Może gdyby tego nie zrobiła, Nadciągający Pomrok mogłaby zostać zmanipulowana do dołączenia do uciekinierów? A może byłby to Cienista Łapa? Ognikowa Słota? Mogła ich niedawno stracić – gdyby nie jej niezawodne instynkty.
Czuła jednak, że wciąż robią za mało wobec tej ucieczki. Nikła Gwiazda powinien wprowadzić więcej ograniczeń, więcej kar, więcej… wszystkiego, co złe. Śmierć zdrajcom!
Szylkretowa wojowniczka postanowiła więc wziąć sprawy w swoje łapy – bo skoro inni nie chcą pracować, musi zrobić to ktoś inny. A ona nadawała się do tego najlepiej. W końcu komu ufała bardziej niż samej sobie? Właśnie, nikomu.
Dlatego wyznaczyła siebie do przesłuchania kilku kotów z Klanu Wilka, które mogły wiedzieć coś więcej o ucieczce. Na przykład Brukselkowa Zadra. Ona na pewno musiała coś wiedzieć – bardzo dużo, zważywszy na to, wokół ilu kotów, które uciekły, się kręciła. Tylko dlaczego sama nie uciekła? Z klanu odszedł jej syn, jej… zresztą, nieważne. Jedno było pewne – jej grono znajomych znacznie się zmniejszyło, odkąd z Klanu Wilka zniknęła ta zaraza.
Zalotna Krasopani uznała, że najwyższy czas skonfrontować tę kotkę. A właściwie nie tylko ją – Gwiazdnicowy Blask i Wrotyczowa Szrama również zasługiwali na przesłuchanie. A już szczególnie ta druga – czy to nie sam Kosaćcowa Grzywa wspominał, że liliowa kotka otrzymała znaki od Klanu Gwiazdy? Czy mówił wtedy prawdę? A może kłamał, jak robił to już nieraz? I czy teraz, skoro uciekł, można było jeszcze ufać jego słowom? Może powinna przekonać się o tym sama.
Bez zawahania zakręciła się przy Wrotyczowej Szramie, akurat gdy ta wychodziła z obozu. Właściwie… dlaczego wychodziła? Czyżby zamierzała z kimś spiskować? Czy tamci zdrajcy nie odebrali już Klanowi Wilka zbyt wiele? Im nigdy nic nie wystarczało. Spokojni byliby dopiero wtedy, gdyby Klan Wilka upadł. Z takim podejściem sami nie byli lepsi, choć zapewne podawali się za “przebudzonych”, którzy wyrwali się z więzów kultu czczącego Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd.
— Wrotyczowa Szramo! — mruknęła twardo do liliowej, nawet nie kwapiąc się na porządne słowa przywitania.
Młodsza od niej wojowniczka natychmiast zamarła, lekko jeżąc futro na karku. Jej oczy wyrażały strach; wyglądała jak kocię, które tylko czeka na to, aż zostanie skarcone. To jeszcze bardziej wzbudziło podejrzenia szylkretki.
— Chodź za mną.
Jej ton nie pozostawiał miejsca na sprzeciw ani jakiekolwiek wątpliwości, dlatego dymna zwyczajnie skinęła głową na znak zgody. Już wkrótce Zalotka usłyszała tupot jej łap tuż za sobą – to dobry znak. Przynajmniej nie będzie musiała użerać się z upartym kotem.
Kapłanka zaprowadziła ją aż do Ciernistego Drzewa; wyglądało na to, że celowo wybrała miejsce, w którym zdawały się krążyć duchy Mrocznych Przodków. Jakby chciała wywrzeć na Wrotyczowej Szramie wrażenie, że każde jej kłamstwo zostanie usłyszane przez wszechwiedzące zjawy, które zaraz mogłyby wszystko przekazać Zalotce.
Starsza stanęła na tle powykręcanego drzewa, a jej ogon poruszał się niespokojnie na boki. Liliowa była delikatnie zgarbiona i unikała spojrzenia kapłanki.
— Pewnie zastanawiasz się, dlaczego cię tu przyprowadziłam… — zaczęła Zalotka, robiąc krok w stronę dymnej.
Ta zamrugała kilkakrotnie, lecz nie miała odwagi przerwać szylkretowej.
— To nic wielkiego. Zależy mi tylko na prawdzie — kontynuowała, mrużąc delikatnie ślepia, by sprawić wrażenie groźniejszej. — Mam nadzieję, że będziesz współpracować. Może dzięki posłuszności uda ci się uniknąć… pewnych przykrości.
Wrotyczowa Szrama przełknęła ślinę. Wciąż nie odezwała się ani słowem.
— Chcę tylko wiedzieć, co ty… wiesz o tej całej ucieczce. Ostatnio jest o niej dosyć głośno, w końcu to spore… wydarzenie. Nie żebym miała wobec ciebie jakieś zarzuty… — przerwała na moment, mierząc Wrotyczową Szramę morderczym wzrokiem. — To tylko formalność, rozumiesz? Jako jeden z zaufanych kotów Nikłej Gwiazdy pozwalam sobie na przeprowadzenie przesłuchań — dokończyła, a na jej licach rozciągnął się szyderczy uśmiech.
Liliowa przez jakiś czas milczała. W uszach Zalotki odbijał się jedynie szum wiatru i odległy ćwierkot ptaków, co nieco ją uspokajało. W przeciwnym razie zapewne już domagałaby się odpowiedzi. Teraz była jednak w stanie poczekać, aż dymna zbierze myśli.
— Ja… n-nic nie wiem o ucieczce — rzuciła w końcu, lecz bez przekonania. Jakby była to wyuczona odpowiedź, a nie szczera.
Szylkretka natychmiast zmarszczyła brwi, na co Wrotycz delikatnie drgnęła.
— Naprawdę! Nie powiedzieli mi nic o niej… Ja… nic nie wiem, o niczym nie słyszałam… — kontynuowała; w jej głosie brzmiała nutka desperacji.
Brązowooka prychnęła.
— Nie wierzę ci! Nie wierzę, że nie wiesz nic o całym tym zajściu! — warknęła, zaczynając zataczać kręgi wokół kotki. — Radziłabym ci wyśpiewać całą prawdę, albo… — urwała, po czym jej pysk rozjaśnił uśmiech — powiem wszystkim, że dostałaś znaki od Klanu Gwiazdy, gdy byłaś młodsza.
Wrotyczowa Szrama momentalnie zesztywniała; gdyby mogła, najpewniej zalałaby się teraz zimnym potem.
— Skąd to wiesz…!? — wydukała z niedowierzaniem, patrząc na Zalotkę jak na jasnowidzkę.
— Och… jak się okazuje, jeden z was nie był taki święty, za jakiego się podaje. Kosaćcowa Grzywa o wszystkim mi powiedział… — mruknęła cicho; jej głos niemal wtapiał się w świst wiatru. — Jeśli jednak zdradzisz mi choć jedną rzecz na temat ucieczki, jestem w stanie zachować tę informację w tajemnicy – tak jak robiłam to przez kilka księżyców — wyjaśniła spokojnie.
Wrotyczowa Szrama zamyśliła się na moment, po czym wyrzuciła z siebie nerwowo:
— A-ale… ja przysięgam, że o niczym nie wiem! Brukselkowa Zadra powiedziała mi tylko, że zamierzają uciec, ale ja-
Zapadła cisza.
Zalotka uznała, że nie było to wiele, lecz zawsze stanowiło dodatkową poszlakę w śledztwie, które zamierzała przeprowadzić. Postanowiła naciskać dalej.
— Ale ty… co?
Wojowniczka wzięła głęboki, drżący oddech. Przez chwilę w jej oczach majaczyło jeszcze zwątpienie, lecz potem zostało zastąpione czymś na kształt: “Trudno. I tak nie mam już nic do stracenia.”
— Ja nie chciałam stąd odchodzić. Za dużo straciłam… za dużo… oddałam, by znów uciekać z Klanu Wilka. Nie zawsze żyło mi się tu kolorowo, ale to wciąż mój dom… Proszę, nie mów Nikłej Gwieździe o tym, że miałam jakikolwiek związek z Klanem Gwiazdy! Zależy mi na tym miejscu i… zrobię wszystko, by tu pozostać… — wymamrotała, podnosząc na Zalotkę wzrok pełen smutku i bólu.
Kapłanka instynktownie odwróciła od niej głowę, by nie dać się zmanipulować jej słodkimi oczami.
— Proszę też, byś… nie robiła nic Brukselkowej Zadrze, dobrze? Na niej też mi z-zależy… — dodała ciężko.
W tym momencie do głowy Zalotnej Krasopani wślizgnęła się myśl wręcz nieboska. Tak nieodpowiednia, że na moment jej żołądek ścisnął się od natłoku emocji.
Mogła oszczędzić Wrotyczową Szramę. Mogła dać spokój Brukselkowej Zadrze. Ale pewien kot nie wyjdzie z tego cało.
— Jasne… masz moje słowo. Brukselkowej Zadrze ani tobie nic się nie stanie — rzuciła lekko, z łagodnością, jakiej Wrotycz jeszcze u niej nie słyszała.
Liliowa odetchnęła z ulgą. Gdyby jednak wiedziała, jaki plan właśnie narodził się w głowie Zalotnej Krasopani… nie byłaby taka wdzięczna.
* * *
Pierwszym krokiem jej planu było upolowanie zwierzyny. Musiała być całkiem tłuściutka, by zasadzka nie wyglądała zbyt oczywiście. Z tego powodu Zalotna Krasopani udała się na samotny spacer po wilczackim lesie, poszukując idealnej ofiary. Stąpała między drzewami i krzewami, z czujnie nastawionymi uszami i wyostrzonym wzrokiem. Nos miała przyciśnięty do ziemi, próbując wytropić zapach, który by ją zainteresował. Niestety przez większość czasu wyczuwała jedynie niewielkie stworzonka – myszy, drobne ptaki. Nic z tego jej jednak nie satysfakcjonowało, a robiło się coraz później.W końcu, poddając się, przystanęła na ryjówce. Szybko ją odnalazła i w mgnieniu oka upolowała. Małe stworzonko zwisało marnie z jej pyska – Zalotka wcale nie była z niego zadowolona. Piszczek ryjówki był wąski, co sprawiło, że szylkretka zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle uda jej się wcisnąć do niego jagody.
Po kolejnej, dłuższej wędrówce po lesie wojowniczce w końcu udało się znaleźć krzak porośnięty wilczymi jagodami. Smuga światła, która go oświetlała, sprawiała wrażenie… znaku. Jakby samo Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, zachęcało ją do zerwania kilku jagód i do morderstwa Kwitnącego Kalafiora.
Zalotna Krasopani podeszła ostrożnie do krzaku. Jej łapy delikatnie drżały, lecz kotka zacisnęła szczękę i starała się to zignorować. Bardzo ostrożnie zerwała kilka jagód – wystarczająco dużo, by mieć pewność, że taka ilość bez wątpliwości zabije białą starszą. Następnie podeszła z nimi do ryjówki i pazurem rozwarła jej pyszczek.
Była tak blisko… a jednak za każdym razem, gdy próbowała wsunąć jagody do pyska ryjówki, jej łapa drżała, a cały zbiór wilczych jagód wypadał na ziemię. Zalotna Krasopani szybko straciła cierpliwość; bez wahania chwyciła ryjówkę w pysk i cisnęła nią gdzieś w krzewy, zirytowana. Same jagody podsunęła pod krzak, tak by sprawiały wrażenie, jakby same tam upadły. Końcówka jej ogona podrygiwała ze złości, a myśli coraz trudniej było jej uporządkować. Powinna już wracać.
* * *
Zalotna Krasopani wparowała do legowiska wojowników, od razu przenosząc spojrzenie na Ognikową Słotę i Nadciągający Pomrok, które leżały na posłaniach niedaleko siebie. Obie kotki uniosły głowy, również wlepiając wzrok w Zalotkę. Przez moment wszyscy milczeli, dopóki szylkretka się nie odezwała:— Idziemy — oznajmiła krótko i, nie dając im czasu na jakikolwiek sprzeciw, odwróciła się, robiąc krok w stronę wyjścia z legowiska.
Jej wierne córki w mig zebrały się z legowisk, zaciekawione tym, co matka ma im do przekazania. Skoro była w takim pośpiechu, a jej pysk wyrażał jedynie czyste skupienie, musiało chodzić o coś ważnego. I kotki wcale się nie myliły. Zalotna Krasopani właśnie teraz – w tej chwili – zamierzała przedstawić im cały plan dotyczący morderstwa Kwitnącego Kalafiora. Choć pierwotnie miała wykonać go własnołapnie, po tamtej porażce zadecydowała, że wysłuży się swoimi małymi klonami. Pozwoli im to również udowodnić swoje oddanie matce, Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd, Klanowi Wilka…
Kapłanka zamierzała przedstawić ten czyn jako coś szlachetnego. Coś koniecznego. Coś… odpowiedniego. Nie ma w końcu nic piękniejszego niż wyrządzenie własnej matce drobnej przysługi.
Postanowiła udać się gdzieś daleko – tam, gdzie z całą pewnością nie podsłuchają jej żadne ciekawskie uszy. No, może poza tymi należącymi do jej córek. One były wręcz zobowiązane do słuchania; ktokolwiek inny powinien trzymać się z dala od planów Zalotki.
Szylkretka wiedziała, że Nikła Gwiazda zapewne nie nakazałby ukarać ani kapłanki, ani jej córek, gdyby dowiedział się, że planują morderstwo Kwitnącego Kalafiora. W końcu robiły to w słusznej sprawie – chciały zemścić się na zdrajcach. A przynajmniej, na razie, chciała tego tylko Zalotka, lecz z całego serca wierzyła, że jej córki pójdą w jej ślady. Może gdyby bury nie był już taki stary i niedołężny, sam wziąłby się za oczyszczanie Klanu Wilka z dodatkowych ciężarów… Gdyby wyrzucić, zabić, cokolwiek, wszystkie stare, chore i nielojalne koty, może wreszcie Zalotka miałaby czym oddychać. Bo teraz czuła się osaczona ze wszystkich stron przez zdrajców i pasożyty, które nie wnosiły nic do klanu, a jedynie z niego czerpały.
Łapy Zalotnej Krasopani zaprowadziły ją w okolice Opuszczonego Obozowiska. Las był tu gęsty, krzewy rozłożyste, a cienia i prywatności nie brakowało. Poza tym nikt nie zapuszczał się w te tereny na co dzień – w końcu były dość oddalone od obozu. Komu chciałoby się chodzić tak daleko na samotne spacery? Albo patrolować tę część terytorium? Mogło się wydawać, że żaden kot nie postawił tu łapy od księżyców – co oczywiście było nieprawdą.
Choć Zalotka nie miała o tym pojęcia, właśnie tutaj, niedaleko, odbyło się spotkanie, na którym ustalono szczegóły ucieczki. Czy gdyby w przeszłości przychodziła tu częściej, udałoby jej się nakryć zdrajców? Może dałoby się dowiedzieć o całej tej akcji, zanim doszła do skutku? To byłby dzień nadzwyczaj piękny. Wypełniony krzykami, wrzaskami… Każdy kot musiałby patrzeć, jak każdy plugawy kleszcz wmieszany w ten zdradziecki plan zostaje zabity. Bezwzględnie pozbawiony życia. Tak, jak nieraz już działo się to w Klanie Wilka. Pokrzywowy Wąs był doskonałym tego przykładem. Wojownicy Klanu Wilka nie cofnęliby się przed wymierzeniem sprawiedliwości kilku gagatkom.
Gdy brązowooka uznała, że znajdują się w odpowiednim miejscu, zatrzymała się gwałtownie i rozejrzała dookoła. Napotkała spojrzenia swoich córek, które napawiły ją nadzieją. Cieszyła się na myśl, że już za chwilę przedstawi im swój niecny plan. Swój sposób na zemstę. Na odwet.
Ruchem ogona rozkazała szylkretkom, by usiadły. Gdy spełniły polecenie, zaczęła:
— Nie codziennie zabieram was ze sobą poza obóz. Dziś jednak uznałam, że to konieczne. Właściwie… doszłam do wniosku, że taka rozmowa w prywatności była potrzebna już kilka wschodów słońca temu. Dopiero teraz jednak poukładałam wszystko w głowie tak, by móc jak najjaśniej wam to przekazać — wyjaśniła, uśmiechając się delikatnie pod nosem.
Język swędział ją, by mówić szybciej i więcej, lecz jednocześnie starała się zachować spokój. Zależało jej, by w oczach córek pozostać tajemniczym i stabilnym autorytetem.
— Pewnie znacie Brukselkową Zadrę. I wiecie też, że dogadywała się z Kosaćcową Grzywą, Jarzębinowym Żarem, Mglistym Snem i… innymi kotami, o których na samą myśl robi mi się niedobrze — westchnęła gorzko, po czym skierowała wzrok na Ognikową Słotę. — Jednym z nich był też Porywisty Dąb — wtrąciła z obrzydzeniem, spoglądając na wojowniczkę z wyraźnym zawodem. — On jednak nie jest teraz istotny. Skupiam się przede wszystkim na Brukselce i tej jej koleżance, Wrotyczowej Szramie. One obie wiedziały, że ma dojść do ucieczki… Wiedziały, nie zamierzały uciekać, a mimo to zachowały wszystko w tajemnicy!
Splunęła z obrzydzeniem na ziemię, po czym wymamrotała:
— A pomyśleć, że moglibyśmy uniknąć tej tragedii, gdyby tylko te dwie kotki zostały w porę ustawione do pionu…
Przez moment kapłanka milczała, jakby czekała, aż córki coś wtrącą. Te jednak siedziały w ciszy, z uszami czujnie postawionymi na sztorc.
— Nikła Gwiazda nie zamierza nic z nimi zrobić. Jest po prostu zbyt słaby. Dlatego uznałam, że muszę wziąć sprawy w swoje łapy. Doszłam do wniosku, że Brukselka i Wrotycz zasługują na karę. I wiecie, co postanowiłam? — przerwała, spoglądając to na Słotę, to na Pomrok. — Że najlepiej będzie, jeśli pozbędziemy się Kwitnącego Kalafiora. Jest słaba, schorowana, a do tego ważna dla naszych grzeszników… — zakpiła, unosząc delikatnie brodę. — To zaszczyt, że powierzam wam tak istotną misję. Wszystkim prawowitym Wilczakom będzie się żyło lepiej bez zdradzieckiego pyska do wykarmienia. To wy możecie sprawić, że waszym rówieśnikom i pobratymcom będzie żyło się o niebo lepiej. Wystarczy, że podrzucicie tej staruszce zatrutą zwierzynę… wypchaną po brzegi trującymi jagodami — wyjaśniła chytrze, wyszczerzając kły.
Nadciągający Pomrok i Ognikowa Słota wyglądały na zaskoczone, lecz jednocześnie wyraźnie zaciekawione słowami matki. Milczały, choć ich ogony poruszały się nerwowo.
— To jak? Wchodzicie w to?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz