Obóz był oczywistym sercem całego “Owocowego Lasu” czy czegokolwiek, czym nazywała się ta właśnie społeczność. W istocie ważnym było tylko, iż z każdej strony w pysk wykrzykiwane było Odecie to rodzinne ciepło. Co prawda spotkała się z paroma nieprzychylnymi spojrzeniami, ale nie pozwoliła im zaprzątać jej głowy podczas stanu takiej ekstazy. Była ona złudna – rzecz jasna – niemniej wszechobecna. Pozostawała piękna. Spotkanie ze światem po takim czasie było niezwykłe; oczekiwane już od długiego czasu. Jednak nie była w stanie wymarzyć sobie tego w tak szczególny sposób. Nigdy nie mogłaby sobie wymyślić czegoś na podobieństwo tego, czego miała szczęście doświadczyć przez niefortunny zbieg zdarzeń.
Najłatwiejszym sposobem na tłamszenie budzących się do życia emocji związanych z okolicznościami zajścia, było zajmowanie się czymś innym. Łzy spłynęły po jej policzkach słonymi strumieniami, a teraz kroczyła już przed siebie z suchym pyszczkiem. W tym przypadku pomogło jej oddanie się nowemu miejscu całą sobą. Przyprowadzenie przez Wronę okazało się dopiero startem nowości, jakie miały ją dzisiaj spotkać. Szybko zrozumiała, jak inaczej wyobrażała sobie opowieści o grupach kotów z lasu. Oglądając się dookoła, nie wiedziała, na czym zatrzymać wzrok. Wszystko było o wiele bardziej intrygujące. Pomyślała o opowiedzeniu o tym swojej mamie, natomiast myśl umarła szybko.
Wrona, pewnie z uprzejmości albo poczucia potrzeby, zaprowadziła swoją chwilową podopieczną do potrzebnego miejsca. Potem sytuacja została objaśniona. Ona natomiast spotkała się z potrzebą szybkiego wyjaśnienia zaistniałych realiów. Słowa z trudem przechodziły jej przez gardło, jeszcze świeże i raniące. Niechęć pomogła jej szybko uwinąć się z wytłumaczeniem. Wtedy to ona dostała nieco potrzebnej wiedzy powszechnej. Niby nie był to prosty Klan, chociaż łączył z nim różne cechy. Różnorodne rangi kotów, hierarchia, względem której postępowali, zasady… skłamałaby, mówiąc, że była pieszczoszka zrozumiała co było do niej powiedziane. Zyskała wyłącznie podstawową wiedzę, dzięki której nie wyszłaby na zupełnie niedoinformowanego głupka, udającego się do środka domu innych, którzy są dla niego zupełnie obcy. No, lecz może jest w tym więcej prawdy, niż chciałaby przyznać… w końcu podążyła za dymną bez pytań.
Teoretycznie ferajna miała być dużą rodziną, nawet jeśli każdy był inny, niekoniecznie podobny do siebie, jak było to w Klanach. Tak przynajmniej wytłumaczyła to sobie przybyła. Dlatego też starała się strząsnąć z siebie stres, chowając się między owocowymi drzewkami. Tak czy inaczej, widząc tyle różnych pysków, straciła głowę do zamartwiania się. Nie miała wystarczająco czasu na zagadanie, chociaż bardzo tego chciała. Została popędzona prosto do lidera o śmiesznie brzmiącym imieniu, którego za żadne skarby tego świata nie mogła przywołać później. Natomiast zaraz po tym została zawołana także szamanka, której nazwę zapamiętała dokładnie. Najwyższy z grupy i Purchawka – siedzieli ramię w ramię, przyglądając się nowej mordce oraz wymieniając okazjonalne spojrzenie porozumiewawcze.
— Przybyłaś tu z daleka. — Próba była podjęta przez kocura, aczkolwiek zakończyła się fiaskiem. Nikt nie potrafił podjąć rozmowy. Wrona zniknęła gdzieś z tyłu. Pozostawiona samej sobie Odeta czuła niezręczność narastającą w powietrzu. Tamci chyba widzieli jej załzawione oczy i nieułożone futro, którego nie miała jeszcze szansy wyczyścić z wszelkich brudów po spędzeniu takiego czasu w niezasiedlonym lesie, gdyż litość rosła w ich rysach. Tutaj wszystko wyglądało czysto, podczas gdy ona siedziała samotna i wyjątkowo szpetna... Starała się nadrobić miłym uśmiechem, lecz nie trafiła w punkt. Obydwoje dalej trwali w takim dziwnym stanie milczenia, nie do odczytania dla zdezorientowanego gościa.
Jakaś rada została zwołana… chyba? Mało było mówione do niej wprost, a jedynie słuchała wymiany krótkich, niepełnych pomruków. Dany był jej przynajmniej czas, aby odrobinę poprawić swoją aparycję. Została pozostawiona na skraju Polany, zaraz przy miejscu spoczynku lidera. Tam oddała się higienie, pomimo korcącego obozu otwierającego się przed nią. Nie myślcie, że jest taka mądra, iż sama zdecydowała się na taki ruch. Zostało jej to polecone, a ona nie chciała sprzeciwiać się pierwszego dnia. Wówczas zaczęła ze zrezygnowaniem i dopadającym ją zmęczeniem wylizywać okropnie smakujące ziemią okrycie, razem z wyjmowaniem pojedynczych gałęzi czy listków. Przynajmniej rozgrzała się przy tym! Inaczej mogłoby być ciężko przesiedzieć spory szmat czasu w jednym miejscu z zapadającym dookoła chłodem.
Zastanawiała się po raz któryś z kolei czy przypadkiem nie zamieniła się w cień. Koty mijały ją bez większych spojrzeń, im więcej czasu mijało. Życie trwało w swoim tempie naokoło zupełnie niewzruszone czymkolwiek. Ona tylko liźnięcie po liźnięciu usuwała zabrudzenia pomiędzy lśniącymi kolorami i wilgocią drzew. Niby coś słodkiego unosiło się w powietrzu, ale to jakiś taki nieprzyjemnie zmieszany ze zgnilizną aromat. Liście jaśniały wszelkimi odcieniami lub spadaniem doprowadzały do opustoszenia gałązek drzew. To byłoby przyjemne do oglądania, gdyby nie to, że od tych wszystkich barw kręciło jej się w głowie. Jejusiu!
Jej pojęcie o zgrupowaniu nie było pełne; nowa w gronie urodzonych na tutejszych ziemiach. Nie wiedziała, czy ma się czuć przyjęta, czy odrzucona. Na pewno nie pozwoliła sobie na za długie myślenie na ten temat. Gdy tylko zobaczyła łapę wyłaniającą się z miejsca, gdzie zniknęli jej sędziowie, poderwała się momentalnie. Ruch umniejszał przemyśleniom. W pół umyta sierść nie miała najmniejszego znaczenia. Gdy tamci kroczyli powoli, ona truchtem podbiegła do gromadki. Trzeba jej przyznać pochwałę – ugryzła się w język, zanim odezwała się jako pierwsza. Zdecydowanie odpowiedzialniejszym było czekanie w milczeniu, choć rwała się do gadania. Takie czekanie to była nowo nabyta dla niej umiejętność.
— Nie musisz się martwić — rzuciła Purchawka na widok zdesperowanej miny Odety. Ona poczuła sympatię i wdzięczność do niej, lecz wzrok miała utkwiony w ostatecznym decyzyjnym, a chociaż takowym w logice zapadania wyborów kotki. Kocur trzymał głowę wysoko i prosto, nie patrząc jej do końca w oczy. Przesunęła się wprost przed niego z chęcią złapania konkretnego kontaktu wzrokowego, mimo tego nie było jej to dane. Ich ślepia mijały się znacząco.
— Przygotuj się na zebranie — powiedział Czereśnia neutralnie. Nie był niemiły, kiwając głową na odchodne, jednak liliowa poczuła niedosyt czegoś w wypowiedzianych przez niego słowach. Stała w miejscu dłużej niż zamierzała, aby nie zacząć przygody w nowym środowisku uznana za histeryczkę. Musiała przyznać, że bez mamy trudniej było jej odnaleźć się w swoich uczuciach. Musiała sama radzić sobie ze wszystkim, co w niej siedziało, co nie było przyjemne.
_______________
Cienie zaczynały być przerażająco długie, kiedy na najniższej gałęzi topoli pojawił się przewodniczący Owocowym Lasem. Odeta spożytkowała czas pomiędzy odejściem a ponownym spotkaniem na dokończenie higieny, jednak drzemka sama porwała ją w uścisk. Otwierając oczy, już słyszała roznoszący się echem po obozie okrzyk wcześniej wspomnianego.
— Proszę o zwrócenie się do mnie wszystkich obecnych! — padło z jego pyska. Młodzina pierwszy raz była świadkiem takiego widowiska wypełniania się polany kotami z odleglejszych miejsc obozu. Zaparło jej to dech w piersi. Różne umaszczenia nie zlewały się ze sobą, a mieniły się względem siebie. Kociaki opuściły żłobek, uczniowie wychylili się z legowisk, a nawet najstarsi z grupy udali się kawałek przed pieniek. Wszystko przez wezwanie pojedynczego kota. Na co dzień można przywyknąć do takich rzeczy, ale takie nowe spojrzenie na podobną scenę wprost ujmuje. Ówczesne towarzystwo jedynie siebie nasila to jeszcze bardziej.
— Odeto, wystąp. — Wywołanie jej imienia niby było już wcześniej zapowiedziane, a w tej chwili sprawiło, iż wyszczerzyła oczy. Drżała na całym ciele, postępując do przodu zgodnie z poleceniem. Pomimo zbliżenia się, wciąż stała wyraźnie za daleko, była jednak na tyle oniemiała, że nawet o tym nie pomyślała. Zamiast tego zadarła głowę i nastawiła uszu, aby na pewno usłyszeć wszystko. Mruczała pod nosem z ogromnej dumy, chociaż przystawiła do pyska ogon, starając się uciszyć nieco przesadne brzmienie.
— Razem z radnymi zdecydowaliśmy się na danie ci szansy w naszej leśnej społeczności — kontynuował kocur, jego głos rozbrzmiewał dumnie i porywał adresatkę. Nie istniało nic poza nią, a wypowiadanymi słowami. Żadnej przykrej przeszłości ani strat, tylko otwierające się możliwości. — Od dzisiaj będziesz szkoliła się na wojowniczkę pod okiem Całunki. — wraz z tymi słowami, z prawej strony drgnęła jakaś ciemna postać. Najważniejszy pozostawał lider.
— Czy przysięgasz dołożyć wszelkich starań, aby wdrożyć się w tutejsze życie? — zapytał poważnie. Byłej pieszczoszce zabrało słów! Powoli opuściła ogon sprzed pyska, czując na sobie spojrzenia innych.
Miała poczucie wyróżnienia, jednak do jej oczu napłynęły łzy. Mrugała szybko, żeby je przegonić, aczkolwiek były tam bez dwóch zdań. Co to za uczucie ściskające jej serce? Czy tak właśnie odczuwa się nostalgię za tym, co było? Czy to może żałoba? Mogły być to równie i dobrze obydwa razem albo coś zupełnie innego. Nie miała miejsca na takie rozważania teraz. Cisza trwała już o parę uderzeń serca za długo, by być normalną. Finalnie wydusiła:
— Przysięgam.
[1365 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz