Wojowniczka poruszyła nieznacznie ogonem.
— Porą Nagich Drzew często jest tak, że wracamy o pustych łapach. Będziesz musiała sama sobie upolować, Mysikrólicza Łapo. Chyba że któraś z karmicielek ci odda swoją porcję, ale ja na twoim miejscu bym im zostawiła — mruknęła matka, spoglądając na córkę, lekko poirytowana. — Gdzie się tak ubrudziłaś? Jesteś cała w pyle — dorzuciła, a jej wąsy zastrzygły. Mysikrólicza Łapa obejrzała swój bok i uniosła tylną łapę ku górze, razem z przednią, żeby obejrzeć również kawałek tyłu. Nie rozumiała za dobrze, dlaczego to był problem. Czy jej nie było do twarzy w pyle? — Doprowadź futro do porządku. Ja już muszę iść, do zobaczenia, Mysikrólicza Łapo. — Przejechała językiem parokrotnie po łebku córki, a potem gdy w paru susach dotarła do reszty patrolu, pomachała jej na pożegnanie kitą. Młodsza przysiadła na moment, rozglądając się po pobratymcach. Powinna zapytać kogoś jeszcze o opinię. Oczywiście ceniła zdanie matki, aczkolwiek na jej jaśniutkim futrze pewnie nawet nie było tego aż tak dobrze widać, dlaczego więc miałoby to robić komukolwiek różnicę? Była zdziwiona, że Klifiaczka w ogóle dostrzegła taką odmianę w jej codziennym wyglądzie. W jej brzuchu zaczęło cicho burczeć, a sama kotka nagle nabrała dużej ochoty na przekąszenie czegoś. Podeszła więc do sterty i wybrała sobie z niej zwierzynę. Zamierzała się nią cieszyć jak najdłużej, dlatego też pozwoliła sobie zjeść ją w spokoju. Dzisiaj wstała dużo wcześniej, specjalnie, żeby mieć więcej czasu przed treningiem z Bukową Koroną. W końcu kocur lubił zaczynać wraz ze wschodem słońca, ganiając ją do roboty, gdy ośmieliła się, chociaż na chwilę odpuścić sobie obowiązek lub nie miała na niego ochoty. Musiała jednak zacisnąć szczękę i uczyć się dalej, materiału przekazywanego przez kocura. Im więcej przyswoi, pokaże mu, że jest gotowa zostać wojowniczką, tym może szybciej doczeka się własnego mianowania. Ciekawe, jakie imię będzie nosić? Podrapała się za uchem, gdy zaczęło ją nagle swędzieć. Mała chmurka pyłu poniosła się na jej bok, obrzucając jednego z przechodzących obok. Tym nieszczęśnikiem była jedna z wojowniczek, Jajeczna Skorupa. Żółtooka zakasłała z niezadowoleniem, marszcząc brwi i zamykając oczy.
— Mysikrólicza Łapo-... — zrobiła chwilę przerwy, zanosząc się ostatnią dawką kaszlu. — Co to za chmura pyłu? Tarzałaś się w piachu? — zapytała, kładąc po sobie lekko uszy. Mysikrólicza Łapa pokiwała głową.
— Widać po mnie? Skąd wiedziałaś, Jajeczna Skorupo? Ładnie mi w pyle? — zapytała, poprawiając sobie łapą odstające futro na policzkach. Wysunęła kły z zadowoleniem. W końcu ktoś ją skomplementował! W takim razie nie było potrzeby znowu się myć, tak jak kazała mama. Ruda koteczka uśmiechnęła się lekko.
— Tak, świetnie wyglądasz! Ale powinnaś dawkować pył. Było go tak dużo, że aż zrobiła się chmurka, gdy się drapałaś. Bardzo mnie zapiekły płuca, jednak nic nie szkodzi! Po prostu następnym razem pilnuj, ile go zabierasz ze sobą do jamy.
Żółtooka pokiwała łebkiem. Zaraz wszystkiego zapomni.
— Dobrze! Będę pamiętać, dziękuję — zamruczała, a potem po paru uderzeniach serca odwróciła się na pięcie i ruszyła w swoją stronę. Nie chciała zagadywać cętkowanej Klifiaczki nazbyt długo, zresztą nie znały się aż tak dobrze, jedynie z widzenia. Liliowa już powoli zapominała, o czym w ogóle rozmawiały chwilę temu. Wszystko spowodowane było tym, iż jej uwagę przykuł mały kamyczek na środku obozu. Podeszła do niego z zaciekawieniem, a potem kopnęła go łapą i zaczęła gonić.
Wrzosowiska, gęsto porośnięte trawą, teraz nakryły się bielutkim dywanem, zabierając na jakiś czas życie z ostatnich, próbujących jakoś przetrwać ziół, z których mogli skorzystać medycy, ale nie zdążyli. Na nieboskłonie od czasu do czasu przelatywała cała grupa ptaków, wydająca charakterystyczny dźwięk, przykuwający uwagę kotów podróżujących pod nimi. Ciekawe co sobie przekazywały? Może kierunek, w którym powinny się następnie udać? Czy wrócą do nich, jak się ociepli, żeby żerować na owadach, a może i nawet żabach? Będą gubić piórka, żeby zrobić miejsce na nowe, dzięki czemu Klifiacy będą mogli je pozyskać i wyłożyć nimi legowiska.
Mysikrólicza Łapa gnała ile sił w kończynach, czując, jak wiatr przyjemnie muska jej futro, a bijący ziąb z wychłodzonej posadzki sprawnie odbiera jej poduszeczkom ciepło. Zdążyła zgubić kamyczek, musiał poturlać się do jednej z wielu małych szczelin w grocie. Wodospad nadal trwał w bezruchu, przepuszczając bardzo dobrze promienie słoneczne, wpuszczając je do środka groty z samego ranka. W ciągu dnia ten błysk przerzedzał się tylko po to, żeby finalnie zniknąć i oświetlać resztę terenów od innej strony. Mroźna pora wcale nie przeszkodziła jej w tym, żeby dobrze się dzisiaj bawić, mimo że nie była już wielkości kocięcia! Lawirowała pomiędzy łapami starszych kotów, śmiejąc się głośno, jakby właśnie wyrwała się z bezpiecznych ram żłobka niepostrzeżona. Humor jej niezwykle dopisywał, odkąd udało jej się zjeść jakąś jedną z chudszych nornic ze stosu. Nawet nie była ciepła, mogła zatem narzekać! Tym razem o dziwo nie zamierzała, nie chciała sobie psuć humoru, dopóki nie była do tego zmuszona. Napuszyła sierść i wyglądała teraz niczym zjeżony jeżyk z odstającymi dwoma rogami na łebku. Przylizała łapę i próbowała je poprawić, ale ilekroć to robiła, tym bardziej zakręcone i stojące powracały. Westchnęła więc ze zrezygnowaniem, a potem ponownie rzuciła się biegiem. Mimo krótkiego ogona, jej równowaga była nienaganna.
Nagle, przed jej oczami wyrósł Klifiak. Kocur odskoczył, patrząc na nią, a liliowa uderzyła z całej siły w kamienną ścianę. Wpadła na nią pyskiem, aczkolwiek najbardziej ucierpiała jej przednia łapa. Zawrzeszczała, czując, jak oblewa ją zimny pot, a serce nagle się zapada.
— Mysikrólicza Łapo? Co ci jest? — zapytał, a gdy został zignorowany, prychnął pod nosem, kręcąc głową, a potem odszedł w swoją stronę. Uczennica nie miała teraz nawet głowy do tego, żeby odpowiadać na pytania. Jej umysł krążył wokół zranienia, które było przecież nie do zignorowania. Zastrzygła wąsami.
Spojrzała na kończynę z paniką wymalowaną w oczach, już była pewna, że ją złamała lub przynajmniej wybiła i że przez to jej mianowanie z pewnością zostanie przesunięte, a nie chciała zostać mianowana wojowniczką jako ostatnia! W jej sercu zagościła gorycz, a oczy zmrużyła z bólu. Przyglądając jej się jednak łapa wyglądała… normalnie? Poruszała nią w różne kierunki, nie czując jakiejś szczególnej różnicy, poza pulsującym dyskomfortem związanym z nagłym zderzeniem, ale i to musiało się nagromadzić z czasem. Prawdziwy problem pojawił się w momencie, w którym postawiła ją na gruncie. Z jej gardła wydobyło się syknięcie, a ze zranionej łapy wysunęły się samoistnie pazury. Porysowała nimi delikatnie posadzkę, wreszcie unosząc ją ku górze, a potem kierując się do legowiska medyczki, kuśtykając. Może i nie szło jej to idealnie, ale na szczęście na nikogo nie wpadła. Do tej pory miała cztery łapy sprawne, nie musiała mierzyć się z takim problemem. Ćmia Łapa z pewnością jej pomoże! Znała się na ziołach, w końcu tak długo się ich już uczyła. Musiała coś jej zaradzić na ból.
Wetknęła łeb do wgłębienia, rozglądając się za kremowymi uszami. Do jej nozdrzy dotarł intensywny zapach ziół, który aż jej zakręcił w tym nosie. Kichnęła głośno, a echo poniosło się po ogromnej jaskini. Spotkała tylko Księżycową Aldrowandę, teraz zaalarmowaną nagłym hałasem i zawieruchą, jaką wraz ze sobą przywlokła koteczka. Jej siostra pewnie poszła na trening z Jagnięcym Ukłonem… kobaltowooka miała już swoje księżyce. Pysk aż jej lśnił od siwych włosków. Zastanawiała się, czy mądrym było pozwolenie jej wyjść poza obóz, gdy możliwe, iż była u schyłku swojego życia. Wyglądała, jakby Klan Gwiazdy mógł ją niebawem zawołać po to, żeby ją objąć w ramionach i powitać w swoich szeregach.
— Cześć, Księżycowa Aldrowando. Ćmia Łapa jest poza obozem, prawda? — zapytała, a potem rozejrzała się pospiesznie po norce i przysiadła na jednym z legowisk z szelestem, nie pytając się uprzednio o pozwolenie. Bursztynooka przyglądała jej się, wyglądała na niewyspaną. Może taki dzień dzisiaj.
— Tak, powinna za niedługo wrócić. Co ci się stało, Mysikrólicza Łapo? Słyszałam wrzask, chodzi o twoją łapę? — mruknęła, gdy spostrzegła, że nawet teraz liliowa miała ją nieco uniesioną, zamiast całkowicie postawioną na gruncie. Żółtooka pokiwała głową. Naprawdę aż tak głośne to było? Czemu w takim razie nikt jej nie wybiegł na pomoc? Naprawdę każdy był tak zajęty sobą?
— Wpadłam w ścianę i bardzo mnie boli łapa, gdy ją stawiam. Masz coś na to? — zaczęła delikatnie wylizywać wspomniane zranione miejsce, jakby miało to w czymś pomóc. W rzeczywistości próbowała jedynie pozbyć się bólu, który teraz stawał się powoli nieznośny, jakoś go rozmasować. Westchnęła, podnosząc ją w kierunku niebieskiej szylkretki. Asystentka pochyliła się nad nią i ujęła kończynę delikatnie w łapy. Chwilę ją obserwowała, parę razy próbowała zgiąć i wyprostować, a potem również nacisnęła na palce, żeby wysunąć wszystkie pazury. Mysikrólicza Łapa stękała, gdy tak się działo.
— Boli mnie, gdy tak robisz — poinformowała ją jeszcze, jakby nie dawała wystarczająco oznak dyskomfortu. Szarawa kiwnęła głową.
— Następnym razem nie wbiegaj rozpędzona w ściany, bo to niebezpieczne. Mogłaś ją sobie nawet połamać — poinstruowała ją surowym tonem, a potem wycofała się do składzika z medykamentami i parę wybrała, w tym pajęczynę, żeby najprawdopodobniej usztywnić kończynę. Było aż tak poważnie? Nie, to jeszcze nie było złamanie, ale byle co to też nie było. Czy Mysikrólik się tym przejęła na dłużej? Niekoniecznie. Ona rzadko kiedy uczyła się na błędach, więc pewnie czekał ją niebawem kolejny bliski kontakt ze ścianą jaskini.
— Będę mogła ćwiczyć? Bukowa Korona musi w końcu zauważyć, jak bardzo się staram! Jeśli dobrze pójdzie, to może zostanę wojowniczką jako pierwsza z całego mojego rodzeństwa — uśmiechnęła się od ucha do ucha, gdy asystentka nakładała chłodną maź na jej łapę, a potem wmasowywała ją porządnie. Zimno przyniosło jej ulge, od razu się rozluźniła, bo do tej pory siedziała z napiętymi mięśniami.
— Teraz to musisz się oszczędzać. Dopóki cię będzie boleć, masz uważać na łapę. Jeśli nie, będziesz zmuszona przenieść się do naszego legowiska, aż nie wyzdrowiejesz. — Pokręciła głową. — Radziłabym ci się mnie słuchać. Ziół nie mamy nieskończoność, a nadchodząca Pora Nagich Drzew nam nie ułatwia zbiorów. To wszystko, Mysikrólicza Łapo. Możesz iść odpocząć w legowisku uczniów. Ja porozmawiam z Bukową Koroną — posłała jej lekki uśmiech, jakby chcąc pocieszyć. Szylkretka pokiwała głową na znak, że przyjęła. Słuchała jej, ale to czy będzie się rzeczywiście do jej słów stosować… to już zależało wszystko od tego, co będzie liliowej bardziej pasowało w danej chwili. Kuśtykając, uważając, żeby nie zerwać opatrunku, wycofała się do centrum Klanu Klifu. Dzisiaj zdążyła już coś przekąsić, dlatego nie była głodna. Może ktoś inny skorzysta. Dlatego też spróbowała truchtem w paru susach dotrzeć do nory uczniów. Może nawet Firletkowa Łapa wrócił!
Nagle poczuła, jak znowu w coś wpada. Tym razem na szczęście nie była to ściana, a twarde ciało. Wpadła na któregoś z wojowników.
Przed jej oczami wyrosła sylwetka Słonecznego Oka. Masywny, spory kocur zmarszczył brwi, patrząc w dół w poszukiwaniu tego, kto mu zakłócił spokój. Dzięki długiej sierści optycznie wydawał się nawet większym, niż był, a nie był też przecież malutki. Liliowy, pręgowany klasycznie z bielą, ale minimalną. Jedno ślepie miał zamglone, a drugie niebieskie. Uszy wywinięte. Karcąco spojrzał na Mysikróliczą Łapę.
— Oj! Uważaj, jak biegniesz, na Klan Gwiazdy! Wpadłaś w kota spokrewnionego z przywódcą — warknął, poruszając ogonem na znak, że mu się to wcale nie spodobało. Szylkretka zmarszczyła nos, gdy podnosiła się właśnie z ziemi. Upadła na zadek, ale i tak ją bolało. Co za różnica z kim był spokrewniony?
— To ty uważaj, jak łazisz! Dopiero co wyszłam od medyczki — syknęła, poruszając delikatnie zabandażowaną kończyną. Powinien patrzeć, gdzie łazi! Co z tego, że to ona na niego wpadła? — Powinni ci dać coś na ślepotę!
— Klanie Gwiazdy, miej tę uczennicę w opiece, bo mi nerwów braknie… — Jego bok zafalował. — Nie widzę tylko na jedno oko. Rozumiem, że jestem niezwykły, ale żeby mnie od razu popychać? — szepnął, a potem westchnął i pokręcił głową. Koteczka przez cały ten czas patrzyła na niego wrogo. Jak on w ogóle śmiał! Nerwów to jej zaraz zabraknie, jeśli jej nie przeprosi za ten haniebny czyn. Słoneczne Oko spojrzał na nią ostatni raz sprawnym okiem, a potem wycofał się i ruszył w kierunku sterty zwierzyny. Mysikrólicza Łapa zadarła nos do góry, mrużąc ślepia.
— Hmpf, chyba śnisz! Nawet mnie nie przeprosisz! — krzyknęła za nim, ale pręgus jej już nie odpowiedział. Zazwyczaj widziała go jako radosnego, dlaczego więc zachowywał się w ten sposób? To było godne mysiego móżdżka. Koteczka dostrzegała w całej tej sytuacji również głównie własną winę, ale nie zamierzała się do tego przed nikim przyznawać. Scenkę trzeba było zrobić, żeby koty miały o czym gadać… Nie. Przecież ona taka nie była. Po prostu na niego wpadła, ale była zbyt dumna, żeby go za to przepraszać, więc próbowała wymusić przeprosiny dla siebie, co jej nie wyszło, więc spotkało się z niezadowoleniem z jej strony. Weszła wreszcie do legowiska uczniów, teraz już wolniej. Ciepły, przyjemny podmuch owiał ją wraz z zapachem skonsumowanego już obiadu, ktoś sobie dobrze pojadł. Wewnątrz odpoczywała Słonkowa Łapa, obecnie najprawdopodobniej śpiąca. Nieopodal leżało posłanie należące do Firletkowej Łapy, ale puste. Złamana Łapa, który przebywał przy jednej ze ścian, również łeb miał położony na przednich łapach, a tylne rozsunięte po całym swoim legowisku. Jego dymny bok unosił się, a potem opadał spokojnie. Dymówkowa Łapa rozmawiała cicho z Cisową Łapą, coś o treningu, czego liliowa nie mogła dosłyszeć dobrze. Jedną z nich uczyła przecież protektorka… ach, zagada do nich innym razem.
Zaczęła się skradać w granicach swoich możliwości w stronę legowiska. Niebieskiej sprawi psikusa innym razem. Teraz… wyciągnęła łapę w stronę łoża, a potem przesunęła je dość sprawnie w inne miejsce. Zadowolona ze swojego czynu, uśmiechnęła się od ucha do ucha i nawet nie zwróciła wielkiej uwagi innych uczniów na siebie, sukces!
Wycofała się do swojego miejsca, kręcąc w nim parokrotnie i z zadowoleniem wreszcie klapnęła sobie, pomrukując pod nosem. Była niezmiernie ciekawa reakcji Firletkowej Łapy. Ostatnio zostawiła mu przecież mech, dlatego o tym również mogliby dzisiaj porozmawiać. Podłożyła sobie łapę pod podbródek i z zadowoleniem zaczęła go wylizywać, czyszcząc sobie różową poduszeczkę.
Nagle w wejściu zamajaczyło dwukolorowe futerko. Firletkowa Łapa wrócił z treningu! Mysikrólicza Łapa trwała w wybranym przez siebie kąciku, obserwując z zaciekawieniem reakcję brata. Początkowo podszedł do miejsca, w którym ostatnim razem spał, przecież jeszcze tej nocy! Potem zaczął się rozglądać i węszyć. Wreszcie, zmarszczył brwi i ze zmęczeniem spostrzegł swoją zgubę. Chwycił w zęby ściółkę, a następnie przesunął ją z powrotem we właściwe wgłębienie. Żółtooka z podekscytowaniem czekała, aż ją skonfrontuje, ale kocur jedynie odwrócił się do niej tyłem i nakrył łapkami. Bok szylkretki poruszył się nieznacznie. Chciała od niego jakiejś lepszej reakcji, w końcu zawsze się tak zabawnie wykłócali. Tym razem tego niestety nie dostała. Zamierzała poczekać, aż się przebudzi, nie robiąc sobie wiele z tego, że mu dokuczała w ten sposób. Desperacko usiłowała uzyskać od niego reakcję jak za starych czasów. Zamiast tego spotykała się z ciszą, co jej bardzo nie pasowało.
Zamiast brata, pojawiła się przed nią Słonka. Mysikrólik czuła się przy niej mała, siostra w końcu była największa z rodzeństwa. Mimo tego uczucia zadarła łeb wysoko, nie rozumiejąc, czego mogła chcieć od niej niebieska. Czyli jednak nie spała. Może tylko udawała?
— Czemu mu cały czas dokuczasz? Ostatnio ta kulka mchu, a dzisiaj przesuwanie legowiska. Co ci to daje? — zapytała, a jej wibrysy zafalowały. Liliowa odpowiedziała wręcz od razu;
— Zawsze sobie dokuczaliśmy, nie pamiętasz? — miauknęła ze skonfundowaniem, wpatrując się w łaciaty pyszczek siostry. Szarawa pokręciła głową.
— Nie. To ty mu zawsze dokuczałaś, on jedynie próbował jakoś ci się odpłacić, ale nie robiłaś sobie z tego za wiele — uświadomiła jej, parokrotnie przejeżdżając językiem po piersi z zażenowania. — Nie widzisz, że mu się to nie podoba?
Jasna szylkretka zmarszczyła brwi, łapą grzebiąc coś teraz w legowisku.
— Do tej pory nie narzekał, skąd miałam wiedzieć? — zapytała z wyrzutem, chociaż mogła się domyślić, że przecież niebieskiemu to nie służyło. Jednak była w stanie zrobić wiele, żeby tylko jej Firletkowa Łapa wrócił. Tęskniła za bratem. — Zresztą ty i tak rzadko kiedy się z nami bawiłaś — westchnęła.
[2626 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz