Przeszłość
Po usłyszeniu chęci wspólnego posiłku uśmiech na jego białym pysku nieznacznie się ukazał, lecz po chwili wrócił jego poważny wyraz, jakby ta krótka zmiana nigdy nie miała miejsca. Liliowy z boku wyglądał na przykład kota o stoickim charakterze, lecz on po prostu dusił w środku wszystkie emocje. Nie wiedział czemu, ale jakoś czuł, że wtedy wszystko jest łatwiejsze — w umyśle odgrodził się od innych grubymi murami, które jedynie opuszczał, gdy miał trening ze Zmierzchającą Falą. Przy dymnym czuł, że może być sobą, nie będzie przez to w żaden sposób oceniany.
— Powiedz mi jak tam twój trening? Podoba ci się? — spytał kremowy, gdy przełknął wzięty do pyska kęs. Wcześniej odkładając obie ryby przed piastunem, dając mu wybór, co do zwierzyny, a sam przycupnął obok niego.
— Nie jest to, o czym za młodziaka marzył, jednakże powoli się w tym odnajduje — przyznał, przysuwając do siebie drugą rybę. Przypatrywał się jej łuską, aż w końcu schylił głowę i wziął pierwsze ugryzienie.
— Dogadujesz się z innymi uczniami? — dopowiedział starszy, by po chwili odgryźć kolejny kawałek ryby.
Na to pytanie uczeń jedynie spojrzał na niego przez uderzenie serca, by powrócić do zwierzyny, która nagle się stała bardziej interesująca.
— Konwaliowa Łapo? — Usłyszał po dłuższej chwili, kiedy Złocisty Widlik nie doczekał się odpowiedzi z jego strony.
— Nie zaprzątam sobie głowy tym… — mruknął, spoglądając na ścianę żłobka. Wołał zachować dla siebie to, że po prostu nie czuł się na miejscu, niczym intruz, a jedynym ukojeniem był widok na zasadzoną lawendę przy źródełku, na które miał idealny widok z posłania, zajmowanego w legowisku uczniów.
— Konwalio!
— No co? Mam ciebie, Zmierzchającą Falę i… rodzinę. Nic więcej nie potrzebował — stwierdził, karcąc się w myślach za to krótkie zawahania, nim wymienił czwórkę bliskich kotów. Nie wiedział, czy Widlik widział lub wie o niezbyt przyjemnej rozmowie po mianowaniu go na ucznia, lecz wolał to zachować dla siebie.
Teraźniejszość
Kolejny sezon i kolejne niespodziewane wydarzenia w klanie. Tu nigdy nie było spokojnie, nawet na dłuższą chwilę, a jak już to następowało, to liliowy wojownik czuł pod skórą, że lada wschód słońca to mini. W ostatnich księżycach Konwaliowa Mielizna doznał straty dwójki bliskich kotów, lecz nie pod względem pokrewieństwa — Biedronkowa Polana i Krabowe Paluszki odeszli. W starszyźnie pozostała jedynie Nenufarowy Kielich, więc niebieskooki starał się ją często odwiedzać, by ta nie czuła się aż tak samotna. W dodatku ten równie często zaglądał do żłobka, by porozmawiać z piastunem i przy okazji mieć nieco oko na nową królową — Niedźwiedziówkę. Coś w tej kotce mu nie pasowało, lecz nie wiedział co. Mimo tego do jej kociąt nie miał żadnych uprzedzeń, przecież czemu miałby je mieć?
Właśnie wkroczył do ciepłego legowiska, nie kryjąc bezgłośnego odetchnięcia z ulgą, gdy schował się przed chłodnym powietrzem, panującym w obozie i nie tylko. Akurat pod tym względem to Złocisty Widlik miał się najlepiej, nic tylko grzał swoje cztery litery.
— Witaj Złocisty Widliku — przywitał się, kiedy rozejrzał się i stwierdził, że starsza od nich kotka jest w żłobku. Długo nie zwlekał, nie czekając nawet na pozwolenie, bądź zaproszenie, przysiadł obok piastuna, który właśnie obserwował bawiące się kocięta. Te o mało co nie wpadły na łapy wojownika w drodze do starszego, lecz ten ich sprawnie uniknął.
— Rosną z dnia na dzień — wymruczał, samemu skupiając wzrok na najmłodszych.
<Złocisty Widliku? Jakieś ploteczki może?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz