Dawno temu
Królik zamarł. W jego oczach mignęło nagle z tysiąc emocji na raz. Czy on się przesłyszał? Łuna była w ciąży? Czyli jednak miała partnera? Czyli… przez ten cały czas nawet nie miał szans na to, by z nią być? Choć nie, żeby chciał… oczywiście. Jego serce należało przecież wciąż do Dyniowej Skórki, mimo iż kotka zostawiła go w mieście. Nie był gotowy na kolejny związek, ale jak widział, nawet nie musiał.
Czuł, że w jego klatce piersiowej narasta uczucie, które ciężko było opisać. Czy był to niepokój? Złość? Może nawet zawód? Właściwie czuł się w tej chwili odrobinę zdradzony, choć nawet nie miał ku temu powodu. Nie byli razem. Nie czuli nic do siebie. A przynajmniej… ona nie czuła. On może się niegdyś łudził, że może ma jakieś szanse. Zderzenie z rzeczywistością okazało się jednak boleśniejsze, niż mogłoby mu się wydawać.
— Cóż… — odparł w końcu drżącym głosem. Spojrzał na swoje łapy, by Łuna nie musiała patrzeć na jego zgorzkniałą minę. — Ja też w życiu popełniłem dużo błędów; nie mógłbym odmówić ci pomocy. W końcu jako jedna z niewielu wciąż widzisz we mnie kota — rzucił beznamiętnie.
Dlaczego Łuna wybrała akurat jego? Przecież jego reputacja i tak nie była zbyt dobra, Judaszowcowa Gwiazda na pewno nie ucieszy się, jeśli dowie się, że jego wnuki rzekomo są dziećmi Króliczej Prawdy. Może niebieskofutra specjalnie poprosiła go o przysługę, bo wiedziała, że ten jej nie odmówi?
— Muszę… muszę już iść. Pomyśleć nad tym wszystkim, przetrawić to. Chyba rozumiesz, no nie? — dodał, podnosząc wzrok na kotkę. Dymna skinęła łbem w jego stronę, na co Królicza Prawda odwrócił się i ruszył w stronę przeciwną od obozu.
Maszerował dosyć szybko, chcąc oddalić się od Źródlanej Łuny jak najdalej w jak najkrótszym czasie. Czuł się tak, jakby jakieś wielkie szpony zaciskały się na jego gardle. Czy to, że zgodził się kryć… zdrajczynię… nie było wbrew woli Klanu Gwiazdy? Choć co on mógł o tym wiedzieć. Sam zawiódł Przodków, uciekając z Klanu Klifu, by założyć rodzinę z Dyniową Skórką. Cóż, może koniec końców nie był taki odmienny od Źródlanej Łuny; sporo ich ze sobą łączyło. Może gdyby warunki były lepsze, naprawdę mogliby… poznać się jakoś lepiej, nie ograniczając się jedynie do błahych, nieistotnych rozmów.
* * *
Jego żołądek wywrócił się do góry nogami. Kremowy o mało nie wypluł tego, co przed chwilą mielił w pysku. Przełknął kęs piszczki; zostało mu jej jeszcze trochę, ale Królik stracił już apetyt. Trącił stworzonko łapą, po czym wykrzywił pysk w niemrawym grymasie. “Dlaczego ta decyzja kosztuje mnie tak wiele stresu? Może nie powinienem się zgadzać?” – pomyślał. “Co, jeśli kocięta nie będą wyglądały jak ja? Czy moi pobratymcy skapną się, że wcale nie jestem ich biologicznym ojcem? A wtedy co…? Znowu zostanę ukarany? Wygnany?” – przeraził się; zmrużył nawet oczy, próbując wyobrazić sobie reakcję Judaszowcowej Gwiazdy na to, że został oszukany przez własną córkę i kocura, któremu jeszcze niedawno nadał karne imię i kazał wykonywać obowiązki ucznia.
Bał się, ale chyba nie mógł powiedzieć, że bał się bardziej od Łuny. W końcu to ona była w ciąży. On? On mógł powiedzieć, że niebieska wmówiła mu, iż jest ich biologicznym ojcem, że on o niczym nie wiedział. Ale czy to byłoby sprawiedliwe wobec Łuny? Niby… zgodził się na to, by wejść w to bagno razem z nią. To wszystko było takie skomplikowane! Dlaczego nie mógł być po prostu zwykłym wojownikiem? Dlaczego nie mógł być taki jak jego matka, brat, ktokolwiek? Dlaczego to on wciąż popełniał błędy, których wcale nie chciał popełniać? Dlaczego, Klanie Gwiazdy, dlaczego był taki głupi!
* * *
Teraźniejszość
Królicza Prawda zatrzymał się w półkroku; akurat miał wyjść na spacer. W pierwszym odruchu zamilkł i kilka razy zamrugał. Zrobiło mu się ciepło, wręcz gorąco. Na język cisnęły mu się wymówki, lecz powstrzymywał się przed ich wypowiedzeniem. Wciąż pamiętał, że przez swoją ignorancję stracił partnerkę i dzieci. Może gdyby wtedy nie uciekał od obowiązków, wciąż mógłby żyć w mieście wraz z Dyniową Skórką…
— P-pewnie… — wydusił w końcu, uśmiechając się sztucznie.
Pysk niebieskofutrej nawet nie drgnął. Wyglądała na zmęczoną; Królik postanowił, że skoro już byli na środku obozu, może trochę poudawać, że faktycznie są razem. Podszedł do niej i otarł się pyskiem o jej policzek, zmuszając się, by szepnąć:
— Odpocznij trochę od kociąt, dobrze ci to zrobi. Jak mniemam, są podobne… do ich ojca — stwierdził, po czym odsunął się od żółtookiej.
Ta tylko skinęła mu głową i odeszła.
Wojownik wahał się, czy aby na pewno chciał iść do żłobka, by opiekować się Szronem i Strzępkiem. Teraz jednak nie miał wyboru; obiecał Źródlanej Łunie, że się nimi zajmie. Głupio by było, gdyby ją wystawił. Ale mimo wszystko głupota płynęła w jego krwi – chyba nikt by się nie zdziwił na wieść, że Królik znów kogoś zawiódł.
Wszedł powolnym krokiem do kociarni; w jego stronę od razu zwróciły się dwie pary oczek. Kotka i kocurek wpatrywali się w niego w milczeniu.
— Hej — przywitał się, podchodząc w ich stronę. Trochę stresowała go obecność Jastrzębiego Zewu i Postrzępionego Mrozu. Czuł, że musi przed nimi udawać ojca idealnego, by nikt nie odkrył, że w rzeczywistości nie łączą go więzy krwi z tymi dziećmi. — Co u was? — zapytał, siadając niedaleko Szronu i Strzępka.
— Jesteśmy śpiący — oznajmiła młoda koteczka, wymieniając się spojrzeniami z bratem. Królik przeczuwał, że kłamała. Powiedziała to tylko po to, by uniknąć rozmów z “ojcem”.
Kremowy skinął łebkiem.
— Dobrze. Odpocznijcie sobie, mama zaraz wróci — mruknął, wzdychając.
Gdy Szron i Strzępka ułożyli się gdzieś na posłaniach, Królik sam zajął jedno wolne. Wpierw doglądał kociąt Źródlanej Łuny; obserwował, czy na pewno śpią, a nie biegają po żłobku i krzyczą na całe gardło. W pewnym momencie jednak go przyćmiło. Nie pamiętał, co się wydarzyło, ale w końcu sam usnął.
ᶻ 𝗓 𐰁
— Królicza Prawdo? — rozległ się głos. Był delikatny, taki jak te kwiaty. Słodki, kojący.
Kremowy odwrócił się w jego stronę i wtedy dostrzegł przed sobą wojowniczkę. Nie była nikim innym jak samą Źródlaną Łuną. Teraz wyglądała jednak na rozluźnioną, szczęśliwą. Nie było na jej pysku tego zmęczenia, które wsiąkło w nią od chwili, gdy dowiedziała się o ciąży.
— Łuno! — zawołał jakby zdziwiony. Od razu jednak odchrząknął, a mina mu zrzedła. Musiał trzymać ją na dystansie. — Dobrze dziś wyglądasz. Widzę, że odpoczynek od kociąt dobrze ci zrobił — dodał, próbując wymusić w sobie nonszalancję.
Źródlana Łuna przekręciła głowę.
— Od jakich kociąt? Przecież my nie mamy kociąt, głuptasie — oznajmiła, podchodząc bliżej zdezorientowanego wojownika.
Polizała go delikatnie po pysku, na co ten kompletnie zamarł. Był jak zamrożony.
— Co masz na myśli? Znaczy… tak, nie mamy kociąt, ale… znaczy, ja nie mam, ale ty masz. Z jakimś innym kocurem, nie pamiętasz? — wydukał zakłopotany.
Łuna usiadła obok niego i położyła głowę na jego barku.
— O czym ty bredzisz, Króliczku… Nie chciałabym kociąt z nikim innym niż tobą! — oznajmiła, mrużąc oczy.
O czym ona mówiła? O co jej chodziło? Może uderzyła się w głowę? Królik chciał się ruszyć, chciał uciec, lecz w tym momencie jego łapy były jak z kamienia. Wypuścił powietrze z płuc; miał spięte mięśnie i nie wiedział, jak powinien się czuć z faktem, że Łuna była w tej chwili tak blisko niego. Że zachowywała się tak, jakby… była partnerką Królika. Taką prawdziwą partnerką, a nie udawaną.
ᶻ 𝗓 𐰁
<Źródlana Łuno?>
koleś trochę się zagalopowałeś proszę nie śnić o mojej dziewczynie
OdpowiedzUsuńchyba chciales powiedziec ex dziewczynie 😛
Usuńprzynajmniej to moja ex dziewczyna a nie nieodwzajemniony crush której wychowujesz moje dzieci
Usuń