Tym razem do lecznicy przyszedł Kijankowe Moczary. Kocur kuśtykał, nie stawiając jednej z łap w pełni na ziemi. Gąbka obserwowała go od kilku dni i zastanawiała się, kiedy w końcu czarnofutry przybędzie do legowiska medyków. To dziwne, że tak wiele kotów ignorowało swoje dolegliwości, przychodząc się wyleczyć na ostatnią chwilę – albo dopiero wtedy, gdy choroba rozwinęła się na tyle, że nie dało się z nią normalnie żyć.
— Kolec w łapie? — zapytała dymna, nawet się nie witając.
Zielonooki skinął głową, wypuszczając z płuc głęboki oddech. Może Gąbka i Róża były po prostu na tyle onieśmielające, że chore koty bały się przed nimi upokorzyć? W końcu wielkim wojownikom nie wypada chorować.
Bzdura. Oczywiście, że była to bzdura, ale wydawało jej się, że wiele kotów w Klanie Nocy i tak trzymało się tego przekonania.
Brązowooka zamyśliła się na moment, a gdy Kijankowe Moczary otworzył pysk, by przypomnieć jej o swoim istnieniu, odwróciła się gwałtownie i niemal nie uderzyła go ogonem w kufę.
Podeszła pospiesznie do składzika i, wyciągnąwszy z niego trochę skrzypu oraz pajęczyny, wróciła do wojownika. Ten posłusznie podniósł łapę, na którą utykał, dzięki czemu Gąbka mogła szybko wyciągnąć z niej kolec i odrzucić go gdzieś na bok. Następnie Kijanka przytrzymał kończynę w górze, podczas gdy dymna mieliła zioło w pysku.
Gdy skończyła, precyzyjnie nałożyła papkę na ranę i owinęła ją pajęczyną, by wszystko trzymało się w miejscu.
— Lepiej nie chodź dziś zbyt dużo, żeby nic się nie osunęło. Jeśli opatrunek szybko spadnie, choć liczę, że tak się nie stanie, to przyjdź do mnie po kolejny — poleciła.
— Pewnie! — odparł Kijankowe Moczary, kierując się w stronę wyjścia z lecznicy.
Gąbczasta Perła usiadła, obserwując tętniący życiem obóz. Zastanawiała się, za ile odbędzie się zgromadzenie medyków. W końcu wciąż była Gąbczastą Perłą tylko nieoficjalnie. Poza tym bardzo chętnie dostałaby jakąś przepowiednię. Może… tym razem byłaby nieco jaśniejsza i nie sprawiłaby, że znienawidzi przez nią połowę klanu…
Nie minęło zbyt wiele czasu od wizyty Kijankowych Moczar, gdy w progu zawitał Rozpromieniony Skowronek. Gąbka lubiła kremowego kocura, choć teraz, gdy byli już dorośli, rozmawiali coraz rzadziej. Mimo to dymna pamiętała, że gdy jeszcze byli uczniami, chodzili na wspólne spacery i czasem jedli razem posiłki.
— Hej, Skowronku! — przywitała się brązowooka, podchodząc do wojownika. — Co tym razem ci dolega? — zapytała, przekręcając głowę.
Rozpromieniony Skowronek zadrżał, delikatnie mrużąc oczy.
— Chyba się przewiałem, wiesz? — odparł, wzdychając.
Czarnofutra zaśmiała się, powoli kręcąc łebkiem.
— Powiem ci, że to jedna z normalniejszych dolegliwości, z jaką ktoś do mnie przyszedł. Koty z Klanu Nocy w tej porze dziwnym trafem chorują na wszystko, tylko nie na to, czego bym się spodziewała — zażartowała, podchodząc do składziku.
Wyciągnęła z niego liście stokrotek – których mieli całkiem sporo – i wróciła z nimi do Rozpromienionego Skowronka.
— Zjedz je, dodadzą ci siły. Powinieneś poczuć się lepiej za… niedługo — stwierdziła, uśmiechając się ciepło.
— Dzięki, Gąbko — odezwał się kremowy, biorąc do pyska zioło. Chciał się podnieść i odejść z nim z lecznicy, jednak dymna zmierzyła go morderczym wzrokiem. Kocur zamarł i, nawiązując z nią kontakt wzrokowy, zaczął jeść liście stokrotki.
Gdy skończył, dymna rozluźniła mięśnie pyska.
— Pięknie! W takim razie możesz już iść — oznajmiła, lecz zanim Skowronek opuścił legowisko, dodała:
— Musimy kiedyś przejść się na spacer, wiesz? Jak za starych dawnych czasów — zachichotała.
Kremowy skinął głową, po czym, czym prędzej ulotnił się z lecznicy, mijając w progu kolejnego gościa.
— Kijankowe Moczary? To znowu ty? — mruknęła zdumiona, gdy czarnofutry stanął przed nią. Jej spojrzenie od razu powędrowało na jego łapy. Nie myliła się; z opatrunku zostało tylko kilka nici pajęczyny. — Cóżeś ty robił, że tak szybko zgubiłeś ten opatrunek! — westchnęła.
Zielonooki odwrócił od niej wzrok, nieco speszony.
— Ale… nie martw się. Dam ci drugi — oznajmiła szybko, znów sięgając do składziku po skrzyp i pajęczynę. Nie chciała, by Kijankowe Moczary mimo wszystko zniechęcał się do medyków. Gdyby nagle pół klanu zachorowało i bało się prosić o pomoc, ona byłaby jedną z winnych w oczach… przywódczyni, zapewne.
Powtórzyła poprzednią procedurę: przeżuła zioło na papkę, nałożyła je na ranę i tym razem jeszcze staranniej oraz ciaśniej owinęła ją pajęczyną.
— Po prostu… połóż się w swoim legowisku i nawet nie drgnij, rozumiemy się? — Uniosła brew.
Kijankowe Moczary skinął głową i szybko opuścił lecznicę.
Robiło się już coraz zimniej, co tylko zwiastowało nadchodzącą Porę Nagich Drzew. Gąbka liczyła na to, że do spadnięcia pierwszego śniegu w lecznicy nie pojawi się już raczej żaden schorowany kot, a jednak… tego dnia trafiła na dość ciężki przypadek.
Młody uczeń, Dryfująca Łapa, stał przed nią, trzymając jedną łapę w górze. W jego oczach błyszczał ból – widać było, że czuł się niekomfortowo. Dymna szybko do niego podbiegła, uważnie oglądając łapę.
— Wygląda… na ugryzienie szczura. Ale wdarła ci się w nie infekcja — stwierdziła. Nieraz już widziała ugryzienia tego szarego, parszywego stworzenia. — Dlaczego przyszedłeś z tym tak późno? Jeszcze trochę, a kończyna zaczęłaby ci gnić… a wtedy musielibyśmy ją amputować — oznajmiła twardo, patrząc na Dryfującą Łapę jak na kociaka, który zrobił coś złego.
— Przepraszam, Gąbko… Ja… zapomniałem — przyznał, spuszczając wzrok na swoje łapy ze wstydu.
Czarnofutra przez moment stała jak zmrożona, zastanawiając się, co będzie najlepsze dla ucznia. Ostatecznie ze składziku wzięła kilka ziół na infekcję i przeżuła je na papkę, nakładając ją na brzydką ranę po ugryzieniu szczura. Owinęła łapę pajęczyną, po czym zwróciła się do kocura:
— Bardzo boli? Mogę podać ci coś, żeby rana tak bardzo ci nie doskwierała — wyjaśniła, mimo wszystko wyraźnie zatroskana. Naprawdę niewiele brakowało, by ten młodzik skończył bez łapy. Dlaczego wcześniej nie zauważyła, że coś mu dolega? Dlaczego Różana Woń nie zareagowała?
— Poradzę sobie… — oznajmił niebieskofutry, robiąc krok w tył.
— Nie, nie! Poczekaj tu. Połóż się na jednym z posłań. Musimy mieć pewność, że twoja rana dobrze się zagoi. Nie martw się o treningi – pogadam z Rozpromienionym Skowronkiem — burknęła gniewnie.
Tak. Teraz już wiedziała, na kogo może przekierować swoją złość w tej sprawie. Dlaczego kremowy kocur wcześniej nie zauważył, że jego uczniowi coś się stało?
— Idę do żłobka. Ty tu odpoczywaj — stwierdziła.
Faktycznie skierowała się do kociarni. Przebywała w niej nowa samotniczka – Niedźwiedziówka – a także jej kocięta: Narcyz, Werwa i Kasztan. Gąbka pomyślała, że skoro młodziaki mają taki problem z wyrażaniem swoich dolegliwości, to sama pójdzie sprawdzić, czy w żłobku wszystko jest tak, jak należy.
Gdy weszła do środka, uderzył ją zapach mleka. Skinieniem głowy przywitała się ze Złocistym Widlikiem, który wydawał się trochę przybity, i podeszła do buraski.
— Wszystko dobrze? — zapytała kotkę, która leżała w jednej pozycji, nawet nie odwracając ku niej wzroku.
— Marionetko? — odezwała się po chwili, spoglądając na medyczkę.
— Kto? — spytała Gąbka, zakłopotana.
Nim zdążyła odezwać się ponownie, ktoś delikatnie szarpnął ją za futro na ogonie. Odwróciła głowę i dostrzegła niewielkiego, czarno-białego kociaka, wpatrującego się prosto w nią. Dymna zmarszczyła brwi.
— Co tu się na Klan Gwiazdy wyprawia? — wymamrotała pod nosem. Bardzo dziwna wydawała jej się ta samotnicza rodzinka.
Wyleczeni: Kijankowe Moczary, Rozpromieniony Skowronek, Dryfująca Łapa
— Kolec w łapie? — zapytała dymna, nawet się nie witając.
Zielonooki skinął głową, wypuszczając z płuc głęboki oddech. Może Gąbka i Róża były po prostu na tyle onieśmielające, że chore koty bały się przed nimi upokorzyć? W końcu wielkim wojownikom nie wypada chorować.
Bzdura. Oczywiście, że była to bzdura, ale wydawało jej się, że wiele kotów w Klanie Nocy i tak trzymało się tego przekonania.
Brązowooka zamyśliła się na moment, a gdy Kijankowe Moczary otworzył pysk, by przypomnieć jej o swoim istnieniu, odwróciła się gwałtownie i niemal nie uderzyła go ogonem w kufę.
Podeszła pospiesznie do składzika i, wyciągnąwszy z niego trochę skrzypu oraz pajęczyny, wróciła do wojownika. Ten posłusznie podniósł łapę, na którą utykał, dzięki czemu Gąbka mogła szybko wyciągnąć z niej kolec i odrzucić go gdzieś na bok. Następnie Kijanka przytrzymał kończynę w górze, podczas gdy dymna mieliła zioło w pysku.
Gdy skończyła, precyzyjnie nałożyła papkę na ranę i owinęła ją pajęczyną, by wszystko trzymało się w miejscu.
— Lepiej nie chodź dziś zbyt dużo, żeby nic się nie osunęło. Jeśli opatrunek szybko spadnie, choć liczę, że tak się nie stanie, to przyjdź do mnie po kolejny — poleciła.
— Pewnie! — odparł Kijankowe Moczary, kierując się w stronę wyjścia z lecznicy.
Gąbczasta Perła usiadła, obserwując tętniący życiem obóz. Zastanawiała się, za ile odbędzie się zgromadzenie medyków. W końcu wciąż była Gąbczastą Perłą tylko nieoficjalnie. Poza tym bardzo chętnie dostałaby jakąś przepowiednię. Może… tym razem byłaby nieco jaśniejsza i nie sprawiłaby, że znienawidzi przez nią połowę klanu…
* * *
— Hej, Skowronku! — przywitała się brązowooka, podchodząc do wojownika. — Co tym razem ci dolega? — zapytała, przekręcając głowę.
Rozpromieniony Skowronek zadrżał, delikatnie mrużąc oczy.
— Chyba się przewiałem, wiesz? — odparł, wzdychając.
Czarnofutra zaśmiała się, powoli kręcąc łebkiem.
— Powiem ci, że to jedna z normalniejszych dolegliwości, z jaką ktoś do mnie przyszedł. Koty z Klanu Nocy w tej porze dziwnym trafem chorują na wszystko, tylko nie na to, czego bym się spodziewała — zażartowała, podchodząc do składziku.
Wyciągnęła z niego liście stokrotek – których mieli całkiem sporo – i wróciła z nimi do Rozpromienionego Skowronka.
— Zjedz je, dodadzą ci siły. Powinieneś poczuć się lepiej za… niedługo — stwierdziła, uśmiechając się ciepło.
— Dzięki, Gąbko — odezwał się kremowy, biorąc do pyska zioło. Chciał się podnieść i odejść z nim z lecznicy, jednak dymna zmierzyła go morderczym wzrokiem. Kocur zamarł i, nawiązując z nią kontakt wzrokowy, zaczął jeść liście stokrotki.
Gdy skończył, dymna rozluźniła mięśnie pyska.
— Pięknie! W takim razie możesz już iść — oznajmiła, lecz zanim Skowronek opuścił legowisko, dodała:
— Musimy kiedyś przejść się na spacer, wiesz? Jak za starych dawnych czasów — zachichotała.
Kremowy skinął głową, po czym, czym prędzej ulotnił się z lecznicy, mijając w progu kolejnego gościa.
— Kijankowe Moczary? To znowu ty? — mruknęła zdumiona, gdy czarnofutry stanął przed nią. Jej spojrzenie od razu powędrowało na jego łapy. Nie myliła się; z opatrunku zostało tylko kilka nici pajęczyny. — Cóżeś ty robił, że tak szybko zgubiłeś ten opatrunek! — westchnęła.
Zielonooki odwrócił od niej wzrok, nieco speszony.
— Ale… nie martw się. Dam ci drugi — oznajmiła szybko, znów sięgając do składziku po skrzyp i pajęczynę. Nie chciała, by Kijankowe Moczary mimo wszystko zniechęcał się do medyków. Gdyby nagle pół klanu zachorowało i bało się prosić o pomoc, ona byłaby jedną z winnych w oczach… przywódczyni, zapewne.
Powtórzyła poprzednią procedurę: przeżuła zioło na papkę, nałożyła je na ranę i tym razem jeszcze staranniej oraz ciaśniej owinęła ją pajęczyną.
— Po prostu… połóż się w swoim legowisku i nawet nie drgnij, rozumiemy się? — Uniosła brew.
Kijankowe Moczary skinął głową i szybko opuścił lecznicę.
* * *
Młody uczeń, Dryfująca Łapa, stał przed nią, trzymając jedną łapę w górze. W jego oczach błyszczał ból – widać było, że czuł się niekomfortowo. Dymna szybko do niego podbiegła, uważnie oglądając łapę.
— Wygląda… na ugryzienie szczura. Ale wdarła ci się w nie infekcja — stwierdziła. Nieraz już widziała ugryzienia tego szarego, parszywego stworzenia. — Dlaczego przyszedłeś z tym tak późno? Jeszcze trochę, a kończyna zaczęłaby ci gnić… a wtedy musielibyśmy ją amputować — oznajmiła twardo, patrząc na Dryfującą Łapę jak na kociaka, który zrobił coś złego.
— Przepraszam, Gąbko… Ja… zapomniałem — przyznał, spuszczając wzrok na swoje łapy ze wstydu.
Czarnofutra przez moment stała jak zmrożona, zastanawiając się, co będzie najlepsze dla ucznia. Ostatecznie ze składziku wzięła kilka ziół na infekcję i przeżuła je na papkę, nakładając ją na brzydką ranę po ugryzieniu szczura. Owinęła łapę pajęczyną, po czym zwróciła się do kocura:
— Bardzo boli? Mogę podać ci coś, żeby rana tak bardzo ci nie doskwierała — wyjaśniła, mimo wszystko wyraźnie zatroskana. Naprawdę niewiele brakowało, by ten młodzik skończył bez łapy. Dlaczego wcześniej nie zauważyła, że coś mu dolega? Dlaczego Różana Woń nie zareagowała?
— Poradzę sobie… — oznajmił niebieskofutry, robiąc krok w tył.
— Nie, nie! Poczekaj tu. Połóż się na jednym z posłań. Musimy mieć pewność, że twoja rana dobrze się zagoi. Nie martw się o treningi – pogadam z Rozpromienionym Skowronkiem — burknęła gniewnie.
Tak. Teraz już wiedziała, na kogo może przekierować swoją złość w tej sprawie. Dlaczego kremowy kocur wcześniej nie zauważył, że jego uczniowi coś się stało?
— Idę do żłobka. Ty tu odpoczywaj — stwierdziła.
Faktycznie skierowała się do kociarni. Przebywała w niej nowa samotniczka – Niedźwiedziówka – a także jej kocięta: Narcyz, Werwa i Kasztan. Gąbka pomyślała, że skoro młodziaki mają taki problem z wyrażaniem swoich dolegliwości, to sama pójdzie sprawdzić, czy w żłobku wszystko jest tak, jak należy.
Gdy weszła do środka, uderzył ją zapach mleka. Skinieniem głowy przywitała się ze Złocistym Widlikiem, który wydawał się trochę przybity, i podeszła do buraski.
— Wszystko dobrze? — zapytała kotkę, która leżała w jednej pozycji, nawet nie odwracając ku niej wzroku.
— Marionetko? — odezwała się po chwili, spoglądając na medyczkę.
— Kto? — spytała Gąbka, zakłopotana.
Nim zdążyła odezwać się ponownie, ktoś delikatnie szarpnął ją za futro na ogonie. Odwróciła głowę i dostrzegła niewielkiego, czarno-białego kociaka, wpatrującego się prosto w nią. Dymna zmarszczyła brwi.
— Co tu się na Klan Gwiazdy wyprawia? — wymamrotała pod nosem. Bardzo dziwna wydawała jej się ta samotnicza rodzinka.
<Narcyzie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz