BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Klifu!
(jedno wolne miejsce!)

Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 18 października, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowa Gwiazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Judaszowcowa Gwiazda. Pokaż wszystkie posty

11 stycznia 2026

Od Judaszowcowej Gwiazdy CD. Źródlanej Łuny

po zgromadzeniu [11.10.2025]
Judaszowcowa Gwiazda wparował do lecznicy w chwili, gdy dowiedział się o zajściu. Był przekonany, że tamten duch użarł jakąś nocniaczkę, a nie jednego z klifiaków! A gdy powiedziano mu, że ofiarą została sama Źródlana Łuna, och, kurzyło się za nim, kurzyło...
— Co się stało?! — zapytał, stając w progu i dobiegając do córki. Nad nią stała Ćmi Księżyc, nakładając jej opatrunek na ranne ucho. Odgryzione. Gdyby jeszcze byłaby to sprawa zębów wojownika obcego klanu, wiedziałby na kogo się złościć, lecz... Ducha? Cienistej zjawy znikąd, psiakrew?! Co to miało znaczyć? Dlaczego pojawiła się podczas świętej nocy, na zgromadzeniu? I z jakiego powodu ofiarą padła jego ukochana córka?!
— Nie wiem — miauknęła nieco płaczliwym głosem. — Naprawdę, siedziałam tylko, rozmawiałam z… Kolegą… I- Nie wiem, coś z góry… No — próbowała się wytłumaczyć, lecz cała sytuacja była na tyle kuriozalna, że nawet Judaszowcowa Gwiazda nie był w stanie jej pojąć bez względu na to, co by usłyszał.
— Jak? Gdzie? Kiedy!?! Psiakrew!!! — krzątał się, krążąc po lecznicy. Jego łapy drżały ze złości i frustracji. Między słowami chrząkał lub bełkotał jakieś niezrozumiałe przekleństwa do samego siebie. — Przecież to niemożliwe! Klan Gwiazdy chroni Bursztynową Wyspę, jakim cudem znalazł się na niej jakiś mroczny duch?! Po co mu to niby było?! Kto to widział, by klifiaków atakowały takie siły! Niewyobrażalne, istnie niewyobrażalne... — Ostatnie słowa wypowiedział już ciszej, wracając do głośnego myślenia w mamrocie.
Ćmi Księżyc przez cały ten czas siedziała obok w całkowitej ciszy, wbijając swój ślepy wzrok w sylwetkę rozsierdzonego wuja. Śledziła tylko oczami sylwetkę Judaszowcowej Gwiazdy, kręcąc głową z boku na bok, jakby naprawdę go widziała. Źródlana Łuna także milczała. Odpowiedzi na jego pytania po prostu nie istniały. A może po prostu nikt ich nie znał... Bądź nie chciał wyjawić swoich podejrzeń.
Przecież to było napiętnowanie godne zbrodniarza! — myślał sobie Judasz ze zmarszczonymi brwiami. Nie zdziwiłby się, gdyby takie paskudztwo dopadło kota pokroju Zielonego Wzgórza czy Terpsychory, ale jego CÓRKĘ? Tę wzorową, ambitną wojowniczkę, która wciąż szła przed siebie mimo niepowodzeń? Przecież była ideałem! Dlaczego cokolwiek miało na nią polować? Dlaczego, nawet jeśli, Klan Gwiazd jej przed tym nie chronił?
Chyba że...
...była taką cnotą, którą mroczne siły chciały mu skazić!
Ach tak! Przejrzał plany tych przebrzydłych kreatur z Bezgwiezdnej Ziemi! Chciały go dopaść, a skoro nie mogły dosięgnąć jego samego, to zadowoliły się jego biedną, bezbronną córką! Co za lisie łajna...
— Nie martw się, Źródlana Łuno. Ktoś jeszcze za to słono zapłaci! — obiecał, chrząknął coś jeszcze wściekle, obrócił się i wyszedł z lecznicy. Musiał ochłonąć, jeśli nie chciał, by rozsadziło go tam na miejscu. Ćmiemu Księżycowi nie było potrzebne ocucanie staruszka.

***

Doczekał się... Wnuków.
Co za dziwny przypadek.
Mirtek i Łuna byli już od dawna dorośli. To była tylko kwestia czasu, aż przynajmniej jedno z nich dojrzeje do założenia swojej własnej rodziny i będzie miało własne dzieci. Cykl życia. Cieszył się niezmiernie, że jego droga córka poszerzyła szeregi klanu o dwójkę kociąt, które w przyszłości zostaną oddanymi mu wojownikami. Nie mógł jednak powiedzieć, że nie było to niespodziewane...
Już nawet nie wspominając o niesmaku, który pojawił się na pysku Judaszowcowej Gwiazdy, gdy tylko dowiedział się o wyborze partnera przez Łunę. Królicza Prawda to, lekko mówiąc, nie był wojownik, którego on sam nazwałby godnego łapy jego córki. Zdrajca. Uciekinier. Nieodpowiedzialny i nieposłuszny mysi móżdżek. Nie powinien nawet stać obok idealnej Źródlanej Łuny, a bić się w pierś w nadziei, że jeszcze odzyska zaufanie klanu. Nowe, ładne imię to nie było wszystko. No ale jego córka była oddzielnym bytem, który myślał samodzielnie i mógł podejmować własne decyzje... Mógł się z nimi kłócić, ale co by to dało, skoro na miejscu pojawił się już owoc ich zapewne trwającego dłuższy czas w sekrecie związku. Pozostało tylko wzdychać w pewnym rozczarowaniu na widok tego kota, którego teraz mógł nazywać swoim zięciem. Cóż... Może Źródlana Łuna zobaczyła w nim coś, czego Judaszowcowa Gwiazda nie był w stanie... Choć ten naprawdę dokładnie się mu przyglądał...
Szczególniej oko lidera przykuwała rzadka barwa sierści Szronika i Strzępka. Urodziły się białe jak futro ich praciotki, Bożodrzewnego Kaprysu, i z biegiem wschodów słońca nabierały szarych kolorów. Nie było to coś niespotykanego. Zdarzały się takie koty. Ani Źródlana Łuna, ani jej chłoptaś jednak do nich nie należeli. Ona miała ciemnoszarą sierść z przejaśnieniami, on zupełnie odmienną, żywą, kremową. Natomiast ich kociaki były jaśniutkie, z charakterystycznymi przyciemniającymi się plamami na pysku, łapach i ogonie.
Zastanawiające.
Ostatnim kotem o takich cechach, jakiego Judaszowcowa Gwiazda znał, był zmarły przed wieloma księżycami Dzwonkowy Szmer, ich pradziadek. Nie mógł przestać o tym rozmyślać. Miałoby to perfekcyjny sens, mogły odziedziczyć po nim cechy, które do tej pory pozostawały ukryte. Gdzieś słyszał, że kociaki nieraz dziedziczą więcej wyglądu po swoich dziadkach aniżeli rodzicach. Tylko że... Dzwonkowy Szmer z oczywistych względów nie był prawdziwym ojcem swoich dzieci. Pikująca Jaskółka i Siewczy Letarg były jego przyszywanymi córkami.
Może był to jakiś znak? Dawny wojownik wracał do swojego klanu, może by ich przed czymś ostrzec, a może załatwić zatarg z przeszłego życia? Judaszowiec nie był pewien, co to mogło oznaczać, lecz wiedział, że nie był to zwykły przypadek. Ćmi Księżyc z pewnością mogła wejrzeć dokładniej w ten omen. Musiał z nią o tym porozmawiać.
Na razie jednak musiał sam dobrze poznać te kocięta. W końcu były jego wnukami. Odwiedzał je już kilkukrotnie, lecz głównie, gdy te spały lub były zbyt młode, by zrozumieć cokolwiek z ich interakcji. Teraz sam widział, jak te buszują wokół po obozowisku, poznając je i przygotowując się powoli do przyszłego wojowniczego życia. Z tej okazji zdecydował się wybrać na polowanie, pierwsze od dobrego szmatu czasu... Przywódca miał ważniejsze obowiązki niż regularne żywienie klanu. To zostawiał tym młodym, gibkim i zdeterminowanym wojownikom. Dawno zrozumiał, że jego kości nie były już tak giętkie, jak kilkadziesiąt księżyców temu. Polowania były cięższe i wisiała nad nimi niemożliwa do zdjęcia klątwa niepowodzeń, których Judaszowiec nienawidził. Wolał nie polować wcale, niż wyjść na łowy i wrócić z pustymi łapami. Niepotrzebnie zmarnowałby czas i przekonałby się jeszcze dogłębniej, jak stary i niedołężny się stawał. Nie... To nie na jego nerwy.
Kocięta, na które spadnie kiedyś jego dziedzictwo, zasługiwały na dobry podarek od swojego dziadka. Judaszowcowa Gwiazda wytrwale szukał dobrej zdobyczy, aż w końcu udało mu się złapać coś godnego – rybitwę. Musiała to być jedna z ostatnich, jeśli nie ostatnia, sztuka, która jeszcze nie odleciała na porę nagich drzew. Cudowna zdobycz. Choć wymagała od niego sporo wysiłku, w końcu bezwładnie opadła w jego szczękach. Zdyszany, zmęczony, ale szczęśliwy Judaszowcowa Gwiazda wrócił do obozu i natychmiast skierował się w kierunku żłobka.
— Witaj, Źródlana Łuno — miauknął już w progu i wszedł do środka jaskini, mijając Postrzępiony Mróz, jakby ta była powietrzem. — Przyniosłem ci i twoim kociętom dobry posiłek. Muszą w końcu jeść, by wyrosnąć na porządnych wojowników, prawda? — Położył przed karmicielką swoją zdobycz.

<Źródlana Łuno?>

14 grudnia 2025

Od Judaszowcowego Pocałunku (Judaszowcowej Gwiazdy) CD. Astrowej Łapy

gdy Aster była kociakiem
Westchnął, zarówno dlatego, że był męczony przez dzieciaka i przez to, że jego matka zamiast Klanu Gwiazdy znała... Bagno. Nawet nie wiedział, które załamywało go bardziej
— Dobrze, dobrze... Siadaj — mruknął, a Aster od razu rozpromieniła się z szerokim uśmiechem. Nie mógł przecież odmówić kocięciu nauk o Klanie Gwiazdy. Po to był w tym klanie, prawda? — Klan Gwiazdy to wszyscy wojownicy, którzy żyli przed tobą. To wszyscy twoi przodkowie, to wszyscy przywódcy klanów, wszyscy medycy, mediatorzy, uczniowie, karmicielki, starsi... Każdy kot, który żył w klanie i kroczył dobrą ścieżką po śmierci zasiada na nocnym niebie. Każdy zostaje gwiazdą i dogląda z góry swych współklanowców. Nasi gwiezdni przodkowie wiedzą o wiele więcej niż my – dlatego medycy i przywódcy, którzy mają z nimi najlepszy kontakt, powinni być przez wszystkich szanowani. Oni wygłaszają wolę Gwiezdnych i spełniają ich prośby.
Kotka gorliwie kiwała głową, słuchając dokładnie jego słów
— Czyli koty nie trafiają na bagno, jak odejdą?
— Na bagno?! — Odsunął się od kotki z wyrazem obrzydzenia. Na osty i ciernie, czy jej matka naprawdę wierzyła w takie bzdury i jeszcze wciskała je swoim kociakom?! — Koty klanów są cywilizowane i trafiają na niebo. Nie bagno.
Spojrzał ukradkiem za wciąż stojącą obok niego Liściastą Gwiazdę, by upewnić się, że to słyszała. Trącił ją łokciem, by dać znać, że powinni porozmawiać. Przecież to było nie do pomyślenia. Nie dość, że Mamrok nie wzięła klanowego imienia, to jeszcze wierzyła w pogańskie bzdury, a na domiar złego zakażała propagandą dzieci! Liściasta Gwiazda spojrzała na niego, jakby nie rozumiała. Wykonał pyskiem kolejny jednoznaczny gest. Zanim jednak wyszedł z matką ze żłobka, usłyszał głos Aster:
— Czemu pan sobie idzie?
— Przywódcy i zastępcy mają swoje obowiązki — mruknął lakonicznie.
— Ale zapomniał pan o kwiatku! — miauknęła smutno, trącając nosem podarunek. Judaszowiec westchnął, wymamrotał do siebie kilka niezbyt przychylnych słów i podszedł do kociaka. Wziął kwiat w zęby, uśmiechnął się, spoważniał i wyszedł, by zająć się ważniejszymi sprawami.

***

Od pewnego czasu czuł się znacznie gorzej. Ciało boga, które rzecz jasna posiadał, zrobiło się znacznie bardziej kruche. Jego samego dziwiła ta nagła niemożność i sztywność ruchów, której doświadczał. Męczył się znacznie szybciej od reszty wojowników. Krzepa nie charakteryzowała Judaszowcowej Gwiazdy nawet, gdy był młody, lecz teraz zupełnie zniknęła. Robił się słaby. Robił się stary. Nie uciekał przed tym, wiedział, że wkrótce osiągnie wiek, gdy już jego życie zacznie chylić się ku zachodowi. Tylko, na osty i ciernie, mogło być to trochę mniej bolesne... Oprócz braku siły dochodził ból stawów. Czuł się, jakby mu skostniały. Przestał uczestniczyć w patrolach i polowaniach, wychodząc na nie jedynie od święta, gdy miał taką ochotę. Już nie dlatego, że był zapracowany, a ze zwykłej niemocy.
Wolał głośno o tym nie mówić. Po co miałby się dzielić z klanem swoimi problemami? Po co miał się umniejszać w ich oczach? Lepiej, by wszystkie takie sprawy pozostawały w ich domysłach. Lepiej, by myśleli o nim jako o silnym przywódcy, a nie starym niedołędze. To samo myślał o wszystkich innych udrękach jego życia – brak apetytu, chudnięcie, matowa sierść, zwiększone pragnienie... Taki już los kota z setką księżyców na karku. Trzeba było sobie jednak jakoś ten los ułatwić.
Astrowa Łapa wykładała żywokost w jego legowisku. Poprawiał on pracę stawów i sprawiał, że zwlekanie się z posłania o poranku było trochę przyjemniejsze niż normalnie. Działo się to w ciszy. Uczennica była zajęta otrzymanym zadaniem, a on ją obserwował w zamyśleniu.
— Wiesz, kiedy ja byłem młody, też wiedziałem co nieco o medycynie — mruknął, czując potrzebę przywołania wspomnień. — Bożodrzewny Kaprys, ta niezdara jedna, kiedyś zwichnęła sobie ogon. Czemu? Z drzewa spadła. I jeszcze na mentora próbowała zwalić, że jej drzewem niby trząsł... Zaprowadziłem ją do medyczki, wtedy jeszcze do Czereśniowej Gałązki i Liściastego Futra i tam patrzyłem jak je opatrują... A po wszystkim jeszcze oburzony stwierdziłem, że mogłyby jej wyłożyć legowisko żywokostem. I co? Przyznały mi rację. Nawet jako kilkunastoksiężycowy kociak umiałem ustawiać koty do pionu — parsknął śmiechem. — Ale ty i wszyscy inni macie się słuchać Ćmiego Księżyca, rzecz jasna. Przeciwko jej słowu się nie wychodzi.

<Aster?>

02 grudnia 2025

Od Judaszowcowej Gwiazdy CD. Mirtowego Lśnienia

Nie spodziewał się, że zabierając syna na rozmowę, będzie świadkiem takiego wybuchu. Cofnął się o krok, gdy ten zaczął wypominać mu wszystko, co tylko był w stanie sobie przypomnieć. Czyli Judasz się nie mylił. Naprawdę Blaskowi leżało coś na sercu... A tego czegoś było naprawdę wiele...
— Przestań pleść bzdury — warknął, gdy ten już skończył swój wywód. W przeciwieństwie do rozemocjonowanego Mirtowego Lśnienia, który wyglądał, jakby zaraz miał wpaść w ślepy szał, Judaszowcowa Gwiazda był stosunkowo spokojny. Na jego pysku było widać tylko irytację, może i całkiem porządną, lecz niekonkurującą z gniewem, który teraz obezwładniał rudzielca. — Potwierdzasz tylko to, co mówię. Jagnięca Łapa nie została uczennicą medyka dlatego, że jej ufam. Została nią dlatego, że Ćmi Księżyc zobaczyła w niej coś, czego nikt inny nie widział. To, że ją mianowałem nie oznacza, że uważam jej wybór za dobry. Jest jednak jedno zdanie, które liczy się dla mnie bardziej niż moje i jest to zdanie naszych przodków, a to Ćmi Księżyc wie najlepiej, czego oni od nas oczekują. Czy mogłem się temu przeciwstawić? Oczywiście, lecz kim bym był, wychodząc naprzeciw Klanowi Gwiazdy? Pomyślałeś kiedyś, że bycie przywódcą nie oznacza tylko robienia tego, co ci się żywnie podoba, a też pewne wyrzeczenia w imieniu klanu, których nie wszyscy są w stanie zrozumieć? — Krok, który wcześniej zabrał, ponownie postawił, zbliżając się do syna. — Nie pomyślałeś, bo jesteś młody i w twoim umyśle jeszcze wszystko buzuje. To dlatego ty właśnie drzesz japę, jakbym cię obdzierał ze skóry.
Przy tym parsknięciu przewrócił oczami.
— Nie zapomniałem o tobie nigdy, Mirtowe Lśnienie, bo jesteś moim synem. Oczywiście, że wiem, że kulejesz na jedną nogę! Nie wiem, czy bardziej zarzucasz posiadanie pszczół w głowie mi czy sobie! Nawet jeśli nie rozmawiałem z tobą, rozmawiałem z Ćmim Księżycem, rozmawiałem z twoją siostrą, a także zwyczajnie widzę, jak się poruszasz, gdy jesteś w obozie. Ty sam nie chciałeś ze mną rozmawiać. Gdybym nie podszedł do ciebie dzisiaj, nadal byśmy nie rozmawiali. A tutaj jedno z nas jest wojownikiem, a drugie przywódcą; pomyśl, które ma więcej wolnego czasu na pogaduszki.
Nawet nie wiedział, jak miał zareagować na to, co Mirtowe Lśnienie powiedział o Gwiezdnych i o swojej lojalności do Klanu Klifu. To zdenerwowało Judaszowca najbardziej. Blask chciał go czymś zranić i osiągnął swój cel. Zabolało. Zabolało usłyszenie, że jego drogi syn chciał zostawić wszystko za sobą i uciec. Zabolało nawet mocniej, gdy zaczął wypominać rzeczy nie tylko jemu, ale też swoim przodkom, którym nawet nie wiedział, ile zawdzięczał. Herezje, obłudne herezje! Jak jego syn, którego wychowywał prawie od oseska, był w stanie przepchnąć takie coś przez swoje gardło?!
— I nie mów mi nawet, że myślisz o jakiejkolwiek ucieczce. Nie dostałeś upragnionej roli i już myślisz, że nic nie ma sensu i najlepiej jest wszystko porzucić? Że Gwiezdni cię oszukali, że są słabi, że są źli? — powiedziałby nawet więcej, lecz dogłębne rozczarowanie jakimś cudem zamiast dodać mu więcej pary w gębę, tylko ją zamknęło. Mógł jedynie westchnąć i tym głębokim westchnieniem spróbować mu dać do zrozumienia, jakie wygadywał okropieństwa. — Nie zostałeś wybrany na zastępcę nie dlatego, że przodkowie cię zawiedli, a ja cię nienawidzę i odepchnąłem z niepamięć. Nie zostałeś wybrany, ponieważ nawet jeśli wierzę, że stanie się to w przyszłości, nie dorosłeś do tej roli. Pokazujesz mi to każdym durnym słowem, które teraz wypada z twojego pyska, psiakrew. Przekonanie o swojej wyjątkowości powinieneś czerpać z głębi twojego serca, a nie z pochwał twojego ojca. Chciałem, żebyście ty i Łuna poszli moją ścieżką – byście własnym uporem, wytrwałością i ciężką pracą doszli na szczyt – a nie sztucznie nadmuchali sobie ego, które w rzeczywistości jest kruche jak mysia kosteczka. Jesteś kotem, który jeszcze osiągnie wiele. Ale stanie się to tylko wtedy, gdy naprawdę w to uwierzysz i zaczniesz iść w stronę osiągnięcia swojego celu. Nie, gdy zamkniesz się w sobie, uciekniesz przed całą odpowiedzialnością i zaczniesz biadolić nad własnym losem, całą winę zwalając na innych. Bo to robisz teraz. Weź się w garść i zrozum, że życie usłane różami nie jest prawdziwym życiem. Żeby dojść do celu trzeba poczuć ból i upuścić krew. Nie tupnąć nóżką jak rozwydrzone kocię.
Ktoś mógłby powiedzieć, że przesadził. Judaszowcowa Gwiazda wiedział jednak, że nawet jeśli jego syn tego nie zrozumie, w tamtej chwili Blask potrzebował, by ktoś go sprowadził na ziemię. Musiał zostać wyrwany z tej nienawistnej bańki, w której zwracał uwagę na potknięcia wszystkich tylko po to, by pozostać ślepym na swoje. Wzrok kocura był równie ostry, co słowa. Nigdy nie sądził, że kiedyś będzie zmuszony któremuś ze swoich dzieci wygłosić takie kazanie.

<Synek? Take that>

30 listopada 2025

Od Judaszowcowego Pocałunku (Judaszowcowej Gwiazdy) CD. Mirtowego Lśnienia

kilka księżyców przed bitwą z Klanem Wilka i śmiercią Liściastej Gwiazdy

Podniósł do góry brwi, zdziwiony pytaniem zadanym mu przez syna. Przechodził przez jakiś młodzieńczy kryzys? Właściwie, nie powinien być zaskoczony. Tak to już bywało z kotami w środku dorastania. Mirtowe Lśnienie mógł mieć imię wojownika, lecz od prawdziwej dorosłości dzieliło go jeszcze kilka księżyców.
— Oczywiście, że jesteście. Zawsze byliście i nigdy nie przestaniecie być. Zacząłeś w to wątpić? — zapytał spokojnie. On sam zawsze wiedział, że Gwiezdni maczali przy nim palce. Był tego pewny nawet przed swoją przepowiednią, gdy miał samo przeczucie... Urodził się z nim i trwało ono nieprzerwanie od oseska do starszego, zasłużonego kota. Blask też powinien to czuć. Przecież był wyjątkowy.
— Nie wiem — odpowiedział z ciężkim westchnieniem, które mówiło, że prawdziwą odpowiedzią było "tak".
— Są dziwy na tym świecie, o których nie śnili najmądrzejsi z mędrców. Są zbiegi okoliczności, których nie wytłumaczysz trzeźwym umysłem, Mirtowe Lśnienie. Ile kociąt dorasta, zbierając wiedzę o gwiazdach, a następnie przy ucieczce znajduje azyl w klanie, wpadając pod łapy kota, który kilka wschodów słońca temu odzyskał wolność? Czy ten migot wieczornego nieba, który wam towarzyszył, był tylko przypadkiem? — Zadarł głowę ku niebu.. — Nie podważaj zdania swojego ojca. Nie dlatego, że powinieneś mieć do mnie szacunek, a dlatego, że odkąd ufam moim przeczuciom, jeszcze nigdy się nie pomyliłem. Wierzyłem w swoją wielkość i ją osiągnąłem. Być może sam musisz w siebie uwierzyć, by otrzymać od losu to, czego pragniesz.

***

Od dłuższego czasu można było zauważyć nietypowe zachowanie Mirtowego Lśnienia. Nawet Judaszowiec, zwykle zalatany i mało przejmujący się takimi bzdetami jak samopoczucie pojedynczych kotów, zwrócił na to uwagę. Syn, który zawsze reprezentował go godnie, chodził z wiecznie uniesioną głową i pewnością siebie emanującą przez spojrzenie, stopniowo marniał, aż stał się tworem podobnym do cienia. Zawsze był cichy, stronił od tłumów i najbardziej doceniał własne towarzystwo, lecz teraz wydawało się to nienaturalne. Jakby zamiast dla swojego upodobania, bezwładnie zatapiał się w samotności. Tracił upór, który zawsze go charakteryzował. Nie widział już w Blasku tej jego gorliwości i ambicji. Rzadko kiedy rozmawiał ze swoim ojcem, choć to nie było wcale jego winą. Bądź co bądź, w klanie każdy miał jakieś obowiązki, a te zabierały mnóstwo wolnego czasu.
Judaszowcowa Gwiazda przypominał sobie raz po raz o tamtej starej rozmowie. Może to w niej leżało sedno? Może jego syn po prostu czuł się niespełniony, a to doprowadzało go do rozdmuchanej rozpaczy. Wszak był to jeszcze młody kot, którego historia dopiero zaczynała się rozpisywać na kartach księgi. Może Blask potrzebował to zrozumieć, by z powrotem zadrzeć do góry łeb.
Dopatrzył rudzielca, gdy ten krył się gdzieś w półmroku obozu. Jak zwykle, psiakrew. Jeśli już musiał mieć kryzys, to posiedziałby chociaż na świeżym powietrzu, na słońcu, skoro w końcu raczyło się pokazać. Gdy Mirtowe Lśnienie już niewątpliwie go zauważył, sierść na jego karku uniosła się, co nie uszło zręcznemu spojrzeniu lidera. Znak go zdziwił, choć zjeżenie futra wydało się mimowolne; a może właśnie to sprawiło mu taką zagwozdkę.
— Chodźmy porozmawiać — mruknął lakonicznie, podchodząc do Blasku i natychmiast odwracając się w stronę wyjścia. Spojrzał tylko raz za siebie, by upewnić się, że ten za nim podążał, i wyszedł z obozu. Powoli zaczynało robić się chłodno i ciemno. Zachód słońca i jego piękno zaczynały mijać, a z drugiej strony nieba nadchodziła już noc. Mało kto decydował się na wyjście z obozu o takiej godzinie, lecz nikt nie zamierzał zatrzymywać przywódcy. Wszyscy sądzili, że musiał mieć jakiś dobry powód. Albo na starość głupiał. Różnie.
Nie chciał odchodzić daleko, zresztą, nie miał na to siły i czasu. Chciał wyjść w teren, by ominąć wzrok i uszy współklanowców i przeprowadzić z Blaskiem swobodną rozmowę; nie wyruszyć na odyseję.
— Coś ci leży na sercu. Zdaję sobie z tego sprawę tak samo dobrze, jak każdy inny kot, który tylko na ciebie spojrzy — zaczął nagle, dopiero przystając na miejscu – usiadł tam, gdzie plaża dopiero się zaczynała. Pod nimi wciąż znajdował się delikatny klif, a gdzieniegdzie piasek jeszcze mieszał się z trawą. — Dlatego chcę cię zapytać, czym to "coś" jest. Nie wmówisz nikomu, że nic się nie dzieje.
Blask milczał.
— Słucham — dodał twardszym tonem.
— Nawet kiedy próbujesz być "opiekuńczy", mówisz oschle, jak do kota z tłumu — parsknął jedynie.
— Nie próbuję być opiekuńczy. Chcę wiedzieć, dlaczego z mojego dziecka uchodzi życie. Mam wrażenie, że codziennie patrzę na wrak kota, którego tylko ciało się wlecze, bo zdrowy umysł zostawił gdzieś daleko za sobą — powiedział w typowy dla siebie szorstki sposób, choć nie można było ukryć, że za tą szorstkością kryła się prawdziwa troska. Judaszowiec nie wyglądał na miękkiego gościa i nim nie był, ale krewniacy stanowili dla niego swego rodzaju czułe miejsce. Martwił się na tyle, na ile potrafił – na za dużo smutków nigdy sobie nie pozwalał. Ostatni płacz, jaki pamiętał, to ten w ramionach Liściastej Gwiazdy, gdy był uczniem i dostał swoją pierwszą bliznę. W tamtej chwili zdawałoby się, że wyciekł z niego już zapas łez na calusieńkie życie.
— Bo teraz cię to interesuje?
— A kiedyś mnie to nie interesowało? — odparł oburzony.
— Najwyraźniej, skoro przychodzisz z tym pytaniem teraz. Jeśli jesteś tak mądrym kotem podejmującym tak mądre decyzje, powinieneś się do tego czasu już domyśleć.
— Coś ci się nie podoba? Co? Prawdziwy przywódca słucha wszystkiego, co jego wojownicy mają do powiedzenia. Powiedz mi w pysk, jakie masz zażalenia, ja słucham.
Mirtowe Lśnienie popatrzył na niego z wyrzutem. Przez kilka uderzeń serca milczał, a ich dwójka po prostu wpatrywała się w siebie w oczekiwaniu. W końcu rudzielec szarpnął głową, wydając z siebie zirytowane prychnięcie.
— Nie widzę w tobie tego, co przed księżycami. Kiedyś mogłem cię podziwiać i marzyć, by stać się taki jak ty. Teraz nic z tego nie zostało. Nie widzę ciebie w tobie. 
Judaszowiec podniósł jedną brew.
— Osłabłem? Zgorzkniałem? Ogłupiałem? — zaczął wyliczać. — Miałeś inne nadzieje na moje rządy, spodziewam się. Może liczyłeś, że gdy po raz pierwszy wespnę się na skałę nad legowiskiem przywódcy, to usłyszysz swoje imię. Każdy kot o tym marzy, a to było w zasięgu twojej łapy. A przynajmniej tak ci się mogło wydawać... — Podniósł jedną łapę, wyciągnął ją przed siebie, tylko po to by zacisnąć ją w piąstkę z ostatnimi słowami i ponownie postawić ją na ziemi. 
Blask się nie odezwał. Zresztą, w tamtej chwili Judaszowiec patrzył tylko na morze przed sobą. 
— Ja zawsze wiedziałem, że byłem wyjątkowy — kontynuował. — Urodziłem się, wiedząc, że kiedyś przejmę przywództwo nad Klanem Klifu. Minęło tyle księżyców, że wszyscy by już dawno w to wszystko zwątpili. Zaliczyłem samo dno hierarchi tylko po to, by zaraz wspiąć się na sam szczyt. W taki sposób działa Klan Gwiazdy, chłopcze. Tak jak zwierzyna sama nie wskakuje w łapy, tak też darów los nie rozdaje za darmo. Chciałbyś mieć wszystko łatwo, na teraz i już, ale takie fory w życiu dostają tylko słabe koty, które znalazły się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Nie prawdziwi wojownicy. Dostaniesz to, co zostało ci zapisane w gwiazdach – lecz tylko wtedy, gdy na to zapracujesz i poczekasz. Cierpliwość jest, mój drogi, najjaśniejszym złotem.

<Mirtek?>

16 listopada 2025

Od Judaszowcowego Pocałunku (Judaszowcowej Gwiazdy) CD. Ćmiego Księżyca

Stanął osłupiały, słuchając każdego słowa, które padało z ust Ćmiego Księżyca, lecz nie było przez nią wypowiadane. Odbijały się od ścian uszu kocura jak echo. Gdy kotka spadła na ziemię, zwijając się i usilnie zatykając uszy, wypełnił Judaszowca taki żal, że na krótki moment odrzucił od siebie myśl o przepowiedni. Westchnął delikatnie, nim ukucnął na zgiętych łapach tuż przy niej.
— Już dobrze... Będzie dobrze... — wymruczał, kiedy troski znów zaczęły osaczać jego umysł.

***

Od zawsze nienawidził pory nagich drzew. Nie wiązało się z nią żadne pozytywne wspomnienie. Była okropna. Kosiła wszystkich równo. Go, trapiąc chorobami, klan, pozbawiając zasobów i naturę, zabijając ją aż do pierwszego ciepłego promienia słońca. Nie chciał nawet mówić o tym, co mu się przytrafiło ostatnio i ile czasu spędził leżąc w legowisku tylko po to, by przekonać się na własnej skórze, co znaczy śmierć. Pierwsze życie już za nim. Przynajmniej reszta klifiaków trzymała się lepiej... Bardziej lub mniej.
Od pewnego czasu życie biegło dziwnie wolno. Wróciła rutyna, jeśli przewodzenie klanem można uznać za rutynę. Zniknęła Terpsychora i jej durne towarzyszki. Klan Wilka zadowolił się zdobyczą terytorialną, której utratę Judaszowcowa Gwiazda musiał gorzko przełknąć. Stracili zbyt wiele wojowników, by móc domagać się Czarnych Gniazd z powrotem. Wolał nie narażać się Nikłej Gwieździe, przynajmniej do czasu. Musieli skupić się na rozwoju wewnętrznym. Póki tereny mogły wykarmić ich wszystkich, nie było potrzeby do toczenia kolejnych wojen. Może i stracili kawałek iglastego lasu, ale mieli cenne Złote Kłosy. Wilczaki jeszcze posmakują ich gniewu, mogli być tego pewni, lecz nie teraz.
Tylko te omeny... One jedyne zatruwały mu umysł. Zjawa napadająca na jego córkę, ataki ptaków, zarobaczona zwierzyna... Jak zwykle, psiakrew! Gdy już zdawało się, że nastanie spokój, los uśmiechał mu się w pysk i ucinał kolejny kawał. Jakby Klan Klifu zbierał baty całego wszechświata... Nie denerwował się jednak. Omen oznaczał ostrzeżenie, które zawczasu wydali im przodkowie. Musieli być za to wdzięczni. Ćmi Księżyc na pewno się wysilała, próbując zinterpretować niejasne znaki.
No właśnie, jego biedna siostrzenica! Ostatnimi czasy miała tak ciężko. Nie dość, że chorych (jak każdą porą nagich drzew) nie brakowało, to jeszcze pozostała zupełnie sama i musiała sobie radzić pomimo ślepoty. Przykrość mu sprawiało patrzenie na jej ciężką pracę. Jego biedna Ciemka zasługiwała na coś lepszego i to po długich przemyśleniach skłoniło go do pewnej decyzji... Nawet jeśli nie była ona dla niego najmilsza.
Zwlókł się z legowiska, z którego dotąd doglądał życia w obozie, minął lecznicę i wskoczył na mównicę. Już wtedy kilka kotów ciekawsko łypnęło na niego okiem.
— Niech wszystkie koty wystarczająco dorosłe, by polować, zbiorą się na zebranie klanu! — zawołał wciąż nieco ochrypłym po chorobie głosem. Chwilę milczał w oczekiwaniu na przyjście wszystkich obecnych kotów. Widział wśród nich jeden pysk, który najbardziej chciał teraz dojrzeć. Czy inaczej. Był mu najbardziej potrzebny. — Nadeszła i już porządnie zadomowiła się pora nagich drzew, a wraz z nią przyszły problemy, które należy rozwiązać. Zaczynając od medyków, mamy tylko jedną medyczkę, a pacjentów jest znacznie, znacznie więcej. Otrzymuje pomoc od naszych protektorów, lecz jest to za mało. Potrzeba nowego medyka, który będzie asystował Ćmiemu Księżycowi o każdej porze dnia i nocy. Z racji na brak odpowiednich kociąt, na stanowisko ucznia medyka wyznaczam... Jagienkę. Wystąp.
Rozległy się odgłosy zdziwienia. Jemu samemu trudno było przetrawić decyzję o powierzeniu tak ważnego zadania samotniczce, byłej partnerce Terpsychory. Mierziła go myśl, że będzie go leczyć ktoś o tak brudnych łapach. 
Ufał jednak Ćmiemu Księżycowi. Komu, jak nie jej? Ona niosła teraz największą mądrość w całym Klanie Klifu. Przez nią przemawiały głosy przodków. Bardzo szanował jej zdanie, nawet bardziej, niż to Pikującej Jaskółki czy własnych dzieci. Nawet jeśli wybór konkretnego kota nie leżał w jego guście, to miała pewną rację. Potrzebna jej była medyczna pomoc, a największą wiedzę poza samą medyczką niosła właśnie Jagienka. 
— Od tego dnia będziesz zwana Jagnięcą Łapą. Zajmij miejsce w legowisku obok Ćmiego Księżyca. Twoim obowiązkiem jest pomoc jej w każdym wyznaczonym przez nią zadaniu, to jest zajmowanie się składem ziół oraz wszystkimi chorymi. Wykonuj je godnie — miauknął, kończąc tę część wypowiedzi. — Jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę poruszyć. Mamrok, wystąp.
Odnalazł kocicę wzrokiem w tłumie. Zastanawiał się, co w tej chwili teraz sobie myślała. Nie wyglądała na przestraszoną – wręcz przeciwnie, choć delikatny uśmiech, który widział na jej pysku, mógł być wynikiem pogarszającego się wzroku. Może myślała, że po tak długich księżycach nadszedł w końcu moment uroczystego mianowania.
Jej niedoczekanie...
— Zwierzyna już od dawna nie piętrzy się na stosie tak, jak byśmy tego wszystkiego chcieli. Polowania nie kończą się owocnie. Dola łowców w środku pory nagich drzew — prychnął nieco ciszej, jakby do siebie. — W obliczu nieurodzaju, nie możemy pozwolić komukolwiek na marnowanie naszych zapasów. Mamrok, od dawna dostaję raporty o twoim lenistwie i żarłoctwie. Jesteś w Klanie Klifu od długich księżyców, a wciąż nie zapracowałaś sobie na miano wojownika. Nawet nie przybrałaś odpowiedniego imienia — dodał z obrzydzeniem. — Okazałem ci już dość łaski. Wraz z tym dniem tracisz miano uczennicy Klanu Klifu. Odejdź i zacznij polować na siebie. Może wtedy zdasz sobie sprawę z tego, że stos zwierzyny nie jest kupką mysich bobków podanych przez dwunoga, gdy tylko brzuch zaburczy głośniej.
Jedynym znakiem tego, że kocica przyjęła jego rozkaz do wiadomości były jej ślepia, które rozwierały się szerzej z każdym kolejnym słowem. 
— Nie możesz tego zrobić, Judaszowcowa Gwiazdo! — Z tłumu wyłonił się Pochmurny Płomień, rozgarniając sobie drogę, mało nie tratując kotów przed nim. Judaszowiec zmarszczył brwi. Będzie się z nim teraz wykłócał, mysi bobek jeden. Podszedł bliżej granicy półki, by spojrzeć lepiej na kota, który zdobył się na odwagę by sprzeciwić się woli swojego przywódcy.
— Klan Klifu nie jest jadłodajnią, trzeba było zadbać o lepsze wyszkolenie swojej partnerki. Jeśli chcesz, możesz pójść z nią — parsknął tylko, lekko zadzierając brodę. Pochmurny Płomień mógł być doświadczony, lecz miał wiele cech, które robiły z niego duże niebezpieczeństwo. Już raz został wygnany, wprawdzie za decyzją Srokoszowej Gwiazdy, z którym ciężko było mu się w czymkolwiek zgodzić, ale jednak... Zawsze kwestionował jego lojalność do Klanu Klifu. Nielojalny wojownik zaś był dla niego równie przydatny, co martwy.
Partnerzy popatrzyli po sobie z bólem w oczach i objęli się w być może ostatnim uścisku. Judaszowcowi nie chciało się na to patrzeć. Nie wygnał Mamrok po to, by dalej patrzeć na jej pysk. Przewrócił oczami, po czym powiedział, by dokończyć przemowę:
— Mroźny Wichrze i Kukułczy Wdzięku, odprowadźcie ją na granicę. I niech to będzie przestroga dla wszystkich, którzy obijają się w treningach — wspomniał, wodząc wzrokiem po Zmierzchnicowej Łapie, Astrowej Łapie i Drzemiącej Łapie. Gdyby nie cięższe czasy, nie trzymałby ich w klanie tak długo. Młoda, silna krew była im jednak bardziej potrzebna, niż jego zadowolenie... — Koniec zebrania.
Lider zeskoczył ze skalnej półki i zanim zdołał cokolwiek zrobić, dobiła do niego Pikująca Jaskółka.
— Co to za ogłoszenie? — zapytała, zagradzając Judaszowcowi drogę.
— Sama mówiłaś, że Mamrok powinno od dawna już tu nie być — mruknął.
— Nie o Mamrok mówię! O Jagience! Dałeś samotniczce rolę świętego medyka? I to jeszcze takiej... Niedawno jeszcze przyjąłeś Rozżarzoną Łapę — wygarnęła. Utrzymywała w miarę cichy ton głosu, lecz był on słyszalnie podniesiony, a sama wyglądała niespokojnie. — Myślałam, że co do samotników byliśmy zgodni. Im nie można zaufać!
Judaszowcowa Gwiazda tylko parsknął, przymykając oczy; wszystko w akcie lekceważenia. Pikująca Jaskółka była dobrą zastępczynią, nie negował tego, ale nie powinna podważać jego autorytetu. O ile była cennym radcą, nie miała ani takiego doświadczenia i mądrości co on, ani takiego połączenia z wszechwiedzącymi przodkami co Ćmi Księżyc. On też nie był najbardziej przychylny Jagience... Skoro jednak Ciemka uważała ją za dobry wybór, kim on był, by się z nią nie zgodzić?
— Bez obaw — odpowiedział z lekkim skinięciem głową. — Wszystko jest pod kontrolą, Pikująca Jaskółko. O nic nie trzeba się martwić.
I odszedł w stronę lecznicy, by zobaczyć, jak Jagienka (czy też Jagnięca Łapa) przygotowuje się do zajęcia nowego legowiska. Gdy Ćmi Księżyc usłyszała jego kroki, odwróciła łeb w jego stronę. Delikatnie się wtedy uśmiechnął, mrużąc oczy, choć ona nie mogła tego zobaczyć.

<Ciemko?>

10 listopada 2025

Od Judaszowcowej Gwiazdy

Noc wdarła się już we wszystkie zakamarki ciemnej jaskini. Przykryła czarną szatą skały, legowiska i sylwetki pogrążonych we śnie kotów, których umysły były już hen, hen daleko. Nastała cisza, wręcz grobowa, przerywana tylko odległymi odgłosami buszujących zwierząt.
Wśród tych sennych marzeń i mar był jeden kot, który jeszcze nie zdążył zasnąć.
I jego nieoczekiwany towarzysz…
Judaszowcowa Gwiazda przetarł oczy. Czyżby znów brało go jakieś choróbsko? Czy nie zabrało mu już, psiakrew, wystarczająco? Jeszcze sępiło o kolejne z żyć i kolejne wschody słońca spędzone razem w tej dziurze? Po tym, jak prawie wykasłał sobie gardło i płuca, miał już dość chwil przybicia do legowiska. A ich powoli w jego życiu robiło się coraz więcej…
Coś ponownie błysnęło, upewniając kocura w przekonaniu, że to nie było tylko przywidzenie. Bez żadnego dźwięku z powietrza wyrosła kocia sylwetka lśniąca tysiącem małych, migoczących gwiazd. Otworzył gwałtownie oczy i zerwał się na łapy. Widział kogoś, kogo już kiedyś znał. I choć wspomnienie tej osoby było wciśnięte głęboko w zakamarki jego pamięci, nie było takiej rzeczy, o której Judaszowiec by tak po prostu zapomniał. Chwila, czy stała przed nim Aksamitna Gwiazda? Nie, ta liderka nigdy nie skrzywiłaby pyska w takim wyrazie grymasu…
— Nieważne jaki staruszek leży na tym mchu, samo legowisko wcale się nie zmienia — przemówiła, robiąc do przodu krok bez mącenia powietrza. Posuwała się przed siebie bezgłośnie jak… Zjawa. — Spodziewałam się mimo wszystko, że zastanę Klan Klifu w lepszym humorze pod inną łapą, wiesz Judaszowcu? Chyba że nie widzę tego, co faktycznie się zmieniło, poprawiło. To smutne. — Rozejrzała się i dodała jeszcze na koniec: — Jestem rozczarowana, nie tego się spodziewałam... Czy Klan Klifu wzrósł choć odrobinę?
Judaszowiec cofnął pysk z widoczną odrazą tym pytaniem. Jakby uraził go sam fakt, że ktoś miał czelność mu je zadać.
— Oczywiście, że wzrósł! — wypalił, natychmiast przechodząc do rozmowy. Nie zważał na fakt, że stał przed nim duch zmarłego. Jeśli ktoś obrażał Klan Klifu, to mógłby wyjść naprzeciw nawet sforze wściekłych psów, by udowodnić swoją rację. Nikt nie będzie mówił źle o jego ziemi i jego kotach! — Czy wiesz, jaka długa droga musiała zostać przebyta, by uwolnić klan spod rządów twojego ojca? Czy wiesz, ile musiałem ścierpieć, by móc leżeć teraz na jego miejscu?
Kocica westchnęła głęboko, przemykając na lewą stronę. Wraz z ruchem zostawiła po sobie świetlisty ślad, który zaraz opadł na ziemię jak pył i rozbił się o nią, tracąc swe właściwości.
— Trudno było się tego dowiedzieć, połowę życia spędzając za granicami klanów. Tak daleko, że pogłoski o klanach cichły, cichły, aż nie ucichły całkowicie.
— I przybyłaś do mnie, by uzupełnić te braki?
— Różne przysługi są w stanie ukoić niepokój zbłąkanej duszy…
Uśmiechnął się delikatnie, całkowicie zwlekając z mszystego posłania.
— Więc trafiłaś do odpowiedniego kota — mruknął, podchodząc do Rozczarowanego Pyska. Z tyłu głowy miał tę myśl, że rozmawiał z byłą zdrajczynią, która nagle porzuciła klan bez słowa… Z drugiej strony trudno było jednak nie zrozumieć takiej postawy, gdy żyło się w klanie pod rządami takiej wroniej strawy. — Uciekłaś w idealnym momencie, by uniknąć momentu, gdy naprzeciw Srokoszowej Gwieździe wyszli wszyscy – nawet ci, co zwykle tylko doglądają nas z góry.
Kocica nie odpowiedziała. Przyglądała się tylko przywódcy z zainteresowaniem.
— Zaczęło się od znaków. Epidemia kaszlu zebrała pierwsze żniwo. Za nią poszły następne… Odłamki skał przygniotły nie tylko wylegującą się spokojnie starszyznę, ale i zbiory ziół, odcinając dostęp nam do własnych leków. Śmierci młodych wojowników. Przerażające przepowiednie, które nękały w snach medyczki. To wszystko, bo twój ojciec pokusił się o konszachty z tymi, o których historia klanów wolałaby zapomnieć… — wyjaśnił. Wzrok Judaszowca powędrował w stronę wyjścia z legowiska, szumiącego wodospadu i migoczących za nim gwiazd. Musiały przeżyć wtedy takie rozczarowanie. — Odkąd tylko doznałem przeczucia, że winą za całe zło był on, głosiłem to naszym współklanowcom. Głośno i wyraźnie, by doszło do jego uszu, a sam się zawstydził za wyrządzanie swoim takich okropieństw. Chciał mnie uciszyć. Bezskutecznie.
— Brzmi typowo. Nigdy się nie słuchał tych, którzy mieli mu najwięcej do powiedzenia — powiedziała gorzko, jak gdyby przywoływała wspomnienie.
— Nadeszło w końcu apogeum. Nasza… Ówczesna uczennica medyka została brutalnie zaatakowana przez uczennicę Klanu Burzy. Srokoszowa Gwiazda nic z tego nie zrobił. Zignorował święte prawo nietykalności medyka. Pogłaskał Klan Burzy po główce. Tego nie można było już znieść. Ktoś musiał powiedzieć mu to wszystko prosto w pysk. Wszystkie klany usłyszały winę naszego przywódcy. Wszystkie klany poznały jego prawdziwe oblicze. A ja za prawdę zostałem wtrącony do samotnej, zimnej groty i zmuszony do najpodlejszych zadań jak posługacz. Nie był w stanie tego przeboleć. Nawet jego imię go już szczypało w język – zamienił człon mojego imienia na Zdradę, żebym to ja się wstydził. Lecz ja czekałem na dzień, gdy los ponownie się do mnie uśmiechnie. Gdy Klan Gwiazdy w końcu mnie wydostanie. I co? Teraz to on przemierza bezkres Mrocznej Puszczy, a ja mogę nosić miano “Gwiazdy”.
Rozczarowany Pysk słuchała wszystkiego dokładnie, lecz trudno było po jej pysku zrozumieć, jakie miała przemyślenia i odczucia. Z pewnością była nimi zaskoczona. Może zawiedziona. Znała przecież swojego ojca zanim ściągnął na siebie gniew nieba i ziemi.
— Więc powiadasz, że teraz Klan Klifu w końcu może mówić o swoim przywódcy z dumą?
— Oczywiście! — wypalił natychmiast. — Tak, jak na to zasługiwał od samego początku.
Odmruknęła coś w odpowiedzi, czy wydała inny niekoniecznie zrozumiały dźwięk, który wyrażał przyjęcie jego słów. Łapy srebrzystej powędrowąły w stronę wyjścia z legowiska, w stronę centrum obozu. Podążył za nią.
— Czy to miejsce kryje jeszcze coś nowego? Lepszego? — miauknęła, wiodąc wzrokiem po znajomym miejscu, w którym jej łapa już dawno nie stanęła.
— Gwiezdni mogli nam odebrać wiele w formie kary, lecz dali coś znacznie piękniejszego, o co żaden inny klan nie mógł poprosić. Moja droga siostrzenica, która zawsze miała wyjątkową więź z przodkami, otrzymała od nich moc. Przez nią przemawiają teraz duchy przeszłości, dając nam najczystsze znaki, jakie tylko są w stanie podarować. Żaden inny kot nie dostąpił takiego daru. Ćmi Księżyc prowadzi nas w najlepszy czas — mówił dumnie, mogąc się podzielić z kimś swoją miłością i zaufaniem, które miał do siostrzenicy. W pełni wierzył w to, co mówił. Szkoda tylko, że teraz kotka z pewnością głęboko spała i nie mogła tych pochwał usłyszeć…
— Niesamowite… — wyszło z pyska Czar cicho jak szept, jakby chciała powiedzieć to do siebie.
— Pamiętasz te skały? — zapytał nagle, wskazując na legowisko wojowników.
— Oczywiście, że pamiętam. Spałam na nich jak każdy inny wojownik. Widzę nawet dokładne miejsce — odparła. Wyglądała na zdziwioną tą nagłą zmianą tematu.
— I czy widzisz, ile leży wśród nich wojowników, którzy w końcu mogą służyć klanowi, który jest tej służby warty? Teraz już w ich sercach nie ma żadnego konfliktu stron. Nie ma buntu przeciwko niesprawiedliwości. Teraz drzemie tylko siła! Siła, która tylko czeka, aż przyjdzie stosowna chwila na jej uwolnienie… — wypowiedział gromko ze szczerym przekonaniem. Nagle jego głowa wypełniła się setką pomysłów, a pierś odwagą. Coraz więcej dzielnych, młodych kotów zasilało te szeregi. Może klęska w starciu z Nikłą Gwiazdą była pierwszą i ostatnią? Nadchodził dzień, gdy wrócą po swoje… Ach, jak to pięknie dźwięczało w uszach. Aż prawie zapomniał, że mówił to wszystko nie dla siebie, a dla duszy, która wciąż stała u jego boku.
— Dobrze jest w końcu zobaczyć ten klan w lepszym stanie — odetchnęła z ulgą, spoglądając z powrotem w stronę kocura. — Dziękuję, Judaszowcowa Gwiazdo. Wierzę, że uczyniłeś Klan Klifu dobrym miejscem. I ufam, że to nie jest koniec — miauknęła, a wraz z tym miał wrażenie, że mógł dojrzeć na jej mordce… Uśmiech? Zanim jednak zdążył się przypatrzeć temu widokowi dokładniej, w przeciągu mrugnięcia sylwetka Rozczarowanego Pyska rozmyła się w powietrzu. Został po niej tylko jasny ślad pyłu, który widział już wcześniej.
Rozglądał się przez chwilę, poszukując jeszcze przez chwilę ducha, nim zrozumiał, że już odszedł na drugą stronę. W pokoju, z odpowiedzią na pytanie, które musiało dręczyć od dawna jego umysł.
Już miał odchodzić, by na dobre zakończyć ten wystarczająco dziwną noc, gdy spostrzegł mały przedmiot na skale w miejscu, gdzie przed chwilą stała dusza Rozczarowanego Pyska. Był to kwiat, lecz nie taki, który był mu lepiej znany. Podniósł jedną brew, nachylając się nad podarunkiem. Wyglądał na pęk, jakby ktoś go oderwał od reszty krzewu. Każda główka miała pięć szpiczastych płatków. Razem formowały kształt jasnoczerwonych gwiazd.
Złapał pentas w zęby i odszedł do swojego legowiska.
Wzrokiem odprowadziła go Gołębi Puch, która stała na straży obozowiska i której przypadło oglądanie tego niecodziennego zajścia. Zamrugała kilkakrotnie, zadając sobie w głowie ciche pytanie, czy to co widziała było prawdziwym spotkaniem dwóch światów, czy może tylko wymysłem podstarzałego, tracącego kontakt z rzeczywistością lidera.
A kto wie, może nawet jej samej…

Dusza Rozczarowanego Pyska zaznała spokoju...

10 sierpnia 2025

Od Judaszowcowego Pocałunku (Judaszowcowej Gwiazdy)

Trudno było powiedzieć, jakie myśli zasnuwały głowę Judaszowcowego Pocałunku, gdy wyruszył na spotkanie z przodkami. Szedł przed siebie w milczeniu, szybkim krokiem, jakby próbował przed czymś zdążyć lub uciec. Gdyby go zapytać, powiedziałby, że to przez nadchodzący deszcz. W końcu kłębiły się nad nimi ciemne, paskudne chmury, z których lada chwila mógły zacząć spływać strumienie lodowatej wody. A jednak było coś jeszcze. Pewna głęboka, skryta na dnie serca niepewność, o której nie mógł zapomnieć.
Jego matka nie otrzymała dziewięciu żywotów. Klan Gwiazd ją opuścił.
Nie zrobił tego bez powodu. Przodkowie byli nieomylni i sprawiedliwi – coś musiało bardzo ich rozzłościć, by nie dać jej swojego błogosławieństwa. Co zrobiła, by wzbudzić ich gniew? Czy pomimo licznych pytań, Liściasta Gwiazda wciąż umarła, zabierając ze sobą do grobu swój mroczny sekret? Czy ich liderka, ta trzęsąca się trusia, popełniła jakąś okropną zbrodnię? Też zamoczyła w czymś swoje łapy? Wierzyła tak mocno, że śmierć Zagubionego Obuwika była sprawką wilczaków i nie wiedziała, kto zamordował Srokoszową Gwiazdę. Co jeszcze mogła zrobić? Czy po prostu dostało jej się rykoszetem za występki jej wspołklanowców? I jeśli tak... Czy czekał go ten sam los?
Uderzył go powiew zimnego wiatru. Otworzył pysk po raz pierwszy od opuszczenia obozu, tylko by parsknąć z irytacją. Okropna pogoda. Pora nagich drzew zaczynała się rozkręcać na dobre, a oni byli w kompletnej rozsypce. Tylu straconych wojowników, tylu ciężko rannych. Odebrany skrawek terenu – pierwszy, lecz nikt nie mógł wiedzieć, czy ostatni. Może Nikła Gwiazda jeszcze ostrzył sobie na nich zęby, wyczekując odpowiedniego momentu, by przypuścić kolejny atak. Nie byli na to przygotowani. Już teraz znajdowali się na przegranej pozycji.
I dlatego to właśnie go potrzebował ten klan. Silnego kota, który podniesie swoich wojowników z kolan. Nie Liściastej Gwiazdy, która błagała innych przywódców, by jej posłuchali, by jej nie atakowali. Musiał pomóc Klanowi Klifu, jeśli ten chciał wrócić do swej dawnej świetności.
Gwiezdni musieli to zrozumieć.
"Jesteśmy", powiedziała bezgłośnie Ćmi Księżyc, gdy dotarli do tunelu prowadzącego do Sadzawki Gwiezdnych. Ruszyła jako pierwsza – w końcu to ona znała drogę. Judaszowiec przez chwilę się wahał, jakby obawiał się o swoją siostrzenicę; prędko jednak podążył za nią, ufając jej decyzji. W podziemnych tunelach wzrok i tak bardzo szybko przestawał być przydatny. 
Przeciskali się przez cienkie, wilgotne korytarze. Łapy nieraz zapadały mu się w piachu i na wpół wyschniętym błocie, a na nos skapywały kropelki wody. Brnął przed siebie, trzymając ciągle zaraz przed sobą biały koniuszek ogona Ćmiego Księżyca. Aż w końcu ustąpiła ciemność. Przez mrok przewijała się delikatna, ledwie zauważalna poświata, jaśniejąca z każdym kolejnym krokiem. Przyspieszył. 
Sadzawka lśniła, oświetlając chropowate ziemiste ściany i rysunki. Jej światło posrebrzało szarą sierść medyczki, która usiadła przy jej boku. Ruchem ogona dała znać Judaszowcowemu Pocałunkowi, by podszedł bliżej, aż do samego brzegu. Tafla sadzawki była gładka, spokojna, jakby nie przenikały przez nią żadne niepokoje z powierzchni. Jeszcze raz spojrzał na Ćmę, a raczej w jej ślepe oczy. Zawsze można było dojrzeć w nich gwiazdy, lecz teraz miał wrażenie, że migotały jak Srebrna Skóra. Odwrócił głowę. Mgliły się w niej dziesiątki różnych zmartwień, lecz rozpierzchły się z chwilą wzięcia łyka wody. Była zimna. Wręcz elektryzująca; jej energia rozchodziła się po jego ciele jak lodowaty dreszcz. 

Nawet nie zauważył, kiedy zapadł w sen. Judaszowcowy Pocałunek otworzył oczy, by spostrzec, że już znał to miejsce. Tajemniczy, lecz spokojny bór otaczał go ze wszystkich stron, ustępując miejsca niedużej łące, po środku której siedział on. Z głębi lasu dochodził cichy kosi trel, jakby zwiastował nadchodzącą porę nowych liści. Spojrzał w górę. Była noc, lecz nie ciemna, mroczna i zimna. Niebo miało fioletowawy, wręcz fantastyczny kolor, a rozświetlała go lawendowa łuna i blask tysięcy gwiazd. Normalnie nie potrafił ich wszystkich dostrzec gołym okiem. Z naprzeciwka rozległ się szmer, jak gdyby ktoś przechodził przez splątane zarośla. Nie wzdrygnął się, a jedynie uśmiechnął.
Gwiazdy raz jeszcze zamigotały, jak w środku gorącego lata. Miał wrażenie, jakby nie tylko lśniły, ale też się poruszały, przybliżały. Po chwili przestało być to tylko wrażenie. Z nieba zlatywały się koty Klanu Gwiazdy. Leciały lekko, zupełnie tak, jakby była to dla nich zdolność naturalna. Wyglądały jak połyskujące, szybujące ptaki.
Kiedy wszystkie z nich zasiadły na swoich miejscach, wciąż pozostało jedno puste. Zapełniło się, gdy jedna gwiezdna postać wyłoniła się spomiędzy drzew. Ją także od razu poznał. Nie musiał nawet jej widzieć na oczy.
— Witaj, Judaszowcowy Pocałunku — miauknął idący w jego stronę kocur. Wyglądał dokładnie tak, jak go pamiętał. Miał połyskujące, zielone oczy, lekko nastroszoną sierść i, co najważniejsze, małą, zdeformowaną łapę.
Schylił łeb, gdy przodek podszedł bliżej. Jego głos odbijał się jak po ścianach jaskini, uderzając go z każdej strony. Był mocny, donośny, potężny, a jednocześnie tak spokojny. Gościnny. Jakby tęsknił, jakby chciał go widzieć.
— Witaj, nieśmiertelny — mruknął Judasz i dopiero wtedy podniósł z szacunku głowę. Spojrzał prosto w ślepia Gwiezdnego. Nic się nie zmienił. Był dokładnie taki, jak przed wieloma księżycami. 
— Czy jesteś gotowy na przyjęcie dziewięciu żywotów? — zapytał, a przez jego słowa przewinęły się setki głosów, jak śpiewane w chórze, choć nikt inny nie otworzył ust. 
— Tak — odpowiedział z pewnością w swym głosie, której nigdy przedtem w nim nie słyszał. 
— Z tym życiem daję ci dumę. — Kot ponownie ruszył w jego stronę, by zatrzymać się długość myszy przed jego pyskiem. Podniósł brodę, zanim dotknął jego nosa. — Byś zawsze nosił wysoko głowę i znał wartość siebie i swojego klanu.
Wraz z dotknięciem przez całe ciało Judaszowcowego Pocałunku przeszła fala rozrywającego bólu. Gniotła jego kości, dusiła szyję, przywierała do ziemi jak głaz. Wykręcał się, otworzył nawet pysk, jakby chciał jęczeć, lecz nie uciekł z niego żaden odgłos. Niemal spadał z łap; nie wiedział, jakim cudem jeszcze się na nich trzymał. W uszach ucichł głos medyka, a pojawiły się szepty, chichoty i wrzaski. Nazywały go mysim móżdżkiem. Wyzywały od łasiczych serc. Mówiły, że powinien skończyć jako parszywa karma dla wron, czy nietykane nawet przez te ptaki ścierwo.
Wbił w ziemię pazury, drżąc na całym ciele. Rozlazły ślimak. Powinien był umrzeć. Boi-wróbel. W tej chwili wiedział, co czuli wszyscy jego pobratymcy, których gardła przecięły wilczackie szpony. Lisi oddech. Gdyby nie było to częścią ceremoniału, już leżałby na ziemi bez krzty życia.
Wykorzystał całą siłę w swoich łapach, by spróbować się podnieść. Łajnojad. Nie był w stanie. Zapchlona skóra. Ciężar jak stos kamieni przygniatał go, nie pozwalając na żaden ruch. Wrzód na ogonie. I dopiero w tamtej chwili pomyślał, by unieść do góry łeb.
Pomimo siły, która próbowała go zgnieść, zdołał podnieść brodę. Nagle wszystkie głosy rozeszły się z piskiem, jak przerażone stado nietoperzy. Ciężar zmalał. Z trudem udało mu się wyprostować łapy. Wygiął grzbiet, wypiął pierś i uniósł pionowo ogon. I wtedy opuściły go wszystkie dreszcze. 
Potrójny Krok delikatnie się do niego uśmiechnął, po czym odwrócił się, by zająć swoje miejsce wśród przodków, zostawiając swojego ulubieńca sam na sam ze swoimi myślami. Na Klan Gwiazdy... Żaden przeciwnik i żadna choroba nigdy nie sprawiły mu w połowie tak okropnego bólu. Zastanawiał się przez moment, czy tak będzie wyglądać pozostałe osiem razów, lecz nie miał na to czasu. Wystąpiła w jego stronę kolejna postać i, ponownie, dobrze ją znał.
Muskularna, wyższa od niego kotka kotka podeszła do niego, by spotkać się po długich księżycach rozłąki. To była jego pierwsza uczennica, Jeżówkowe Serce, która zmarła niedługo po swoim mianowaniu. Jej futro już nie było krwawe, a lśniące. Wciąż miała na pysku ten sam uśmiech.
— Z tym życiem daję ci odwagę. Korzystaj z niej, by bronić swego klanu, nawet jeśli poniesiesz za to śmierć — miauknęła, muskając nosem jego czoło.
Nagle objął go strach. Przerażenie. Jakby stał oko w oko z hordą psów, armią wrogiego klanu lub planującą go wciągnąć w swoje odmęty wodą. Sierść jeżyła mu się na karku, a uszy przytuliły do głowy, gdy ogłuszyły go odgłosy wojny. Miał wrażenie, że w okrzykach mógł usłyszeć usłyszeć swoich pobratymców, a w szczególności Jerzykową Werwę, Miedziany Kieł oraz Złotą Drogę. Nie obeszło się bez piekących zadrapań, obić i przemykających mu przed oczami zębów i pazurów, celujących prosto w jego pysk.
— Jeżówkowe Serce... — miauknął, otwierając niepewnie oczy, jakby bał się, że dosięgną go fantomowe ostrza. Kiedy żyła, rzadko kiedy ją za cokolwiek chwalił. Irytowała go. Trenował ją tak długo, że stał się to dla niego przykry obowiązek, a nie zaszczyt. Nie znaczyło to jednak, że jej nie doceniał. Czy zmarła myśląc, że był nią zawiedziony? — Naprawdę byłem z ciebie dumny. Jestem z ciebie dumny.
Kotka spojrzała na niego wesoło, zupełnie tak, jak patrzyła na wszystkich za życia.
— Już wiem — zapewniła, po czym odeszła na swoje miejsce, nie dając czasu na dłuższe przemyślenia.
Kolejnego kota już nie znał. Był to spory i dobrze zbudowany, lecz zgarbiony kocur. Miał kremowo-białą sierść i posiwiały pysk. Wyglądał, jakby był od niego znacznie starszy i biła od niego pewna aura, której nie mógł dobrze wytłumaczyć. Przy tym wszystkim Judasz nie mógł się pozbyć wrażenia, jakby był do niego w jakiś sposób podobny.
— Z tym życiem daję ci cierpliwość — powiedział, przytykając nos do jego skroni. — Zawsze czekaj na odpowiedni moment, bo ten, kto czeka, zostanie wynagrodzony.
Kolejna fala bólu przeszła przez jego ciało, wzbudzając mroźne dreszcze. Czuł nieodpartą ochotę strząśnięcia go, ruszenia przed siebie, by tylko się go pozbyć, lecz stał cierpliwie, zaciskając powieki. Otworzył oczy, gdy ból minął, by zobaczyć odchodzącego kocura. Nadal nie był pewny, kim był. 
Jego miejsce zajął ktoś, kogo także nie widział już od bardzo dawna. Czereśniowa Gałązka nie wyglądała już na tę nerwową, martwiącą się każdym znakiem medyczkę, którą pamiętał. Szła spokojnym krokiem. Jej oczy wyglądały jak dwa płatki fiołków.
— Z tym życiem daję ci wiarę. Byś nigdy nie wątpił w naszą wolę, biegnącą przed tobą ścieżkę i własną intuicję. Byś zawsze ufał naszym wyborom, a myśl o przodkach dawała ci nadzieję nawet w najczarniejszych chwilach — miauknęła łagodnie, dotykając czoła Judaszowca. 
Tym razem momentalnie nie poczuł pulsującego bólu. Kiedy jednak mrugnął, sceneria przed nim zamieniła się w ciemność. 
Co się stało? — pomyślał, kręcąc głową. Zrobił na oślep jeden chwiejny krok, a gdy postawił łapę na ziemi, ta okazała się twarda i ostra, jak psie zęby. Skrzywił pysk. Nie był w stanie zobaczyć, gdzie powinien iść. Czy to wciąż była część ceremonii? Czy coś się wydarzyło?
Już miał postawić przed siebie drugą łapę, gdy zamigotało delikatne, gwiezdne światełko. Odwrócił w jego stronę łeb. Gdy skierował na nie swój wzrok, zaczęło lśnić jaśniej, oświetlając ścieżkę przez miękkie trawy. Nawet nie zauważył, gdy ponownie znalazł się na polanie, otoczony przodkami, a rany na łapie zupełnie zniknęły. A może nawet nigdy ich nie było?
Żeby dojrzeć kolejnego ducha, który szedł w jego stronę, musiał lekko zerknąć w dół. 
— Z tym życiem daję ci zrozumienie, że rozmiar nie oznacza wszystkiego. — Patrząc w oczy Melodyjnego Trelu nie mógł pozbyć się pewnego zdziwienia. — To nie wielkość kota czy klanu ma znaczenie, a ich serca.
Powróciły dreszcze. Tym razem jednak Judaszowiec czuł, jakby naprzemiennie się kurczył, powiększał i wracał do oryginalnych rozmiarów. Przed oczami przelatywały mu obrazy różnych zwierząt, a w uszach rozbrzmiewały ich odgłosy. Widział oraz słyszał zarówno drobne, lecz jadowite ryjówki, niezmordowane łasice, szybkie drzemliki i waleczne osy, jak i wielkie, ale płochliwe sarny, ślepe krety, lekkomyślne mewy i ociężałe chrabąszcze. Wszystko odeszło, a gdy otworzył oczy, kotka skinęła mu głową, odwróciła się i odeszła.
Następnego kota ponownie nie znał. Była to jasna szylkretka o grubym futrze i krótkim ogonie. Od niej również czuł aurę różniącą się od innych Gwiezdnych. Była potężna, nie tylko z wyglądu, ale też zwykłego przeczucia. Czy to był znak, że te koty byli poprzednimi liderami Klanu Klifu?
— Z tym życiem daję ci szlachetność. Korzystaj z niej, by nigdy cień nie przyćmił ci wzroku, a twoje serce na zawsze pozostało czyste, jak u prawdziwego wojownika — powiedziała łagodnie, zwłaszcza jak na swój groźny wygląd.
Ból, który przez niego przeszedł, był lżejszy niż reszta. W uszach jednak dzwonił mu kocięcy płacz i błagania o litość. Ustąpiły, gdy w ciało Judaszowca uderzyła nagła fala gorąca. Parzyła go jak lawa, ogień. Następnie zawiał wicher, który objął go przejmującym mrozem, piekącym po oczach i lustrze nosa. Zostawił poczucie ciepła tylko w piersi.
Następnym kotem, który do niego podszedł, był niedawno zmarły Prószący Śnieg. Niedoszły przywódca pamiętał go głównie z kłótni z Kruszynową Knieją, które często musiał rozwiązywać sam, by inni wojownicy mogli spać w spokoju. W przeciwieństwie do kocicy, on nigdy nie był jego zwolennikiem. Zawsze był sceptyczny do tego podejścia do wiary, a w szczególności do klątwy i świętej śmierci Srokoszowej Gwiazdy. Cóż... Wychodziło na to, że po tylu księżycach naprawdę miał rację...
— Z tym życiem daję ci rozwagę. Używaj jej, by podejmować mądre decyzje, zawsze myśląc wpierw o dobrze swego klanu, a później o innych i sobie — miauknął, jak inni dotykając jego czoła nosem.
Znał już ten dreszcz. Niczym go nie zaskoczył. Jego mięśnie, strudzone odgrywaniem śmierci już siódmy raz, zniosły to wyjątkowo... Dobrze. Nie spodziewał się, że kiedyś się przyzwyczai do tak okropnego, rozrywającego od środka bólu.
Większe wrażenie na nim zrobił następny, siedzący jeszcze w oddali kot.
Natychmiast ją poznał, nawet przez świetlistą poświatę i półprzeźroczystą sierść. Nie dało się pomylić z nikim tych charakterystycznych loków. Spojrzał wprost w błyszczące oczy, które od tylu księżyców spędzały mu z powiek sen, czując ostatnie bolesne drgania opuszczające jego łapy. Otworzył delikatnie pysk.
Zagubiony Obuwik nie była już tylko ciernistym wspomnieniem. Jej kroki były pełne gracji, pełne pewności i odwagi. Samą wyprostowaną postawą swojego ciała oznajmiała, że pomimo wszystkiego, przez co przeszła ona i jej ciało, zwyciężyła. To zło poniosło klęskę.
Patrząc na nią, pomimo tego, że wyglądała na szczęśliwą, nie potrafił pozbyć się smutku. Nadal żałował tego, że nie udało mu się rozwiązać tej zawiłej zagadki. Tego, że wszystkiego musieli dowiedzieć się z ust gnijącej już Terpsychory... Skłonił łeb, gdy szylkretka znalazła się już wystarczająco blisko. Jako zastępca nie powinien na to wszystko kiedykolwiek pozwolić. Miał chronić swoich pobratymców, a trzymał wśród nich bezwzględnego mordercę.
— Z tym życiem daję ci sprawiedliwość — powiedziała, nachylając się nad jego głową. — By współklanowcy zawsze byli przez ciebie traktowani uczciwie. By twój osąd był zawsze słuszny. Byś zawsze walczył o prawdę tak, jak robiłam to ja.
Niemocy, jaka rozeszła się po jego ciele z tym darem, nie mógł porównać z żadnym innym otrzymanym żywotem. Opadł na ziemię bezwładnie, nie będąc w stanie poruszyć nawet pazurem. Jakby ktoś wydarł mu z ciała wszystkie mięśnie, wypił cała krew. Jedyne, co mu zostało, to oczy, którymi wręcz panicznie przeskakiwał z jednej strony na drugą, zszokowany. Dopiero po chwili zrozumiał – to była bezsilność, z którą zmarła Zagubiony Obuwik.
Zdradzona. Niewinna. Niepewna, czy prawda kiedykolwiek wyjdzie na wierzch, czy zabierze ją ze sobą do grobu.
On, na szczęście, nie musiał dzielić jej losu. Siły stopniowo do niego wracały, pozwalając na to, by poruszył łapami, wzniósł z ziemi cielsko i nareszcie wstał. Nagle jego nogi zaczęły wydawać się obce. Jakby dopiero musiał nauczyć się na nich chodzić. Spojrzał na swoje stopy i wbił pazury w ziemię tylko po to, by zaraz z powrotem je schować. Okropieństwo. Nie wyobrażał sobie umrzeć w ten sposób.
— Przepraszam — wydusił, spoglądając w górę na wciąż stojącą przed nim kotkę.
— Nie musisz mnie przepraszać — odpowiedziała prawie natychmiast, łagodnie, bez pretensji. — Nigdy nie przestałeś szukać odpowiedzi, jak i wielu naszych pobratymców. Sprawiedliwość i tak zawsze zwycięży — dodała, a pomimo spokoju w jej głosie, słowa kotki były gromkie, donośne jak zawołanie przywódcy.
— To wszystko mogło potoczyć się inaczej, gdybym postawił na swoim — mruknął nieprzyjemnie, jakby z poczuciem winy, a to czuł niesamowicie rzadko. Jeśli nie mógł uratować Zagubionego Obuwika, mógł przynajmniej pomóc klanowi uniknąć całej wojny i wykorzystywania przez zapchlone samotniczki...
— Nie musisz się martwić. Sprawiedliwość i tak zawsze zwycięży — miauknęła Gwiezdna, po czym odeszła na swoje miejsce, zostawiając za sobą błyszczący ślad.
Ostatnie życie.
Nie musiał nawet patrzeć, by wiedzieć, kto przyjdzie mu je podarować. Gdy mimo wszystko uniósł głowę, spotkał się spojrzeniami z matką, widzącą go po raz pierwszy od dnia (a raczej nocy) bitwy. Patrzyła na niego z tęsknotą, z żalem, z kołatającym jej serce bólem. Wiedział, co czuła. On także cieszył się, że mógł ją znów zobaczyć.
— Jestem... Jestem z ciebie taka dumna — wyszeptała drżącym głosem, w przeciwieństwie do innych przodków, którzy podarowywali mu żywoty, porzucając formułki. — To... To niesamowite, że mogłam obserwować, jak mój syn wspina się na sam szczyt. To taki zaszczyt, że mogę pobłogosławić cię na prawdziwego przywódcę Klanu Klifu — mówiła, a Judaszowcowy Pocałunek mógł przysiąc, że w kącikach jej oczu pojawiły się łzy. Czy koty w Klanie Gwiazdy mogły płakać? — Będziesz prowadził ten klan dobrze. Wiem o tym. Wiem, że oddałam go w najlepsze łapy, w jakie tylko mogłam — miauknęła i zupełnie nie wytrzymała oficjalności ceremonii. Podeszła do niego blisko, by wtulić pysk pod brodę Judaszowca, wydając dźwięki przypominające łkanie. Zastygł w miejscu, nie wiedząc, co ze sobą zrobić ani co jej powiedzieć.
— Dziękuję — odpowiedział jedynie, siląc się na polizanie ucha matki. Jej sierść miała dziwny posmak – jakby była pokryta pyłem. 
W końcu kocica podniosła głowę, wyprostowała się i stanęła przed nim z poważnym wyrazem pyska, choć wciąż patrzyła na niego tym samym wzrokiem. Zmrużyła delikatnie oczy.
— Z tym życiem daję ci miłość. Kochaj mocno ten klan, pomimo jego wszystkich wad. Troszcz się o niego tak, jak matka troszczy się o swe kocięta — miauknęła delikatnie, dotykając nosem jego czoła po raz ostatni. Tym razem fala bólu, na którą się przygotowywał, nie nadeszła. Wypełniło go miłe uczucie wypoczęcia, jak po najpiękniejszej drzemce, w zaszyciu legowiska, niezmąconej ciszy, cieple i przy kojących liźnięciach matki. Jak otoczone opieką kocię. Tak, jak wyglądało jego życie przed raptem stoma księżycami.
Gdy kotka odsunęła się, sam czuł, że był gotowy. Jego łapy były już zdrętwiałe od całego bólu; miał wrażenie, jakby przez parę wschodów słońca szedł bez przerwy, zdzierając sobie skórę z poduszek łap. Jego duch był silniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Wylewał się z niego przez pysk, nozdrza i oczy. Jak gdyby płonął od środka, płonął żywym ogniem.
Na środek znów wyszedł Potrójny Krok, któremu Liściasta Gwiazda oddała swe miejsce. Medyk spojrzał na niego z uśmiechem. 
— Witam cię nowym imieniem Judaszowcowej Gwiazdy. Twoje stare życie minęło. Teraz otrzymałeś dziewięć żywotów przywódcy, a Klan Gwiazdy powierza ci przewodzenie Klanem Klifu. Broń go, opiekuj się starszymi i młodszymi, czcij przodków i tradycję kodeksu wojownika. Przeżyj każde kolejne życie z dumą i godnością.
— Judaszowcowa Gwiazda! Judaszowcowa Gwiazda! Judaszowcowa Gwiazda! — Rozległ się ten sam chór, który wcześniej go witał, tym razem skandując jego imię. Przymknął powieki, czując nagłą senność pochłaniającą jego umysł. 
Nawet nie zauważył, kiedy wszystko się skończyło, a on wrócił do świata żywych.

***

Otworzył ślepia, gdy w jego uszach wciąż cichły głosy Gwiezdnych. Podniósł się i spojrzał na Ćmi Księżyc, która siedziała z boku, doglądając go w czasie świętego snu. Nie wiedział, co powiedzieć. Teraz jednak już nie dokuczały mu zmartwienia. Wszystko poszło po ich myśli. Został uznany przez swoich przodków. Mrok opuścił Klan Klifu, a przynajmniej rozchmurzył się, by światło mogło przeniknąć przez cień.
— Możemy wracać — powiedział łagodnym, spokojnym, ale i zmęczonym głosem.
— Ceremonia poszła..? — miauknęła z pewną nutą niepewności.
— Po myśli. Otrzymałem dziewięć żywotów — zapewnił. — Wróćmy. Są rzeczy, które muszę załatwić.

***

Klan powitał go z radością, natchniony świeżą nadzieją. Było jednak kilka par oczu, które czekały na niego z ciekawością. Wyczekująco. Może na awans, a może na... Wyrok.
Wskoczył na mównicę, stając na grzbiecie skalnej półki. Współklanowcy patrzyli na niego tak, jak patrzyli na Liściastą Gwiazdę po jej ceremonii, co po odkryciu prawdy było dziwnie trapiące. Wziął głęboki wdech.
— Klanie Klifu! Przybyłem z wyprawy do Sadzawki Klanu Gwiazdy. Otrzymałem dziewięć żywotów i miano Judaszowcowej Gwiazdy! — mówił, sprawdzając nowe imię na języku. Brzmiało... Dobrze. Pasująco. Jakby od zawsze miało takie być. — Są jednak dwie inne kwestie, którymi chciałbym się zająć. Wyprowadźcie Zielone Wzgórze — polecił, wzrokiem wskazując na kilkoro wojowników: Postrzępiony Mróz, Mniszkowy Nektar i Rozświetloną Skórę. Nieco zaskoczeni popędzili do jaskini z więźniami, by spełnić jego rozkaz. Miał to zrobić później, lecz spotkanie z Zagubionym Obuwikiem rozbudziło w nim pewien gniew. Nie mógł tego odsunąć. Musiał teraz, w tej chwili.
Długo zastanawiał się, co zrobić ze zdrajczynią. Uważał, że nie zasługiwała na życie. Zabiła współklanowca, zaplątała się w spisek i ściągnęła na nich gniew Gwiezdnych. Była dla niego niczym i nikim. 
A mimo to nie chciał jej śmierci. Ten klan przelał ze swoich łap już zbyt wiele krwi.
— Zielone Wzgórze — zwrócił się do kocicy, gdy już stanęła przed jego obliczem — z tym dniem przestajesz być członkinią Klanu Klifu. Odejdź, odejdź gdzieś daleko, zabierz wszystkie swoje winy i nigdy nie pokazuj się nam na oczy — warknął ostro, wpatrując się prosto w jej oczy, przeszywając swym nienawistnym wzrokiem. Co czuła w tym momencie? Żal i wstyd? Wdzięczność, że darował jej życie, choć miał każde prawo by jej je odebrać? A może nieustającą dumę, że tak długo trzymała swą zbrodnię w tajemnicy? — Nie zatruwaj już klanów swym złem. Wojownicy odprowadzą cię na granicę, a jeśli tylko się jeszcze na niej pojawisz, to tylko pod groźbą swej śmierci.
Kątem oka dostrzegał spojrzenia, które rzucali jej inne klifiaki. Równie lub nawet bardziej zdradzone niż on, gniewne i zirytowane samą jej obecnością, może nawet niewystarczającym osądem. To Judaszowcowa Gwiazda dziś jednak otrzymał dar sprawiedliwości, nie oni – i wiedział, co teraz było dla niego słuszne.
— Zanim jednak odejdziecie — miauknął głośno po chwili ciszy, gdy grupa wojowników stała już w progu obozowiska — mam jeszcze jedną wiadomość. Przez wielu długo wyczekiwaną — dodał, zauważając ciekawe błyski. To była jeszcze trudniejsza decyzja do podjęcia. On wierzył jednak, że doszedł do najlepszego możliwego wyboru; tak, jak Liściasta Gwiazda doszła do niego. — Ten klan potrzebuje zastępcy, który stanie się moją lewą łapą. Wyznaczam na tę rolę Pikującą Jaskółkę.
Owacje na chwilę go ogłuszyły tak, jak głosy Gwiezdnych. Kremowa wojowniczka z zaskoczonym, ale i dumnym wyrazem pyska wystąpiła z tłumu, uśmiechając się szeroko, jakby całe życie czekała na tę jedną chwilę. Patrzyli na nią różnie – z radością, szacunkiem, czy nawet nutą goryczy i zazdrości. Gdy podeszła pod skalną półkę, przymknął oczy i skinął jej brodą z uznaniem. Kocica odwzajemniła ten gest. 
Reszta słów zaginęła w donośnym wiwacie, rozbrzmiewającym głośno za sam obóz i dalej niknąc w przybywającym migocie gwiazd.

31 lipca 2025

Od Judaszowcowego Pocałunku

Ta bitwa nie miała sensu. Ani dla Klanu Klifu, ani dla Klanu Wilka. Była tylko niepotrzebnym rozlewem krwi. Zapomniał na moment o Zielonym Wzgórzu. Odrzucił ciało Terpsychory. Niech gnije i zatapia się w tę śliską, zakrwawioną glebę. Niech karmią się na niej larwy i inne robaki. Musiał zatrzymać ten obłęd. Nie wiedział, gdzie była Liściasta Gwiazda; nie słyszał, by zarządziła odwrót. Musiał zrobić to samemu.
Omijając walczących, podszedł do jednego z drzew, chcąc wspiąć się na jego niższą gałąź. Wprawdzie było iglaste, z chropowatą, nieprzyjemną korą, lecz nadawało się na mównicę. Stamtąd więcej kotów byłoby w stanie go usłyszeć. Kiedy jednak podszedł do pnia i wbił w niego pazury, usłyszał syk wrogiego wojownika.
— Na osty i ciernie... — burknął pod nosem, odwracając się, by spojrzeć na swojego przeciwnika.
— Złaź stamtąd, tchórzliwy klifiaku! — zawył natychmiast, szarżując w jego stronę jak wściekły knur. Gdy miał już zadać mu cios, potknął się o własną nogę. Mało by brakowało, a by się przewrócił. Splunął w stronę połowicznie łysego kocura. Żałosne.
— A ty znajdź sobie jakieś lepsze zajęcie, paskudo! — odfukał, uderzając Pokrzywowego Wąsa siarczyście w policzek. Niebieski burknął coś pod nosem, po czym zaciągnął się powietrzem.
— To jest wojna! Tu się walczy, a nie dyskutuje przy kawałku myszy czy innej ryjówki! — odparł. Zamachnął się, najwyraźniej licząc na to, że wykona świetny atak z zaskoczenia, jednak ponownie nie trafił. Judaszowiec poczuł lekkie rozbawienie, patrząc na nieudolność swojego przeciwnika.
— Tobie jak widać lepiej idą dyskusje... — odpowiedział zaraz po zrobieniu uniku, co tylko bardziej rozwścieczyło kocura. Smagnął on powietrze ogonem.
— Zamilcz! — wykrzyczał, próbując ponownie zaatakować przeciwnika. Cóż, przecenił swoje umiejętności i to nie pierwszy raz w tym starciu. Spudłował. Znowu. — Walcz jak prawdziwy wojownik! — syknął, gdy ten nie przypuścił na niego ciosu. — No, chyba że już wymiękasz...! — dodał, uśmiechając się głupkowato pod nosem.
Chciał, by zawalczył jak prawdziwy wojownik?
— Proszę bardzo — odpowiedział cicho. I tak mówił bardziej do siebie, niż do niego.
Wyparował do przodu, przewracając wilczaka na ziemię i wbijając w niego pazury, podobnie jak z Terpsychorą, trochę go podduszając. Liczył na to, że zaraz wymięknie. Słyszał warkot przy uchu, a po chwili zęby wilczaka dostały się niebezpiecznie blisko jego szyi. Tym razem już nie chybił. Ponownie syknął z bólu, choć został jedynie dziabnięty. Plugawiec! Pokrzywowy Wąs wykorzystał tę chwilę nieuwagi, by kopnąć wroga w brzuch i pozbyć się łap przyszpilających go do ziemi. Ten kopniak wcale go nie odgonił. Rzucił się ponownie z pazurami na jeszcze leżącego wojownika, drapiąc go gdzie tylko miał szczęście trafić. Wilczak najmocniej dostał od niego w pysk. Krew popłynęła z niego strużkami, zwiastując niezbyt ładną bliznę. Wbił w niego swoje złote ślepia, które błyskały nie tylko lękiem, ale i czystą nienawiścią.
— To jeszcze nie koniec! Kiedyś wrócę, aby dokończyć to, co zacząłem! — zawył, po czym sprawnie rzucił się w stronę krzaków, znikając z pola widzenia przeciwnika.
— KiEdYś WrÓcĘ! — przedrzeźnił kocura, patrząc, jak ten ucieka. Phi! Najpierw kazał mu walczyć jak wojownik, a teraz czmychał w krzaki z podkulonym ogonem? Dobre sobie! Wiedział, że wilczaki były głupie, ale nie wiedział, że też tchórzliwe...
Nieważne. Otrząsnął się z gniewu. Pokrzywowy Wąs próbował powstrzymać go od zwołania swoich wojowników, więc skoro czmychnął, w końcu mógł to zrobić. Wskoczył na jeden ze świerków, przeciskając się przez zakończone ostrzami gałęzie, aż nie znalazł się całkiem wysoko nad ziemią. Przez kilka uderzeń serca milczał, obejmując scenerię wzrokiem. Wszędzie ciała, te żywe i martwe, kończące swoją walkę i te dopiero ją zaczynające. Nie. Musiał to wszystko skończyć, zanim stracą kolejnych członków. Nie potrzebowali więcej śmierci. Bał się raportu, który usłyszy od swoich.
— Klanie Klifu! Znaleźliśmy się tu wyłącznie przez chore ambicje Terpsychory. Nikt z nas nie chciał tej nocy walczyć. To nie jest nasza bitwa! — zawołał, zwracając ku sobie spojrzenia kotów z obu klanów. — Odwrót! Do obozu, już! — krzyknął donośnie z nadzieją, że wszyscy go usłyszą.
Jego słowa zdawały się naprawdę działać. Klifiaki dokańczały ostatnie chlasty po pyskach i odkopywali wrogów, którzy niespecjalnie chcieli ich gonić. Może też byli zmęczeni. Może mieli już dość. Może od początku wiedzieli, że to wygrają. Nie wiedział, lecz nie zamierzał się nad tym zastanawiać. Ostrożnie zeskoczył z drzewa na ziemię, nie chcąc narobić sobie kolejnego urazu. Szedł truchtem, zbierając wojowników kończących walki. Nie było na to miejsca. Musieli wrócić do obozu i zakończyć to wszystko. Nie potrzebowali sztucznej wojny z Klanem Wilka, rozpętanej przez jedną durną samotniczkę. Musieli się odrodzić. Nie mogli stracić kolejnych członków.
— Judaszowcowy Pocałunku, co z rannymi, co z martwymi? — zagaiła go Pikująca Jaskółka. — Myśle, że powinniśmy zabrać ich jak najszybciej, o ile mamy odpowiednio zdolnych do tego wojowników...
— Tak, zbierzmy wszystkich rannych — odpowiedział, gdy zagaiła go Jaskółka. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że musiała coś wiedzieć na temat przebiegu tej bitwy. Więcej niż on. — Chwila, Pikująca Jaskółko, jakie są straty? Kto poległ, ilu jest rannych? — dopytał.
— Nie jestem w stanie orzec dokładnie... Z tego, co wiem na pewno... Nie żyje Złota Droga, Jerzykowa Werwa i Miedziany Kieł, no i... Liściasta Gwiazda się nie wybudziła; musiała stracić wszystkie swoję życia. Moje szczere kondolencje, Judaszowcowy Pocałunku... I też... Najszczersze gratulacje — powiedziała elegancko, kłaniając lekko łeb. — Poważnie ranna na pewno jest Jastrzębi Zew, widziałam, jak kuli się pod krzewem, nie wiem kto jeszcze...
Najszczersze gratulacje.
Te dwa słowa przez chwilę odbijały się po jego czaszce, dzwoniąc w uszach.
— Liściasta Gwiazda nie żyje? — przerwał jej pełnym szoku głosem, choć właściwie nie powinien być zaskoczony. Wiedział od dawna, że życie przywódczyni chyliło się ku zachodowi. Czekał na jej śmierć, podobnie jak ona sama, nie z nienawiści, a ze zwykłego przykazania natury. Starsi musieli ustąpić miejsca młodszym. W czasie tej bitwy jednak całkowicie o tym zapomniał. Zapomniał, że jego matka była już w podeszłym wieku, że była zapewnie tak słaba, że byle wojownik mógłby ją pokonać. Nie spodziewał się, że straci ją teraz. Teraz, zanim zdążyła mu wyjawić całą ukrywaną prawdę. — Gdzie jest jej ciało?
— U Wiecznego Zaćmienia... — powiedziała cicho i ponownie schyliła głowę. Odeszła na bok, by zająć się rannymi, których trzeba było przenieść do obozowiska. Zanim jednak podziękował Pikującej Jaskółce, dobił do niego kolejny kot. Tym razem była to młoda uczennica.
— P-panie Judaszowcowy Pocałunku, jeśli szuka Pan ciała swojej mamy, proszę za mną — mruknęła cicho Astrowa Łapa.
— Dobrze, prowadź — miauknął, biorąc ze sobą dwóch wojowników, którzy mieli przenieść jej ciało do obozowiska. Padło na Rozświetloną Skórę i Mroźny Wicher, którzy nie protestowali. Podążył za szylkretką. W końcu dotarli.
Liściasta Gwiazda leżała w kałuży. Pokryta ranami i wyciekającymi z nich strugami krwi, chociaż trudno było powiedzieć, co było zaschniętą juchą, a co spływającym po jej ciele błotem. W niektórych miejscach można było ujrzeć resztki opatrunków. Niepotrzebnych, jak widać nałożonych za późno.
Nie był w stanie wyrazić słowami tego, co czuł, patrząc na martwe ciało swojej matki. Milczał przez całą drogę do niego i nie odezwał się ani słowem przez długie księżyce, gdy już przy nim stał. Miał w głowie jednocześnie niesamowity mętlik i ciemną pustkę. Krew szumiała mu w uszach, lecz cisza odbijała się głucho po jego głowie. Nie wiedział, co zrobić. Czuł się na to przygotowany, lecz gdy śmierć naprawdę dosięgła Listek, miał wrażenie, jakby wzięła go z zaskoczenia. W końcu wymamrotał ciche "niech Klan Gwiazd oświetla jej ścieżkę" i polecił zabranym przez siebie wojownikom, by zabrali ciało do obozowiska. Samotnie poszedł dalej.
W końcu zobaczył kolejne ciało leżące w trawie. Od razu wlepił w nie swój wzrok. Nie... Miał zwidy. Ta szara sierść... Nie. Zwidy, tylko zwidy. Nie odwrócił się jednak, choć bardzo chciał wierzyć, że to tylko jakiś poległy wilczak. Zdenerwowanym krokiem podszedł na tyle, by zobaczyć pysk po drugiej stronie... Tak znajomy...
— Źródlana Łuno? Źródlana Łuno?! — wrzasnął przeraźliwie, głośniej, niż przy jakiejkolwiek zadanej mu ranie. Jego źrenice zwężyły się w szparki, a sam zaczął drżeć, jak gdyby wylano na niego kubeł zimnej wody. — Na Gwiezdnych, córuś, to się nie dzieje! — miauczał, szturchając ją nosem. Prawdopodobnie większość klifiaków po raz pierwszy w życiu widziała tak przestraszonego Judaszowca.
Kotka zakaszlała, odruchowo próbując wziąć głęboki oddech. Ulga, którą poczuł, gdy Łuna zakaszlała była nie do opisania. Całe napięcie zeszło z niego w przeciągu kilku uderzeń serca; do stopnia, że mało co nie spadłby z łap. Żyła. To było dla niego najważniejsze. Ponownie zaniosła się kaszlem, jej oddech nierówny. Z jej pyska wyrwał się cichy jęk i przekręciła głowę w bok.
— Co się stało? Wieczne Zaćmienie, gdzie jest Wieczne Zaćmienie?! — krzyczał z nadzieją, że nie przyszedł za późno. — Och, Łuno... — Nachylił się nad wątłym ciałem córki. Było pokryte ranami, z najpoważniejszą na jej gardle. Cud, że nie została zarżnięta. Nie był w stanie na to patrzeć. Gdy przez te kilka uderzeń serca nie zauważył przy sobie obecności medyczki, dodał do okolicznych: — Na osty i ciernie, nie mamy czasu, dajcie mi jakiś mech! — zawołał, lecz w tamtej chwili jego córka znów się poruszyła. Otworzyła oczy, a raczej oko. Skrzywiła się, podnosząc delikatnie łeb. Po jej pysku zaczęły ściekać łzy.
— Tato... — wymamrotała zachrypłym głosem. Takim jak kiedyś, jak w chwili, gdy była tylko kociakiem i narzekała na przyziemne sprawy. To był ten sam pisk, ten sam ból w jej głosie. Słyszał go częścią swojego umysłu. Westchnął głośno. Patrzenie na ból córki rozdzierało mu serce bardziej niż cokolwiek innego na całym świecie.
— Wstań, proszę — miauknął, schylając się tak, by kotka mogła się o niego oprzeć. — Już koniec. Idziemy do domu.

Od Judaszowcowej Łapy (Judaszowcowego Pocałunku) CD. Taniec (Terpsychory)

bardzo dużo księżyców temu
Spojrzał na wrzeszczącą, praktycznie trzęsącą się ze złości kotkę. Odsunął nieco od niej swój pysk. 
— Na Klan Gwiazdy, uspokój się, bo zaraz ci serduszko wysiądzie — parsknął, na wpół śmiejąc się z niej, a na wpół szczerze zaskoczony jej wybuchem. Irytował ją swoimi zaczepkami, ale aż tak?
— Taniec! — zawołała za nią matka, zwlekając się nawet ze swojego legowiska, by zabrać rozemocjonowaną córkę. Co za głupi bachor. Nawet się nie mógł z niej trochę pośmiać, bo już robiła scenę... Nieco bojąc się słów Srebrnej Szadzi (która bądź co bądź widziała, jak prowokuje kocię...), ukradkiem czmychnął ze żłobka. Rozejrzał się wokoło, czy nie było nigdzie jego mentora. Na szczęście po Kani nie został nawet ślad. Uf... Wypucuje ten przeklęty żłobek innym razem, gdy ten wypierdek się trochę uspokoi...

***

wciąż bardzo dużo księżyców temu
Najpierw jego siostra. Po niej ta dzikuska. Obie uciekły, a słuch o nich zaginął.
Judaszowcowa Łapa nie zamierzał płakać po żadnej z nich. Głupie mysie móżdżki. Niech gubią się po zaroślach, naparzają z samotnikami i giną na jakichś bagnach. Same sobie zgotowały ten los. Nie chciał nigdy ich już widzieć na oczy.

***

Głupie wilczaki. Zawsze wiedział, że były głupie. Na osty i ciernie, spodziewał się, że w końcu wykombinują coś, by uprzykrzyć im życie. Jak śmieli oskarżyć ich o atak? Jego wojownicy potrafili zachowywać się mysiomózgo, lecz nie na tyle, by atakować wrogi patrol. Za kogo miał ich Nikła Gwiazda? Za grupę paszkwili, które próbowały im utrzeć nosa? Klan Klifu nie potrzebował nowych terenów. Był pewien, że miało to jakiś związek z tymi przeklętymi samotniczkami. Może ich zdradziły i przeszły na stronę Klanu Wilka, opowiadając różne głupstwa i oszczerstwa na ich temat? Mógł się tego spodziewać. Parszywe szczury. Zrobi z nimi robotę zaraz po tym, jak zrobi to z wilczakami, nawet jeśli miała to być ostatnia rzecz, jakiej dokona w całym swoim życiu.
Obserwował swych współklanowców, którzy krzątali się po obozowisku, widocznie spięci. Nawet ci, co nie zostali wybrani na obstawę, sprawiali wrażenie wyczekujących bojowego okrzyku. Niepokój tlił się w ich sercach. Czuł to dobrze.
Liściasta Gwiazda podeszła do niego i Bożodrzewnego Kaprysu, otrzeć się o bok córki i przygładzić nastroszone futro syna. Jakby chciała ich pocieszyć, że naprawdę idą tylko na pokojową naradę. Od razu wróciła do reszty przygotowującego się patrolu. Zwróciła się do niego, przygotowując w głowie przemowę.
— Nie idziemy walczyć. Nie musicie się bać — pocieszała i klan, mówiąc powoli i z przekonaniem w głosie. Judaszowiec czuł jednak, że było to wymuszone. — Klan Wilka to też zwyczajne koty. Muszą chcieć rozmawiać. Wyjaśnić — urwała na chwilę, jakby zastanawiała się, co powinna dodać. — Niech Klan Gwiazdy będzie z nami.
Machnęła ogonem, by dać znak do wymarszu. Prędko do niej dołączył. Szedł przed siebie twardym krokiem, prowadząc patrol z Liściastą Gwiazdą. Nie miał żadnych dobrych przeczuć.
Przez całą drogę jego łapy zapadały się w lepkiej, mokrej ziemi. Patrzył na formującą się przed nim ciemną chmarę, wyglądającą z oddali jak muchy oblepiające gnój. Zmarszczył nos, czując ich smród. To nie była obstawa przywódcy, który przyszedł na negocjacje. Zresztą, nie pamiętał takiej sytuacji, by kiedykolwiek Klan Wilka bawił się w negocjacje. Liściasta Gwiazda jednak ciągle w to wierzyła i może przez to tliła się w nim jakaś mała iskierka nadziei, że uda się to rozwiązać bez rozlewu krwi. Może nie stracą kolejnych wojowników. Ta iskierka była jednak wątła. Nie pozwalał, by zasnuła mu umysł. Był przygotowany na każdy ruch ze strony wojowników Nikłej Gwiazdy – nawet ten śmiercionośny.
Gdy tylko zostali ujrzani, rozległo się... Wycie. Nie był to żaden okrzyk wzywający do walki – jedynie odgłos przypominający podekscytowane nocne odgłosy dzikich kundli. Niektórym wojownikom sierść już stawała dęba. Judaszowiec stał jednak wyprostowany, wpatrując się prosto w wilczackie oczy. Nie robili tym na nim żadnego wrażenia.
Podeszli bliżej, by stanąć w cztery oczy (czy bardziej sześć) z Nikłą Gwiazdą. Obserwował ich z dozą wyższości, nie rzucając cienia szansy na pokojowy wynik tej rozmowy. Matka rzuciła mu ukradkiem jedno poddenerwowane spojrzenie.
— Nikła Gwiazdo, witaj. Czy chciałbyś wyjaśnić czemu zaszczyciłeś nasze tereny tak... liczną wizytą? — zapytała niepewnie.
Nie odrywał wzroku od przywódcy wilczaków. Słuchał słów matki, lecz nie wierzył w żadną ich skuteczność, zwłaszcza po wokalnym popisie, który zafundował im wrogi klan. Miał napięte mięśnie i pazury gotowe do wysunięcia. Czekał. Kocur, ku jego podejrzeniom, jedynie parsknął. Przeciął powietrze ogonem jak biczem, jak gdyby dawał znak swoim wojom. W jego oczach błysnęła pogarda.
— Że też masz czelność pytać — prychnął w pysk Liściastej Gwiazdy. — Niby taka pewna siebie, atakuje nasze patrole, zapowiada kradzież terenów, ale gdy przychodzi, co do czego nagle się lęka. Czyżby przytłoczyła cię nasza armia, Liściasta Gwiazdo? Niestety, muszę cię rozczarować, na zmianę zdania już za późno — ostrzegł. Judaszowiec zmarszczył brwi, gdy na grzbiecie włosy zaczynały się jeżyć.
— Nikła Gwiazdo... Nikt z naszych wojowników nie drasnął twojego choćby pazurem... — Natychmiast zaprzeczała liderka. — Nie wiem, skąd wziąłeś takie informacje, ale masz moje słowo, że wszystko, co powiedziałeś, o co nas oskarżasz, nie jest prawdą...
— To jakieś oszczerstwa! — wypalił zaraz po niej, nie będąc w stanie trzymać języka za zębami. Zresztą, czy kiedykolwiek Judaszowcowy Pocałunek wyglądał na kota, który milczy, gdy tego wymaga sytuacja? — Jak śmiesz pleść takie kocopoły! Jak mówi Liściasta Gwiazda, żaden wojownik Klanu Klifu was nawet nie drasnął pazurem!
— Naprawdę, aż do tego momentu sądziłem, że Klan Klifu ma w sobie choćby krztynę godności. — Nikła Gwiazda obarczył Liściastą Gwiazdę chłodnym wzrokiem. — Najwyraźniej się myliłem. Łżesz w żywe oczy, Liściasta Gwiazdo. I nawet nie umiesz trzymać swoich wojowników w ryzach! Przekrzykują cię jak dzikie zwierzęta — splunął pogardliwie słowami. Tego nie mógł mu puścić płazem.
— To twoi wojownicy wyją na nas jak kundle do księżyca! — odwarknął, zanim Liściasta Gwiazda zdołała zaprzeczyć jego zarzutom. Kocur spojrzał tylko na niego z politowaniem. Odpowiedział mu wrogim spojrzeniem.
— Nawet teraz nie umiesz zachować spokoju, więc o jakiej pokojowej rozmowie mówisz? — powiedział, zwracając się wciąż do Liściastej Gwiazdy. — Okaleczyliście naszych wojowników własnymi łapami, a teraz chwytacie się najbrudniejszych sztuczek, byleby uniknąć konfrontacji.
— Ile razy trzeba ci powtarzać, że nasi wojownicy nie babrali w tym swoich łap!? — syknął na niego Judaszowiec.
— No tak, bo po waszej stronie, noszące na swoich skórach smród waszego klanu, mówiące o sobie jako o członkach Klanu Klifu, biegają sobie ot tak samotnicy lub pieszczochy.
Zmarszczył brwi, nie wiedząc, co na to odpowiedzieć. I wtedy... Wtedy go olśniło. Na Klan Gwiazdy, to wszystko to była sprawka tych paskud z szopy! Bawiły się w bójki, a to na nich spadł cały ciężar tej sytuacji! Zagrzmiał w nim gniew, jeszcze większy, niż ten wywołany przez kłamstwa Nikłej Gwiazdy. Wiedział to od początku! Wiedział, że te durne babska sprawią im nic innego jak problem! Och, jak tylko wróci i zobaczy ich zapchlone zady, to powyrywa im nogi z dupsk! NOGI Z DUPSK!!!
To na chwilę go zatkało, wyłączając zastępcę z dyskusji.
— Czy ktoś, kto dopuścił się tak... tak haniebnej krzywdy, teraz przyszedłby przed twoją osobę, z garstką kotów, prosząc o mozliwość rozmowy? — miauknęła żałośnie Listek. — O oszczędzenia kolejnych żyć, kolejnych krzywd? Nikła Gwiazdo, proszę cię, abyś przestał myśleć o niepotrzebnym bólu i odwołał część swojego klanu, aby mógł zając się czymś, co faktycznie jest mu potrzebne... Porozmawiajmy spokojnie, proszę... — błagała.
— Zabawa się skończyła, Liściasta Gwiazdo. Klan Wilka nie będzie dłużej znosił fałszywych obelg rzucanych w naszą stronę na zgromadzeniu, przekraczania naszych granic i atakowania naszych wojowników. Jeśli nie chciałaś rozlewu krwi, powinnaś zastanowić się nad swoimi działaniami wcześniej. Weź się w garść, jesteś liderką, nie kociakiem!
— N-nie! Nie! Nikła Gwiazdo, nie bądź głupi! Nie przelewaj krwi! To naprawdę nie my zaatakowaliśmy wasz patrol, masz moję słowo, słowo lidera! — krzyknęła przerażona. Futro na jej karku zjeżyło się, a całe ciało drżało, jakby miała się zaraz przewrócić. Zrobiła kilka kroków w tył, wpadając na Zielone Wzgórze. Przywódczyni wpatrywała się raz na partnerkę swej córki, a raz na nią. Zanim rozległ się okrzyk Nikłej Gwiazdy, szepnęła do drugiej:
— B-biegnij do obozu... Oni nas wszystkich tu zamordują.
— Do ataku, Klanie Wilka! — zawołał prawie jednocześnie przywódca wilczaków, skacząc z pazurami na swojego wroga, przygważdżając go do ziemi. Słaba Listek nie miała szans.
Judaszowcowy Pocałunek jednak tego nie widział. Gdy tylko rozległy się pierwsze śmiercionośne słowa, sam został napadnięty przez niemal całkowicie białego, postawnego wojownika. Zauważył go i uniknął siarczystego ciosu wręcz w ostatniej chwili. Ha! Co on sobie myślał, że tak se o trafi wojownika z doświadczeniem takim, jak on? Jeszcze czego! Kiedy jednak myślał, że wszystko szło po jego myśli, ktoś rzucił się na niego, wbijając zęby w kark jak w upolowaną mysz.
Syknął z bólu. Czuł, jak z jego karku tryska krew, jak wielka rana rozrywa jego plecy. Próbował uderzyć kocura, lecz chybił. Na osty i ciernie... Jeszcze ten podły śmiech drugiego działał mu na nerwy...
— Dwójka na jednego! Niedoczekanie! — warknął Mniszkowy Nektar, przybyły z odsieczą. Zamachnął się na kocura, który właśnie przeorał zastępcy grzbiet. Ten jednak zwinnie uniknął ciosu. W trakcie, gdy Mniszek atakował drugiego kota, on rzucił się na chichoczącą hienę, która zaatakowała go jako pierwsza. Przewrócił go na ziemię, drapiąc zaciekle pazurami. Ten odkopał go tylnymi łapami, sprawiając, że atak jego przyjaciela także chybił.
— A żeby was Klan Gwiazdy zostawił! — wykrzyczał we frustracji, gdy i Mniszkowego Nektaru nie udało mu się dosięgnąć.
Krucze Pióro uniknął jego uderzenia, lecz zaraz po nim drugi klifiak napuścił na kocura szarżę. Przewrócił go na ziemię, uderzając pazurami w tylną łapę. Warknął z bólu. Judasz chciał go pochwalić za mądry ruch, lecz nie było na to czasu. Gdy tylko wojownik Klanu Wilka zrzucił z siebie przeciwnika, musiał się zmierzyć z Judaszowcowym Pocałunkiem. Nie zamierzał mu darować tej szramy. Zanim ten zwlókł się z ziemi, przybił go do niej, wbijając zęby w puszystą szyję. Poczuł na języku posmak jego brudnej krwi. Wszystko w chwili, gdy Mniszek zajmował się drugim przeciwnikiem. I nagle coś im to przerwało.
Śmiech.
Tym razem nienależący do tego białego wojownika. Przerażający i przeciągły, mrożący w żyłach krew. Taki, który pojawia się w historiach starszych przestrzegających kocięta, by nie zapuszczały się za granice ich terytorium.
Zastygli, nie tylko oni, lecz prawie wszyscy wojownicy. Z koron drzew zeskoczyła pierwsza postać, a za nią kolejne. Wypełzały, jak larwy z ciemności.
— Jacy wy jesteście rozkoszni — powiedziała pierwsza, przodująca kocica, którą dobrze znał. Do tej pory niosła w pysku nieznany przedmiot, lecz gdy wypluła go na ziemię, jasnym stało się to, czym był. Łapą. Uśmiechnęła się do znanych jej kotów z Klanu Klifu. Judasz otrząsnął się z bitewnego zamętu, by spojrzeć na pysk... Dobrze znany mu pysk. Obrzydliwy pysk. Na stał nachylony nad przeciwnikami w bezruchu. W osłupieniu.
Co za kawałek lisiego łajna!
— Kojarzycie prawda? — kontynuowała. — Miała takie futerko, że trudno nie rozpoznać... Ja nawet rozpoznałam, kiedy biedną widziała, jak się wykrwawia, a ostatnio moje oczy spotkały się z jej, kiedy była jeszcze małym robactwem...
— A ona, do jasnej cholery, kim jest? — wciął się biały wojownik, spoglądając w stronę Judasza. Nie słuchał go. Nie miał po co go słuchać. — Ty coś o tym wiesz, racja?
— Nie... — Uśmiechnął się, wręcz maniakalnie, choć nie było mu do śmiechu. Nikt. Nikt go nie posłuchał. Mogliby uniknąć tej walonej wojny, gdyby Liściasta Gwiazda nie wierzyła tępo w słowa tej pluskwy. Mysie móżdżki. Cały ten klan to były mysie móżdżki. — Co za... Co za wronia strawa! — wypluł wręcz z pyska, nie mogąc oderwać wzroku od Terpsychory.
Nastała cisza jak makiem zasiał.
— Och... Jak grzecznie milczycie, jak patrzycie i czekacie... Że też nie mogliście być tacy spokojni od początku. — Pokręciła głową. — Bo wiecie, ja was obserwowałam, z moimi towarzyszkami... Już od dawna mące sobie i mącę... Głównie w Klanie Klfiu, jednak co rodzina, to rodzina... ale mącenie w Klanie Wilka też było przezabawne! Tak łatwo się wami zabawiać! Bhaha! — Zaśmiała się głośno, zatrzymując wzrok na nim. — Oj mój drogi! Czy pamiętasz, jak skradłeś mi piórka w kociarni? Och... Judaszowcu, czy ja też ci coś teraz skradłam? Czy opłakałeś jedną lub drugą z tych kotek? Ale nie... Och, bo wy myślicie, że to ja zabiłam biedną, smutną Obuwik? Bhahah! WY GŁUPCY! — chichotała.
Co za parszywy pysk. Nie mógł słuchać tych słodko-pierduśnych słówek, którymi śmiała mu się prosto w mordę. Zapomniał o wilczakach. Zapomniał o Kosaćcowej Grzywie i Kruczym Pierze, któremu chciał przed chwilą przeorać pysk. Wstał i zaczął iść przed siebie, w kierunku samotniczki.
— Jak nie ty to kto, co? Któraś z tej twojej ślepej bandy? — warczał, robiąc powolne, pełne napięcia kroki. Terpsychora nie wyglądała na przerażoną. Ba, uśmiechnęła się do niego i również zrobiła jeden krok w jego stronę. Wyglądała, jakby nie spodziewała się, że ktokolwiek ją teraz zatrzyma. Było za późno. Jej plan się dopełnił.
— Hm... Wiesz, mój drogi... Myślę, że odpowiedź jest po prostu zbyt blisko ciebie... Tak blisko, że jej nie dostrzegasz. My, w głównej mierze, w tej sprawie łapeczek nie taplałyśmy... Chociaż, może troszkę kłamie... Ale dopóki serduszko jej biło, my nic nie zrobiłyśmy. Potem dopiero... Wiesz, jak to mówią Judaszowcu... Stare znajomości nigdy do końca nie umierają, trzeba sobie pomagać... — Spojrzała uważnie na łapę Obuwik. — Chodź, podejdź... Przyjrzyj się dokładnie temu futerku, które tak się wciąż dzielnie trzyma — mówiła podjudzająco, dobrze wiedząc, co zadziała na jego nerwy. Szedł dalej przed siebie, stawiając twarde, ciężkie kroki. Krew z zadanej mu przez wilczaka rany wciąż sączyła się po jego grzbiecie, lecz wyglądał, jakby był nią całkiem niewzruszony. Jego kroki, myśli i wściekłe, wściekłe oczy wszystkie były utkwione w Terpsychorze. Nagle spojrzała za niego i ponownie wybuchła śmiechem. — Spójrzcie na nią! Zielona nie tylko z imienia, zaraz chyba puści pawia! Pani wielka wojowniczka! — krzyknęła radośnie, wpatrując się w wojowniczkę jego klanu.
Klifiak... To członek Klanu Klifu dokonał tej okropnej zbrodni. Mówił Liściastej Gwieździe, że za jego plecami był spisek i teraz, znów, jego słowa się spełniały jak w przepowiedni.
Chciał warczeć. Chciał syczeć, sam już nie wiedział do końca na kogo. Na wszystkich, co się go nie słuchali. Na matkę, na zdradzieckich współklanowców, na podłe wilczaki, na te zapchlone samotniczki, nawet na samego siebie, że nie zrobił z tym nic wcześniej. Że nie parł dosadniej, nie zastanawiał się więcej, nie pytał dokładniej. Na osty i ciernie. Mogli tego wszystkiego uniknąć.
— Czy to... — Uciekło z jego pyska, gdy podchodził bliżej, przypatrując się wyrwanej, gnijącej łapie Zagubionego Obuwika.
— Och tak! Spójrz bliżej! — Podniosła cuchnące łapsko. Niemal rzuciła nią w kocura. — Futerko tak ci znane, tak ci bliskie, chociaż... No nie do końca tobie... twojej siostrze na pewno! Czarne jak smoła! Specjalnie je zachowałyśmy, żeby mieć pewność, że umowa zostanie uszanowana. Z wami nigdy nie wiadomo... Wszystko byłoby okej, ale... Proste zadanie przerosło biedną Zielone Wzgórze, a miała tylko jedno... — powiedziała, patrząc za niego. W przeciągu uderzenia serca kpiący uśmiech na jej twarzy zamienił się w gniewny grymas. Wyglądała, jakby nagle wypełniła ją złość, a jej sierść napuszyła się od grzbietu aż po paliczki. — Miała trzymać kogokolwiek, kto stanie między mną a moim Pokrzywkiem, moją rodziną, daleko! Miała nie pozwolić, aby ktokolwiek się wtrącał! Aby jakiekolwiek zaszczane łajno nie pałętało się wokół niego, nie smuciło go, ani nie sprawiało kłopotów! A ona nawet z tym sobie nie poradziła! Nawet zabicie tej głupiej, szurającej po trawie brzuszyskiem, pchły ją przerosło! Nawet tego nie mogła zrobić dobrze! — krzyczała. Zaraz po niej rozległ się wrzask Zielonego Wzgórza. Złapanej, zdradzonej, osamotnionej w swej najgorszej chwili. Judaszowiec zamknął się na chwilę w morzu swoich własnych, pulsujących pod czaszką myśli.
Czyli naprawdę współklanowcy go zdradzili.
Nigdy w życiu nie podejrzewałby partnerki swojej siostry o dokonanie tak okropnego czynu, jak zabójstwo drugiej klifiaczki. Wszystkich, tylko nie tę wesołą kotkę, która swoją obecnością rozświetlała obozowisko. Wierną wojowniczkę, która wychowała wspaniałych medyków i wojowników. Ciotkę jego własnych kociąt.
— ...Zielone Wzgórze — dokończył swoje słowa, choć i tak nie miało to już najmniejszego znaczenia.
Kopnął jedną z tylnych łap zdrajczynię, która biegła na następną zdrajczynię, by spleść się z nią w zdradzieckim uścisku. Nie. To nie była już jej walka. Z Zielonym Wzgórzem rozprawi się później, a teraz musiał wyładować swój gniew. Emocje, które kotłowały się w nim od dawna, a piszczały w uszach od początku tego przeklętego wieczoru musiały znaleźć ujście. W krwi.
— Lisia... — Nie zdążył nawet dokończyć, gdyż jego słowa zamieniły się w syk, a łapy wypaliły w przód jeszcze przed tym, jak umysł był w stanie podjąć świadomą decyzję. Podgnita noga przetoczyła się po leśnej ściółce, wypadając z łap Terpsychory, gdy ta uderzyła łbem o twardą ziemię. Dusił ją, przyciskając pierś łapami w szaleńczym amoku. Dociskał je mocniej. Wbijał głębiej ostre, brudne szpony. Patrzył w ten parszywy pysk, samemu obnażając zęby, jak wściekły pies. Na nic nie zasługiwała. Na nic poza śmiercią, która powinna dosięgnąć ją wcześniej, dokładnie tak, jak Zagubiony Obuwik.
Przyciskał kocicę tak długo, aż nie skończyła się szamotać. Aż nie znieruchomiała i nie zamknęła jedynego oka. Aż z jej pyska nie uciekło finalne, upragnione przez niego tchnienie.
Ferwor walki ponownie nastał wszędzie wokół niego. Koty tańczyły ze sobą jak w wyuczonym układzie. Raz jeden cios, unik, raz drugi cios, kolejny unik, powalenie, powstanie, atak, kontratak...
Nie był w stanie zabrać łap z klatki piersiowej Terpsychory. Dociskał ją jeszcze mocniej do gleby, choć wiedział, że niepotrzebnie. Kocica już nie żyła, nie czuła bólu, który przed chwilą jej sprawiał. Odesłał ją już na drugą stronę. Tam Gwiezdni mogli zadecydować o jej losie, wtrącić ją w odmęty Ciemnego Lasu i pozbawić jakiejkolwiek satysfakcji, którą miała ze swojej zdrady. Życzył jej stokrotnego cierpienia wojowników, którzy bronili teraz klanu za jej występek i stokrotnego cierpienia Obuwik mordowanej z rozkazu byłej przyjaciółki. Tak samo nie mógł oderwać wzroku. Wpatrywał się w opadnięte powieki, jakby miały się zaraz na powrót otworzyć, a jej zgnile zielone oko spojrzeć na niego z tym samym gniewem, który przepalał na wylot jej duszę. Dyszał ciężko, z każdym oddechem wyglądając, jakby miał wyrzucić z pyska garść wyzwisk, na które tak zasługiwała, a którymi jeszcze nie zdołał jej wystarczająco obdarzyć.
Nie przestawał. Nie mógł.