Lśniąca Gwiazda przechadzał się po obozowisku w niemal całkowitym milczeniu, stawiając łapy z ostrożnością, która nie wynikała z obawy przed obudzeniem wojowników, lecz raczej z przyzwyczajenia do obserwowania świata bez zdradzania mu własnej obecności. Co jakiś czas zatrzymywał się przy którymś z legowisk, pozwalając spojrzeniu przesunąć się po śpiących sylwetkach, po pyskach częściowo ukrytych pod ogonami i łapami oraz po bokach unoszących się spokojnie wraz z oddechem.
Na pierwszy rzut oka trudno byłoby dostrzec w jego postawie cokolwiek niepokojącego — nawet samotność nie potrafiła odebrać mu tej charakterystycznej, niemal nienaturalnej łagodności, którą tak często obdarzał innych; jego pysk pozostawał spokojny, kroki były miarowe, a spojrzenie nie zdradzało gwałtownych emocji, jak gdyby wszystko, co działo się wokół niego, znajdowało się dokładnie tam, gdzie powinno, i nie istniał żaden powód, aby zakłócać ten porządek niepotrzebnym niepokojem.
Mimo to jego myśli nie pozostawały równie spokojne, choć nawet sam Lśniąca Gwiazda nie nazwałby tego, co czuł, niepokojem. Nie lubił słów sugerujących bezsilność, utratę kontroli lub zależność od wydarzeń, których nie potrafił przewidzieć. Znacznie chętniej określiłby to mianem ciekawości, być może nawet troski o sprawę, która wymagała wyjaśnienia, lecz pod tą łagodną nazwą kryło się coś znacznie chłodniejszego — potrzeba upewnienia się, że żadna zmienna nie wymknęła się spod jego kontroli.
Wciąż powracał myślami do rozmowy ze Wzorzystą Dalią — los Gąsienicowego Ogryzkowa od pewnego czasu powracał w jego myślach niczym uporczywy cień.
Zastanawiał się, czy ten kot wciąż żyje i czy nadal przemierza gdzieś tam gęste, przepełnione gwarem ulice Betonowego Światu czy może dawno temu zniknął pod kołami jednego z metalowych potworów, z łap zamieszkujących tam samotników czy też po prostu z braku jakiegokolwiek pożywienia, gdyż bez wzroku z całą pewnością polować by nie mógł.
Jeżeli jednak Ogryzek nadal żył, jego obecność mogła oznaczać, że pewne sprawy wciąż pozostawały niedomknięte. Co, jeśli ktoś, kto popierał Jaskółkę by go znalazł? Mogłoby to skończyć się dla lidera nieszczególnie ciekawie.
Zanim opuścił obozowisko, poprosił Łunę, aby na nocną wartę wybrała któreś z Jaśniejących Skrzydeł, a kiedy okazało się, że przypadnie ona Skrzydlatej Pogoni, przyjął tę wiadomość z ledwie zauważalnym zadowoleniem. Właśnie temu kotu ufał najbardziej. Skrzydlata Pogoń był przewidywalny, posłuszny i wystarczająco oddany przywódcy, aby nie komplikować prostych poleceń zbędnymi pytaniami. A przewidywalność miała znacznie większą wartość niż uczucia, ponieważ kota, którego można było przewidzieć, można było również odpowiednio pokierować.
Kiedy więc zbliżył się do wyznaczonego wojownika, zwolnił kroku, po czym przez chwilę spojrzał ponad jego ramieniem na pogrążone w śnie obozowisko.
— Gdyby ktoś jeszcze chciał dzisiaj wyjść z obozowiska, będziesz musiał mu tego zakazać, dobrze? — miauknął spokojnie, spoglądając na Skrzydlatą Pogoń z łagodnym, niemal przyjaznym wyrazem pyska, który mógłby sprawić, że polecenie zabrzmiałoby raczej jak uprzejma prośba niż bezdyskusyjny rozkaz.
Wojownik skinął głową bez najmniejszego śladu sprzeciwu, a Lśniąca Gwiazda odpowiedział mu lekkim uśmiechem, który wyglądał niemal szczerze, choć pod jego powierzchnią kryła się satysfakcja wynikająca z prostego faktu, że wszystko układało się zgodnie z przewidywaniami.
— I proszę, zachowaj to, że mnie puściłeś dla siebie — dodał łagodnie, po czym pozostawił łaciatego na warcie i ruszył w stronę wyjścia, nie oglądając się już za siebie.
Gdy przekroczył granicę obozowiska, zimne powietrze natychmiast uderzyło w jego futro, wciskając się pomiędzy włosy i przeszywając skórę ostrym chłodem, który po kilku chwilach zaczął przypominać tysiące drobnych igieł przesuwających się po całym ciele. Śnieg uginał się pod jego łapami, pozostawiając za nim regularny szereg śladów, które przez pewien czas odcinały się wyraźnie od białej powierzchni.
Lśniąca Gwiazda nie spieszył się. Nie miał powodu, aby to robić. Jego spokojny krok pozostawał niemal niezmienny pomimo narastającego chłodu. Wokół panowała cisza, lecz nie była to cisza prawdziwa. Pod jej powierzchnią nieustannie coś się poruszało; gdzieś daleko trzaskała gałąź, śnieg osuwał się z ciężarem z jednej z koron, nocny ptak odezwał się pojedynczym, urwanym głosem, a jeszcze dalej, poza granicą lasu, narastał niski pomruk Drogi Grzmotu. Wszystkie te dźwięki nakładały się na siebie w osobliwą melodię, która sprawiała, że Lśniąca Gwiazda czuł się tak, jakby przemierzał miejsce, w którym każda rzecz posiadała własną świadomość i cierpliwie obserwowała jego ruchy.
Wkrótce pierwsze płatki śniegu zaczęły osiadać na jego pysku, wąsach oraz grzbiecie, a z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej, aż powietrze przed nim wypełniło się białymi drobinami wirującymi w podmuchach wiatru. Świat stawał się przez to coraz mniej wyraźny, drzewa rozmywały się w oddali, ślady na śniegu zacierały, a granica pomiędzy ziemią i niebem powoli znikała, pozostawiając jedynie bladą, ruchomą przestrzeń, przez którą Lśniąca Gwiazda poruszał się niczym samotna sylwetka zagubiona pomiędzy snem a jawą.
Kiedy wreszcie zbliżył się do Drogi Grzmotu, usłyszał jej pomruk, który z każdą chwilą stawał się głośniejszy, cięższy i bardziej złowieszczy, aż ziemia pod jego łapami zaczęła drżeć niemal niedostrzegalnie. Metalowy potwór pojawił się na niej nagle, wyrastając z ciemności wraz z oślepiającym blaskiem świateł, po czym zniknął równie szybko, pozostawiając po sobie jedynie dudnienie, zapach spalin oraz wir śniegu unoszący się przez kilka chwil nad czarną powierzchnią drogi.
Lśniąca Gwiazda zatrzymał się przy krawędzi drogi, obserwując pustą jezdnię, na której nie było teraz niczego poza odbijającym gwiazdy mokrym asfaltem oraz cienką warstwą śniegu. Przez moment jego spojrzenie przesunęło się wzdłuż drogi, a potem wróciło ku ciemnemu krajobrazowi Betonowego Światu, który majaczył gdzieś dalej, ukryty za śniegiem i nocą.
Wiedział, że właśnie tam powinien szukać odpowiedzi, których nie potrafił odnaleźć w obozowisku.
Wiedział również, że im dalej będzie się posuwał, tym więcej rzeczy może zobaczyć, a być może także takich, których nie powinien zobaczyć nikt poza nim.
Mimo to na jego pysku nie pojawiło się nic poza spokojem. Lśniąca Gwiazda nigdy nie pozwalał, aby strach decydował za niego, a jeśli noc rzeczywiście skrywała coś, co mogło zagrozić jego pozycji, zamierzał odnaleźć to, zanim zdążyło wyłonić się z ciemności.
Uniósł wzrok ku gwiazdom, które mimo śnieżycy wciąż prześwitywały wysoko pomiędzy chmurami, i przez dłuższą chwilę patrzył na nie z wyrazem niemal nabożnego skupienia, jak gdyby rzeczywiście szukał w ich zimnym blasku odpowiedzi, a nie jedynie potwierdzenia dla decyzji, którą podjął już wcześniej.
Śnieg zaczął padać coraz gęściej, powoli zasypując jego ślady. Rudy kocur zniknął pomiędzy białymi płatkami, pozostawiając za sobą obóz, którego mieszkańcy spali spokojnie, nieświadomi, że ich przywódca znajdował się tak daleko od nich.
***
Był już wyraźnie zmęczony, kiedy wreszcie dotarł do miasta, a jego ciało, które przez całą drogę zmuszał do posłuszeństwa, zaczynało powoli upominać się o odpoczynek, jak gdyby każda kolejna stawiana łapa wymagała od niego coraz większego wysiłku. Księżyce, które nosił już na swoim karku, w połączeniu z przejmującym mrozem, bezlitośnie wciskającym się pomiędzy warstwy futra, napięte mięśnie oraz zmarznięte opuszki łap, sprawiały, że nawet zwyczajny marsz stawał się uciążliwą wędrówką, której kresu nie potrafił już dostrzec.
Miasto, które z daleka mogło wydawać się jedynie skupiskiem niewyraźnych, ciemnych kształtów, teraz otaczało go ze wszystkich stron, wyrastając ponad jego sylwetką potężnymi ścianami, oknami oraz wysokimi konstrukcjami, których przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. Betonowe budynki ciągnęły się wzdłuż ulic niczym ogromne, martwe drzewa, pozbawione gałęzi i liści, lecz mimo swojej pozornej nieruchomości miasto wcale nie sprawiało wrażenia martwego. Z każdego jego zakamarka dobiegały obce odgłosy — metaliczne trzaski, szuranie, stukanie oraz przeciągłe pomruki maszyn, które sprawiały, że Lśniąca Gwiazda miał wrażenie, iż znalazł się we wnętrzu ogromnego stworzenia, którego serce nieustannie biło gdzieś pod warstwą betonu.
W powietrzu mieszały się zapachy, których nie potrafił już rozdzielić. Woń spalin przeplatała się z aromatem wilgotnego kamienia, śmieci, rdzy, starego jedzenia oraz niezliczonych obcych istot, które pozostawiły po sobie ślady na każdym skrawku tego miejsca. Dla klanowego kota były to zapachy niemal przytłaczające, pozbawione tej przejrzystości, do której przywykł w lesie, gdzie można było wyczuć nadchodzący deszcz, zwierzynę przemieszczającą się wśród paproci czy innego kota przechodzącego przez granicę. Tutaj każda woń nakładała się na następną, tworząc ciężką, duszną mieszaninę, która utrudniała orientację i sprawiała, że nawet własny zapach wydawał mu się niemal obcy.
Dopiero w tamtym momencie zrozumiał, jak bardzo był zmęczony, nie przygotowany do tej wyprawy.
A jednak nie mógł zawrócić.
Sama myśl o ponownym przebyciu Drogi Grzmotu wywoływała w nim nie tyle strach, ile chłodną niechęć wynikającą ze świadomości, jak wiele sił musiałby jeszcze poświęcić, aby móc postawić łapę na terenach swojego klanu. Śnieg przybrał na sile, widoczność była coraz gorsza, a metalowe potwory przemykały po drodze z szybkością, której jego instynkt nie potrafił w pełni zaakceptować, dlatego perspektywa ponownego stawania pomiędzy ich pędzącymi ciałami, kiedy łapy odmawiały mu już niemal posłuszeństwa, wydawała się zwyczajnie nierozsądna.
Zatrzymał się pod osłoną jednego z budynków, gdzie wystający fragment dachu chronił go przynajmniej częściowo przed śniegiem, po czym przysiadł na zimnym podłożu i powoli owinął ogon wokół łap. Czuł, jak mięśnie drżą pod futrem, choć starał się nie zwracać na to uwagi, a oddech stawał się cięższy niż zwykle; przez chwilę przymknął oczy, próbując zebrać myśli, jednak zamiast upragnionego spokoju jego umysł wypełniło nagłe, nieprzyjemne poczucie niepewności.
Rzeczywistość postawiła go przed wyborem, którego nie mógł tak łatwo obejść, ponieważ powrót oznaczałby ryzyko związane z Drogą Grzmotu, natomiast pozostanie w mieście wiązało się z koniecznością znalezienia miejsca, w którym mógłby przetrwać noc. Z pozoru była to niewielka niedogodność, jeden z tych problemów, które następnego dnia można byłoby wspominać z lekkim rozbawieniem, lecz Lśniąca Gwiazda doskonale wiedział, że dla przywódcy klanu nawet najdrobniejszy błąd może nabrać zupełnie innego znaczenia, jeśli tylko odpowiednia liczba kotów zacznie o nim mówić.
Co pomyślą współklanowicze o jego nieobecności?
Pytanie pojawiło się w jego głowie niemal niepostrzeżenie, lecz nie chciało zniknąć, ponieważ natychmiast zaczęło rozgałęziać się na kolejne możliwości. Czy Skrzydlata Pogoń wspomni komuś, że opuścił obóz? Czy Łuna zacznie zastanawiać się, dlaczego Lśniąca Gwiazda uznał nocną wyprawę za ważniejszą od własnego bezpieczeństwa? Czy któryś z wojowników zauważy brak jego śladów o poranku i zacznie zadawać pytania, których nie powinien zadawać?
A przede wszystkim — jak wiele trzeba było powiedzieć, aby ich ciekawość zaspokoić, nie ujawniając przy tym prawdziwego celu jego wyprawy?
Lśniąca Gwiazda spojrzał przed siebie, obserwując, jak płatki śniegu tańczą w żółtawym świetle jednej z miejskich lamp. Zwykle podobne pytania nie wywoływałyby w nim żadnych większych emocji. Nauczył się tak prowadzić rozmowy, aby większość kotów sama dochodziła do wniosków, które były mu wygodne. Jednak obecna sytuacja różniła się od tych, nad którymi miał pełną kontrolę. Nie wiedział, kto pierwszy zauważy jego nieobecność, nie wiedział, jakie domysły mogą narodzić się wśród wojowników i — co najważniejsze — nie mógł przewidzieć, czy ktoś nie postanowi sprawdzić, gdzie właściwie spędził noc.
To właśnie ta niewiadoma zaczynała drażnić go najbardziej.
Nie obawiał się potępienia.
Nie obawiał się nawet gniewu.
Obawiał się utraty kontroli nad opowieścią, która miała zostać przedstawiona jego klanowi.
Przytulił się mocniej do ściany, pozwalając, aby ogon osłonił zmarznięte łapy, i spojrzał w górę, gdzie pomiędzy wysokimi budynkami ledwie widoczne były pojedyncze gwiazdy. Ich światło ginęło niemal całkowicie pośród miejskiej poświaty, a jednak Lśniąca Gwiazda wpatrywał się w nie, jak gdyby to w ich świetle znaleźć mógł jakąkolwiek podpowiedź, pomoc, która pozwoliłaby mu zrozumieć, w jakim kierunku poprowadzi swój los.
W końcu jego powieki zaczęły opadać, a ciężar zmęczenia stopniowo zwyciężał nad czujnością, lecz nawet wtedy w jego umyśle pozostała jedna myśl, której nie potrafił od siebie odsunąć: kiedy wróci do obozu, ponownie przybierze na pysk łagodny uśmiech i spojrzy swoim wojownikom w oczy tak, jak gdyby tej nocy nie wydarzyło się nic, co mogłoby zachwiać porządkiem.
***
Poranek nadszedł ciężko i bezlitośnie, pozbawiony jakiegokolwiek uroku, który mógłby choć częściowo wynagrodzić Lśniącej Gwieździe niewygodną noc spędzoną w obcym, zimnym miejscu. Zamiast łagodnego światła przesączającego się przez korony drzew pojawiła się szarawa poświata, odbijająca się od betonowych ścian i mokrych powierzchni ulic, przez co całe miasto zdawało się jeszcze bardziej wyblakłe oraz martwe niż poprzedniego wieczoru. Śnieg, który przez noc przykrył niemal wszystko cienką warstwą bieli, nie zdołał jednak nadać Betonowemu Światu żadnego piękna, ponieważ pod jego powierzchnią wciąż prześwitywały brudne plamy, ślady opon, ciemne kałuże oraz porozrzucane przedmioty, których przeznaczenia Lśniąca Gwiazda nie potrafił odgadnąć.
Obudził się z uczuciem ciężkości rozlanym po całym ciele, a kiedy spróbował się podnieść, ból mięśni przypomniał mu o nocnej wędrówce znacznie skuteczniej, niż zrobiłby to jakikolwiek dźwięk. Łapy wydawały się sztywne, barki bolały przy każdym ruchu, a kark, na którym przez noc osiadła wilgoć, był nieprzyjemnie spięty. Lider na dłuższą chwilę pozostał pod osłoną betonowego fragmentu, powoli rozprostowując kończyny i próbując przywrócić im dawną sprawność. Nie pozwolił sobie jednak na zbyt długi odpoczynek. Wraz z odzyskiwaniem świadomości powracała do niego świadomość obowiązków, które czekały na niego zarówno tutaj, jak i daleko stąd, w obozowisku.
Najdotkliwszym przypomnieniem o własnej słabości okazał się jednak głód.
Pustka w brzuchu była nieprzyjemna, głęboka i coraz trudniejsza do ignorowania, szczególnie że od poprzedniego dnia nie miał w pysku niczego, co mogłoby dostarczyć mu choć odrobiny energii potrzebnej do dalszej wędrówki. Przez chwilę próbował przekonać samego siebie, że może jeszcze wytrzymać, że pożywienie nie jest przecież najważniejszą rzeczą, skoro znalazł się w Betonowym Świecie z określonym celem, lecz organizm szybko przypomniał mu, że nawet najbardziej rozsądny plan może rozpaść się pod ciężarem zwyczajnego zmęczenia i głodu.
Musiał coś zjeść.
Musiał również znaleźć Ogryzka.
Te dwie potrzeby, choć pozornie zupełnie od siebie niezależne, łączyła jedna rzecz — obie wymagały od niego pozostania w mieście znacznie dłużej, niż początkowo planował.
Przez moment poczuł ukłucie niechęci na samą myśl o tej perspektywie, ponieważ jego część pragnęła już wrócić do obozowiska, wejść pomiędzy znajome drzewa, poczuć pod łapami miękką ziemię zamiast zimnego betonu i zobaczyć twarze kotów, które znał od wielu księżyców. Chciał znaleźć się z powrotem w miejscu, gdzie nie musiał nieustannie analizować każdego obcego zapachu, gdzie mógł poruszać się bez obawy, że kolejny huk maszyny zmusi go do gwałtownego odskoku.
Nie mógł jednak wrócić.
Nie teraz.
Skoro już tutaj przyszedł, nie mógł pozwolić sobie na tak łatwe wycofanie się, szczególnie że oznaczałoby ono powrót z pustymi łapami, bez żadnej wiedzy o Gąsienicowym Ogryzku i bez odpowiedzi na pytania, które doprowadziły go aż tutaj.
Podniósł się więc powoli i przeciągnął, czując, jak napięte mięśnie reagują bólem na każdy większy ruch, po czym ostrożnie postawił łapy na wilgotnym podłożu. Przez chwilę obserwował własny oddech, który w chłodnym powietrzu tworzył przed jego pyskiem niewielkie obłoki, a następnie uniósł głowę i zaczął nasłuchiwać.
Miasto budziło się.
Gdzieś wysoko trzasnęło okno, chwilę później odezwał się silnik, a po drugiej stronie ulicy dwunożni krzyczeli coś do siebie w trudnym do odczytania tonie.
Lśniąca Gwiazda zmrużył oczy.
Musiał przywyknąć do tego hałasu.
Przynajmniej na jakiś czas.
Najpierw pożywienie.
Dopiero potem Ogryzek.
Nie zamierzał szukać go z pustym żołądkiem. Głód mógł osłabić jego czujność, a w obcym miejscu każda nieuwaga mogła skończyć się źle. Ruszył więc przed siebie, kierując się w stronę wąskiej uliczki, z której poprzedniej nocy dochodziły zapachy odpadków i jedzenia. Nie była to szczególnie przyjemna woń, lecz po kilku godzinach głodu przestało mieć dla niego znaczenie, czy pożywienie będzie świeże, czy też będzie musiał zadowolić się czymś, czego normalnie nawet by nie powąchał.
Im dalej szedł, tym bardziej miasto odsłaniało przed nim swoje poranne oblicze.
Wzdłuż ścian ciągnęły się rzędy pojemników, wokół których zalegały porozrzucane resztki, opakowania oraz kawałki jedzenia, których zapach przyciągał ptaki i inne miejskie zwierzęta. Lśniąca Gwiazda zatrzymał się przy jednym z większych pudeł i uniósł głowę, starając się wyłapać spośród wszystkich woni tę, która mogłaby oznaczać coś jadalnego. Przez chwilę wyczuwał wyłącznie plastik i nieokreśloną, kwaśną woń, jednak po kilku oddechach jego nos wychwycił coś bardziej znajomego.
Mięso.
Nie było świeże, lecz nadal nadawało się do jedzenia.
Kocur wsunął łapę pomiędzy wystające przedmioty, ostrożnie odsunął jeden z nich i po chwili wydobył niewielki, częściowo wyschnięty kawałek mięsa. Przez moment przyglądał mu się z wyraźną niechęcią — jego zapach daleki był od tego, do czego przywykł, lecz głód okazał się silniejszy niż obrzydzenie.
Zjadł.
Powoli, niechętnie, uważając na każdy kęs, ponieważ jego żołądek był zbyt pusty, aby pozwolić sobie na łapczywość.
Kiedy skończył, oblizał pysk i przez chwilę siedział w bezruchu, pozwalając, aby ciepło niewielkiego posiłku rozeszło się po organizmie.
Dopiero wtedy mógł zająć się tym, po co naprawdę przybył.
Ogryzkiem.
Przez dłuższą chwilę błądził po uliczkach Betonowego Światu, pozwalając, aby kolejne zaułki, bramy i wąskie przejścia pomiędzy wysokimi budynkami prowadziły go coraz dalej od miejsca, w którym spędził noc, choć początkowo sam nie był pewien, czy rzeczywiście porusza się w odpowiednim kierunku. Miasto miało bowiem własną, trudną do zrozumienia logikę, której nie sposób było porównać do leśnych ścieżek, granic terytoriów czy wydeptanych przez zwierzynę traktów.
Przez ten czas próbował rozmawiać z każdym kotem, którego napotkał, choć z każdą kolejną nieudaną próbą coraz wyraźniej rozumiał, że jego dotychczasowe sposoby postępowania nie przynosiły tutaj najmniejszego skutku. Pierwsza samotniczka, którą dostrzegł pod jednym z betonowych schodów, uciekła natychmiast, gdy tylko Lśniąca Gwiazda zbliżył się na kilka długości ogona, a następny, wychudzony kocur o poszarpanym uchu, odpowiedział na jego uprzejme powitanie krótkim, nieprzyjemnym warknięciem, po czym odwrócił się i zniknął pomiędzy stertą desek a ścianą budynku.
Lśniąca Gwiazda próbował więc inaczej.
Zmniejszał dystans, mówił spokojniej, przybierał na pysk wyraz łagodnego zainteresowania, który przez tak wiele księżyców przynosił mu niemal niezawodne rezultaty w rozmowach z członkami własnego klanu. Nie naciskał, nie podnosił głosu, nie próbował wymuszać odpowiedzi, ponieważ doskonale wiedział, że kot znacznie chętniej mówi wtedy, kiedy wierzy, że sam zdecydował się mówić, a nie wtedy, gdy został do tego zmuszony.
Tutaj jednak nawet ta metoda zawodziła.
Koty Betonowego Światu zdawały się nie ufać samemu faktowi, że ktoś chce z nimi rozmawiać.
Ich oczy pozostawały czujne, ciała napięte, a uszy niemal nieustannie kontrolowały otoczenie, jak gdyby każde spotkanie mogło w ciągu kilku uderzeń serca przemienić się w walkę o życie. Nie interesowały ich jego spokojne słowa, łagodny ton ani cierpliwość, którą zwykle uznawano za jedną z jego największych zalet; przeciwnie, wszystko to zdawało się czynić go jeszcze bardziej podejrzanym. W świecie, w którym przeżycie zależało od tego, czy potrafiło się dostrzec niebezpieczeństwo, zanim ono samo zdążyło się ujawnić, przesadna uprzejmość mogła równie dobrze oznaczać ukrytą pułapkę.
Powoli zaczynał rozumieć, że znalazł się w miejscu, gdzie jego reputacja nie miała żadnej wartości.
Nikt tutaj nie wiedział, kim był.
Nikt nie znał jego imienia.
Nikt nie słyszał jego przemówień o Kodeksie Wojownika, o przodkach ani o świętym obowiązku każdego kota wobec własnego klanu, a słowa, które w obozowisku potrafiły nadać mu niemal królewskiego autorytetu, tutaj były jedynie dźwiękami wydobywającymi się z pyska obcego kota.
Ta świadomość zaczynała drażnić go bardziej, niż chciał przed sobą przyznać.
Nie okazywał tego jednak.
Jego krok pozostawał spokojny, spojrzenie łagodne, a głos, kiedy próbował jeszcze raz zagadnąć któregoś z przechodzących samotników, zachowywał tę samą miękką barwę, którą tak często posługiwał się w rozmowach z własnymi wojownikami. Tyle że pod powierzchnią tego opanowania pojawiało się coś chłodniejszego. Lśniąca Gwiazda zaczynał stopniowo dochodzić do wniosku, że jeżeli nie potrafi zdobyć informacji za pomocą uprzejmości, będzie musiał znaleźć inny sposób.
Nie lubił, kiedy ktoś odbierał mu możliwość wyboru.
Po pewnym czasie nawet jego cierpliwość zaczęła jednak słabnąć, choć nie objawiło się to ani gniewem, ani gwałtownością, lecz jedynie coraz bardziej wyraźnym poczuciem bezcelowości. Każda kolejna próba kończyła się tak samo, a pytanie o białego kota z niebieskimi, nakrapianymi plamami nie przynosiło niczego poza nieufnymi spojrzeniami, burczeniem pod nosem lub natychmiastową ucieczką.
Zaczynał się poddawać.
Nie dlatego, że przestało mu zależeć na odnalezieniu Ogryzka, lecz dlatego, że rozsądek podpowiadał mu, iż dalsze krążenie po mieście bez żadnego punktu zaczepienia może jedynie zwiększyć prawdopodobieństwo, że ktoś zacznie zwracać na niego zbyt dużą uwagę. Był zmęczony, jego łapy nadal bolały po nocnej wędrówce, a zdobyte rano pożywienie zaspokoiło jedynie najgorszy głód, nie przywracając mu jednak pełni sił.
Być może powinien wrócić.
Ta myśl pojawiła się niechętnie, lecz z każdą chwilą nabierała coraz większej wyrazistości.
Skoro nie znalazł żadnego śladu Ogryzka, dalsze poszukiwania mogły być pozbawione sensu.
Skoro miasto nie chciało zdradzić mu swoich sekretów, być może należało zaakceptować porażkę i spróbować ponownie innym razem.
Po raz ostatni zbliżył się do kota siedzącego przy wejściu do wąskiej alejki, postanawiając zadać jeszcze jedno, ostatnie pytanie.
— Wybacz, że przeszkadzam — odezwał się łagodnie, zatrzymując się w bezpiecznej odległości. — Szukam pewnego kota, który niegdyś przebywał w tych okolicach. Jestem przekonany, że ktoś taki jak ty mógłby—
Nie dokończył.
Kot poderwał się gwałtownie, syknął i przemknął obok niego, znikając za rogiem tak szybko, że Lśniąca Gwiazda nawet nie zdążył odpowiednio zareagować. Przez chwilę patrzył za nim w milczeniu, a potem wypuścił powoli powietrze przez nos, próbując zachować spokój.
Wyglądało na to, że naprawdę powinien wracać.
Odwrócił się więc w stronę wyjścia z alejki, lecz zaledwie zrobił kilka kroków, kiedy zauważył, że droga przed nim nie jest już wolna.
Z przeciwległego końca przejścia wyszły trzy koty.
Jeden był masywnym, ciemnym kocurem o szerokich barkach, którego spojrzenie natychmiast zatrzymało się na Lśniącej Gwieździe z mieszaniną rozbawienia i podejrzliwości. Towarzyszyły mu dwa młodsze osobniki, znacznie drobniejsze, lecz poruszające się w sposób sugerujący, że nie były tutaj przypadkiem. Rozeszły się lekko na boki, zajmując większą część alejki, przez co nawet gdyby Lśniąca Gwiazda chciał ich ominąć, musiałby przejść bardzo blisko któregoś z nich.
Rudzielec zatrzymał się spokojnie.
Nie cofnął się.
Nie nastroszył futra.
Nie wysunął pazurów.
Jedynie uniósł głowę, obserwując ich z tym samym opanowaniem, które mogło sprawiać wrażenie niemal uprzejmego zaciekawienia.
— Co to za dziwadło? — mruknął jeden z młodszych, zbliżając się o kilka kroków.
Lśniąca Gwiazda nie odpowiedział natychmiast. Bardziej niż sama obelga interesowało go zachowanie kotów. Byli ostrożni, ale nie przestraszeni; obserwowali go uważnie, a ich ciała pozostawały napięte, jak gdyby czekali tylko na jeden niewłaściwy ruch, który usprawiedliwiłby użycie pazurów.
— Dzień dobry — odezwał się w końcu spokojnie, jak gdyby znalazł się w zupełnie zwyczajnej rozmowie. — Szukam informacji o pewnym kocie, który może być wam znany.
Największy z nich prychnął, a jego spojrzenie przesunęło się po Lśniącej Gwieździe od uszu aż po łapy.
— Taki grzeczny — mruknął z ironią. — A czego właściwie szukasz?
Lśniąca Gwiazda przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, po czym odpowiedział:
— Białego kota z niebieskimi, nakrapianymi plamami. Jest ślepy i ma blizny na oczach.
Tym razem żaden z nich nie roześmiał się od razu.
Na kilka uderzeń serca pomiędzy kotami zapadła cisza, która była znacznie bardziej wymowna niż wszystkie dotychczasowe odpowiedzi, jakie otrzymał tego dnia.
Nie otrzymał odpowiedzi.
Zamiast tego jeden z młodszych kotów przechylił głowę, przyglądając mu się z rosnącym zainteresowaniem.
— A ty co? Zgubiłeś obróżkę, pieszczoszku? — zapytał w końcu, a w jego głosie pojawiła się kpina. — Nie powinieneś szwendać się po takich miejscach.
Drugi kot parsknął śmiechem, a po chwili dołączył do niego również trzeci.
Lśniąca Gwiazda pozwolił im się śmiać.
Nie widział powodu, aby przerywać.
Każda chwila, w której oni byli przekonani, że mają nad nim przewagę, była chwilą, w której mogli powiedzieć coś więcej, niż powiedzieliby kotu, którego uznaliby za zagrożenie.
— Pieszczoch? — powtórzył jeden z nich, mrużąc oczy. — I taki zaniedbany?
Przysunął pysk nieco bliżej, wciągając powietrze.
— Choć faktycznie, nie pachnie typowym samotnikiem.
Tym razem Lśniąca Gwiazda zrozumiał, że rozmowa przybrała nieco inny obrót.
Nie chodziło już wyłącznie o wyśmiewanie jego wyglądu.
Próbowali ustalić, kim był.
Skąd przybył.
Dlaczego jego zapach różnił się od ich własnego.
Lśniąca Gwiazda pozwolił sobie na delikatny uśmiech.
— To bardzo trafna obserwacja — odpowiedział spokojnie, nie zdradzając najmniejszego śladu urazy. — Rzeczywiście nie jestem samotnikiem.
— Więc kim jesteś? — zapytał największy z kotów, tym razem znacznie poważniej.
Lśniąca Gwiazda przez moment milczał, ponieważ właśnie tutaj pojawiła się możliwość, na którą czekał.
Mógł skłamać.
Mógł powiedzieć, że jest samotnikiem, który przypadkiem zabłądził.
Mógł przedstawić się jako zwykły włóczęga poszukujący dawnego znajomego.
Mógł również powiedzieć prawdę.
Tyle że prawda, odpowiednio podana, nie zawsze była tym samym co szczerość.
— Jestem kotem, który przybył z daleka — odpowiedział w końcu, dobierając słowa z ostrożnością, jak gdyby każde z nich było kamieniem, który należało położyć we właściwym miejscu, aby nie zachwiać całej konstrukcji rozmowy. — Szukam kogoś, komu jestem winien pewne wyjaśnienie, a ponieważ słyszałem, że może tu przebywać, pomyślałem, że warto zapytać tych, którzy znają tutejsze ulice lepiej ode mnie.
Największy z kocurów zmrużył oczy. Przez kilka uderzeń serca trwał w milczeniu, jak gdyby próbował znaleźć w słowach Lśniącej Gwiazdy coś, co pozwoliłoby mu zrozumieć, z jakiego rodzaju kotem właściwie miał do czynienia, po czym poruszył lekko wąsem.
— Ładnie gadasz.
Lśniąca Gwiazda odpowiedział mu łagodnym uśmiechem, choć pod jego spokojnym wyrazem pyska zaczynała kiełkować coraz bardziej nieprzyjemna świadomość, że rozmowa wymyka się spod kontroli.
— Staram się być uprzejmy.
Najmniejszy z trójki, który dotychczas pozostawał nieco z tyłu, nagle roześmiał się głośno, a jego śmiech odbił się od betonowych ścian alejki i powrócił do nich przytłumionym echem. Kocur był młodszy od pozostałych, miał chude ciało, po którym przechodziło kilka blizn i nieproporcjonalnie długie łapy, przez co sprawiał wrażenie niemal niezdarnego, lecz w jego spojrzeniu nie było niczego, co można byłoby uznać za niewinne.
— Podoba mi się — parsknął. — Mógłbym go trzymać na sznurku i kazać mu trajkotać, kiedy będzie mi się nudzić.
Dwaj pozostali roześmiali się pod nosem.
Lśniąca Gwiazda jedynie westchnął.
Nie był to teatralny gest mający wzbudzić współczucie ani demonstracyjne okazanie irytacji, lecz ciche wypuszczenie powietrza przez nos, któremu towarzyszyło krótkie przymknięcie oczu. Przez moment pozwolił sobie nawet na opuszczenie głowy, jak gdyby słowa kocura rzeczywiście go znużyły, choć w rzeczywistości jego umysł pracował znacznie szybciej niż mogłoby się wydawać.
Był osaczony.
Dopiero teraz, kiedy rozmowa zaczęła przechodzić w coś znacznie bardziej niebezpiecznego, pozwolił sobie dokładniej ocenić otoczenie, które wcześniej traktował jedynie jako kolejną z miejskich uliczek. Po jednej stronie wznosiła się wysoka, niemal pozbawiona okien ściana, zimna i wilgotna od nocnego śniegu, po drugiej natomiast znajdowały się drewniane skrzynie, kilka połamanych desek oraz stos zniszczonych przedmiotów, którymi można było łatwo zahaczyć łapą podczas próby ucieczki. Alejka była wąska, zdecydowanie zbyt wąska, aby mógł swobodnie ominąć całą trójkę, a wyjście, przez które przed chwilą chciał opuścić to miejsce, znajdowało się dokładnie za ich plecami.
Co gorsza, doskonale wiedział, że w bezpośrednim starciu nie miałby większych szans.
Przewaga trzech kotów nad jednym była czymś, czego nie dało się zignorować nawet przy najlepszych umiejętnościach. Jeden przeciwnik mógł zostać zaskoczony, drugi mógł zostać powstrzymany, lecz trzeci zawsze znalazłby moment, w którym mógłby zaatakować od boku, a walka w tak ciasnym przejściu pozbawiłaby go możliwości wykorzystania przestrzeni.
— Czy macie jakieś informacje na temat kota, którego wam wcześniej opisałem? — zapytał spokojnie, unosząc ponownie głowę.
Największy kocur prychnął, a jego ogon przesunął się leniwie po ziemi.
— A co? Tak bardzo chcesz wiedzieć?
— Chciałbym.
— Może mamy.
Kocur zrobił krótką pauzę, obserwując jego reakcję.
— Może nie.
Lśniąca Gwiazda skinął powoli głową, jak gdyby przyjmował tę odpowiedź bez najmniejszego rozczarowania, choć wewnętrznie zaczął już rozważać kolejne możliwości. Mogli jedynie udawać… choć równie dobrze mogli wiedzieć dokładnie, kogo szukał i celowo przeciągać rozmowę, aby sprawdzić, jak długo uda im się utrzymać nad nim przewagę.
Każda z tych możliwości prowadziła jednak do tego samego wniosku.
Musiał zachować spokój.
— Rozumiem — odpowiedział miękko. — Czy skoro nie zamierzacie mi w żaden sposób pomóc, moglibyście pozwolić mi odejść? Mam problemy, które wymagają rozwiązania, a sądzę, że wszyscy skorzystamy na tym, jeśli każdy z nas będzie mógł wrócić do własnych spraw.
Przez chwilę panowała cisza.
Najmniejszy z kotów przechylił głowę, a potem parsknął śmiechem.
— Oo.
Jego oczy rozbłysły rozbawieniem.
— I teraz tchórzy.
Największy kocur uśmiechnął się szeroko, odsłaniając fragment pożółkłych zębów.
— Dobre.
— Dawajcie — rzucił najmniejszy, a jego głos zabrzmiał znacznie ostrzej niż wcześniej. — Pokażmy temu mięczakowi, że tak szybko nie pozwolimy mu odejść.
Lśniąca Gwiazda poczuł, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż jego kręgosłupa.
Nie strach.
Jeszcze nie.
Była to raczej ta szczególna chwila, w której umysł przestaje traktować sytuację jako rozmowę, a zaczyna postrzegać ją jako zagrożenie wymagające natychmiastowego rozwiązania.
Trójka kotów ruszyła w jego stronę.
Powoli.
Bez pośpiechu.
Ich łapy cicho przesuwały się po wilgotnym podłożu, a pazury największego z nich wysunęły się nieznacznie, zgrzytając o beton przy każdym kolejnym kroku. Średni kocur szedł nieco bardziej z boku, jak gdyby już teraz próbował odciąć Lśniącej Gwieździe możliwość przemknięcia obok, podczas gdy trzeci pozostał kilka długości ogona za nimi, obserwując całą sytuację z tym samym niezdrowym zainteresowaniem, które wcześniej towarzyszyło jego śmiechowi.
Lśniąca Gwiazda cofnął się o krok.
Potem o następny.
Nie spuszczał z nich wzroku, a jego ogon pozostał nisko opuszczony, choć mięśnie pod futrem napięły się niemal niezauważalnie.
Jego spojrzenie przesunęło się jeszcze raz po alejce, tym razem znacznie dokładniej, aż zatrzymało się na niewielkiej szczelinie pomiędzy dwoma budynkami, częściowo zasłoniętej przez przewróconą skrzynię. Nie była szeroka, lecz być może wystarczająco szeroka, aby przecisnął się przez nią kot jego rozmiarów.
Problem polegał na tym, że znajdowała się za dwoma napastnikami.
Pozostawała mu więc wyłącznie przestrzeń, odpowiedni moment i cierpliwość.
Ta ostatnia była czymś, czego nigdy mu nie brakowało.
Największy kocur zatrzymał się kilka kroków przed nim.
— No i co teraz, pieszczoszku?
Lśniąca Gwiazda spojrzał mu prosto w oczy.
W jego pysku wciąż nie było gniewu, choć pod spokojnym spojrzeniem kryło się coś znacznie chłodniejszego niż zwykłe zdenerwowanie. Przez krótką chwilę wyglądał niemal tak, jakby rzeczywiście był przestraszonym, zmęczonym kotem, który popełnił błąd, zapuszczając się samotnie w obcą część miasta.
To wrażenie było mu nawet na łapę.
— Sądzę — odpowiedział cicho — że wciąż możemy zakończyć tę rozmowę bez niepotrzebnej przemocy.
Najmniejszy prychnął.
— Hej, a może sprawdźmy, jak długo będzie taki uprzejmy, kiedy przestanie mieć powód?
Lśniąca Gwiazda nie odpowiedział.
Zamiast tego jeszcze raz spojrzał na ich łapy, odległości między nimi oraz wszystkie przeszkody znajdujące się w alejce. Wiedział już, że pierwsze uderzenie nie będzie miało znaczenia dla samego wyniku walki; znaczenie będzie miał moment, w którym przeciwnicy uwierzą, że mają go dokładnie tam, gdzie chcieli.
I właśnie dlatego nie zamierzał pozwolić, aby strach przejął kontrolę nad jego ciałem.
Przeciwnie.
Im bardziej tamci byli pewni swojej przewagi, tym większą przewagę zyskiwał on.
Bo choć oni widzieli przed sobą jednego zmęczonego, samotnego kota, który najwyraźniej żałował swojej wyprawy, Lśniąca Gwiazda widział trzy różne problemy, trzy różne temperamenty i trzy różne sposoby, na jakie każdy z nich mógł zostać wykorzystany.
Największy z kocurów zrobił jeszcze jeden krok, a jego pazury wysunęły się nieznacznie, zgrzytając o wilgotny beton.
Lśniąca Gwiazda trwał w bezruchu, nie spuszczając wzroku z największego kocura, choć kątem oka obserwował jego dwóch towarzyszów, starając się zapamiętać ich położenie oraz sposób, w jaki się poruszali. Najmniejszy był wyraźnie podekscytowany możliwością bójki, drugi pozostawał bardziej powściągliwy, natomiast przywódca całej trójki sprawiał wrażenie zbyt pewnego siebie, jak gdyby już dawno uznał, że jego przeciwnik nie ma żadnej drogi ucieczki.
To właśnie tę pewność Lśniąca Gwiazda postanowił wykorzystać.
— Nie chciałbym sprawić wam kłopotu — powiedział spokojnie, a jego głos był tak łagodny, że niemal ginął pośród odległego warkotu pojazdów. — Jeżeli jednak rzeczywiście nie zamierzacie pozwolić mi odejść, obawiam się, że będę zmuszony się bronić, czego chciałbym uniknąć.
Najmniejszy roześmiał się tylko pod nosem.
Nie mógł ich pokonać.
Nie tutaj.
Nie w ten sposób.
— Naprawdę nie ma potrzeby tego robić — powiedział jeszcze raz, cofając się o krok. — Mogę po prostu odejść i więcej nie będziemy sobie przeszkadzać.
Największy kocur prychnął i ruszył gwałtownie w jego stronę.
Lśniąca Gwiazda odczekał niemal do ostatniej chwili.
Dopiero kiedy pazury przecięły powietrze tuż przed jego pyskiem, uskoczył w bok, pozwalając, aby przeciwnik stracił równowagę na wilgotnym podłożu. Nie próbował go zaatakować, ponieważ jego celem od początku nie była walka, lecz wyrwanie się z pułapki, a każda chwila spędzona na wymianie ciosów działała na jego niekorzyść.
Najmniejszy kot rzucił się w jego stronę, próbując odciąć mu drogę, jednak Lśniąca Gwiazda obrócił ciało i przemknął pod wyciągniętą łapą, czując, jak pazury zahaczają o futro na jego barku. Poczuł krótkie, ostre pieczenie, lecz nie zatrzymał się ani na moment, wykorzystując chwilowe zamieszanie, aby przedostać się za ich plecy.
Usłyszał za sobą wściekłe syczenie.
Nie obejrzał się.
Wybiegł z alejki, skręcił za najbliższy budynek. Serce biło mu mocno, oddech stał się cięższy, a mięśnie, już wcześniej zmęczone nocną wędrówką, drżały pod wpływem wysiłku, lecz poza płytkim zadrapaniem na barku nic poważniejszego mu się nie stało.
Być może trójka kotów zamierzała go ścigać.
Nie zwalniał więc, pomimo narastającego bólu.
Nie miał pojęcia, dokąd właściwie zmierzał, i właśnie to było w całej sytuacji najbardziej niepokojące. Uciekał przed czymś, czego nawet nie potrafił zobaczyć, jednocześnie zagłębiając się coraz dalej w miejsce, którego nie znał. Co pewien czas oglądał się przez ramię, próbując dostrzec znajome sylwetki pomiędzy budynkami, lecz zamiast nich widział jedynie kolejne ulice, przechodzących Dwunogów i śnieg osiadający na wszystkim, czego dotknął.
Jego myśli zaczynały się plątać.
Nie wiedział już, gdzie nawet był.
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz