BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królicza Ułuda x Źródlana Łuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Królicza Ułuda x Źródlana Łuna. Pokaż wszystkie posty

11 stycznia 2026

Od Króliczej Prawdy CD. Źródlanej Łuny

Dawno temu

— Posłuchaj mnie teraz — miauknęła ciszej. — Ja… Spodziewam się kociąt. Ich ojciec nie będzie — tu przerwała, biorąc drżący oddech — obecny w ich życiu. Potrzebuję kogoś… Do pomocy.
Królik zamarł. W jego oczach mignęło nagle z tysiąc emocji na raz. Czy on się przesłyszał? Łuna była w ciąży? Czyli jednak miała partnera? Czyli… przez ten cały czas nawet nie miał szans na to, by z nią być? Choć nie, żeby chciał… oczywiście. Jego serce należało przecież wciąż do Dyniowej Skórki, mimo iż kotka zostawiła go w mieście. Nie był gotowy na kolejny związek, ale jak widział, nawet nie musiał.
Czuł, że w jego klatce piersiowej narasta uczucie, które ciężko było opisać. Czy był to niepokój? Złość? Może nawet zawód? Właściwie czuł się w tej chwili odrobinę zdradzony, choć nawet nie miał ku temu powodu. Nie byli razem. Nie czuli nic do siebie. A przynajmniej… ona nie czuła. On może się niegdyś łudził, że może ma jakieś szanse. Zderzenie z rzeczywistością okazało się jednak boleśniejsze, niż mogłoby mu się wydawać.
— Cóż… — odparł w końcu drżącym głosem. Spojrzał na swoje łapy, by Łuna nie musiała patrzeć na jego zgorzkniałą minę. — Ja też w życiu popełniłem dużo błędów; nie mógłbym odmówić ci pomocy. W końcu jako jedna z niewielu wciąż widzisz we mnie kota — rzucił beznamiętnie.
Dlaczego Łuna wybrała akurat jego? Przecież jego reputacja i tak nie była zbyt dobra, Judaszowcowa Gwiazda na pewno nie ucieszy się, jeśli dowie się, że jego wnuki rzekomo są dziećmi Króliczej Prawdy. Może niebieskofutra specjalnie poprosiła go o przysługę, bo wiedziała, że ten jej nie odmówi?
— Muszę… muszę już iść. Pomyśleć nad tym wszystkim, przetrawić to. Chyba rozumiesz, no nie? — dodał, podnosząc wzrok na kotkę. Dymna skinęła łbem w jego stronę, na co Królicza Prawda odwrócił się i ruszył w stronę przeciwną od obozu.
Maszerował dosyć szybko, chcąc oddalić się od Źródlanej Łuny jak najdalej w jak najkrótszym czasie. Czuł się tak, jakby jakieś wielkie szpony zaciskały się na jego gardle. Czy to, że zgodził się kryć… zdrajczynię… nie było wbrew woli Klanu Gwiazdy? Choć co on mógł o tym wiedzieć. Sam zawiódł Przodków, uciekając z Klanu Klifu, by założyć rodzinę z Dyniową Skórką. Cóż, może koniec końców nie był taki odmienny od Źródlanej Łuny; sporo ich ze sobą łączyło. Może gdyby warunki były lepsze, naprawdę mogliby… poznać się jakoś lepiej, nie ograniczając się jedynie do błahych, nieistotnych rozmów.

* * *

Obudził się normalnie, jakby był to dzień jak każdy inny. Wylizał swoje zmierzwione futro, wyczyścił je z resztek mchu i gałązek. Potem wyszedł na obozową polanę i podszedł do sterty zwierzyny, wyciągając z niej piszczkę. Ziewnął przeciągle, po czym złapał upolowane stworzonko w zęby i odszedł gdzieś na bok, by się nim posilić. I gdy przeżuwał jego mięso, nagle zamarł. Czy Łuna naprawdę była w ciąży, czy tylko mu się to śniło? To wspomnienie wydawało się na tyle szczegółowe, że Królik przystał na to, iż niebieska naprawdę spodziewała się kociąt i naprawdę poprosiła go o to, by udawał ich ojca.
Jego żołądek wywrócił się do góry nogami. Kremowy o mało nie wypluł tego, co przed chwilą mielił w pysku. Przełknął kęs piszczki; zostało mu jej jeszcze trochę, ale Królik stracił już apetyt. Trącił stworzonko łapą, po czym wykrzywił pysk w niemrawym grymasie. “Dlaczego ta decyzja kosztuje mnie tak wiele stresu? Może nie powinienem się zgadzać?” – pomyślał. “Co, jeśli kocięta nie będą wyglądały jak ja? Czy moi pobratymcy skapną się, że wcale nie jestem ich biologicznym ojcem? A wtedy co…? Znowu zostanę ukarany? Wygnany?” – przeraził się; zmrużył nawet oczy, próbując wyobrazić sobie reakcję Judaszowcowej Gwiazdy na to, że został oszukany przez własną córkę i kocura, któremu jeszcze niedawno nadał karne imię i kazał wykonywać obowiązki ucznia.
Bał się, ale chyba nie mógł powiedzieć, że bał się bardziej od Łuny. W końcu to ona była w ciąży. On? On mógł powiedzieć, że niebieska wmówiła mu, iż jest ich biologicznym ojcem, że on o niczym nie wiedział. Ale czy to byłoby sprawiedliwe wobec Łuny? Niby… zgodził się na to, by wejść w to bagno razem z nią. To wszystko było takie skomplikowane! Dlaczego nie mógł być po prostu zwykłym wojownikiem? Dlaczego nie mógł być taki jak jego matka, brat, ktokolwiek? Dlaczego to on wciąż popełniał błędy, których wcale nie chciał popełniać? Dlaczego, Klanie Gwiazdy, dlaczego był taki głupi!

* * *

Teraźniejszość

— Przypilnujesz kociąt? Muszę coś załatwić — poprosiła go Łuna.
Królicza Prawda zatrzymał się w półkroku; akurat miał wyjść na spacer. W pierwszym odruchu zamilkł i kilka razy zamrugał. Zrobiło mu się ciepło, wręcz gorąco. Na język cisnęły mu się wymówki, lecz powstrzymywał się przed ich wypowiedzeniem. Wciąż pamiętał, że przez swoją ignorancję stracił partnerkę i dzieci. Może gdyby wtedy nie uciekał od obowiązków, wciąż mógłby żyć w mieście wraz z Dyniową Skórką…
— P-pewnie… — wydusił w końcu, uśmiechając się sztucznie.
Pysk niebieskofutrej nawet nie drgnął. Wyglądała na zmęczoną; Królik postanowił, że skoro już byli na środku obozu, może trochę poudawać, że faktycznie są razem. Podszedł do niej i otarł się pyskiem o jej policzek, zmuszając się, by szepnąć:
— Odpocznij trochę od kociąt, dobrze ci to zrobi. Jak mniemam, są podobne… do ich ojca — stwierdził, po czym odsunął się od żółtookiej.
Ta tylko skinęła mu głową i odeszła.
Wojownik wahał się, czy aby na pewno chciał iść do żłobka, by opiekować się Szronem i Strzępkiem. Teraz jednak nie miał wyboru; obiecał Źródlanej Łunie, że się nimi zajmie. Głupio by było, gdyby ją wystawił. Ale mimo wszystko głupota płynęła w jego krwi – chyba nikt by się nie zdziwił na wieść, że Królik znów kogoś zawiódł.
Wszedł powolnym krokiem do kociarni; w jego stronę od razu zwróciły się dwie pary oczek. Kotka i kocurek wpatrywali się w niego w milczeniu.
— Hej — przywitał się, podchodząc w ich stronę. Trochę stresowała go obecność Jastrzębiego Zewu i Postrzępionego Mrozu. Czuł, że musi przed nimi udawać ojca idealnego, by nikt nie odkrył, że w rzeczywistości nie łączą go więzy krwi z tymi dziećmi. — Co u was? — zapytał, siadając niedaleko Szronu i Strzępka.
— Jesteśmy śpiący — oznajmiła młoda koteczka, wymieniając się spojrzeniami z bratem. Królik przeczuwał, że kłamała. Powiedziała to tylko po to, by uniknąć rozmów z “ojcem”.
Kremowy skinął łebkiem.
— Dobrze. Odpocznijcie sobie, mama zaraz wróci — mruknął, wzdychając.
Gdy Szron i Strzępka ułożyli się gdzieś na posłaniach, Królik sam zajął jedno wolne. Wpierw doglądał kociąt Źródlanej Łuny; obserwował, czy na pewno śpią, a nie biegają po żłobku i krzyczą na całe gardło. W pewnym momencie jednak go przyćmiło. Nie pamiętał, co się wydarzyło, ale w końcu sam usnął.

ᶻ 𝗓 𐰁

Obudził się na łące. Pięknej, zielonej łące, pełnej kolorowych kwiatów. Słońce przyjemnie ogrzewało jego grzbiet; pogoda, jaka tu panowała, nijak się miała do chłodu panującego teraz poza obozem. Musiała być tu Pora Zielonych Liści – i to jedna z tych cieplejszych, przyjemniejszych. Królicza Prawda wciągnął powietrze w płuca; zapach roślin rozlał się po jego nozdrzach, a on sam poczuł się jakiś spokojniejszy. Ostatnio dużo miał na głowie. Musiał udawać, że kocha Źródlaną Łunę, że troszczy się o nią i jej kocięta. A niedawno przysięgał przed sobą, że skończy z tymi kłamstwami, że teraz będzie prawdziwą wersją siebie. Dobre sobie. Najwyraźniej był stworzony do tego, by mijać się z prawdą.
— Królicza Prawdo? — rozległ się głos. Był delikatny, taki jak te kwiaty. Słodki, kojący.
Kremowy odwrócił się w jego stronę i wtedy dostrzegł przed sobą wojowniczkę. Nie była nikim innym jak samą Źródlaną Łuną. Teraz wyglądała jednak na rozluźnioną, szczęśliwą. Nie było na jej pysku tego zmęczenia, które wsiąkło w nią od chwili, gdy dowiedziała się o ciąży.
— Łuno! — zawołał jakby zdziwiony. Od razu jednak odchrząknął, a mina mu zrzedła. Musiał trzymać ją na dystansie. — Dobrze dziś wyglądasz. Widzę, że odpoczynek od kociąt dobrze ci zrobił — dodał, próbując wymusić w sobie nonszalancję.
Źródlana Łuna przekręciła głowę.
— Od jakich kociąt? Przecież my nie mamy kociąt, głuptasie — oznajmiła, podchodząc bliżej zdezorientowanego wojownika.
Polizała go delikatnie po pysku, na co ten kompletnie zamarł. Był jak zamrożony.
— Co masz na myśli? Znaczy… tak, nie mamy kociąt, ale… znaczy, ja nie mam, ale ty masz. Z jakimś innym kocurem, nie pamiętasz? — wydukał zakłopotany.
Łuna usiadła obok niego i położyła głowę na jego barku.
— O czym ty bredzisz, Króliczku… Nie chciałabym kociąt z nikim innym niż tobą! — oznajmiła, mrużąc oczy.
O czym ona mówiła? O co jej chodziło? Może uderzyła się w głowę? Królik chciał się ruszyć, chciał uciec, lecz w tym momencie jego łapy były jak z kamienia. Wypuścił powietrze z płuc; miał spięte mięśnie i nie wiedział, jak powinien się czuć z faktem, że Łuna była w tej chwili tak blisko niego. Że zachowywała się tak, jakby… była partnerką Królika. Taką prawdziwą partnerką, a nie udawaną.


ᶻ 𝗓 𐰁

Królik obudził się, szturchnięty przez Źródlaną Łunę. Nie tę ze snu – tę smutną, przygnębioną Łunę. Położył po sobie delikatnie uszy; wpatrywał się w kotkę jak w zjawę. Zaschło mu w gardle, nie potrafił się odezwać ani zresztą poruszyć. Zmrużył tylko oczy, próbując wypatrzeć jakiegoś podobieństwa między Łuną skąpaną w półmroku a tą, której futro pozłacane było słonecznymi promieniami.

<Źródlana Łuno?>

10 grudnia 2025

Od Źródlanej Łuny CD. Króliczej Prawdy

— To… mam iść? — zapytał niepewnie. — A może… chcesz o czymś porozmawiać?
Zwróciła pysk w kierunku wojownika. Od momentu, w którym odzyskał swoje stare imię, a nawet nieco je zmienił, zaczęła częściej zagadywać go na patrolach czy w obozie. Jednak zawsze robiła to uprzednio się przygotowawszy…
— Zostań — miauknęła po chwili.
Poklepała miejsce obok siebie końcówką ogona i uśmiechnęła się lekko, jednak od razu skrzywiła się wewnętrznie. Taki gest był zarezerwowany dla innego kota, którym Królik zdecydowanie nie był... Nadal czuła się winna. Z cichym westchnieniem spojrzała na kocura, który z wahaniem zajął wskazane mu miejsce.
— Jakieś plany na dzisiaj?

Teraźniejszość…

Życie toczyło się dalej. Nadal nie wiedziała, co ma czuć, ani co ma zrobić. Nic nie stało się ani odrobinę jaśniejsze.
Chciała zastanawiać się nad tym, co powie ojcu. Nad tym, jak ominąć podejrzenia innych. Ale nie była w stanie. Jej myśli nie zbierały się w żadne sensowne zdania, krążąc jedynie wokół tego, co mogłoby być, gdyby to wszystko potoczyło się inaczej. Gdyby była bardziej uważna, gdyby Szałwiowe Serce nie zniknął by bez śladu. Gdyby nie zostali przyłapani – bo dokładnie to, jak mniemała, się stało.
Nie miała siły na doszukiwanie się innego rozwiązania niż to, które przyszło jej do głowy już parę księżycy temu. Królik by jej nie odmówił, prawda? Wystarczyło go poprosić, zataić parę szczegółów… Z drugiej strony jednak, wahała się. Czuła się obrzydzona tym, że coś takiego nawet przyszło jej do głowy. A po ostatnim zgromadzeniu, po rozmowie z partnerem? Już niczego nie była pewna. Czy była to zdrada, jeśli tylko udawała? Czy… Czy miało to znaczenie, jeśli nie miała pewności, czy nocniaka jeszcze kiedykolwiek zobaczy? Niby nie, ale nie chciałaby robić czegokolwiek w tym rodzaju. Nie chciałaby robić czegoś, za co Szałwiowe Serce normalnie spojrzałby na nią z bólem w oczach. Jednak… Na tamten moment nie widziała innego wyjścia.

Nie trudno było wyciągnąć Królika poza obóz. Starając się utrzymać obojętną, ale i przyjazną minę zaprowadziła go w okolice Złotych Kłosów. Kremowy próbował utrzymać pomiędzy nimi rozmowę, ale ta wcale się nie kleiła; jej odpowiedzi były krótkie i wymijające. Była pewna, że z jej pyska dało się wszystko wyczytać.
Przystanęła na polanie, w końcu odwracając głowę w stronę Króliczej Prawdy. Nadal nie była pewna tego, co robi. To wszystko wydawało się takie… Złe. Niewłaściwe.
Wzięła głęboki oddech.
— Chciałabym poprosić Cię o… Przysługę.
Wojownik zastrzygł uszyma, spoglądając na nią z mieszanką zaskoczenia i ciekawości. Powoli skinął głową, zachęcając ją do kontynuowania.
— Posłuchaj mnie teraz — miauknęła ciszej. Wcale się to jej nie podobało. — Ja… Spodziewam się kociąt. Ich ojciec nie będzie — tu przerwała, biorąc drżący oddech — obecny w ich życiu. Potrzebuję kogoś… Do pomocy.
Niemrawy wyraz twarzy kocura już wtedy powinien jej uświadomić, że powinna trzymać język za zębami i poradzić sobie z tym sama.


<Królik?>

06 grudnia 2025

Od Niesfornej Łapy (Króliczej Prawdy) CD. Źródlanej Łuny

Przed mianowaniem

— Dawno nie rozmawialiśmy — zauważyła, stając naprzeciwko kremowego. Jej wąsy zadrżały. — Długo jeszcze zamierzasz nosić to karne imię?
Oczy ucznia rozszerzyły się nieco, a spojrzenie uciekło w bok.
Cieszył się, że Łuna nie patrzyła na niego jak na zdrajcę, ale w tym momencie poczuł falę wstydu. Niebieska nigdy nie miała mu za złe, że uciekł… a przynajmniej nie otwarcie. Wiedział jednak, że nie umknęło to jej uwadze. Przez to czuł się tak głupio! Co ona sobie o nim teraz myślała? Czy chciała go wyśmiać? Miał już tyle księżyców na karku, a wciąż był Łapą… i to jeszcze Niesforną!
— Chcesz może razem zapolować? — zaproponowała, zanim uczeń zdążył jej odpowiedzieć.
Królik wzdrygnął się, zdziwiony tym, jak dużo czasu minęło między nimi w ciszy. Musiał się skupić; w końcu bardzo lubił Źródlaną Łunę i choć czasem sam nie chciał tego przed sobą przyznać, zależało mu na jej opinii. Nie twierdził, że był w niej zakochany… minęło przecież tak mało czasu, odkąd był w tym nieoficjalnym związku z Dyniową Skórką. Chyba wciąż żywił do niej jakieś uczucia, ale ciężko było stwierdzić, czy były one pozytywne, czy negatywne. Kochał ją? Lubił? Miał jej za złe to, że uciekła bez słowa? Tak, jak on kiedyś...
Ignorując te myśli, po prostu się uśmiechnął.
— Chętnie. Nie pogardzę okazją do tego, by złapać jakąś zwierzynę. Czuję, że muszę jakoś wynagrodzić Klanowi Klifu to, że tak zniknąłem… Wiesz, żadna nornica ani królik nie zastąpią tych księżyców, które minęły beze mnie, ale to jedyne, co mogę wam podarować w zamian — rozgadał się, po czym zamilkł, czując, że powiedział za dużo. — Ach, zresztą, o czym ja mówię? Raczej to nikogo nie interesuje — zaśmiał się nerwowo i ruszył do przodu, schylając szyję i przytykając nos do ziemi. — Chyba… chyba coś wyczułem — oznajmił, uśmiechając się delikatnie do niebieskofutrej.
Ruszył żwawo tropem zwierzyny, bardzo skupiony na tym, by go nie zgubić. Musiał się w końcu pokazać z dobrej strony przed Źródlaną Łuną! Musiał udowodnić, że nawet po upływie księżyców i spędzeniu ich w Siedlisku Dwunożnych nie stracił swoich klifiackich umiejętności. Poza tym… czy wojowniczka nie była córką Judaszowcowej Gwiazdy? Jeśli zauważy, że Królik się stara, może szepnie o nim jakieś dobre słówko. Bardzo mu zależało, by uwolnić się od tego karnego imienia jak najszybciej.
W końcu, niedaleko wody, dostrzegł zgrabnego ptaka, nie większego niż skowronek. Miał krótki, wąski dziób i długie, szczupłe nogi. Jego pióra były piaskowo-brązowe, z czarną wstęgą przepasającą szyję. Na głowie widniała ciemna maska, a paciorkowate, onyksowe oczy otoczone były żółtymi obręczami. Królik podniósł uszy do góry. Mały ptak dziobał właśnie w ziemi i choć jeszcze nie zauważył zagrożenia, wydawał się czujny i gotowy do ucieczki. Kremowy czuł, że nie będzie łatwym celem – może gdyby nie było przy nim Źródlanej Łuny, po prostu by odpuścił, ale teraz czuł się zobowiązany do działania.
Wysunął powoli pazury, które zalśniły w świetle słońca. Były dobrze naostrzone – ptak zginąłby od razu, gdyby tylko udało mu się go dorwać. Bursztynowooki spiął mięśnie, czując, jak wokół niego świat zastyga, a powietrze gęstnieje w napięciu. Dlaczego tak bardzo mu na tym zależało? Każdemu zdarza się popełnić błąd i nie złapać zwierzyny. Nikt nie jest idealnym łowcą. Ale on? On musiał nim być.
W końcu wybił się od ziemi i poszybował wprost na ofiarę. Ptak skapnął się o jego obecności dopiero w ostatniej chwili – próbował uciec, przebierając nogami tak szybko, że wyglądało, jakby frunął po piasku. Królik zdążył jednak schwycić go w pazury i przyciągnąć do siebie. Ofiara poczęła szamotać skrzydłami, chcąc oswobodzić się z uścisku napastnika, ale uczeń schylił głowę i wgryzł kły w odsłoniętą szyję ptaka. Puszczony przez Królika, opadł bezwładnie na ziemię.
Uczeń poczuł na kłach subtelny posmak krwi swojej ofiary – to był smak zwycięstwa. Oblizał pysk i szybko odwrócił głowę w stronę Źródlanej Łuny, która stała nieopodal. Uśmiechnął się pod nosem, a jego oczy zalśniły.

* * *

Teraźniejszość

Królicza Prawda wrócił właśnie z samotnego spaceru, na który wreszcie mógł wyjść. Otrzymanie rangi wojownika otwierało przed nim tyle możliwości…
Położył na stosie ze zwierzyną upolowaną wcześniej piszczkę i cofnął się o kilka kroków, chcąc ruszyć do legowiska wojowników, by chwilę odpocząć. Był dziś wyznaczony na wieczorny patrol, ale do jego rozpoczęcia zostało jeszcze trochę czasu. Chciał być podczas niego skupiony i sprawny, więc przydałaby mu się krótka drzemka.
Nie zdążył jednak dotrzeć do legowiska, gdyż wpadł na Źródlaną Łunę, która siedziała na polanie, wpatrzona w wodospad. Gdy Królik delikatnie się z nią zderzył, kotka wzdrygnęła się, jakby wyrwana z zamyślenia. Patrząc na niego, wyglądała na zakłopotaną.
Kremowy odwrócił wzrok, ale po chwili znów go na nią skierował.
— Ja… eee… przepraszam! — mruknął szybko. — Nie chciałem ci w niczym przeszkadzać — dodał, a jego pysk wykrzywił się w półuśmiechu.
Zastanawiał się, nad czym kotka mogła tak intensywnie myśleć. “Może myśli o mnie?” – przemknęło mu przez głowę. Zaraz jednak w jego głowie odezwał się drugi głos: “No, przed chwilą na nią wpadłeś, irytujący ciołku, dziwne by było, gdyby o tobie nie myślała”. Skrzywił się na tę myśl, czując nagłe zmieszanie. Rozejrzał się wokół – stali na środku obozu w niezręcznej ciszy.
— To… mam iść? — zapytał niepewnie. — A może… chcesz o czymś porozmawiać?

<Źródlana Łuno?>

23 listopada 2025

Od Źródlanej Łuny CD. Króliczej Ułudy (Niesfornej Łapy)

Dawno…

Wbiła zmęczone spojrzenie w pysk znajomego. Kocur zamienił jeszcze parę słów z Wiecznym Zaćmieniem, prosząc o mak, zanim ponownie odwrócił się w stronę Łuny. Końcówka jej ogona poruszyła się lekko. Zamrugała i otuliła nim swój prawy bok, przekręcając się wygodniej na posłaniu.
— Udało ci się chociaż zranić tego ścierwojada? Spałbym spokojniej, gdybym miał pewność, że zapamięta tę walkę do końca swoich dni!
Jej wąsy zadrżały. Przyciągnęła do siebie rybitwę, uśmiechając się pod nosem na wybór zwierzyny. Królicza Ułuda chyba miał dobrą pamięć.
— Jakieś… Blizny napewno mu z- zostawiłam — wychrypiała. Jej uszy opadły nieco do tyłu z zażenowaniem, poruszając pajęczyną, która owijała połowę jej głowy. — T- teraz jest znośnie.
Poczęła oskubywać ptaka z pierza, krzywiąc się lekko z każdym ruchem szczęk, gdy poraniona skóra na jej pysku się naciągała. Zerknęła kątem oka na wojownika, któremu najpewniej na język cisnęła się chęć zaoferowania pomocy. Czy naprawdę myślał, że nie poradzi sobie z tak banalną czynnością? Może… Może tak to wyglądało, ale to nie znaczyło, że chciała, żeby ktoś ją wyręczał. Uparcie kontynuowała, odwracając wzrok.
— Będzie trzeba… Trzeba trzymać mnie z daleka o- od granicy — wymamrotała po chwili, wypluwając pojedyncze piórko. Odkaszlnęła i wykrzywiła pysk w grymasie. — Jeśli jeszcze r- raz go zobaczę, to powyrywam mu łapy z t- tego wilczackiego zadu.

Tuż po powrocie Króliczej Ułudy do klanu…

Była zaskoczona widokiem dwójki rodzeństwa. Razem z tłumem słuchała słów ojca, oznajmiającego ich ponowne wstąpienie w szeregi Klanu Klifu, przyglądając się ich niemrawym minom i drżącym łapom.
Nie wiedziała, co do końca ma o tym myśleć. Po takim długim czasie uznała, że Królik jest po prostu… Martwy. Uciekł, a później coś… Coś się stało. Jak inaczej mogła sobie tłumaczyć te księżyce bez jakiegokolwiek jego śladu? Fakt, nie byli ze sobą blisko – głównie z jej decyzji – ale pomyślałaby, że kremowy cokolwiek by powiedział, gdyby planował zniknąć. Najwyraźniej się myliła. Teraz spoglądała jedynie na niego zza głów klanowiczów, obserwując, jak ponownie przyjmuje tytuł ucznia i nowe imię. Nie wszystkie koty były zadowolone; widziała, jak co poniektórym pyski krzywią się tak, jakby zobaczyli wroga. Czy powinna czuć się zawiedziona? Zdążyła się już przyzwyczaić do braku Królika, a raczej Niesfornej Łapy – nie tęskniła za nim. Zmrużyła ślipię. Na jego miejscu, już nigdy nie postawiłaby łapy w klanie… Byłby to zbyt wielki wstyd.
Z drugiej strony, zawsze z tyłu głowy miała go za kogoś, kto popełniłby jakiś błąd, a potem wracał z podkulonym ogonem.

Teraźniejszość…

Biała piana obijała się o piasek. Wpatrywała się ptaki krążące na niebie; jej paliczki raz po raz zanurzały się w morskiej wodzie, a ogon podrygiwał niespokojnie. Samo uczucie wilgoci na łapach przywodziło jej na myśl jedno letnie popołudnie, w które to za Szałwiowym Sercem podążyła w głąb toni; wspomnienie to równie subtelne, co posmak słonego powietrza na języku.
Przeniosła spojrzenie do góry, na szczytujące słońce. Jasne plamy, które pojawiały się później przed jej okiem przypominały za to błysk ślipi jej brata, który od momentu ostatniego zgromadzenia mierzył ją czujnym wzrokiem i czekał, aż język się jej zaplącze i powie o jedno słowo za dużo. Promienie piekły ją w policzki podobnie jak wstyd, kiedy wymijała pytania o swoje znajomości innymi pytaniami. Nie chciała kłamać mu prosto w twarz… Ale innej opcji nie widziała. Była ostatnimi czasy zbyt nieuważna, zachowywała się zbyt niedbale, nie przejmując się takimi drobnostkami jak zbyt czułe powitania z partnerem, aby móc się z tego wymigać. Blask zadawał za dużo pytań. Za dużo dokładnych pytań. Czuła, że kocur wie, że nie dostaje w odpowiedzi ani ziarenka prawdy; była tego pewna. Nie wiedziała jednak, co zrobić, aby przestał wściubiać nos w nie swoje sprawy. Niewiele brakowało, aby jej sekret ujrzał światło dzienne – wystarczyło jedno złe słowo, jeden zły ruch, jeden zły kot, który znalazłby się w złym miejscu…
Pokręciła lekko głową, odtrącając nieprzychylne myśli. Te biegały wokół niej w kółko już długo, każdego dnia, błagając ją o znalezienie jakiegoś wyjścia z sytuacji, w której się znalazła; jednak bezskutecznie.
Zastrzygła uszyma, słysząc cichy odgłos kroków. Cofnęła się, strzepując wodę z łap; jej żołądek ścisnął się lekko na myśl, że to może właśnie Szałwiowe Serce postanowił zaskoczyć ją wizytą… Jednak jej spojrzenie prędko napotkało sylwetkę, która na pewno do nocniaka nie należała. Zamrugała, spoglądając na Niesforną Łapę, a jej uśmiech nieco osłabł.
Młodszy przystanął parę susów od niej. Wyraźnie niepewny, przestąpił z łapy na łapę, uchylając lekko pysk, jak gdyby zastanawiając się nad tym, czy powiedzieć coś, czy pójść dalej.
— Hej, Źródlana Łuno — miauknął w końcu, jego głos ledwo przebijający się przez szum wiatru.
Odwróciła się przodem do kocura, a końcówka jej ogona zadrżała. W zasadzie, to od jego powrotu jeszcze ani razu nie rozmawiali. Jakoś tak wyszło; chciała przeczekać pierwsze momenty, w których o rodzeństwie było jeszcze w klanie głośno, a później… A później jakoś o tym zapomniała. Nie zwracała na niego uwagi w obozie, a jeśli zostali przydzieleni razem na patrol, to zazwyczaj wlókł się gdzieś z tyłu. Teraz, gdy na niego patrzyła, dziwnie było jej przypominać sobie księżyce bez natrętnego ucznia, przyczepionego do niej jak rzep. Przed jego ucieczką czasem ledwo odsuwał się od niej na długość ogona… A teraz praktycznie go nie widywała.
Niesforna Łapa obejrzał się za siebie, zniecierpliwiony i nerwowy. Znowu milczała zbyt długo; kocur uniósł nieco łapę, jakby szykując się do odwrotu.
— Ja- Przyszedłem tu z patrolem, może… Może tam wrócę — wydusił z siebie, spuszczając wzrok na ziemię. Wzięła głęboki oddech.
— Możesz zostać.
Podeszła parę kroków bliżej, ignorując piach klejący się do mokrych poduszek jej łap.
— Dawno nie rozmawialiśmy — zauważyła, stając naprzeciwko kremowego. Jej wąsy zadrżały. — Długo jeszcze zamierzasz nosić to karne imię?
Oczy ucznia rozszerzyły się nieco, a spojrzenie uciekło w bok. Gdy patrzyła tak na speszonego kocura, w jej głowie zaczął kształtować się pewien pomysł… Wiedziała, że jeszcze przed ucieczką widział ją jako kogoś więcej, niż tylko znajomą. Czy tak było i teraz? Czy…. Czy mogła to w jakiś sposób wykorzystać? Odwrócić uwagę innych od swojego prawdziwego związku i… Podsunąć im pod nos coś fałszywego?
Chciała zganić siebie za taką myśl, ale nie była w stanie. Czy w końcu znalazła jakieś rozwiązanie? Plan wydawał się być banalnie prosty; nie musiałaby nawet robić niczego, czego by nie chciała. Wystarczyłoby spędzić z Niesforną Łapą trochę czasu, porozmawiać trochę w obozie, wyjść razem na polowanie czy spacer, aby ktoś wpadł na jakiś pomysł i rozpowiedział plotkę wśród reszty klanu… Nie musiałaby nawet mówić niczego Szałwiowemu Sercu – w końcu do niczego by nie doszło.
— Chcesz może razem zapolować? — zaproponowała, zanim uczeń zdążył jej odpowiedzieć.
Końcówka jej ogona poruszyła się nerwowo. Czy coś takiego byłoby fair wobec jej partnera, jak i kremowego kocura? Czy rzeczywiście było by to jakiekolwiek rozwiązanie, czy jedynie bardziej wkopałaby się w bagno?


<Królik?>

01 sierpnia 2025

Od Króliczej Ułudy do Źródlanej Łuny

Przeszłość

Był zły na swojego brata. Myśl o tym, że mógłby zostać za niedługo zastąpiony przez Kukułczą Łapę, nie dawała mu spokoju od kilku ostatnich dni. Jedyne, czego w tym momencie chciał, to jakieś wsparcie, a także... zemsta. Chciał na siłę zrobić wszystko, aby pokazać bratu, że wcale z niczym nie zostaje w tyle. Chciał udowodnić mu, że radzi sobie równie świetnie i że nie ma czasu na martwienie się o to, czy Zajączek będzie z nim rozmawiał, czy nie. Przechadzając się niespokojnie po obozie, przypadkowo wpadł na jedną z kotek. Była zdecydowanie starsza od niego, nie przebywała już w legowisku uczniów. Miała półdługie, siwe futro, a także zgrabną sylwetkę. Była raczej przeciętnego wzrostu, ale zdecydowanie nie wyglądała zwyczajnie! Jej skupione, żółte ślepia, obserwowały Króliczą Łapę w oczekiwaniu.
— Najmocniej przepraszam! — miauknął z powagą, a potem lekko pochylił głowę przed wojowniczką. — Nieczęsto coś potrafi mnie wybić z rytmu, ale proszę, nagle zjawiłaś się na mojej drodze — dodał, starając się ukryć niepewność. Czy na pewno tego właśnie chciał? Czy chciał zaprzyjaźniać się z jakąś kotką tylko ze względu na to, że był zazdrosny o swojego brata? Ona spojrzała z góry na łaciatego uczniaka. Musiała przyznać, nie kojarzyła go zbyt dobrze. Gdzieś z tyłu głowy pojawiały jej się dwa imiona, Zając i Królik, ale nigdy się nie skupiała na tyle na rodzeństwie, aby móc ich rozróżnić.
— Ach, no cóż — nieznacznie poruszyła końcówka ogona, unosząc brew na ton kocurka. — Przeprosiny przyjęte. Nie wydaje mi się, abyśmy się wcześniej zapoznali; Źródlana Łuna, miło mi.
Kremowy odetchnął z ulgą.
— Królicza Łapa — przedstawił się spokojnym, opanowanym głosem, choć końcówka jego ogona nerwowo drgała. — Chcesz może przejść się na jakieś polowanie? Jest ładna pogoda... — tu na chwilę się zatrzymał, spoglądając na niebieską kotkę. — Szkoda, aby się zmarnowała, a ja chętnie przeszedłbym się nad morze — dodał. Jego serce zabiło nieco szybciej, nie miał pojęcia, czy zupełnie obca dla niego wojowniczka zgodzi się na spacer. Źródlana Łuna nieznacznie zmarszczyła nosek, obracając głowę w stronę wyjścia z obozu.
— Dobrze — zwróciła się z powrotem do kocurka. — Znam miejsca, które zamieszkuje wiele ptactwa. Nie wydaje mi się, aby Gasnący Promyk miała coś przeciwko — nie czekając na Królika, zaczęła kierować się w stronę wodospadu. — A jeśli tak, to wyjaśnię to później. Tylko nie zrób niczego głupiego.
— W życiu! Ja? Coś głupiego? — zaśmiał się, zerkając z boku na kotkę. Mimo że próbował zabrzmieć pewnie, jego śmiech wybrzmiał nieco zbyt wysoko, zbyt dziecinnie. Źródlana Łuna nic nie odpowiedziała, tylko szła dalej przed siebie. Jej krok wydawał się dla Króliczka taki spokojny, elegancki. Lada moment znaleźli się wśród wysokich traw. Słońce grzało ich miękkie futra, a źdźbła muskały ich boki. W oddali niósł się skrzek mew. Wszystko wydawało się takie spokojne – przynajmniej na zewnątrz. Kremowy czuł, jak przez jego głowę przechodzi wiele myśli naraz. Milczenie między nimi zdawało się ciągnąć przez wieczność, a im dłużej trwało, tym bardziej Królik zaczynał się zastanawiać nad tym, czy nie zabrzmiał głupio. Chciał być przy kotce kimś poważnym i dojrzałym, a nie kolejnym terminatorem z głupkowatym uśmieszkiem na pyszczku i zmierzwionym futrem.
— Jaka jest twoja ulubiona zwierzyna? — rzucił w końcu, nieco zbyt nagle. Jego głos zabrzmiał nieco głośniej, niż planował, przez co niemal od razu pożałował tego pytania. — Ja… osobiście bardzo lubię sroki — udawał obojętność, lecz w głębi duszy miał nadzieję, że trafił. Widział Łunę kiedyś przy stosie, jak wyciągała z niego właśnie srokę. Zapamiętał to, lecz sam nie miał pojęcia, dlaczego tak wyraźnie. Spojrzał kątem oka na niebieską wojowniczkę, czekając na jej odpowiedź. Trawy wciąż szumiały wokół nich, a jego serce sprawiało wrażenie, jakby chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej. Źródlana Łuna kątem oka rzuciła spojrzenie na ucznia.
— Także je lubię — miauknęła, unosząc brew. Odechciało się jej kontynuować eskapadę; tylko bardziej zagłębiała się w błoto, w które kocurek chciał ją wprowadzić. Udawała, że nie słyszy jego nerwowego tonu głosu. — Nie pogardzę też rybitwą.
Trawa pod ich łapami powoli zmieniła się w piasek, a szum wody dotarł do jej uszu.
— No, wykaż się. Złap sobie jakiegoś ptaka, jeśli Gasnący Promyk już cię tego nauczyła.
Uczeń skinął głową na jej słowa. Na jego pysku wymalowana determinacja i skupienie – jakby został postawiony przed najważniejszym momentem podczas jego żywotu. Sam nie pojmował swoich myśli, chcąc nie chcąc, nie łączyła go z wojowniczką żadna szczególna więź. Znali się jedynie z widzenia, a przez krótki okres dzielili też legowisko. Choć nie rozmawiali, Królicza Łapa i tak doskonale znał jej imię, jakby miał je wyryte w świadomości już od urodzenia. Nic dziwnego, odkąd tylko otworzył ślepka, zdawał się być obdarowany świetną pamięcią do twarzy.
Przycisnąwszy brzuch do podłoża, zaczął przeszukiwać wzrokiem pobliskie tereny. Tym razem jego oczy nie przyniosły mu żadnych łupów, lecz słuch – jego doskonały, nieomylny słuch – pozwolił mu wytropić niewielką sieweczkę, drepczącą wśród drobinek piachu. Zanim jednak rzucił się w jej stronę z wysuniętymi pazurkami, spojrzał na Źródlaną Łunę, szukając u niej cienia aprobaty. Prędko zrozumiał jednak, że popielata nie była jego mentorką, a jedynie zwykłą wojowniczką. Ten spacer widziała jako okazję do uchwycenia czegoś świeżego, czym można by było zapełnić pusty brzuch. Przeklinając się w myślach, bursztynowooki wrócił myślami do złapania ptaszyny. Sieweczka wykonała kilka kroczków w jego stronę, nieświadoma czyhającego na nią zagrożenia. Można by rzec, że wpadła prosto w sidła drapieżnika.
Powietrze przeciął świst. Pręgowany wybił się od niestabilnego podłoża, szybując prosto w stronę ofiary – sieweczka zdążyła zatrzepotać parą swych skrzydeł, jednak nim zdążyła podnieść się w górę, została objęta przez ostre pazury ucznia. Królicza Łapa wcisnął zwierzynę w piach, a następnie szybkim, wyćwiczonym ruchem, przegryzł jej krtań. W końcu ciało zwiotczało, dając się podnieść kocurowi. Zwinnym krokiem wrócił on do swojej towarzyszki, rzucając zdobycz pod jej łapy.
— Wracamy już? — zapytał, z cichą nadzieją na to, że kotka będzie chciała zostać z nim trochę dłużej. — Jeśli chcesz, możesz coś upolować! Klan na pewno ucieszy się, gdy zobaczy na stosie dwie nowe piszczki — dodał, próbując brzmieć na tyle przekonująco, na ile potrafił. Źródlana Łuna wpierw uniosła brew, lecz po tym skinęła łebkiem.
— Skoro nalegasz — rzuciła, wymijając ucznia. Jej kroki zdawały się takie lekkie, delikatne – jakby w rzeczywistości unosiła się nieznacznie nad powierzchnią. Bursztynowe oczy podążały za sylwetką niebieskiej, zapamiętując każdy jej ruch. Wojowniczka z gracją ugięła swe łapy, kręcąc przy tym uszami. Choć uczeń widział zaledwie skrawek jej mordki, dostrzegał na niej niezachwiane skupienie. Popielata nie dała się rozpraszać podczas polowania, co z pewnością czyniło z niej świetną łowczynię. Zatrzymała wzrok na jednym punkciku, a Królik, podążając za jej spojrzeniem, przyuważył biegusa. Stał nieopodal ich obu, zwrócony jednak w przeciwną stronę, niż się znajdowali. Wiatr także działał wojowniczce na korzyść, nie przynosząc jej zapachu pod dziób ofiary. Pręgowany spostrzegł, jak mięśnie kotki napinają się do skoku. W myślach zaczął odliczać: raz, dwa, trzy…
Wyskoczyła – jak na sygnał. Udało jej się niezwykle szybko i skutecznie obezwładnić beżowego ptaka, wkrótce kończąc jego żywot. Wziąwszy go w swoje szczęki, powróciła do obserwującego ją ucznia.
— Wracamy.

***

Po wojnie

Minęło kilka dni od momentu, w którym Klan Klifu stoczył krwawą i brutalną bitwę z Klanem Wilka. Bitwę – bo nie można było tego jednoznacznie nazwać wojną. Nie była ona obustronna, nie była wywołana konfliktem Liściastej Gwiazdy i Nikłej Gwiazdy, a jedynie chorymi ambicjami Terpsychory. “Podła szczurzyca!” – myślał kremowy. “Miedziany Kieł, Jerzykowa Werwa, Złota Droga, Liściasta Gwiazda” – wymieniał. Jednak to nie o nich najbardziej się martwił. Jego umysł wciąż zaprzątała jedna kotka, która w boju odniosła poważne obrażenia. Wojownik czuł żal, że nie zdołał jej wtedy pomóc. Może, gdyby rozejrzał się uważniej, dostrzegłby jej poranioną sylwetkę, a przy niej żądnego krwi i śmierci wilczaka.
Źródlana Łuna przebywała teraz w lecznicy. Uziemiona, na pewno srogo przybita. Króliczej Ułudzie serce krajało się na myśl, że szarawa kocica mogłaby czuć do siebie gorycz, wstyd. Nie potrafił żyć ze świadomością, że ona, tak samo, jak wszyscy inni, miała swoje wzloty i upadki. Może nie rozmawiali zbyt często, ale empatyczna dusza wojownika mówiła za niego. Leżąc na posłaniu, wpatrywał się w zielone, przekrwione oko, należące do młodego wojownika z przeciwnego klanu. Było brudne, pozlepiane piachem i kurzem. Wyglądało, jakby lada moment miało zacząć gnić, zasnuć się pleśnią i brzęczącymi owadami. Kremowy wygiął pysk w obrzydzonym grymasie, przenosząc wzrok na ścianę legowiska wojowników. Pragnął wyplenić ze swojego umysłu obraz zaśmierdłego, zniszczonego narządu wzroku.
— Nad czym tak myślisz? Wyrzuciłbyś może w końcu te obleśne oko! — wyrwało się nagle z czyjegoś pyszczka. Królicza Ułuda rozejrzał się wokół siebie, widocznie skonfundowany – jego wzrok przystanął na niebieskawej sylwetce, skąpanej w półmroku jaskini. Mysi Postrach. Na jego mordce widniał zadziorny uśmiech, a wąsy drgały z rozbawienia. Bursztynowooki obserwował go z daleka, z pustym wyrazem goszczącym na licach. Milczał, czując się jak skarcone młode.
— J-jasne… — odparł w pewnym momencie, spuszczając wzrok na swoje łapy. Nie sądził, że komukolwiek również przeszkadzało trzymane przez niego trofeum. Było symbolem jego własnej wygranej, jego dominacji, osiągniętej poprzez zaciętą walkę z wrogiem. Lecz – być może – faktycznie nieco przesadził. Wiedział, że oko nie będzie trwało przy nim wiecznie, że pewnego dnia pocznie wyglądać jak mysia strawa, jednak nie spodziewał się, że przyjdzie mu cieszyć się nim tak krótko.
Wziąwszy je w pysk, zgrabnym krokiem zsunął się ze skalnych półek. Swoje ślepia skupił na szparze między wodospadem a krawędzią obozowych ścian, przez którą do środka wpadało światło. Chciał odejść jak najdalej azylu, by nie narażać potencjalnych przechodniów na widok tak makabryczny – w końcu kto chciałby na kojącym zszargane nerwy spacerze, natknąć się na czyjeś oko? To niecodzienne zdarzenie na pewno wielu skłoniłoby do rozmowy z przywódcą, a wtedy mogłyby z tego wyniknąć niechciane konsekwencje. Przynajmniej dla Króliczej Ułudy, którego mogliby posądzić o pozostawianie fałszywych tropów, by wzbudzić panikę.
Wojownik przystanął na brzegu, wpatrując się w falującą pod nim taflę wody. Morze było ciemnogranatowe, z pewnością bardzo głębokie i nieprzewidywalne. Coś w nim sprawiło, że kremowemu zakręciło się w głowie. Czuł od niego chłód, wręcz bijące zimno. Miał złudne wrażenie, że morze zaprasza go w swoje lodowate objęcia. “Gdy wrócę, poproszę medyczki o mak…” – pomyślał z grozą. Czym prędzej wypuścił oko z uścisku jego szczęk i pognał w stronę, z której do jego uszu dobiegał szum wody. Przez całą, lecz niedługą drogę, czuł, jakby coś za nim podążało. Coś, co sprawiało, że po jego całym ciele przemykał dreszcz.
Przekroczywszy próg jaskini, wreszcie zaznał spokoju. Z drżącym świstem wypuścił powietrze z obolałych płuc i wtem skierował się w stronę lecznicy. Nim jednak do niej dotarł, przystanął przy gnieździe ze zwierzyną, z uwagą rozglądając się po piszczkach. Skoro zamierzał odwiedzić medyczki, równie dobrze mógłby zamienić kilka słówek z kotką o uważnych, miodowożółtych ślepiach. W swe bielusieńkie ząbki chwycił świeżą, wciąż ciepłą rybitwę. Zwierzyna zawisła bezczynnie w objęciach jego zgryzu – Królicza Ułuda wyruszył, z ogonem uniesionym wysoko. Z dumą, ale i przerażeniem odbijającym się w jego źrenicach. Nie wiedział, co przyniesie mu rozmowa z wojowniczką.
W momencie, w którym wkroczył do lecznicy, ogarnął go mrok. Swoim wzrokiem błądził po słabych zarysach kocich sylwetek i magazynków na zioła. “Na Klan Gwiazdy! Jak oni funkcjonują w takich ciemnościach?” – pomyślał, jeszcze zanim jego oczy przyzwyczaiły się do tutejszych warunków. Gdy udało mu się zlokalizować patrzącą na niego spod półprzymkniętych powiek Źródlaną Łunę, uśmiechnął się życzliwie. W kilku krokach znalazł się tuż obok, a następnie rzuciwszy pod jej łapy rybitwę, rozsiadł się wygodnie na chłodnej posadzce. W zasięgu jego wzroku nie objawiła się skrzywiona mordka co najmniej jednej z medyczek, co uznał za przyzwolenie na wizytę.
— Hej, Źródlana Łuno — przywitał się półszeptem, nie mając w zamiarach zbudzić śpiących obok poranionych wojowników. Zasługiwali na odpoczynek, po tym wszystkim, co zrobili w imię Klanu Klifu. — Jak się dziś czujesz? Czy ból jest znośny? — zapytał, równie cicho. Pozostał w bezruchu, a jego pysk poruszał się na tyle powoli, że można było zastanawiać się, czy słowa wychodzą kocurowi z gardła, czy może z brzucha.
— Potrzebujesz czegoś? — Zza jego pleców dobiegł głos Wiecznego Zaćmienia. Bursztynowooki przeniósł na nią spojrzenie swoich zmartwionych oczu i mruknął:
— Hm, może kilka ziarenek maku? Na później. Ostatnio źle sypiam, ciągle chodzę spięty, dręczą mnie nieprzychylne myśli. Dobrze by mi zrobił porządny odpoczynek.
Szylkretowa medyczka skinęła ze zrozumieniem głową, zanurzając nos w kępkach ziół. Kremowy, westchnąwszy ciężko, zwrócił się ponownie do popielatej towarzyszki.
— Udało ci się chociaż zranić tego ścierwojada? — wypluł z nieukrywaną odrazą. — Spałbym spokojniej, gdybym miał pewność, że zapamięta tę walkę do końca swoich dni! — kontynuował, zagryzając gniewnie wargę. Wiedział, że ten pojedynek nie był winą żadnego z członków Klanu Wilka, a jednak nie mógł przestać ich winić. Może, gdyby ślepo nie posłuchali się słów tej obłąkanej samotniczki, Źródlana Łuna wciąż miałaby pełny komplet łap i oczu?

<Źródlana Łuno?>