BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karasiowa Ławica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karasiowa Ławica. Pokaż wszystkie posty

14 maja 2025

Od Karasiowej Ławicy CD. Bijącej Północy

– Tamta chmura przypomina trochę soczystego królika – oznajmiła Bijąca Północ tonem znawcy.
Karasiowa Ławica zaśmiała się krótko:
– Czyżbyś była głodna?
Leżały blisko siebie na granicznym kawałku plaży, na którym tak często się spotykały, obie trochę wyczerpane po swoich wcześniejszych gonitwach i próbach pływania, rozkoszując się w pełni trwającą Porą Zielonych Liści.
– Od razu głodna, nie mów mi że ty nie dostrzegasz tych czterech łapek i puchatego ogonka.
– No może trochę… – Przyznała koleżance z Klanu Klifu rację. – A widzisz tamtą? Wygląda jak ty!
Północ odchyliła głowę mocniej, próbując dostrzec swojego chmurzastego sobowtóra.
– No wiesz ty co – zaśmiała się szczerze po chwili. – Czy ja ci wyglądam na taką tłustą kulkę?
– Na razie nie, ale jak będziemy tu tyle siedzieć to zaraz zaczniesz! – wykrzyknęła Karaś, zrywając się na równe nogi.

Zamrugała. Przed nią znajdowała się sterta liści, a pod łapami miała leśne poszycie, nie plażę. Ten sen… Tak nagle? Skąd się wziął? Przeciągnęła się delikatnie i rozejrzała. Skrzelik doprowadzał swoje futro do porządku pod krzewem kawałek dalej.
– Idę się przejść, może coś upoluję – mruknęła do brata, a on tylko zastrzygł uchem, dając znać, że nie ma nic przeciwko.
Ruszyła przed siebie. Chyba znajdowali się bliżej terenów klanów niż przez ostatnie księżyce. Może to dlatego wróciła we śnie do tak odległych wspomnień… Ile to już upłynęło czasu od kiedy wyruszyli z Klanu Nocy? Miała wrażenie że cała wieczność. Pamiętała, że początkowo chcieli dotrzeć do Klanu Klifu, ale to wszystko co się później wydarzyło… Cieszyła się że wciąż są cali i żywi. Samotniczy tryb życia stał się już częścią jej osobowości, tak jak długa blizna ciągnąca się wzdłuż prawego boku - częścią jej ciała. Przyzwyczaiła się już do tego. Pasowało jej takie życie. Nie zamartwiała się już o rodzinę pozostałą w klanie, nawet do Piórolotka rzadko sięgała pamięcią, choć miała nadzieję, że jest cały, zdrowy i szczęśliwszy niż w czasie, gdy przyszło im się przyjaźnić. Nauczyła się żyć dniem, patrzeć co los przyniesie i czerpać z tego całą garścią. Zaciągnęła się mocno powietrzem. Pachniało znajomo, wiatr musiał wiać od strony morza. Po tym jak daleko od terenów klanów się już znalazła, nie sądziła, że znowu znajdzie się w ich pobliżu. Będą musieli odbić z powrotem w stronę Siedliska Dwunożnych i dotrzeć znów do pól… Przysiadła, wciąż węsząc. Ten zapach, coś tu było nie tak… Nie, to niemożliwe… Jej serce zabiło szybciej. Wiedziała, że to musi być iluzja, a jednak łapy same zabrały ją w stronę źródła zapachu. Pokonywała las tak szybko, jak potrafiła, aż nagle przeskoczyła przez większy krzew – i zamarła.
Zielone oczy, wpatrujące się w nią z zaskoczeniem. Czarne, dymne futro, tak nie pasujące do tej okolicy. Smukłe łapy, dzięki którym ich posiadaczka potrafiła biegać szybciej niż Karaś. Przydługa sierść na policzkach, z której była nocniaczka kiedyś chyba nawet zażartowała, mimo że w głębi duszy uważała, że dzięki niej Północ jest jeszcze piękniejsza…
Gardło Karaś zacisnęło się całkowicie i nie pozwoliło wydusić z siebie ani słowa. Wpatrywała się w byłą przyjaciółkę, jedyną, której przez cały ten czas nie udało jej się do końca wyrzucić z głowy. Przy której zostawiła kiedyś odłamek serca i choć w samotniczym życiu odnalazła równowagę i spokój – wiedziała, że ten kawałek utraciła na zawsze i nie zastąpi go niczym nowym.
– Karaś? – Głos czarnej kotki był tak słaby, że stojąca nad nią samotniczka otrząsnęła się i jakby automatycznie zaczęła przyglądać byłej przyjaciółce w poszukiwaniu możliwych urazów czy ran.
– O Klanie Gwiazdy, wysłuchałeś moje modły! To naprawdę ty? – Tym razem Klifiaczka zabrzmiała już dużo lepiej, wstając z entuzjazmem.
– Modliłaś się o mnie? – Rzuciła w końcu Karaś, dusząc w sobie chęć rzucenia się na kotkę z radości.
Rozmawiały, tłumaczyła dlaczego tak zniknęła, przeprosiła ją, a Północ oznajmiła, że chce z nią iść, być samotniczką, wędrować razem… Fikcja mieszała się Karaś z rzeczywistością, niedowierzała temu, co się dzieje, a jednak naprawdę były obok siebie, czuła wyraźnie zapach kotki, słyszała jej głos i czuła futro obok siebie. Przez cały ten czas, nie czuła, że tak strasznie za nią tęskni, ale teraz gdy miała ją znowu obok siebie… Nie wróciła do Klanu Nocy ani nawet na tereny klanów, nie znalazła miejsca dla siebie, planowała dalej wędrować… A mimo to, jej serce jasno biło, że znalazła się w domu.
<Koniec historii Karaś>

31 marca 2025

Od Karasiowej Ławicy

Skradała się przez zarośla stałym tempem. Wśród dni wędrówki weszło jej to w nawyk i teraz oboje, wraz ze Skrzelikiem, poruszali się całkowicie bezszelestnie. Woleli zachować ostrożność, po tym jak za młodu nasłuchali się o tym jak okrutni potrafią być samotnicy – dbający tylko o siebie, skupieni na przetrwaniu w dziczy. Mimo to, monotonia wędrówki pozwoliła im przestać się jeżyć na każdy drobny szelest i byli już spokojniejsi. Bezpiecznie ominęli terytorium lisów, a samotnika żadnego nie spotkali. Dni mijały podobnie – polowali kiedy tylko była okazja, najadali się na zapas, nigdy nie zostawiając resztek, a potem wędrowali długie godziny, czasem rozmawiając o swoich planach i nadziejach, czasem komentując piękną okolicę a czasem po prostu milcząc i skupiając się na równym odkładaniu łap i parciu do przodu. Wieczorem wynajdowali mniej lub bardziej wygodną kryjówkę na noc i układali się do snu. Czy tęskniła za klanem Nocy? Do pewnego stopnia na pewno. Czuła żal, że odchodzi w konflikcie z mamą i siostrą. Tak jakby zostawiała nierozwiązaną sprawę. Ale uważała, że postąpiła dobrze. A Skrzelik zdawał się spokojniejszy i Karaś czuła się dzięki temu dużo lepiej. Dlatego każdego nowego dnia wstawała, zaczynała dzień od polowania i po śniadaniu ruszali. Gdzieś z tyłu pojawiała jej się myśl, że mogłaby się do tego przyzwyczaić. Żyć w ciągłej drodze, każdego dnia spotykać coś nowego. Jedynym problemem było to, że od jakiegoś czasu pobolewała ją łapa - być może właśnie od długich wędrówek. Zaczęło się od lekkiego bólu stawu, na który starała się brać znalezione pewnego razu ziele - pamiętała z czasu spędzonego kiedyś z Cisowym Tchnieniem że ma lekkie działanie przeciwbólowe. Nie pomogło, a kończyna po długich wędrówkach zaczęła nawet drętwieć, ale niczego mocniejszego nie szukała, wątpiąc w swoją nikłą wiedzę. Na razie musiała wytrzymać. No, może ewentualnie zarządzić jedną dodatkową przerwę w ciągu dnia…

15 grudnia 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Skrzelowego Szeptu

Pomysł dojrzewał w niej już naprawdę od bardzo dawna. Przybierał różne formy, raz tkwił w mniej mocniej, niczym głębokie pragnienie i konieczność, a raz zdawał się tylko sennym marzeniem o szczęściu i częstszym towarzystwie pewnej cudownej, czarno-dymnej kotki. Raz chęcią buntu przeciwko rodzinie królewskiej i zmiany swojego życia, raz troską o los brata i chęcią ochronienia go przed wszystkim co złe. Wciąż jednak wracał do jej serca i przypominał o sobie, jak ten jeden obowiązek, który mimo odkładania na później, wciąż się przypomina i wraca z większymi wyrzutami sumienia.
– Skrzelowy Szepcie. – Karasiowa Ławica znikąd pojawiła się pewnego zimowego dnia obok swojego brata z poważną miną, strasząc go całkowicie, co doprowadziło do cichego, ale całkowicie niemęskiego pisku. Nie przejęła się tym jednak zbytnio, myśląc o tym co planowała powiedzieć. – Chciałam ci zaproponować pewną wyprawę… Poza granice Klanu Nocy.
Byli sami i nie ryzykowała, że ktokolwiek ich usłyszy. Skrzelik, który najwidoczniej już się trochę uspokoił po niedoszłym zawale, spojrzał na nią zdziwiony:
– Ale przecież tam są lisy, nie można tam chodzić polować!
– Nie mam na myśli wyprawy łowieckiej, a terytorium lisów można ominąć, chociażby idąc blisko morza… Mówię o wyprawie dużo dalej, zdala od Klanu Nocy, Sroczej Gwiazdy, Tuptającej Gęsi i wszystkich Róż czy Mandarynek. Prawdopodobnie takiej bez powrotu – zamilkła na chwilę. – Klan Nocy już od dawna nie jest przyjaznym miejscem do życia, chciałabym znaleźć jakieś lepsze, w którym będziemy bezpieczni, spokojni i będzie nam się lepiej żyło. Rozmawiałam już o tym z ojcem, mówił, że jeśli zdecydujemy się na odejście, postara się wytłumaczyć Ryjówkowemu Urokowi dlaczego to zrobiliśmy. I że będzie życzył nam jak najlepiej, mimo że na pewno będzie mu nas brakować…
Tylko częściowo mówiła prawdę. Tak, Krzycząca Makrela wspomniał, że chce dla nich jak najlepiej, ale był dość mocno przeciwny decyzji o odejściu. Nie chciał rozstawać się z dziećmi i próbował przekonać Karaś, że są inne wyjścia, że przekona Ryjówkowy Urok, żeby się pogodzili… Już od dawna widać było, że przytłacza go ten rozpad rodziny, a teraz wyraźnie przestraszył się możliwością tak naprawdę utraty dwójki ze swoich kociąt. Ale Karaś nie widziała sensu w zostawaniu i robieniu za sługi rodziny królewskiej. "Plebs", jak to kiedyś Różana Woń uwielbiała rzucać. Wręcz przeciwnie, łapy świerzbiły ją ze świadomości jak wiele czasu już zmarnowała.
– Chc-cesz odejść…? – Wyjąkał w końcu Skrzelowy Szept, który do tej pory wpatrywał się w siostrę z wytrzeszczonymi z niedowierzania oczu.
Widać było jak się waha, jak ciężko mu pojąć, że jego zawsze uparta i odważna siostra postanowiła się ostatecznie poddać. Patrzyli na siebie, a Karaś nie była pewna ile jest w stanie z niej wyczytać. Czy widzi w jej oczach zdecydowanie czy desperację, czy tchórzostwo czy odwagę na zmianę swojego życia? Po chwili jednak Skrzelik westchnął ciężko i pochylił głowę.
– Czy to z powodu tej kotki? – spytał, a jego głos pozbawiony tym razem jąkania zabrzmiał dość nisko, nieco chropowato. – Tej z Klanu Klifu?
Karaś zaskoczona spojrzała na brata. Nie tego pytania się spodziewała. Nawet nie była świadoma, że Skrzelik wie o jej relacji z Północą. Chociaż, biorąc pod uwagę to, jak dobrym był od zawsze obserwatorem… Powinna być bardziej zdumiona, gdyby mu to umknęło.
– Masz na myśli Północ? – upewniła się. – Nie myślałam o tym aż tak… Ale wiesz, gdyby się udało, gdyby nas tam przyjęli… Północ opowiadała mi trochę o ich klanie, zawsze była podekscytowana wspominając swoich przyjaciół w klanie i ich tereny… Podobno widok z tych wysokich skał nad morzem, które czasem widać z naszej granicy jest piękny… No i wiesz, tam nikt nie obraża nikogo za kolor sierści, nie mają władzy dziedzicznej ani żadnych innych takich wymysłów.
Kocur zastanawiał się dłuższą chwilę nad odpowiedzią, z rozwagą machając końcówką ogona.
– To duża rzecz. J-jeżeli stąd odejdziemy... nie będzie powrotu – mruknął jakby nieco już bardziej przekonany co do pomysłu..
– Jesteś tu szczęśliwy? – Pytanie, które zadała, było dość proste, ale wyraźnie zbiło z tropu czekoladowego.
– C-czy to naprawdę t-tak ważne? Od-d-d-d... ekhm... od-dejście byłoby zdradą...
– Powiem Sroczej Gwieździe, żeby zwolniła nas z przysięgi wojownika – przekonywała. – Ona sama dodaje zasady do kodeksu, których przecież wcześniej nie było, czy to nie jest samo w sobie złe w oczach gwiezdnych? Myślę, że by nam wybaczyli – przerwała na sekundę. – W końcu było już w historii sporo kotów, które zmieniły klan. Ale nie chcę cię zmuszać, możesz to przemyśleć na spokojnie i dać mi znać co postanowisz – uśmiechnęła się tak uspokajająco, jak tylko potrafiła.
Kocurek znowu zamilkł, najwyrażniej tocząc wewnętrzną walkę. Karaś mimo wszystko to rozumiała. To byłby duży krok w nieznane. Skrzelik wolał unikać konfrontacji, ale może to był właśnie ten pierwszy moment, kiedy się postawi. Miała nadzieję, że zdecyduje się w końcu postawić na swoje szczęście.
– J-ja pójdę z tobą. Chce się tylko p-pożegnać z Algową Strugą... Zawsze b-była dobrą p-pp-przyjaciółką.
Patrzyła na brata jeszcze chwilę niepewnie, a dopiero później na jej pyszczku wykwitł szczery uśmiech.
– Dobrze, rozumiem to. Zadbam o to, żeby nic nam się nie stało w drodze – miauknęła Karaś. – Ile czasu potrzebujesz?
Czuła jak rodzi się w niej już od dłuższego czasu nieobecna ekscytacja i nadzieja. Odchodzą! Zobaczą nieznane krainy! Żadna Tuptająca Gęś nie będzie jej mówić co ma robić! A na końcu uda im się dotrzeć do Klanu Klifu i znaleźć spokój…
– J-jak dużo czasu mamy? – Spytał kocurek, z lekką obawą.
Jego siostra westchnęła, rozważając odpowiedź.
– Pora Nagich Drzew już w pełni, możemy iść teraz, licząc, że pozostanie delikatna, albo będziemy tu musieli zostać aż do Pory Nowych Liści…
Kocurek mruknął jedynie potwierdzając. Prawdą było, że przeżyli już dużo gorsze i mroźniejsze pory, kiedy to wyrąbywali przeręble w rzece, żeby móc polować, ale w przypadku gdyby inny klan ich nie przyjął, przetrwanie jedynie w dwójkę wciąż stawało się nie lada wyzwaniem. Pora Nagich Drzew zwykle była naznaczona chłodem i głodem, w każdej chwilii aktualna spokojna pogoda mogła się zmienić. Karaś wciąż pamiętała widok matki Nimfiego Zwierciadła, wychudzonej, rannej kotki, gotowej oddać jedyne dziecko. Ale nie zamierzała zostawać w Klanie Nocy tylko dlatego, że tak było wygodniej.

***
Przekładali wyjście z różnych powodów: Karaś obawiała się o zdrowie Piórolotka i chciała choć minimalnie go jeszcze wesprzeć przed odejściem, Skrzelik zbyt długo odkładał pożegnanie z Algową Strugą… Ale też wyruszenie Porą Nowych Liści zdawało się po prostu bezpieczniejsze. W klanie nie odezwały się żadne plotki, które mogłyby świadczyć o tym, że ich plany dotarły do uszu Sroczej Gwiazdy czy innych chcących im zaszkodzić kotów, ale Karaś i tak wolała być ostrożna. Dlatego ukrywała swój na nowo obudzony entuzjazm, dużo rzadziej też szukała na granicy Północy. Już niedługo – myślała sobie. – Zobaczysz mnie u siebie w klanie i wszystkie te nieobecności ci wynagrodzę, będziesz w szoku, mówię ci.
No i przyszedł w końcu dzień, kiedy wychodząc na poranny patrol, Karaś mogła zaobserwować delikatnie przebijające się przez śnieg zielone łodyżki – niezaprzeczalny znak początku Pory Nowych Liści. Najwyższy czas.
Wszystko już mieli ze Skrzelikiem dogadane. Nie chciała narażać go na stres publicznego sprzeciwu wobec Sroczej Gwiazdy, dlatego umówili się, że dołączy do niej w nocy. Na wszelki wypadek ustalili aż dwa miejsca spotkania na granicy klanu. Powtarzała je sobie w myślach, gdy patrol dobiegał już końca i powoli wracali do obozu. Ciągnęła za sobą tylko jedną piszczkę, ale jak sobie mówiła – to już i tak nie było ważne. Klan miał tylu członków, że w obliczu nadchodzącego ocieplenia na spokojnie wykarmią starszyznę i kociaki, których znów w żłobku było pełno. Już bez jej pomocy. Cieszyła się tą myślą, a to ją tylko upewniało w dawno podjętej decyzji. Stres zagłuszała jej radość z wolności, która miała nadejść. Weszła do obozu pewna siebie, pewna siebie odłożyła na stos zwierzyny piszczkę, pewna siebie machnęła ogonem na powitanie Dryfującej Bulwie, który stał w pobliżu i równie pewna siebie ruszyła w stronę Sroczej Gwiazdy, która pogrążona była luźną pogawędką ze Spienionym Nurtem. Na widok zbliżającej się młodszej kotki liderka przerwała jednak i wstała, tak jakby spodziewała się już problemów.
– Proszę o zwolnienie z przysięgi wojownika – oznajmiła Karaś zwyczajnie, tak jak ogłasza się powrót patrolu, który przebiegł w najbardziej nudny i spokojny sposób, w jaki patrol może przebiec.
Srocza Gwiazda machnęła ogonem, patrząc na wojowniczkę z odrobiną niezrozumienia.
– Chcę odejść z Klanu Nocy – kontynuowała Karasiowa Ławica. – Już od dawna nie czuję się tu jak w domu. Nie zgadzam się z decyzjami, które podejmujesz, nie zgadzam się z atmosferą jaka tu panuje i wszystkimi podejrzeniami, wyzwiskami kierowanymi w stronę niektórych kotów. Nie chcę być tego częścią, brzydzę się tym klanem.
Umilkła, wpatrując się w liderkę poważnie. Była dumna z tego, jak stabilny był jej głos, że nie było po niej widać żalu, który czuła i tego konkretnego smutku, który czują osoby, które zdecydowały się coś dawniej ważnego porzucić.
Srocza Gwiazda nie zdążyła jednak nic powiedzieć, bo z drugiego krańca obozu dobiegł do nich Krzycząca Makrela, głośno broniąc swojego dziecka.
– Srocza Gwiazdo, ona nie wie co mówi, to ze stresu, z całego tego przemęczenia, była Pora Nagich Drzew, za mało jadła…
Karaś czuła uścisk w sercu, słuchając tej ostatniej próby. Przepraszam tato – tłukło się w jej głowie. – Wiem, że do końca miałeś nadzieję, że będziemy szczęśliwą rodziną. Mimo to, nie spuściła wzroku ze Sroczej Gwiazdy, jedynie na chwilę zamknęła ślepia, odpędzając od siebie wątpliwości. W Klanie Nocy nie było szans na normalne życie dla Skrzelika.
– Jestem pewna tego co mówię, nie jest to spontaniczna decyzja. Tak jak mówię, już od dawna marzę o odejściu. Zresztą myślę, że twojej rodzinie będzie to wręcz na rękę.
Przez chwilę panowała cisza, po tym jak nawet Krzycząca Makrela przestał protestować i umilkł przybity. Srocza Gwiazda nie zareagowała złością czy pytaniami, raczej chłodną obojętnością. Skinęła głową, po czym wskoczyła na krzew, z którego wygłaszała wszystkie przemowy.
– Karasiowa Ławica odrzuciła kodeks i zaszczyt bycia wojownikiem, więc od tej pory nie może być tak traktowana. Zostaje wygnana i jeżeli ktokolwiek spotka ją na terenach Klanu Nocy - zostanie potraktowana jak zwykły włóczęga.
Nie było już powrotu. Dostała nakaz opuszczenia wszystkiego, co do tej pory było jej domem. Mimo to wciąż wyprostowana, odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia z obozu.
– Wiem, że w końcu zrozumiesz – mruknęła cicho do ojca, przechodząc obok niego i ocierając się o jego bok minimalnie. – Tak będzie lepiej, nie miej mi tego za złe.
Nikomu innemu nie rzuciła spojrzenia, nie chciała widzieć zdziwienia Dryfującej Bulwy, triumfu Różanej Woni czy Mandarynkowego Pióra, na wypadek gdyby wyściubiła akurat nos ze żłobka. A tym bardziej nie chciała widzieć reakcji Piórolotka. Przynajmniej nie weźmie udziału we wciąż odkładanym patrolu, mającym za zadanie przepędzić lisy. Kocur bardzo się martwił taką możliwością, teraz już nie będzie musiał…
Opuściła obóz, nie oglądając się za siebie, tylko kilka razy zaciskając mocniej powieki.

***
Nie zdążyła dotrzeć do granicy, ale wciąż nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest obserwowana. Zwolniła kroku, myśląc, że może ktoś chciał z nią jeszcze porozmawiać, ale tajemniczy obserwator nie wyszedł z ukrycia. Ruszyła znów nasłuchując i chwilę później znów dało się słyszeć minimalny szelest. Jakiś wojownik, może dwóch…? Na pewno ktoś mniej doświadczony, skoro nie poruszał się całkiem bezszelestnie. Srocza Gwiazda musiała wysłać za nią jakieś koty, żeby upewniły się, że opuściła ich granice. Westchnęła. Ciekawe kto to był… Zabawne jak szybko z współklanowicza może stać się w ich oczach wrogiem. Chociaż tak właściwie, w niektórych oczach już od dawna musiała nim być. Cóż, obstawa trochę popsuła jej plany. Zmieniła nieznacznie kierunek, mając nadzieję dotrzeć do granicy bliżej morza niż pierwotnie planowała. Nie chciała, żeby poznali miejsce, w którym miała czekać na Skrzelika.
Nadłożenie drogi kosztowało ją odrobinę czasu, ale jej "ogon" nie wtrącił się w żaden sposób, wciąż śledząc jak cień i nie wychodząc z ukrycia. Może to i dobrze… Nie chciała żeby jej ostatnim wspomnieniem klanu, w którym się urodziła, była sprzeczka z kimś pokroju Biedronkowego Pola. Albo co gorsza jej siostry… Zjeżyła futro na samą myśl o tym, że to Krabik mogłaby być wyznaczona do pilnowania jej.
Zatrzymała się tylko na sekundę, czując znaczniki graniczne. Miała ochotę otrzeć się ostatni raz o tak znany pień drzewa i zrobiłaby to prawdopodobnie, gdyby nie świadomość bycia obserwowaną. Westchnęła więc tylko cicho, zaciągając się ostatni raz zapachem, z którym była związana od urodzenia. I ruszyła dalej, w stronę nieznanego.
Cichy szelest za plecami, do tej pory odzywający się od czasu do czasu, umilkł całkowicie, potwierdzając jej przypuszczenia. Była już na terenach samotniczych, a Klan Nocy miał się nią więcej nie przejmować. Mimo wszystko, była wolna. Przeszła jeszcze kilka króliczych susów dla pewności, że nie zostawi swojego zapachu zbyt blisko granicy, a następnie skręciła w stronę umówionego miejsca spotkania z bratem. Zapoluje po drodze, poczeka na niego już ze świeżutką zwierzyną. Wyruszą, a potem wszystko już się ułoży.

[2079 słów]
<Skrzeliku?>

07 listopada 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Piórolotkowego Trzepotu

Leżała na liściach w pobliżu Piórolotkowego Trzepotu, wpatrując się w niebo i prowadząc luźną konwersację. Łapą przesuwała opadłe liście, starając się stworzyć z nich równy wzorek. Nie przykładała do tej czynności jednak zbyt wielkiej uwagi, pochłonięta własnymi myślami. Doceniała takie chwile ucieczki z obozu i odpoczynku, zwłaszcza w komfortowym towarzystwie – a takim właśnie nazwałaby swojego mentora, do którego przywiązała się mocno w trakcie wspólnych treningów i który był kotem, którego darzyła chyba największym zaufaniem, zwłaszcza po tym jak wpadła w konflikt z połową swojej rodziny.
– Masz jakiś… Plan? – spytał Piórolotek, a Karaś cicho westchnęła, nie wiedząc co odpowiedzieć. – Ostatnio na zgromadzeniu jakaś kotka cię szukała, znalazła cię?
– Masz na myśli… Północ? – zerknęła na byłego mentora niepewnie. – Nie wiedziałam, że się poznaliście… To moja przyjaciółka, często spędzamy razem czas na zgromadzeniach – wyznała. – Jest bardzo energiczna, przyjacielska, pozytywnie nastawiona do życia i świetnie spędza mi się z nią czas… Tak jakbym na chwilę mogła zapomnieć o wszystkim, odpocząć i po prostu czerpać przyjemność z życia… – zamilkła, trochę zawstydzona tym, że się tak rozgadała. No ale to w końcu była Północ, kotka którą Karaś zawsze wspominała z uśmiechem. Poprzednie pytanie kocura odłożyła sobie gdzieś w głębi umysłu, mając nadzieję że wymyśli lepszą odpowiedź mając więcej czasu.
– Nie jestem pewien, czy tak się nazywała... ani czy się przedstawiała. Szczerze powiedziawszy, niezbyt pamiętam – przyznał przepraszająco – Ale taka czarna... z przejaśnieniami popielatymi. Nie pamiętam koloru oczu. Chyba w ciemnych tonacjach? Ale z opisu raczej pasuje.
– To ona! – Machnęła ogonem z entuzjazmem. – Ma zielone oczy, ale na tle czarnej sierści to faktycznie czasem wydają się ciemniejsze. I jest super, mówię ci. Gdyby tylko była u nas w klanie wszystko byłoby inaczej, bo Północy to nawet Srocza Gwiazda by nie przegadała – oznajmiła całkowicie pewna siebie. Dopiero po chwili radość w jej oczach przygasła, a wzrok skierował się gdzieś na bok: – Plan, plan… Nie mam planu… Myślałam, że to wszystko będzie dużo prostsze.
Nie chciała mówić wprost, że obecna sytuacja już od dawna ją przerasta i przygniata, ale była pewna, że Piórolotek i tak częściowo o tym wie i ją rozumie. Dzielili podobną wrażliwość i podobne zaparcie w wierze, że kiedyś wszystko może się ułożyć, a przynajmniej że świat powinien był w ten sposób funkcjonować.
– Cóż, zawsze możemy poczekać aż coś się samo wydarzy – Kocur oddalił poważniejszy temat lekko, beztroskim tonem. – W końcu albo się coś stanie, albo wszystko się uspokoi, aż w końcu wszyscy zapomną o problemach. A wtedy... hm, zostaje nam improwizacja? – zakończył poprawiając się na liściach. – Ale to dobrze, że sobie znalazłaś przyjaciółkę! Zawsze jakieś urozmaicienie i pozytywne emocje.
Uśmiechnęła się, otulając się delikatnie ogonem. Pewnie niedługo będą musieli wracać, ale póki jeszcze są tutaj… Mogą udawać, że problemy nie istnieją i cieszyć się swoim własnym towarzystwem.

***
Straciła Kazarkę i Cyrankę. W kwestii pierwszej z kuzynek mogła mieć jeszcze nadzieję, że odnalazła szczęście, nawet jeśli nie z ojcem swoich kociąt, to chociaż ze swoim dzieckiem, które postanowiła zabrać ze sobą, wygnana z klanu. Cyranka jednak… Została bestialsko zamordowana przez lisy, w najbardziej okrutny, możliwy sposób. Karaś widziała to, co po niej pozostało i ten widok zmroził jej żyły i został z nią na długo, gdy zamykała powieki. Jej kuzynka nie zasługiwała na taki koniec, ledwo co zaczęła się godzić z utratą łapy i próbować wrócić do funkcji wojowniczki… Księżycowy Blask i Poranny Ferwor, jej wujek, również nie zrobili niczego złego, aby zasłużyć na tak okrutną śmierć… Gdzie był Klan Gwiazd? Cieszyła się, że chociaż Piórolotkowy Trzepot wrócił cały, jednak wydawał się kompletnie przybity tym co widział i zaczął unikać wszystkich bliskich kotów. Żałowała, że nie została posłana na ten felerny patrol. Nie wiedziała, czy gdyby tam była mogłaby coś zdziałać i uratować choć jedno życie więcej, ale część jej ciała ogarniała czysta wściekłość na myśl, że nie mogła w żaden sposób pomóc. Czy życie w klanie naprawdę było bezpieczniejsze niż samotnicze? Bliskie jej koty były na patrolu z samą zastępczynią, a jakoś nie była w stanie ich uratować. Taki właśnie był sens wybierania na zastępcę kota nie najsilniejszego tylko o odpowiednim kolorze futra i odpowiedniej rodzinie. Pazury Karaś same wysuwały się i wciskały w ziemię gdy tylko o tym myślała, nie powiedziała jednak niczego na głos, co mogłoby obwinić Tuptającą Gęś. Zbyt przejęta była stanem matki, która śmierć brata przyjęła tak źle, że zaczęło się mówić w klanie o jej przejściu do starszyzny oraz wycofaniem swojego byłego mentora.
Niespodziewanie po kilku dniach Piórolotek zaczął się zachowywać jak wcześniej, zagadując ją o piszczkę, którą jadła na śniadanie i wydając się całkiem zrelaksowany.
– Była całkiem smaczna…? – wyjąkała nie wiedząc co się stało i czego się spodziewać.
– To dobrze, cieszę się! – Piórolotkowy Trzepot machnął luźno ogonem. – A nie widziałaś gdzieś może Cyranki? Tak się składa, że miałem iść z nią na patrol…
Karaś znieruchomiała z przerażenia, patrząc na mentora szeroko otwartymi oczami.
– C-cyranki…? Ale o-ona… Ona nie żyje, Piórolotku, nie ma j-jej już – udało jej się wyjąkać, z trudem przełykając ślinę.
Ten jednak machnął ogonem jakby zniecierpliwiony:
– Nie powinnaś żartować w ten sposób, Karaś. To nie jest śmieszne. Poszukam jej sam.
I odszedł, tak jakby nie wydarzyło się nic szczególnego.
Karaś stała jeszcze długo w tym miejscu, starając się pozbierać. Czuła, że z psychiką Piórolotka stało się coś przerażającego i cholernie się tego obawiała.

***
Kolejne dni nie przyniosły wcale poprawy. Piórolotkowy Trzepot zachowywał się beztrosko, nie opuszczał jednak obozu i co gorsza… Albo się Karaś wydawało, albo rozmawiał ze zmarłymi kotami. Próbowała go delikatnie przekonać do wizyty u medyczek, ale ten reagował zdziwieniem na każdą sugestię, że coś jest nie tak. Przestała uświadamiać go o tragedii, która się wydarzyła, bo do kocura i tak nic nie docierało. Karaś czuła się zdołowana ilekroć na niego patrzyła.
– Piórolotkowy Trzepocie? – Zapytała nieśmiało, gdy kilka dni później odważyła się do niego podejść, gdy był sam.
Kocur spojrzał na nią pytająco.
– Ja… Chciałabym odejść, wiesz… Z Klanu Nocy.
– Oh.
Karasiowa Ławica nie była pewna jak odczytać jego wyraz pyszczka i poczuła się jeszcze gorzej.
– Mówię poważnie, Piórolotku, ja… Nie czuję się tu dobrze już od tak dawna, mam wrażenie, że marnuję swoje życie, a Klan Nocy nawet nie zapewnia nam szczególnego bezpieczeństwa, patrząc na te wszystkie tragedie… Chcę spróbować przekonać Skrzelika, żeby ze mną poszedł i znaleźć jakieś bezpieczniejsze miejsce, w którym wszyscy go będą akceptować i w którym będziemy szczęśliwsi… Znaleźć nowy dom.
Ucichła, czując w sobie mnóstwo emocji. Bała się krytyki, bała się tego, że odchodząc może zranić byłego mentora jeszcze bardziej. A mimo wszystko, po tym co spotkało Cyrankę, Księżycowy Duch i Poranny Ferwor czuła się zmotywowana do opuszczenia Klanu Nocy jak nigdy wcześniej.

[1086 słowa]
<Piórolotkowy Trzepocie? Karaś przyszła się pożegnać…>

30 września 2024

Od Karasiowej Ławicy

Karasiowa Ławica, ta głośna od pierwszych chwil życia, gadatliwa i przyjacielska istota, trudniejsza do opanowania w okresie dojrzewania, a wreszcie pewna siebie i swoich wartości, nie bojąca się ich wygłaszać wojowniczka – ucichła. Nie stało się to oczywiście z dnia na dzień, raczej powoli, wraz z przemijającymi porami, liśćmi opadającymi z drzew i śniegiem tworzącym zaspy. Żadne jej starania, walki o równość i szacunek dla czekoladowych nie przyniosły szczególnych rezultatów, może poza tym, że Krabowe Paluszki przeniosła swoje legowisko w okolice Biedronkowego Pola i Kruczego Szponu, a Ryjówkowy Urok nie odzywała się już prawie w ogóle do swojej pierworodnej córki. Sroczej Gwiazdy tak jakby nie obchodziło wszystko to, co Karaś rozgłaszała – nie zareagowała nigdy publicznie w żaden sposób, no chyba że jednak to jej zasługą było skłócenie Ryjówki z Karaś. Nieświadomie i pośrednio na pewno, w końcu Ryjówce bardzo zależało na znajomościach i relacjach z rodziną królewską. Jak widać bardziej, niż na relacji z córką. A Karaś przeżywała to… Niezbyt dobrze.
W głębi serca chowała też urazę do własnej siostry za towarzystwo w jakim teraz się obracała. Krabowe Paluszki nawet nie próbowała się już kryć z przyjaźnią z Różą, która przecież nienawidziła większości członków ich rodziny. Również poprawa relacji Krabik z Kruczym Szponem była dla Karasiowej Ławicy dość dużym zaskoczeniem. Ich czteroosobowa grupa z młodości, Karaś, Krabik, Cyranka i Kazarka – została rozbita i nie funkcjonowała już jak wcześniej. Szylkretka tęskniła za czasami, gdy czuła, że w bliskich kotkach ma wsparcie i mogła z nimi beztrosko spędzać czas.
Jakby na domiar złego przez długi okres czasu nie mogła spotykać się z Bijącą Północą, bo Klan Wilka stacjonował zbyt blisko granicy, by mogła się tam tak często znajdować sama i nie wzbudzać żadnych podejrzeń. I choć gdy tylko Wilczaki wrócili na swoje terytorium, kotki znalazły się na zgromadzeniu i powróciły do spotkań, ta sytuacja pozostawiła w sercu Karaś pewien rodzaj żalu i bólu. Zastanawiała się kim mogłyby dla siebie być z Północ, gdyby tylko urodziły się w tym samym klanie. I dlaczego to aż takie wbrew kodeksowi, że ma przyjaciółkę w innym klanie i chce się z nią widywać.
I to wszystko spowodowało, że Karaś najzwyczajniej na świecie się w sobie zamknęła. Może nie tak całkowicie, bo wciąż potrafiła być szczera z najbliższymi jej w tym momencie kotami, takimi jak jej brat czy Piórolotkowy Trzepot; spędzała też czas ze swoim ojcem – wdzięcznie unikając jakichkolwiek kłopotliwych tematów. Uśmiechała się do Bulwy, noszącego teraz dźwięczne człon Dryfujący, gdy tylko się mijali, jednak miała wrażenie, że ich relacja ma się gorzej, być może też z powodu Syrenki, która za Karaś raczej nie przepadała. Problemem była właśnie reszta klanu – Karaś stała się bardziej nieufna, tak jakby wszędzie węszyła dyskryminację, chcąc rzucać kotom krzywe spojrzenia już za samą pojedynczą rozmowę z kotami pokroju Różanej Woni czy Mandarynkowego Pióra. I gdzieś tam, na fundamentach bezradności, podejrzliwości i zranienia, zrodziła się w jej sercu apatia i zwątpienie. Ile można próbować, jeśli nie przynosi to żadnych skutków? Jeśli sprawia, że odwracają się od ciebie bliscy? Po co poświęcać wolny czas na dodatkowe patrole łowieckie, skoro klan, dla którego zdobywa się pożywienie, nie jest już miejscem, w którym można być szczęśliwym?
“Hej‐j, ja… Jestem już wojownikiem, nie musisz mnie aż tak bronić” – wymiauczał do niej kiedyś Skrzelowy Szept, po gwałtowniejszej kłótni Karasiowej Ławicy z Mandarynkowym Piórem i może to to przesądziło sprawę. Może nie była aż tak potrzebna, jak myślała? Przecież pamiętała plotki o ich planowanej rebelii… Co jeśli chciała pomóc, a w rzeczywistości jedynie szkodziła bratu? Gdy Kazarkowa Śpiewka zaginęła, odnalazła się, a następnie została uznana za zdrajcę i wypędzona z powrotem, Karaś nie próbowała zmienić zdania Sroczej Gwiazdy, mimo przywiązania do kuzynki i głębokiego smutku z powodu tego, co ją spotkało. Kazarka była czekoladowa – a to prawdopodobnie i tak urwało by wszystkie dyskusje. Karaś miała nadzieję, że tam gdzie się uda będzie szczęśliwa. I przeżyje życie, którego nie będzie żałować.
Coraz częściej zastanawiała się, czy ona sama będzie mogła kiedyś tak powiedzieć. Nie znalazła partnera i nie planowała rodziny, zresztą chyba nie czuła się tym zainteresowana, nawet jeśli wydawało jej się to nienormalne. Nie miała żadnych szans na bycie docenioną za pracę w klanie, jakiekolwiek awanse czy nic w tym stylu. Może najwyżej dostanie jeszcze jednego ucznia, za jakiś czas. Chyba brakowało jej celu…? Jeśli nie mogła walczyć o swoje ideały, co miała zrobić ze swoim życiem…? Próbowała wyobrażać sobie obraz “szczęścia”, znaleźć to, czego tak naprawdę chciała i potrzebowała. Ale chyba nie była jeszcze gotowa na to, żeby przyznać się przed samą sobą do tego, co jako jedyne niezmiennie ukazywało się jej wyobraźni.

06 sierpnia 2024

Od Karasiowej Ławicy

W Klanie Nocy nie żyło się w tych dniach spokojnie, a na pewno nie żyło się tak Karasiowej Ławicy, która w swoim planie dnia starała się zmieścić wszystkie patrole obowiązkowe, treningi z Bulwiastą Łapą, choć jeden dodatkowy patrol łowiecki, mniej lub bardziej owocne próby przekonania członków klanu do swoich poglądów, a to wszystko wraz z zamartwianiem się losem brata, tęsknieniem za Północą (i wyczekiwaniem ich kolejnego spotkania), a nawet znoszeniem karcących spojrzeń Krabowych Paluszków, która już kilka razy krytykowała działania Karaś w klanie i wraz ze Skaczącą Cyranką próbowała ją nakłonić do zaprzestania. Ale wtedy wszystko straciłoby sens. Nie chciała sobie nawet wyobrażać dobrowolnego podporządkowania się czemuś, co jest w jej odczuciu tak rażąco niesprawiedliwe. Tak więc przestały ze sobą rozmawiać, obustronnie wściekłe za brak zrozumienia.
W całym tym natłoku myśli i uczuć, jaki zapanował w jej sercu i umyśle, prawie przegapiła zmianę w samopoczuciu kota, o którego tak często się martwiła. I kiedy Skrzelikowa Łapa podbiegł do niej pewnego ranka i otarł się o nią, witając się z uśmiechem i entuzjazmem w głosie, Karasiowa Ławica stanęła naprzeciw niemu totalnie zszokowana, z rozdziawionym pyszczkiem i mrugając, chcąc się upewnić czy to naprawdę jej brat.
– Wymienimy się językami? Dawno tego nie robiliśmy prawda? – zapytał czekoladowy kocurek, skacząc w koło z radością.
Nie zdążyła mu nic odpowiedzieć, bo Srocza Gwiazda zwołała zebranie klanu, na którym… Skrzelik został mianowany. Co więcej obawy rodziny, że mógłby otrzymać imię tak samo obraźliwe jak to Cuchnącego Śledzia, nie spełniły się, gdy liderka nazwała go Skrzelowym Szeptem. Karasiowa Ławica czuła się tak dumna i szczęśliwa! Teraz już całe rodzeństwo mogło się poszczycić mianem wojownika! Znów spać w tym samym legowisku…
Wraz z bratem faktycznie dzielili wieczorem tego dnia języki i nic nie mogło zepsuć im dobrego humoru. Zarówno mianowanie jak i najwidoczniej spędzenie w ostatnim czasie większej ilości czasu z Algową Łapą – jedną z młodszych księżniczek miało na Skrzelika dobry wpływ. Karaś udało się porozmawiać z jej zdaniem najnormalniejszą wnuczką Sroczej Gwiazdy na zgromadzeniu, które odbywało się całkiem niedawno i musiała przyznać, że Algowa Łapa pozytywnie ją zaskoczyła. Nie traktowała jej brata gorzej, rozmawiała z nim i wszystko wskazywało na to, że nie planuje wywinąć mu żadnego okrutnego dowcipu, już po zdobyciu zaufania. Karaś rozważała nawet przez jakiś czas, czy gdyby poprosiła Algę o wsparcie w ich sprawie, może osiągnęliby więcej. Tylko że sama już doświadczyła tego, jak niewiele dociera do Sroczej Gwiazdy przez rozmowę. A dodatkowo prosząc o coś takiego, odseparowałaby kotkę od własnej rodziny, a nie chciała jej tego robić. Alga wydawała się po prostu normalna i szczera. Tak inna niż reszta rodu królewskiego, niż Srocza Gwiazda, Mandarynkowa Łapa, Różana Łapa, Tuptająca Gęś… Na wspomnienie zastępczyni Karaś przeszły dreszcze. Córka liderki co wieczór wydawała z widoczną przyjemnością polecenia dotyczące patroli, nie kryła się w najmniejszym stopniu ze swoją nienawiścią do czekoladowych i szczerze? Karasiowa Ławica nie była w stanie sobie wyobrazić jak będzie wyglądać życie w klanie, gdy to ta kotka obejmie władzę. A przecież Srocza Gwiazda nie mogła sprawować swoich funkcji wieczność, prędzej czy później przejdzie do legowiska starszyzny i zostawi Klan w rękach swojej rodziny.
– Odpłynęłaś – usłyszała cichy głos Skrzelowego Szeptu, który leżał obok niej, pierwszy raz w legowisku wojowników.
Musiała się spiąć, gdy nieprzyjemne myśli napłynęły jej do głowy. Ich futra stykały się delikatnie i mogli wyczuć wibracje jakie generowały ciała ich, oraz leżących w pobliżu kotów. Krzycząca Makrela był całkiem blisko, pochrapując; zaraz za nim leżała Ryjówkowy Urok, kompletnie nie przejmując się odgłosami, które wydawał z siebie jej partner. Krabowe Paluszki była dalej, blisko Cyranki i Kazarki. Karasiowa Ławica poczuła lekkie ukłucie w sercu.
– Przepraszam… – wymruczała w odpowiedzi. – Wiesz, to że Krabik nie ma tu blisko, to trochę moja wina… Kłóciłyśmy się ostatnio, teraz chwilowo leżymy daleko od siebie. Ale jestem pewna, że też się bardzo cieszy z twojego mianowania i jest dumna, po prostu nie chciała podchodzić przy mnie.
– W porządku – Skrzelowy Szept wciąż brzmiał spokojnie. – Na pewno porozmawiam z nią kiedy indziej.
Karaś uśmiechnęła się.
– Zobaczysz, teraz wszystko będzie lepiej – miauknęła z ekscytacją. – Będziemy mogli chodzić razem na patrole kiedy tylko będziemy chcieli, nikt nie będzie ci mógł dokuczać z powodu bycia uczniem, tak jak wcześniej; wszystko się ułoży! I widziałeś, jaki tata jest dumny?
– T-tak, ja… Bardzo się cieszę.
Ktoś mruknął, żeby się przymknęli i dali wreszcie innym spać. Karasiowa Ławica siłą powstrzymała się od odkrzyknięcia czegoś niemiłego.
– Przecież jeszcze nie jest tak późno, zresztą mamy Porę Zielonych Liści, trzeba korzystać z pogody i długich dni – fuknęła tylko pod nosem, czym wywołała u Skrzelika rozbawiony pomruk.
Ułożyła się tylko trochę wygodniej i już niedługo później faktycznie oboje spali.

***

– Karasiowa Ławico?
Niski damski głos powstrzymał Karaś przed dołączeniem do Ryjówkowego Uroku w jedzeniu kolacji. Zastygła w miejscu i odwróciła się, z lekkim przerażeniem zaobserwowując stojącą w pobliżu Kruczy Szpon, wpatrzoną w nią z lekko wykrzywionym uśmiechem.
– Nie miałabyś ochoty na pogawędkę? – spytała czarno-biała, sprawiając wrażenie, jakby w jej pytaniu w rzeczywistości chodziło o coś całkiem innego.
Karasiowa Ławica nie była zbyt przekonana co do tego pomysłu. Ta jedna kotka, wywoływała u niej strach od kiedy tylko zobaczyła ją pierwszy raz, wychodząc ze żłobka. A i Piórolotkowy Trzepot nie lubił jej! To był jeden z dwóch głównych powodów, dla których nie mogły wspólnie trenować z Krabik jako uczennice, gdy ta dostała Kruczą za mentorkę… Karaś zawsze też miała wrażenie, że treningi te nie były dla jej siostry przyjemne i źle na nią wpływały, nawet pomimo tego, że końcowo nauczyła się wszystkiego i została wojowniczką.
Kruczy Szpon czekała jednak na jej odpowiedź, a Karasiowa Ławica nie miała najmniejszego pomysłu jak się wywinąć z tej sytuacji.
– Um… Chyba możemy, tak myślę…? – miauknęła niepewnie.
– Cudownie – kotka mruknęła z zadowoleniem i nakazała Karaś ogonem iść za sobą. – A więc słyszałam, że nie przepadasz za Sroczą Gwiazdą? – zagaiła, gdy już usadowiła się wygodnie ze swoją piszczką w ciut bardziej odludnym miejscu.
– P‐po prostu nie zgadzam się z niektórymi j-jej poglądami.
Czy to był egzamin, test? Kruczy Szpon chciała ją wesprzeć? Skrytykować? Powiedzieć wszystko liderce? Dlaczego głos Karaś musi tak drżeć i niepewnie brzmieć, gdy jest potrzebny?
– Poglądy to bardzo ogólne stwierdzenie… Możesz rozjaśnić? – W pytaniu rozbrzmiała już lekka doza irytacji.
– Ja… N-nie uważam, żeby koty czekoladowe były gorsze. –To nie było coś czego się wstydziła! Dlaczego w tym momencie jej słowa brzmiały jak słaba wymówka jakiegoś kociaka…? Kruczy Szpon miała tak przytłaczającą aurę, że Karaś gubiła się w tym, co chciała powiedzieć. – No i też, ta władza dziedziczna, um… No bo… Nie jestem pewna, czy jest sprawiedliwym rozwiązaniem – starała się ratować.
– To już choć trochę ciekawsze – Krucza parsknęła nieprzyjemnie. – Nie martw się, od ciebie czekoladowi z pewnością gorsi nie są – objaśniła, jednak brzmiało to jak przytyk, nie pocieszenie. Dodatkowo chwilę później ziewnęła. – No cóż, jakbyś kiedyś planowała dorosnąć i wziąć sprawy w swoje ręce, zamiast rozsiewać po klanie durne plotki; możesz się odezwać… Być może będę miała na tyle dobry dzień, żeby zapobiec wszystkiemu, co najpewniej uda ci się zepsuć.
Po czym tak po prostu wstała i sobie poszła, wraz ze swoją ledwie napoczętą piszczką, zostawiając Karaś w kompletnym szoku. Co Kruczy Szpon właśnie zaproponowała, pomoc w zamachu? Powstrzymanie Karasiowej Ławicy, gdyby to ona takowy zamach chciała planować? Co chciała ratować przed zepsuciem, Klan? Sroczą Gwiazdę? Karaś? Jedno się potwierdziło, była już mentorka Krabik faktycznie była przerażająca.
Mętlik panujący w głowie Karasiowej Ławicy spowodował, że nie zauważyła kompletnie zbliżającej się Krabik, aż do momentu w którym kotka już dość głośno na nią naskoczyła:
– Żartujesz sobie?! Poważnie?! To jest to co teraz robisz?! – Nagłe syki siostry spowodowały, że Karaś skoczyła na równe nogi i aż jej się uszy położyły.
– N‐nie wiem o czym mówisz!
– No jasne, przecież właśnie widziałam. Jak rozumiem Kruczy Szpon sama do ciebie podeszła zagadać?! Z takimi kotami się teraz zadajesz?! Myślisz, że wtedy coś dla siebie ugrasz?!
– To nie tak – chciała wytłumaczyć, że właśnie tak było i to nie jej wina, jednak zorientowała się, że siostra wcale nie chce jej wysłuchać. Do tego w jej wzroku było coś innego niż złość, tak jakby wyrzut, jak gdyby Krabowe Paluszki czuła się… Zawiedziona? Zdradzona?
Przez chwilę obie stały wpatrzone w siebie, pełne złości, zmartwienia, żalu… Po chwili jednak Krabik odwróciła się na tylnej łapie i odeszła w stronę ich mamy z wysoko podniesionym ogonem.
Karaś samotnie dokończyła kolację, czując się paskudnie sama ze sobą.

***

Nie minęły dwa dni, gdy Ryjówkowy Urok poruszyła temat ciągłych kłótni swoich córek. Wraz z Karaś znajdowały się właśnie na patrolu łowieckim, obok dreptał zestresowany Krzycząca Makrela starający się mówić o wszystkim poza drażliwymi tematami ostatniego czasu, jednak nikogo więcej nie było – i teraz Karasiowa Ławica zastanawiała się, czy nie było to zamyślone przez jej mamę już wcześniej.
– Muszę przyznać, że jestem tobą bardzo zawiedziona – Ryjówka syknęła na starcie. – Naprawdę, bardzo zawiedziona.
– O, a widziałyście tamtego motyla? Był taki ładny, cały żółciutki… – Krzycząca Makrela przerwał, gdy ogon jego partnerki pacnął go między uszy, najwidoczniej na znak, że ma się wreszcie zamknąć. Położył po sobie uszy i rzucił Karaś przepraszające spojrzenie, tak jakby chciał jej przekazać słowo “próbowałem”.
– Mam nadzieję, że masz coś na wytłumaczenie, bo te twoje wymysły już trwają stanowczo zbyt długo, patrząc na twój wiek – Ryjówkowy Urok mówiła już normalnie, nie patrząc jednak córce w oczy i machając intensywnie ogonem.
– Jakie wymysły… To, że nie chcę, żeby Skrzelik był poniżany przez wszystkich w klanie?
Jej głos brzmiał tak gorzko, jak świadomość Karaś, że mama i tak nie zrozumie. Zbyt ważna dla niej była pozycja, zbyt ważne były znajomości z wysoko postawionymi kotami.
– Skrzelik nie jest poniżany przez wszystkich w klanie – matka znów machnęła ogonem, uznając to za kwestię niedyskusyjną. – Został mianowany na wojownika, ma się wyjątkowo dobrze, nic mu się nie dzieje. A Ty narażasz honor całej rodziny, wykłócasz ze swoją jedyną siostrą, zrażasz do siebie córki i wnuczki liderki… Nie pamiętasz, jak ci mówiłam, żebyś próbowała się zaprzyjaźnić z Różaną Łapą? To byłaby dla Ciebie tak cenna sojuszniczka! Ale nie, musiałaś robić wszystko po swojemu i poza rodziną w klanie właściwie nie masz znajomych. A na zgromadzeniach szlajasz się z tą całą klifiaczką… Liczyłam, że chociaż relacja z Cisową Łapą zaspokoi tą twoją ciągotę do kotów z innych klanów, ale Krzycząca Makrela mówi, że wciąż rozmawiasz z tamtą.
Karaś poczuła się, jakby ktoś jej wbijał pazur pod żebra. Spodziewała się krytyki wszystkiego: jej kłótni z siostrą, zbyt odważnego mówienia o swoich poglądach, podkładania się, ale nie jej relacji z Północą! Była zaskoczona, że mama zauważyła jak wiele czasu razem spędzały. Czy naprawdę aż tak pilnowała tego, co porabiają jej córki?
Ryjówkowy Urok zamilkła, chcąc chyba lepiej zebrać myśli, jednak Krzycząca Makrela skorzystał z okazji, próbując trochę złagodzić sytuację:
– Widzisz Karaś, mama się po prostu trochę martwi, bo to niedobrze być zbyt blisko z kotami z innych klanów… Ale przecież to nie tak, że umawiacie się na jakieś tajne schadzki wyznawać miłość, samo rozmawianie na zgromadzeniach nie jest jeszcze czymś złym.
Karaś przełknęła ślinę i pokiwała głową. Ciekawe co jej rodzice by powiedzieli, gdyby wiedzieli, że jednak spotykają się również na granicy, albo o tym, jak uczyła Północ pływać…
– Czymś złym jest otwarte krytykowanie liderki własnego klanu przy wszystkich – Ryjówkowy Urok wróciła do głównego tematu. – Martwię się, że Srocza Gwiazda już i tak przygląda ci się od dłuższego czasu…
“To dobrze” – odbiło się w myślach Karaś. – “Niech zauważy, że jej dyskryminacja ma jakiś odzew, że coś się dzieje.”
– Musisz natychmiast przestać rozpowiadać te bzdury, a najlepiej przeprosić za nie – jej matka kontynuowała, po czym dodała z żalem, jak gdyby jednak do samej siebie: – Na własnej piersi wychowana, z własnej piersi wykarmiona, a tak naraża całą rodzinę…
– Nie narażam całej rodziny – ogon Karaś poruszył się z irytacją. – Jedynie samą siebie. Taka Krabik cały czas stwierdza, że jestem głupia i że się ze mną nie zgadza. Zresztą, mamo, jestem już dorosła, nie możesz oczekiwać, że zawsze będę robić to, czego sobie zażyczysz. Jakie nieprzyjemności mają mnie spotkać za mówienie prawdy? Czy w Klanie Nocy nie ma już prawa do posiadania własnego zdania? Nie wolno myśleć samodzielnie?
Oczywiście to tylko bardziej zdenerwowało Ryjówkę i kotki do niczego nie doszły. Krzycząca Makrela wracał z nimi przybity i mimo, że nie brał udziału w kłótni, to chyba na niego najgorzej ona wpłynęła. Jak na patrol łowiecki, zwierzyny przynieśli bardzo mało lub wcale, a później nie odzywali się za bardzo do nikogo resztę wieczoru. Karaś kładąc się na posłaniu, zwinęła się w kłębek bardziej niż zwykle, zakrywając nos ogonem. Chciała się ukryć przed wszystkimi. Dlaczego nawet jej bliscy nie chcieli jej pomóc…? Dlaczego ważniejsza od prawdy była pozycja…? Nie chcieli zrozumieć, czy rozumieli, ale uznali to za mniej ważne od podlizywania się liderce i jej rodzinie?

03 sierpnia 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Piórolotkowego Trzepotu

Bezpośrednio po rozmowie Karasiowej Ławicy i Piórolotkowego Trzepotu ze Sroczą Gwiazdą

“Konflikty można rozwiązać rozmową” – cóż za durne stwierdzenie, wraz z osobą, która je wymyśliła. Spróbowali? Spróbowali. Czy coś osiągnęli? Roztrzęsione nastroje, zrujnowane marzenia, brutalne zderzenie z rzeczywistością…
Karasiowa Ławica wychodziła wraz z Piórolotkowym Trzepotem z legowiska Sroczej Gwiazdy, a następnie poza teren obozu, ale im dłużej szła tym większą złość, zawód, a nawet zalążek nienawiści, skierowanej w stronę liderki, czuła. Jedyne co próbowali jej wytłumaczyć to to, że żadnego kota nie należy uważać z góry za złego, tylko i wyłącznie z powodu koloru sierści. Czy to jest coś dziwnego? W innych klanach nie było takich pomysłów, jak zrzucanie kogoś na dno hierarchii tylko przez wygląd! I niszczenie mu z tego powodu życia, wyzywanie go, odbieranie szczęścia… Ale rozmowa z liderką przypominała rozmowę z głazem. Nic, nie było w stanie jej poruszyć tak, by zmieniła zdanie.
Kopnęła łapą kamyk, który stał na jej drodze. Potoczył się w bok, a Karaś zacisnęła na chwilę oczy, powstrzymując syknięcie z bólu. Dopiero gdy je otworzyła, zorientowała się, że jej były mentor stanął i odwrócił się w jej stronę… Płacząc.
– Nie zrozumiała – kocur rzucił z żalem, trzęsąc się z nagromadzonych emocji. Wojowniczka wpatrywała się w niego, nie wiedząc jak zareagować, gdy usiadł, wziął kilka głębokich oddechów i kontynuował łamliwym głosem: – Karaś... ona nic, kompletnie! Czemu ona nic nie rozumie! Co w tym takiego trudnego? Wystarczy być chociaż odrobinę otwartym, odrobinę! Ze swoimi wnuczkami pewnie też nic nie zrobi, bo w końcu zostały jej tylko te lepsze, nie? – Przetarł nos, a z jego oczu wylewały się kolejne łzy.
Szylkretka na chwilę spanikowała, słysząc jak jej były mentor wyrzuca z siebie wraz z łzami dokładnie te same żale, które wbijają się cierniem w jej serce. Nie była najlepsza w pocieszaniu, do tego złość, która ją wypełniała nie pomagała. Sama gubiła się w tym co czuje, ogarnięta zbyt wieloma negatywnymi myślami.
– To jak rozmawianie z sumakami – miauknęła, nawiązując do wypowiedzi starszego. – Albo z drzewem, którym nawet silniejszy wiatr nie zatrzęsie… Kompletnie nie chciała nas słuchać… – wbiła wzrok w ziemię, próbując jednocześnie wyrzucić z umysłu myśli, które prowadziły na skraj paniki. Już Piórolotek płakał, jeżeli również ona się rozklei… Czy było cokolwiek, co mogła powiedzieć? Jakakolwiek resztka nadziei? Szukała desperacko choćby promyka w ciemności, nie chciała się poddawać. Przesunęła się bliżej kocura, ocierając o niego w geście pocieszenia. – Może jeszcze po prostu jest za wcześnie… Może gdy więcej kotów otworzy oczy i wszyscy razem powiemy jej, że mamy dość… Może musi się stać coś poważniejszego, żeby zauważyła co się dzieje… – Dotarło do niej jak naiwnie brzmią jej słowa i znów położyła uszy po sobie, nie mogąc powstrzymać ogarniającej ją bezradności. – Tak jakby nie było jeszcze dość śmierci i zła… Jakbyśmy nie tracili zbyt młodych wojowników… Może to Gwiezdni dają nam znaki, że Srocza Gwiazda nie postępuje właściwie? Jeśli nic się nie zmieni, jeśli będzie gorzej… Przecież chyba zareagują, prawda…? A jeśli nie oni, nasz klan…?
– Jak do tej pory zbyt dużo kotów tych błędów nie widzi – stwierdził ponuro Piórolotkowy Trzepot, co jakiś czas jeszcze pociągając nosem. Widać było, że już się uspokoił, jednak oczy nadal mu łzawiły. – A jeśli Klan Gwiazdy w końcu jakoś reaguje, to robi to w sposób, który rani i działa nie na te koty, na które trzeba. Mowa tu najbardziej o uczniach, kociakach... oni najbardziej to pochłaniają. Najbardziej ich to krzywdzi, a Srocza Gwiazda nie widzi skazy, jaką im zrobiła na myśleniu – zrobił przerwę, na kolejne przetarcie oczu. – Algowa Łapa myśli podobnie do nas, bardzo przeżywa ostatnie zniknięcie Kawki i Płotki. I zdaje się, że nie potrafi znaleźć przez to oparcia we własnej rodzinie – poskarżył się, patrząc smętnie w śnieg. – Ale byłoby miło, gdyby Klan Gwiazdy jednak działał w sposób, którego nie potrafimy dostrzec... W końcu są tam bliskie nam koty, przodkowie, którzy się o nas troszczą, więc zwyczajnie muszą coś działać.
– Muszą… Powinni, przecież muszą… Ktoś musi… – Karaś wyrzuciła z siebie mało sensowny potok słów, zajęta układaniem rozpaczliwego planu w swojej głowie. – Powiem… Może otworzą oczy… Powiem im, powiem, muszą zrozumieć… Muszą…

***

Jeszcze tego samego wieczora, gdy dużo spokojniejsza wchodziła do legowiska wojowników, uważnie zlustrowała wzrokiem znajdujące się tam koty, doszukując się wśród nich kogoś z rodziny królewskiej. Bądź jednego z ich ślepych popleczników, takich jak Pchli Nos, od dawien dawna wpatrzony w Sroczą Gwiazdę jak we własne bóstwo. Takim kotom zdecydowanie nie spodobałoby się to, co chciała powiedzieć, a wolała nie ryzykować. Zwłaszcza nie tak wcześnie. Z pewną goryczą uświadomiła sobie, że jej znajomość relacji i poglądów w klanie nie była czymś naturalnym. Nie interesowałaby się takimi rzeczami sama z siebie i nie zwróciłaby uwagi na subtelne powiązania wieczornych rozmów dwóch kotów i ich lojalności wobec Sroczej Gwiazdy i jej decyzji. Ten jeden raz zawdzięczała coś rozeznaniu w sieci społecznych relacji, jakie miała zawsze jej matka i którym kotka dzieliła się z córkami, chcąc by osiągnęły w życiu jak najwięcej. Karaś nigdy nie chciała zgodzać się z metodami, które Ryjówkowy Urok stosowała i próbowała jej przekazać, a jednak właśnie sama sięgnęła po jej wiedzę… Pocieszała się tym, że robiła to również z troski o innych – nie samą siebie.
Kazarka, Krabik, Śnieżne Wspomnienie, zaledwie kilka innych kotów… Dyskretnie lustrowała obecnych w legowisku wzrokiem. Nartnikowy Czułek prowadziła dość luźną konwersację z Bratkowym Futrem, na szczęście bez Kruczego Szpona. Karaś wciąż bała się tej kotki, niby nie pałała ona miłością do obecnego systemu, ale perspektywa zaufania byłej mentorce Krabik… Szylkretkę przeszły lekkie dreszcze. Teren wydał jej się więc czysty. Panował raczej spokój, większość kotów dopiero czekała na powracających z patroli znajomych czy rodziny. Tak też ruszyła w stronę własnej siostry i kuzynki, szybko znajdując się obok nich.
– Tak ostatnio rozmawiałam z kilkoma innymi kotami – zaczęła delikatnie, jednak dość głośno, by każdy znajdujący się w legowisku kot mógł podsłuchać ich rozmowę. – Usłyszałam taką ciekawą teorię… O tych wszystkich złych wydarzeniach, które ostatnio się wydarzyły i o poczynaniach Sroczej Gwiazdy…
Mówiła tak jakby od niechcenia, układając się obok dwóch szylkretek. Z zadowoleniem wyłapała ich zaciekawione spojrzenia.
– No bo wiecie – trochę obniżyła ton głosu. Ściszenie go nie miało jednak na nic wpływu – legowisko wojowników nie było na tyle duże, by ktokolwiek mówił tu o czymś, co miało zostać tajemnicą. – Ta cała władza dziedziczna, dodawanie nowych zasad… Niby kodeks wojownika czegoś takiego nie zabrania, ale co jeśli Gwiezdnym wcale nie podoba się tak mocne mieszanie w tradycjach? I specjalnie zsyłają tragedie na nasz klan, żeby upomnieć Sroczą Gwiazdę zanim będzie za późno? Myślicie, że to w ogóle ma sens? – zapytała dość lekko, mimo bólu narastającego w jej sercu. – No bo wiecie, śmierć kocięcia Tuptającej Gęsi… Utrata Wirującej Lotki… To wszystko faktycznie było bezpośrednio związane z liderką.
Praktycznie okłamywała bliskie jej kotki. Może nie bezpośrednio, ale takie kręcenie, brak mówienie otwarcie… Czuła się z tym okropnie, jednak nie chciała publicznie pokazywać, że sama wierzy w taki rozwój wypadków. Chciała tylko, żeby różne koty z klanu zaczęły mieć wątpliwości. Żeby zaczęły samodzielnie myśleć… I może w końcu, wreszcie dostrzegły jak bardzo życie w klanie Nocy było niesprawiedliwe.
– Nie wiem. – Krabik skrzywiła się. – To dość pesymistyczne, jeżeli Klan Gwiazd miałby się od nas faktycznie odwrócić czy to ze względu na zmiany wprowadzone przez Sroczą Gwiazdę czy cokolwiek innego, mogłaby nas czekać jeszcze większa tragedia.

***

Słowa rzucone w tamten dzień przez Krabowe Paluszki okazały się wręcz prorocze, gdy zaledwie parę wschodów słońca później patrol Karaś, powróciwszy do obozu, ujrzał scenę wyjętą z najgorszych koszmarów. Wszędzie była krew, ciało Błotnistej Plamy wciąż leżało pośrodku. Ojciec Karaś najszybciej dowiedział się o koszmarnych wydarzeniach tego wieczoru i przekazał również je również swoim dzieciom. Wszystkie koty Klanu Nocy były przybite i przerażone tym co się stało. Mgliste Spojrzenie wciąż lamentowała nad swoim jedynym synem, co wcale nie przeszkadzało Bratkowemu Futru i Sumowej Płetwie głośno oskarżyć jej czyny z przeszłości jako winne przekleństwu, które spłynęło na młodszą siostrę Sroczej Gwiazdy. Gdy liderka ogłosiła istnienie choroby, która dopadła czekoladową, zapanował jeszcze większy strach. I nieufność. Karaś nie było w obozie w trakcie walki, a mimo to czuła na sobie podejrzliwe spojrzenia, tak jakby każdy w każdym doszukiwał się symptomów choroby. Jeżeli ona coś odczuwała, Skrzelikowa Łapa musiał to czuć dziesięć razy mocniej. Martwiła się o niego jeszcze bardziej niż zwykle. Wtedy też, gdy już pierwszy szok spowodowany krwawymi wydarzeniami minął, uświadomiła sobie jeszcze jedną rzecz. Przekleństwo od Klanu Gwiazd, kolejni zarażeni, to wszystko w Klanie Nocy nie mogło mieć większego znaczenia niż kolor futra pierwszej ofiary choroby. Oczywiście, że to nie mogło przejść bez echa. Desperacko wróciła do swoich prób rozbudzenia świadomości innych kotów. Tym razem już mniej się kryjąc, starała się rozmawiać z jak największą ilością “niekrólewskich” nocniaków. Mówić, że Klan Gwiazd zrzucił przekleństwo na kotkę o czekoladowej sierści, ponieważ nią gardzono i uważano za gorszą. Że to znak, upomnienie, że w trudnych chwilach powinni trzymać się razem, a nie odrzucać kogokolwiek. Wszystko, byleby tylko jak najmniej kotów winą całej sytuacji obarczyło pozostałe koty brązowe, w tym jej brata.
Czasem miała wrażenie, że w swojej cichej wojnie odnosi postępy. Z dużym zdziwieniem przyjęła informację, że Biedronkowe Pole częściowo podziela jej poglądy. Chodziło raczej o system wybierania zastępcy, niż los kotów czekoladowych, być może również o wpływ Śnieżnego Wspomnienia, z którym kotka spędzała czasem czas, a który chętnie zgadzał się z Piórolotkiem we wszystkim, gdy wraz z Karaś rozmawiali z nim o sytuacji w klanie jeszcze przed tragedią.
A potem znów była świadkiem jak Czapli Taniec z nutą przerażenia w głosie wydziera się na znajdującego się w złym czasie i o złej porze Cuchnącego Śledzia.
A potem znów widziała ten przestrach w oczach jej brata, gdy próbował przesunąć się przez obóz do ojca nie rzucając się nikomu w oczy.
A potem całkowicie przypadkiem przyłapała Nartnikowy Czułek na smarowaniu futra jakimś intensywnie pachnącym kwiatkiem. Kotka oczywiście nie zdradziła celu, w jakim to robi, a jedynie całkowicie wyluzowana zaśmiała się, że robiła to już kilka razy i nie ma w tym nic niebezpiecznego. Dopiero dużo później jakiś nagły przebłysk inteligencji Karaś powiązał to wydarzenie z tym, jak zmieniła się ostatnio barwa futra kotki. Ze srebrno brązowej, na bardziej… Rudą? Czy wojowniczka na siłę próbowała zmienić kolor swojej sierści, mimo że ta nie była czysto czekoladowa, bo bała się, że dyskryminacja się rozszerzy również na koty srebrne i złote? Czy to Karasiowa Ławica była już tak przewrażliwiona, że wszędzie dopatrywała się szkodliwości poglądów Sroczej Gwiazdy? Tego typu rozmyślania często przybijały ją, jednak nie zamierzała się poddawać.

Jej walka z sumakami trwała.

17 lipca 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Bijącej Północy

Porą nagich drzew
Poranek przyniósł Klanowi Nocy śnieg, zamiast kolejnego deszczu. Karasiowa Ławica z westchnieniem wstawała, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie nie uchowa suchego futra również i tego dnia. No ale wstać musiała, ponieważ zaplanowała dzisiaj dla Bulwiastej Łapy pierwszy trening walki - wraz z Syrenią Łapą i Bratkowym Futrem. Karaś rzuciła okiem w stronę drugiej z mentorek, która wstała już i wyglądała na rozbudzoną. Ona również przeciągnęła się więc i chwilę po starszej z kotek, wyszła na śnieg. Nie była to żadna śnieżyca, raczej wolno, lecz nieustępliwie spadające drobne płatki śniegu, w panującym chłodzie wciąż jednak niezbyt przyjemne – nawet dla kotów lubujących się w wodzie cieplejszymi porami.
– Witaj, Bratkowe Futro – miauknęła, starając się zawrzeć w głosie odpowiednią ilość szacunku, gdy mogły już rozmawiać bez obawy o obudzenie współklanowiczów nie śpieszących się na poranne patrole i treningi z uczniami.
Była wdzięczna wojowniczce za chęć do wspólnych treningów; po prawdzie niebiesko-biała nie ukrywała tego, że Syrenia Łapa także jest jej pierwszą uczennicą, jednak kotka zawsze była tą starszą i bardziej doświadczoną w niektórych kwestiach. A ponadto Karaś miała wrażenie, że rodzeństwo ma na siebie dobry wpływ i lepiej im idzie nauka w towarzystwie drugiego. Jak się szybko okazało – do dzisiaj.
Bulwa i Syrenka czekali na nie, chowając się przed deszczem w progu legowiska uczniów, jednak widząc mentorki szybko podążyli w ich stronę. Bratkowe Futro już w drodze zaczęła tłumaczyć, czym się będą zajmować. W końcu dotarli na niewielką polankę, niedaleko zrujnowanego mostu.
– No dobrze, czas przejść do praktyki moi drodzy – oświadczyła Bratkowe Futro. – Wraz z Karasiową Ławicą zaprezentujemy wam jeden z podstawowych ataków, wraz z unikiem jaki należy wykonać, jeśli ktoś atakuje nas w ten sposób.
Karaś pokiwała głową i odczekała chwilę, by kontynuować:
– Na razie zajmiemy się bardzo prostymi ruchami. Przyglądajcie nam się uważnie, bo zaraz będziecie powtarzać razem, dobrze?
Syrenia Łapa pokiwała głową, jednak w oczach Bulwiastej Łapy Karaś dostrzegła niepewność. Zdziwiło ją to. Kocurek do tej pory nie sprawiał żadnych problemów jako uczeń i chętnie się uczył polować. Czy mógł bać się, że zrobi przypadkiem mniejszej siostrze krzywdę?
Bratkowe Futro miauknęła ostrzegawczo, po czym skoczyła w stronę Karasiowej Ławicy, wyciągając do ataku prawą przednią łapę. Karaś widząc to, przetoczyła się po ziemi w przeciwną stronę, szybko wydostając się z poza zasięgu łap i wstając. Poczuła jak błoto ze śniegiem osiada na jej sierści, jednak nic nie powiedziała. Wykonały manewr ponownie, tym razem jednak Bratkowe Futro atakowała lewą łapą.
– Spróbujecie? – niebiesko-biała odwróciła się do uczniów. – Bulwiasta Łapa niech atakuje pierwszy, chcemy zobaczyć oba warianty tego uniku, więc najpierw prawa łapa, potem lewa ‐ tak jak u mnie. Tylko pamiętajcie, że pazury przez cały trening pozostają schowane!
– M‐mam zaatakować własną siostrę? – Bulwiasta Łapa wyjąkał po chwilii, mrugając ze zdziwienia.
– Przecież nie na poważnie! Tak jak mówiła Bratkowe Futro, pazury zostają schowane, więc nie możesz jej zrobić prawdziwej krzywdy – uspokoiła go szybko Karaś. – Ćwiczymy walkę, żebyście mogli obronić w razie niebezpieczeństwa siebie, swoje młodsze rodzeństwo i cały klan, nie żebyście atakowali kogokolwiek bez powodu.
Kocur wydawał się troszkę bardziej przekonany i zdecydował się nawet zaatakować Syrenią Łapę – włożył w to jednak tak mało siły, zdecydowania i porządnego zamachu, że Karaś miała ochotę mimo woli zachichotać. Bratkowe Futro skupiła się na komentowaniu uniku, który Syrenia Łapa – mało poprawnie – wykonała, więc Karaś miała czas przysunąć się do swojego ucznia i dotknąć go opiekuńczo ogonem.
– Twoja siostra jest silna i szybka, Bulwiasta Łapo – wymruczała dość cicho. – Naprawdę nie musisz się martwić, że coś jej zrobisz. To nie był atak prawdziwego wojownika, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda? Spójrz jaki jesteś duży i silny, zwłaszcza jak na swój wiek, stać cię na dużo więcej!
Spojrzała na niego zachęcająco.
– Ja p-po prostu… Chyba nie lubię przemocy – niechętnie wyznał jej uczeń, wbijając wzrok w ziemię.
Westchnęła lekko.
– Myślę, że wiele kotów jej nie lubi – miauknęła. – Ale czasem jest tak, że nie mamy wyjścia. – Przed oczami stanęła jej Kawcze Serce wracająca do obozu z martwym ciałem Krakwiego Skrzydła. – Lepiej umieć bronić siebie i bliskich, niż patrzeć jak ktoś robi im krzywdę, nie mogąc reagować, nie uważasz?
Starała się brzmieć delikatnie, jednak miała świadomość, że kocurek mimo młodego wieku zdążył już przeżyć ciężar życia bez wsparcia dorosłych – tym bardziej zaskakiwała ją jego łagodność i niechęć do ranienia kogokolwiek.
– Jeśli wolisz, możesz na razie poćwiczyć ataki na mnie, nie na siostrze, mogę cię zapewnić, że jestem tak dobrą wojowniczką, że nie masz najmniejszych szans nawet mnie drasnąć – zaproponowała w końcu, puszczając do młodego oczko.
Bulwiasta Łapa zgodził się na takie rozwiązanie i dalej trening toczył się bez większych problemów, jednak widać było, że tak jak nauka uników jeszcze jest dla niego choć trochę przyjemna, tak do silniejszych ataków musi się zmuszać. Karasiowa Ławica nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, że to złe i musi temu zaradzić – wierzyła jednak, że głębokie przywiązanie kocurka do rodzeństwa pomoże mu przemóc się w krytycznej sytuacji.

***

Trening minął dość szybko, jednak mimo zmęczenia – w końcu brała w ćwiczeniach czynny udział, postanowiła udać się jeszcze na samotne polowanie. Od kiedy została mianowana decydowała się na to całkiem często – mimo przybywających księżyców jej pokłady energii wciąż zdawały się nie mieć końca i starała się dobrze je wykorzystywać dla klanu. Był też drugi powód, związany z ucieczką od wszystkich komentarzy, których nie chciała słyszeć, czy to na temat jej brata, czy rodziny królewskiej i niedawno zaginionych Kawczego Serca i Płotki. Karaś urodziła się ekstrawertyczką, jednak poglądy panujące w klanie, z którymi nie chciała się zgadzać i z którymi nie dało się dyskutować, przeszkadzały jej w byciu w pełni sobą. A poza obozem panował spokój, cisza, można było się wyżyć, polując… I przypadkiem zawędrować na granicę z Klanem Klifu.
Uśmiechnęła się, orientując się, gdzie się faktycznie znalazła. Bliżej wybrzeża, tu gdzie nie rosły już drzewa, warstwa śniegu była dużo większa. Szczerze mówiąc, nie był to pierwszy raz, gdy zdarzyło jej się tu trafić, bez szczególnego powodu. Może kryła się w niej jakaś podświadoma tęsknota za Północą, skoro gdy tylko się zamyślała, wychodząc, łapy kierowały ją właśnie tutaj? Wiedziała, że szanse na spotkanie są praktycznie zerowe, jednak spojrzenie w stronę klanu koleżanki wywołało gdzieś w środku niej uczucie ciepła, mimo otaczającego ją chłodu. Ciekawe co Północ teraz robiła, czy rozmawiała z rodzeństwem, była na patrolu, może trenowała ze swoją nową uczennicą…? Śnieg w końcu przestał padać, więc być może przebywała gdzieś poza obozem, polując. Albo wylegiwała się w legowisku, wtulona w czyjeś futro… Karaś skrzywiła się delikatnie, to nie było zbyt przyjemne wyobrażenie. Właściwie nie była pewna czemu o tym pomyślała. Ale Północ zdecydowanie nie pasowała jej do wizji wylegiwania się, póki jeszcze trwał dzień, spróbowała więc porzucić tą myśl, kładąc się na chwilę i wpatrując w prześwitujące między wydmami morze – fale musiały być duże, skoro ich szum docierał do Karaś nawet mimo odległości, mieszając się z wiejącym wiatrem i przynosząc kotce przyjemniejsze wspomnienia. Przymknęła oczy, chłonąc to uczucie spokoju.
– Ka… ‐Aś… ‐Araś… – niewyraźny głos przebił się przez kojące dźwięki.
Zastrzygła uszami. Północ…? Tutaj…? Akurat teraz…? Odwróciła głowę w stronę granicy. Niemożliwe, to znaczy, rozpoznałaby jej głos wszędzie, ale tak duży zbieg okoliczności?
– Północ…?
Była tam, wyglądająca tak samo jak zawsze, ze swoimi smukłymi, szybkimi łapami i długim futrem, które pewnie dawało jej lepszą ochronę przed chłodem niż to krótkie Karaś. Jej czarna sylwetka dość mocno odznaczała się na tle cienkiej wartwy śniegu.
– A co to za niepewność w głosie? – Bijąca zagadnęła, wywołując uśmiech na pyszczku Nocniaczki. – No nie mów, że mnie nie poznałaś, bo się pogniewam – zaśmiała się, podchodząc śmiało bliżej granicy.
To zdecydowanie nie mógł być żaden inny Klifiak.
– Doprawdy, miałam wrażenie, że wołasz mnie jeszcze zanim miałaś okazję mnie ujrzeć… Szukałaś mnie? – Karaś wyszczerzyła się pewna siebie. – Czyżbyś już zdążyła zatęsknić od ostatniego zgromadzenia, a może jakiś inny powód przygnał cię aż na granicę?
Czarna strzępnęła uchem, zerkając na nią w pełnym rozbawieniu.
– Cóż, może mam wielu przyjaciół po drugiej stronie – zaczęła. – No i pech chciał, że zamiast na nich, trafiłam na ciebie... – dodała z teatralnym rozczarowaniem.
Wojowniczka Klanu Nocy zaśmiała się lekko.
– Ah, no dobrze, rozumiem… Czyli powinnam się oddalić, żeby ich zawołać? Jakie mają imiona? – spytała ciekawa, czy Północy uda się w ogóle wymienić imiona większej ilości jej współklanowiczów.
Po chwili jednak dodała z odrobinę zawstydzonym uśmiechem, celowo uciekając spojrzeniem na boki, tak żeby jej słowa nie wydały się koleżance zbyt poważne:
– Nie no, nie martw się… Mi też cię już troszkę brakowało.
Niepewność tylko na chwilę zagościła na pysku Klifiaczki. Uśmiechnęła się lekko.
– Tylko troszkę? – mruknęła. – No no, bo się pogniewamy. A moi przyjaciele? Cóż, Ławicowy Karaś, dla przykładu. Może ją znasz.
Udała zamyśloną, nieudolnie kryjąc chichot.
– Ah, no tak, wiem! Taka wysportowana, inteligentna, uzdolniona łowczyni… Wcale niepodobna do mnie! – wyszczerzyła się. – Tak właściwie, muszę ją przed Tobą pochwalić… Dostała własnego ucznia całkiem niedawno!
Bijąca Północ uchyliła pysk w zadumie, na moment wybita z rytmu.
– Na poważnie? – spytała. – O ja, no to gratuluję! Ledwo co mianowana, mleko ci z wąsa jeszcze kapie, a już ma ucznia, niesamowite – westchnęła z fascynacją.
– I jaki jest? Szybko się uczy?
– Dobrze sobie radzi, chociaż jest strasznie łagodny, więc martwię się trochę o treningi walki… No i nie da się ukryć, że bardzo łatwo ulega wpływowi siostry – Karasiowa Ławica westchnęła lekko, po czym zastrzygła uchem i dodała: – Sama też przecież tak szybko dostałaś ucznia, nie masz co mnie chwalić.
Północ przewróciła jednak w akcie rozbawienia oczami, machając łapą od niechcenia:
– Sama byłaś świadkiem okoliczności w jakich go dostałam. Myślę że po prostu byłam pierwszym kotem, który wpadł Srokoszowej Gwieździe do głowy. Był w nerwach, tak to bym się pewnie jeszcze naczekała z kilkanaście jak nie więcej księżyców na ucznia! – przyznała, a Karaś wyczuła w jej głosie lekki żal.
Przekrzywiła delikatnie łepek, zdziwiona.
– Przecież jest twoim tatą. Nie doceniłby cię wcześniej?
– To dosyć skomplikowane. Mój ojciec jest specyficzny… – stwierdziła, uśmiechając się głupkowato i nerwowo drapiąc łapą za uchem. – Nie wiem, co mu siedzi w głowie. Tym bardziej że z całego rodzeństwa byłam największą... No powiedzmy, że on by to nazwał "rozrabiaką", ja na to mówię "z odpowiednią dozą energii" – stwierdziła. – Raczej gdyby nie wpływ emocji, byłabym ostatnią której dałby ucznia.
– Widać się nie zna, jakbyś nie miała tej "odpowiedniej dozy energii" to nie byłabyś taka zarypiasta. Koty, które poza obowiązkowymi patrolami siedzą cały czas na tyłku są nudniejsze – odpowiedziała Karaś z miną znawcy. – Ja właśnie delektuję się możliwością spędzania czasu poza obozem samemu, od kiedy zostałam mianowana. Nie dość, że mogę się wybiegać do woli, to jeszcze wszelkie obozowe problemy zostawić za sobą i się nimi nie przejmować… Kocham mój klan, ale niektóre koty z niego sprawiają, że czasem mam ochotę po prostu pobyć sama – zmarszczyła nos, jednak w jej spojrzeniu wciąż widać było dobry nastrój… I sporą dozę sympatii do dymnej klifiaczki.
Północ wyprostowała się, spoglądając na nią z zainteresowaniem.
– A co, masz klan pełen sztywniaków? – spytała. – Cóż, w takim przypadku, to jeszcze chętniej bym szła na granicę gdzie towarzystwo byłoby bardziej odpowiednie dla mnie – stwierdziła, puszczając w jej stronę oczko.
– Troszkę zbyt wielbiących naszą liderkę wraz ze wszystkim co powie i zrobi, sztywniaków – szylkretka dodała bardziej pod nosem, po chwili jednak podniosła ton, śmiejąc się: – A myślisz, że co innego tu robię? Tylko tu można przypadkiem wpaść na pewną czarną księż… Klifiaczkę.
– Księżniczkę? – Północ dokończyła pierwsze słowo, zerkając na Karaś.
– No wiesz, tak się u nas mówi na kotki z rodziny królewskiej… To znaczy z rodziny liderki. To ma być jakaś taka oznaka szacunku i te sprawy – wyjaśniła dość niechętnie. – Ale szczerze mówiąc niektóre nasze księżniczki są w sobie strasznie zadufane, uważam, że jesteś dużo lepsza niż one.
– Wasz klan ma trochę dziwne zwyczaje – stwierdziła niepewnie starsza z kotek.
– Pewnie każdy ma… Nasze są po prostu dość nowe, niektórzy wciąż się przyzwyczajają, a niektórzy całkowicie odeszli. Jeżeli nie jesteś z rodziny królewskiej to nigdy nie wybiorą cię na zastępczynię, nie zdziwię się, jeżeli niedługo zostanie to poszerzone i na bycie medyczką też nie będzie szans. Masz się zwracać do nich z szacunkiem… A jeśli urodzisz się ze złym kolorem sierści to równie dobrze możesz odejść, bo w klanie nigdy nie poczujesz się bezpiecznie. Tęsknię za tym porządkiem w klanie jaki panował gdy byłam jeszcze młodą uczennicą, za tą normalnością.
Północ milczała, wpatrując się w koleżankę z uwagą. Karaś zawstydziła się, myśląc teraz, że bez powodu zrzuca na nią swoje problemy i nie powinna narzekać Klifiaczce. Z jakiegoś powodu, może przez ich podobieństwa w podejściu do życia, ufała kotce i czuła potrzebę bycia wysłuchaną, choć przez chwilę. Ale przecież nie mogła przekroczyć granicy i wymagać od niej więcej niż powinna, bez względu na to jak bardzo chciała szukać w dymnej oparcia. Zresztą, nie chciała, żeby Północ uznała ją za marudę! I słabą kotkę, która sobie nie radzi z czymkolwiek! Nie powinna ryzykować utraty tej więzi, która zawiązała się między nimi mimo różnych rodzin, klanów… Mimo to coś w spojrzeniu czarnej pozwoliło jej jeszcze dokończyć:
– Ja sama próbuję się jakoś dostosować…. Ale na twoim miejscu bym się martwiła, jeśli mi się nie uda i z jakichś powodów też będę zmuszona odejść, jeszcze się skończy tak, że twój ojciec będzie miał dwie walnięte kotki na głowie w swoim klanie – zażartowała.

< Północy?>

25 czerwca 2024

Od Karasiowej Ławicy CD. Piórolotkowego Trzepotu

Mianowanie drugiej z jej kuzynek nareszcie dobiegło końca i przyszła kolej na nią.
– Karasiowa Łapo. Czy przysięgasz bronić Klanu Nocy, nawet za cenę własnego życia? – zapadło pytanie przywódczyni.
Klan Nocy był jej rodziną. Krabik, Skrzelik, rodzice, ciocia i kuzynostwo, Piórolotek… Ich wszystkich zamierzała bronić i wiedziała, że byłaby w stanie dla nich wiele poświęcić.
– Obiecuję – odparła pewnym głosem.
– W takim razie, w imieniu Klanu Gwiazdy nadaję ci wojownicze imię. Od dziś będziesz znana jako Karasiowa Ławica. Gwiezdni podziwiają cię za twą zwinność i determinację i witają cię w szeregach naszych wojowników – Srocza Gwiazda zakończyła ceremonię, a wszędzie wokół rozbrzmiało skandowanie nowego imienia Karaś. Po chwili do skandowania dodano imiona Skaczącej Cyranki i Kazarkowej Śpiewki, a gdy Karaś dołączyła do kuzynek ich rodzina rzuciła się z gratulacjami. Czuła wzruszenie i prawdziwe szczęście. Karasiowa Ławica, jak pięknie… Udało im się, zostały wojowniczkami, jej ojciec był z niej taki dumny, i matka tak samo… Przymrużyła oczy, dziękując za wszystkie gratulacje. Gdy jej siostra podeszła, w pierwszej chwili poczuła strach. Co jeśli Krabowa Łapa będzie miała jej za złe, że została mianowana wcześniej? Szylkretka uśmiechnęła się do niej trochę krzywo:
– Nie czuj się taka pewna siebie, już za chwilę cię dogonię – wymruczała, ocierając się lekko o siostrę. – Gratulację, Karasiowa Ławica nie brzmi aż tak źle, jak na to, że mogłaś zostać… Karasiowym Odorem.
Zaśmiała się. Cieszyła się, że siostra nie trzyma do niej urazy.
Chwilę później, gdy i ona sama pogratulowała Kazarce i Cyrance, mogła w końcu puścić się biegiem w stronę swojego mentora. Stał z boku, patrząc na nią z dumą, tak jakby sam czekał, aż w końcu znajdzie dla niego chwilę.
–Piórolotkowy Trzepocie! Piórolotkowy Trzepocie! – Zawołała już z daleka. – Słyszałeś, słyszałeś? Karasiowa Ławica, to takie piękne imię! – Obkręciła się w miejscu kilka razy, a w jej oczach błyszczała czysta radość i ekscytacja. – Jestem wojowniczką, naprawdę!
– Sam nie mógłbym wymyśleć lepszego, jest śliczne! – przyznał uśmiechając się promiennie z błyskiem dumy w oczach. – Brzmi jak połyskujące dzięki światłu księżyca w nocy łuski ryb – przyznał. – Niemal jestem w stanie je usłyszeć!
– Bardzo mi się podoba! Wciąż ledwo mogę w to uwierzyć, muszę znaleźć sobie jak najlepsze miejsce w legowisku wojowników – rozmarzyła się. – Ale śmiesznie będzie znowu spać obok mamy, mam nadzieję, że Krabik i Skrzelik szybko do nas dołączą… – zmartwiła się odrobinę, spoglądając w stronę rodzeństwa.
– Jestem pewien, że nie zajmie im to bardzo długo czasu, w końcu to twoje rodzeństwo, nie? A skoro skończyłaś trening to oni również na pewno wszystko ogarną i dostaną na koniec ładne imiona. – stwierdził delikatnie kołysząc ogonem. - No, może nie ładniejsze od twojego.
Wyszczerzyła się w uśmiechu na ostatnie słowa.
– Ale… To, że jestem teraz wojowniczką, nie oznacza, że nie będziemy razem chodzić na patrole prawda?
– Pfft, teraz to dopiero będziesz chodzić na patrole - były mentor Karaś rzucił machnąwszy łapą. - Codziennie na jakiś więc jestem pewien, że trafimy na siebie więcej niż raz. Z resztą, na pewno za jakiś czas dostaniesz swojego ucznia, więc nawet jeśli, to nie będziesz chodzić sama.
– Ucznia… – powtórzyła z podziwem. – Ojejku… – westchnęła. – Ale cieszę się, naprawdę się cieszę. Dziękuję bardzo! Byłeś najlepszym mentorem pod słońcem!
Uśmiechnęła się po raz ostatni i śmignęła z powrotem do rodziny. Już niedługo ona, Kazarkowa Śpiewka i Skacząca Cyranka miały rozpocząć czuwanie.

***

Miała wrażenie, że po ceremonii wojownika czas jakby przyśpieszył. Piórolotkowy Trzepot miał rację, gdy ostrzegał ją, że dopiero teraz zaczną się prawdziwe patrole i obowiązki. Wypełniała je jednak sumiennie i z radością. Odkryła jak cudowna jest możliwość wychodzenia samemu poza obóz, z czego nie bała się korzystać – uprzedzała oczywiście zawsze, gdzie mniej więcej się udaje, jednak możliwość udania się na dodatkowy patrol łowiecki samemu była dla niej prawdziwym smakiem wolności. Z nadpobudliwości bowiem nigdy nie wyrosła i czasem ciężko było jej wysiedzieć w obozie nawet mimo chłodu na zewnątrz. Zresztą, w porównaniu do pamiętnej zeszłorocznej Pory Nagich Drzew było dużo cieplej, a i zwierzyny nie brakowało na tyle, by zaczęli głodować. Nieszczęśliwe pasmo wypadków w Klanie po śmierci Wirującej Lotki zdawało się przerwać. Zmarł jedynie Trzcinowa Sadzawka, jednak z uwagi na jego wiek nie było to szczególnie dziwiące. Odszedł we śnie, bez większego bólu. Do legowiska wojowników dotarła Krabowe Paluszki, a Karaś nie mogła ukryć dumy ze swojej siostry, która ukończyła trening ucznia i widocznie odżyła po uwolnieniu się od towarzystwa Kruczego Szponu. Mentorka nigdy nie wpływała dobrze na Krabik, również Karaś się jej bała, obie cieszyły się więc, że ten okres mają już za sobą i mogą spędzać razem więcej czasu.
Srocza Gwiazda zaproponowała Karaś własnego ucznia, co w pierwszej chwili kompletnie zszokowało kotkę. Bulwiasta Łapa był… Spokojny i posłuszny. Słuchał się Karaś, jeszcze chętniej swojej własnej siostry i nie sprawiał żadnych problemów. Kotka miała nadzieję, że uda się jej mimo wszystko wyciągnąć z kocurka trochę więcej zdecydowania i odwagi do posiadania własnego zdania, którego zdecydowanie mu brakowało. Mimo to był całkiem uroczym uczniakiem, chciał dobrze dla wszystkich i nie rozumiał niektórych problemów klanu Nocy takich jak dyskryminacja czekoladowych. To jednocześnie rozczulało Karaś, jak i bolało, gdyż przypominało o sprawie, wobec której była tak naprawdę bezradna. Płotka, jedna z córek Wirującej Lotki zdawała się być teraz punktem kulminacyjnym wszystkich sporów. Srocza Gwiazda odebrała jej prawo bycia księżniczką, wykluczając z własnej rodziny. Po śmierci karmicielki, o Płotkę starała się dbać Kawcze Serce, chroniąc ją na ile była w stanie. A potem obie zniknęły.
To było nagłe i odcisnęło się mocno na całej rodzinie. Wierzyli, że obie kotki znalazły dla siebie lepsze miejsce i nic im nie jest, jednak widać było, jak Cyranka i Kazarka cierpiały po utracie matki. Już nie wspominając o wyraźnie przygnębionej Księżycowym Blasku. A Karaś nie rozumiała. Tak jak nie rozumiała zawsze, gdy działo się coś złego. Znów nie mogła sobie poradzić z własnymi myślami i niesprawiedliwością tego, co działo się w klanie. Znów słyszała komentarze o Skrzelikowej Łapie, o tym, że jest dziwny i niebezpieczny, bo urodził się z brązowym futrem. Znów czuła tą frustrację i bezradność, bo chciała coś zrobić, ale nie mogła – bo była tylko plebsem, kimś kto nie zajmie nigdy ważnej pozycji w Klanie, bo Srocza Gwiazda zadecydowała, że tylko jej własna rodzina ma do tego prawo. A po niej liderką miała zostać Tuptająca Gęś, która jeszcze chętniej traktowała inne koty gorzej i Karaś ta wizja zaczynała przerażać.
Komu jeszcze mogła się wygadać? Komu ufać, kto mógł ją rozumieć, zwłaszcza teraz, po utracie Kawczego Serca? Znała odpowiedź, gdy zobaczyła byłego mentora, kończącego posiłek w samotności.
– Piórolotkowy Trzepocie! Piórolotkowy Trzepocie! – Karaś szybko ruszyła w jego stronę, machając niecierpliwie ogonem. – Piórolotkowy Trzepocie, chodź ze mną na patrol.
Kocur nie wydawał się zachwycony tym pomysłem.
–Chcesz się gdzieś konkretnie wybrać? – spytał.
Chociaż wpierw widać było, że musiał się zastanowić nad tym, czy chce się ruszać z miejsca, w końcu wstał i ruszył w raz z nią do wyjścia.
– Zapolować, porozmawiać – widać było, że jest przejęta i mówi dość poważnie. – Nie musimy iść daleko.
– Jasne – odezwał się jedynie, nie patrząc na Karaś.
W milczeniu szła przodem, chcąc jak najszybciej wydostać się poza obóz. Odezwała się dopiero, gdy znajdowali się kilka króliczych susów od wejścia:
– Czy wiesz co stało się z Kawczym Sercem? I Płotką?
– Klan Nocy ma kiepskie nastawienie do czekoladowych kotów – stwierdził bezbarwnym głosem, jakby to miało wszystko wyjaśniać. – Nie wiem skąd to nastawienie, podobnie było z Topikiem – dodał, spuszczając uszy po bokach. - A Kawcze Serce... dużo przeszła.
Spojrzała na starszego kocura.
– Nie lubię tego, nie rozumiem… – miauknęła, a w jej głosie słychać było kroplę rozpaczy. – W kodeksie wojownika nie ma nic o wyrzucaniu czekoladowych kotów z klanu! Ani o tym, że jedna rodzina ma być lepsza od pozostałych… Skrzelik też już słyszał zbyt dużo komentarzy, których nie powinien był – stanęła w miejscu kuląc się w sobie. – Co jeśli to on będzie następny? Dlaczego Srocza Gwiazda robi to wszystko? Chciałabym rozumieć, ale nie potrafię, naprawdę…
– Bo to naginają. Widziałaś, jak się obnosi z tym Mandarynkowa Łapa? – spytał, pozwalając emocjom opuścić jego ciało, zatrzymując się, gdy zobaczył jak Karaś przystaje. - A przecież to jeszcze kocię, czuję się wokół niej prawie tak samo niekomfortowo jak przy Biedronkowym Polu. Nie mogę uwierzyć, że nikt nie widział, jak zachowywała się Makowe Pole, jak traktowała niektóre koty. I może tutaj nie ma czego rozumieć – dodał przyciszonym głosem, spuszczając wzrok na ziemię. - Może coś się po prostu, kiedyś zdarzyło, a my tego nie potrafimy pojąć. Myślę, że nie chcę pojmować. Wszystko to jest... brzydkie. Sam wątek zdaje się mnie oblepiać czymś przykrym. Wszystkich, którzy to widzą – zadrżał nerwowo. - A Skrzelik jest jednym z lepszych kotów, jakie znam.
Przez chwilę oboje milczeli. Piórolotkowy Trzepot musiał uspokoić rozedrgane przykrymi wspomnieniami emocje, a Karasiowa Ławica nie chciała wymagać od niego mówienia o przykrych sprawach więcej, niż to potrzebne. Wiedziała, że dużo przeżył, Klan Nocy tracił zbyt dużo kotów.
– Dziękuję… – miauknęła smutno, ale w jej głosie zabrakło przekonania. – Czy naprawdę nie da się z tym nic zrobić? Różana Łapa też… Nie tylko wobec czekoladowych, mnie nie znosi chyba za sam fakt, że nie należę do rodziny królewskiej – wyznała. – A niedługo ma być naszą medyczką… Wszystkie ważne stanowiska mają objąć osoby, które traktują inne koty w taki okropny sposób, uważają je za gorsze od siebie z dziwnych powodów… Podobno rozmowa rozwiązuje problemy, ale myślę, że gdybym chciała iść powiedzieć Sroczej Gwiaździe wszystko, co tłucze mi się w głowie, to moja własna mama ukatrupiła by mnie zanim zdążyłabym się przekonać na własnym futrze, że głos zwykłego plebsu nic nie znaczy – zacytowała zasłyszane kilkakrotnie słowa z gorzkim uśmiechem.
Na słowa podziękowania point jedynie stworzył na pysku coś w rodzaju niezbyt udanego uśmiechu, ściskając wargi w niemym zrozumieniu.
– Różana Łapa? – powtórzył. Nie rozmawiał z kotką zbyt dużo, praktycznie wcale, jeśli nie musiał, nawet się nie witał, mógł więc nie być świadomy jej przytyków w stronę innych uczniów. A na wzmiankę o ,,plebsie", uszy już całkiem przywarły mu do czaszki. - Klan tego nie widzi, czy po prostu się boi - rzucił pod nosem pytanie owiane retoryką. – Może... może warto spróbować. W końcu to nie tylko my, prawda? Powinniśmy mieć jakiś głos w tej sprawie... Klan powinien być wspólnotą – rzucił z goryczą, chociaż zdawało się, że sam tracił w to wiarę. – A obecnie niczym nie przypomina czegoś, o czym opowiadano nam w żłobku.
– Róża doczepia się do innych uczniów… Oczywiście, że dla Skrzelika jest niemiła, ale ja też dostałam, że jestem głupia, nawet bym się na żadną ważną pozycję nie nadawała, a jeśli będę się jej czepiać za obrażanie brata to wylecę z klanu wraz z rodzicami i generalnie to nas zabiją, bo jest księżniczką i jest nietykalna – westchnęła, kończąc wątek Różanej Łapy. – Nie wiem kto, to tylko jej słowa. Ale przyznaję, że to ja zaczęłam ten spór. To znaczy ona, obrażając Skrzelika. Ja go broniłam, oczywiście. No ale wciąż, to przyszła medyczka – zwiesiła głowę, jednak po chwilii podniosła ją z powrotem, patrząc na mentora. – Myślisz, że to miałoby sens? Co w ogóle możnaby powiedzieć, od czego zacząć…? Dyskryminowanie czekoladowych kotów jest złe, przestańcie? Nie brzmi zbyt dobrze…
– Przecież nie mogą nas tak zwyczajnie wyrzucić z klanu, czy zabić, bo próbujemy wytknąć niesprawiedliwość. Z resztą, dobrze zrobiłaś – rzucił ze złością słysząc jej słowa, chociaż oboje zdawali się nie być już pewni, co mógłby zrobić ich własny klan. - Można pomyśleć, przewertować kodeks wojownika... ewentualnie improwizować. I najlepiej na początku porozmawiać na osobności ze Sroczą Gwiazdą. Chyba... chyba mógłbym to zrobić.
W oczach Karaś zaświecił się błysk nadziei.
– Mogę iść z tobą – oznajmiła zdecydowanym tonem. W tym była dobra, w działaniu, nie siedzeniu i rozmyślaniu, co można by zrobić, by poprawić świat. Chociaż z drugiej strony… – Chyba, że uznasz, że jest zbyt duże ryzyko, że palnę coś niewłaściwego, nie myśląc – dodała, patrząc w bok. Czym innym było samo działanie, czym innym tak delikatna sprawa. A ona zachowywała się czasem ciut impulsywnie.
– Chodź ze mną – odpowiedział niemal bez namysłu. – Samemu się jednak trochę boję, Srocza Gwiazda jest straszna - dodał z dość skołowanym uśmiechem.
Pokiwała głową, myśląc co najlepiej powiedzieć, a czego unikać.

<Piórolotkowy Trzepocie? A także… Srocza Gwiazdo?>

08 czerwca 2024

Od Karasiowej Łapy (Karasiowej Ławicy) CD. Cisowej Łapy

Jeszcze przed mianowaniem

Od spacerku z Cisową Łapą i Strzyżykowym Promykiem minęło trochę czasu i pora Opadających Liści rozkręcała się w najlepsze. Karaś kilka razy próbowała zagadać koleżankę z sojuszniczego klanu, albo chociaż się do niej uśmiechnąć, jednak ta była wciąż cicha, skryta i zajęta głównie szkoleniem i wspomaganiem swojej mentorki, nie jakimikolwiek kontaktami społecznymi z uczennicami Klanu Nocy. Córka Ryjówkowego Uroku zaczęła martwić się, czy to nie przypadkiem sprawka Różanej Łapy, z którą, chcąc nie chcąc, Cis musiała spędzać dużo czasu. Czarno-biała księżniczka nie kryła się zupełnie ze swoją antypatią do Karaś i jej rodzeństwa, łatwo więc było kotce uwierzyć, że powiedziała o niej coś niemiłego kotce z Klanu Wilka. Tylko że Cis tak samo nie rozmawiała również z wszystkimi innymi nocniakami, więc raczej mało prawdopodobne było, że to jedyny problem. W końcu odpuściła sobie całkowicie na kilka księżyców próby nawiązywania nowych znajomości z wilczakami i skupiła na kontaktach z własną rodziną: siostrą, kuzynkami, rodzicami, a także ciocią Kawczym Sercem.
To chyba właśnie ciocia przerwała jej chwilową sielankę, jako pierwsza zauważając, że Ryjówkowy Urok czuje się gorzej niż zwykle. Wojowniczka poleciła swojemu bratu, Krzyczącej Makreli (który oczywiście w pierwszej chwili spanikował), aby zaprowadził swoją partnerkę do medyków i Karaś cała ta sytuacja mocno zmartwiła. Na szczęście okazało się jednak, że jej mamie dolegało jedynie odwodnienie i Strzyżykowy Promyk nie musiała jej zatrzymywać w swoim legowisku zbyt długo. Zresztą przez cały swój pobyt u medyków miała towarzystwo Czaplego Tańca, który zrobił sobie coś z jakimś stawem i najwyraźniej często musiał przychodzić po jakieś zioła; a i córki odwiedzały ją dość często. Karaś z pewnym ciepłem w sercu zaobserwowała, że mimo że sama dolegliwość mamy nie była czymś przyjemnym, tak wydarzenie to pozwoliło całej jej rodzinie spędzić znów trochę czasu razem, całą piątką. No i była bardzo dumna, gdy Skrzelik przyniósł zdrowiejącej mamie własnoręcznie upolowaną piszczkę i nawet bąknął cicho, że to dla niej. Strzyżykowy Promyk nie była aż tak zadowolona z ich obecności i końcowo nakazała jednak przychodzić w maks dwie osoby, bo to legowisko medyków, a nie centrum spotkań, no ale cóż. Karaś i tak była zadowolona.
Wydarzenia te jednak sprawiły, że czy tego Cisowa Łapa chciała czy nie, kilka razy z Karaś musiała zamienić dwa słowa, a niedługo później uczennica Piórolotkowego Trzepotu została wyznaczona wraz z młodą medyczką na patrol w celu zbierania jakichś ziół.
– Idziemy? – spytała dość niechętnym tonem szylkretka, gdy tylko wyszła ze swojego legowiska i ujrzała swoją obstawę.
Karaś miała wrażenie, że wzrok młodszej zatrzymał się na niej na trochę dłużej niż na jej mentorze. Poczuła się trochę niepewnie.
– Jeśli jesteś gotowa, możemy ruszać – potwierdził Piórolotkowy Trzepot. – My z Karaś postaramy się oczywiście również zapolować w drodze.
Pokiwała głową, uśmiechnięta. Po prawdzie bardzo krótko szli przy rzece, więc na łowienie ryb raczej nie miała co liczyć, jednak wytropienie sporej nornicy też jej odpowiadało. A może pościg za tłustą sikorką… Na chwilę odpłynęła myślami, jednak jej mentor i tak już zaczął przekraczać rzekę, nie przeszkadzało mu więc raczej, że nie udzieliła żadnej szczególnej odpowiedzi. Cisowej Łapie przedostanie się na drugi brzeg nie szło tak sprawnie jak kochającym pływanie Nocniakom, Karasiowa Łapa postanowiła więc solidarnie zaczekać i nie zostawiać jej samej z tyłu. Tak na wypadek, gdyby nagle miała wpaść do głębokiej wody i się topić. Albo gdyby miał ją porwać ten legendarny sum z bajek dla kociaków.
– Wiesz, tak właściwie… – odezwała się po chwili, korzystając z tego, że przez chwilę były same. – Odnoszę dość silne wrażenie, że mnie nie lubisz.
Patrzyła na młodszą badawczo, jednak odezwała się raczej neutralnym tonem, bez specjalnego żalu czy głębszego przejmowania się tym faktem. Jeśli Cisowa Łapa by potwierdziła, w gruncie rzeczy to jej, nie Karaś strata. Może po prostu nie zależało jej specjalnie na odnajdywaniu się w Klanie Nocy i chciała jedynie nauczyć się jak najwięcej o ziołach. A może taka dziwna i antyspołeczna już się urodziła i nic się nie dało z tym zrobić.

Wyleczeni: Ryjówkowy Urok

<Cisowa Łapo? Karaś nie będzie szczególnie zła, jakby co, po prostu uważa, że jesteś dziwna hahha>

30 maja 2024

Od Karasiowej Łapy do Nimfiej Łapy

– Od tej pory, aż do otrzymania imienia wojownika, będziesz się nazywać Nimfia Łapa. Twoim mentorem zostanie Tuptająca Gęś, jestem pewna, że przekaże ci swoją wiedzę – po obozie klanu Nocy rozbrzmiewał głos Sroczej Gwiazdy.
Karasiowa Łapa siedziała na uboczu przy Piórolotkowym Trzepocie i choć starała się tego nie pokazywać, czuła w głębi serca lekki niepokój. Nimfia Łapa była znajdką – nie pochodziła z klanu Nocy. Zimą jej mama poprosiła patrol Klanu Nocy o opiekę nad kotką, wtedy zaledwie kilkuksiężycowym kociakiem, bo sama była zbyt słaba, by ją wykarmić. Karaś brała w tych wydarzeniach czynny udział – była częścią patrolu, jako pierwsza zauważyła obcą Serwal (mamę Nimfy), a nawet obiecała jej, że gdy znajdka podrośnie, opowie jej o jej pochodzeniu. Wciąż pamiętała jak wstrząśnięta była widokiem skrajnie wygłodzonej kocicy, oddającej obcym kotom jedyne dziecko i błagającej zwykłą uczennicę o zachowanie jej w pamięci. Wydawało jej się, że to stąd wzięło się to dziwne uczucie, które w niej osiadło i dawało o sobie znać, gdy tylko patrzyła na Nimfę. Kojarzyło jej się z pewnym rodzajem poczucia odpowiedzialności za drugą osobę i miała silne wrażenie, że gdyby kotce w Klanie Nocy wydarzyła się jakaś krzywda – Karaś stanęłaby jako winna przed tą dziwną, obcą Serwal, którą widziała zimą pierwszy i najprawdopodobniej ostatni raz w życiu.
Z tego powodu starała się zadbać o relację z Nimfą. Jak każda uczennica dość często przynosiła karmicielkom piszczki, tak więc kilka razy wyszukała na dworze co ciekawsze muszelki, kwiatki czy patyczki, żeby przynieść je przy tej okazji kociakom do zabawy. Córka Serwal okazała się jednak dość spokojna i zdystansowana – dużo mniej chętna do zabaw i brykania niż Karaś początkowo zakładała. Mimo to dziękowała zawsze za podarunek z szacunkiem w głosie i chętnie słuchała krótkich opowieści o klanowym życiu, gdy starsza miała więcej czasu. W gruncie rzeczy była bardzo dobrze traktowana – jak przystało na czarno-białe kocię w klanie, w którym inteligencję kota oceniało się po kolorze jego futra, a gdy u rodzonej księżniczki pokazało się to “niewłaściwe” – odmawiano włączenia jej do rodziny. Stąd właśnie brał się niepokój w sercu Karaś. Nimfa trafiła pod opiekę Tuptającej Gęsi i Kotewkowego Powiewu, a teraz Srocza Gwiazda powierzyła ją swojej zastępczyni również jako uczennicę. I to naprawdę nie tak, że Karasiowa Łapa miała do Tuptającej Gęsi jakiś poważny uraz, albo śmiała podważać jej kompetencje jako mentorki. Po prostu tak bardzo nie zgadzała się z poglądami, które zastępczyni chętnie głosiła… A teraz zwątpiła w to, że Nimfia Łapa da radę się przed nimi obronić i zauważyć absurdy obrażania czekoladowych kotów tylko dlatego, że są czekoladowe. Gdyby to ciocia Kawcze Serce została jej mentorką, mająca serce otwarte dla wszystkich ciocia, która jeszcze w żłobku zawsze powtarzała swoim córkom i bratanicom, że rodzina i klan są najważniejsze, i zawsze należy dbać o każdego… Czy było cokolwiek, co Karaś mogła zrobić…?

***
Kilka dni później wróciła z popołudniowego patrolu łowieckiego zadowolona. Odłożyła swoje zdobycze na pień pośrodku obozu i usiadła niedaleko, wylizując dokładnie swój ogon. Słońce przyjemnie grzało i rozważała króciutką drzemkę, gdy jej uwagę zwróciła Tuptająca Gęś, wchodząca wraz z Nimfią Łapą do obozu. Zastępczyni dość szybko się oddaliła, a Karaś postanowiła zagadnąć młodszą uczennicę. Nie miała jeszcze okazji spytać ją o wrażenia z rozpoczęcia treningu.
– Głodna? – Spytała, podchodząc do czarno-białej i wskazując ogonem na stos ze zwierzyną.
– Uczeń nie może jeść, dopóki nie nakarmi klanu – Nimfia Łapa wyrecytowała niepewnie jedną z zasad kodeksu wojownika.
– Oh, przecież nie w pierwszych dniach swojego treningu – Karaś uśmiechnęła się. – Możesz zanieść jedną z piszczek starszym i to już się będzie liczyć jako nakarmienie klanu. Jeśli sama nie zjesz porządnie, to nie będziesz miała przecież siły na naukę polowania, jedzenie to podstawa! – Powtórzyła stare słowa Ryjówkowego Uroku, która wbijała tą zasadę swoim dzieciom do głów jeszcze w żłobku.

<Nimfia Łapo?>
[615 słów]
[przyznano 12%]

28 maja 2024

Od Karasiowej Łapy CD. Cisowej Łapy

Później tego dnia już nawet nie była pewna, co ją aż tak zirytowało. Czy to, że na polowaniu złowiła mniej ryb niż zwykle i wyrzucała sobie, że na tym etapie powinna już być lepsza? Piórolotkowy Trzepot uspokajał ją, że gorszy dzień zdarza się każdemu, ale Karaś niespecjalnie to przekonywało. Chciała zostać wielką wojowniczką, a nie czuć tą frustrację, gdy ryba umyka ci głęboko w toń akurat w chwili, gdy już miałaś zacisnąć na jej ogonie swoje zęby. A może prawdziwym powodem jej irytacji była mama, której Krzycząca Makrela przypadkiem wspomniał coś o jej koleżance ze zgromadzeń? Specjalnie przyszła do niej i zwróciła uwagę, że powinna uważnie bratać się z kotami z obcego klanu. Zasugerowała również, że to wśród kotów klanu Wilka powinna sobie szukać znajomych, nie u Klifiaków, czy Burzaków. Z uwagi na ich sojusz, oczywiście. Karaś czuła się zawiedziona. Przecież zgromadzenie miało być tym czasem, kiedy można rozmawiać ze wszystkimi, bez względu na klan, sojusze i całą resztę. A Klan Wilka… Na ostatnim zgromadzeniu sprawiał wrażenie cichszego niż inne, tak jakby jedynie obserwował innych podejrzliwie. To trochę odpychało Karasiową Łapę. No i tamten dziwny uczeń, który doczepił się do niej zimą – też był wilczakiem. Nie planowała słuchać się mamy w kwestii własnych znajomych. Przecież nie była już kociakiem, mama mogła się o nią troszczyć, ale nie mogła jej mówić, kto się nadaje na przyjaciela, a kto nie.
No a na sam koniec, musiała pomóc w sprzątaniu legowisk starszyzny. Co oczywiście, nie poprawiło jej humoru w żadnym stopniu, mimo że już dawno tego nie robiła i chyba faktycznie była jej kolej.
– To wszystko jest takie bez sensu – mruczała do samej siebie, idąc w stronę stosu zwierzyny.
W jej brzuchu burczało już od dawna i zdecydowanie zasługiwała na posiłek. Zatrzymała się jednak, widząc jakiś większy kamyk w miejscu, w którym chciała postawić łapę.
– Ty też chcesz mnie jeszcze dobić? – burknęła do niego, nie zastanawiając sią nad tym, jak może to wyglądać z boku. – Myślisz, że jaką będę wojowniczką, jeżeli skręcę sobie przez ciebie łapę? Ten dzień już i tak mi udowodnił, że się do niczego nie nadaję.
Przesadzała, ale to pomagało wyrzucić z siebie emocje, a przecież nikt nie słyszał. To znaczy… Tak myślała.
– Eh… Wszystko dobrze? – usłyszała obcy głos.
Podniosła głowę i zamrugała. Wilczak, obcy, w ich obozie. Jej panika trwała jednak tylko kilka sekund. Delegacja, no tak. Kotka przed nią musiała być zresztą uczennicą, sądząc po wzroście, pewnie właśnie tą medyczką, dla której to wszystko zorganizowano. Świat stanął na głowie. Wpuszczają inny klan do własnego obozu, ale jej się Ryjówkowy Urok czepia, że rozmawia z kotami na zgromadzeniu…
Zorientowała się, że kotka wciąż patrzy się na nią jak na wariatkę i że chyba jednak powinna się odezwać.
– Tak, po prostu miałam zły dzień. Mówienie głośno o własnych emocjach pomaga, jeśli akurat nie masz obok kogoś chętnego do słuchania, możesz mówić do samej siebie. – Machnęła ogonem lekceważąco, tłumacząc się niechętnie.
Odetchnęła i zmusiła się do pozbycia się z głowy uprzedzeń. Przecież to od nich brały się wszystkie dyskryminacje, których tak bardzo nie cierpiała! Kotka obok może i była z klanu, który sprawił na niej mało przyjemne wrażenie, ale to nie znaczyło, że nie mogła się okazać świetną towarzyszką. Może Wilczaki po prostu wymagały lepszego poznania, albo czasu żeby się otworzyć…
– Jesteś Cisowa Łapa, ta uczennica medyczki, prawda? Nazywam się Karasiowa Łapa, trenuję na wojowniczkę – przedstawiła się.
Kotka z wyrazu pyszczka pod tytułem “sprawiasz wrażenie totalnie szalonej” przeszła do zwykłego zdziwienia z nutą niepewności.
– Tak, będę się jakiś czas u was szkoliła – potwierdziła.
Zapadła na chwilę niezręczna cisza. Karaś rozejrzała się, szukając zaczepienia rozmowy.
– Widzę, że już zjadłaś – odezwała się w końcu, starając się brzmieć gościnnie. – Potrzebujesz czegoś jeszcze? Klan Nocy jest silny, a tegoroczna Pora Zielonych Liści obfita w ryby i inną zwierzynę, nie musisz się martwić o piszczki, póki jesteś w naszym obozie.
– Tak, pstrąg był całkiem smaczny, mimo że nie jestem zbyt przyzwyczajona do ryb – mruknęła Cis.
– Wszystkie ryby są smaczne – potwierdziła Karaś gorliwie, od razu wykazując większe zaangażowanie. – Koniecznie musisz spróbować kiedyś makreli, może uda mi się jakieś złowić w najbliższym czasie, przyniosę wam.
Miała na myśli raczej delegację klanu Wilka niż lokatorki legowiska medyka. Póki mogła się trzymać z dala od Różanej Łapy, póty nie chciała przekroczyć wejścia do jej królestwa ani jedną łapą.
– Um, dobrze – zgodziła się obca uczennica.
Nie była zbyt rozmowna. Karaś znów wysiliła się, szukając jakiegoś tematu do rozmowy.
– Masz teraz przerwę? Może chciałabyś, żebym zabrała Cię na jakieś szybkie obejście terenów? Po prawdzie mogę nie wiedzieć gdzie są które zioła… Ale może nic nie szkodzi na przeszkodzie, żebyśmy zabrały ze sobą Strzyżykowy Promyk.

***

Na obiecany spacer wybrały się dopiero następnego dnia o poranku, końcowo zarówno ze Strzyżykowym Promykiem jak i Ryjówkowym Urokiem. Sroczej Gwieździe zależało na tym, żeby kotki z Klanu Wilka czuły się dobrze w sojuszniczym klanie, tak też chętnie zaakceptowała propozycję Karaś dołączenia do medyczek. No a Ryjówkowemu Urokowi Tuptająca Gęś zasugerowała, żeby poszła z nimi, żeby miały do obrony również już mianowaną wojowniczkę. Chociaż sama kotka wydawała się całkiem zadowolona z tego spaceru. Wraz ze Strzyżykowym Promykiem szły na czele, rozmawiając przyjacielsko, podczas gdy Karaś opowiadała Cisowej Łapie o mijanych miejscach. Teraz właśnie mogły dostrzec drzewo, na które wspinała się jeszcze jako kociak pod czujnym okiem ojca, tak więc niezwłocznie poinformowała o tym nową koleżankę.
– To chyba niezbyt bezpieczne – zauważyła rozsądnie Cis.
– No pewnie! – Karaś uśmiechnęła się z dumą, tak jakby to była pochwała. – Dlatego nic nie mów Strzyżykowemu Promykowi. Ale nie martw się, Krzycząca Makrela zawsze nas pilnował i jestem pewna że uratowałby mnie w ostatniej chwili.
Chciała mówić dalej, jednak dorosłe kotki zatrzymały się i przywołały je do siebie. Były już na Kolorowej Łące. Większość kwiatów już przekwitła, jednak wciąż miejsce robiło wrażenie.
– To krwiściąg mniejszy – starsza medyczka zwróciła ich uwagę na roślinę z mnóstwem czerwonych, malutkich kwiatków na górze. – Cisowa Łapo, jesteś w stanie wymienić mi jego zastosowania?
Uczennica zastanawiała się chwilę, jednak po chwili udzieliła odpowiedzi:
– To jedno z ziół podróżnych, dodaje siły i wzmacnia organizm.
Strzyżykowy Promyk pokiwała głową:
– Dobrze jest podawać go karmicielkom spodziewającym się kociąt. Nie będziemy go teraz zbierać, mamy zapas w legowisku.
Przeszła parę kroków, szukając kolejnych ziół, których znajomość mogła przydać się Cisowej Łapie. Ryjówkowy Urok oddaliła się trochę by zapolować, Karaś spytała jednak czy to będzie duży problem, jeżeli też posłucha, a zapoluje dopiero wracając. Żadna z kotek nie miała z tym większego problemu, tak też chwilę później z ciekawością oglądała miętę polną – mogła pomóc w leczeniu ran, choć były do tego lepsze zioła, a także wywołać wymioty; rumianek – kolejne zioło wzmacniające, szczaw tępolistny – leczący oparzenia i zwykłe rany, a nawet żywo…coś lekarske, którego zapach sprawił, że kichnęła trzy razy z rzędu. Była pod wrażeniem wiedzy obu towarzyszących jej kotek – Strzyżykowy Promyk często pytała o coś uczennicę, żeby Cis mogła popisać się swoją wiedzą i dopiero po niej dodawała dodatkowe informacje, takie jak najlepszy sposób podania rośliny, czy dodatkowe właściwości. Karaś pomogła medyczkom zebrać niektóre z ziół, jednak dopiero po trzykrotnym upewnieniu się przez Strzyżykowy Promyk, że zrozumiała jak to zrobić – nisko przy ziemi, dobrze ugryźć, żeby odciąć łodygę, a nie rozgnieść i nic nie połykać. Zebrały tego tyle, że wszystko wskazywało na to, że Karaś i tak nie zapoluje, bo dwóm medyczkom nie mogło starczyć miejsca w pyszczkach na tyle zielska. Cóż, będzie musiała zrobić to potem. Jej brzuch na szczęście wciąż się nie odzywał, a słońce bardzo leniwie, wysoko przesuwało się po nieboskłonie, mimo że Pora Zielonych Liści zaczęła się już sporo czasu temu. Niedługo potem zaczęły wracać, droga powrotna została jednak przerwana co najmniej pięć razy z powodu przeróżnych ciekawych roślin do pokazania. Za każdym razem przystanek wymagał delikatnego odłożenia ziół, trzymanych przez obie medyczki na podłoże, czas podróży wydłużał się więc dość znacząco. Po delikatnie drgającym ogonie Ryjówkowego Uroku Karaś poznała, że jej mama powoli się irytuje tempem marszu, jednak wojowniczka nie komentowała tego w żaden sposób i posłusznie stawała za każdym razem, gdy jej koleżanka chciała czegoś nauczyć podopieczną. W końcu jednak dotarły i odłożyły zioła w obozie. Karaś odetchnęła z ulgą podwójnie: w końcu mogła pozbyć się gorzkiego smaku z pyszczka, a do tego nie musiała wchodzić do legowiska medyka, bo Strzyżykowy Promyk układania ziół tak niedoświadczonej osobie jak ona by nie poleciła nawet w potrzebie.
– I jak było? – spytała przyjaźnie Cisową Łapę, gdy jej tymczasowa mentorka się oddaliła pierwsza.


<Cis? :3>
[1380 słów, jeśli da radę to do poziomu medycznego]
[przyznano 28%]