BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bluszcz x Jafar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bluszcz x Jafar. Pokaż wszystkie posty

07 maja 2025

Od Bluszczu CD. Jafara

Słowa ojca lekko nim wstrząsnęły. Jak on mógł tak mówić? Rozumiał jego intencje, jednak dalej było to dla niego małym szokiem. Przecież nie zostawią go na pastwę losu! I jak mógł tak mówić o mamie? Przecież zrobiła wszystko co w jej mocy, pomogła im tak bardzo, poświęciła się, by im pomóc.
– Nawet nie waż się tak mówić – mruknął cicho. – Przecież cię nie zostawimy, wszyscy razem się uwolnimy i to już niedługo tato, zobaczysz, ale nie możesz tak po prostu trafić nadziei i wątpić w poświęcenie mamy! Przecież zrobiła tak wiele... Nie powinieneś w ogóle wątpić w jej czyny a co dopiero mówić, że zawiodła. Ona nie zawiodła! – odparł Bluszcz, wbijając w ojca swoje spojrzenie – A teraz powiedz mi, jak się czujesz. Chcę wiedzieć, by w razie czego pobiec jeszcze po zioła – oznajmił ciepło, uśmiechając się do ojca.
 
***
 
To wszystko już nie miało znaczenia. Jafar umarł, a Bluszczowi nie udało się go uratować. Zabił Białozora, ale nie zdążył uratować własnego ojca. Te myśli dalej siedziały mu w głowie, mimo tego ile księżyców już minęło. Dla niego to wszystko dalej było świeże, jakby wydarzyło się zaledwie kilka dni wcześniej. Westchnął cicho. Mimo uciążliwych wspomnień kocur już bardziej przypominał dawną wersję siebie. Chodził i pomagał, starając się obdarowywać innych uśmiechem. Zbierał zioła i więcej rozmawiał z rodzeństwem, w szczególności Betelgezą, która została matką. Wszystko jakoś szło do przodu, choć nieprzyjemne wspomnienia nękały wszystkich, jak cień, atakując w najmniej spodziewanym momencie.
– Pora się przejść po zioła Guziku. Kończą się – oznajmił arlekin w stronę swojego jedynego przyjaciela – Guzika. Pluszowy miś lekko, pod siłą wiatru, ruszył głową, jakby słuchał Bluszcza, co zadowoliło kocura. Jak on go uwielbiał! To właśnie jego pluszowe łapki tuliły go w najgorszych momentach i wspierały od tak dawna, gdy wszystko się waliło. Kocur nawet nie chciał sobie wyobrażać, co by było, gdyby tamtego jednego dnia go nie znalazł i nie zabrał do siebie.
– Pójdziemy z tobą – nagle usłyszał czyiś głos. Odwrócił się i zobaczył dwójkę z trójki dzieci swojej siostry. Kapella i Heban stali obok niego, swoimi oczami wpatrując się w kocura, ewidentnie czekając na jego odpowiedź. Ten spojrzał kątem oka w stronę Betelgezy, mając nadzieję, że coś powie, jednak kotka była zajęta innymi ważnymi sprawami. Ale raczej nie obrazi się, jak zabierze jej dzieci na małą wycieczkę...
– Dobrze, ale macie się słuchać i trzymać mnie – rozkazał. – Musimy tu jeszcze wrócić.
Dwójka młodych kotów pokiwała głową i wszyscy razem ruszyli do wyjścia. Zeszli po schodach jak zawsze i szybko wyszli na zewnątrz. Skierowali się w bardziej zieloną część miasta, gdzie to Bluszcz często szukał ziół. Wszyscy szli w ciszy, co nieco krępowało arlekina, jednak wtedy usłyszał cichy głos Hebana.
– Dlaczego rozmawiasz z tym... Czymś? – zapytał, najprawdopodobniej mając na myśli Guzika.
– Chodzi ci o Guzika? To jest mój przyjaciel! Dlaczego mam więc z nim nie rozmawiać?
– Wygląda jakbyś mówił do siebie – zauważyła Kapella. Bluszcz uśmiechnął się tylko lekko, przypominając sobie jak to czasem do siebie mówi, jednak nie wspomniał o tym.
– No cóż... Ale chyba lepiej mówić do siebie, niż być całkiem samemu. Czasem dobrze jest pogadać z kimś na swoim poziomie – oznajmił starszy kocur, skręcając w jeden z krzewów.
– A skąd go masz? Tego Guzika.
– Nie sądziłem, że zadacie mi takie pytanie – przyznał kocur i zaczął opowiadać, jak to było gdy żył Białozór, co wtedy robili i w jakich okolicznościach znalazł pluszowego misia. – Od tamtej pory to on mnie wspierał, gdy nikogo innego nie było obok – zakończył. – A teraz koniec pytań, zbieramy zioła! Bierzcie cokolwiek znajdziecie, tutaj liczy się wszystko – rozkazał, zanim ktokolwiek inny zdążył się odezwać.
 
***
 
Wracali do domu nieco okrężną drogą, ponieważ Bluszcz chciał jeszcze zajść w jedno miejsce. Udało im się zebrać parę ziół, przynajmniej wystarczająco na najbliższy czas. A dodatkowo arlekinowi udało się znaleźć kilka kwiatków, które już wiedział, jak wykorzysta.
Nagle skręcili w lewo, w stronę większego płotu. Bluszcz obszedł całą drewnianą budowlę, zatrzymując się jedynie przy dziurze, prowadzącej do ogrodu. Ogonem przywołał do siebie dzieci Betelgezy i sam wszedł do środka. Heban ruszył za nim, jako ostatnia pojawiła się Kapella. Obydwoje zaczęli się rozglądać, kiedy Bluszcz poszedł w dobrze znane mu miejsce, pozostawiając przy nim zebrane wcześniej kwiatki. Uśmiechnął się smutno, wzrok kierując w ziemię. Po chwili u jego boku pojawiły się dzieciaki. Spojrzały na siebie, później na swojego wujka, na końcu w ziemię, tak jak on.
– Tutaj został pochowany wasz dziadek – oznajmił niebieski i spojrzał na Kapelle, po chwili wzrok przenosząc na jej brata.

[*]

26 października 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

Nie potrafił zapomnieć tych słów. Bastet... Odeszła. Zostawiła go. Co z tego, że odebrała Białozorowi łapę, kiedy dalej przebywał w niewoli i nic się w jego sytuacji nie zmieniło? Co to był za głupi plan? Czym było jej poświęcenie, kiedy to nie zyskała na tym absolutnie nic? Jedynie rozgniewała samotnika, który chodził od tamtego czasu z iście morderczymi zamiarami. Jeśli jego życie można byłoby nazwać piekłem, to teraz zapewne zmieni się na gorsze. Samo to, że cierpiał po stracie ukochanej wbijało się w jego serce niczym cierniowe kolce. Czy tak właśnie umrze? Osamotniony w tej klatce? Bez nadziei na wolność? 
Słysząc znajomy głos, uniósł zmęczone spojrzenie na syna. Przynajmniej on mu pozostał, on i jego córki. Jeśli jego życie miało się ku końcowi, mógł zapewnić im lepszy byt. Jakże śmiesznie, że o tym teraz myślał, kiedy to powicie na świat tego potomstwa było zwykłą wpadką. Wpadką, która miała za zadanie przedłużyć jego ród, jego imperium. W swojej dumie był gotów nawet ich zabić, gdyby nie nadawali się na jego dziedziców. A teraz? Zaczął się przejmować. Może nie był zbyt dobrym ojcem, ale czas w niewoli sprawił, że spokorniał, a jego myśli kierowały się ku najbliższym, którzy mu pozostali. 
Zbliżył się do prętów, wbijając swój wzrok w młodego kocura. Rozejrzał się na boki, ale jego strażnicy nie wydawali się zainteresowani ich dwójką. Być może ich myśli zajmowała ostatnia afera, po której Białozór jednego z nich zabił. 
— Synu... Powinieneś pomyśleć o sobie. Bastet obiecała mi wolność, lecz zawiodła. Tym bardziej wy, moje dzieci. Lepiej odpuścić... Ratujcie siebie. Mi i tak wiele czasu nie zostało. Nie wiem czy... — zawahał się, jakby w obawie jak kocur zareagowałby na tą informację. — Nie wiem czy ma wolność jest możliwa... — szybko dopowiedział, zmieniając szybko sens słów. 
Bo czy jeśli kiedykolwiek powróciłby do swojego domostwa, to czy umiałby zapomnieć o tym piekle? Czy byłby w stanie przypomnieć sobie te chwilę, kiedy był przepotężny, a świat przed nim drżał? Nie... To już stare dzieję. On... się zmienił. Teraz jedynie o czym marzył to o rychłym końcu, by uwolnić swą rodzinę od brzemienia w postaci chronienia go. Był ich słabością, na litość! Czemu tego nie widzieli? Czemu nie chcieli się go pozbyć, aby wejść na szczyt, tak jak niegdyś to on zrobił ze swoją rodziną? 

<Bluszcz?>

17 sierpnia 2024

Od Bluszczu CD. Jafara

Stał jak wryty, nie wiedząc, co zrobić. Czy ojciec mówił prawdę? Serio było aż tak... Nagle poczuł na sobie wzrok jednego z nieznajomych kotów. Od razu złapał kilka ziół i podał ojcu, już się nie odzywając. Dalej nie mógł tego wszystkiego pojąć. Czy Jafar naprawdę się sprzedał? Zamknął powieki, starając się zdusić siedzące w oczach łzy. Teraz nie było na to czasu. Miał tylko nadzieję, że to wszystko niedługo się skończy i wszyscy wrócą razem do domu.
 
***
 
Wszyscy nie wrócą do domu. Bastet umarła. To było trudne dla ich wszystkich. W końcu to była ich matka! Ale co oni mogli zrobić? Nic.
Bluszcz siedział i układał zioła. Od tamtej tragedii minęło trochę czasu, dzięki czemu każdy z nich funkcjonował trochę lepiej. No... Może nie licząc Klamerki. On cały czas leżał na ziemi i wyglądał, jakby już dawno nie obchodziła go rzeczywistość. Nic do niego nie docierało, rzadko odpowiadał, jakby już naprawdę był z dala od rzeczywistości. Bluszcz spojrzał na swojego brata, znów leżącego na ziemi. Westchnął cicho. Nie wiedział, jak mu pomóc. Może coś na halucynacje? Albo na sen? Nawet nie był pewny, przez co tak się dzieje! Klamerka przechylił lekko głowę, a nieobecny wzrok wbił w jedną ze ścian.
- Coś się stało? – zapytała nagle Izyda, stając za niebieskim.
- Nie, nic. Tylko martwię się o Klamerkę – wyjaśnił Bluszcz, nie spuszczając wzroku z brata. Izyda pokiwała głową i również spojrzała na leżącego na ziemi kocura.
- Wiesz, on miał tak od samego początku...
- Ale ostatnio było gorzej! A ja chcę mu pomóc... Nie chcę, by się męczył...
- Może idź się przejść, odpocząć? – zaproponowała Izyda, zabierając od niego zioła. Kocurek spojrzał na nią ostro, starając się odzyskać rośliny, jednak bezskutecznie.
- No ej!
- Idź odpocząć! Od... Sam wiesz czego... – wybrnęła z sytuacji, wiedząc, że brat nie za dobrze znosi wspomnienie śmierci matki – ...nie przerywasz tego siedzenia przy ziołach. Idź, zrób sobie przerwę.
- No dobra... Ale oddaj zioła Guzikowi!
- Komu? – zapytała lekko zdziwiona kotka. Bluszcz wskazał leżącego w kącie, zniszczonego misia. Kotka przekręciła lekko głowę i spojrzała znów na kocura.
- To mój przyjaciel! Znalazłem go kiedyś! Teraz pomaga mi z ziołami – wyjaśnił Bluszcz, a Izyda tylko pokiwała głową, już nic więcej nie mówiąc. Może uznała to za nieco dziwne? Ale przynajmniej teraz miał przyjaciela.
W końcu kotka wyrzuciła go z pokoju. Chodził w te i z powrotem, nudząc się strasznie i nie wiedząc, co robić. Dlaczego nie zabrał ziół od Guzika? Mógł przecież to zrobić! Przynajmniej by się nie nudził. Po jakimś czasie zszedł schodami na dół i rozejrzał się dookoła. Od śmierci Bastet, jednooki był tu coraz rzadziej. Wszyscy zauważali jego słaby stan. Przecież stracił Modrowronkę i własną nogę. A wszystko przez ich matkę. Poświęciła życie, by im pomóc. By pomóc ich ojcu. I właśnie wtedy w oczy rzuciła mu się klatka. Jak zwykle był tam jego tata. Dawno go nie widział. Nie myślał zbyt długo, prawie od razu postanowił ruszyć do Jafara. Odwracając się w każdą stronę, w obawie zagrożenia, podszedł do klatki z kotem w środku. Gdy było, w miarę bezpiecznie stanął przy niej i usiadł.
- Cześć tato – mruknął ciche przywitanie.

[509 słowa, trening medyka]
[przyznano 10%]

<Tato?>

14 lipca 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

 Spojrzał na syna surowym acz zmęczonym wzrokiem. Nie za bardzo pojmował o co mu chodziło. Był na niego zły? Niby o co? Zresztą... nie powinien rzucać roślinami! Nie tego go uczył! 
— W co w ciebie wstąpiło? — zadał pytanie oczekując na odpowiedź. 
— Co we mnie wstąpiło? Co w ciebie wstąpiło! Mówiłeś mi, abym chronił nasze receptury, a ty je od tak sprzedałeś! I teraz pracujesz dla Białozora! Nie wstyd ci?!
Jafar wziął głęboki oddech, po czym zwiesił po sobie uszy. Prawda, że złamał swoje postanowienie. Ale nie był już dłużej wolnym kotem. Na jego pysku widniała paskudna blizna, symbol jego upokorzenia. Nigdy tego nie zmyje. Będzie z nim do końca życia. Teraz mało co go obchodził zewnętrzny świat... Szukał jakiegokolwiek sposobu na to, aby polepszyć swój byt. Nie był w stanie dłużej znieść tego cierpienia i upokorzenia. Jego hart ducha został złamany. Poddał się.
— Nie sprzedałem ich... Sprzedałem siebie... — wyszeptał.
— Co takiego? — Bluszcz wydawał się zdezorientowany jego słowami. 
— Nie znają receptur. Nie powtórzą ich poprzez przyglądanie się, do tego trzeba księżyców wprawy. Owszem... pomagam Białozorowi, ale proszę cię synu... Musiałem to zrobić. Nie chciałem umrzeć we własnych wymiocinach niczym nieporadny starzec! Chciałem... jeszcze na coś się przydać. Bastet nam nie pomogła. Dalej jesteśmy więźniami. Skoro tutaj ma skończyć się moje życie, chcę umrzeć z godnością... Dlatego nie oceniaj mnie, synu. Mam po prostu... tego wszystkiego dość. Ta praca, którą wykonuje pozwoli mi przeżyć kolejne księżyce bez bólu. Zrozum to... — wyjaśnił, po czym chwycił rozsypane rośliny i na powrót kontynuował pracę, już więcej na niego nie patrząc. 

<Bluszczu?>

02 maja 2024

Od Bluszczu CD. Jafara

Siedział w pokoju i układał zioła, które niedawno przyniósł z domu. Niestety poszedł tam tylko raz, a resztę skrzyń przyniosły już koty tego jednookiego.
- Widzisz Guziku? To jest zioło, nim się leczy inne koty – wyjaśnił Bluszcz, gdy położył przed pluszowym misiem jedno z roślin. Odkąd go znalazł, spędzał z nim dużo czasu i nazwał go Guziczek, przez jego oko. Kiedyś słyszał już tę nazwę, więc uznał, że jest idealna dla jego nowego przyjaciela! Dzięki niemu nie był taki samotny. Miał wreszcie z kim porozmawiać.
- Możesz sobie obejrzeć, idę dalej układać – oznajmił do zabawki i wrócił na swoje miejsce. Nagle usłyszał czyjeś kroki. Podniósł głowę znad roślin, a do pokoju weszło kilku gangsterów Białozora, razem z... Arlekin otworzył tylko szerzej oczy, widząc Jafara. Co jego ojciec tu robił? Coś się stało? Zmusili go?
- Tato? Co tu robisz? — zapytał zdumiony Bluszcz, niepewnie podchodząc do Jafara. Co chwilę zerkał na samotników wokół niego, bojąc się, co ci mogą robić.
- Pracuje — odparł Księżniczka, nie wdając się w szczegóły. — Będziesz przynosił mi zioła i odpowiednie narzędzia, bo raczej mnie nie puszczą. Najpierw woda do obmycia łap, a potem standardowe składniki, o których cię uczyłem — oznajmił starszy kocur i rzucił synowi spojrzenie, sugerujące niewymienianie tych roślin z nazw. Arlekin tylko pokiwał głową, dalej niepewny, co tu się działo. Czyżby Jafar zdradził receptury? Na razie nie miał pewności, więc postanowił wykonać każde polecenie ojca. Szybko przyniósł podstawowe składniki, a po chwili zajął się starannym przenoszeniem proszku. Gdy obie te czynności były zrobione, dokładnie przyglądał się pracy Księżniczki. Z każdym ruchem byłego pieszczocha, Bluszczowi coraz bardziej otwierały się oczy ze zdziwienia i zaniepokojenia. Czy on serio sprzedał przepisy? Po tym, jak mu groził, za powiedzenie połowy? A sam zdradził wszystko! I teraz pracuje dla tego potwora Białozora? Który go tu uwięził! Arelkin nie wiedział już co myśleć. Podawał ojcu składniki, o które prosił, dalej nie mogąc uwierzyć. Co było takie cenne, że jego tata zdradził receptury? Przecież groził mu, że coś mu zrobi, jeśli je zdradzi, a sam teraz robi to samo! Złość powoli się w nim gotowała. Podejrzewał, że były pieszczoch zrobił to, by samemu się uratować, w końcu ostatnio był w okropnym stanie i codziennie było tylko gorzej. Mimo to nie potrafił powstrzymać gniewu.
- Jeszcze to Bluszczu – rozkazał Jafar, a jego syn posłusznie przyniósł roślinę, jednak nie oddał jej dobrowolnie. Pomarańczowe oczy Księżniczki zwróciły się w jego stronę, z jakby ostrzeżeniem. Niebieski jeszcze chwilę trzymał zioła w pysku, a po chwili rzucił nimi w ojca, dając się nieco pokazać swoim emocjom. Ten dostał niektórymi w twarz, jednak większość zleciała na ziemię.

<Tato? Wyjaśnij synowi>
[425 słów, trening medyka]
[przyznano 9%]

23 kwietnia 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

— Nie próbuj uciekać — gdy to usłyszał miał ochotę się zaśmiać Bluszczowi w pysk. On? Uciekać? Chyba kocur nie wiedział co się działo tu na dole, skoro sądził, że był tak głupi, aby rzucić się do wyjścia. Klatka to była jego jedyna bezpieczna przystań, w której czuł się bezpiecznie. — Jesteś za słaby, nie dasz rady. A teraz przybliż się trochę do mnie — rozkazał i położył przed ojcem liście wierzby. 
Przyjął zioła bez zbędnych słów. Te wymioty mocno nadszarpnęły jego żołądek... Nie dość, że śmierdziało jeszcze gorzej, to gazety wręcz się od nich kleiły, przez co nie dało się nie mieć torsji. A sądził, że niżej nie dało się upaść... Najwidoczniej dało. Syn jednak zauważył jego stan i jakimś cudem udało mu się przekonać Białozora, aby mógł go wyleczyć. Dobrze, że szkolił się w uzdrowicielskich praktykach. Teraz jego umiejętności ratowały mu życie. 
Samo jednak to w jakim był stanie i co musiało oglądać jego dziecko, wprawiało go w zażenowanie. Podano Bluszczowi jakiś materiał nasączony wodą i pozwolono mu go napoić. Woda... Woda była taka zbawienna. Spijał ją złakniony, czując jak jego żołądek na powrót się skręca. Na szczęście jednak leki powoli zaczynały działać. 
— Wyniesiesz te gazety? — Wskazał na upaćkane przedmioty. Nie wyzdrowieje w takich warunkach. Przecież nie dało się tu nawet oddychać! Cud, że ten kot, który pilnował Bluszcza, aby ten nie zrobił nic głupiego, tu jeszcze sam nie padł. 
Syn jak to dobry syn, zgodził się i wyniósł zarzygane śmieci. A już sądził, że tu umrze... Najwidoczniej to nie był jeszcze jego czas. Kiedy już nie było nic do roboty, jego syna wygoniono, a on znów został sam. 

***

Może i dawny on nie pochwaliłby go za to co zrobił, ale... ale jego szczęścia było co nie miara, gdy tylko obiecany koc trafił w jego posiadanie. Nie był jakiś szczególnie wykwintny, przypominał jakąś starą szmatę w beżowym odcieniu, ale to... to znaczyło dla niego tak wiele. Od razu zaciągnął go w swój kąt i wszedł pod niego, owijając się nim niczym najprawdziwszym skarbem. Nie potrafił powstrzymać łez szczęścia. Miał kocyk! Nareszcie mógł poczuć chociaż odrobinę wygody pod grzbietem. W Porze Nagich Drzew nie będzie już tak marzł, a jego dotyk na ciele, przypominał mu o bardzo przytulnym miejscu. No i mógł się do niego przytulić! Ewidentnie ten kawałek materiału był ponad wszystko inne. Miał gdzieś zioła, gdzieś swoje receptury. To... To było teraz dla niego najcenniejsze. 
Gdyby mógł nie rozstawałby się z nim. Dawał mu poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Mógł się w nim ukryć przed całym światem. Chronił go. Był jego jedynym przyjacielem. 
Ale niestety... czasami trzeba było wrócić do rzeczywistości. Szczęk otwieranej klatki spiął jego całe ciało. Wynurzył łeb spod koca, aby sprawdzić kto do niego zawitał. Dwóch samotników, tych samych co go pilnowało, kazało mu wyjść. Nieco się bał, bo nie znał ich intencji, a kojarzył ich z dość brutalnego znęcania się nad nim. 
— Wyłaź. Idziesz do roboty — prychnął jeden z nich podirytowany jego bierną postawą. 
Robota. Ah, no tak! Czyli przynieśli zioła? Ostrożnie wyczołgał się z klatki, ponieważ dalej miał trudności z utrzymaniem się na czterech łapach. To był dopiero początek jego kuracji po tym, jak codziennie był bity na arenie, przez co jeszcze nie doszedł do siebie, by móc ustać samodzielnie na swych kończynach. Samotnicy to wiedzieli i podnieśli go za kark. Ach, co to był za ból, gdy jego łapy się wyprostowały. Od razu się osunął na bok ochroniarza, który go podparł ze swoim kolegą. Udali się... w inne miejsce niż dotychczas chodził. Na dole była arena, a tu musiał wspinać się na górę. Długo mu to zajęło. Bez pomocy tych dwóch, którzy wciągali go za kark, zapewne nie doszedłby na piętro. Pomieszczenie, w którym się znaleźli było nieco zapuszczone, ale od razu co rzuciło mu się w oczy to masa ziół. Jego ziół. Aż się wzruszył. Pamiętał w końcu każdą kiść, która tu leżała. Na dodatek dojrzał swojego syna, który układał zapasy. Musiał się na jego widok bardzo zdziwić, w końcu nigdy go tu nie wpuszczano. 
Samotnicy zaciągnęli go w kąt, gdzie miał pracować, z dala od okien i drzwi. Jeden usiadł nieco z boku, a drugi spoczął na jego ogonie, jak gdyby to miało go powstrzymać od ucieczki. No... W zasadzie to było to skuteczne. Bez ich pomocy jedyne co by robił to się czołgał. Zauważył, że był jeszcze trzeci kot, który pilnował drzwi, a czwarty obstawiał okno. No naprawdę niesamowite, że sądzili, że był w stanie w ogóle im zbiec. 
— Tato? Co tu robisz? — zapytał zdumiony Bluszcz, który do nich ostrożnie podszedł, patrząc z lekkim strachem na jego strażników. 
— Pracuje — odparł, nie wdając się w szczegóły. — Będziesz przynosił mi zioła i odpowiednie narzędzia, bo raczej mnie nie puszczą. Najpierw woda do obmycia łap, a potem standardowe składniki, o których cię uczyłem. — Rzucił mu takie spojrzenie sugerujące, aby nie wymieniał nazw i nie pytał o nic więcej. Chciał mimo wszystko nie oświecać tutejszych dryblasów jak nazywały się konkretne składniki. — I daj trochę proszku, bym miał do niego dostęp. A wy. — Tu spojrzał na gangsterów. — Nie chuchajcie mi nad uchem, bo jeśli się pomylę nie będzie dobrej zabawy, a śmierć, jasne? 
Kocury spojrzały po sobie, ale pokiwały głowami. No. Przynajmniej nie byli głupcami i dadzą mu nieco przestrzeni. 

<Bluszcz?>

20 kwietnia 2024

Od Bluszczu CD. Jafara

- Nie warz się tak mówić! – syknął cicho Bluszcz – Jeszcze nie wszystko s-stracone, bo... – urwał, zdając sobie sprawę, że nie powinien tego mówić. Zignorował pytające spojrzenie ojca – Przyniosę ci coś... Tylko to może trochę zająć, jest s-straszny mróz – powiedział, ocierając łzy. Odwrócił się i już chciał ruszyć na górę, lecz nagle zauważył tego jednookiego. Wiedział, że ten go obserwuje, tylko nie wiedział, od jak dawna. Przełknął głośniej ślinę i szybkim krokiem skierował się na górę. Bał się, że Białozór zaraz go gdzieś złapie i znów zacznie wypytywać. Znalazł się na piętrze, gdzie mieli pokój. Rozejrzał się niepewnie, jednak nikogo nie zauważył. Odetchnął z ulgą i już miał iść do pokoju, kiedy usłyszał za sobą czyiś głos. Powoli się odwrócił, już wiedząc, kogo zobaczy za sobą. Po chwili ciszy Białozór zaczął wypytywać o rozmowę z ojcem.
 
***
 
Set wszedł powoli do pokoju, w którym znajdował się Bluszcz wraz ze swym rodzeństwem. Arlekin od razu zwrócił się w jego stronę. Wykrzywił lekko pysk, na widok swojego mentora. Tak bardzo nie chciał już go widzieć. Codziennie przypominał mu o przepisie ojca, o tej całej sprawie i zdrajcach.
Zszedł z parapetu i już miał ruszyć w stronę czarnego kocura, gdy nagle się przewrócił. Podknął się, o swojego własnego brata, wlatując w kawałki szkła, które niedawno przyniósł. Klamerka jednak nie zwrócił na to uwagi.
- Klamerko wstań z ziemi, nie zauważyłem cię – powiedział niebieski, podnosząc się lekko ze szkła. Gdy tylko się ruszył, poczuł ból. Od razu uświadomił sobie, że szkło musiało wbić mu się w jakąś część ciała, albo chociaż zostawić zadrapania. Jednak nie miał czasu tego sprawdzić. Set dalej czekał, a Bluszcz nie chciał go denerwować. Ruszył do mentora, co krok czując ból, promieniujący z którejś z łap i boku.
- Mogłem to posprzątać, przecież już go nie używam! – powiedział niezadowolony, a po chwili dodał ciszej – Przynajmniej Klamerce czy Izydzie nic się nie stało.
- Ruszaj się Bluszczu – rozkazał starszy kocur i wyszedł z pokoju. Niebieski starał się za nim nadążyć, ignorując nieprzyjemne uczucie. Krew powoli spływała z jego boku, a metaliczny zapach dotarł do jego nozdrzy.
- No dalej – usłyszał głos swojego mentora i od razu przyspieszył. Zeszli na dolne piętro i skierowali się w stronę wyjścia.
- Dziś ćwiczymy medycynę – powiedział Set.
 
***
 
Udało im się znaleźć choć trochę ziół. Mimo że nastała Pora Nowych Liści, pogoda bardzo utrudniała rozwój roślin. Gdy tylko weszli z powrotem do budynku, Bluszcz na chwilę usiadł, by spojrzeć na swoją łapę. Cała w błocie i krwi...
- Durne szkło – syknął cicho i wtedy zauważył, wzrok niektórych kotów. Szybko się podniósł i powoli ruszył w stronę wejścia na górne piętro. Gdy mijał klatkę z Jafarem, jego wzrok momentalnie na niej spoczął. Miał mu coś przynieść na ból... Jednak wtedy zauważył coś innego, co go lekko zaniepokoiło. Jego ojciec skulił się i otworzył pysk, a po chwili dość nieprzyjemny zapach dotarł do nozdrzy młodego kocurka. Zatrzymał się na chwilę i rozejrzał. Nikt nawet nie podszedł do więźnia. Czy oni nie wiedzą, że po jakimś czasie wymioty mogą prowadzić do śmierci? Jednak nie mógł się tym długo zajmować. Poszedł dalej, mając nadzieję, że ktoś wyleczy jego ojca.
Wrócił do pokoju i od razu skierował się do swojego małego stosu z ziołami. Musiał w końcu jakoś wyleczyć swoją łapę. Zaczął ją czyścić i wtedy podeszła do niego Izyda. Usiadła obok i przyglądała się jego pracy.
- Coś nie tak Izydo? – zapytał, gdy skończył czyścić łapę.
- Tylko się przyglądam – oznajmiła. W tym czasie Bluszcz powoli zaczął wyjmować kawałek szkła z łapy. Liliowa dokładnie się przyglądała, lecz gdy zauważyła, że brat nie wyciąga szkła z łapy, przechyliła lekko głowę.
- Dlaczego tak zostawiłeś?
- Trochę boli... – odparł kocur.
- Daj to, nie zrobisz tego, masz za słabe ciało – powiedziała jak zwykle miło i podeszła bliżej brata. Złapała szkło i po chwili wyciągnęła z łapy. Bluszcz syknął z bólu, gdy siostra ratowała jego łapę.
- Nie dało się delikatniej? – zapytał.
- Lepiej jest, chyba by kot cierpiał krócej.
- W sumie racja... – przyznał jej rację i złapał liść szczawiu. Przeżuł go na papkę i nałożył na swoją zranioną kończynę. I wtedy liliowa zauważyła na swoich łapach kilka śladów krwi ze szkła. Skrzywiła pysk niezadowolona i szybko zaczęła je czyścić.
- A podałabyś mi pajęczynę? – zapytał jeszcze Bluszcz, jednak Izyda nie odpowiedziała. Postanowił więc zwrócić się z tym do leżącego nieopodal brata – A ty Klamerko? I proszę, nie leż na ziemi – czekoladowy również nie odpowiedział. Arlekin westchnął cicho. Nie wiedział, co się dzieje z jego bratem. Ostatnio się zmienił. Był... Dziwny. Ale bardziej niż wcześniej. Jakby jego świadomość powoli znikała.
Bluszcz przejrzał na szybko swój stos. Nie było tak żadnej pajęczyny. Rozejrzał się po pokoju. W końcu, w rogu okna, zauważył potrzebne znalezisko. Powoli się podniósł i ruszył w stronę okna. Starał się wspiąć na parapet, by nie dotknąć niczym łapy, jednak było to niemożliwe. Już po chwili spadł na ziemię i obolały wstał.
- Izydo – znów zwrócił się do siostry – Możesz przynieść mi tę pajęczynę? Prooooszę!
Izyda spojrzała w stronę wskazywaną przez kocura i w końcu się zgodziła. Bez problemu wspięła się na parapet i złapała pajęczynę. Zeszła z powrotem do brata i położyła przed nim zebrany przedmiot. On jej podziękował i owinął łapę pajęczyną.
- Teraz jeszcze tylko bok – powiedział, starając się dostrzec swoją ranę. Było to jednak trochę trudne zadanie, dlatego spojrzał znowu na liliową kotkę.
- Izydo, mogłabyś pomóc?
 
***
*Kilkanaście dni później*
Jego łapa i bok miały się coraz lepiej. Ból z kończyny już prawie całkowicie przeszedł.
Grzebał w swoich ziołach, co chwilę mówiąc coś do siebie. Nikogo z rodzeństwa nie było w pokoju, więc samotność dość mocno mu dokuczała.
- ...mech, szczaw, pajęczyna, jałowiec, ogórecznik i... – wymieniał ostatnie zioła i nagle się zatrzymał. Przypomniało mu się coś bardzo ważnego – ...mak. Mak na ból – powiedział i wtedy go olśniło. Miał zanieść tacie coś na ból! Ostatnio widział go kilka, lub kilkanaście dni temu. Nie był pewny, często tracił poczucie czasu, większość dnia siedząc przy oknie i ziołach. Od razu się podniósł i złapał kilka ziarenek. Musiał jak najszybciej zanieść je Jafarowi! Tak szybko jak mógł, poszedł do miejsca, w którym trzymali jego ojca. Zszedł na dół i zatrzymał się w progu. Po chwili jednak ruszył dalej, a jego łapy stanęły dopiero gdy zauważył klatkę Jafara.
- Jeszcze nie podchodź – powtarzał sobie. Nie chciał, by znowu zaczepił go Białozór, a, zwłaszcza że tym razem miał ze sobą ziarenka maku. Przyglądał się tak klatce i wtedy zauważył, że były pieszczoch wyglądał jeszcze gorzej niż wcześniej. Był strasznie wymęczony. Nagle Bluszcz poczuł ten sam zapach, co ostatnio jak tam był. Otworzył szerzej oczy. Nikt nie wyleczył jego ojca! To przez to był taki słaby! Przecież wymioty w końcu doprowadzą go do śmierci! Schował gdzieś nasiona maku i ruszył przed klatkę ojca. Musiał coś zrobić z jego stanem. Więzień na samym początku nie zwrócił uwagi na jego przybycie, dopiero gdy Bluszcz się odezwał, Jafar lekko podniósł głowę.
- Hej tato – przywitał się i tak siedział, co jakiś czas się odzywając. Siedział i siedział, czekając na przybycie Białozora. Był pewien, że jednooki niedługo się zjawi, w końcu ktoś go poinformuje o odwiedzinach jednego z kociąt Jafara. Tak jak było ostatnio. I się nie mylił. Po jakimś czasie zauważył samotnika.
- Będzie dobrze – powiedział tylko do ojca i ruszył w stronę Białozora.
- Dzień dobry – przywitał się Bluszcz, gdy podszedł do jednookiego – Mój tata jest chory, a przez to również słaby – zaczął spokojnie arlekin, starając się opanować emocje – Jeśli dalej będzie chory, może to się źle dla niego skończyć.
- A skąd ty to możesz wiedzieć? – zapytał Białozór.
- Uczę się medycyny i mogę go wyleczyć... Naprawdę, musisz mi pozwolić.
- Ty nie będziesz mi mówił, co muszę robić.
- Ale naprawdę! Jeśli się go nie wyleczy, to niedługo umrze przez te wymioty – powiedział szybko Bluszcz, wskazując klatkę – Jest strasznie słaby... A... A ty raczej nie chcesz, by umarł... W końcu skończyłby się twoje pokazy i... I nie mógłbyś robić tego... Tego co tam robisz – powiedział. Przełknął głośniej ślinę. Miał wielką nadzieję, że jednooki się zgodzi. Inaczej przecież Jafar umrze!
Van podszedł powoli do klatki z więźniem, a arlekin za nim. Jafar dalej leżał w klatce, nie ruszając się za bardzo. Nieco się podniósł, dopiero gdy znów zebrało mu się na wymioty. Białozór przyglądał się pieszczochowi i w końcu spojrzał znów na Bluszcza.
- Możesz go wyleczyć – odparł chłodno – Ale nie myśl sobie, że zostaniesz tak sam – przywołał jednego z kotów i rozkazał mu pilnować syna Księżniczki.
- Dziękuję! – powiedział uradowany Bluszcz i jak najszybciej pobiegł po swoje zioła, a samotnik za nim. Złapał tyle, ile się dało, a resztę polecił wziąć nieznajomemu. Po niedługim czasie znów był na dole z roślinami. Otworzyli mu klatkę, oczywiście dalej obserwując z każdej strony i niebieski usiadł w progu. Jafar podniósł głowę i spojrzał na syna.
- Nie próbuj uciekać – miauknął uczeń tak cicho, by tylko Jafar usłyszał – Jesteś za słaby, nie dasz rady. A teraz przybliż się trochę do mnie – rozkazał i położył przed ojcem liście wierzby. Gdy ten już je żuł, niebieski zajął się resztą.

Wyleczeni: Bluszcz, Jafar

[1466 słów, trening medyka]
<Tato?>
[przyznano 29%]

31 marca 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

Zdumiał się, gdy usłyszał głos syna. Sądził, że wszyscy byli uwięzieni, a Białozór nie pozwalał im tu schodzić, nie mówiąc już o odwiedzinach. W pierwszej chwili nie zareagował. Nie chciał pokazać w jak żałosnym był stanie. W końcu od zawsze był kreowany na tego silnego, strasznego przywódcę gangu oraz surowego ojca, który nie wybacza błędów dzieciom. A teraz? Teraz kim był? Workiem do bicia dla tutejszych samotników. Na dodatek nie dostawał profesjonalnej opieki zdrowotnej. Jedynie opatrywano mu rany, co nie uśmierzało jego bólu. 
Czuł także... wstyd. Wstyd, że dał się oszukać, że skazał swe potomstwo na obserwowanie jego niedoli. Jeszcze tego mu brakowało, aby poryczał się przed Bluszczem, ukazując coś, czego się brzydził. Ale nocami, gdy wszyscy spali, dość często oddawał się rozpaczy. Nie potrafił wytrzymać tego stresu, który go pożerał każdego dnia. 
Jednakże... kolejne słowa kocura sprawiły, że jego łeb się uniósł, ukazując jego zaschnięte od krwi oblicze. Co zrobił? Nic przecież nie zrobił! Dalej tu siedział! Dalej tu tkwił! A on?! Był poza kratami. Dziwił się, że jeszcze nie dał nogi. Czegoś ich matka musiała nauczyć. Na dodatek się rozryczał, nic więcej nie tłumacząc. Przecież się nie domyśli o czym mówił! Gapił się na niego w konsternacji. 
— O czym ty mówisz? — wydał z siebie ochrypły dźwięk, który miał być słowami. 
— Ja... Ja... — Bluszcz zaczął przez łzy, jednak nie był zdolny do wypowiedzenia tego co cisnęło mu się na język. — Zmusił mnie... Mówił, że z-zabije was wszystkich! — Zjeżył sierść, przypominając sobie tamten dzień. — Ale t-teraz nie mogę powiedzieć... Tu jest ich za dużo... Jak któryś się d-dowie... — mruknął ciszej. — Ten jednooki chyba nie z-zna się na ziołach... — powiedział bardziej do siebie, ale że był blisko klatki z ojcem, ten jako jedyny, zdołał usłyszeć słowa arlekina.
Zamarł, a sierść mu się aż uniosła. Zioła... Grożenie... Powoli wszystko układało się w klarowną całość. Oczywiście nie mógł być pewien, że do tego doszło, póki Bluszcz mu nie potwierdzi, ale łapy aż go świerzbiły, by złapać syna za ramiona i dać mu po pysku. Zamiast tego, westchnął głęboko. Nie był w stanie się ruszyć, aby podejść bliżej, pozostało mu więc doczołganie się do prętów z bólem wymalowanym na pysku. 
— Zdradziłeś receptury? — syknął cicho z pobrzmiewającym gniewem w głosie. — Jeśli tak to ciesz się, że siedzę w tej klatce i nie doświadczysz mego gniewu — rozkaszlał się zaraz od zdartego gardła. — Mógłbyś ten jeden raz na coś się przydać i zamiast tu siedzieć i ryczeć, przyniósłbyś mi coś co uśmierzy mi ból. I uważaj... — dodał już nieco łagodniej. — Mogą ci coś zrobić za rozmowę ze mną. Chociaż prawdopodobnie już powiadomili Białozora, że tu jesteś. Idź już. A jeśli cię zacznie pytać... — Co jego syn mógł niby powiedzieć samotnikowi? To jasne, że nie uwierzy w nic co powie. Nie był tak sprytny jak jego siostra. Był zbyt delikatny i szczery, by łatwo cokolwiek przed nim ukrył. — Przysięgnij mu lojalność lub ucieknij. Ocal przynajmniej swoje życie. Bo moje... jest już skończone — westchnął ciężko. 

<Bluszcz?> 

21 marca 2024

Od Bluszczu CD. Jafara

Dokładnie powtarzał każdy ruch Jafara i starał się zapamiętywać jego słowa.
- O tak? – zapytał w końcu i pokazał ojcu gotową mieszankę.
 
***
 
To wszystko było kłamstwem. Tak być nie mogło. Jego ojciec wcale nie był zamknięty, on nie zdradził jego receptur i dalej są w domu, wszyscy razem. Bluszcz powtarzał to sobie każdego dnia. Nie rozumiał, co się tu dzieje, dlaczego jego ojciec trafił do niewoli. Matka kazała im tu przyjść, a ten samotnik już wyciągnął od niego receptury. Jednak co mógł zrobić? Nie chciał, by znęcali się jeszcze bardziej nad jego ojcem, czy rodzeństwem. Pierwszy raz się tak bał, gdy stał pysk w pysk z jednookim samotnikiem. Wcześniej myślał, że świat jest kolorowy, widział go przez różowe okulary, jednak teraz pierwszy raz zderzył się z rzeczywistością i choć jemu na tę chwilę nic tu nie groziło, bał się o swojego tatę. Musiał go jakoś wyciągnąć z tego strasznego miejsca, ale czy da radę spojrzeć mu w oczy? Czuł się strasznie z myślą, że zdradził własnego ojca, wyjawił jego przepisy, jednak nie powiedział wszystkiego. Świadomość, że zachował jego sekrety składnik dla siebie, była dla niego niczym jakieś wybawienie. Nie powiedział nic o proszku od Wyprostowanej, dzięki temu nie zdradził wszystkiego i jak wszystko wróci do normy, jego tata dalej będzie najlepiej robił te swoje mieszanki. Wiedział, że to było ryzykowne, ale musiał ryzykować.
- Dla rodziny – mruknął cicho, siedząc przy zbitym oknie. Choć było mu zimno, chciał choć przez chwilę obserwować świat na zewnątrz. Nie dlatego, że nie mógł wychodzić, bo przecież mógł, ale wiedział, że przy takiej pogodzie nie będzie to dobre, tylko by znaleźć dobrą drogę w razie ucieczki i poszukać roślinek wzrokiem. Wiedział, że raczej ich nie znajdzie, lecz dalej miał tę swoją nadzieję. Nagle zawiał mocniejszy wiatr i znów zaczął sypać śnieg. Arlekin szybko odsunął się od okna i wylądował na ziemi.
- Klamerko, jak twoje ucho? – zapytał brata. Kilka dni temu próbował je wyleczyć i miał nadzieję, że udało mu się to, w końcu przy takiej pogodzie, znalezienie jakiejkolwiek rośliny było chyba niemożliwe! A on stracił swoje zapasy ze skrytki w domu.
- Ciekawe szkło tu mają – powiedział za to czekoladowy, co, według Bluszczu, oznaczało, że wszystko z nim dobrze. Klamerka dalej był sobą.
- Chcesz pójść się ze mną przejść? – zapytał brata. Musiał wykorzystać to, że mogli przemieszczać się bez problemu po całej posiadłości. A przynajmniej od ich pokoju, do wyjścia i miejsca, gdzie przebywał Jafar. Tyle na tę chwilę wiedział arlekin.
- To Klamerko? – czekoladowy jednak nic nie odpowiadał, więc niebieski postanowił iść sam. Wyszedł niepewnie z pokoju, ponieważ pierwszy raz wychodził całkiem sam. Powoli przemieszczał się do przodu, rozglądając się na boki. Już któryś raz widział ten korytarz, więc w jakimś stopniu wiedział, gdzie idzie. Przynajmniej miał nadzieję. Nie chciał przyzwyczajać się do tego miejsca, bo dalej był pewny, że niedługo uda się uwolnić Jafara. Jak nie mama i inne koty, czasem widywane w ich domu, albo w okolicy, to on postara się coś zrobić. Chyba pierwszy raz był do czegoś aż tak zdeterminowany. Chodził po korytarzu bez celu, zastanawiając się, co robić. Nie chciał iść do Jafara, nie chciał wracać do rodzeństwa. Jedyne co mu zostało to chodzenie w tę i z powrotem po korytarzu. Robił kolejne kółko i wtedy wpadł mu do głowy pewien pomysł. Ostatnio nie miał treningów, przez jego obecność w tym miejscu i nie miał pewności, czy będzie je miał w najbliższym czasie, a przecież musiał ćwiczyć! Set by mu chyba nie darował, gdyby dowiedział się, że nic nie robił. Dlaczego postanowił jakoś poćwiczyć walkę, oczywiście bez przeciwnika, tylko z wytworem swojej wyobraźni.
 
***
 
Po jakimś czasie i tak wylądował na niższym piętrze, tam, gdzie znajdował się Jafar. Rozejrzał się. Tym razem było tu trochę mniej kotów. W końcu jego wzrok wylądował na klatce. Dlaczego musieli trzymać tam członka jego rodziny?
- Może podejdę do niego? – zaczął rozmawiać cicho sam ze sobą – To nie jest zły pomysł. Tylko nie wyglądać podejrzanie. Inaczej znowu wyląduje na ścianie! – mruknął i powoli podszedł w stronę klatki. Nikt go nie zatrzymywał, co raczej znaczyło, że może podejść. Gdyby było inaczej, już któryś z kotów by go wysłał z powrotem, lecz dziś było ich mniej, więc mógł porozmawiać z tatą. Gdy wreszcie stał przed samą klatką, zauważył Jafara siedzącego przy tylnej ścianie. Był bardzo skulony, a ogon zakrywał mu pysk. Bluszcz przez chwilę wahał się, przecież czarno-biały może chcieć być sam, lecz tylko przez chwilę. Usiadł na ziemi i przyglądał się tacie. Nie wyglądał za dobrze, przez co właśnie wtedy żałował, że nie miał przy sobie ziół. Tak bardzo chciałby mu pomóc! Tylko jak... Nie wiedział, jak go wyciągnąć, jednak starał się coś wymyślić.
- H-Hej tato – zaczął cicho i zauważył, że uszy kocura się postawiły, co znaczyło, że go słucha, albo przynajmniej słyszy – Jak się czujesz? Dasz radę t-to wytrzymać? – zapytał, domyślając się tylko, co mogli mu zrobić. W końcu co jakiś czas słyszał jakieś krzyki – Chciałbym ci pomóc, ale nie wiem jak... Już i tak za dużo zrobiłem – powiedział, mając na myśli wyjawienie większości receptury – Ja... Przepraszam... – mruknął, wlepiając wzrok w ziemię. Siedział tak w ciszy, a łzy powoli napływały mu do oczu. Sumienie znów mu dokuczało, a emocje wzięły górę. Po jego policzkach zaczęły spływać gorzkie łzy.

[Trening wojownika, 862 słów]
17%
<Tato? Ja bardzo żałuję>

17 marca 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

Uczył syna wykonywać ziołowe mieszanki, które w różnoraki sposób działały na koty. Gdy go o to zapytał stwierdził, że w sumie czemu nie. Tylko on wiedział w jakich proporcjach co mieszać, by przypadkiem kot nie zdechł, a interes musiał się kręcić. Bluszcz... pasował mu na takiego co siedziałby w piwnicy i to wszystko za niego robił. W końcu syn. Nawet jeśli nie on przejmie jego majątek, przyda się, by kultywować wytwarzanie specyfików, które rozweselały samotników i sprawiały, że ci chętniej płacili darami za ich pozyskanie. 
— Nie, za dużo. — Odgarnął nieco proszku, który wysypał na roślinę jego potomek. — Musi być mniej. Tu najważniejsze jest wprawne oko. Dodasz za mało, a nie zadziała. Dodasz za dużo i klient umrze. Gdy będziesz już jednym z moich wytwórców, nie dziel się tą wiedzą z nikim, powiadam ci. Jeszcze tego by brakowało, aby ktoś zaczął robić nam konkurencję — mimo wszystko po raz kolejny powtórzył to Bluszczowi, by na pewno do niego dotarło, że nie widzi mu się usłyszeć, że jego tajne receptury wyciekły. — A i pod żadnym pozorem ich nie bierz. Twa matka wie, które są uzależniające. Jeżeli taką roślinę połkniesz, jesteś skończony. Będziesz jej pragnął ciągle i ciągle, a gdy jej nie zjesz to umrzesz. To mój... — Uśmiechnął się pod nosem. — Sekret dzięki któremu mam stały popyt.
Bluszcz zamarł na moment, podnosząc na niego wzrok. 
— Które to takie? — zapytał.
— Te do których dosypujesz te proszki od staruchy. Łatwo je wykraść, a ona zawsze przynosi nowe — wytłumaczył. Gorzej będzie jak ta kiedyś umrze i skończy się jego dostawa leków. Będzie musiał wtedy poszukać innej pomarszczonej, która zażywa podobne specyfiki i ustalić nową linię towaru. — Jedyne o czym pamiętaj to o proporcjach. Przyjrzyj się też roślinom, nazwy nie są tu konieczne. Wiem gdzie je znaleźć. Też ci pokaże. Odrywaj listki, posyp je delikatnie proszkiem, daj krople śliny i zawiń, to się ładnie sklei — instruował go.  

<Synu?>

07 marca 2024

Od Bluszczu CD. Jafara

Normalny kociak, albo kot byłby chyba nieco zaniepokojony tym, że Jafar go bacznie obserwuje, jednak nie Bluszcz. Kociak tylko się uśmiechnął do ojca, nie mogąc się doczekać dnia, w którym tata go wszystkiego nauczy. Tak bardzo go kochał! Obserwował, jak ten oddala się w kierunku legowiska matki, a gdy starszy zniknął, skierował się w stronę parapetu.
 
***
 
Sporo minęło od tamtego czasu, w końcu Bluszcz i jego rodzeństwo mieli już po 11 księżyców. I właśnie to był ten wiek, kiedy Jafar miał zacząć uczyć arlekina. Tak długo na to czekał! I wreszcie, tata go wszystkiego nauczy! Bardzo się z tego cieszył, teraz miał dwóch nauczycieli od medycyny, tatę i oczywiście Seta. A skoro o nim mowa...
- Bluszczu! Skup się wreszcie! – syknął Set – Co się z tobą dziś dzieje? Przecież uczymy się medycyny? Jeśli dalej tak będzie, przestanę cię jej uczyć i skupimy się wyłącznie na walce.
- Przepraszam Set, ale dziś mam własny trening z tatą! Nauczy mnie wszyyyyyyyystkiego! – miauknął zadowolony Bluszcz. Czarny kocur tylko westchnął. Pewnie już miał dość zachowania młodszego, w końcu był miękką bułą, która pewnie nie przeżyłaby sama w betonowym świecie... Ale może kiedyś się zmieni?
- Dobrze, czego się teraz uczysz?
- Jak wyleczyć różne odmiany kaszlu – oznajmił arlekin.
- To jak?
- Em... To była... Taka roślina z liśćmi... Hm... – zastanawiał się – Kocimiętka?
- Tak, ale nie tylko ona, może też pomóc Floks Wiechowaty, Podbiał, Gwiazdnica i wiele więcej, jednak tak, Kocimiętka działa na prawie każdy rodzaj kaszlu. Przynajmniej to zapamiętałeś...
 
***
 
Wreszcie wrócił do domu i mógł się uczyć z tatą! Tak bardzo się cieszył. Gdy tylko wrócił, zauważył ojca, czekającego na powrót swoich pociech.
- Idziemy – mruknął Jafar. Kocur zaprowadził Bluszcza do miejsca, gdzie zioła i różne specyfiki babci były już porozkładane na ziemi. Arlekin od razu do nich podbiegł, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej na ich temat. Złapał pierwsze lepsze zioło i zwrócił się w stronę ojca.
- Zostaw to! – krzyknął Jafar, na co młody od razu się posłuchał. Odłożył zioło i spojrzał na ojca.
- Nie ruszaj niczego bez mojej zgody – powiedział starszy kocur – I pamiętaj, za żadne skarby nikomu nie mów, co tutaj zobaczysz. To są tajne receptury. Pamiętaj, nigdy nie mów nikomu – oznajmił stanowczo Jafar, na co jego syn pokiwał głową – Zabieramy się do pracy. Bierzesz trochę ziół i tych leków i mieszasz ze sobą.
Młodszy pokiwał głową i usiadł obok ojca, przed kupą ziół. Zabrał kilka ziaren maku, trochę liści dębu i kilka specyfików babci i zaczął mieszać, dokładnie jak ojciec. W pewnej chwili jednak niebieski zauważył zioło, którego jeszcze nie znał.
- Co to jest? – zapytał, wskazując na bulwę o zielonych liściach oraz ostrym zapachu, który było czuć z daleka.
- Bluszczu mieszaj zioła i nie zadawaj bezsensownych pytań – odpowiedział Jafar. Niebieski pokiwał głową, jednak dalej był ciekawy co to za roślina. Dlaczego tata nie chciał mu powiedzieć? Była niebezpieczna? A może tak naprawdę tata nie znał się na medycynie i kocurek był w błędzie?

[476 słów, trening medyka]
10%
<Tato?>

14 stycznia 2024

Od Jafara CD. Bluszczu

Spojrzał na swojego syna oceniającym spojrzeniem. Zapomniał, że po jego domostwie biegały jego dzieci. Wciąż nie potrafił przywyknąć do tego, że był ojcem, więc kiedy wracał do domu i widział obce, lecz zarazem znajome pyski, na moment zamierał próbując sobie przypomnieć co to tu robiło. Tak było i tym razem. Schylił się po zioła i zaczął je zbierać w małą kupkę. 
— Nie jestem uzdrowicielem — przerwał zapał syna. — I nie leczę. Te rośliny przyniosła mi moja prawa ręka. Są zapłatą za to czym handluje — wyjaśnił mu ze spokojem.  
Zaskakiwało go, że Bluszcz, który był dopiero kocięciem już fascynował się pracą. To rokowało dobrze. Nawet jeśli syn źle pojmował swym małym umysłem co konkretnego robił, to zdawał sobie sprawę z tego, że ścieżka uzdrowiciela też była przyszłościowa. W końcu koty, które znały się na medycynie były w stanie przeżyć najdłużej i serwować swoje usługi samotnikom za wszelkiego rodzaju bogactwa. 
— To co to za roślinki? — dopytywała jego krew, wpatrując się w nie z zaciekawieniem. 
—  Dla twojej matki. Na razie jesteś za młody, abym wdrażał cię w moje imperium i na czym ono dokładnie polega, ale nie martw się. Gdy osiągniesz odpowiedni wiek zdradzę ci to i owo. Wtedy nauczę cię tego co sam potrafię. Potrzebuje następcy, który przejmie po mnie moje dziedzictwo, jednakże... — Podszedł bliżej, górując głową nad kocięciem. — Przekaże je w łapy tego kto na nie zasłuży. Dlatego nie zawiedź mnie synu i udowodnij mi swą wartość... Wiedz, że cię bacznie obserwuje — powiedział mierząc go uważnym spojrzeniem, nim chwycił ponownie rośliny w pysk, aby udać się w kierunku legowiska, w którym wypoczywała Bastet. 

<Bluszcz?> 

27 grudnia 2023

Od Bluszczu do Jafara

Bluszcz nie mógł w to uwierzyć. Roślinki mogły leczyć inne koty! Ostatnio się tego dowiedział i od tamtej pory marzył, by wyjść na dwór i poszukać roślinek. Każdego dnia wchodził na parapet i obserwował piękny zielony ogród, pełen kwiatów. Tylko dziś stało się coś dziwnego. Cały zielony ogród zmienił kolor i był biały! Kocurek nie wiedział, o co chodzi. Było mu bardzo przykro, bo te wszystkie rośliny zniknęły pod białym puchem.
- Ciekawe co się z nimi stało – zastanawiał się na głos – Może to ich zjadło?
Wpatrywał się tak w świat za oknem i mówił do siebie. Po chwili jednak przestał, bo w odbiciu w oknie zobaczył swojego tatę, niosącego jakieś chwasty. Podskoczył podekscytowany. Czyli jego tata leczył innych! Bardzo się z tego powodu ucieszył, bo dzięki temu było prawdopodobieństwo, że jego też nauczy. Zeskoczył z parapetu i szybko pobiegł do taty. Czarny kocur zatrzymał się gwałtownie, upuszczając różne zioła na ziemię.
- Cześć tato! – przywitał się Bluszcz i zaczął przyglądać się roślinom – Co one robią? Czy ty też leczysz koty, bo podobno tak można! Chce się tego nauczyć! – powiedział, podskakując – Nauczysz mnie?
Jafar przez chwilę nie odpowiadał. Kociak przez tę chwilę przestał skakać i zajął się oglądaniem roślin z bliska.
- Skąd je wziąłeś? Przecież na dworze jest jakieś białe coś i już nie ma roślinek! – zapytał i wziął kolejne zioło.

<Tato? Nauczysz mnie?>