Zgromadzenie
Stał w miejscu, podziwiając otaczające go koty, gdy nagle jeden z nich przypadkowo na niego wpadł.
— Oj... przepraszam najmocniej — mruknął niezręcznie obcy.
Osetek odwrócił się, a wtedy dostrzegł przed sobą kocura o futrze białym jak śnieg, z czerwonymi ślepiami. Przez moment zapatrzył się w nie – jeszcze nigdy takich nie widział.
— Nic nie szkodzi… — odparł w końcu.
Gdy kocur miał już odchodzić, Osetek mruknął za nim:
— Hej! Tak się zastanawiam… Nie chcesz mi opowiedzieć co nieco o tym waszym… Klanie Gniazda, czy jak to się nazywało… — zapytał nieco zakłopotany.
Sam nigdy nie przekonał się w pełni do tej całej Wszechmatki; może wiara tych klanowych kotów będzie mu bardziej odpowiadać?
Nieznajomy zaniemówił na moment, odwracając wzrok w bok.
— Co... konkretnie chciałbyś wiedzieć?
Osetek zastanowił się na moment. A o czym właściwie mógł wiedzieć? Ten Klan Gniazda był mu kompletnie obcy, nie licząc tego, że kiedyś o nim od kogoś usłyszał. Od kogo? Tego już nie pamiętał.
— Nie wiem… Jakieś podstawy. Wiesz, jestem z Owocowego Lasu, tam wierzymy we Wszechmatkę. To znaczy, większość w nią wierzy, ale… nie ma na to presji, rozumiesz? — wyjaśnił, odwracając wzrok od białego kocura. — U nas powiadają, że po śmierci zmieniamy się w ptaki… Czy coś takiego. A u was? Jak to wygląda?
Białofutry wziął głęboki wdech.
— Cóż, u nas zmarli zamieszkują Srebrną Skórkę — odpowiedział. — Zmarli czasem mogą nas odwiedzać i pomagać w potrzebie. Klan Gwiazd zabrania medykom posiadania potomstwa, ponoć strzela w nich piorunami, kiedy złamią tę zasadę.
Srebrna Skórka? Z początku brzmiało to całkiem ciekawie, ale gdy usłyszał o piorunie… nieco się zdziwił. Zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany.
— Och… u nas uzdrowiciele i zielarze mogą mieć kocięta, Wszechmatka nie widzi w tym żadnego problemu — oznajmił zakłopotany. — W takim razie ten Klan… Gwiazd… brzmi chyba dość okrutnie, co nie? — zaczął się zastanawiać. — Dlaczego miałby chcieć zabić wierzącego kota?
Ta ich wiara wydawała mu się zaskakująco brutalna.
Czerwonooki uniósł brew, po czym od razu przymknął lekko oczy.
— Och, to bardzo proste — odparł. — Ponieważ Klan Gwiazd nie toleruje głupców.
Czarnofutry zmrużył delikatnie ślepia.
— Głupców? — powtórzył. — Więc mówisz o kotach zakochanych, chcących założyć rodzinę, czy raczej o takich, które złamały jakieś… zasady? — zapytał, unosząc jedną brew.
Nagle, zanim jeszcze kocur zdążył odpowiedzieć, zielonooki wtrącił:
— Och! Przypomniało mi się, że się nie przedstawiłem — miauknął, uśmiechając się nerwowo. — Jestem Osetek. A ty?
— Zakochane koty nie powinny zostawać medykami. Nie mogą w pełni skupić się na leczeniu potrzebujących — wtrącił białofutry kocur. — Rodzina dla nich to zwykły ciężar. Klan Gwiazd to wie i dlatego każe tych, którzy łamią jego święty kodeks.
Potem spojrzał na kota, który chwilę wcześniej mu się przedstawił. Usiadł, owinął ogon wokół łap i postanowił zrobić to samo.
— Ja jestem Biała Łapa.
Osetek chciałby nie kłócić się z obcym mu kotem, ale jego poglądy trochę go irytowały.
— Kto tak powiedział? Czy ty w ogóle byłeś kiedyś zakochany, żeby móc twierdzić, że miłość kompletnie mąci ci w głowie? Niby czym różni się zakochany uzdrowiciel od zakochanego wojownika? — fuknął. — Poza tym nie bez powodu jest kilkoro kotów, które zajmują się chorymi. Chyba że u was jest jakoś inaczej — dodał, przekręcając delikatnie głowę. — Nie wiem, ja uważam, że każdy zasługuje na miłość. To dziwne, odbierać komuś możliwość posiadania drugiej połówki — stwierdził, wzruszając ramionami. — U nas uzdrowiciele i zielarze mogą mieć partnerów i kocięta i wszystko działa tak, jak powinno. I żaden kot nie umiera tylko dlatego, że, broń “Klan Gwiazd”, zaczął żywić do kogoś “niewłaściwe” uczucie — podsumował, na co Biała Łapa pokręcił głową z westchnieniem.
— Nie muszę być zakochany, by wierzyć w słuszność Klanu Gwiazdy — odpowiedział. — A u nas jest świetnie. Poza tym coś was mało było na poprzednich zgromadzeniach — odparł arogancko. — Aby na pewno sobie radzicie?
Zielonooki zacisnął zęby.
— Słuchaj… u nas wybuchła epidemia, ale już jest pod kontrolą — prychnął, a ogon podrygiwał mu nerwowo. — To nie ma nic do rzeczy; równie dobrze mogło przytrafić się i wam. Albo mogła nadejść powódź, albo wiatr tak silny, że łamałby gałęzie.
Czemu te klanowe koty były tak ślepo zapatrzone w ten Klan Gwiazd? Zaśmiał się pod nosem.
— Pewnie uznalibyście, że to ten wasz “wcale nie okrutny” Klan Gwiazd was kara, co? — zakpił. Może mówiłby dalej, gdyby nie fakt, że uwaga wszystkich kotów na wyspie nagle została skierowana w stronę przywódcy Klanu Wilka.
— Może dopadła was epidemia, bo wierzycie w jakąś Wszechmatkę — burknął Biała Łapa. Westchnął ciężko na słowa Osetka. — Pewnie tak. Często koty uciekające przed prawdą wolą wierzyć w to, że Przodkowie ich osądzają — odparł smętnie. — Mnie to wkurza. Banda nieudaczników. Jeszcze nazywają mnie darem od Klanu Gwiazd, bo mam to paskudne choróbsko.
Osetek szybko porzucił wysłuchiwanie ogłoszenia Nikłej Gwiazdy.
— Oj... przepraszam najmocniej — mruknął niezręcznie obcy.
Osetek odwrócił się, a wtedy dostrzegł przed sobą kocura o futrze białym jak śnieg, z czerwonymi ślepiami. Przez moment zapatrzył się w nie – jeszcze nigdy takich nie widział.
— Nic nie szkodzi… — odparł w końcu.
Gdy kocur miał już odchodzić, Osetek mruknął za nim:
— Hej! Tak się zastanawiam… Nie chcesz mi opowiedzieć co nieco o tym waszym… Klanie Gniazda, czy jak to się nazywało… — zapytał nieco zakłopotany.
Sam nigdy nie przekonał się w pełni do tej całej Wszechmatki; może wiara tych klanowych kotów będzie mu bardziej odpowiadać?
Nieznajomy zaniemówił na moment, odwracając wzrok w bok.
— Co... konkretnie chciałbyś wiedzieć?
Osetek zastanowił się na moment. A o czym właściwie mógł wiedzieć? Ten Klan Gniazda był mu kompletnie obcy, nie licząc tego, że kiedyś o nim od kogoś usłyszał. Od kogo? Tego już nie pamiętał.
— Nie wiem… Jakieś podstawy. Wiesz, jestem z Owocowego Lasu, tam wierzymy we Wszechmatkę. To znaczy, większość w nią wierzy, ale… nie ma na to presji, rozumiesz? — wyjaśnił, odwracając wzrok od białego kocura. — U nas powiadają, że po śmierci zmieniamy się w ptaki… Czy coś takiego. A u was? Jak to wygląda?
Białofutry wziął głęboki wdech.
— Cóż, u nas zmarli zamieszkują Srebrną Skórkę — odpowiedział. — Zmarli czasem mogą nas odwiedzać i pomagać w potrzebie. Klan Gwiazd zabrania medykom posiadania potomstwa, ponoć strzela w nich piorunami, kiedy złamią tę zasadę.
Srebrna Skórka? Z początku brzmiało to całkiem ciekawie, ale gdy usłyszał o piorunie… nieco się zdziwił. Zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany.
— Och… u nas uzdrowiciele i zielarze mogą mieć kocięta, Wszechmatka nie widzi w tym żadnego problemu — oznajmił zakłopotany. — W takim razie ten Klan… Gwiazd… brzmi chyba dość okrutnie, co nie? — zaczął się zastanawiać. — Dlaczego miałby chcieć zabić wierzącego kota?
Ta ich wiara wydawała mu się zaskakująco brutalna.
Czerwonooki uniósł brew, po czym od razu przymknął lekko oczy.
— Och, to bardzo proste — odparł. — Ponieważ Klan Gwiazd nie toleruje głupców.
Czarnofutry zmrużył delikatnie ślepia.
— Głupców? — powtórzył. — Więc mówisz o kotach zakochanych, chcących założyć rodzinę, czy raczej o takich, które złamały jakieś… zasady? — zapytał, unosząc jedną brew.
Nagle, zanim jeszcze kocur zdążył odpowiedzieć, zielonooki wtrącił:
— Och! Przypomniało mi się, że się nie przedstawiłem — miauknął, uśmiechając się nerwowo. — Jestem Osetek. A ty?
— Zakochane koty nie powinny zostawać medykami. Nie mogą w pełni skupić się na leczeniu potrzebujących — wtrącił białofutry kocur. — Rodzina dla nich to zwykły ciężar. Klan Gwiazd to wie i dlatego każe tych, którzy łamią jego święty kodeks.
Potem spojrzał na kota, który chwilę wcześniej mu się przedstawił. Usiadł, owinął ogon wokół łap i postanowił zrobić to samo.
— Ja jestem Biała Łapa.
Osetek chciałby nie kłócić się z obcym mu kotem, ale jego poglądy trochę go irytowały.
— Kto tak powiedział? Czy ty w ogóle byłeś kiedyś zakochany, żeby móc twierdzić, że miłość kompletnie mąci ci w głowie? Niby czym różni się zakochany uzdrowiciel od zakochanego wojownika? — fuknął. — Poza tym nie bez powodu jest kilkoro kotów, które zajmują się chorymi. Chyba że u was jest jakoś inaczej — dodał, przekręcając delikatnie głowę. — Nie wiem, ja uważam, że każdy zasługuje na miłość. To dziwne, odbierać komuś możliwość posiadania drugiej połówki — stwierdził, wzruszając ramionami. — U nas uzdrowiciele i zielarze mogą mieć partnerów i kocięta i wszystko działa tak, jak powinno. I żaden kot nie umiera tylko dlatego, że, broń “Klan Gwiazd”, zaczął żywić do kogoś “niewłaściwe” uczucie — podsumował, na co Biała Łapa pokręcił głową z westchnieniem.
— Nie muszę być zakochany, by wierzyć w słuszność Klanu Gwiazdy — odpowiedział. — A u nas jest świetnie. Poza tym coś was mało było na poprzednich zgromadzeniach — odparł arogancko. — Aby na pewno sobie radzicie?
Zielonooki zacisnął zęby.
— Słuchaj… u nas wybuchła epidemia, ale już jest pod kontrolą — prychnął, a ogon podrygiwał mu nerwowo. — To nie ma nic do rzeczy; równie dobrze mogło przytrafić się i wam. Albo mogła nadejść powódź, albo wiatr tak silny, że łamałby gałęzie.
Czemu te klanowe koty były tak ślepo zapatrzone w ten Klan Gwiazd? Zaśmiał się pod nosem.
— Pewnie uznalibyście, że to ten wasz “wcale nie okrutny” Klan Gwiazd was kara, co? — zakpił. Może mówiłby dalej, gdyby nie fakt, że uwaga wszystkich kotów na wyspie nagle została skierowana w stronę przywódcy Klanu Wilka.
— Może dopadła was epidemia, bo wierzycie w jakąś Wszechmatkę — burknął Biała Łapa. Westchnął ciężko na słowa Osetka. — Pewnie tak. Często koty uciekające przed prawdą wolą wierzyć w to, że Przodkowie ich osądzają — odparł smętnie. — Mnie to wkurza. Banda nieudaczników. Jeszcze nazywają mnie darem od Klanu Gwiazd, bo mam to paskudne choróbsko.
Osetek szybko porzucił wysłuchiwanie ogłoszenia Nikłej Gwiazdy.
“Co za hipokryta” – pomyślał, gdy przypomniały mu się słowa Białej Łapy.
— Nie dziwię się, że nazywają cię darem od Klanu Gwiazdy. Jesteś na tyle tępy, że tylko ktoś na równym poziomie mógłby cię stwo-
Osetek zamilkł, czując, że powiedział za dużo. Nie… takie obrażanie innych kotów nie leżało w jego naturze. Och, do czego ten Burzak go doprowadzał!
Biały zaniemówił. Kompletnie go zatkało.
— Jaki jestem? Tępy? — warknął niskim głosem, wstając. — Stąpasz po cienkim lodzie, ale czego mógłbym się spodziewać po kocie twojego pokroju. Kompletna ciemnota.
Jego czerwone oczy błysnęły niebezpiecznie.
Po wyrazie pyska Osetka można było stwierdzić, że wciąż jest rozgniewany, choć w tym momencie wyraźnie rozmyślał nad wszystkimi decyzjami życiowymi, które doprowadziły go do tego momentu.
— Tak, dzikusie. Jeszcze mnie zaatakuj, przynajmniej będzie na ciebie — odparł w końcu znudzonym tonem.
Wracając ze zgromadzenia, Osetek czuł się dumny z siebie, że udało mu się tak zagiąć tego Burzaka. Pod koniec ich rozmowy Białej Łapie dosłownie odebrało mowę; jakby Osetek swoimi ciętymi słowami właśnie odciął mu język. Nie wierzył, że kiedykolwiek uda mu się tak sprawnie postawić innemu kotu. Zazwyczaj przed Ziemniakiem płaszczył się, podkulał ogon. Dziś jednak przeszedł samego siebie.
Podszedł do Wiciokrzewu, by pochwalić mu się swoim osiągnięciem.
— Hej — mruknął, zaczepiając liliowego. Ten wzdrygnął się wpierw, jakby nie spodziewał się tego najścia. — Jak ci minęło zgromadzenie?
Uzdrowiciel na moment umilkł, po czym odparł:
— Nu-nudno. Nic się nie wy-wydarzyło.
Uczeń otworzył szerzej oczy, zdziwiony.
— Naprawdę? Z nikim nie rozmawiałeś? — zapytał, na co Wiciokrzew skinął głową. — No nic, może na następnym zgromadzeniu spotkasz kogoś fajnego — stwierdził pewnie, uśmiechając się. — A ja za to pokonałem Burzaka w rozmowie! Wiedziałeś, że w klanach wierzą w jakiś Klan Gwiazd? Podobno strzela on piorunami w medyków, którzy doczekają się kociąt… — burknął oburzony, na co jego mentor westchnął.
— Tak, sły-słyszałem, że w kla-klanach mają dużo o-ograniczeń… To straszne — miauknął zmartwiony. I słusznie. Tak nie powinno traktować się kotów, które jedyne czego pragnęły, to miłości!
Osetek zamilkł, czując, że powiedział za dużo. Nie… takie obrażanie innych kotów nie leżało w jego naturze. Och, do czego ten Burzak go doprowadzał!
Biały zaniemówił. Kompletnie go zatkało.
— Jaki jestem? Tępy? — warknął niskim głosem, wstając. — Stąpasz po cienkim lodzie, ale czego mógłbym się spodziewać po kocie twojego pokroju. Kompletna ciemnota.
Jego czerwone oczy błysnęły niebezpiecznie.
Po wyrazie pyska Osetka można było stwierdzić, że wciąż jest rozgniewany, choć w tym momencie wyraźnie rozmyślał nad wszystkimi decyzjami życiowymi, które doprowadziły go do tego momentu.
— Tak, dzikusie. Jeszcze mnie zaatakuj, przynajmniej będzie na ciebie — odparł w końcu znudzonym tonem.
* * *
Podszedł do Wiciokrzewu, by pochwalić mu się swoim osiągnięciem.
— Hej — mruknął, zaczepiając liliowego. Ten wzdrygnął się wpierw, jakby nie spodziewał się tego najścia. — Jak ci minęło zgromadzenie?
Uzdrowiciel na moment umilkł, po czym odparł:
— Nu-nudno. Nic się nie wy-wydarzyło.
Uczeń otworzył szerzej oczy, zdziwiony.
— Naprawdę? Z nikim nie rozmawiałeś? — zapytał, na co Wiciokrzew skinął głową. — No nic, może na następnym zgromadzeniu spotkasz kogoś fajnego — stwierdził pewnie, uśmiechając się. — A ja za to pokonałem Burzaka w rozmowie! Wiedziałeś, że w klanach wierzą w jakiś Klan Gwiazd? Podobno strzela on piorunami w medyków, którzy doczekają się kociąt… — burknął oburzony, na co jego mentor westchnął.
— Tak, sły-słyszałem, że w kla-klanach mają dużo o-ograniczeń… To straszne — miauknął zmartwiony. I słusznie. Tak nie powinno traktować się kotów, które jedyne czego pragnęły, to miłości!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz