Przed znalezieniem ciała Dyniowej Skórki
— Wielu pacjentów dziś miałaś? Wyglądasz na zmęczoną. Może porozmawiam z Jagnięcym Ukłonem, żeby pozwoliła ci już dzisiaj odpocząć? — zagadnął, chcąc również zapytać i o jej dzień. Odnosił wrażenie, że od wypadku pytał głównie o Firletkową Łapę. Ciężko było mu się dziwić, aczkolwiek nie chciał dopuścić do sytuacji, w której którekolwiek z jego kociąt czułoby się źle, jakby faworyzował kogoś. Absolutnie tego nie chciał. Kochał całą czwórkę jednakowo i robił co w jego mocy, żeby żadne z nich nie czuło się pokrzywdzone.
Uczennica medyczki pokiwała głową.
— Tak… jestem od samego rana na łapach, ale to nic takiego. Najpierw opowiedziałam Firletce parę historii. Bardzo podobne do tych, które opowiadała nam mama w żłobku. O ptakach i naszych ptasich przewodnikach. Bardzo mu się spodobały — zaczęła, gestykulując łapkami. Mimo aksamitnego zmęczenia wyglądała na naprawdę zaangażowaną w rozmowę. Był to niezwykle miły widok. — Później Jagnięcy Ukłon zabrała mnie na zbieranie ziół, w końcu każde się obecnie liczy. Szczególnie teraz, kiedy chorych wiecznie przybywa. Mam czasami wrażenie, że ich nie ubywa — zaśmiała się cicho, a wojownik pokiwał głową i posłał jej uśmiech, nie przerywając potoku słów. — Odwiedziła nas Niebiańska Poświata i pomogłam jej z infekcją.
Niebiańska Poświata… znali się jedynie z widzenia. Kotka była młodsza od niego i nie mieli nawet okazji nigdy wcześniej zamienić choćby słowa. Nie czuł się jednak tak, jakby na tym wiele stracił. To nie było nic nowego, że spora część Klifiaków pozostawała mu w pewnym sensie obca. Niestety albo stety, od zawsze był na uboczu. Z wiekiem jednak nauczył się bardziej doceniać relacje, które nabył podczas całego swojego życia, pielęgnując je i to głównie w nie się angażował najbardziej.
— Na pewno świetnie sobie poradziłaś, jesteś niezwykle zdolna. Klan Klifu może być wdzięczny za tak wspaniałe medyczki — zamruczał, tarmosząc jej lekko futerko na głowie. Ćmia Łapa zachichotała i teatralnie przewróciła oczami.
— Ale to jeszcze nie koniec! Słuchaj tego, tato. Zaraz za nią wszedł Wędrujący Wibrys. Brat Truskawkowego Pola — zaczęła, a zielonooki słuchał. Pamiętał o zastępczyni, której nagle, z dnia na dzień zabrakło. Gdyby pewnego razu obudził się bez Kukułczego Wdzięku obok, byłby zdewastowany. Nie potrafił sobie wyobrazić choćby dnia bez ukochanej. — Chyba będę musiała znowu pójść i nazbierać trybuli. Bo wiesz, co jemu dolegało?
— Co takiego? — zapytał, uśmiechając się. Może gdyby znał się jakkolwiek na ziołach, to by zgadł.
— Infekcja! Mam wrażenie, że jest jej jakiś wysyp. Wiecznie ktoś chodzi z infekcją. Przyszła też twoja była uczennica, Oszroniony Kieł. Doskwierała jej chrypka i brzmiała też inaczej. Będzie musiała do nas przychodzić jeszcze przez trzy wschody słońca.
Pointka była jego pierwszą uczennicą kiedykolwiek. Bardzo miło wspominał ich wszystkie, liczne treningi. W końcu była jego bratanicą. Jednym z ostatnich kotów, które kojarzyły mu się z jego braciszkiem, Króliczkiem. Na samą myśl uderzyło w niego uczucie nostalgii. Gdyby tylko mógł z nim porozmawiać, choćby raz jeszcze…
Wrócił do rzeczywistości. W końcu Ciemka czekała na odpowiedź. Nie mógł jej ignorować, to byłoby bardzo niemiłe z jego strony.
— Mam nadzieję, że jej się polepszy. Widzisz, jaka jesteś uzdolniona? Pomogłaś tylu kotom, zupełnie sama! Jagnięcy Ukłon i Księżycowa Aldrowanda dobrze cię wyszkoliły — odparł, czując rozpierającą go dumę. Jego córeczka wiedziała już tak wiele… Mógłby przysiąc, że jeszcze wczoraj przebywała w żłobku i miała zamknięte oczka. Jak one szybko rosły…
Żółtooka pokiwała główką.
— Mimo że wiem tak dużo, to i tak czasem znajdzie się coś, czego jeszcze nie wiem.
— Ścieżka medyka to nieustanne odkrywanie nowości. Twój trening trwa nieco dłużej, niż ten na wojownika, ponieważ musisz przyswoić dużo więcej informacji. Mam nadzieję, że dbasz o siebie i odpoczywasz. W końcu przemęczony mózg nie marzy o niczym innym, jak o odpoczynku — miauknął z nutą zmartwienia w głosie. Kremuska jednak szybko rozwiała jego obawy.
— Nie martw się, tato. Wysypiam się, w miarę…-
W kącie oka dostrzegł Mysikróliczą Łapę, która niemal wbiegła w Ćmią Łapę. Trójoki Zając spojrzał na córeczkę ze zdziwieniem. Była cała oblepiona błotem i wyglądała tak, jakby przebiegła właśnie gonitwę swojego życia, ponieważ sapała głośno, a jej kufę rozświetlał szeroki uśmiech. Nabrała parę łapczywych oddechów.
— Już wróciłaś z treningu z Bukową Koroną? Szybko cię dzisiaj puścił — zagadnęła uczennica medyczki, równie zdziwiona, ale i zadowolona z obecności liliowej szylkretki. Po uderzeniu serca pręgowana klasycznie zauważyła pewną niezwykle ważną kwestię;
— Wyglądasz, jakby cię wypluto z paszczy borsuka! Co robiłaś? — Kremowa dotknęła łapą boku siostrzyczki. Mysikrólik kłapnęła pyskiem przy jej palcach żartobliwie, naśladując wściekłego psa. Jej oddech uspokoił się trochę.
— Może to ja jestem tym borsukiem! — wysapała jeszcze, a Ćma odsunęła kończynę.
Po chwili wtuliła się w bok ojca w celu przywitania się, a później zawiesiła łapy na barkach siostry, jakby chcąc się z nią pobawić.
— Ćmia Łapo! Wiesz, ile się dzisiaj nauczyłam? Mam wrażenie, że Bukowa Korona, gdyby mógł, to by mnie przetargał po całych naszych terenach… ale dobrze, przynajmniej nauczę się robić różne, śmieszne dźwięki! Już potrafię gwizdać, o, posłuchajcie.
Zwinęła wargi tak, żeby utworzyć z nich dzióbek. Po chwili zaczęła dmuchać, jednak żaden gwizd nie ulotnił się z jej pyszczka. Trochę sfrustowana, przysiadła i poruszyła nieznacznie uchem. — Nooo, przecież jeszcze wczoraj mi wychodziło! Ale ja nie kłamię, zobaczycie. Wyjdzie mi jeszcze. Może po prostu nie dzisiaj.
— Taa, jasne! — zaczęła się z nią droczyć żółtooka. Trójoki Zając obserwował ich interakcję, nic nie mówiąc do tej pory. Z jakiegoś powodu zamyślił się na ten czas, mimo że dolatywały do niego słowa.
Mysikrólicza Łapa przewróciła oczami, uśmiechając się.
— Tato, przepytasz mnie z kodeksu wojownika? Już znam wszystkie punkty, po kolei!
Trójoki Zając kiwnął głową, wyrwany z obłoków.
— Dobrze. Kto najpierw powinien jeść zwierzynę ze sterty?
Ćmia Łapa wyglądała tak, jakby miała ochotę odpowiedzieć na to pytanie, mimo że wiedziała, że to jej siostra była obecnie pytana. Mysikrólik widocznie zamyśliła się, jej wzrok stał się na chwilę utkwiony gdzieś w oddali. Gdy pręgowana klasycznie już miała odpowiedzieć za nią, otwierając pyszczek, koteczka wykrzyczała wręcz;
— Najpierw uczniowie, którzy sobie na to zasłużyli! — powiedziała dumnie, bardzo pewna własnej odpowiedzi.
Trójoki Zając pokręcił głową.
— Niestety nie. Najpierw muszą zjeść starsi i kocięta, a dopiero potem uczniowie i wojownicy.
— Aaah! No przecież — liliowa zabrzmiała tak, jakby ją olśniło. Ćmia Łapa pokręciła głową.
— Mysikróliku, a czy przed zjedzeniem zwierzyny dziękujesz za nią Klanowi Gwiazdy?
Żółtooka zerknęła na siostrzyczkę i po uderzeniu serca pokiwała głową.
— Tak — rzekła krótko, parokrotnie przejeżdżając językiem po piersi. Trójoki Zając zamruczał.
— Jak wiecie, kodeks wojownika to coś, co rozróżnia nas od samotników i włóczęgów. To koty, które żyją na własnych zasadach, a nie na tych klanowych. Nierzadko są nieszczęśliwe z tego powodu, ponieważ muszą polegać tylko na sobie, lub na grupie, która dba głównie o siebie, aniżeli o wszystkich i w szczególności tych najsłabszych. To niezwykle ważne, żeby przestrzegać wszystkich szesnastu zasad, jednakowo. Wtedy żyje się wszystkim dobrze — dokończył więc kocur, mimo wszystko dumny z wiedzy swoich córeczek. Potknięcie Mysikrólika nie było przecież tragedią. Z pewnością szybko oraz sprawnie uzupełni braki, o ile takowe występowały.
— Dobrze. Tę część pamiętam, o której mówisz — zerknęła na ojca. — Słuchajcie teraz. Teraz wam wymienię wszystkie punkty. — Nabrała do płuc dużo powietrza, aż jej napęczniały policzki. — ,,Broń swego klanu, nawet kosztem własnego życia. Nie jest zabronione zawierać przyjaźni poza granicami, jednak twoja lojalność musi pozostać w klanie. Nie poluj na terenie obcego klanu, a także nie wkraczaj tam. Zwierzynę najpierw muszą spożyć kocięta oraz starsi, a dopiero później uczniowie, a także wojownicy” — zrobiła chwilę przerwy na nabranie oddechu. Do tej pory wszystko się zgadzało. — ,,Zwierzynę zabijamy jedynie w celu pożywienia się, a nie bawienia nią. Trzeba dziękować Klanowi Gwiazdy za jej życie. W wieku sześciu księżyców kocię zostaje mianowane uczniem. Nowo mianowani wojownicy zmuszeni są odbyć ciche czuwanie przez jedną, całą noc tuż po własnej ceremonii”.
Trójoki Zając poruszył nieznacznie uchem.
— Za niedługo ciebie to czeka, Mysikróliku.
Koteczka pokręciła głową, łapę opierając na ojcu, ale po chwilę ją położyła z powrotem na gruncie.
— Wiem, tato. Wybiłeś mnie z rytmu! — udała wielce obrażoną. Kocur posmutniał trochę. — Żartuję. Wiem, tak, wiem… tak naprawdę, to nie mogę się już tego doczekać. Aż Bukowa Korona uzna, że jestem gotowa i Lśniąca Gwiazda mnie wyróżni z całego tłumu naszych pobratymców! — zaświergotała pogodnie, a Trójoki Zając poczuł, jak robi mu się cieplej na sercu. Pamiętał własną ceremonię i ogromną dumę, jaka towarzyszyła mu tamtego dnia. Wiedział, że to była jedynie kwestia czasu aż jego kocięta staną się pełnoprawnymi wojownikami, a jedno z nich; medyczką. Wierzył, że nawet i Firletkowa Łapa doczeka się swojego nowego, wspaniałego imienia. Nie mogło być przecież inaczej, zasługiwał na to tak samo, jak reszta jego rodzeństwa, mimo wypadku. Na myśl o synu spojrzał na odpoczywającego, niebieskiego vana w łożu. Pogrążony w głębokim śnie, prawdopodobnie nie słyszał ich aż tak dobrze. Trójoki Zając był z nich wszystkich tak bardzo, bardzo dumny. Miał szczerą nadzieję, iż Firletka prędko wróci do zdrowia. Nie mógł patrzeć na niego w takim stanie, serce mu pękało. Gdyby tylko tamtego dnia przewidział, że mógł się ześlizgnąć... gdyby tylko mógł, to by ochronił wszystkie swoje kocięta przed każdą przykrością tego świata. Wiedział jednak, że nie było to w żaden sposób możliwe.
<Ciemko, a ty pamiętasz zasady obowiązujące każdego medyka?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz