Tak było i teraz. Chociaż pogoda była nieprzyjemna, koteczka siedziała przed żłobkiem, odbijając jedną łapką kamyk prosto do drugiej, i tak na zmianę. Była niesamowicie pochłonięta ową czynnością. Źródlana Łuna wybyła o poranku, mówiąc, że musi iść zapolować, żeby pooddychać świeżym powietrzem i poczuć się lepiej. Nie była to rzadkość; od kiedy rodzeństwo przestało być od niej całkiem zależne i mogło pozostawać pod okiem wiecznej karmicielki, wojowniczka często wychodziła, nawet na długi czas.
— Co to za ciekawa zabawa, Szron? — Koteczka nastroszyła się, szczerze przestraszona tak nagłym pojawieniem się ojca, który musiał właśnie powrócić z treningu, gdyż prosto za nim czaił się Pasterzowa Łapa. Terminator niemal od razu zmył się, uciekając w stronę stosu ze zwierzyną, gdzie czekał już jego czekoladowy brat. Niebieskooka odprowadziła go wzrokiem, próbując z całych sił ignorować kremowego wojownika. Chociaż nie pałała do niego niechęcią porównywalną do tej, którą okazywała matce, tak... zwyczajnie nie miała zawsze ochoty na rozmowę z nim. — H-halo? — zagadał ponownie, a koteczka położyła nieco uszy po sobie.
— Odbijam kamień — rzuciła sucho, marszcząc brewki. Kocur położył się naprzeciwko niej, aby być na poziomie jej mordki. — Nie widzisz?
— Widze, po prostu... wolałem, żebyś ty mi powiedziała. Liczyłem, że kryją się za tym może jakieś zasady lub coś takiego, ale odbijanie kamienia też może być fajne — powiedział spokojnie, ale kapka zmieszania była dość wyczuwalna, zwłaszcza kiedy patrzyło się na niepewny pysk kocura.
— Nie. Nie jest fajne. Jest nudne jak wszysztko w obozie... — Uderzyła ogonem o kamienną posadzkę i naburmuszona wydęła policzki.
<Królik ojciec?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz