska Łapo?- Zapytałem uczennicę.
– Ogon-n mój-j nie będzie-e miał-ł do połowy-y sierści-i nigdy-y.– Powiedziała przygnębiona.
Widziałem smutek w jej oczach. Nie tak dawno ostrzegałem kotkę przed tym morderczym żywiołem, jakim był ogień. Jednak mimo to uczennica nie była w stanie go uniknąć.
Przysiadłem się, owijając własny ogon wokół łap.
- Nie smuć się - miauknąłem spokojnie, chcąc ją uspokoić. - Zagoi się.
Niebiańska Łapa odwróciła głowę, patrząc po pozostałych kotach. Może jej nie przekonałem? Cóż...zaakceptowanie takiego stanu bądź nie jest sprawą indywidualną. Ja mogłem jej jedynie w kółko powtarzać, iż to nie koniec świata, a początek...czegoś. Przeżycia młodszej będą się za nią ciągnąć całe życie, tworząc swą własną historię.

~*~

Byliśmy w naszym obozie już dłuższy czas. Legowiska zostały praktycznie odbudowane, a wojownicy nauczyli się żyć w nowym ładzie, po stresującym ostatnim czasie. 
Na mnie te wydarzenia również odcisnęły piętno. Często nie mogłem spać w nocy, tułając się z miejsca na miejsce, bóle w stawach nasilały się. W końcu ucieczka przed pożarem dała mi w kość, jednak Jeżowa Ścieżka optymistycznie patrzył na moje leczenie. Po ziołach było lepiej, a ja sam miałem cień nadziei, iż uśmierzą ból na dłużej.
W każdym razie, pamiętałem doskonale o swojej uczennicy. Gdy tylko wyleczyła swe rany, zajęła się pomaganiem pozostałym. Zajmowała kociętami Sikorki, nosiła wodę. Do tego wraz ze mną kontynuowała trening. Byłem zadowolony z jej postępów i tego, jak zmieniła się od naszego pierwszego spotkania. Dorosła, miała już osiemnaście księżyców. Gdyby nie pożar, pewnie już dawno bym ją mianował, jednak...dopiero teraz nadarzyła się odpowiednia okazja.
Popołudniu, gdy koty wróciły z patrolu, a wraz z nimi Niebo, machnięciem ogona poleciłem jej podejść do mnie na ubocze. Kiwnęła głową na przywitanie.
- Witaj, Niebiańska Łapo. - Zacząłem przyjaźnie. Uśmiechnąłem się lekko, niemal niedostrzegalnie. - Chcę cię tego wieczoru mianować na wojowniczkę. Pozostań więc w obozie, zgoda?

<Niebo? już pora!!>

05 grudnia 2020

Od Mokrej Gwiazdy

Wracamy do kb yay


Zaczął padać deszcz. Zbawienny, zimny i tak wyczekiwany. Siedziałem wraz z innymi w tymczasowym obozie, czując na sobie krople lecące z nieba. Cieszyłem się z tego powodu jak mały kociak.
Zarządziłem, że możemy w końcu wracać. Po paru dniach w tym niesprzyjającym miejscu, otoczeni lisami. Rude stworzenia coraz śmielej zaczęły nam pokazywać, iż nie są zadowolone z obecności obcych.
Ostatniego dnia, kiedy w ulewnym deszczu ruszyliśmy ku rzece, one nie odpuszczały. Zza drzew, krzewów - patrzyły, warcząc na nas. Wyganialy cały klan burzy, a koty spłoszone tylko przyspieszały kroku.
Ja również, idąc niemal na przedzie, chciałem już być w starym obozie. Nawet jeśli nic z niego nie zostało.

Stanęliśmy przed rzeką, która będąc napełnianą przez ulewny deszcz zaczęła się wylewać. Poza tym - rwała brzegi. Było niebezpiecznie, zimno i stresująco.
Na karku stały nam lisy. Pierwsi wojownicy, biorąc kocięta w pyski, ruszyli przed siebie. Staraliśmy się znaleźć najpłytszą część rzeki, ale nie było to takie proste.
Wojownicy zaczęli się chwiać, będąc uderzanymi przez rzeczne fale. Kocięta w ich pyskach piszczały.
Po żarliwej walce z żywiołem, w końcu wyszli na brzeg, kładąc zmoczone, przerażone maluchy.
Ruszyli kolejni. Za nimi następni. Mentorowie wspierali swoich uczniów przy przechodzeniu. 
- Poradzisz sobie? - Usłyszałem za plecami Rzeczny Nurt, swoją dawną uczennicę.
Posłałem jej uspokajające spojrzenie.
- Po przeżyciu tylu klęsk żywiołowych coś takiego mi nie zaszkodzi. - Miauknąłem, próbując uspokoić nie tyle Rzekę, co siebie.
Miałem starsze kości, Księżyce robiły swoje. Istniało niebezpieczeństwo, iż porwie mnie nurt, lub się utopię. Nawet fakt, że przecież mam nadal parę żyć mnie nie uspokajał. To nie było przyjemne - umieranie, by po paru dłuższych chwilach znowu wrócić na ziemię.
Tak jakbyś zapadł w bardzo spokojny sen, zobaczył swoją rodzinę, by następnie jednym szarpnięciem powrócić do stresującej rzeczywistości.

Westchnąłem cicho, próbując opanować drżenie łap. Ruszyłem przed siebie. Za mną była Rzeka, w każdej chwili gotowa, by pomóc. Machnąłem nerwowo ogonem, czując chłód wody, oraz siłę, z jaką rwała. Zrobiłem pierwszy krok, chwiejąc się od jej mocy. Ślizgie podłoże nie ułatwiało przeprawy.
Chabrowa Bryza zabrała klan w stronę naszego starego obozu, a ja z paroma wojownikami zostałem w tyle.
Zbyt długo patrzyłem na odchodzący klan. To był mój błąd, o którym zorientowałem się, gdy rzeka niebezpiecznie mocno rzucała mną na boki. Pazurami próbowałem uczepić się dna. Na daremno. Byłem już prawie przy brzegu, gdy rzeka z większą siłą uderzyła we mnie.
- Mokra Gwiazdo!! - Usłyszałem za sobą, nim woda zalała mnie, odcinając od reszty.
Płyn nalewał mi się do gardła litrami, zalewając powoli płuca, sprawiając, że dławiłem się raz po raz.
Bolała mnie klatka piersiowa, niemoc złapania oddechu przyprawiała mnie o panikę. Motałem się w wodzie, czując nad sobą łapy wojowników, którzy za mną skoczyli, by mi pomóc.

Było za późno. Gdy woda w najlepsze mnie dusiła, rzucając na boki, czułem jak zycie ucieka niczym zające na polowaniu.
Odcknąłem się na rozległej polanie. Na naszych starych terenach. Zamrugałem parę razy, przypominając sobie pierwszy dom, który straciłem dawno temu.
- Utopiłeś się huh? - Usłyszałem za sobą głos Szuwarowej Łapy.
Odwróciłem się szybciej, niż pomyślałem. Widząc pyszczek brata sprzed tragedii, jaka go spotkała, poczułem melancholię. Za każdym razem, kiedy to akurat on do mnie przychodził, odczuwałem tęsknotę. Może za życia tego nie pokazywał, ale teraz po śmierci odnosiłem wrażenie, że mimo wszystko mnie kochał.
- Tak... Pora Opadających Liści nam dopieka. - Miauknąłem.
- Najpierw twoje tereny zostały spalone, a teraz topisz się w rwącej rzece. - Wspomniał. - Nieźle. Pomijając, że spalenie byłoby dużo trudniej wyleczyć, aniżeli pozbyć się wody z twojego organizmu.
Uśmiechnąłem się lekko. Zawsze był bezpośredni. Szuwarek machnął ogonem, podchodząc. Lśnił jak gwiazdy na Srebrnej Skórce.
- Jesteś już stary. - Zaczął, a ja przełknąłem ślinę. - Tyle księżycow minęło... A ty nadal żyjesz. Wciąż brniesz do przodu.
- Właśnie straciłem życie. - Przerwałem mu.
- Masz jeszcze cztery! - Podniósł nieco głos. 
Moje ciało zaczęło się rozpadać. Dusza wracała na ziemię. Drobinki, niczym piach odchodziły, mknąc w przestrzeń. 
- Ugh, musisz uważać na to, co dzieje się w twoim klanie. Ostatnie wydarzenia wszystkich zestresowały. - Miauknął. - Strzeż się tych, którzy mogą się obrócić przeciwko tobie, nawet jeśli teraz uważasz ich za przyjaciół.

Obudziłem się gwałtownie, kaszląc głośno. Było mi zimno, drżałem. Słyszałem wokół siebie głosy, w tym Stokrotkową Łapę, która przybiegła szybko z ziołami.
Podniósłem się, patrząc na medykamenty.
- Wzmocnią cie. - Miauknęła Stokrotka.
Wiedziałem to. Znałem te zioła, w końcu tyle razy już je jadłem.
Rzeczny Nurt pomogła mi się podnieść, gdy już zjadłem swoją porcję. Ruszyliśmy do obozu, po spalonej trawie, połamanych częściach drzew, które przywiał wiatr. Czułem się... Dziwnie? Już któryś raz straciłem w ten sposób dom - przez nieprzychylny żywioł.

Dotarliśmy w końcu do ruin, jakie pozostały po obozie. Wszedłem do środka, po zawalonej trawie, ziemi, zwęglonych częściach legowisk. Łzy się w oczach kręciły na ten widok. Wojownicy przystąpili do sprzątania wejść do legowisk. Niektóre się zawaliły, inne wytrwały.
- Niech karmicielki udadzą się do nie zawalonych legowisk - Miauknąłem głośno. - Uczniowie również.
Ruszyłem ku wojownikom. Grzebali w spalonych częściach obozu.
- Pomogę wam - zaproponowałem. - Chciałbym, żeby Orlikowy Szept, wraz z Miodową Chmurą i Narcyzowym Pyłem poszli na polowanie. Może uda się coś złapać.
Wspomnieni spojrzeli po sobie. To, że zastąpiłem Chabrową Bryzę, która była po prostu w innej części obozu pewnie ich zaskoczył. Zepchnąłem w tył głowy wszelkie myśli w tym obrębie, po prostu pomagając innym w odbudowie legowisk. Nie czułem się najlepiej po zmartwychwstaniu, ale potrzebowałem zająć czymś myśli.
Czas minął mi tak do wieczora.


Tak tak już pisze nadrabianie akcji z kw


28 listopada 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Burzowej Łapy (Burzowej Nocy)

~~czasy teraźniejsze, pożar i nieco dokładniejszy jego opis~~

Niebezpieczeństwo było blisko. Wiatr niósł ogień ku nam, a koty były bardzo spłoszone. Każdy biegł w innym kierunku, niektórzy gubili partnerów, inni pilnowali kociąt. Ogarniałem ich ile mogłem, Chaber poprowadziła jedną grupę przodem. Widziałem Sikorkowy Śpiew z dziećmi, biegły za nią. Nigdzie nie widziałem jednak Rozżarzonej Łapy. 
Obejrzałem się za siebie; obóz płonął żywym ogiem, a gdy zapadały się kolejne ściany ziemi, usłyszałem wrzask. 
Kotka wybiegła stamtąd cała w płomieniach, padając na ziemię. Tarzała się, piszcząc przeraźliwie, póki duch nie opuścił jej ciała. 
Poczułem drżenie, oraz gorąc od nadchodzącego ognia. Rzuciłem się przed siebie, z zamiarem dogonienia reszty. Nie mogłem teraz stać i prosić przodków o litość oraz dobroć dla duszy Żar. 
Biegłem ile sił w łapach, czując palące gardło, oraz ciepło ognia. Wiatr mierzwił moją sierść, roznosząc śmiertelne płomienie coraz dalej.
Oglądałem się za siebie, widząc jedną wielką plamę z czarnego dymu i popiołu.
Cały czas obserwowałem również grupę biegnącą dookoła mnie, starając się przez łzawiące od dymu oczy rozpoznać pozostałych. Dojrzałem niebieską sierść. 
- Burzowa Noc! - Miauknąłem za kotką. 
Zerknęła na mnie przez ramię. 
- Tak? - Zawołała, bym przez trzaskanie ognia i ogólny zgiełk mógł ją usłyszeć. 
- Wszystko w porządku? Pilnujesz uczniów? - Zapytałem szybko, łapiąc powietrze przepełnione dymem. 
- Tak, jest dobrze! - Odparła, a ja kiwnąłem głową. 
Biegliśmy dalej ku rzece. Gdy dotarliśmy nad wodę, pomogłem przenieść kocięta, wraz z Burzą. Sikorkowy Śpiew uważnie pilnowała swojego potomstwa, cały czas mając ich przy sobie. Była wstrząśnięta, tak samo jak jej dzieciaki. 
Byliśmy na obcym terytorium. Zdawałem sobie z tego sprawę, jednak patrząc na kierunek ognia oraz nasze stosunki z innymi klanami, ucieczka do nich kompletnie odpadała. Jeśli nie uda nam się przetrwać tutaj - trudno, odejdziemy. Może Klan Nocy zgodzi się pomóc. 

W tej jednak chwili musiałem ogarnąć koty. Czuć było mocną woń lisów, nie wykluczałem faktu, że mogą tu żyć, nawet bez przekraczania rzeki. Poprowadziłem koty wgłąb tego miejsca, docierając do czegoś... Co wyglądało jak szczątki starego obozu. 
Ułożona trawa, krzewy, oddzielone, co prawda zniszczone miejsca. Ktokolwiek tu mieszkał, musiał zostać przegoniony. Jeśli były to koty - chociażby samotnicy, ich zapach został zupełnie zatarty. 

Koty nie były z tego zadowolone. Cały klan szeptał między sobą, oglądając szczątki tego miejsca. Matki chowały kocięta, a mentorowie uważali na swoich uczniów. 
- Klanie Burzy - zacząłem głośno, mimo zdartego gardła. - Wiem, że wam się to nie podoba, jednak nie mieliśmy wyjścia. Na razie zamieszkamy tutaj, patrole będą chodzić częściej. Grupy łowieckie nie powinny się rozdzielać. Matki pilnują swoich kociąt - żaden nie ma prawa wyjść stąd. 
Mówiłem obserwując klanowiczów. Nadal byli wstrząśnięci całą sytuacją, ja nie byłem wyjątkiem. Nie mogłem jednak o tym myśleć, kiedy oni czekali na dalsze wskazówki. Czułem ciężar obowiązku bardziej, niż kiedykolwiek. 
- Medycy niech zbiorą rannych w jedno miejsce. Wojownicy, pomóżcie im - poleciłem. 
Koty szeptając między sobą wykonały polecenia, cały czas rozglądając na boki. 
Odór lisów był wszechobecny. Jednak wraz z nim dało się wyczuć też zwierzynę. Może parę dni uda nam się przetrwać, jeśli nie, podejmiemy wędrówkę. 

Zerknąłem w kierunku ognia. Nie malał, wydawał się w najlepsze trawić nasze tereny, obejmując również pozostałe klany. Zastanawiało mnie, czy zgromadzenie się odbędzie. Powinniśmy na nie pójść, ale zostawianie kotów samych - matek z dziećmi oraz uczniów - nie było najlepszym pomysłem. Z drugiej strony, być może, jeśli spadnie deszcz i ugasi płomienie, będziemy mogli wrócić. Tylko pytanie kiedy? Czy w ogóle mogłem brać to pod uwagę? 

Przymknąłem oczy, kaszląc cicho. Dym nie działał na mnie dobrze, do tego wysiłek fizyczny. Swoje Księżyce już miałem, odczuwałem ból łap, oczy mnie piekły. Wzdychając, poszedłem do Jeżowej Ścieżki. Dał mi zioła na wzmocnienie. 
Następnie odnalazłem Chaber. Zacząłem patrzeć na nią pod innym kątem. Fakt, jak potraktowała Konwalie nie podobał mi się. Martwił mnie fakt, jak kotka poprowadzi kiedyś klan, skoro przy takiej sprawie traciła opanowanie. 
- Skupcie się na znalezieniu mchu, by przynieść wodę. Nie oddalajcie się - miauknąłem, podchodząc do Chaber i grupy wojowników. 
Kiwnęli głowami. Dostrzegłem wśród nich Burzową Noc. Widocznie została wybrana do jednego z patroli. Sam chciałem poznać te tereny. 
- Chaber - zacząłem dość chłodno, nie mając nawet tego na celu. - Pilnuj z pozostałymi tego miejsca. Chcę się przejść na patrol z nimi. 
Kiwnęła głową niechętnie. Machnąłem ogonem, ostrzegając ją. Nie byliśmy w dobrej sytuacji, by jeszcze tworzyć konflikty. 
- Burza? - Zagadnąłem kotkę, gdy zastępczyni odeszła. - Pójdziesz ze mną na patrol po okolicy? 

<Burzowa Noc? ^^>

24 listopada 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Konwaliowego Serca

palenie terenów i wygnanie

Susza doskwierała wszystkim klanom. Klanowi Wilka i Klifu wyschło główne źródło wody, z kolei nasza rzeka stała się tak płytka, że nie stanowiła już zagrożenia. Dorośli wojownicy mogli ją przejść bez większych problemów.
Pora Nowych Liści sprawiała mi niemały problem, patrząc na mój wiek. Zresztą, susza nigdy nie była ani fajna, ani dobra, zarówno dla zwierząt jak i przyrody. Trawa stawała się sianem nieprzyjemnym w dotyku, z drzew spadały suche gałęzie. Zwierzyna padała z pragnienia, albo wychodziła w nocy, kiedy temperatura spadała. Co prawda o niewiele, ale jednak. 
Zacząłem wysyłać wojowników w nocy na polowania, Chabrowa Bryza wybierała najlepszych do tego zadania. Właściwie dzięki tej taktyce mieliśmy co jeść. Za dnia naprawdę ciężko było o jakiegokolwiek zająca, a w nocy wiele razy koty zapuszczały się do ich nor, by je stamtąd wyciągnąć.
Moje treningi z Niebiańską Łapą zamieniały się w poszukiwania wody oraz nauki o przetrwaniu w czasie susz. Kotce długie marsze sprawiały problemy, mi zresztą też, ale starałem się to ukrywać.

Któregoś dnia słońce zdawało się grzać mocniej. Wysuszona trawa piekła w łapy, prawie żaden kot nie chciał wychodzić w południe na patrol. Siedzieli więc w obozie, mentorowie z uczniami szli po wodę, bo nim wrócą będzie wieczór.
Mokry westchnął cicho, leżąc na swoim posłaniu. Poruszyłem wąsami, wychwytując suchotę powietrza. Nie miałem ochoty nigdzie się ruszać. 
Usłyszałem kroki, po chwili dostrzegając Chabrową Bryzę. Kotka stanęła niedaleko.
- Dzisiaj słońce jest o wiele mocniejsze, niż dwa dni temu. - Miauknęła z niepokojem.
- Wczoraj nie było lepiej - rzuciłem. - Nadal uważam, że nie warto narażać wojowników na przegrzanie albo poparzenia.
- Musimy patrolować granice-
- Musimy mieć na uwadze dobro klanu - miauknąłem stanowczo. - Robią patrole chodząc tunelami i w nocy.
Kotka zamknęła pyszczek, patrząc w bok. Mimo wszystko nie mogła ze mną dyskutować.
Wycofała się, mrucząc coś pod nosem. Przymknąłem oczy na chwilę.
Wstał. Wojownicy i tak robili zwiady, ale chodząc tunelami. Jednak wiadomo, że nie prowadzą one w każdym kierunku ku każdej jednej granicy. Kopanie ich jest czasochłonne.
Wyszedłem na to wielkie słońce. Koty kryły się w każdym skrawku cienia, jaki znalazły. Szybko wróciłem do swojego legowiska. Przejdę się wieczorem.

~*~

Koty otoczyły nas ciaśniej, co mnie zdenerwowało. Nie lubiłem tłumów...nie aż takich bliskich! Chabrowa Bryza zachowywała się bardzo swobodnie i agresywnie. Zacisnąłem zęby, kiedy kazała mi wcześniej wyjść od niej i Konwaliowego Serca. Powinienem był tam zostać, a jednocześnie sądziłem, że kotka beze mnie wyciągnie informacje, które uważała za najważniejsze. 
Susza zdawała się na chwilę zniknąć, gdy klanowicze wywiercali w czarno-białej dziury spojrzeniami. Mimo ich obecności czułem chłód. Niewytłumaczone zimno, jakbym miał usłyszeć coś szokującego.
- - P-przepraszam za z-złamanie k-kodeksu med-medyka. Wbrew za-zakazowi posiadałam potomstwo. Stokrotka i Burza są moimi dzie-dziećmi… - Powiedziała drżąc na całym ciele.
Widziałem w jej oczach przerażenie, kiedy zebrani zaczęli jej wygarniać. Mówili różne oszczerstwa, a ja stałem, jakby ich nie słysząc.
Czarno-biała jednocześnie żałowała i nie, Domyślałem się, że naprawdę musiała kochać swoje potomstwo, skoro mimo miłości się od nich izolowała, ale...czy...czy to przez złamanie kodeksu Konwalii zaczęła sypać się psychika?
Zmrużyłem oczy. To miało sens. Wiedziałem, jak bardzo kochała bycie medyczką, ale jednocześnie chęć zakochania się przeważyła nad tym.
Machnąłem ogonem nerwowo. Nie mogłem podjąć tej decyzji patrząc na swoje osobiste uczucia. Złamała kodeks, za taki czyn trzeba wydać wyrok.
- A więc co zamierzasz, Mokra Gwiazdo? - zapytała jak najgłośniej kotka. Tłum ponownie ucichł ciekawy odpowiedzi. - Wygnanie to najlepsza i najbardziej adekwatna opcja, nie uważasz? BEZUŻYTECZNY ZDRAJCA NIE MOŻE ŻYĆ POŚRÓD NAS! Zachowaj się jak prawdziwy lider i skaż ją na wygnanie!!!
Warknąłem w jej stronę, bijąc ogonem o ziemię. Panoszy się, jakby była liderką. Wciągnąłem powietrze, później z nią pogadam.
- Tak... Znaczy... Jutro, odbędzie się oficjalne wygnanie. Zabierzcie ją stąd i pilnujcie. - ogłosiłem surowym tonem. 
Konwalia strzygnęła uszami, po chwili chwiejąc się i mdlejąc. Orlikowy Szept wraz z Cętkowanym Kwiatem podbiegli do niej. Ja również się zbliżyłem. Obydwoje spojrzeli na mnie z zawodem, ale wyglądali, jakby wiedzieli. Przynajmniej Cętka.
- Zabierzcie ją do starszych - poleciłem.
Kiwnęli głowami, zabierając byłą medyczkę.

Gdy koty się rozeszły, zatrzymałem Chabrową Bryzę. Kotka nie ukrywała swojej niechęci do czarno-białej.
- Ostatni raz rządzisz się w ten sposób - oznajmiłem chłodno. - Zrób coś takiego po raz kolejny, a pożałujesz.
Córka Błękitnej Cętki milczała, marszcząc brwi. Zostawiłem ją, odchodząc do siebie. 

~*~

Nadszedł wieczór następnego dnia. Wszyscy byli w obozie, czekając na wygnanie Konwalii, która zdążyła się obudzić po zemdleniu.
Drgnąłem niespokojnie, podnosząc głowę do góry. Gwałtownie wciągnąłem powietrze. Czułem się dziwnie, ociężale. Dźwignąłem się na równe łapy, wychodząc ze swojego legowiska.
Do moich płuc dotarł odór, który zapadł mi w pamięci. Tyle razy już go czułem.
Zabierający tchnienie, duszący swym śmiercionośnym bytem, ogień.
Wysokie płomienie unosiły się nad naszymi terenami, trawiąc wszystko po drodze. Spłoszona zwierzyna przemykała między łapami. Mimo nocnego nieba, mogłem dostrzec czarne, smoliste chmury dymu.
Zacisnąłem zęby. Znów. Po raz kolejny tereny mojego klanu stały w ogniu. Rozejrzałem się pośpiesznie, gdy minął pierwszy szok. 
- Czy ktoś jest poza obozem? - Zapytałem stojącą w przerażeniu swoją zastępczynię.
Nie uzyskał odpowiedzi, więc ruszyłem pomiędzy wychodzące koty. W obozie zapanował ruch i popłoch. Musiałem to ogarnąć! Wdrapałem się na skałę do przemówień, dostrzegając jak rozlegle palą się tereny Klanu Burzy. Widziałem, że ogień sięga hen hen dalej, nie tylko wokół ich obozu. Martwiłem się, że nie będziemy w stanie uciec.
- Klanie Burzy! - krzyknąłem, próbując wybić się ponad panikujące koty. Nie myślałem w tej chwili o wygnaniu Konwaliowego Serca. Nie, gdy zagrażał nam ogień.
Nieliczni byli w stanie świadomie myśleć, zwracając ku mnie spojrzenia.
Moje płuca wypełniał dym, ogień był coraz bliżej. Czułem wiejący wiatr, który tylko go wzniecał.
- Wojownicy, zabierzcie kocięta oraz uczniów! - Rozkazałem. - Będziemy kierować się w stronę rzeki! Uciekajcie!!
Wojownicy oprzytomnieli, biorąc się do pracy. Jeżowa Ścieżka i Stokrotkowa Łapa pobiegli natychmiast do swojego legowiska, zabierając najpotrzebniejsze zioła. Ja z kolei ruszyłem między koty, by odnaleźć Orlikowy Szept. Stał przy wejściu do legowiska starszych, spanikowany wymieniając się zdaniami z partnerką.
- Orlikowy Szepcie! - Zawołałem go. Zwrócił ku mnie spojrzenie. - Natychmiast zabierz stąd Konwalię i pilnuj jej!
Kiwnął głową w pośpiechu. Wszedł w głąb legowiska, a ja skierowałem kroki ku tylnemu wyjściu z obozu. Koty zebrały się, pierwsi zaczęli już uciekać. Wiatr wiał, niosąc ku nam czarny dym, który przyprawiał o drapanie w gardle i łzawienie oczu.

Ruszyłem wraz z kotami, prowadząc ich pomiędzy ciemnymi chmurami dymu, aż do rzeki. Noc ogarniała nas z każdej strony, a moje oczy musiały się dwa razy bardziej wysilać, by widzieć cokolwiek przez łzy. Dym był wszechobecny. Depcząc po suchej trawie, słysząc skwierczenie palonego obozu zaciskałem mocno zęby.
Nim dotarliśmy do granicy, obejrzałem się za siebie. Cały Klan Burzy płonął. Obóz, tereny łowieckie. Dało się usłyszeć piski zająców, które pożar zgarnął swoimi śmiercionośnymi łapami. Przed oczyma miałem jedną wielką zwęgloną równinę, stojącą w wysokich płomieniach.
Zacisnąłem zęby, czując krew na języku. Nie miałem czasu, by tym się teraz martwić. Nie ważne, jak ważne były dla mnie te tereny. Chociaż fakt, że traciłem je tak, jak poprzednie...
Potrząsnąłem głową. 
Rzeka była płytka, przez ostatnie susze, dlatego wojownicy zaczęli się od razu przeprawiać. Pomogłem Sikorkowemu Śpiewowi przenieść jej kocięta. Wziąłem jedno w pysk, ignorując ich piski. Wszedłem do wody, a jej chłód uderzył we mnie nieprzyjemnie. 
Pierwszy krok, drugi, krzyki panikujących kotów. Ich zdezorientowane spojrzenia oraz pytania. Uczniowie, którzy nie wiedzieli gdzie ich mentorzy.
Przeszedłem przez rzekę, odkładając młode wojowniczki. Odwróciłem się, widząc jak jeden z uczniów nie daje rady w rzece. Szeleszcząca Łapa potknął się w wodzie.
Ruszyłem, by mu pomóc. Złapałem kocurka za kark, ciągnąc ku brzegu. Złapał równowagę na pewnym gruncie.

Przymknąłem oczy, a łzy wydobyły się spod moich powiek. Szybko potrząsnąłem głową, pazury wbijając w ziemię. Wiedziałem, że koty były zdezorientowane i czekały no moje słowa.
Rozejrzałem się po terenie, który teraz musiał posłużyć nam za tymczasowy dom. Może kiedyś będziemy mogli wrócić na nasze tereny.
- Klanie Burzy! - Krzyknąłem, czując zdarte gardło od biegu i wdychania spalenizny. - Od dziś będziemy mieszkać na tych terenach, póki nie będziemy mogli wrócić!
Sam chciałem wierzyć w to, co mówię. Nie miałem żadnej gwarancji, iż poprzednie tereny będą zdatne do użytku, poza tym...musieliśmy stawić czoła tym tutaj. Kto na nich mieszkał? Jakie niebezpieczeństwa wywabił pożar? Czy uda nam się przetrwać? Wszystkim?

<Konwaliowe Serce? Zakończ to ładnie ^^>

klan burzy jest aktualnie na terenach starego obozu klanu lisa

28 października 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Niebiańskiej Łapy

 Chłodniejsze powietrze zmierzwiło moją sierść. Rany na pysku, które zabliźniły się jakiś czas temu, nadal trochę swędziały, jednak Jeżowa Ścieżka zabronił mi ich tykać. Potrząsnąłem więc głową, by odgonić chęć przejechania po nich pazurami.
Śnieg powoli topniał, zwierzyna wychodziła z nor. Niby nadchodzi Pora Nowych Liści, a jednak chłód wciąż trzymał.
Siedząc przy wyjściu czekałem na Niebiańską Łapę. Jej imię było bardzo dostojne i ładne. Kiedy przyjdzie pora mianowania ją na wojownika, będę musiał dopasować idealny drugi człon. By był równie godny jak pierwszy. 
- Dzień dobry. - Usłyszałem z boku, co wyrwało mnie z przemyśleń. 
Przeniosłem swoje jasno-niebieskie oczy na uczennicę, która podeszła by mnie przywitać. Podniosłem się z ziemi, otrzepując szarzejące powoli futro. 
- Dobry - miauknąłem ciepło. - Ruszamy? 
Kiwnęła głową, więc ruszyłem przodem. Wydawało mi się, iż Niebiańska Łapa jest dziś w lepszym humorze, a może nawet będzie bardziej chętna do rozmowy? Oczywiście wiedziałem, że kotka z charakteru jest spokojną i małomówną istotą, jednak chętnie pomógłbym jej przełamać bariery strachu. Tak jak niegdyś Ciernista Gwiazda zrobiła ze mną.
Szedłem sprawnym krokiem przed siebie, nasłuchując czy kotka za mną nadąża. Robiła to, dzięki odsłoniętej przez słońce trawie. Nie było już tyle śniegu co w zimę, więc jej ruchy nie były niczym krępowane.
- Zajmiemy się tropieniem. Jest pora nowych liści, idealny czas na taką naukę. - Oznajmiłem po chwili ciszy.
Poprowadziłem kotkę na tereny łowieckie, co zajęło nam dłuższą chwilę. Słońce świeciło wysoko na niebie, kiedy stanąłem, ciesząc się spokojem panującym dookoła. Wciągnąłem powietrze, wyczuwając pierwsze stworzenia. Spojrzałem na uczennicę, która grzecznie czekała, aż coś powiem.
- Tropienie zaczyna się od rozpoznawania zapachów ofiar. - Mruknąłem. - Poznałaś je ostatnio. 
Kiwnęła głową na potwierdzenie moich słów. Machnąłem z aprobatą ogonem, kierując kroki ku najsilniejszemu z zapachów. Otworzyłem pysk, by lepiej go czuć.
- Podejdź proszę, co czujesz? - Zapytałem, gdy podeszła.
Kotka posłusznie zaczęła węszyć w obrębie nas, a ja czekałem na jej werdykt, by poprowadzić dalej lekcję.

<Niebiańska Łapo? ^^>

06 października 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Jeżowej Ścieżki

 nadrabianko

Słysząc głos przyjaciela, zwolniłem kroku. Obejrzałem się, a młodszy podbiegł do mnie.
- Mokra Gwiazdo! Akurat miałem pójść cię odwiedzić. - miauknął czekoladowy. 
- Tak? - Zapytałem, machając niemrawo ogonem. 
Nie miałem ochoty na rozmowę z medykiem. Dzisiejszy dzień wydawał mi się taki długi. Zgromadzenie nie było zbyt przyjemne, a wszelka konfrontacja z innymi tylko mi o nim przypominała.
- Tak, wszystko w porządku? - Zapytał, a jego świecące się oczy patrzyły prosto na mnie.
Spojrzałem w bok, unikając jego spojrzenia. Oczywiście, że nie było w porządku. Miałem mało wojowników w klanie, problematyczne kocięta w żłobku i mnóstwo innych kłopotów.
Machnąłem poirytowany ogonem. Natychmiast jednak przywołałem spokojny wyraz pyska.
- Jest dobrze - skłamałem, chcąc jak najszybciej zakończyć naszą wymianę zdań. - Wybaczysz mi? Muszę iść pozałatwiać parę...spraw.
Kocur pokiwał głową, więc wyćwiczonym, spokojnym, ale szybkim krokiem zostawiłem go za sobą. Wyszedłem poza obóz, by uspokoić myśli. Niebawem pewnie Klan Wilka dojdzie do siebie, dzięki czemu będę mógł odwołać swoich wojowników. Nadal jednak miałem ich niewielu, a niektórzy trenowali dwójkę uczniów jednocześnie.
Westchnąłem, potrząsając głową. Takie myślenie nic nie załatwi. 
Łapy skierowałem na tereny łowieckie, na których byłem aż do wieczora.

~skip, buuu teraźniejszość~

Poprzednie zgromadzenie przyniosło nieco nerwów zarówno mi jak i burym przedstawicielom Klanu Wilka. Cieszyłem się tylko, że udało się zażegnać chwilowe spięcie. Oczywiście, wiedziałem, że Iglasta Gwiazda tak nagle nie zmieni o mnie zdania, ani nikt z ich klanu, czego nie oczekiwałem. Tylko...martwił mnie Hiacyntowa Cętka. Znałem go od zawsze, tak jak ich matkę. 
Pogrzebałem łapą w ziemi. Zamordował kogoś? Za taki czyn grozi naprawdę wysoka kara i nie zdziwię się, jeśli klan wilka wymierzy ją sam. 
Westchnąłem. Zapanować nad klanem jest bardzo ciężko, zwłaszcza, kiedy są gdzieś indziej, poza moim zasięgiem. Gdy wybierałem koty do pomocy klanowi wilka, byłem przekonany, iż mogę na nich liczyć. Teraz jednak moje zaufanie wobec nich zmalało. Znacznie.
Wbiłem pazury w ziemię, jeżąc sierść. Gdybym to przewidział! Teraz w oczach wszystkich byłem nieodpowiedzialnym liderem.
Warknąłem pod nosem. Po chwili zaburczało mi też w brzuchu, jednak nie chciałem wstawać. Widok współklanowiczów był ostatnim, czego potrzebowałem. Martwiłem się jednak, że jeden czekoladowy kocur pamięta o moim istnieniu i prędzej czy później się zjawi.

<Jeżyku?>

03 października 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Ryjówki (Ryjówczej Łapy)

 Spojrzałem na obie kotki. Były pewne siebie, zupełnie, jakby były już kiedyś w podobnej sytuacji. Zresztą, może były? Nie wydały mi się przerażone czy zagubione, może odrobinkę. Zerknąłem na czekoladową, je wyraz pyszczka pozostał niewzruszony, za to oczy patrzyły twardo na mnie. Szczerze, trochę mnie tym krępowała. 
- My nie mamy gdzie się podziać. Błagamy pana! - Miauknęła brązowa. Wlepiła we mnie swoje wielkie gały, jakby od tego zależało ich życie.
Westchnąłem.  Machnąłem ogonem dając im znak, żeby się uspokoiły, ale go nie zrozumiały, wciąż wbijając we mnie ślepia i co chwila prosząc o schronienie. Natrętne koty.
- Na razie pójdziecie do żłobka, zajmie się wami Pląsająca Sójka - Zacząłem. Ostatnio Żar, a teraz te dwie? Skąd tu tyle samotników? 
Podniosłem się, patrząc na nie z góry. Wyglądały na starsze kociaki. Zapewne nadawały się już na szkolenie, jednak nie wiedziałem, czy wojownicy podejmą się ich szkolenia. Zima każdemu dawała w kość, a część naszych wojowników wciąż była w Klanie Wilka. Czekałem tylko, aż wrócą, a ja nie będę musiał męczyć się z doborem mentorów.
- Ile macie księżyców? - Zapytałem.
- Dziewięć. - Odparła brązowooka.
- A wasze imiona? 
- Ja to Ryjówka - wskazała na siebie jedna z nich. - A to Mucha.
Pokiwałem głową, wychodząc z legowiska. Ogonem dałem im znak, żeby ruszyły za mną. Posłusznie, rozglądając się dookoła zrobiły to.
Przedstawiłem je królowej, która machnęła przyjacielsko ogonem. Następnie wyszedłem, kroki kierując ku wojownikom. Porozmawiałem z nimi, by następnie pójść do mojej zastępczyni. Rozmawiałem z nią o tych dwóch. Chabrowa Bryza nie wydała się zadowolona przyjęciem ich do klanu, jednak wiedziała, że nie zostawię dwóch młodych kotek na pastwę losu. Westchnęła, ustalając ze mną ostatnie szczegóły, po czym poszła poszukać wojowników, których wybrałem na mentorów tej dwójki.
Po południu, gdy obydwóch wojowników było już w obozie, wszedłem na skałę. Chaber przyprowadziła obie kotki, którym dałem znak, by do mnie weszły. Spojrzały po sobie, jednak to uczyniły.
- Ryjówko, ukończyłaś sześć księżyców i nadszedł czas, abyś została uczniem. Od tego dnia, aż do otrzymania imienia wojownika będziesz się nazywać Ryjówcza Łapa. Twoim mentorem będzie Burzowy Mróz. Mam nadzieję, że Burzowy Mróz przekaże ci całą swoją wiedzę.
Następnie, zwróciłem się do kocura, by dopełnić ceremonii.
- Burzowy Mrozie, jesteś gotowy do szkolenia własnego ucznia. Otrzymałeś od swojego mentora, Zakręconego Ucha doskonałe szkolenie i pokazałeś swoją cierpliwość i przykładność. Będziesz mentorem Ryjówczej Łapy, mam nadzieję, że przekażesz jej całą swoją wiedzę.
Zetknęli się nosami, a klan zawołał imię nowej uczennicy. Mianowałem również Muchę, dając na jej mentora Wiewiórczy Pazur. Musza Łapa i Ryjówcza Łapa zeszły z kamienia zaraz za mną, więc odwróciłem się do kotki.
- Gratulacje, Ryjówko. Od dziś będziesz wraz z Muchą uczniami naszego klanu. - Miauknąłem, machając z aprobatą ogonem.

<Ryjówka? Nie musisz odpisywać, już jesteście uczniami ^^ >


28 września 2020

Od Mokrej Gwiazdy CD Niebiańskiej Łapy

 Zszedłem z kamienia, dostrzegając po chwili jedną z córek Cętkowanego Kwiatu.
– Dzień dobry-y co będziemy jutro robić na treningu? - Zapytała, a po jej postawie dostrzegłem jak bardzo się stresowała.
- Cześć - Miauknąłem pogodnie. - Zwiedzimy tereny, więc wyśpij się. Od dziś sypiasz wraz z uczniami.
Koteczka pokiwała głową, machając nerwowo ogonem. Poszła do legowiska uczniów, wraz z Tupot, która przeżywała wciąż to, iż dostała karę. 

~*~ 

Wcześnie rano, kiedy śnieg lekko prószył, wyszedłem z legowiska. Czując miękki puch pod łapami, ruszyłem po swoją uczennicę.
- Niebiańska Łapo? - Zapytałem, wchodząc ostrożnie pomiędzy budzących się uczniów.
Dostrzegłem liliowo-białe futerko, więc podszedłem bliżej. Kotka widząc mnie zerwała się na równe łapki. Jej kocięce ciało drżało z zimna. Spojrzałem na nią, widząc jak duża jest. Mimo mienia sześciu księżyców.
- Chodźmy. - Machnąłem ogonem, by za mną podążyła.
Pokiwała głową, nie odzywając się. Trafiła mi się spokojna kotka, ale może to i lepiej? Będzie słuchać, zamiast jak jej matka nieuważnie stawiać łapy.
Strzyknąłem uszami, kiedy wyszliśmy z obozu. Kotka szła za mną, stawiając duże kroki w śniegu.
- Trening twojej mamy zaczynałem na koniec zimy, wiesz? - Mruknąłem. - A ty biedaku masz go w środku zimy. Bardzo marzniesz?
Zerknąłem w jej stronę. Nie mówiła nic, jednak drżenie na jej ciele mówiło samo za siebie. Musieliśmy jednak zwiedzić granice, ja po raz setny, a ona pierwszy.
Najpierw poszliśmy ku tej z klanem wilka, po drodze opowiadałem jej o innych klanach, o ich liderach, czy terenach, które i dla mnie pozostawały w większości tajemnicą.
- Na patrolach, na które będziesz mogła chodzić, musisz zawsze uważać, czy ktoś nie czai się przy granicach. Jeśli nie ma złych zamiarów, pomóż mu , a jeśli chciałby walki - walcz. - Zacząłem. - Oczywiście nie musisz, może będzie chciał rozmawiać.
Liliowa kiwała głową, rozglądając się, poznając tereny. Nie wyglądała mi na rozrabiakę, czy kota, który chętnie pchałby się w walki. Cóż, poznam ją lepiej wraz z treningiem.
Ruszyliśmy dalej, wzdłuż granic. Przebiegł koło nas zając, a za nim kolejny. Obydwa były chude i marne.
- P-polujemy...? - Zapytała ledwie słyszalnie.
- Huh? Nie, dzisiaj nie. Tym zajmą się wojownicy. - Odpowiedziałem spokojnie, pozwalając by zające wróciły do swoich nor.
- Przyjdzie czas, że i Ty poznasz techniki łowieckie. - Zachęciłem ją. - Na razie skupimy się na terenach.
Kotka ponownie kiwnęła głową, więc ruszyliśmy dalej. W małego lasku, który właściwie był kilkoma sosnami i krzakami. Lubiłem go tak nazywać, w końcu na starych terenach nie mieliśmy więcej jak trzy drzewa. Poczułem zapach lasu, częściowo z terenów obok, ale też stąd. Wszedłem pomiędzy krzaki, a liliowa za mną.
- Tutaj możesz polować na wiewiórki - podrzuciłem. - Chowają się w dziuplach. Jest tu też sporo ptaków i innych zwierząt, co szukają schronienia.
Śnieg przykrył krzewy oraz gałęzie na drzewach, co jakiś czas zsuwając się na ziemię. Wkroczyliśmy nieco dalej, by po jakimś czasie wyjść z naszego małego lasku. Dni były krótsze, dlatego widok powoli ciemniejącego nieba nie zdziwił mnie.
- Chcesz już wracać? Zawsze możemy dokończyć jutro. Ah, pewnie zmarzłaś i jesteś głodna? Mogę coś upolować, to zaniesiemy do obozu, hm? - Zacząłem, patrząc na swoją uczennicę. Miałem nadzieję, iż usłyszę odpowiedź. W końcu dziś cały dzień tylko ja gadałem.

<Niebiańska Łapo? ^^>