Końcówka Pory Opadających Liści, przed śmiercią Cisowego Tchnienia
Tymi wyjątkami byli jego bracia, Kalinowy Powiew, do której wciąż wzdychał… oraz przybrany ojciec, Roztargniony Koperek. Przy tych kotach Chudy zachowywał się tak jak zawsze, rzucał kiepskie żarty, kąśliwe uwagi, paplał o innych kotach oraz oczywiście ziołach. Opowiadał o swoich eksperymentach, które z każdym księżycem przybierały coraz to bardziej różną formę.
Pewnego dnia, gdy kończył kubraczek i ignorował wszystko dookoła, usłyszał głos. Znajomy, nieco taki… zły?
— Ej, młody. Synu… — zaczął Koperek powoli, nieco gniewnym tonem.
Chudy natychmiast podniósł uszy. Dawno nie słyszał tej tonacji u głównego medyka.
— Możesz mi właściwie powiedzieć, co ty tworzysz? I gdzie się podziały pokrzywy? I lawenda? To Twoja sprawka, prawda? — zapytało, przesuwając łapą po swoim pysku.
Chudy poczuł jak zalewa go zimny pot. Odłożył nerwowo swoją robótkę, która swoją drogą wyglądała imponująco, by przerażony spojrzeć na Roztargniony Koperek. Czy tak wyglądało posiadanie ojca?
— Ja, em… uhhh — wydukał, jakby został przyłapany na gorącym uczynku (chociaż zapewne tak było).
— Czy Ty aby na pewno jesteś zdrowy na umyśle? — dopytało zrezygnowanym tonem.
Chudy zaśmiał się nerwowo, wzrokiem uciekając w bok. Spuścił uszy i czekał na dalszy ciąg ochrzanu, który… nie nadszedł. Zamiast tego, gdy podniósł spojrzenie, dostrzegł jeno z zawiedzionym wyrazem pyska. Chudy poczuł okropne ukłucie w sercu, na duszy. Wziął wdech i posłał kotu głupkowaty uśmieszek, tak dla niego typowy.
— Heheheh… — mruknął. — Dla niektórych pewnie nie, ale! Koperku, zobacz, co zrobiłem!
Podniósł swoje ukończone dzieło. Duży, posklejany żywicą kawałek mchu, a w niego powtykane były różnokolorowe pióra ptaków takich jak wróble, kawki, dzięcioły czy sroki. Wszystkie, jakie znalazł, zbierał pieczołowicie przez ostatnie wschody słońca, tak jak zbierał mech z głębin lasu, gdy chodził po zioła.
— S-Słuchaj tego! Ta pokrzywa nie poszła na marne! — zaczął się tłumaczyć, widząc zwątpienie na pysku medyka. — Widzisz moją sierść? Jak odstaje? ODSTAJE, KUMASZ? Nigdy nie miałem jeszcze takiej długiej! I nawet skóra mniej mnie piecze odkąd robię maści z pokrzywy! Dodaję też trochę skrzypu! A lawenda ładnie pachnie i czasem próbowałem też ją dodawać, ale nie widziałem za bardzo efektów…
Po wywodzie podsunął kotu swój kubraczek, niemal wkładając mu go na głowę, by następnie samemu go założyć. Obkręcił się wokół własnej osi, prezentując wspaniałość swojego nowego wynalazku.
— Teraz nie będę już marznąć Porą Nagich Drzew! — miauknął taki dumny, że aż łzy napłynęły mu do oczu, a nos zapchał się glutem. Zaczął smarkać i charkać. — Wspaniały, nie? Nareszcie skończony!
Posłał Roztargnionemu Koperkowi szeroki uśmiech pełen dumy.
W noc śmierci Cisowego Tchnienia
Nagle mógł usłyszeć szamotanie za plecami, ale był zbyt przerażony, by odwrócić głowę. Skulił się na posłaniu, kryjąc nosek pod okryciem. Do jego uszu dochodziło ciężkie dyszenie, mamrotanie. Po chwili dosłyszał również głos Roztargnionego Koperka.
— Cisowe Tchnienie…? — zapytało sennym, skołowanym tonem.
Następnie kroki. Tup, tup, tup. Nerwowy obrót w miejscu.
— Nie ufaj im. Nie ufaj temu, co mówią. Chroń się i uważaj na każdego — wypowiedziała, a jej głos wybrzmiewał szaleństwem. — I obiecaj mi jedno; znajdź mnie w Mrocznej Puszczy.
Ostatnie zdanie zmroziło Chudemu krew w żyłach. Zacisnął łapy na kubraczku. Użył wszystkich swoich mięśni i silnej woli, by nie wydać z siebie żadnego odgłosu, który sugerowałby, że nie spał.
Po dłuższej chwili wszystko ucichło. Roztargniony Koperek jeszcze moment się kręcił, nim wrócił do posłania, jednak czy Cisowe Tchnienie zrobiła podobnie, nie wiedział.
Została z nimi cisza. Drzewa przestały się bujać, wiatr nie dął już w wejściu do medycznej nory. Byli tylko oni i wiszące w powietrzu słowa Cisowego Tchnienia.
Nie ufaj im.
Uważaj na każdego.
Znajdź mnie w Mrocznej Puszczy.
~*~
Następnego dnia Cisowe Tchnienie zniknęła. Nie było jej ani w medycznej norze, ani nigdzie w obozie. Seradelowy Nektar, która miała wartę, stwierdziła, iż kotka wybiegła w popłochu na zewnątrz. Nie goniła jej, nie próbowała zatrzymać. Chudy Grzbiet miał złe przeczucia. Bryzowa Łapa, która była jego bratanicą notabene, w kółko biegała, a paszcza jej się nie zamykała. Chudy Grzbiet przejechał łapą po pysku. Po kim ona taka jazgotliwa?
— Zamknij się już — polecił jej. Kotka wypięła język w jego stronę.
Przewrócił oczami i pognał ją do układania ziół. On sam wyszedł na zewnątrz, żeby chwilę odetchnąć. Cały klan rozmawiał o ostatnim wydarzeniu. Bury medyk wiedział jednak, iż Cisowe Tchnienie miała sporo za uszami, więc na pewno zniknięcie kotki nie było przypadkowe.
W dodatku jej słowa…
Nie ufaj im.
Komu? Zalotnej Gwieździe? Kocimiętkowemu Wirowi? Kruczemu? Ugh, dlaczego ona nie podała konkretów!
Tupnął łapką i kopnął leżący obok kamień. Poturlał się tuż pod czarne, znajome łapy. Chudy podniósł poszarzałe oczy, dostrzegając nikogo innego, jak swojego brata, Nocnego Śpiewaka. Mógłby rzec, iż kocur przybył zobaczyć się z córką, ale chwilę później dostrzegł, że wojownikowi coś dolegało. Stawał z łapy na łapę, jakby nie mógł dłużej opierać na nich swojego ciężaru.
— Co się dzieje, bracie? — zapytał Chudy, poprawiając kubraczek. Dzień był chłodny.
— Odmroziłem sobie poduszeczki u łap — odparł nieco skrępowany, jakby była to rzecz, której powinien się wstydzić.
— Oj, chodź. Ogarnę to, a Ty przemów swojej latorośli do mózgownicy — rzucił ze swoim zwyczajowym grymasem, prowadząc czarnego do lecznicy.
Milczeli. Jedynie Bryza coś w kółko gadała, aż uszy więdły. Pomyśleć, że na pierwszego ucznia dostał akurat taki egzemplarz! Sam kiedyś lubił gadać, nadal zresztą odnajdował w tym radość, ale nie teraz! Nie w takich sytuacjach, nie po tym, jak Cisowe Tchnienie zniknęła!
W końcu Nocny Śpiewak podniósł głowę znak robionego opatrunku na swoich łapach.
— Chudy… czy to prawda? — zapytał, a jego zmroziło. Nie oderwał wzroku od medykamentu. — No wiesz — zniżył głos, by Bryzka nie słyszała. — To, że Cisowe Tchnienie się usunęła, by zrobić miejsce dla Bryzki?
Chudy otworzył szeroko oczy, a jego wąsy nerwowo drgnęły. Po chwili przywołał na swój pysk fałszywy, wymuszony uśmiech.
— Raczej nie — miauknął. — Cis była specyficzna, może przez starość straciła orientację i nie może wrócić?
— Hmm… Może masz rację — mruknął, patrząc na swoją córkę nieco zmartwionym wzrokiem.
— Ej, ale no nie smuć się! Twoje dziecko jest pod okiem najlepszego medyka, pamiętasz? — miauknął. — Będzie dobrze!
Problem w tym, że Chudy sam w te słowa nie wierzył.
Początek Pory Nagich Drzew
Po paru nieudanych próbach zauważył przed sobą nieduże iglaste drzewo, których zresztą nie brakowało w Klanie Wilka. Był ciekaw, czy jego owoce oraz igły były zdatne do użytku? Żywicy z tych drzew używali na bieżąco, więc może pędów też mogli?
Problem w tym, że… no igły były wysoko, a on nisko. Rozejrzał się dookoła, jednak nie dojrzał nikogo pożytecznego. Właściwie, wiało pustkami. Zaczął żałować zostawienia Bryzki w obozie. Mogłaby je dla niego zebrać.
Obszedł drzewo kilka razy, wydeptując ścieżkę. Chyba nie miał wyjścia… będzie musiał wejść tam własnołapnie. Nie robił tego… uhuhu odkąd został uczniem medyka. Na samą myśl o wspinaczce jego mięśnie się napinały, a w żołądku odzywał się nieprzyjemny skurcz. Dla Koperka jednak zrobi wszystko, więc…
Wybił się z tylnych łap, niezgrabnie łapiąc grubego pnia. Wysunął pazury i kawałek, po kawałku piął się do góry. Na szczęście ten iglak nie był bardzo wysoki, więc jego droga nie trwała długo. Zadrapał się o wystający kawałek gałązki, nim był w stanie wejść w gąszcz igieł, które zaczęły wbijać się w ciało Chudego. Gdyby nie kubraczek, byłby cały poraniony, a tak to miał tylko łapy oraz pysk na wierzchu. No i ogon…
Zebrał tyle, ile zdołał, w kółko klnąc na kłujące go w policzki pędy. Pachniały bardzo intensywnie, ale tak samo zaciekle walczyły z burym medykiem.
Kiedy skończył, chciał zejść i tutaj… odezwał się jego lęk. Łapy nagle zaczęły drżeć, a serce kołatać. Kroczek po kroczku spróbował powolutku wrócić na ziemię, jednak jego pech zawsze przychodził w najgorszym momencie. Poślizgnął się o zimną korę drzewa i runął w dół prosto na pysk i bark, w którym coś chrupnęło. Wrzasnął z bólu i zacisnął zęby, a z oczu popłynęły łzy. Podniósł się koślawo, zebrał igły do siebie, które się rozsypały i sprawdził swój bark.
— AUUUĆ — syknął, gdy tylko go dotknął. — Szlag, wybity… będę potrzebować pomocy.
Cały drżał, ale nie z zimna, a ze strachu. Nienawidził drzew, wspinaczki, wysokości. Były przerażające i kontuzjogenne… sztywnym krokiem zaczął wracać, powoli, na tyle na ile mógł przy aktualnych problemach. Po drodze nieco zabłądził. Musiał pójść na skróty przez nagie krzaki, które zrzuciły swe kolorowe liście Porą Opadających Liści. Gdy tak się przez nie przedzierał, dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach.
Fragment sierści. Szylkretowej.
Jego szczęka trzęsła się na zimnie mimo kubraczka, gdyż był na zewnątrz zdecydowanie zbyt długo. Drżącą, zdrową łapą sięgnął po malutkie znalezisko, potraktowane mrozem i deszczem. Wyblakły, ale nie tak stary kępek sierści, który niemal z całą pewnością należał do Cisowego Tchnienia. Dostrzegł brązowy, stary ślad krwi. Mróz dopadł jego drogi oddechowe, gdy uchylił pysk w nerwowym oddechu. Przytłaczająca cisza przerażała swoim ogromem, a serce medyka kołatało szybko.
— Oni ją… — szepnął do siebie. — A może to było jakieś zwierzę…? M-Może samotnik? Być może zginęła z zimna… n-nie musiało to być od r-razu m-mmorderstwo…?
Pytał sam siebie, ewentualnie ten kawałek futra, chociaż nie uzyskał odpowiedzi. Przerażony, schował go prędko pod kubraczek, by przemycić znalezisko do obozu.
Wrócił koślawym krokiem, toteż nikt nie zwrócił na niego uwagi. W pysku niósł igły, a jego wzrok wbity był w medyczną norę. Wszedł do niej, czując od razu przyjemne ciepło. Mimo tego jego ciało nadal było napięte jak struna. Rozglądał się nerwowo, od razu kierując kroki do głównego medyka.
Roztargniony Koperek spojrzało na niego ze zmartwieniem w oczach.
— Coś Ty znowu zmajstrował? — zapytało.
— Musisz mi pomóc, mam wybity bark — zaczął głośniej, a gdy przysiadł do Kopra w głębi legowiska, zniżył głos. Upewnił się, że nikogo nie było dookoła. — Znalazłem coś — szepnął drżącym głosem. — Pokażę Ci później. A teraz błagam nastaw mi ten bark, bo zdechnę z bólu.
Wyleczeni: Nocny Śpiewak, Chudy Grzbiet
<Koper?>

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz