po zgromadzeniu [11.10.2025]
Judaszowcowa Gwiazda wparował do lecznicy w chwili, gdy dowiedział się o zajściu. Był przekonany, że tamten duch użarł jakąś nocniaczkę, a nie jednego z klifiaków! A gdy powiedziano mu, że ofiarą została sama Źródlana Łuna, och, kurzyło się za nim, kurzyło...
— Co się stało?! — zapytał, stając w progu i dobiegając do córki. Nad nią stała Ćmi Księżyc, nakładając jej opatrunek na ranne ucho. Odgryzione. Gdyby jeszcze byłaby to sprawa zębów wojownika obcego klanu, wiedziałby na kogo się złościć, lecz... Ducha? Cienistej zjawy znikąd, psiakrew?! Co to miało znaczyć? Dlaczego pojawiła się podczas świętej nocy, na zgromadzeniu? I z jakiego powodu ofiarą padła jego ukochana córka?!
— Nie wiem — miauknęła nieco płaczliwym głosem. — Naprawdę, siedziałam tylko, rozmawiałam z… Kolegą… I- Nie wiem, coś z góry… No — próbowała się wytłumaczyć, lecz cała sytuacja była na tyle kuriozalna, że nawet Judaszowcowa Gwiazda nie był w stanie jej pojąć bez względu na to, co by usłyszał.
— Jak? Gdzie? Kiedy!?! Psiakrew!!! — krzątał się, krążąc po lecznicy. Jego łapy drżały ze złości i frustracji. Między słowami chrząkał lub bełkotał jakieś niezrozumiałe przekleństwa do samego siebie. — Przecież to niemożliwe! Klan Gwiazdy chroni Bursztynową Wyspę, jakim cudem znalazł się na niej jakiś mroczny duch?! Po co mu to niby było?! Kto to widział, by klifiaków atakowały takie siły! Niewyobrażalne, istnie niewyobrażalne... — Ostatnie słowa wypowiedział już ciszej, wracając do głośnego myślenia w mamrocie.
Ćmi Księżyc przez cały ten czas siedziała obok w całkowitej ciszy, wbijając swój ślepy wzrok w sylwetkę rozsierdzonego wuja. Śledziła tylko oczami sylwetkę Judaszowcowej Gwiazdy, kręcąc głową z boku na bok, jakby naprawdę go widziała. Źródlana Łuna także milczała. Odpowiedzi na jego pytania po prostu nie istniały. A może po prostu nikt ich nie znał... Bądź nie chciał wyjawić swoich podejrzeń.
Przecież to było napiętnowanie godne zbrodniarza! — myślał sobie Judasz ze zmarszczonymi brwiami. Nie zdziwiłby się, gdyby takie paskudztwo dopadło kota pokroju Zielonego Wzgórza czy Terpsychory, ale jego CÓRKĘ? Tę wzorową, ambitną wojowniczkę, która wciąż szła przed siebie mimo niepowodzeń? Przecież była ideałem! Dlaczego cokolwiek miało na nią polować? Dlaczego, nawet jeśli, Klan Gwiazd jej przed tym nie chronił?
Chyba że...
...była taką cnotą, którą mroczne siły chciały mu skazić!
Ach tak! Przejrzał plany tych przebrzydłych kreatur z Bezgwiezdnej Ziemi! Chciały go dopaść, a skoro nie mogły dosięgnąć jego samego, to zadowoliły się jego biedną, bezbronną córką! Co za lisie łajna...
— Nie martw się, Źródlana Łuno. Ktoś jeszcze za to słono zapłaci! — obiecał, chrząknął coś jeszcze wściekle, obrócił się i wyszedł z lecznicy. Musiał ochłonąć, jeśli nie chciał, by rozsadziło go tam na miejscu. Ćmiemu Księżycowi nie było potrzebne ocucanie staruszka.
***
Doczekał się... Wnuków.
Co za dziwny przypadek.
Mirtek i Łuna byli już od dawna dorośli. To była tylko kwestia czasu, aż przynajmniej jedno z nich dojrzeje do założenia swojej własnej rodziny i będzie miało własne dzieci. Cykl życia. Cieszył się niezmiernie, że jego droga córka poszerzyła szeregi klanu o dwójkę kociąt, które w przyszłości zostaną oddanymi mu wojownikami. Nie mógł jednak powiedzieć, że nie było to niespodziewane...
Już nawet nie wspominając o niesmaku, który pojawił się na pysku Judaszowcowej Gwiazdy, gdy tylko dowiedział się o wyborze partnera przez Łunę. Królicza Prawda to, lekko mówiąc, nie był wojownik, którego on sam nazwałby godnego łapy jego córki. Zdrajca. Uciekinier. Nieodpowiedzialny i nieposłuszny mysi móżdżek. Nie powinien nawet stać obok idealnej Źródlanej Łuny, a bić się w pierś w nadziei, że jeszcze odzyska zaufanie klanu. Nowe, ładne imię to nie było wszystko. No ale jego córka była oddzielnym bytem, który myślał samodzielnie i mógł podejmować własne decyzje... Mógł się z nimi kłócić, ale co by to dało, skoro na miejscu pojawił się już owoc ich zapewne trwającego dłuższy czas w sekrecie związku. Pozostało tylko wzdychać w pewnym rozczarowaniu na widok tego kota, którego teraz mógł nazywać swoim zięciem. Cóż... Może Źródlana Łuna zobaczyła w nim coś, czego Judaszowcowa Gwiazda nie był w stanie... Choć ten naprawdę dokładnie się mu przyglądał...
Szczególniej oko lidera przykuwała rzadka barwa sierści Szronika i Strzępka. Urodziły się białe jak futro ich praciotki, Bożodrzewnego Kaprysu, i z biegiem wschodów słońca nabierały szarych kolorów. Nie było to coś niespotykanego. Zdarzały się takie koty. Ani Źródlana Łuna, ani jej chłoptaś jednak do nich nie należeli. Ona miała ciemnoszarą sierść z przejaśnieniami, on zupełnie odmienną, żywą, kremową. Natomiast ich kociaki były jaśniutkie, z charakterystycznymi przyciemniającymi się plamami na pysku, łapach i ogonie.
Zastanawiające.
Ostatnim kotem o takich cechach, jakiego Judaszowcowa Gwiazda znał, był zmarły przed wieloma księżycami Dzwonkowy Szmer, ich pradziadek. Nie mógł przestać o tym rozmyślać. Miałoby to perfekcyjny sens, mogły odziedziczyć po nim cechy, które do tej pory pozostawały ukryte. Gdzieś słyszał, że kociaki nieraz dziedziczą więcej wyglądu po swoich dziadkach aniżeli rodzicach. Tylko że... Dzwonkowy Szmer z oczywistych względów nie był prawdziwym ojcem swoich dzieci. Pikująca Jaskółka i Siewczy Letarg były jego przyszywanymi córkami.
Może był to jakiś znak? Dawny wojownik wracał do swojego klanu, może by ich przed czymś ostrzec, a może załatwić zatarg z przeszłego życia? Judaszowiec nie był pewien, co to mogło oznaczać, lecz wiedział, że nie był to zwykły przypadek. Ćmi Księżyc z pewnością mogła wejrzeć dokładniej w ten omen. Musiał z nią o tym porozmawiać.
Na razie jednak musiał sam dobrze poznać te kocięta. W końcu były jego wnukami. Odwiedzał je już kilkukrotnie, lecz głównie, gdy te spały lub były zbyt młode, by zrozumieć cokolwiek z ich interakcji. Teraz sam widział, jak te buszują wokół po obozowisku, poznając je i przygotowując się powoli do przyszłego wojowniczego życia. Z tej okazji zdecydował się wybrać na polowanie, pierwsze od dobrego szmatu czasu... Przywódca miał ważniejsze obowiązki niż regularne żywienie klanu. To zostawiał tym młodym, gibkim i zdeterminowanym wojownikom. Dawno zrozumiał, że jego kości nie były już tak giętkie, jak kilkadziesiąt księżyców temu. Polowania były cięższe i wisiała nad nimi niemożliwa do zdjęcia klątwa niepowodzeń, których Judaszowiec nienawidził. Wolał nie polować wcale, niż wyjść na łowy i wrócić z pustymi łapami. Niepotrzebnie zmarnowałby czas i przekonałby się jeszcze dogłębniej, jak stary i niedołężny się stawał. Nie... To nie na jego nerwy.
Kocięta, na które spadnie kiedyś jego dziedzictwo, zasługiwały na dobry podarek od swojego dziadka. Judaszowcowa Gwiazda wytrwale szukał dobrej zdobyczy, aż w końcu udało mu się złapać coś godnego – rybitwę. Musiała to być jedna z ostatnich, jeśli nie ostatnia, sztuka, która jeszcze nie odleciała na porę nagich drzew. Cudowna zdobycz. Choć wymagała od niego sporo wysiłku, w końcu bezwładnie opadła w jego szczękach. Zdyszany, zmęczony, ale szczęśliwy Judaszowcowa Gwiazda wrócił do obozu i natychmiast skierował się w kierunku żłobka.
— Witaj, Źródlana Łuno — miauknął już w progu i wszedł do środka jaskini, mijając Postrzępiony Mróz, jakby ta była powietrzem. — Przyniosłem ci i twoim kociętom dobry posiłek. Muszą w końcu jeść, by wyrosnąć na porządnych wojowników, prawda? — Położył przed karmicielką swoją zdobycz.
<Źródlana Łuno?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz