· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
Przeszłość, pora
opadających liści, przed
odejściem z Klanu Nocy
· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
Liliowy kocur często przechadzał się granicą rodzimych terenów z tymi, na których każdy był panem własnego losu. Może i samotne patrole były czymś nieodpowiedzialny, zwłaszcza w tej okolicy, biorąc pod uwagę możliwy atak samotnika, jednak Nocniaka to nie obchodziło. Po ostatnich wydarzeniach w klanie nawet by nie ruszył wąsem, by bronić terytorium — już nawet nie czuł się lojalny wobec tego wszystkiego, przestał go obchodzić los tych pseudo pobratymców. Coraz częściej w jego głowie pojawiała się myśl dotycząca odejścia z tego parszywego miejsca, skoro wystarczyło jedno słowo Mandarynkowej Gwiazdy, by niemal każdy odwrócił się od niego, choć na każdym kroku udowadniał, że jest jak każdy inny Nocniak. No prawie. Jedyne, co go od nich odróżniało to fakt, iż nie dyskryminował ze względu na kolor sierści, z jaką się urodził.
Pogrążony w myślach, zatrzymał się nad niewielką rzeką, która stanowiła naturalną granicę oddzielającą dwa światy. Po drugiej stronie, o której słyszał jedynie z opowieści innych, dostrzegł znajomą czarno białą sylwetkę. Lisi Oset sprawiał wrażenie, jakby czekał tutaj na kogoś innego lub liczył na spotkanie z kimś, kto nie był Konwaliową Mielizną. Dawniej liliowy może i by podszedł się chociaż przywitać, lecz teraz wszystko inaczej wyglądało, każdy z uwagą patrzył na jego łapy, jakby z przeczuciem, że doszuka się wystarczającego powodu, by na stałe móc uznać niebieskookiego za zdrajcę oraz zagrożenie dla klanu. Właśnie dlatego też kocur trzepnął końcówką ogona i ruszył dalej wzdłuż granicy.
· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
Obecnie, pora
opadających liści
· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
Pręgowana liliowa smuga po cichu przemierzała dobrze znane utarte ścieżki. Początkowo samotnicze życie faktycznie było ciężkim doświadczeniem, szczególnie przez liczne nawyki wyniesione z klanowego życia. Parę dobrych tygodni zajęło Konwalii zrozumienie, że teraz nie musi polować dla innych i zjeść dopiero, kiedy zwierzynę przyniesie do obozu, teraz mógł jeść, kiedy chce i ile dał radę. Kolejną znaczącą różnicą było to, iż teraz polegał tylko na sobie, nie było nikogo innego, kto by przybył z ratunkiem w środku nocy, gdyby został zaatakowany przez innego samotnika lub dzikie zwierzę. Choć najgorszym w tym wszystkim było to, że wraz z zachorowaniem lub poważnymi ranami był praktycznie skazany na śmierć.
Nie posiadał żadnej wiedzy na temat ziół czy czegokolwiek innego, co mogłoby wspomóc jego organizm w chorobie. Pozostawało mu jedynie wierzyć, że jakoś to przetrwa i Przodkowie nie chcą jego przedwczesnej śmierci, nawet jeśli opuścił klan, któremu miał być wierny jako wojownik.
Niby Lisi Oset podobno znał się na tym wszystkim, lecz od wielu księżyców nie natknął się na zielonookiego. Dlatego też dawny Nocniak nie łudził się, że i w najbliższym czasie go spotka, dlatego też mentalnie był przygotowany na to, że za jakiś czas wda mu się infekcja w łapę. Nie rozumiał, czemu Dwunożni zapuszczają się w taką dzicz, właśnie przez nich i te ich śmieci był o krok bliżej ku śmierci, jeśli nic z raną po szkle nie zrobi.
· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
Niebieskie ślepia z uwagą śledziły ruchy całkiem okazałej nornicy. Ta najwidoczniej w pełni wykorzystała poprzednie sezony i teraz stanowiła idealny posiłek, który na długo, by zaspokoił głód samotnika. Powoli podchodził do zwierzyny, czując, jak delikatny wiatr muska jego pysk, co był dobrym znakiem, gdyż gryzoń obecnie nie był zdolny do wyczucia czającego się drapieżnika.
Łowca chciał wykonać jeszcze parę kroków, by mieć pewność, że jak skoczy w kierunku swej ofiary to ta mu się nie wywinie. Jednak szybko musiał skorygować swoje plany, gdyż wiatr niespodziewanie zmienił kierunek, przez co nornica mogła zareagować na czyhające niebezpieczeństwo. Konwalia miał tylko parę uderzeń serca nim pożegna się z tym soczystym posiłkiem. Wybijając się z silnych łap, skoczył ku piszczce. Ta chwilę później jeszcze chwilę szamotała się w jego pysku, wykazując ostatnie oznaki życia, nim szczęka dawnego Nocniaka zacisnęła się bardziej.
Dopiero kiedy adrenalina i skupienie na polowaniu zaczęło przemijać, rana po szkle zaczęła o sobie dawać znać. Ból promieniował przez całą kończynę, sprawiając, iż droga do miejsca, gdzie kocur na najbliższe dni się zatrzymał, była istną katorgą. Mimo to dotarł na miejsce, mając zamiar skonsumować dorodną zdobycz, nim inne drapieżniki się zainteresują świeżym zapachem zdobyczy. Dawniej nie musiałby się spieszyć z posiłkiem, mogąc delektować się każdym kęsem, który lądował na jego kubkach smakowych. Teraz jednak każde uderzenie serca zwłoki mogło być chwilą, kiedy wyda na siebie śmiertelny wyrok.
Właśnie kończył nornicę, gdy zaledwie parę długości od niego coś zaszeleściło. Pierwszym odruchem było napięcie mięśni oraz postawienie sierści wzdłuż kręgosłupa — w końcu może, jak nieproszony gość ujrzy przeciwnika większego od siebie, to od razu odpuści, nie chcąc skończyć poturbowanym.
Niebieskooki był nawet gotowy porzucić niemal ukończoną zdobycz, kiedy to spomiędzy zarośli dostrzegł znajomy pysk Lisiego Ostu. Mimowolnie odetchnął z ulgą na widok kota, który na pewno nie miał w planach walki z nim.
— Osetku, stało się coś? — Za czarnym kocur rozległ się kolejny głos, lecz ten był zupełnie obcy dla liliowego. — Och, nie wiedzieliśmy, że ktoś tu jest. My już pójdziemy — dodał niebieski solid, kiedy tylko pojawił się u boku zielonookiego.
— Nie musicie! Nie będę atakować kogoś, kto był pewnym wsparciem dla mnie — oznajmił dawny wojownik, co spotkało się z niemal natychmiastową reakcją ze strony brązowookiego. Konwalia dostrzegł, jak w jego ciemnych ślepiach pojawia się coś na wzór zazdrości, oburzenia.
— Nie chcemy się narzucać.
— O to się nie musicie martwić. Miło jest otworzyć pysk do kogoś po długich księżycach. — Ruchem głowy wskazał na miejsce przed sobą, chcąc zachęcić dwójkę kocurów do dołączenia do pręgowanego. — A więc jestem Konwaliowa Mielizna — kontynuował, kiedy towarzysz Lisiego Ostu niechętnie dołączył do pozostałej dwójki.
— Czajka — rzucił solid.
— Też należałeś do Świetlików jak Lisi Oset?
— Nie. Zostałem samotnikiem jakiś czas po nim.
· · ─────── ·𖥸· ─────── · ·
— Czemu nie szukałeś pomocy z tą raną? — Pytanie zielonookiego przerwało ciszę, która panowała pomiędzy nimi, kiedy to kocur opatrywał ranę Konwalii.
— Nie łudziłem się, że jeszcze na ciebie trafię.
— W lesie są jeszcze inni samotnicy, którzy znają się na ziołach i chorobach — wtrącił brązowooki.
— Nigdy o nich nie słyszałem. W dodatku nikt nie miał mi tego, jak przekazać. Byłem zdany na siebie po odejściu z klanu.
<Lisi Oście?>
Wyleczeni: Konwaliowa Mielizna
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz