Pierwsze godziny były najgorsze. Pieszczochowi daleko do kogoś przyzwyczajonego do złych warunków, choć ostatnimi czasy znosiła zimno domostwa. Niemniej, tutaj było to trzy razy gorsze. Zziębnięcie sięgało aż do samych kości Odety, dopóki nie zaczęło przeistaczać się w dźwięk otoczenia. Wszystko to stało się tylko towarzystwem ogromnych rozmyślań i żali uderzających jej do głowy, gdy kręciła się po nieznanej okolicy.
Kolorowe liście mieszały się z topniejącym śniegiem, tworząc obraz istnie posępny. Dotykało ją to jeszcze bardziej podczas wspomnień dawnego domu, który został jej odebrany przez przykry los. Własne legowisko – wcześniej norma – dzisiaj okazało się snem i pragnieniem tak głębokim, aż bolało. Symptomy fizyczne mogły mijać, myśli jednak nigdy nie cichły. Jak można zasłużyć sobie na taki los? To przemyślenie dotykało ją co rusz. Aczkolwiek częściej po prostu użalała się nad stratami. Ukochana właścicielka, dom, jedyni bliscy… Teraz została sama w świecie długim oraz szerokim.
Pogoda nagliła gonitwę okropnych myśli. Świat dobiegł końca; dla niej było to pewne. Nie wiedziała nawet, czy dni zmieniały się, czy czas już przestał być aktualną ideą. Poranki mieszały się z popołudniami, jednocześnie noc zdawała się trwać wiecznie. Wszystkie wydarzenia były nieznaczące, nawet zaplątanie się w liany i szamotanina. Wówczas po prostu myślała o tym jako głupocie, kolejnej rzeczy nieznanej, czymś, co i tak nie zmieniało jej położenia w oczekiwaniu na koniec. Nagle nie było to już takie normalne, jak sobie wyobrażała, ponieważ spotkała ją niespodziewana łaska w postaci innego kota, lecz nie ominęło jej zaniepokojenie.
— Hej, pomogę — mruknęła kłapoucha, która delikatnie wyszła z krzaków. Młodsza stała jak wryta. Przerażona. — Iii… już — sapnęła. — A teraz jak problem został zażegnany, powiedz mi, jak ci na imię?
Racją było, że jej mięśnie stały się sztywne i spięte. Odplątywanie było przez to utrudnione… nieznajoma poradziła sobie dobrze mimo tego. Odeta nie pomagała, gdyż była zajęta wbijaniem spojrzenia w tamtą. Wyglądała na zadbaną, pomimo bycia w sercu lasu. Czarne umaszczenie otulające ją ciasno z uroczymi piórkami utkanymi po długości futerka. Czy może był to anioł, o których słyszała opowieści? A może doczekała się śmierci i teraz dostała ofertę odejścia? Nie ważne co to było, nie odrywała oczu, a strach był niemożliwie silny.
— O-odeta — wydukała.
Zmusiła się do odpowiedzi. Własny głos brzmiał nieodpowiednio w jej uszach. Przez dni milczała, co nie zdarzyło się do tej pory nigdy. Ostatnimi czasy mówiła mniej, jednak kochała pocieszać siebie, chociażby podśpiewywaniem. Teraz nawet chrypka wezbrała w gardle koteczki przez ten niemy okres. Wyłącznie oczy wyrażały wszystko, co chciała powiedzieć, natomiast nie mogła zmusić siebie do wyduszenia.
— Odeta? To jakiś ptak?
Myśli przywróciły ból. Nie miała już siły skrzywić pyska ani odpowiedzieć. Wyjście na nieuprzejmą nawet podczas tej sytuacji wydawało jej się fatalnym pomysłem. Wolała pozostawiać koty uśmiechnięte albo przynajmniej z godną usłyszenia odpowiedzią.
— Nie, nie… tak nazwali mnie moi domownicy. — Dymna zastrzygła uszami. Wyjawiła jakąś tajną informację, którą zrozumiała ta spotkana? Te zastrzygniecie zaintrygowało ją wewnętrznie. Koteczka miała mętlik w łebku, musiała rozejrzeć się dookoła i postąpić kroku, gdy przepytywanie było kontynuowane.
— Twoi domownicy nie dbają o ciebie?
Najpierw nie zrozumiała. Wtem zerknęła na siebie i zauważyła swój okropny stan. Jej sierść zupełnie nie przypominała tej miękkiej, ułożonej, jak u kocicy, a zamiast tego była cała brudna od kurzu. Jej ogon zdawał się nawet posiadać ślady błota! Jak pozwoliła sobie doprowadzić się do takiego stanu? Ból pojawił się po raz kolejny, pozostając na jej sercu dłuższy moment.
— Cóż, już z nimi nie mieszkam… — wydukała niepewnie. Nie była pewna, co było prawdą w tej sytuacji. Pewność miała tylko w kwestii, że domostwo przestało być bezpieczne od momentu śmierci pani sprawującej nad nimi opiekę. Wówczas mieszkała już na własną łapę, co nie różniło się wiele od teraźniejszości, poza obecnością innych kotów do pomocy. Jak ona marzyła o kimś, z kim mogłaby dzielić tę niedolę!
Cisza, która nastała, skłoniła Odetę do uchylenia głowy w dół. Chyba naprawdę przyszedł jej czas na zajęcie miejsca obok martwej Wyprostowanej. Słowa uderzyły w nią z zaskoczenia. — Wiesz, jeśli chcesz, my możemy się tobą zaopiekować. Mamy obóz niedaleko stąd. — Liliowa zastrzygła uszami. Tak nieprzewidziana wypowiedź wyrwała ją z załamanego stanu rozumu.
— Obóz? — słowo spadło z jej języka lekko. Brzmiało jak coś przyjemnego.
— Tak, ja i inne koty żyjemy razem, pomagając sobie nawzajem. Nazywamy się Owocowym Lasem — odrzekła rozmówczyni.
Młoda zamrugała parokrotnie. Iskierki zatańczyły w jej oczach. Zgasły równie szybko, jak się pojawiły. Wysunęła pazurki, aby uziemić trochę swój stan umysłowy, ale dalej wyglądała słabo. Wrona mogła być pewna, iż nie zostanie zaatakowana tymi naturalnymi atrybutami obronnymi, choć była pupilka chwiała się na łapach. Naprawdę nie wyglądała na wystarczająco silną czy sprawną. Ona walczyła z wyobrażeniami chcącymi przejąć jej świadomość, bojąc się zawiedzenia.
— Czy to metafora do miejsca, gdzie trafiamy po śmierci? — Odeta uciekła wreszcie wzrokiem od tamtej po długim wpatrywaniu się w nią z zapewne dosyć nieprzyjemną intensywnością. Przełknęła gorzki smak rosnący usilnie w pyszczku, spowodowany nadchodzącymi emocjami szargającymi jej zmysłami. Odepchnięcie szansy było jednak tak skomplikowane… zawsze trzymała się kurczowo takich okazji. Życie zawodząc, pokazało jej złudność życzeń. No, ale po części dalej była tylko roztrzęsionym kociakiem z nadzieją w sercu.
— Co? Chyba mnie nie zrozumiałaś — rzuciła Wrona do niej, gdy była zajęta myśleniem. Tego transu nie było łatwo przerwać, nie podobnie do poprzedniego.
Poczuła nawrót zawrotów głowy i mimowolnie postąpiła parę kroków w przód, wpadając na pomarańczowooką. Nie była to rzecz ani w pełni świadoma, ani też w zwykłe przewrócenie. Było to jak naturalna potrzeba. Oparła się na jej boku, bo nie wiedziała szczerze co zrobić. Przez tyle czasu trwała w tym lesie, że nawet tak głupi skrawek lepszego życia był, jak powiew ciepłego powietrza w Porze Nagich Drzew. Inne koty i wspólnota… w chwili nie mogła porównać tego ze swoją wiedzą o klanach, zbyt zaaferowana i zajęta powstrzymywaniem łez. Tak czy inaczej, jaśniała niczym perfekcja jako pomysł.
— Gdziekolwiek indziej niż tutaj, proszę. Gdziekolwiek indziej niż tutaj… — łkała, czując łamanie serca w piersi. Pękło odrealnienie, broniące jej przed największym cierpieniem. Dopuszczenie myśli o tym, iż teraz będzie musiała żyć tu i teraz w realiach bez najbliższych oraz znajomych kątów – załamało ją. Niemniej, nie chciała się wycofywać. Pragnęła zniknąć z tej głuszy, jeśli tylko miała na to szansę, była gotowa błagać przy samej ziemi. Potrzebowała obudzić świat do odgłosów. Wystarczy jej bezruchu, ciszy, tej przygnębiającej pustki.
— Proszę, proszę… — powtarzała pod nosem, przypominając modlitwę skierowaną do powietrza bardziej niż coś wypowiadane ku Wronie. Pozostała na miejscu, przy jej boku, przyciskając się mocniej; jedno drobniejsze ciało, przy drugim większym. Liczyła na zyskanie odrobiny ciepła i wdychała specyficzną woń, jeśli tylko oznaczała brak samotności. Nie zwracała uwagi na reakcje kotki, dopóki ta pozostawała bez ruchu, pozwalając jej na to osobliwe zbliżenie.
Młoda zamrugała parokrotnie. Iskierki zatańczyły w jej oczach. Zgasły równie szybko, jak się pojawiły. Wysunęła pazurki, aby uziemić trochę swój stan umysłowy, ale dalej wyglądała słabo. Wrona mogła być pewna, iż nie zostanie zaatakowana tymi naturalnymi atrybutami obronnymi, choć była pupilka chwiała się na łapach. Naprawdę nie wyglądała na wystarczająco silną czy sprawną. Ona walczyła z wyobrażeniami chcącymi przejąć jej świadomość, bojąc się zawiedzenia.
— Czy to metafora do miejsca, gdzie trafiamy po śmierci? — Odeta uciekła wreszcie wzrokiem od tamtej po długim wpatrywaniu się w nią z zapewne dosyć nieprzyjemną intensywnością. Przełknęła gorzki smak rosnący usilnie w pyszczku, spowodowany nadchodzącymi emocjami szargającymi jej zmysłami. Odepchnięcie szansy było jednak tak skomplikowane… zawsze trzymała się kurczowo takich okazji. Życie zawodząc, pokazało jej złudność życzeń. No, ale po części dalej była tylko roztrzęsionym kociakiem z nadzieją w sercu.
— Co? Chyba mnie nie zrozumiałaś — rzuciła Wrona do niej, gdy była zajęta myśleniem. Tego transu nie było łatwo przerwać, nie podobnie do poprzedniego.
Poczuła nawrót zawrotów głowy i mimowolnie postąpiła parę kroków w przód, wpadając na pomarańczowooką. Nie była to rzecz ani w pełni świadoma, ani też w zwykłe przewrócenie. Było to jak naturalna potrzeba. Oparła się na jej boku, bo nie wiedziała szczerze co zrobić. Przez tyle czasu trwała w tym lesie, że nawet tak głupi skrawek lepszego życia był, jak powiew ciepłego powietrza w Porze Nagich Drzew. Inne koty i wspólnota… w chwili nie mogła porównać tego ze swoją wiedzą o klanach, zbyt zaaferowana i zajęta powstrzymywaniem łez. Tak czy inaczej, jaśniała niczym perfekcja jako pomysł.
— Gdziekolwiek indziej niż tutaj, proszę. Gdziekolwiek indziej niż tutaj… — łkała, czując łamanie serca w piersi. Pękło odrealnienie, broniące jej przed największym cierpieniem. Dopuszczenie myśli o tym, iż teraz będzie musiała żyć tu i teraz w realiach bez najbliższych oraz znajomych kątów – załamało ją. Niemniej, nie chciała się wycofywać. Pragnęła zniknąć z tej głuszy, jeśli tylko miała na to szansę, była gotowa błagać przy samej ziemi. Potrzebowała obudzić świat do odgłosów. Wystarczy jej bezruchu, ciszy, tej przygnębiającej pustki.
— Proszę, proszę… — powtarzała pod nosem, przypominając modlitwę skierowaną do powietrza bardziej niż coś wypowiadane ku Wronie. Pozostała na miejscu, przy jej boku, przyciskając się mocniej; jedno drobniejsze ciało, przy drugim większym. Liczyła na zyskanie odrobiny ciepła i wdychała specyficzną woń, jeśli tylko oznaczała brak samotności. Nie zwracała uwagi na reakcje kotki, dopóki ta pozostawała bez ruchu, pozwalając jej na to osobliwe zbliżenie.
<Nieznajoma?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz