Przeszłość, przed odejściem z klanu uciekinierów
Kocur szedł lasem, krocząc między drzewami. Jego łapy bezszelestnie stąpały po poszyciu złożonym z igieł i mchu. Każdy krok był miękki, cichy. Uszy obracały się na boki, wyłapując ciche szelesty i szum koron. Oczy czujnie patrolowały każdy skrawek ziemi, ze zwężonymi źrenicami sprawdzając różne zakamarki, w których mogłaby się pochować zdobycz. Nozdrza delikatnie się poruszały, wciągając do płuc zapachy unoszące się dookoła wojowników. Bicolor rozpoznawał w nich żywicę, korę, delikatną woń wiewiórki oraz swojego ojca.
Właśnie, jeśli chodziło o Miodową Korę, to… Czekoladowy sam nie wiedział, co o nim myśleć. W końcu to był jego ojciec. To był kot, który przez całe życie tyle dla niego znaczył i nadal zajmował specjalne miejsce w sercu Kamiennego Pióra. Liliowy zawsze go wspierał, wierzył w niego, pomagał mu. Bicolor chyba nie mógł sobie wymarzyć lepszego taty.
Jednak… To, co zrobił, to co powiedział tego dnia, na tym spacerze… To było… Szokujące. Kocur nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał od ojca. Myśli kłębiły mu się w głowie, a emocje nie pozwalały prawidłowo myśleć. Nic z tego nie rozumiał.
Po pierwsze, dlaczego Miodowa Kora chciał się wyprowadzić z klanu? Jak w ogóle ta myśl przyszła mu do głowy i jak mógł chcieć ją zrealizować!? Przecież to było… Nielojalne. Niezgodne z Kodeksem Wojownika. To była zdrada! Wobec ich własnego klanu. Klanu, który był ich rodziną, ich domem, całym ich życiem. Gdyby nie byli klanem, byliby tylko grupą brudnych, wychudzonych samotników plątających się przy Drogach Grzmotu, żywiących się padliną. Powinni być wdzięczni. Wobec klanu, który dawał im schronienie w bezpiecznym, przyjemnym, ciepłym obozie. Wobec klanu, który dawał im pokarm, kiedy byli tylko kociakami, nieumiejącymi walczyć ani polować. Wobec klanu, który ich wyszkolił, nauczył ich, jak sobie radzić. A Miodowa Kora chciał teraz… Tak po prostu odejść. Zniknąć. Bez ani jednego słowa. Uciec jak tchórz.
Po drugie, dlaczego rodzina Kamiennego Pióra przystała na ten pomysł godny mysiego móżdżku. Czy im też pająki zasnuły mózg? Czy myśleli w ten sam sposób co jego ojciec, czy może postanowili, że odejdą tylko dlatego, że nie chcieli, żeby Miodowa Kora ich zostawił? Bicolor wyobraził sobie pyski Iskrzącej Nadziei, Wilgowej Goryczy i Porywistego Dębu. Czy oni naprawdę zostawiliby swój klan? Mimo tego wszystkiego, co mówi Kodeks Wojownika? Czy nie mieli w sobie ani trochę wierności, lojalności?
Kamienne Pióro spojrzał z ukosa w stronę Miodowej Kory. Wiedział, że nie pójdzie za ojcem. Nie, nigdy w życiu. Za nic w świecie nie poczyniłby się do zrobienia czegoś takiego. Do ucieczki jako tchórzliwy, niezasługujący na miejsce w Klanie Wilka kot. Wojownik musiał być wierny, lojalny, bohaterski, odważny, dzielny, waleczny… Najwyraźniej Miodowa Kora tych cech nie miał.
Odeszli. Tak po prostu. Zniknęli. Jego ojciec nie zmienił zdania. Uciekł. I nie wrócił. Pewnie już nigdy nie wróci. Porywisty Dąb też. Też go zostawił. Chociaż się często kłócili, Kamienne Pióro go kochał. Byli przecież rodzeństwem. Dlaczego nie pomyśleli o nim, o Iskrzącej Nadziei i o Wilgowej Goryczy? Czy rodzina się dla nich nie liczyła?
Łza spłynęła po policzku wojownika. Zmoczyła jego sierść, która od razu pozlepiała się w wilgotne kosmyki. Spadła do kałuży, przy której siedział kocur. Odbiła się od jej powierzchni i zanurzyła w głębinach. Czekoladowy obserwował to w milczeniu.
Poczuł, jak robi mu się zimno, chociaż słońce tego dnia świeciło mocno. Jednak ono też jakby przygasło. Stało się bardziej wyblakłe, straciło swoją barwę. Tak samo, jak wszystko dookoła. Cierniste pnącza wyglądały inaczej. Miał wrażenie, że przed chwilą nie były zgniłe. Kamienne Pióro rozejrzał się dookoła. To wszystko było takie… Dziwne. Temperatura wciąż spadała, w końcu zrobiło się lodowato. Wojownik skulił się, a po jego ciele zaczęły przebiegać mocne dreszcze. Jednocześnie czuł, jak coś wbija się w jego skórę. Łapie za gardło. Czuł mocny nacisk na krtań, przez chwilę nie mógł oddychać. Wycharczał coś niezrozumiałego. Miał wrażenie, że się dusi. Słońce jeszcze bardziej zblakło.
Kocur cofnął się o krok, a jego futro się nastroszyło. Chciał uciec, ale nie wiedział przed czym. Zrobił kolejny krok do tyłu, zorientował się, że już może oddychać. Kiedy łapał oddech, boki gwałtownie mu się unosiły i opadały, rozszerzonymi z przerażenia oczami rozglądał się dookoła. Kolejny krok.
I nagle uderzył o coś twardego. Ledwo zdążył się obrócić, kiedy pnącza oderwały się od ziemi i owinęły się wokół niego. Przewróciły go i wbiły swoje kolce w jego szyję. Krew trysnęła na wszystkie strony, Kamienne Pióro zaczął się nią krztusić. Wymachiwał łapami na wszystkie strony, w końcu udało mu się kopnięciem tylnych łap odgonić od siebie pnącza.
Kocur wstał, chwiejąc się na łapach. Przewrócił się. Leżał przez chwilę w kałuży swojej krwi, która cały czas rosła. Wypływała z licznych ran na jego ciele.
Po chwili spróbował jeszcze raz. Z wielkim wysiłkiem dźwignął się na łapy. Ciężko sapiąc, pokuśtykał przed siebie. Kiedy oddalił się nieco od pnączy, usiadł przy kałuży. Tej samej, przy której siedział wcześniej. Nagle woda zabarwiła się na czerwono, a Kamienne Pióro poczuł od niej wyraźny, świeży zapach krwi. Jednak to nie była jego krew.
Z czerwonej kałuży wyszedł liliowy kocur. To był Miodowa Kora. Wojownik ledwo go rozpoznał. Liliowy miał skołtunione, brudne futro, jego oczy dziko błyszczały, z pazurów spływała krew, a za nim pełzały te same gnijące pnącza, które zaatakowały Kamienne Pióro wcześniej.
— Mogłeś odejść z nami. — Ojciec miał dziwnie gruby i donośny głos. Jego miauknięcia poniosły się po całym lesie, który nagle spowił się mrokiem.
"Mogłeś odejść z nami" — powtórzyło kilka razy echo.
Kamienne Pióro rozejrzał się spanikowany. Serce mu waliło. Chciał rzucić się do ucieczki, ale za nim wyrosła wysoka skalna ściana. Miodowa Kora był coraz bliżej. Jeszcze trzy kroki. Dwa. Czekoladowy zacisnął oczy.
Kocur poderwał się na równe łapy, zdyszany i spocony. Przez chwilę stał tak z najeżonym futrem, ale potem dotarło do niego, że znajduje się w legowisku wojowników. Był bezpieczny.
— Wszystko dobrze? — miauknął ktoś z tyłu, Kamienne Pióro nawet nie zarejestrował, kto to był.
— Tak — mruknął kocur bez przekonania. — Tak, wszystko dobrze.
To był tylko sen. Wojownik spojrzał na posłanie Miodowej Kory. Puste. Posłanie Porywistego Dębu również było puste.
"Już nie wrócą. Musisz przestać o nich myśleć" — powiedział sam do siebie w myślach.
Właśnie, jeśli chodziło o Miodową Korę, to… Czekoladowy sam nie wiedział, co o nim myśleć. W końcu to był jego ojciec. To był kot, który przez całe życie tyle dla niego znaczył i nadal zajmował specjalne miejsce w sercu Kamiennego Pióra. Liliowy zawsze go wspierał, wierzył w niego, pomagał mu. Bicolor chyba nie mógł sobie wymarzyć lepszego taty.
Jednak… To, co zrobił, to co powiedział tego dnia, na tym spacerze… To było… Szokujące. Kocur nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał od ojca. Myśli kłębiły mu się w głowie, a emocje nie pozwalały prawidłowo myśleć. Nic z tego nie rozumiał.
Po pierwsze, dlaczego Miodowa Kora chciał się wyprowadzić z klanu? Jak w ogóle ta myśl przyszła mu do głowy i jak mógł chcieć ją zrealizować!? Przecież to było… Nielojalne. Niezgodne z Kodeksem Wojownika. To była zdrada! Wobec ich własnego klanu. Klanu, który był ich rodziną, ich domem, całym ich życiem. Gdyby nie byli klanem, byliby tylko grupą brudnych, wychudzonych samotników plątających się przy Drogach Grzmotu, żywiących się padliną. Powinni być wdzięczni. Wobec klanu, który dawał im schronienie w bezpiecznym, przyjemnym, ciepłym obozie. Wobec klanu, który dawał im pokarm, kiedy byli tylko kociakami, nieumiejącymi walczyć ani polować. Wobec klanu, który ich wyszkolił, nauczył ich, jak sobie radzić. A Miodowa Kora chciał teraz… Tak po prostu odejść. Zniknąć. Bez ani jednego słowa. Uciec jak tchórz.
Po drugie, dlaczego rodzina Kamiennego Pióra przystała na ten pomysł godny mysiego móżdżku. Czy im też pająki zasnuły mózg? Czy myśleli w ten sam sposób co jego ojciec, czy może postanowili, że odejdą tylko dlatego, że nie chcieli, żeby Miodowa Kora ich zostawił? Bicolor wyobraził sobie pyski Iskrzącej Nadziei, Wilgowej Goryczy i Porywistego Dębu. Czy oni naprawdę zostawiliby swój klan? Mimo tego wszystkiego, co mówi Kodeks Wojownika? Czy nie mieli w sobie ani trochę wierności, lojalności?
Kamienne Pióro spojrzał z ukosa w stronę Miodowej Kory. Wiedział, że nie pójdzie za ojcem. Nie, nigdy w życiu. Za nic w świecie nie poczyniłby się do zrobienia czegoś takiego. Do ucieczki jako tchórzliwy, niezasługujący na miejsce w Klanie Wilka kot. Wojownik musiał być wierny, lojalny, bohaterski, odważny, dzielny, waleczny… Najwyraźniej Miodowa Kora tych cech nie miał.
* * *
Teraźniejszość
TW: gore
Łza spłynęła po policzku wojownika. Zmoczyła jego sierść, która od razu pozlepiała się w wilgotne kosmyki. Spadła do kałuży, przy której siedział kocur. Odbiła się od jej powierzchni i zanurzyła w głębinach. Czekoladowy obserwował to w milczeniu.
Poczuł, jak robi mu się zimno, chociaż słońce tego dnia świeciło mocno. Jednak ono też jakby przygasło. Stało się bardziej wyblakłe, straciło swoją barwę. Tak samo, jak wszystko dookoła. Cierniste pnącza wyglądały inaczej. Miał wrażenie, że przed chwilą nie były zgniłe. Kamienne Pióro rozejrzał się dookoła. To wszystko było takie… Dziwne. Temperatura wciąż spadała, w końcu zrobiło się lodowato. Wojownik skulił się, a po jego ciele zaczęły przebiegać mocne dreszcze. Jednocześnie czuł, jak coś wbija się w jego skórę. Łapie za gardło. Czuł mocny nacisk na krtań, przez chwilę nie mógł oddychać. Wycharczał coś niezrozumiałego. Miał wrażenie, że się dusi. Słońce jeszcze bardziej zblakło.
Kocur cofnął się o krok, a jego futro się nastroszyło. Chciał uciec, ale nie wiedział przed czym. Zrobił kolejny krok do tyłu, zorientował się, że już może oddychać. Kiedy łapał oddech, boki gwałtownie mu się unosiły i opadały, rozszerzonymi z przerażenia oczami rozglądał się dookoła. Kolejny krok.
I nagle uderzył o coś twardego. Ledwo zdążył się obrócić, kiedy pnącza oderwały się od ziemi i owinęły się wokół niego. Przewróciły go i wbiły swoje kolce w jego szyję. Krew trysnęła na wszystkie strony, Kamienne Pióro zaczął się nią krztusić. Wymachiwał łapami na wszystkie strony, w końcu udało mu się kopnięciem tylnych łap odgonić od siebie pnącza.
Kocur wstał, chwiejąc się na łapach. Przewrócił się. Leżał przez chwilę w kałuży swojej krwi, która cały czas rosła. Wypływała z licznych ran na jego ciele.
Po chwili spróbował jeszcze raz. Z wielkim wysiłkiem dźwignął się na łapy. Ciężko sapiąc, pokuśtykał przed siebie. Kiedy oddalił się nieco od pnączy, usiadł przy kałuży. Tej samej, przy której siedział wcześniej. Nagle woda zabarwiła się na czerwono, a Kamienne Pióro poczuł od niej wyraźny, świeży zapach krwi. Jednak to nie była jego krew.
Z czerwonej kałuży wyszedł liliowy kocur. To był Miodowa Kora. Wojownik ledwo go rozpoznał. Liliowy miał skołtunione, brudne futro, jego oczy dziko błyszczały, z pazurów spływała krew, a za nim pełzały te same gnijące pnącza, które zaatakowały Kamienne Pióro wcześniej.
— Mogłeś odejść z nami. — Ojciec miał dziwnie gruby i donośny głos. Jego miauknięcia poniosły się po całym lesie, który nagle spowił się mrokiem.
"Mogłeś odejść z nami" — powtórzyło kilka razy echo.
Kamienne Pióro rozejrzał się spanikowany. Serce mu waliło. Chciał rzucić się do ucieczki, ale za nim wyrosła wysoka skalna ściana. Miodowa Kora był coraz bliżej. Jeszcze trzy kroki. Dwa. Czekoladowy zacisnął oczy.
Kocur poderwał się na równe łapy, zdyszany i spocony. Przez chwilę stał tak z najeżonym futrem, ale potem dotarło do niego, że znajduje się w legowisku wojowników. Był bezpieczny.
— Wszystko dobrze? — miauknął ktoś z tyłu, Kamienne Pióro nawet nie zarejestrował, kto to był.
— Tak — mruknął kocur bez przekonania. — Tak, wszystko dobrze.
To był tylko sen. Wojownik spojrzał na posłanie Miodowej Kory. Puste. Posłanie Porywistego Dębu również było puste.
"Już nie wrócą. Musisz przestać o nich myśleć" — powiedział sam do siebie w myślach.
Dziękuję, Ruda za sesję!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz