BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiecista Knieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kwiecista Knieja. Pokaż wszystkie posty

28 lutego 2025

Od Kwiecistej Kniei CD. Firletki (Firletkowej Łapy)


Knieja nie bardzo rozumiała jak miałaby się dobrze bawić z czymś, co nie przypominało jeszcze całkiem rozwiniętego kota. Bo o co miała zapytać, czy chce pójść na kocimiętkę? Jak życie? Czy mentor jej się podoba, czy podbiła do krasza tak jak chciała, czy przechodzi bunt i zaczyna uciekać przed rodzicami? Firletka była na te tematy zdecydowanie za młoda więc spędzanie z nią czasu było zdecydowanie za bardzo niezręczne, podobnie jak w przypadku Pierwomrówki. No i lilowa dawała jej ten dziwny, znajomy vibe, jakby już kogoś podobnego znała, jednak wcale to nie pomagało. Tymczasem Firletka sama postanowiła się odezwać i coś zaproponować, na co Knieja strzepnęła uchem, patrząc się na małe czoło pod jej łapami. Historię? 
- Nie umiem - odpowiedziała zaraz krótko. Bo nie umiała, to była rola jej rodziców by wychodzić z jakimiś dziwnymi historiami, a ich dzieci by tego wszystkiego słuchać. Nie potrafiła sama czegoś wymyśleć. A może i mogła? Tylko wymagałoby to o wiele więcej wysiłku niż gdyby robił to ktoś inny. Widząc jednak zdenerwowane ugniatanie łap młodszego kota, zagryzła zęby. Podniosła wzrok na wyjście ze żłobka, próbując dojrzeć jakąś pomoc, jednak na darmo. Co więc jej pozostało, jak zrobić długi, ciężki wydech? 
- No dobrze... tak... - rozejrzała się, by po chwili zagarnąć łapą stertę szyszek i mchu, ułożyła je w rządku i odchrząknęła - To tak, to jest... to jest powiedzmy, przyszły lider Klanu Szponów - wskazała na przewróconą, potarmoszoną szyszkę. Firletka nie wyglądała na przekonaną. Spojrzała na przewodniczkę niepewnie, na co ta westchnęła głośno, jakby wybita z rytmu.
- Kot - wskazała znów łapą na zdrewniały wałek, chcąc upewnić dymną w tym, na co patrzyła. 
- Kot - Młodsza zdawała się być już bardziej pewna, chociaż Knieja doceniała tak czy inaczej starania. Sama nie mogła sobie nijak wyobrazić tej szyszki jako kota, więc zdecydowała po prostu przymknąć oczy i lecieć z tym dalej, lejąc wodę. - I co się z nim stało? 
- No więc, jako, że był przyszłym liderem, to teraz nim nie jest. Jest bez klanu, więc postanowił taki założyć. Chociaż nie całkiem z własnej woli, bo była to misja nadana przez płomykówkę, która nawiedziła go w nocy i nakazała odbudowę... grupy, która wcześniej żyła w zgodzie z sowami.
- A czy sowy czasem użyczały im swoich skrzydeł, żeby koty mogły latać? - Kniejka uniosła wzrok znad szyszek i mchu, których swoją drogą, wzięła o wiele za dużo, by teraz zerknąć na Firletkę. Wzruszyła zaraz barkami.
-Tak, jasne... w sumie, czemu nie - mruknęła coś w odpowiedzi, próbując znaleźć dalszy trop dla opowieści. - No więc, jeszcze-nie-lider chciał latać, szybko przyjął w ten sposób propozycję i misję i zaczął szukać przyszłych członków klanu i niebawem znalazł. - Dobra, może jednak nie przesadziła z tymi kawałkami mchu i szyszek. Zgarnęła je łapą, by przystawić je bliżej do liderowej szyszki. No, teraz mieli pełen klan. - I żyliby sobie dobrze, gdyby nie to, że zostali przez sowę oszukani - dodała nagle, zamiast ,,żyli długo i szczęśliwie". - Bo okazało się, że wielkie ugrupowanie sów za pomocą obietnic i przepowiedni zmanipulowało biednego kocura by stworzył im darmowy bufet z młodych kotów. - Tu zakończyła, unosząc wzrok z szyszek, które rozproszyła po powierzchni łapą, na młodszą siostrę. Firletka nie była szczególnie szczęśliwa z obrotu sprawy, a futro na jej grzbiecie dawało o tym znać w dość oczywisty sposób. - Ale, umm... przeżyli? - dodała więc niepewnie, by młodszą jakoś udobruchać, chociaż nie miała okazji sprawdzić, czy rzeczywiście jej słowa zadziałały, gdyż właśnie w wejściu pojawiła się znajoma, czekoladowa mordka. Oooh, wybawienie! Po wymianie kilku słów przewodniczka szybko uciekła ze żłobka, wynosząc ze sobą szczypiące uczucie zażenowania. Może jednak powinna opowiedzieć coś bardziej wesołego? Nie miała zamiaru nikomu dawać fabuły do koszmarów. 

◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

Nie opowiadała od tamtego czasu już niczego więcej i wolała raczej unikać sposobności do stresowania młodszego rodzeństwa, chociaż kopia Przepiórczego Puchu zdawała się wręcz prosić o kłopoty, a jeśli tylko mała pchła nadepnęła Kniejce na odcisk zbyt mocno, ta nie dawała jej łatwo uciec od konsekwencji. W ten sposób przewodniczka zdołała chociażby napluć do jednego z uszu Pierwomrówki gdy ta spała i uciec zanim o jej uszy obił się możliwy pisk, a od momentu gdy dymna zaliczyła mianowanie, zdawało się, że ich relacja wcale nie uległa zmianie. Czy jednak można było powiedzieć, że sprawy z Firletką się jakoś poprawiły? Poszły na przód, a może się cofnęły? Jeśli nawet coś między nimi drgnęło, to niezauważalnie, jedno jednak było pewne, Knieja nie robiła z nią wojny, jak z drugą z sióstr, można więc nazwać to jakimś.... czymś? 
- Tłoczno się zrobiło w tym legowisku medyka - postanowiła zagadać któregoś ranka, gdy dojrzała lilowe futro wśród oszronionych traw, które często gęsto zasypane były śniegiem. - Potrzebujesz pomocy? 

<Firletka?>

26 grudnia 2024

Od Kwiecistej Kniei CD. Pierwomrówki (Pierwomrówczej Łapy)


- Sama się dręczy - odpowiedziała na oskarżenie, zerkając na puchatego szczura z ukosa. 
- Kniejko, nie dokuczaj siostrze - Przepiórczy Puch nie wydawała się być szczególnie zła, jednak lilowa mogła poczuć karcące spojrzenie na swoim karku. Hej, to wcale nie sprawiedliwe! Przecież próbowała tylko oduczyć tą małą zarazę obijania się o wszystko. I czemu to jej się obrywało? Gdzieś między łapami matki wystawała czekoladowa głowa i chociaż zaszklone miała oczy, to nie mógł umknąć przewodniczce wyraz satysfakcji malujący się na pyszczku siostry. O ty mała-
- Kiedy ja nic nie robię! Sama mi się obija o łapy jak utuczona ćma i jeszcze jęczy z tego powodu. Ja ją tylko do żłobka odniosłam. 
Głębokie westchnienie umknęło z pyska starszej kotki. 
- Nie mów tak o niej. Jest młoda, ciekawska, chce zwiedzać obóz. Powinnaś ją dobrze zrozumieć, w końcu byłaś taka sama - zauważyła. - Dziękuję, że przyprowadziłaś ja tu z powrotem. Myślę, że dla polepszenia siostrzanej więzi, mogłabyś ją czasem zabrać na spacer po obozie... - zasugerowała.
- Ew, nie porównuj nas. Na pewno nie byłam taka - tu machnęła łapą na kotkę - A zabrać to ją może Dzwonek. Nie jestem darmowym przewodnikiem po obozie - po tych słowach, nie czekając na jakikolwiek komentarz, wyszła na zewnątrz kierując się wprost w stronę tuneli. Jej uszy i głowa pulsowały już wystarczająco intensywnie, nie musiała spędzać kolejnych chwil na bezsensownej dyskusji. 

◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

Miała swój najbardziej stabilny okres w życiu. Wszystko się ładnie układało, nikt z jej rodziny nie chorował, a koty żyły sobie w spokoju. Żadnych wojen, nie licząc tej prawie wywołanej przez niedomagającą umysłowo uczennicę ojca, żadnych sporów na granicach, białe ptaszysko wciąż jeszcze dychało jakimś cudem, czym więc się przejmować? Problem okazał się przyjść sam, w dodatku do samego centrum obozu i to jeszcze z sekretną niespodzianką ukrytą w brzuchu. Jak jakiś koń trojański. Wirus. Parszywy, długołapy, jak owłosiony pająk. To zaburzyło w pewnym sensie wszystko w życiu Kniejki, która o ile zawsze miała niezbyt ciekawy temperament, tak teraz walczyła z chęcią odburkiwania niemiło na każde pytanie czy zaczepkę, nie ważne z której strony by ona nie szła. Nie miała pojęcia, jak to się stało. Nornica przyprowadziła ze sobą TO COŚ i jeszcze się do tego lepiła, jakby obie obtoczone były w żywicy. Jak jakieś krokiety. Za każdym razem, gdy niebieska przechodziła w zasięgu ich wzroku, Knieja obdarowywała ją spojrzeniem spod byka. Można było wręcz zobaczyć, jak ulatnia się z niej wtedy jakaś mroczna energia, czy coś w tym rodzaju. Nie ufała tej nowej kupie futra i miała zamiar udowodnić, że coś jest z nią nie tak, nawet, jeśli Norniczy Ślad nie chciała jej słuchać. Machnęła nerwowo ogonem, a jej wzrok na moment wylądował na pysku napuszonego zwierza, który zdawał się wpatrywać w lilowe futro, co jakiś czas kontynuując swój posiłek. Dziwne, że z jej wymysłami w ogóle coś jadła. 
- A ty na co się gapisz - Fuknęła, przybijając piątkę z pyskiem młodszej siostry, odpychając ją przy okazji w tył. Młodsza szybko się jednak wywinęła. 
- Uh, nie dotykaj mnie! Jeszcze na mnie coś przeniesiesz - Puszek otrzepał się z jakichś pyłków czy czegoś, podczas gdy Kniejka zerkała nań z ukosa. 
- Nie powinnaś teraz, nie wiem, iść wyciągać kleszczy starszym, albo tarzać się z królikami? - Była ciekawa, jak długo będzie przebiegał jej trening, patrząc na fakt, że Salamandra długo siedziała w roli ucznia, oraz przez to, jakie nastawienie miała do większości rzeczy. Przewodniczka była pewna, że młodsza skończy w szczękach jakiegoś stwora prędzej czy później. Może powinna się szkolić na matkę czy coś. 

<Mrówka?>

17 listopada 2024

Od Kwiecistej Kniei do Pierwomrówki


Urodziły się. I o ile sama była kiedyś kociakiem, to teraz zwyczajnie nie wiedziała jak sobie poradzić. Stała nad już wyschniętym rodzeństwem (kazali jej), patrząc z bezpiecznej odległości na każde z nich. Dwójka, obie kotki, obie mało widoczne, zakryte futrem matki. Było to coś nowego, do tej pory spędzała czas tylko z braćmi, jedyną żeńską osobniczką w bliższej rodzinie była mama, a ona się nie liczyła. Powinna się więc cieszyć z jakiejś odmiany, nie? Niestety jedyne co czuła, to jakiś niepokój. Nagle ktoś przepchnął się obok niej, stając nieco bliżej Gracji. Kwitka zerknęła na kocura, który wyraźniej nie zauważył swojego błędu, zbyt zaaferowany porodem. Kozi Przesmyk. Śmieszne, że tak często zapominała o ich pokrewieństwie. Niemniej, zaczęło się robić tłoczno. 
- O! Jakie śliczne, jedna wygląda niemal jak ty, Przepiórczy Puchu! - zatrajkotał wesoło, niezbyt głośno.
- Oczywiście, że śliczne. W końcu nasze - Odpowiedział na to ojciec z szerokim uśmiechem. Przewodniczka natomiast przeleciała wzrokiem z całego tego roztrajkotanego towarzystwa na te "śliczności", o których mówili, marszcząc zaraz nos. 
- Mokre szczury - skomentowała na tyle cicho, by usłyszeć mógł ją jedynie Dzwonek stojący obok. Dostała od niego w zamian szturchnięcie w bok z łokcia. No co? Przecież tak to wygląda, serio, oni też byli tacy brzydcy? I mali, i słabi, i mokrzy. Przecież to jakieś małe fasolki, jedno nadepnięcie i koniec żywota! Jak tak można? Powinni mieć chociaż jakąś skorupkę, jak żuki, czy coś. Trochę ją to przerażało, wizja całkowitej zależności od dorosłych wokół ciebie. Nagle do jej uszu dobiegł pisk, który zdawał się przedzierać przez woskowe zatyczki. Kotka skrzywiła się gwałtownie, już chwilę później obracając. 
- Napatrzyłam się - stwierdziła jeszcze pod nosem, wychodząc zaraz na zewnątrz w stronę tuneli, zanim dzieciaki rozdarłyby się na dobre. Jeśli z wiekiem nabiorą głosu, kotce nie będzie pozostawało nic innego, jak omijać ich szerokim łukiem aż nabiorą tyle rozumu, żeby nie drzeć się innym do uszu.
 
◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

Miała wrażenie, że nastało apogeum chorób. Wraz z nią, u medyka kilka wschodów słońca temu siedział Piaszczysta Zamieć, z jak się okazało, całkiem rozwiniętą chorobą. Hm, przynajmniej ona nie doprowadziła do czegoś podobnego, nie? Z resztą, nie dziwiła się, że sama coś złapała. Po nieudanej akcji ratowniczej (aka wyciągnięcia Pszczelej Łapy z wody) coś się jej chwyciło. I bardzo możliwe, że oprócz zarazków były to też wyrzuty sumienia i poczucie beznadziei. Ekhem! 
Katar powoli zaczął przechodzić, po wizycie u Skowronka w legowisku medyka jakiś czas temu. Nie spodziewała się, że na zwykły katar będzie musiała brać leki, jednak była to też wymówka by omijać rodzinne spotkania w towarzystwie kociąt. Oh, jak one się ślinią. Czy kociaki wszystko wkładają do pyska? W końcu się udławią, nie miała ochoty drugi raz robić za wybawiciela od zadławień, to było obrzydliwe. Teraz jednak nie było wymówek, została wepchnięta do żłobka przez ojca, który niósł Firletkę po raz kolejny do medyka. Ha, zdecydowanie przesadzał, to już jakieś przewrażliwienie. Nie pamiętała, żeby z nią tak gdzieś chodzono... a może po prostu nie chorowała. Tak czy inaczej, w żłobku miała robić za strażnika, obrońcę śliniących kociaków, z racji, że Przepiórka musiała rozprostować nogi. Szczerze jej się nie dziwiła, należała jej się chwila przerwy, Kniejkę na samą myśl ciągłego leżenia w tym ulepku trzepało. Wtem, przed jej łapami niczym strzała przeleciała jakaś kulka, za którą wystrzelił czekoladowy puszek, obijający jej się o łapy. 
- Ej! - Zirytowane upomnienie wypadło z pyska przewodniczki, która korzystając z okazji chwyciła puchaty, biały ogon, unosząc dzieciaka w górę, głową do dołu. - So ty hobis? - Zgromiła młodszą wzrokiem. Może taki urok kociąt, czy coś. Sama biegała jakby miała mrówki w kuprze, ale to tutaj to co innego. Przecież sobie coś zrobi, wygląda jakby dało się zaraz rozgnieść. Ughhh, co za utrapienie. 

<Pierwo?>

Wyleczeni: Kwiecista Knieja, Piaszczysta Zamieć

31 października 2024

Od Kwiecistej Kniei

Dawno, dawno temu 

Z legowiska uczniów dobiegł krzyk, na który połowa kotów podniosła uszy, jednak tak szybko jak zareagowali, tak szybko stracili zainteresowanie. Jedynie Knieja zostawiła swoje ślepia uwieszone w jednym punkcie, czekając, aż z legowiska wyłoni się rudy kocur. Niestety krzyk nie należał do niego, ale miała nadzieję, że przynajmniej był na tyle blisko niego, by doprowadzić vana do bólu głowy. Wiedziała, że Obsmarkany Kamień nie będzie pochwalał jej zachowania, jednak niezbyt się tym przejęła. Nie było go teraz w obozie, a nawet jeśli by był, była pewna, że jedyne co byłby z siebie w stanie wydusić, to zająknięte przeprosiny w stronę syna Widma. I już po chwili z krzewów wyłoniła się kremowa postać, Pszczela Łapa, która całkiem straumatyzowana i z nastroszoną sierścią, starała się trzymać jak najdalej czegoś, co wisiało w pysku nemezis Kniei. Zaraz za Pszczołą, z legowiska wyszedł bowiem Ważka. Wielce zdegustowany, wypluł na zewnątrz jeszcze żywą żabę, która gdy tylko chciała odskoczyć, zaraz została zagryziona przez jakiegoś wojownika. Ważka przez chwilę coś mówił w stronę Pszczoły, która wcale nie wydawała się być zachwycona wcześniejszym zdarzeniem, chwilę później kierując swój wzrok na szylkretową, mrużąc oczy. Oczywiście, że wiedział kto jest sprawcą owego wybryku, jednak wolał nie robić zamieszania na środku obozu, zgadywała. Było jej to nawet na łapę, nie przepadała za byciem w centrum uwagi, a w szczególności nie chciała dostać kolejnego wykładu od mamy. Tak więc, jako pierwsza odwróciła głowę przerywając bitwę na spojrzenia, by zerknąć na swojego mentora, który to nie będąc świadom sytuacji która miała miejsce chwilę temu, wyciągnął kotkę na zewnątrz. I jak się okazało, nie tylko on miał te plany. Chwilę później wśród traw, kilka kroków od wejścia do obozu pojawił się Srebrzysty Nów wraz ze swoim pożal się gwiezdnym uczniem, który dreptał obok. Gdy podeszli bliżej, nie uraczył kotki skinięciem głowy, ani nawet spojrzeniem, co w jakiś sposób ją ucieszyło, jednocześnie niezwykle irytując. Za to z chęcią zamieniła kilka słów z wujkiem, który chwilę później złączył krok z Obsmarkanym Kamieniem, wychodząc na przód, zostawiając dwójkę uczniów gdzieś w tyle. I gdy tylko znaleźli się odpowiednio daleko, rudy kocur prychnął, nim jego wzrok skierował na uczennicę. Oczywiście, że spodziewała się odzewu, chociaż sama nie miała ochoty zabierać głosu. 
- Żaba? Naprawdę? Aż tak nisko upadłaś, aby wystraszać mojego brata swoim głupim żartem? - Rzucił, przekręcając oczami. - Sądzę, że pewnie posuwasz się do takich banalnych rzeczy, bo w zwykłym teście umiejętności, to nawet mi do łap nie sięgasz. Jak każda kotka, która wybrała złą drogę. - Tymczasem prosty, ledwo odciągnięty od brzucha matki umysł Kniejki, niezbyt doceniał rozbudowaną przemowę starszego już ucznia. 
- Nie on był celem, ale był wystarczająco blisko ciebie - odparowała - A mi mówiono, że kocury są głupsze od kotek, bo zamiast głową myślą innymi partiami ciała, więc wybrałam świetną drogę. - skomentowała, dzieląc się dumnie wiedzą zaciągniętą od starszych z legowiska. 
- Za to znacznie silniejsi i na ogół lepsi w wszystkich działaniach niż kotki, co daje nam proste podsumowanie. Kocury są lepsze niż te kocice. - Odparł. - Pewnie od mej okropnej siostry nasłuchałaś się głupot i teraz prawdy nie widzisz. Same kłamstwa tylko lecą z jej pyska. Myślisz, że dlaczego tylko kotki są królowymi? Bo tak nasi przodkowie chcieli. Gdy lepsza część klanu odpowiada za obronę i zwierzynę na stosie, to ta druga powinna się zająć kociakami i zielarstwem, zamiast rzucać się do walki, która przyniesie im tylko ból.
- A, więc to dlatego masz taki krzywy ryj? - spytała - Bo przodkowie tak chcieli, żeby łatwiej wam było odstraszać wroga? Dobrze wiedzieć.
- Spostrzeżenie godne... kreta. Nie żałowałbym, jakbyś udała się ze Smarkiem do tuneli, aby ćwiczyć walkę i nigdy nie wyszła z nich. Nikt by nawet nie uronił łzy, a może nawet Skowronek wreszcie przeszedłby na dobrą drogę. A właśnie. Mówiąc o krzywych pyskach... - Zaczął kocur, uderzając kotkę łapą w pysk. - O, proszę. Wreszcie do Ciebie pasuje. Nie mogę być sam z krzywym ryjem, prawda? - Uśmiechnął się złośliwie, po czym przyśpieszył lekko kroku, co w oczach lilowej mogło oznaczać tylko jedno. Uciekał, naśmiał jej się w twarz, po czym uciekał bo bał się odpowiedzialności. I na tym cierpliwość uczennicy się skończyła, prychnęła, uśmiechając się pod nosem. Czując pieczenie na policzku, oraz docierające do niej powoli słowa, zaczynała odczuwać skutki krótkiego temperamentu. Zaraz gwałtownie uniosła głowę, po czym skoczyła w stronę Ważki. Że niby miała to tak zostawić?
- Nadal ładniejszy od twojego! - syknęła, zanim wgryzła się łapczywie w rudy ogon, ciągnąc gwałtownie w tył. I na tym pozornie spokojny spacer się skończył. Oba koty zamieniły się w wściekły, syczący kłębek, który trzeba było rozdzielić, oraz zaprowadzić do obozu. Ważka obok Smarka, Knieja w pysku Srebrnego, patrząc na rudzielca morderczym, jednak usatysfakcjonowanym wzrokiem, mocno i uporczywie trzymając w łapach między pazurami oraz w pysku, biało-rudą sierść, którą zdołała wyrwać z uczniowskiego ciała. Sama również oberwała, jednak bardziej od bólu ceniła sobie swoje zdobycze, które były dla wyrośniętego kociaka niczym trofea. Przez większość drogi uczniowie łypali na siebie spode łba, a gdy się mieli rozdzielić przy wejściu do obozu, kotka zmrużyła oczy i patrząc w pysk swojego wroga, zrobiła znaczący gest, przejeżdżając pazurem przy swoim gardle. Przekaz był jasny. Jeszcze raz na niego wpadnie, albo jeśli ten zacznie gadać głupoty, to skopie mu kuper. W odpowiedzi starszy jedynie skrzywił pysk i wywrócił oczami. Od tamtej pory, raczej uważano, by ta dwójka nie zostawała sam na sam. 

◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹
teraźniejszość

Przez jej ciało przeszedł dreszcz, kiedy obudziła się gwałtownie z jednego ze swoich prześladujących koszmarów. Wstała niespiesznie rozglądając się po legowisku wojowników, w którym przyszło jej spać tej nocy, albo przynajmniej przeprowadzać próby zaśnięcia. Przepiórczy Puch jakiś czas temu zdołała wydobyć z lilowej informacje odnośnie jej bezsenności i teraz została zmuszona, by spróbować zasnąć w towarzystwie innych kotów. Bo kto wie? Może to pomoże? Może będziesz musiała spać z woskiem w uszach, ale koszmary nie będą cię dręczyć? W końcu tak dawno nie spałaś z rodziną... Niestety przewodniczka wiedziała, że to nie jest sposób. Zwyczajnie nie zadziała i jak się okazało, miała rację. Najpierw problemy z zaśnięciem przez nacisk w uszach, później przez koszmary aż w końcu przez sam strach przed koszmarami. Nieustające napięcie sprawiło, że zgodziła się spróbować zamienić na chwilę swoje posłania i skłamałaby, gdyby stwierdziła, że nie miała nadziei, że to pomoże. Dlatego też czuła teraz... rozczarowanie i niesmak, z każdym kolejnym uderzeniem serca, które powoli się uspokajało. Już proponowano jej mak i tylko odpowiednia dawka zapewniała jej mocny, ciemny sen, który był jak mrugnięcie okiem. Chociaż lepsze to, niż ta zacięta płyta.
Ostrożnie, by nikogo nie obudzić i nie prowokować niepotrzebnych pytań, udała się do legowiska medyka, w którym jak się spodziewała, znalazła śpiącą Pajęczą Lilię. Zatrzymała się na moment, by spojrzeć na unoszące się powoli w górę i w dół rude ciało, chwilę później przemykając dalej, by poszukać odpowiedniego zioła. Wiedziała, że gdzieś jest, wiedziała też, że ostatnim razem medyczka szukała w jednym, konkretnym miejscu. Z rozmachem przejechała łapą po pustej przestrzeni, by zahaczyć o liść, który zleciał z wyznaczonego miejsca na wysuniętym kamieniu, lądując na wyklepanej ziemi, rozrzucając przy tym drobne ziarenka, które się na nim znajdowały. O kurde. Zamarła, obracając powoli głowę w stronę rudej kotki, która to poruszyła się niespokojnie. Spała... tak, spała. Lilowa wypuściła powoli powietrze i klnąc pod nosem, z nastroszoną sierścią zagarnęła to co mogła na listek, słysząc kątem ucha, jak medyczka porusza się niespokojnie. Resztę spróbowała złapać językiem. Ile ostatnio dostała? Dwa nasiona? Trzy? Oh, nie ważne! Gdy tylko poczuła ziarenka na języku, szybkim krokiem opuściła legowisko medyka po czym wcisnęła się w krzewy obok żłobka, by w plamie światła danej przez księżyc obejrzeć ile nasion zdobyła, wypluwając je z pyska i oglądając. Obrzuciła dość niesmaczny obraz oczami, licząc szybko. Mało. To dobrze, może się nikt nie zorientuje, że czegoś brakuje. Odsunęła tyle, ile jej było potrzeba, biorąc zaraz na język i przełykając. Miała chwilę, zanim mak zadziała, więc resztę jeszcze zakryła liśćmi, chowając wszystko pod korzeniami, chwilę później wydobywając się z trudem spomiędzy gałęzi, mozolnie kierując się w stronę legowiska wojowników. Nie ułożyła się jednak przy krewnych, a poczłapała w stronę Norniczego Śladu, kładąc się tak, by ogonem dotknąć burego ciała. Jej śliczne, pręgowane futro było ostatnim co widziała, przed krótkim, pustym snem. 

NPC: Ważkowy Lot

Od Kwiecistej Kniei do Zalotnej Krasopanii

 
Minęło trochę czasu od ostatniego przejścia się na granice z Klanem Wilka, jednak zaczęła mieć wrażenie, że to jednak jest świetna rozrywka. Może powinna to robić częściej? Co prawda wymagało to od niej wychodzenia z ciemnych nor podziemi, ale w końcu i tak wychodziła by spotkać się z Nornicą. Dodatkowo, mogła też wychodzić w nocy, a wszystko za sprawą natarczywej bezsenności, spowodowanej koszmarami. Tak czy inaczej! Prócz królików wpadających w nory, znajdywała też większe nieco zdobycze, śmierdzące wilczakami. Ciekawe, co ich tak ostatnio pchało na granice? Widocznie była ich to jakaś nowa rozrywka. Szylkretowa z lekkim zaskoczeniem podeszła do jednej z dziur, zaglądając w głąb niej. Automatycznie uśmiechnęła się pod nosem, unosząc przy tym czoło. Miała rację. Na dole koczowała jakaś szylkretka, której większość ciała była biała. 
- Wilczaki bardzo lubią dziury, zdaje się - zauważyła, patrząc na kotkę z góry - Wpadacie w nie dla zabawy? - rzuciła w dół, ciekawa odpowiedzi. Zamiast tego, wpierw otrzymała spojrzenie spod byka. 
- Jak mniemam wy też musicie je uwielbiać, skoro cały teren od strony Klanu Burzy jest przekopany - Wilczak westchnął, odwracając wzrok od obcej. - I jakoś mi nie do śmiechu - dodała, a jej ogon zadrgał nerwowo. Przez następną chwilę panowała cisza, przerywana jedynie losowymi odgłosami natury. Przewodniczka nie widziała potrzeby by się odzywać, więc pozostało jej się zastanowić, czy mieć przez to częste naruszanie granic ból dupy, czy jednak go nie mieć. Chyba nie miała na to energii. - Pomożesz mi wyjść? - spytała w końcu nieznajoma, z lekka zniecierpliwiona. Lilowa obejrzała sytuację, zdając sobie sprawę, że korzonki dokładnie wykonały swoją część roboty, oplątując kocie ciało. Hmm to rzeczywiście mógł być problem. 
- Nasze przekopywanie nie powinno być problemem, o ile trzymacie się swoich granic - rzuciła od niechcenia odpowiadając na pierwsze zdanie, wracając wzrokiem na pysk Zalotki, siadając przy tym na krawędzi. Gdy natomiast padło pytanie o pomoc przy wyjściu, kotka milczała przez chwilę, by potem westchnąć przeciągle. ,,Co za uciążliwość" zdawał się mówić jej pysk. 
- No nie wiem, a muszę?
- No nie wiem, a chcesz mieć trupa na terytorium? - spytała obca po chwili, po czym podjęła próbę uwolnienia swojej łapy na własną łapę, wcześniej mierząc Kniejkę wzrokiem, by odchrząknąć po chwili ciszy.
- Trzymam się swoich granic - mruknęła niezadowolona. - Tylko takie wykopy zaraz przy naszych terenach są niebezpieczne. Po prostu dziś zdarzyło mi się zagapić, a teraz muszę tu ślęczeć - dodała, czekając na odpowiedź burzaka. Dla Kniejki brzmiało to jak tania wymówka i nie czuła potrzeby, by zagłębiać się w temat dalej. 
- No, po to te dziury są - odpowiedziała, nie wyglądając na przekonaną. Albo po prostu: nie wyglądając. - No i trupa łatwiej wyciągnąć - dodała, przypominając sobie, że gdzieś po drodze straciła wątek. - Albo zakopać, bez różnicy.
Krasa Pani widocznie nie do końca wiedziała co ma już zrobić, po chwili pokręciła głową.
- Są po to, aby pożerać koty z innych klanów? To jakaś pułapka? Raczej za dużo okazji na pogadanie z burzakami nie miałam, nie wiedziałam, że jesteście tacy źli i brutalni - przewróciła oczami.
- No i czy łatwiej się ze zmarłego wytłumaczyć? W Klanie Wilka moja nieobecność na pewno będzie się odznaczać. Będą mnie pewnie poszukiwać, a tak się składa, że moja woń prowadzi do granicy z Klanem Burzy. Chcesz mieć problemy? Czy może łaskawie mnie uwolnisz? - mruknęła.
- Mhm, na śniadanie pijemy krew swoich wrogów - Przewodniczka niemal natychmiast odpowiedziała na zarzut o brutalności, z całkiem poważnym pyskiem i tonem. Natomiast nie wydawała się zainteresowana dalszą częścią wypowiedzi wojowniczki, która zdawała się mieć na celu przekonać ją do wyciągnięcia wilczaka z dołu. 
- No nie wiem - wyraz niechęci od nowa zagościł na pysku lilowej - Ja mieć nie będę, jak już to mój klan. O ile cię znajdą. Mogłabym roznieść troche zapachu wilczaka, tu i tam, na twoim grobie zasadzić ładne drzewko. Nikt mi nic nie udowodni, jesteśmy same.
- Ta, jasne - mruknęła, chyba już wyczerpana tak bezsensowną rozmową. - To chociaż się z tym pośpiesz - burknęła.
I po tych słowach, Kniejka zniknęła. Czy ją porwali, czy się znudziła, czy może postanowiła jednak zakopać wilczaka? Nie odzywała się już dłuższą chwilę, można było czekać i czekać... chyba sobie nie poszła? Nim jednak wątpliwości już całkiem zdążyły zjeść Zalotkę, w dziurze nagle pojawił się kij, gałąź dokładniej, marna dość, jednak niestety tylko na to pozwalała aparycja lilowej, a sama Kniejka chwilę później zajrzała w dół z niezbyt zadowoloną miną, by dojrzeć zaskoczone ślepia rówieśniczki. Nie miała pojęcia, jakim cudem się wpakowała po raz drugi w tą samą sytuację i czy będzie kiedyś trzecia, jednak przesiadywanie tu zbyt długo zdawało się działać na jej osobę w negatywny, nużący sposób. Nienawidziła się nudzić. Obejrzała więc sytuację i wbiła zęby w wystający korzeń, przyciągając go do krawędzi, by ułatwić wydostanie się na zewnątrz. Na lico Krasopani wkradł się delikatny uśmiech, który jednak szybko znikł, a sama kotka szybko wyciągnęła łapę z pułapki. Po tym złapała się kija i wygramoliła na równy teren. Podniosła się na cztery łapy i otrzepała z ziemi, która przylgnęła do jej długiego futra. 
- No proszę. Nie spodziewałam się, że w końcu odpuścisz - mruknęła, po czym odwróciła się w stronę burzakowej kotki.
- Nie odpuściłam, po prostu się znudziłam - Kniejka odrzuciła na wyjaśnienie, po czym zamilkła na moment, patrząc na Zalotkę. W sumie, to nic tu po niej, ani po tej drugiej. Kryzys zażegnany, teraz wypadałoby sobie po prostu iść, ale nie mogła zostawić intruza na terenach. Jaka upierdliwość. - To ten, idziesz sobie, czy...
Zalotka spoglądała na obcą kotkę jeszcze przez chwilę.
- Phh - mruknęła w odpowiedzi, po czym uderzyła łapą w mały kamyczek przed nią. Znowu zapadła cisza, którą czarna szylkretka uznała za krępującą. Może powinna już stąd sobie pójść, a może powinna dalej toczyć rozmowę? 
- Mogłabyś się chociaż przedstawić - spanikowała. Szybko jednak zmarszczyła brwi i przewróciła oczami, po czym odchrząknęła. - Chciałabym wiedzieć z kim dziś miałam przyjemność współpracować - dodała.
- Knieja - jasna rzuciła krótko w odpowiedzi, zwięźle i na temat, widocznie nie widząc potrzeby w podawaniu całego imienia, które w jej mniemaniu było zbyt długie.
- Knieja? Nie wiedziałam, że jesteś samotnikiem - zażartowała. - Ja nazywam się Zalotna Krasopani - mruknęła po chwili.
- Powiedzmy, że jestem samotnikiem wśród klanowych kotów - wzruszyła barkami, chwilę się namyślając przed kolejnymi słowami. - Ty natomiast nie jesteś pierwszym wilczakiem, który wylądował w tej dziurze, jeśli miałoby cię to jakoś pocieszyć.
Zalotkę zaciekawiła odpowiedź Kniei. Uniosła delikatnie jedną z brwi i zaczęła lustrować kotkę wzrokiem.
- A z jakiegoż to powodu? - wyszeptała z automatu, będąc zajęta rozmyślaniami. Po chwili wróciła jednak do rzeczywistości. - Ech? Kto jeszcze zdążył złapać się w waszą pułapkę? - spytała.
- Prywatnego - nastąpiła krótka odpowiedź, po której wzruszyła barkami - A jakiś losowy kocur. Nie za bardzo zwracałam uwagę, kocury zazwyczaj nie są interesujące.
Zalotna Krasopani widocznie postanowiła nie drążyć więcej tamtego tematu, po prostu kiwając głową na jej słowa.
- Czyli wolisz rozmawiać z kotkami? - spytała lekko zdziwiona. - Znaczy… jak chcesz. Każdy ma własne preferencję - dodała.
- Aha. Jak na razie z kocurami mam raczej negatywne doświadczenia. Dla przykładu - tu uniosła łebek, przekręcając go nieco w bok, żeby jej blizna była widoczna w całej okazałości - Jak spotkam gdzieś tego rudego szczura co jest za to odpowiedzialny, to wyrwę mu wszystkie kłaki.
Zalotna Krasopani przyjrzała się uważnie bliźnie, którą Knieja posiadała na swoim pysku.
- Oj… musiało boleć - mruknęła, odwracając wzrok od kotki. - To sprawka jakiegoś samotnika? Czy twojego własnego pobratymca? - spytała po chwili.
- Bywało gorzej - stwierdziła zbywająco, lekkim tonem Kniejka, wracając głową do normalnej pozycji 
- Taka jedna szuja, powiedzmy, że wygnaniec. Jak spotkacie rudego vana na granicach przedstawiającego się jako Ważka, przekażcie całusy. - Na pysku lilowej pojawił się niezbyt ładny uśmiech, zdradzający, że "całusy" powinny być z użyciem zębów. Gdziekolwiek się zaszył, niech wie, że nie ma wśród klanów dla niego miejsca. W ogóle nigdzie nie powinno go być. 


<Krasa Pani?>

27 października 2024

Od Kwiecistej Kniei do Syczkowego Szeptu

Wciąż nawiedzały ją te same koszmary, które nie pozwalały spać, jednak po czasie zdawały się zmieniać. Jakby ewoluować. Po czasie na miejscu Aksamitkowej Łapy pojawiały się inne koty. Rodzeństwo, rodzice, losowe koty z klanu lub nawet takie, których nigdy wcześniej na oczy nie widziała. Tym razem leżała przed nią bura kotka, której rysy zmieniały się im dłużej na nie patrzyła, zlewając się i rozlewając, od nowa kształtując, czasem wyglądając bardziej, lub mniej znajomo. I te ziejące otwory po oczach. Lilowa uniosła wzrok, by zerknąć przed siebie w miejsce, gdzie zazwyczaj stała rozmazana, czarna postać. Była tam znów. Przypominała dym, lub coś, co może zaistnieć przed twoimi oczami, gdy je niemal całkiem zamkniesz. Jednak przy następnym mrugnięciu okiem, postać znikła, zostawiając za sobą jedynie ten sam smród, który zdawał się już wyżreć w pamięci kotki. Próbowała biec za dymem już tyle razy, że tym razem sobie odpuściła. Nigdy nie dawała rady go złapać, zawsze jej umykał, lub wrzucał w jakieś niewidzialne macki, które przytrzymywały ją przy ziemi. Zmęczona, znużonym wzrokiem znów zerknęła na pozbawioną oczu postać, jednak zamiast burej sylwetki, rozpoznała w ofierze... samą siebie? Na raz poczuła, jak szybciej wali jej serce, chwilę później budząc ją ze snu. Otworzyła oczy, wzięła kilka wdechów, powoli upewniając się, że jest bezpiecznie. Parszywe sny. Przewróciła się na plecy, zerkając w kamienne sklepienie tunelu wydrążonego przez wodę, chwilę później wychodząc z niego wprost do jaskini kronikarzy, gdzie wcisnęła sobie wosk w uszy. Przez dziurę w suficie przeciskało się nikłe, różowe światło poranka. Rozciągnęła się jeszcze wychodząc szybkim truchtem z tunelu. Jakoś nie czuła się w nich ostatnio bezpiecznie. Jej pierwszym zamysłem było przejście się po granicy. Całe jedno kółko, na rozprostowanie łap. Przekręciła głową by poprzestawiać sobie kości w karku, porozciągała kończyny, gotując się do startu. W jej przypadku "przejście się" oznaczało orzeźwiający trucht, w który to zaraz wskoczyła, zaczynając swoją rutynę. Dzięki niej pozbywała się natrętnych myśli, które wydawały się rozmywać wraz z następnym krokiem i wysiłkiem, jaki z nim przychodził. Wiedziała, że nie powinna przebywać sama poza obozem, jednak nie miała ochoty trzymać się niańki jak małe kocię. Wiedziała, jak być ostrożna, nie skończy jak Aksamitka. Nie da się wciągnąć do jej własne- co? Zwolniła, marszcząc czoło. W jej oczy rzucił się jakiś ruch, a zapach zdecydowanie nie należał do Klanu Burzy. Przez moment przez jej ciało przeleciały ciarki, jednak już po chwili się lekko uspokoiła. To nie był ten sam smród. Ten zdecydowanie należał do Klanu Wilka. Z resztą, nie było się co dziwić, przed chwilą dobiegła do ich granicy. O dziwo, nawet się cieszyła, że to jakiś wilczak, chociaż zdecydowanie nie powinna. Podeszła do miejsca, gdzie dostrzegła poruszenie, jednak nic nie mogła znaleźć. Dopiero po momencie do jej uszu doszło jakieś skrobanie, szuranie... i wtedy zerknęła w dół. W jednym z podkopków, uwięziony pomiędzy zdrewniałymi korzeniami znajdował się kot, o niecodziennym ubarwieniu. Uniosła czoło w jeszcze większym zdziwieniu. 
- Czemu jesteś w dziurze - zadała proste pytanie, zerkając nań z góry. Zazwyczaj burzaki nie miały w zwyczaju wpadać we własne podkopki, dlatego też rzeczywisty widok kota w jednym z nich, wydawał jej się niezwykły. Czyżby jednak spełniały swoją rolę?

<Dziurołaz?>

Od Kwiecistej Kniei

Ponowna ciąża mamy nie była czymś, czego by się Kniejka spodziewała, albo nawet o tym myślała. Jej rodzice zdawali się w jej oczach już na tyle starzy, że posiadanie kolejnego potomstwa zdawało się być wizją wręcz absurdalną. Chociaż, gdyby się tak dokładniej przyjrzeć, czy nie było to do przewidzenia? Tamta dwójka dorosłych kotów już nie raz doprowadzała szylkretkę do szerokiej w swoim znaczeniu żenady i zakłopotania i pomimo księżycy nie zdołała się przyzwyczaić do ich szerokiej gamy pokazywania uczuć, w mniej lub bardziej romantyczne sposoby. To wszystko doprowadzało ją do coraz większej irytacji, szczególnie, że jej prosto-myślący organizm nie był przygotowany na falę emocji, która pojawiała się za każdym razem, gdy widziała Nornicę. To już nawet przestało robić się śmieszne, czemu akurat ona? Przecież to Cykoria miał na jej punkcie obsesję, do niego by to pasowało. Ale do Kniejki? Gdy tylko pomyślała o tym, jaką miłość prezentują do siebie jej rodzice i o tym, że to samo miałaby robić z Norniczą Łapą, zaczynało ją oblewać czyste obrzydzenie i zawstydzenie do tego stopnia, że musiała pobiegać, albo wejść do tunelu i uderzyć głową w twardą ścianę. Niestety nie tylko obrzydzenie wywoływało u niej podobne reakcje, ale też sama wspomniana kotka i Kwiecista nie miała pojęcia, co z tym początkowo zrobić do momentu, aż się nieco uspokoiła i powróciła do swojej zwyczajnej, chłodnej i wyluzowanej wersji... którą czasem wciąż było ciężko utrzymać. 
- Hej, jesteś tam? Ziemia do Kwiecistej Kniei - przed pyskiem machnęła jej znajoma łapa, która przywróciła przewodniczkę do życia. Lilowa podniosła wzrok na Nornicę, która zażywała słonecznej kąpieli blisko wejścia do legowiska medyka. 
- Był podczas twojego przesiadywania w lecznicy - odpowiedziała Kniejka na pytanie, które siedziało w tyle jej głowy, dając tym znać, że przez cały czas słucha.- Pytał, jak się czujesz - Wyjawiła spokojnie, obojętnym tonem. Sprawa z Pszczelą Łapą niezbyt ją obchodziła, podobnie jak sama Pszczela Łapa, jednak skoro Nornica o nią pytała, to nie miała powodów, by nie odpowiadać. 
- Uh, on - Nornica zdawała się zniesmaczona, albo zwyczajnie zmęczona - Ostatnio jak był, to mówił na twój temat jakieś głupoty. 
- Głupoty? - dopytała, czekając na rozwinięcie. Jakaś jednak jej część, wiedziała o czym może być mowa. I bardziej od straty pozycji, obawiała się straty w oczach Nornicy. 
- No oczywiście! On zawsze je mówi, ale ta była gorsza od wszystkich innych, bo była o tobie. Kiedy on się nauczy? - Rzuciła bura, poprawiając swe futro na szyi. - Mruczał coś, że usłyszał coś od Ważki. Czekaj. Jak to szło...? Coś odnośnie braku akceptacji od Klanu Gwiazdy? Nie pamiętam dokładnie, jednak głupoty w czystej postaci! Kazałam mu zamknąć pysk i nie pleść bzdur, bo oberwie w swoją głowę, która i tak jest już przystrojona blizną. Mogłaby być lekko większa, ale chociaż jest.
- Od Ważki - powtórzyła, kiwając głową z zaciśniętymi wargami. I wszystko jasne. I chociaż jej pysk wyrażał stoicki spokój, może lekkie zirytowanie, gdzieś w środku zabiło jej mocniej serce. - Najbardziej prawdomównego osobnika, rozumiem - Prychnęła, starając się utrzymać swoją sierść przy ciele 
- Zaczynam rozumieć, dlaczego za nim nie przepadasz. Męcząca plotkara. - Zatrzymała się nagle, drgając ogonem - I jeszcze mi powiedz, że rozpowiedział reszcie klanu.
- Na całe szczęście nie. Zareagowałam nim popełnił ten błąd. - Prychnęła kocica. - Powinien mi dziękować. Przeze mnie nie dostał jeszcze w pysk od nikogo, chociaż powinien. Może wtedy nauczyłby się, że jego działania mają konsekwencje, a ja nie mogę go bronić przed nimi przez całe życie. Widać, że nauki Obserwującej Gwiazdy nie są tak dobre jak oczekiwałam i chyba będę musiała przyłożyć własną łapę do jego nauki. Kiedyś musi nauczyć się czegoś pożytecznego.
- Hm - lilowa uśmiechnęła się sztywno - Widać mogłam to zrobić, kiedy miałam okazję - zaczęła - Do mnie też z tym podszedł. Powiedziałam mu, że się przesłyszał. Jak widać miał inne zdanie.
- Wiedziałam, że coś wymyśla, jak zwykle. Teraz muszę z pewnością nauczyć go, że czasem czas się zamknąć i nawet mam pomysł jak. Czemu żaden z kocurów w mej rodzinie nie może być normalny? - Zapytała Nornica, wbijając wzrok w towarzyszkę. - Ważka... to Ważka. Pszczółka ma swoje odpały, a mój ojciec powinien nigdy nie pojawić się w Klanie Burzy. Czasem zazdroszczę Ci, że masz normalnych braci. Nie chciałabyś mi oddać jednego? - Rzuciła ostatnie zdanie półżartem.
Kniejka zerknęła na Nornicę całkiem poważnie, chwilę później bełkocząc coś pod nosem o oddawaniu... Mogła oddać jej siebie, zamiast braci. Jednak gdy Nornica dopytała, przewodniczka zaraz odparła już głośniej. 
- A nie chcesz jeszcze w pakiecie staruszka? - spytała, utrzymując żartobliwy temat, unosząc czoło - Ja sobie zatrzymam tych nowszych członków rodziny, co są w drodze. Nowszy kot, może bardziej sprawny. 
- Tego samego, który z pewnością zacisnąłby kły na mej szyi wraz z Nagietkowym Wschodem? Podziękuje. - Zaśmiała się cicho w odpowiedzi. - Masz już dwóch żyjących, a może nawet pojawi się następny, a mi nie chcesz nawet pożyczyć ani jednego. Gdybym chociaż siostrę posiadała, to życie w klanie byłoby o niebo lepsze. Nie musiałabym użerać się z tymi kocurami, jednak życie chciało inaczej. Chociaż mogę spróbować naprawić Pszczelą Łapę, nim przywódczyni popełni nieodwracalny błąd i mianuje go na wojownika.
- Cóż, powodzenia - rzuciwszy na wydechu machnęła łapą, jakby zbywająco - Na twoim miejscu bym się poddała. Mam już dość kocurów jak na jeden dzień. Codziennie muszę oglądać ich, hm, wątpliwej śmieszności wygłupy. I wybacz, ale jakoś nie po drodze mi z twoim bratem.
- Nie winię Cię o to, a nawet nie jest mi z tego powodu smutno. Gdybym miała wybierać, to pewnie nigdy bym się do niego nie zbliżyła, ale więzy krwi mi wszystko psują. Żałuje, że nie pozwoliłaś Ważce dokończyć jego czynów i pozbyć się jednego problemu. Chociaż jedno próbował zrobić dobrze. Teraz ten problem chodzi po obozie i próbuje rozsiewać dziwne plotki. - Kniejka zamilkła po tych słowach na moment, czując się dziwnie niekomfortowo. Nie przywykła do słuchania podobnych rzeczy, tym bardziej o swoim rodzeństwie. Chociaż, może bura tylko żartowała? Kniejka też potrafiła w swoich żartach być dość ostra, ale chyba podobne słowa nie przeszłyby jej przez gardło. Z resztą, podoba sytuacja byłaby wręcz niepojęta, jeśli chodzi o jej część rodziny, bo jak by to było? Dzwonek truje mamę, potem zostaje wrzucony wraz ze Skowronkiem do dołu i na koniec próbuje go zabić? Wizja była ta tak niepojęta, że aż śmieszna. Odchrząknęła, chcąc pozbyć się uczucia suchego gardła. 
- Tak, właśnie, to ten - klepnęła łapą ziemię, rozglądając się dookoła i chwilę później wyciągając z futra przy ogonie mały, delikatny przedmiot. Świetna zmiana tematu i tak miała zamiar dzisiaj wręczyć Nornicy mały prezent. Przed burymi łapami położony został motyl w pomarańczowych barwach. Martwy, na pierwszy rzut oka, jednak nie zniszczony. - To tak z okazji wyjścia z lecznicy. Pomyślałam, że może będzie dobrze się komponować z twoim futrem, i - przerwała, widząc jak kotka bierze nową ozdobę, ustawia pod odpowiednim kątem i wsadza sobie w futro za uchem. 
- I jak wyglądam? - spytała, wyciągając się w modelową pozę, kładąc głowę na uniesionej łapie. 
- Bardzo ładnie... ZNACZY, bardzo fajnie! Fajnie, znaczy się, tak wiesz. No, że jak przejdziesz przez obóz, to powalisz wszystkich na kolana. Ale nie mnie! No bo, nie ma powodu by- tak. - Zebrała się nagle z miejsca, czując, jak robi jej się gorąco - Właśnie sobie przypomniałam, patrol miałam, tak... z, z Gradem. Pa! - Rzuciła jeszcze krótko, zanim przez jej pysk przeszło więcej głupot, a ona jeszcze bardziej by się ośmieszyła. Dopiero, gdy wyszła poza obóz, stanęła i z jękiem niedoli przeciągnęła łapami po pysku. Co ona tam odstawiła? Dawanie komplementów? Dla Nornicy? I w dodatku w takim stylu, ale co miała zrobić? Spanikowała. I jeszcze wkopała się w patrol. Może ucieknie jakoś w połowie. Zniżając łapy na tyle, by odsłoniły oczy, zerknęła spod byka na przechodzącą grupę kotów, by po chwili podejść do nich niewdzięcznie. Tak na wszelki, gdyby później Nornica pytała... 

◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

Minęło trochę czasu od "pogadanki" z Pszczelą Łapą. Wcześniej jeszcze Nornica została mianowana i nie ukrywając, liliowa miała nadzieję spędzić z nią trochę czasu, właśnie na patrolach. Niestety, zgłaszanie się do nich na ostatnią chwilę nie było zawsze dobrym pomysłem i nieco rozkojarzona, skończyła w jednej grupie z Gradowym Sztormem. Nie, żeby nie lubiła krewniaka, nic z tych rzeczy. Po prostu... czuła lekkie rozczarowanie. Plus, nie mogła przez to obserwować Pszczelej Łapy, która pewnie była na jakimś treningu. A niech chociaż piśnie słówko Obserwującej... chociaż, jeśli się tak zastanowić, bardziej od reakcji liderki, obawiała się swoich starszych i rodzeństwa. Niesamowite było to, jak bardzo zawaliła sytuację jednym wybuchem złości. Ale to przecież nie była jej wina! 
Nagle poczuła, jak czyjaś łapa przyciska jej głowę do podłoża, a ona sama traci równowagę, lądując na ziemi. 
- Jakbym walczył z kociakiem - skomentował Grad, górując nad lilową, z krzywym uśmiechem - Mech byłby bardziej zabójczy. - W odpowiedzi mógł usłyszeć burknięcie, a chwilę później w stronę jego oczu poleciała chmura piasku, przed którą uskoczył, prychając jedynie. Może nie była to spektakularna obrona, ale kotka mogła przynajmniej wstać i się otrzepać. Oraz posłać w stronę kocura mocno zirytowane, oceniające spojrzenie. 
- Dopiero się rozkręcam - stwierdziła, unosząc głowę, jednak ciało wciąż było w gotowości. Grad jedynie zlustrował ją od góry do dołu, po czym prychnął. 
- Tak, dałaś świetny pokaz przez ostatnie chwile - skomentował - Rozkręcałaś się cały sparing, można cię nazwać już mistrzynią w tej dziedzinie. 
- Dobra, nie przemęczaj się, oszczędzałam tylko twoje stare kości. Nie powinieneś już gryźć piachu? 
- A ty suta matki? 
- Nie ekscytuj się tak, bo się posikasz. W tym wieku może być już ciężko z trzymaniem. 
- Ph, pyskata gówniara - odrzucił Grad, z krzywym uśmiechem na pysku. 
- Zgaduję, że to rodzinne. - Mruknęła lilowa w odpowiedzi, zadowolona z przebiegu "dyskusji". 
- A mimo wszystko nie odziedziczyłaś umiejętności koncentracji podczas bójki. 
- Zdarzyło mi się RAZ. 
- Jasne, jasne, pijawko. - mruknął zbywająco - Na następny sparing masz być gotowa, bo nie chce marnować na nich swojego czasu. A, i jeszcze jedno, jak chcesz załatwić z kimś sprawy, to rób to dobrze, a nie na patrolu. Głupi by tylko uwierzył, w tą waszą ,,rozmowę". - Lilowa uniosła futro na grzbiecie, co wywołało w brązowych oczach jedynie błysk rozbawienia. 
- Nie powiesz nikomu, prawda? 
- O, nawet nie protestuje. Dość łatwo się poddałaś - Zauważył, przez co zawinięte uszy powędrowały w tył z zawstydzenia. Przyglądał się jej jeszcze chwilę, budując małe napięcie, zanim odpowiedział. 
- Nie jestem konfidentem, ciekawie niskie masz o mnie mniemanie - burknął, unosząc brew - Nie moja sprawa. Z resztą, czemu miałbym się mieszać? Ojciec tych larw całkiem mocno zalazł mi za skórę - syknął na to wspomnienie, uśmiechając się nienawistnie i dotykając swojej blizny na pysku - Gdybym mógł, rozszarpałbym drania raz jeszcze. 
- To ci po nim zostało? - spytała nagle zaciekawiona, niczym kilkuksiężycowy kociak. Zanim jednak zdążył odpowiedzieć, ta wskazała na tą swoją, pozostawioną po Ważce, uśmiechając się dziarsko. - Mi zostawił to Ważka, ale skończył z gorszą - pochwaliła się, chociaż kocur pewnie doskonale wszystko wiedział. Zamiast jednak jakoś to skomentować, prychnął rozbawiony, tarmosząc lilową czuprynę, całkiem przy tym niszcząc dokładnie ułożoną przez matkę sierść, z której powypadały ozdobne kwiatki. Nie przejęła się tym. Pomimo pozornie dorosłego wieku, ceniła sobie towarzystwo jak i pochwały Gradowego Sztormu, na nieszczęście rodziców, biorąc go za swój przykład już od maleńkości. 
- Dobra, chodź karle, idziemy zobaczyć jak sobie radzą pozostałe łamagi. Miejmy nadzieję, że lepiej od ciebie - Powiedziawszy to, poszedł przez trawska zalej, a Kwitka po przejechaniu niedbale łapą po głowie, w celu "naprawienia" burdelu jaki na niej pozostał, zaraz podreptała za nim. Mały sparing był tylko rozgrzewką przed polowaniem. Oprócz Kniejki i Grada, w patrolu była jeszcze Aksamitkiwa Łapa wraz z Bobrzym Siekaczem. Kniejka dziwiła się mu, jakim cudem zgodził się na trenowanie kogokolwiek, w dodatku kogoś pokroju Płomiennego Ryku, który to inteligencją nie grzeszył. Jakim cudem trzymany był w klanie? Cóż, ona prędzej by napluła, niż wzięła się za coś takiego. W końcu była przewodnikiem, miała trenować więc przewodników. Nie wojowników. Z resztą, wątpiła, czy wytrzymałaby długi okres rozmów i przebywania na powierzchni podczas hałasu, szczególnie przy drodze grzmotu. Tam, jej uszy zdawały rozrywać się na milion kawałków. Zbliżyli się do reszty patrolu akurat w momencie, w którym sparing ucznia i jej mentora dobiegał końca. Bobrzy coś tłumaczył, a kremowa kotka zdawała się słuchać... chociaż niechętnie. Gdy starszy przewodnik ich zauważył, zaraz przerwał swój wykład, witając się ogonem. Za jego przykładem poszła Aksamitka, chociaż już bez witania. Po prostu spojrzała na przybyszów. 
- Skończyliście, jak widzę. 
- Aha, poszło łatwiej niż zakładałem. - rzucił zaczepnie Grad w odpowiedzi, co Kniejka zignorowała, patrząc pusto w przestrzeń. 
- To dobrze, bo my już też jesteśmy gotowi. Jakieś pomysły, gdzie się skierować? 
- Przy granicy z Klanem Klifu ostatnio znaleźli królicze nory, nowo zrobione. Można się rozejrzeć - Poddał Grad obojętnie, co spotkało się z milczącym potwierdzeniem i już po chwili byli w drodze. Podczas małego spaceru, Kwitka zerknęła na Aksamitną Łapę. Wyglądała niemal identycznie do Piaszczystej Zamieci, jakby była jego mniejszą wersją. Kto wie, może okaże się nawet tak normalna jak on? Jakby się tak zastanowić, z całej trójki to właśnie ona była najnormalniejsza. W powietrzu zawisła głucha cisza, kiedy trójka kotów pokroju ,,nie ma potrzeby się odzywać" znalazła się w jednym miejscu, wraz z tym jednym, kremowym odstępstwem. Co prawda przewodniczka nie czuła potrzeby integracji, ani przerywania błogiego spokoju, jednak młodsza kotka widocznie czuła inaczej. 
- Ja bym wygrała z Gradowym Sztormem - odezwała się nagle w stronę Kniejki, z pewnym siebie tonem i wysoko uniesioną głową. Lilowa zerknęła na nią, nieco zdezorientowana, by upewnić się, że na pewno informacja ta skierowana miała zostać do niej, a nie do kogoś innego. Dostrzec też mogła, jak kocur przed nią kieruje na młodszą na moment wzrok, jednak nic nie mówił. Może to i lepiej. 
- Ahaa...? - Przewodniczka zlustrowała młodszą wzrokiem, mrużąc przy tym oczy. - I myślisz, że byś wygrała, bo? 
- Nie myślę, ja to wiem. - tu na moment przerwała - Bo jest już prawie na emeryturze. Wystarczy celować w słabe punkty. 
- Czyli chcesz powiedzieć, że pokonałabyś też mnie? - w odpowiedzi dostała cwany uśmiech - Bez szans. - Szybko zostały uciszone. Zbliżali się ku kamiennym strażnikom, a Kniejka nie przepadała za tym terenem, jeśli chodzi o zewnętrzną strefę. Była niemal cała przekopana, a wizja zapadnięcia się przez obruszoną ziemię wcale nie napawała ją energią. Niemniej, jej mały duch rywalizacji jeszcze nie wygasł, więc zerkając wpierw na swoją młodszą towarzyszkę z iskrą czegoś, co zdradzało problemy, po czym podeszła do wujka z małą propozycją. Chciała ogarnąć małe zawody, w końcu kiedy będzie taka okazja? Resztę rudych szczyli też musiała przetestować, tak o, dla zabawy i z chęci utarcia im nosów. Zwykła, dziecinna złośliwość. 
- Zobaczymy, czy twoja domniemana rudość pozwoli ci mnie prześcignąć - rzuciła wyzywająco w stronę Aksamitki, jednak nie było w tej wiadomości nadmiaru złośliwości. Ot, prędzej czysta chęć rywalizacji, w końcu ani Grad, ani Bóbr nie wyrazili sprzeciwu. W końcu czemu mieliby? Świat się nagle nie zawali, jeśli dwójka kotów postanowi sobie zrobić zawody w łapaniu królików. Bobrzy Siekacz krótko i zwięźle wyjaśnił szczegóły rywalizacji, która skomplikowana wcale nie była. Kto złapie najwięcej królików i przyniesie w wybrany punkt, zanim słońce przejdzie do ułamanej sosny, wygrywa. Można było królika zamienić na jedno większe zwierzę, lub trzy mniejsze, jednak to właśnie długouche były głównym celem. Łatwizna. Już po chwili starsi zniknęli gdzieś w trawach, zostawiając dwie kotki samopas, w towarzystwie ciepłego wiatru. Lilowa zerknęła na drugą zawodniczkę, unosząc brew z lekkim uśmiechem na pysku.
- Zawsze się możesz jeszcze wycofać - Zaoferowała dobrotliwie - Nie będę się śmiać, słowo honoru. 
- Przegrać z mieszańcem? - usłyszała jedynie w odpowiedzi, zanim kremowy ogon zniknął w trawach. Kwitka poruszyła nosem, chwilę później idąc w innym kierunku. Była na zewnątrz zdecydowanie zbyt długo, przez co uszy, szczęka oraz cała głowa zaczynały nieprzyjemnie ściskać, a szumy się nasilać.  Ale to nic, miała jeszcze chwilę czasu, zanim jej organizm się podda, wpychając ją znów w ciemne tunele. Nastawiła więc uszu, otworzyła pyszczek, chcąc szybciej wywęszyć ciekawsze zapachy. Powoli do przodu, szukając swojej możliwej zdobyczy. Zawody zawodami, jednak uważała, że czasu ma wystarczająco. Słońce powoli zbliżało się do wybranego punktu, jednak wciąż było zbyt daleko, by odczuwać presję. I wtem, po dłuższych poszukiwaniach, w trawach przed nią coś się poruszyło. Puchate stworzenie nie byłoby prawie w ogóle widoczne, gdyby nie jego ruch oraz zapach. Królik to nie był, jednak był wystarczająco podobny. Zając, w całej swej okazałości kicał wśród traw, zlewając się z otoczeniem, przez swoją brunatną sierść, której Kniejka szczerze mu zazdrościła. Ten to się umie dostosować. Zrobiła krok, później drugi, chwilę później przykucając za większą kępką trawy, uważając na ruch powietrza oraz własny oddech. Powoli obserwowała, w spokoju odmierzając odpowiedni moment, kompletnie ignorując poczucie, że była obserwowana. Jednak po co miałaby się przejmować, kiedy to najpewniej koty z ich patrolu, które obserwują przebieg rywalizacji? Już się zbierała, jednak zanim zrobiła swój planowany wyskok, jej ciało nagle przywarło do podłoża, kiedy to dostrzegła intruza na swojej drodze. Aksamitkowa Łapa widocznie miała ten sam cel i niestety była o wiele bliżej zająca od przewodniczki. Jakie osty w kuprze. I była to ostatnia myśl, jaka przeszła przez głowę Kniejki zanim wyskoczyła za długouchym, dając tym znać o sobie nie tylko swojej możliwej, przyszłej ofierze, ale i drugiej zawodniczce, która gdy tylko zrozumiała co się dzieje, rzuciła się w pogoń za, jak się okazało, niezwykle szybką bestią. Droga do przebiegnięcia wcale nie była tak długa, na jaką się przygotowała, gdyż zwierzak już po chwili dał susa w głąb tunelu. Córka Płomyka już miała ruszać za nim, jednak się zawahała, na być może jedynie uderzenie serca, co dało Kniejce wystarczającą przewagę, by wyprzedzić zawodnika i zginąć w ciemności tunelu, zaraz za ofiarą. Gdzieś w tyle za nią rozległo się szuranie, co mogło oznaczać tylko tyle, że Aksamitka się opamiętała. Nie na niej jednak skupione były zmysły przewodniczki, a na zającu przed nią. Niemal czuła ciepło bijące od jego tylnych kończyn, które gwałtownie uderzały w podłoże, chcąc wydostać się z tunelu jak najszybciej. Po korytarzu rozległo się echo, gdy dwójka zwierząt po krótkiej gonitwie wyskoczyła na otwartą przestrzeń. Jaskrawe światło na moment oślepiło lilową, która zamachnęła się na oślep zaraz przy wyjściu, i jak się okazało, wcale nie był to taki głupi ruch. Chociaż na wpół ślepa, to dopadła uszatego, szybko go do siebie przyciągając i próbując zdusić za pomocą szczęk, chociaż był to widok dość niecodzienny, zważywszy na wielkość Kniejki w porównaniu do zająca. Chwilę później, z tunelu wygramoliła się cała pobrudzona Aksamitkowa Łapa, na którą to zerknęła nasza zwyciężczyni, wciąż siłując się z zającem, który na moment przestał się ruszać. Posłała w stronę przegranej zwycięskie spojrzenie, czując jak ciepłe poczucie zadowolenia rozlewa jej się po piersi. Pierwszy długouchy złapany! Czy zawody były w porządku, patrząc na wiek i doświadczenie? W żadnym wypadku, ale to było tylko budowanie podłoża do przyszłych konkursów. W końcu rudzielec ją kiedyś dogoni, prawda? Przynajmniej na to liczyła. Wciąż z zapchanym pyskiem, nabrała powietrza na swoją krótką przemowę. 
- Ha, wygra - nie dokończyła. Aksamitkowa Łapa zniknęła. Nie odeszła, nie wyparowała, jednak jej futro scaliło się znów z ciemnością tak szybko, jak z niej wyszło. Wyglądało na to, że została... wciągnięta? 
- A!- zadźwięczał jeszcze krótki, zaskoczony odgłos, który zginął w mroku razem z właścicielką. 
- Piasku? - zdezorientowana Kniejka wypuściła ze szczęk zająca, wciąż będącego w szoku, który jednak szybko się opamiętał i gdy poczuł zew wolności, rzucił się do ucieczki. Z tunelu dochodziło zaskoczone syczenie, szemranie, czyjeś obce... obcy zapach? Przewodniczka jeszcze obejrzała się za zającem, przeklęła pod nosem, po czym niemal natychmiast wcisnęła się znów w tunel, lecąc za odgłosami jak i zapachem, który pozostawiły za sobą, jak się okazało, dwa koty. Z czego ten drugi zapach był całkiem obcy, nieprzyjemny i ostry. Śmierdział kocurem. Odgłosy zaczynały cichnąć, aż w końcu nie dało się dosłyszeć już nic, co mogłoby nakierować córkę Szepta na prawidłową drogę. Pozostał zapach oraz otaczające ją ciemności, czasem rozrzedzone przez słabe światło, przebijające się przez otwory w ziemi. Słysząc głównie głośne bicie swojego serca, po chwili wyskoczyła z tunelu, stając na ostrej trawie. Zaraz została uderzona powiewem ciepłego wiatru, niosącego ze sobą zapach królików, oraz dwa kolejne, nieprzyjemne wonie. Jedna z pewnością należała do napastnika. Czarna, rozmazana plama, a za razem źródło zapachu, niemal natychmiast znikła, zostawiając za sobą poszarpaną, zakrwawioną, kremową kupkę futra, do której powoli się zbliżyła. Przy szyi Aksamitki widniał czerwony ślad, jednak nie to przykuło uwagę lilowej, która podobne rany widziała już wiele razy, zazwyczaj na ciałach zwierzyny. Z nastroszoną sierścią, stojąc w jednym miejscu, wpatrywała się w pysk uczennicy, który to zdawał się jakiś... nieprawidłowy. Umysł długo nie mógł przetworzyć owej nieprawidłowości, cóż takiego mu brakowało? Co było z nim nie tak? Czas rozciągał się i wywracał, tworzył jakieś pętle podczas tej, w rzeczywistości, całkiem krótkiej chwili. Po chwili do niej dotarło. Oczy. Nie było oczu. Zamiast nich ziajały puste, gęste od krwi otwory, z czego jeden przysłonięty niedomkniętą powieką.  Nagle Aksamitka zakaszlała, wprawiając starszą kotkę o dreszcze, bowiem była niemal pewna, że kremowa nie żyje. Umysł zaczął pędzić, świat przyspieszył, gdzieś w powietrzu latały skowronki. Coraz bliżej, jakby chciały obsiąść całe ciało. Na co patrzyła? Czy to sen na jawie? Zagryzła zęby, potrząsając głową. Musiała się zebrać w sobie, musiała... musiała się upewnić, że wroga nie ma, jednak im dłużej się rozglądała tym bardziej upewniała się w tym, że przegapiła szansę na dopadnięcie sprawcy. Zrobiła więc jedyne, co uznała za słuszne. Chwyciła wciąż jeszcze żyjące ciało, chociaż dogorywające, "zarzucając" je sobie na plecy. Trzeba było powiadomić resztę i donieść Aksamitkę do medyka. W końcu jeszcze żyła, prawda? Jak żyła, to była szansa.
Szła jak w transie. Miała prosty cel, do którego zmierzała. Świat zdawał się wirować, przestawiając rzeczy z miejsca na miejsce, powodując, że krajobraz tworzył iluzję, jakby stała w miejscu. A mimo wszystko, jej umysł był czysty. Odbierała wszystkie bodźce prawidłowo. Czuła gasnące ciepło, lepkość krwi na swoim futrze, jednak pojęcie czasu jakby zanikło, ustawiając lilową w próżni. Próżnię tą, przerwał dopiero ruch wśród traw, oraz zdenerwowany głos. Kwiecista uniosła wzrok na dwójkę kocurów, którzy widocznie ich szukali, co można było wywnioskować po miejscu, w jakim się znajdowali, oraz po ich zdenerwowanych minach, które tylko się pogłębiły, gdy dostrzegli co za "zająca", ze sobą niesie. 
- Samotnik - rzuciła krótko, czując nawracające zmęczenie w łapach - Potem, uh, Aksamitkowa Łapa, trzeba ją zabrać do medyka, ona - przerwała, gdy zesztywniałe, zimne ciało osunęło się z jej pleców, uderzając głucho o ziemię. W tym samym momencie sama Kwitka poczuła, jak jej nie przystosowane do podobnego wysiłku ciało odmawia posłuszeństwa, zmuszając ją do przyjęcia pozycji siedzącej, do której doszła niemal się zataczając. Spojrzała na ciało uczennicy, które już dawno pozbawione było życia. 


NPC: Aksamitkowa Łapa, Gradowy Sztorm, Bobrzy Siekacz, Nornicza Łapa 

Od Kwiecistej Kniei do Pszczelej Łapy

Od czasu rozmowy z Nornicą prześladowała jej jedna myśl, która nie pozwalała zasnąć i niestety nie należała ona do najprzyjemniejszych. Siedziała właśnie na upadłym potworze, machając ogonem względnie spokojnie, obserwując otoczenie. Wiedziała, że nieopodal jest patrol w którym przebywa Pszczela Łapa. Od samego rana obserwowała jak toczy się klanowe życie. Dla niektórych mogło wydawać się to nad wyraz dziwne, w końcu kotka pokazywała się zazwyczaj tylko rankami lub wieczorami, najczęściej poza obozowym gwarem. Nie mogła jednak odpuścić. Jej potrzeba przywalenia w czyjąś mordę była na tyle silna, że w międzyczasie zgłosiła się na kilka sparingów, by rozprostować kości. Wysiłek sprawiał, że jej mózg odpoczywał od ciągłego ścisku. Teraz natomiast, jej ciało aż się rwało, targając mocniej, gdy dostrzegła kremowe futro, którego szukała. Pszczoła. 
Jej pysk zadrżał, jednak nie ruszyła się z miejsca. Siedziała na potworze opierając głowę o swoją łapę i niezwykle spokojnie obserwowała ruchy ucznia. Jedynie jej ogon zdradzał poddenerwowanie. 
- Hmm, kogo mu tu mamy? Sierotka nie boi się chodzić sama? Oddzieliła się od patrolu? Kiedy w koło tyle niebezpieczeństw. - Odezwała się w końcu, ostatnie słowo akcentując, wywracając przy tym oczami, jakby była niezwykle znudzona samą koncepcją. Dojrzała, jak sierść Pszczelej Łapy się podniosła na nagły dźwięk, jednak gdy pokierowała wzrok w kierunku jego źródła i dostrzegła znaną kotkę, uspokoiła się lekko. Na nieszczęście dla niej, nie było ku temu powodu. 
- Kwiecista Kniejo? Nie spodziewałem Cię tutaj zobaczyć. - Powiedziała uczennica, próbując brzmieć spokojnie. - Zostałem posłany, aby sprawdzić pobliski trop. - Potrząsnęła się lekko głową. - A czemu ja się tobie tłumaczę? I tak powinienem już wracać.
- Czemu? O, świetne pytanie! Pomyślmy, z czego nasz kotek miałby się jeszcze wytłumaczyć. - wycedziła, schodząc ze swojego wcześniejszego tonu do zwykłego rozdrażnienia. Nie miała pojęcia, że jej cierpliwość skończy się tak gwałtownie, jedynie słysząc ton rozmówcy. A może nie chodziło o sam ton, ale też słowa, z jakimi się do niej odniosła? Jakby od samego początku wiedziała, że Kniejka nie ma dobrych intencji. Albo to po prostu z charakterem kremowego był problem. Jakim cudem był spokrewniony z Nornicą? Po chwili zeskoczyła z żelastwa, podchodząc do Pszczółki, która zaraz się odsunęła. 
-Wracać? Nie, nie, mogą sobie poczekać, nie uciekną. Uraczysz ich jakąś ciekawą historyjką, może o porwaniu, no, no, na pewno coś wymyślisz. - Rzuciła z agresywną, sztuczną czułością, a gdy ten zerknął za nią, w stronę patrolu, zaraz przysłoniła mu widok swoją głową, zaglądając w oczy. 
- Czemu się tam patrzysz? Tam nic nie ma, patrz na mnie - luźny, lecz zirytowany głos zabrzmiał w uszach obojga - Może jak wystarczająco skupisz na mnie swoją uwagę, to dotrą do ciebie proste wiadomości.
- Co w Ciebie wstąpiło?! - Kremowe łapy zaczęły trząść ze stresu. - Nie możesz mnie raz w spokoju zostawić?
- Mogłabym, naprawdę, gdyby twój jęzor nie był tak denerwująco długi - burknęła w odpowiedzi. Zgrywanie ofiary w tym momencie działało na Kniejkę jak płachta na byka. Przelotnie zerknęła na trzęsące się łapy. ,,Tchórz" przeszło jej przez myśl. ,,Jedyne co potrafi, to gadać." - Wiesz przez co mam to? - tu wskazała pazurem na ślad, ciągnący się po policzku - Z twojej winy, bo uznałam, że twoje dupsko jest warte ratowania. A w zamian dostaje w twarz, bo widać nie możesz utrzymać jęzora za zębami a rozpowiadanie plotek to jakieś twoje chyba nowe, ulubione zajęcie. Trochę wnerwiające, może pomóc ci je porzucić?
- Jeśli znowu Norniczy Ślad naopowiadała Ci głupot, to nie moja wina. - Ponownie zrobiła krok w tył. - Powinnaś przestać się z nią zadawać, bo ona lubi tylko przekształcać prawdę. Żadnych plotek nie rozpowiadam!
- A to o tym, że niby nie dostałam akceptacji to skąd wie? Ptaszki jej wyćwierkały? Zaczęła się nagle komunikować z drzewami? - sarknęła, czekając uprzejmie na odpowiedź. 
- Prawda... Zapytałem ją o to.... Jednak sama zaprzeczyłaś, że jest to prawda. Nie rozumiem twej reakcji. Co nagle obchodzi Cię jakieś kłamstwo rzucone przez Ważkowy Lot?
- I wszystkie koty w klanie są takie wysoko myślące, że nie uwierzą w bujdy wypowiedziane przez Ważkę, tak? - prychnęła w odpowiedzi.  - Bo akurat jak zaczniesz rozpowiadać na prawo i lewo, to nikt tego nie podłapie, nie?
- Nie rozpowiadam tego na lewo i prawo. Dwa koty to nie tak dużo... Poza tym nie jesteś moją mentorką ani matką, aby kontrolować moje życie. To ty popełniłaś błąd ratując mnie z łap Ważki, nie ja. - Niemal natychmiast futro lilowej powędrowało w górę. O, tak się bawimy? Stawiamy się? W takiej sytuacji? Niewdzięczny nieudacznik, siedzący wciąż na stanowisku ucznia, pomimo tylu księżyców. Zdawało się, że Nornica mówiła prawdę. Wszystkie kocury w jej rodzinie są genetycznie zepsuci. 
- DWA koty? - powtórzyła zaraz z naciskiem, chwilę później wykrzywiając pysk w grymasie i zanim zdołała powstrzymać swój dość... krótki temperament, jej łapa przygrzmociła w kremowy pysk Pszczółki, chociaż mało brakowało, by prócz bolesnego obicia, pozostawiła na nim również swoje pazury. - Mój ojciec jednak miał co do was rację. Skoro tak bardzo ci spieszno do grobu, to wyświadcz wszystkim przysługę i się pospiesz, zamiast rujnować innym życie. - wycedziła, tworząc dłuższą pauzę.  - I zanim mi odpyskujesz drugi raz, radzę się zastanowić. - Burknęła jeszcze, zbierając się do odejścia - Nie masz tu nikogo, kto by za tobą stanął.
- Obserwująca Gwiazda stanie w mej obronie... - odpowiedziała na to kremowa, jedynie dolewając oliwy do ognia. - A tym bardziej, jeśli dowie się co teraz czynisz. - Przewodniczka odwróciła głowę, wbijając w uczennicę swoje rozwścieczone spojrzenie z dołu. Czy to była... groźba? 
Nie myślała o możliwych konsekwencjach podczas tego, co zrobiła chwilę później. Jedyne, co przez nią przemawiało, to czysta wściekłość i... jakiś lęk? Lęk, który chciała zdusić, podobnie jak kota, który pod nią leżał, usilnie próbując odepchnąć drobnego, lecz upartego oprawcę, który skutecznie odcinał dopływ powietrza w kremowym ciele. Ciężko było stwierdzić, co takiego czuła, gdy starała się zgnieść krtań ucznia. Jedyne na czym się skupiała, to na utrzymaniu równowagi, by nie zostać zepchniętą. Nie czuła nawet ko końca kopnięć, które miały za zadanie ją odepchnąć. Była jednak na tyle świadoma, by być w stanie wyjść z tego zaślepienia. Gdy Pszczela Łapa zdawała się już tracić siły oraz chęć walki, nagle dostała nową dawkę powietrza. Ciało instynktownie zaczęło łapczywie łapać tlen, w przerwach pomiędzy kaszlem. 
- Potraktuj to jako ostrzeżenie. - Kniejka zniżyła się do pyska Pszczółki, by zasyczeć do jej ucha, już chwilę później się prostując. Jej ogon bił powietrze ze zdenerwowania. I po co ci to było? Wystarczyło powiedzieć, że przepraszasz i już więcej nie będziesz... Ale musiałaś odpyskować, prawda? Po prostu musiałaś. I kiedy już miała odejść, by uderzyć głową w pień pobliskiej sosny, z pobliskich traw wyszła znajoma, długofutra postać. 
- Hej Pszczółko, wpadłeś do jakiejś dziury, czy zapomniałeś drogi powrotnej? - Gradowy Sztorm zerknął na dwójkę kotów, lustrując sytuację z uniesioną brwią - A krewniaczce rozumiem, że nagle znudziła się rola kreta i zatęskniła za słońcem? - Kwitka prychnęła na te słowa, słysząc, jak Pszczela Łapa już stojąca od chwili na czterech łapach, ale wciąż próbująca złapać powietrze, zaczyna dochodzić do siebie. 
- O tak, mmm, słońce, kto by go nie lubił - odrzuciła luźno Kniejka, odpowiadając spojrzeniem na wzrok krewniaka - Poza tym, stęskniłam się za swoim przyjacielem, nie, Pszczela Łapo? - tu podeszła z uśmiechem do kremowej, szturchając ją nieco mocniej, po "przyjacielsku" w bok, ignorując jej drgnięcie. - Mieliśmy małą... sprzeczkę, ale już wszystko dobrze. Pogadaliśmy sobie, wyjaśniliśmy kilka spraw, prawda, Pszczółko? - uśmiechnęła się w stronę ucznia, chwilę później popychając go w przód, w stronę Gradowego Sztormu. - No, chodźmy, nie możemy kazać reszcie patrolu czekać. Wiesz, Gradowy Sztormie? Jakoś wzięło mnie na socjalizację. Dokończę z wami patrol, co? - miauknęła w jego stronę i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę reszty grupy, mijając szylkreta. Nie miała ochoty teraz zostawiać Pszczelarza samego, zwłaszcza, że może mieć teraz małe problemy z mówieniem. Z resztą, ich "rozmowa", zdawała sobie, że nie wyglądała normalnie, a Grada na pewno nie przekonała, patrząc na wygląd obu kotów. Na szybko wygładziła jeszcze pobieżnie sierść, powoli odczuwając kopnięcia w brzuch, oraz obicia, które otrzymała przez ratujący się, Pszczeli organizm. Mimo wszystko szła przed siebie, słysząc za sobą kroki Grada, oraz powoli docierające do niej informacje. Przesadziła. A może nie? Miała w końcu rację być wściekła i zaczęła się rzeczywiście zastanawiać, czy Pszczoła to nie jest kolejny Ważka, ale pod przykryciem. Aktorzyna, która miała zasiać zamęt w klanie. Tak... na pewno tak było. W końcu z jakiej racji miałby się tak zachowywać? Ah, wystarczyło normalnie pogadać, odpowiedzieć na kilka pytań... Ale korniszon musiał się stawiać. Może to tylko część jego prawdziwego ja, które zostało na moment ujawnione. Nie będzie jednak z nią tak pogrywał. Od tej pory, kotka będzie obserwować każdy ruch ucznia. Każdy posiłek, pory, w których wychodzi na spacery, na patrole, albo kiedy idzie się załatwiać, aż do momentu, w którym nie odkryje jego prawdziwych zamiarów. I być może, tylko być może, młoda przewodniczka po prostu nie chciała dopuścić do siebie myśli, że wszystko to robi ze strachu o swoją tajemnicę, której wyjawienie doprowadzi do jej bezużyteczności. 

<Pszczółka?>

23 października 2024

Od Kwiecistej Łapy (Kniei) do Barszczowej Łodygi

Dawno, dawno temu 

Nie spodziewała się, że jej dzień zakończy się od staranowania przez innego kota, jednak tak właśnie było. Jej spokojną egzystencję przerwało uderzenie, które bez trudu powaliło młodą kotkę na ziemię, nie czując większego oporu. Serce uczennicy zabiło szybciej i już się obracała by zamachnąć się pazurami w obronie własnej, gdy to usłyszała znajomy głos, a ciężar zelżał. 
- Ojejku jejku to się porobiło! - Barszczowa Łodyga, który był winowajcą owego zajścia miauknął zmartwiony. - Pomyliłem Cię z wiewiórką. Baaardzo przepraszam! 
- O tak, to na pewno - Kotka wstała z ziemi, nawet się nie otrzepując, po czym spojrzała na Barszcza rozeźlona. - Czy ja ci wyglądam na jakiegoś rudzielca?
- No, ee, nie... - odpowiedział zakłopotany.  - Ale masz takie ładne gęste futro, że w tych ciemnościach mogłem Cię pomylić.
Kocur zaśmiał się nerwowo, a sama złość powoli odparowywała z kotki, przez co w duchu się nawet z owej sytuacji zaśmiała. Albo raczej prychnęła sarkastycznie. Kto wpada na drugiego kota i mówi, że pomylił go z wiewiórką? Chyba tylko, by go obrazić. Poza tym, wypadało coś powiedzieć, prawda? 
- Nie lubię swojego futra, jest upierdliwe i wszędzie się plącze - odparowała jedynie - Dzisiaj trzy razy już prawie wyrwałam sobie kłaki z ogona przez wystające śmieci, innym razem zaplątałam w trawę i straciłam równowagę podczas biegu.
Barszczyk spojrzał na nią zdziwiony. Przyjrzał się trochę bardziej, podczas, gdy kotka czekała w milczeniu na jego odzew.
- A według mnie jest piękne i wyjątkowe! - Powiedział wesołym, pokrzepiającym tonem. - Ty się wywracasz podczas biegu przez ogon, a ja spadam z drzew przez jego brak! 
Odkręcił się pokazując swój krótki ogonek. Zaśmiał się głośno. 
-Wchodzisz na drzewa? - Zdziwiła się, marszcząc czoło, kompletnie ignorując pierwszą część jego wypowiedzi. Ta druga miała dla niej o wiele większe znaczenie i chociaż już miała okazję wyjść na drzewo przy granicy z Wilczakami, a nawet z niego zejść, nie spodziewała się, że ktoś jeszcze w Klanie Burzy będzie umiał się na nie wspinać. 
- Nie wchodzę, bo nie mam ogona - powtórzył cierpliwie. - Na co dzień mi to absolutnie nie przeszkadza, ale jakbym mieszkał w takim Klanie Wilka czy Owocowym Lesie to miałbym spory problem.
- Przed chwilą stwierdziłeś, że z nich spadasz - zauważyła, jeszcze bardziej marszcząc czoło - Żeby spaść z drzewa, należy na nie wejść - dodała tonem, który można było użyć do mało rozgarniętego przedszkolaka. - A w pływaniu jego brak by nie przeszkadzał?
- No bo! Łapiesz mnie za słówka moja droga długowłosa - Mruknął jak obruszony nastolatek. - Kiedyś wchodziłem i spadałem to dałem sobie spokój. - Wyjaśnił, natomiast na pytanie o wodzie uśmiechnął się szerzej.
- Nie próbowałem więc nie wiem! Ale kiedyś sprawdzę na pewno.
- Aha- Odpowiedziała jedynie, jakby rozczarowana. Myślała, że dowie się czegoś ciekawego, jednak jedyną informację jaką uzyskała opierała się na tym, że kocur kiedyś się tam wspinał. Ciekawe, czy taka umiejętność zanika, gdy się jej długo nie praktykuje. Zmrużyła lekko oczy - A nie chcesz spróbować teraz?
- Teraz?? - Zamrugał zaskoczony. - Ale... ja nie umiem pływać... - Przyznał się zawstydzony.
-To dobrze, ja też nie - odparła - Najwyżej się potopimy- wzruszyła barkami z uśmiechem, nabierając jakiegoś bojowego ducha. Oczywiście nie miała się zamiaru topić, zwyczajnie się droczyła, ale kocur nie musi o tym wiedzieć, w końcu wtedy nie byłoby to droczenie. - Z resztą, kto wie? Może się czegoś nauczymy?
Kocur przekręcił głowę w zamyśleniu. 
- Spróbujmy. - Miauknął zdeterminowany. - Ale gdzieś, gdzie nie jest głęboko! Trzeba zaczynać od małych kroczków.
- Jasna sprawa - odrzuciła kierując się w stronę małego oka luźnym, acz pewnym krokiem. 
- No ale że to tak od razu?! - Miauknął za nią z lekka spanikowany. Mimo to poszedł prędko za kotką, a po chwili oboje zmierzali ku wodzie. - Czemu akurat pływać?
- No a kiedy - spytała, po czym wzruszyła barkami - Bez powodu, po prostu chcę sprawdzić jak z twoim ogonem, jestem ciekawa.
Barszcz spojrzał na nią niezrozumiale, jednak potuptał za kotką.
- Ładną dziś pogodę mamy, prawda?
Szylkretka zmarszczyła lekko czoło, przystrajając pysk w uśmiech, gdy spojrzała na Barszcza z ukosa. 
- Zwyczajną - stwierdziła, pozwalając sobie na ciągnięcie wymuszonego tematu - Przynajmniej słońce nie bije po oczach.
- Liście tak pięknie szeleszczą! - Miauknął z zachwytem. - Ciesz się słońcem póki jest, bo niedługo będzie zima! - zerknęła jeszcze na niego, jednak już nie odpowiedziała. Czekała ich możliwa przygoda z pływaniem, którą była podekscytowana, lub też czekałaby, gdyby nie chmury które zebrały się na niebie, zaraz potem przynosząc ze sobą ulewę. Może następnym razem...

◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹
Teraźniejszość

Przechodziła obok klatki z pawiem, patrząc nań niezbyt przychylnie. Nie miała pojęcia, czemu nadal trzymali całkiem spory kawałek jedzenia przy życiu, jeszcze musząc go dokarmiać. Przynajmniej jakoś przetrwał zimę, ale czemu musieli go dokarmiać? W porze ciepłej przynajmniej sam sobie znajdował pożywienie, ale na jesień zawsze trzeba było tworzyć całe zapasy i jeszcze ich pilnować, by się nie zepsuły. Bez sensu. Jasne, miał ładne piórka, ale co z tego? Naprawdę widzieli w nim coś boskiego? Gdyby naprawdę był jakimś gwiezdnym stworzeniem, to nie dopuściłby do tych wszystkich wydarzeń, które miały ostatnio miejsce. A tak to poświęcają czas i energię dla... dla czego. Tego? A samo ptaszysko zdawało się zadomowić i niezbyt mu było śpieszno do opuszczenia tego świata, albo terenów. Prychnęła, patrząc przerośniętemu kurczakowi w oczy. 
- Kiedyś cię zjem, pamiętaj. Jesteś moim posiłkiem - burknęła w jego stronę szeptem. Może nawet zrozumiał? Zagulgotał, patrząc na nią jednym okiem, podczas, gdy ogon szylkretki drgnął nerwowo. Zaraz za jego przykładem poszło zaalarmowane ucho, przekrzywiające się w bok. Zerknęła w tamtą stronę, dostrzegając znajomą sylwetkę. 
- Jakim cudem nie zjedliście go przy pierwszym spotkaniu? - spytała niedowierzająco, wskazując łapą na zwierzę - Pod tą stertą piórek założę się, że jest takie samo mięso jak u innych ptaków. 

<Barszcz?>

07 października 2024

Od Kwiecistej Kniei do Pszczelej Łapy


Ledwo weszła do obozu, a pierwszym co rzuciło jej się w oczy... czy może uszy, było małe zgromadzenie. ,,Oh, cudownie, trafiłam na jakieś mianowanie" przeszło jej przez myśl i już miała się wycofać, gdy do jej uszu dotarły szepty. Jeden, potem drugi, które wcale nie sugerowały pozytywnych wydarzeń. Nastawiła ucho, chwilę później wypatrując swoją rodzinę, do której podeszła. Przepiórczy Puch wyglądała na zaniepokojoną, natomiast ojciec... jakby coś właśnie układał sobie w głowie. Był zły? Czekał na coś? Poszukała wzrokiem przyczyny zamieszania, na całe szczęście nie musząc długo szukać. Na środku, przed skruszoną wieżą stała pechowa dwójka. Kotka przyglądała się scenie z zainteresowaniem, marszcząc przy tym lekko czoło. O co chodziło? Skierowała spojrzenie na Skowronkową Łapę, który stał przy wejściu z legowiska medyka. ,,Co się stało?" spróbowała mu przekazać, jednak widocznie nie wiedząc jak opisać wszystko na odległość, czekoladowy skierował znacząco wzrok na Obserwującą Gwiazdę, która pojawiła się w oknie niemal natychmiastowo, a z każdym kolejnym jej słowem, szylkretowe futro unosiło się ku górze. Mała Koszatniczka nie żyje? Z kotką nic ją nie łączyło, jednak jeśli chodzi o Norniczą Łapę, Kniejka poczuła, jak krew odchodzi jej z pyska. 
- Dobrze się czujesz? - dosłyszała głos Przepiórki, na którą wróciła na moment spojrzeniem, tylko po to, by zobaczyć jej zmartwiony pysk. 
- Ta - odpowiedziała krótko, szybko odwracając pysk by znów spojrzeć na Skowronka. Nie zauważył jej, chociaż tak bardzo teraz potrzebowała od niego informacji. Czy z Nornicą wszystko dobrze? Czy przeżyje? W jakim jest stanie? ,,Oh, Skowronku, spójrz na mnie wreszcie, na osty i ciernie!". Niestety przywoływania brata w myślach nie podziałały, a ona została sama ze swoją niepewnością. Mieli zdrajcę w klanie. To już wiedziała na pewno. Chwast, którego należało się pozbyć, nie z moralności, a ze zwykłej chęci działania. Dziecięcej potrzeby wymierzenia sprawiedliwości. A co, jeśli prócz Nornicy zatrułby się ktoś inny? Już straciła dziadka, co, jeśli miałaby stracić kolejną osobę z rodziny? Rodziców? Rodzeństwo? Czy Cykoria wie, że Nornica została otruta? Przewodniczka zaraz potrząsnęła głową, odganiając myśl ze złością. Nie, niech nie wie. Najlepiej, żeby dowiedział się ostatni i miał do siebie żal, że nie mógł być przy uczennicy. Ugh, po co w ogóle zaprząta sobie nim głowę? Wtedy, jak na zawołanie, Obserwująca Gwiazda wypowiedziała jego imię. Zaraz, że jak? Nie wrócił? Jak to możliwe? Spojrzała badawczo na Ważkowy Lot, który był widocznie w centrum tego zamieszania, jak i również zaślimaczoną kulkę obok niego, najpewniej będącą jego bratem. Nie wyglądało to dobrze, czy tamta dwójka się nie przyjaźniła? Czemu nagle po ich wyjściu jednego z nich nie ma, zostawiając za sobą krew? 
- Mówiłem, że tak będzie! - odezwał się nagle znajomy głos blisko niej. Odwróciła głowę w stronę swojego ojca, który wyrwał się z tłumu. Z jakimś uśmiechem satysfakcji spojrzał wpierw na liderkę, a potem na stojących na środku oskarżonych, których obdarzył zniesmaczoną miną. - Wszyscy tu wiedzieli, że larwy Widma wyrządzą jedynie więcej szkód, niż pożytku. Proponowałem wyrzucenie ich do innej grupy i wierzę, że nie tylko ja. Teraz macie dowód, że miałem rację! - Knieja była już teraz całkiem zdezorientowana. Po raz kolejny w swoim życiu, nie miała pojęcia co się dzieje. Czy kot który teraz przemawiał, na pewno był jej tatą? Wiedziała, że nie pałał sympatią do miotu Koszatniczki, zawsze starał się ich od nich odciągnąć i wyjawił powody swojej niechęci, jednak teraz miała wrażenie, że kocur na którego patrzy i którego zdawało jej się, że zna, jest kompletnie dla niej obcą i niezbadaną osobą. Zielone ślepia wojownika powędrowały na pomarańczowookie rodzeństwo, nad którymi ciążyło widmo morderstwa. 
- Ha-hah~... Już dawno powinniście sczeznąć, razem, ze swoim ojc-
- Szept! - Jego wywód został przerwany przez zdenerwowany głos Przepiórki. Już chwilę później można było dosłyszeć zagłuszoną, nerwową wymianę zdań. Nie podobało jej się to. Nie miała pojęcia co się działo, poza tym zaczynało robić się głośno. Wyprowadzono aktualnych już więźniów poza obóz, jednak kotka wciąż stała w miejscu, jakby przyrosła do ziemi. Jej wzrok powędrował kolejno po zgromadzonych, po wciąż kłócących się rodzicach, aż w końcu wylądował na Skowronku. Tak, Nornica! Korzystając z zamętu prześlizgnęła się obok ucznia medyka, znikając w lecznicy. Jak do tego doszło? Chwilę później obok zdezorientowanej Kniejki prześlizgnęły się dwa futra, należące do pierwszych dzieci Lwiej Paszczy, którzy skierowali się wprost do legowiska Obserwującej Gwiazdy. Już chwilę później, można było słyszeć stamtąd głośne krzyki, drażniące uszy przewodniczki. 

 ◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

- Nie jesteś prawdziwym przewodnikiem - syknął do niej Ważka, stojąc tam, przed nią, z raną na pysku. Zamarła. Wiedział. Jakim cudem, kto-? Cykoria. Nawet nie musiała się długo zastanawiać. Zdrajca wygadał się najgorszemu kotu z możliwych. Nie miała z Ważkowym Lotem dobrych relacji niemal od samego początku przebywania w wspólnym legowisku. Rywalizowali ze sobą, obrzucali wyzwiskami. Kocur był tak irytujący, że nie dziwiła się Norniczej Łapie, dlaczego tak bardzo na niego pluje. Nie sądziła jednak, że jej ojciec miał rację co do kociąt Widma, chociaż zakres ,,kocięta Widma" w głowie Kniei obejmował jedynie osobę Ważki. Nie dość, że otruł Nornicę, swoją matkę to jeszcze próbował zabić brata? Jakim cudem ktoś taki nie był do tej pory wygnany? Poczuła nagłą, nawracającą złość na byłego mentora, zapominając całkowicie o zaniepokojeniu, które czuła słysząc o plamie krwi przy granicy. Oraz gwałtownie rosnącą panikę. On wiedział coś, czego nie powinien. Trzymał w łapach informację, która może zrujnować całkowicie jej życie. Nie mogła na to pozwolić, nie chciała być do końca życia zamknięta w lecznicy, nie chciała siedzieć wśród starszyzny, nie będąc zdolną do funkcjonowania w klanie. Wszystko zepsuje, zepsuje wszystko, na co kiedykolwiek pracowała. Umysł Kniei pracował szybko, idąc prostymi, wręcz banalnymi drogami. Ważka jest zagrożeniem, które należało wyeliminować. Tylko to grało w jej głowie, gdy ten odwrócił się by zacząć uciekać. Tylko to pokierowało nią, by pobiec za nim. Własny interes i niepojęty strach, że wszystko się zawali z jego powodu. 

 ◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

- Nie mam pojęcia, jakim cudem chciałaś biec ze zwichniętą łapą. Z resztą, tylko pogorszyłaś sprawę, teraz jest bardziej opuchnięta, niż powinna. - słyszała głos Pajęczej Lilii która skończyła opatrywać jej kończynę, a zabierała się za ranę przy pysku. - O, a z tego na pewno będzie blizna - skomentowała, chociaż Knieja niezbyt się teraz przejmowała swoim wyglądem. A przynajmniej nie bardziej niż zwykle (czyli wcale). W jej głowie wirowała jedynie myśl, że całkowicie zepsuła sprawę i w każdej chwili ta wywłoka może wrócić i rozgadać. Po co? Skąd mogła wiedzieć? Po co do tej pory robił wszystkie te rzeczy? Był nieprzewidywalny, a kocica nie potrafiła znaleźć punktu, o który mogła się zaczepić, postanawiając w końcu, że jeśli kiedykolwiek znów zobaczy jego pysk, zwyczajnie mu przywali. Zerknęła na Pszczelą Łapę kątem oka, a gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, kremowa szybko odwróciła wzrok, jakby zmieszana? 
- Twoje umiejętności walki są beznadziejne, jakim cudem nie byłeś się w stanie obronić przed tym chuchrem? - spytała Pszczołę, postanawiając jakoś zacząć temat, który nie był najwyższych lotów przez zwyczajny brak umiejętności komunikacji. Nie chciała jednak spędzić tu czasu w przytłaczającej ciszy, wraz ze swoimi irytującymi myślami. 

<Pszczoła?>

Od Kwiecistej Kniei CD. Cykoriowego Pyłku

 Uniosła wzrok na Cykorię, z jakimś znużeniem wymalowanym na pysku. 
- Unikam konfidentów - stwierdziła krótko, sucho, z wyczuwalnym rozdrażnieniem w głosie. Czego się spodziewał biorąc głos? Oczekiwał miłej rozmowy, czy wymiany zdań przy posiłku? - Widziałeś może jakichś w okolicy? Byłoby naprawdę kiepsko, gdybym na jakiegoś teraz wpadła. 
Kocur krzywił się, słysząc słowa Kniei.
- Jedyne co widziałem to puste tunele, w których raczej nie spotykam złych kotów, a tym bardziej chodzących bez opieki gwiezdnych. - Rzucił Cykoria. - Powinnaś spróbować. Będzie to lepsze niż próba wypomnienia mi czegoś.
- Oh, biedna ja, co zrobię bez wiary w gwiezdne trupy? Na pewno pochłoną mnie ciemności tuneli, mroczne duchy, demony przeszłości - sarknęła drgając ogonem - W końcu to się liczy, a nie umiejętności.
- Wiara w Klan Gwiazdy, to podstawa naszego klanu Kwiecista Łapo. Powinna iść w parzę z umiejętnościami, a nie osobno. - Westchnął cicho. - Dostałaś to co chciałaś, nawet będąc odrzuconą przez gwiezdny klan. Nie powinnaś się cieszyć? Obserwująca Gwiazda i tak postanowiła popełnić błąd, więc nie widzę twego problemu. Nazywają już Cię przewodnikiem.
- O, czyli teraz jestem błędem. Super - żachnęła się, strosząc sierść z wyczuwalną goryczą w głosie. Z każdym jego słowem czuła jakiś zawód i rozczarowanie. Naprawdę tylko to się liczy? Podchodziła do przewodnika sceptycznie na początku, jednak to on postanowił przedstawić jej zalety swojej profesji i ignorując jej fochy wciąż był jakoś... miły? Oh, głupia Knieja, czy naprawdę przez bycie ,,miłym" dałaś się ogłupić? Może gdzieś w głębi serca myślała, że znalazła sobie kolegę, któremu może zaufać i, być może myślała, że działa to też w drugą stronę. Jak widać się myliła. - Jest problem, Cykoriowy Pyle. Ty-nie, twoje myślenie jest tu problemem. Po prostu nie jestem w stanie tego pojąć, jakim cudem wierzysz jeszcze w te bajki, będąc dorosłym. I jeszcze mnie wydałeś. Tak po prostu, bez cienia zawahania. - opuściła sierść, by prychnąć, unosząc nieco ogon - Chociaż czego się spodziewałam, po ułożonym, wyklepanym na cacy lśniącym dziecku swoich rodziców. Mogłam się spodziewać, że podobnym tobie nie można ufać. W niczym. Ale nie sądziłam, że akurat to będzie problemem. - Idealne miłe dzieci chyba mają swoje wady, prawda? Widocznie jedną z nich było kapusiarstwo. Byli tak idealni, że stawiali swoje własne widzi mi się nad zwykłą lojalność. A Kniejka poczuła się zwyczajnie zdradzona. I to w imię czego, idei? Wiary? To było ponad jakąkolwiek relację? 
- Bajki? Klan Gwiazdy istnieje. Jak inaczej wyjaśniłabyś moją ceremonię, bądź zsyłanie przepowiedni medyką? Nie, nie. Wyjaśnij mi w takim razie jakim cudem przywódcy otrzymują 9 żywotów bez gwiezdnego klanu. A nie, nie wyjaśnisz. Bo nie ma innego wyjaśnienia. - Prychnął tylko kocur. - Wyraziłem tylko swoją dezaprobatę przywódczyni, nie będę przecież kłamać w takich sprawach. Jakbym chciał Cię wydać, to cały klan wiedziałby o przebiegu naszej ceremonii.
- A co, jeśli Obserwująca Gwiazda zdecydowałaby inaczej. - zauważyła, doszukując się w cynamonie jakiś refleksji. Co wtedy? Nie mogła funkcjonować jak zwykły wojownik. Zostałaby wygnana? Nie, na to rodzice by nie pozwolili, ale na pewno stałaby się bezużyteczna. Może trafiłaby do starszyzny, albo do kopania dołów, jak kret. O tym nie pomyślał, prawda? Nic go nie obchodziło, że mógł tym narobić szkód w jej życiu, w imię idei. Moment później wzruszyła barkami. - A Klan Gwiazdy może być jedynie halucynacją, czymś wymyślonym do podtrzymania władzy wieki temu, do podtrzymania autorytetu lidera, medyków, wynikiem zwykłego przedawkowania ziół, grzybów, albo innych ciekawych substancji. Jest masa logicznych wyjaśnień, których nie chcesz zaakceptować. - przerwała, czując jak się zapowietrza. Do byłego mentora zdawało się, że nic nie docierało. Zagryzła zęby, spuszczając wzrok - Z resztą nie ważne. Nie widzę sensu by dalej z tobą rozmawiać. - Po tych słowach wyminęła kocura sztywnym krokiem, odchodząc w swoją stronę. Nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Nie ważne, że był jej mentorem, nie ważne, że pokazał nową drogę w jej beznadziejnie pechowym życiu. Wszystko to zrujnował. Gdyby jeszcze przeprosił, albo chociaż zaprzeczył. Gdyby zaoponował, że uważa Knieję za błąd, gdy o tym wspomniała. Pociągnęła nosem powstrzymując łzy, które przetarła szybko i niedbale łapą. Z całym swoim rozdrażnieniem zamiast w obozie, znikła w jednym z tuneli. Uważa ją za błąd? Dobrze, niech teraz patrzy z daleka, jak ta "pomyłka" którą stworzył, świetnie sobie radzi i bez niego i bez wymyślonej wiary. 

<Cykoria?>
Może jeszcze kiedyś pogadamy... kiedyś. 

27 września 2024

Od Kwiecistej Łapy (Kwiecistej Kniei) CD. Dzwonkowej Łapy (Dzwonkowego Świstu)

Niestety zatyczek w uszach kotka w tamtym czasie nie miała, a nawet nie wiedziała o ich istnieniu, przez co na głos Dzwonka skrzywiła się. Chociaż cichy, szeleścił jej w głowie, potęgując nerwicę. Była tak potwornie tym wszystkim zmęczona, że jedynie posłała bratu krótkie spojrzenie, chwilę później odwracając się na drugi bok, tyłem w jego stronę. Przez dłuższą chwilę panowała cisza, aż w końcu na swoim grzbiecie poczuła pocieszającą łapę, która znikła chwilę później. W powietrzu uniósł się dźwięk oddalających kroków, zwiastujących, że za chwilę kotka znów zostanie sama. Nie przeszkadzało jej to jednak, nie miała ochoty być oglądana w tym stanie, nawet przez najbliższych członków rodziny. 


 ◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

Knieja żyła sobie swoim spokojnym życiem, niemal nie widując już niektórych klanowych pysków. Zaszyła się w tunelach, wychodząc rankami lub wieczorami głównie przez to, że jej wzrok odwykł od jaskrawego światła dnia, przez co długi czas zawsze spędzała nad przyzwyczajaniem się do promieni słonecznych. Kolejny wróg na liście. Niestety nie dało się walczyć z wielką gwiazdą na niebie. Były jednak wyjątki, gdzie wychodziła po to, by wykonać obowiązki, lub po prostu miała dość tych zatęchłych tunelów, do których zdawało się, że przyrosła. Płynęła w nich jak krew w żyłach, wchodziła w coraz to mniej dostępne zakamarki, nie raz się gubiąc i przyprawiając Cykoriowy Pyłek o ból serca, jednak wracając najdłużej po dniu. Łapy ją wtedy bolały, wyglądała jakby własnoręcznie wykopała sobie tunel z grobu, by powstać z martwych. Cykoria raczej nie mógł zrozumieć stanu, w jakim znalazła się kotka. Nie miał problemów z wychodzeniem na zewnątrz, gdzie spędzał, w przeciwieństwie do niej, większość swojego życia. Po czasie jednak znalazła również swój powód, by przezwyciężać słońce. Pewnego razu przyuważyła, jak mentor próbuje zagadać do Norniczej Łapy. Z początku wydawała jej się to mało istotna informacja, niezbyt zajmująca ani wymagająca myślenia. ,,Nie moja sprawa", mówiła sobie, wzruszając barkami. A potem sama zaczęła obserwować brązowooką. Jej zachowanie, sposób poruszania się, dlaczego tak sceptycznie podchodziła do kocurów? Przewijała jej się przed oczami po powrotach z polowań, podczas wymiany mchu, przy sparingach. Miała okazję nawet przećwiczyć z nią walkę w tunelach, gdzie tak skupiła się na praktyczności ruchów starszej uczennicy, że zapomniała o wystającym korzeniu za swoją głową, w którego przy odskoku walnęła z impetem. Lilowa jednak nie kłopotała się w próby zagadania, jedynie obserwując lub czasem wymieniając z kotką krótkie kiwnięcia głowami. Czasem Nornica sama podchodziła, żeby ponarzekać lub podzielić się plotką, ale na tym się kończyło. W końcu jednak, lilowa wpadła pod łapy Cykorii, który to posłał ją na "przeszpiegi", a przynajmniej chciał. Kniejka w końcu ochoty na to nie miała, więc długo się opierała, w końcu się poddając. Im szybciej wypełni zadanie, tym szybciej jej męka się skończy. Nie spodziewała się jednak, że obserwacja jak i rozmowy z Norniczą Łapą, chociaż ta niemal bez przerwy paplała, okażą się całkiem ciekawą rozrywką. Spędzała więc tak chwile, krótkie lub dłuższe, coraz niechętniej wspominając mentorowi o czym obie rozmawiały, zwyczajnie zapominając o prośbie cynamona. A potem znów do tunelu, znów oznaczyć jakąś trasę, ta niebezpieczna, ta blisko powierzchni, na lewo, na prawo. Czasem znajdywała ślepy zaułek, aż w końcu, któregoś razu trafiła na bardziej otwartą przestrzeń. Poruszyła niespokojnie łapą, gdy ta natrafiła na piasek. Uh, piasek pod pazurami, co za utrapienie. Teren pewnie też mało stabilny. W szerszym tunelu panował całkowity mrok. Kotka przycisnęła się do ściany by iść wzdłuż niej, brudząc przy tym futro. Piaszczyto-ziemiste podłoże po chwili zmieniło się w kamień, a do nosa dotarł nowy zapach. Przepływ powietrza w tunelu przyniósł do niej smród Klifiaków. Czyżby była gdzieś przy granicy? Kusiło, by zapoznać się również z rozkładem tuneli po ich stronie, w końcu jakieś muszą mieć, jeśli jest tak wyczuwalny. Powinno być gdzieś też wyjście na zewnątrz, może nawet kilka, patrząc na przeciąg, który ciągnął się przy jej łapach. W oddali coś zapiszczało. Uszy kotki od razu skierowały się w stronę niespodziewanego dźwięku. Po korytarzu rozszedł się szelest, a po chwili grozy, spod sterty zeschniętych liści i grudek ziemi, wygrzebała się mała, przykurzona postać myszki polnej, która właśnie wybudziła się ze snu. Lilowa westchnęła jedynie, ignorując niedospane stworzenie, wracając w stronę tunelu, z którego przyszła.

 ◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

 - Ja, Obserwująca Gwiazda, przywódca Klanu Burzy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu oraz rozkładu tuneli. Polecam go wam jako kolejnego przewodnika.
Kwiecista Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia?
- Przysięgam. - rozbrzmiało głucho w jej uszach. 
- Zatem mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię przewodnika. Kwiecista Łapo, od tej pory będziesz zwana jako... - dalsze słowa docierały do jasnej główki z opóźnieniem, jakby świeżo mianowana przewodniczka nie do końca słuchała co się do niej mówi. Nie czuła radości czy dumy, była jedynie głusza, która narastała przez szumy w głowie, od momentu w którym włożyła sobie wosk do uszu, specjalnie by wyjść wśród inne koty. Potem nastała pora na Dzwonkową Łapę, na którym uwiesiła swój wzrok. Kocur z ekscytacją patrzył na liderkę w wieży, która to powtarzała formułkę, zmieniając kilka słów. Zazdrościła mu. Nie musiał się przed tym włóczyć do jakiejś magicznej sadzawki, no i przede wszystkim, był od teraz wojownikiem. Sama do tej pory miała mętlik w głowie, która bolała ją z każdym wykrzykniętym imieniem coraz bardziej, jakby niektóre koty zapomniały o jej problemie. Chociaż to nie słuch był teraz jej największym zmartwieniem. Wzrok lilowej na moment zawiesił się na Cykoriowym Pyłku, który to pomimo próby ustrojenia swojego pyska w uśmiech, nie był zbyt dobrym aktorem. Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, zaraz odwrócił wzrok, widocznie na coś czekając. Pozostało jej samej wrócić spojrzeniem na bok, ciesząc się ceremonią brata, który to już po zakończeniu szturchnął ją w bok, a już po chwili zostali otoczeni przez resztę rodziny. Nawet Konwaliowy Powiew zdołał się wygramolić z legowiska starszyzny i chociaż na pysku gościł mu uśmiech, tak cała jego postura o skruszone ciało w niczym nie przypominało dumnego, młodego niedźwiedzia, jakim kiedyś był. Wolała jednak o tym nie myśleć, z resztą, nie było jej to teraz największym zmartwieniem. Był nim Cykoria, w którego teraz wwiercała swój wzrok, próbując oddziaływać na niego siłą woli. Niech czuje presję, zdrajca. 
- Coś się z ciebie ulatnia - Zażartował Dzwonek pojawiając się obok, na co kotka musiała przerwać swoje wysyłanie klątw w stronę byłego już mentora. 
- Miłość do ciebie~ - rzuciła niezbyt emocjonalnie w odpowiedzi, puszczając oczko, po czym skierowała się nieszczęśliwie ku wyjściu z obozu, słysząc dreptanie brata zaraz za nią. Milczące czuwanie było czymś, co niezbyt napawało ją optymizmem, szczególnie patrząc na to, jak zimno było. Miała nadzieję wykorzystać krewniaka jako koc, jak bardzo "przytulanie się" do rodzeństwa nie było dla niej odpychające. Z resztą, miała o czym myśleć. Akceptacja gwiezdnych nie przebiegła bowiem tak, jak by tego wszyscy oczekiwali, a jeśli mielibyśmy to jakoś uściślić, to w ogóle nie przebiegła. Knieja w końcu nie wierzyła w te wszystkie duszki zjawy czy inne pierdoły, których ani dotknąć ani zobaczyć się nie da, więc jakim cudem miałaby się z takimi skontaktować? Cykoria natomiast musiał widzieć coś po jej minie, skoro wiedział, że duchowe kotki jej się nie przyśniły. Cóż, może powinna popracować nad grą aktorską? I tak zdziwiła się, że jeszcze nie nakablował. 
,,Nie było cię tam" - te słowa wciąż obijały jej się o uszy, kiedy to zdezorientowany cynamon patrzył jej w pysk, jakby chcąc coś z niego wyczytać. Tam, czyli gdzie? ,,O co ci chodzi?" Odtwarzała scenę w głowie. ,,Ale.... ale to tak nie może-" zabrzmiał jeszcze głos Cykorii. Nagle poczuła przypływ irytacji, gdy uświadomiła sobie, o czym kocur mówi. Ah, czy to naprawdę takie ważne, że nie wierzy w te sekciarskie brednie? Zna tunele, wie gdzie iść, odnajduje się w nich z łatwością i umie w nich walczyć, nie zaniedbując przy tym jakoś bardzo obowiązków na powierzchni. Oczywiście, próbowała mu to wyjaśnić, ale mentor był zbyt zaślepiony jakimiś swoimi głupimi przekonaniami. Skończyło się na tym, że kotka wierciła w nim przez cały czas dziurę, licząc na to, że się opamięta i odzyska zdrowe myślenie. Już i tak nic nie powiedział nawet po ceremonii. Może to znak, że będzie trzymać język za zębami? Usiadła z bratem przed wejściem do obozu, chwilę później używając rudego futra jako koca, jak bardzo by zazwyczaj nie trawiła dotyku, wzdychając po chwili z zamyśleniem, przez co Dzwonek popatrzył na kotkę pytająco. Ta jedynie wzruszyła barkami, obserwując parę wydobywającą się z pyska. 
Gdy wrócili po milczącym czuwaniu, czym prędzej skierowali się do legowiska wojowników (z rozpędu niemal nie wchodząc do tego uczniowskiego), by się trochę przespać i zagrzać. Nie umknęło jednak uwadze lilowej, że spoczęły na niej czyjeś czujne ślepia. Obserwująca Gwiazda, o ironio, obserwowała młodą przewodniczkę bez słowa ani bez wyrazu i z jakiegoś powodu kotka wiedziała, że liderka już wie. Zdrajca się jej wyspowiadał, niczym zagorzały wierny swojemu księdzu. Kniejka zatrzymała się jeszcze na moment, jakby próbując rzucić wyzwanie liderce, nie wiedząc, czy ta zechce zaatakować, czy coś przekazać. W końcu jednak starsza odwróciła głowę, wcześniej zdaje się... a może tylko się tak Kniejce zdawało-kiwając krótko głową. 
- Przymarzłaś tam? - Kotka skierowała wzrok w stronę Dzwonka, który zdawał się nie dostrzegać wcześniejszej walki na spojrzenia z liderką. W odpowiedzi, córka Gracji szybko wpełzła do legowiska, moszcząc się wygodnie w rudym futrze. Była zbyt przemarznięta na wybrzydzanie i marudzenie.  

 ◃―‧▫☽﹡❇﹡☾▫‧―▹

- AHOO - Gdyby nie zatyczki z wosku, kotka najpewniej by ogłuchła raz jeszcze. Strosząc sierść posłała w stronę rudzielca zaskoczone i rozeźlone spojrzenie. - Wybacz - jęknął - Po wczorajszym chyba coś złapałem. - Nie on był jednak kotem, którego należało pilnie leczyć. W stronę legowiska medyka kuśtykał Konwaliowy Powiew, który szybko zniknął w środku. Przynajmniej dzięki futrze nie jest mu zimno... A potem jej wzrok skierował się na żłobek. Kociaki to mają dobrze, tylko leżą i czekają, aż reszta zrobi wszystko za nich. 
- Przynajmniej na mnie nie pluj - odpowiedziała jeszcze na komentarz o chorobie, teatralnie wycierając łapą swój bok, by później otrzeć ją o bok brata. - Masz teraz szansę zostać mentorem, przyjmij więc moje wyrazy współczucia. Możliwe, że trafią ci się małe demony. 

<Dzwonek?>
[1640 słów]
[przyznano 32%]

Wyleczeni: Konwaliowy Powiew