BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiciokrzew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiciokrzew. Pokaż wszystkie posty

28 lipca 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

— Wiciokrzewie — zaczęła Mistral, podchodząc do zielonookiego. — Jak się dzisiaj czujesz? — spytała, ostrożnie kładąc zioła na ziemi, by następnie usiąść przed dawnym uzdrowicielem.
Liliowy martwił się stanem swojej córki, która od ostatnich kilku dni izolowała go od większości społeczności Owocowego Lasu. Nie pozwalała, by jakikolwiek stróż do niego podchodził i ingerował w jego stan zdrowia. To samo tyczyło się szamanki, jej ucznia i Gołąbka. Białofutra jakby kompletnie zatraciła się w chęci pomocy Wiciokrzewowi, co znacznie go niepokoiło. W końcu ją to wyniszczy. Powinna skupić się na swoich obowiązkach, rozmawiać z kotami w swoim wieku i nawiązywać nowe relacje, a zamiast tego większość czasu spędzała z byłym uzdrowicielem, który już dawno stracił sens życia. Dlaczego tak bardzo się nim przejmowała? Teraz był tylko schorowanym starszym. Jedną łapą stał już w grobie, a najintensywniejsze i najważniejsze księżyce jego życia dawno minęły. Próba naprawienia go nigdy nie przyniesie owoców, więc nie powinna być nawet podejmowana.
Zielonooki wiedział jednak, że samymi słowami nie sprawi, by Mistral odpuściła. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie spocznie, póki nie dopnie swego. Nawet gdyby miała odciąć się od całej społeczności Owocowego Lasu, zrobiłaby to bez wahania. Ta myśl niepokoiła Wiciokrzewa. Nie mógł pogodzić się z tym, że z jego winy jego własna córka mogłaby zmarnować najlepsze księżyce swojego życia.
Wpatrywał się w nią smutnym wzrokiem, nie odpowiadając na jej pytanie. W końcu białofutra odchrząknęła, przypominając mu, że wciąż czeka na odpowiedź.
— C-coraz lepiej, có- — urwał nagle, po czym odkaszlnął nerwowo. — Dziękuję za te z-zioła, M-Mistral. Naprawdę się s-starasz i na-należy ci się... odpoczynek — dodał, spuszczając wzrok na własne łapy.
— Chcę po prostu nadrobić czas, kiedy to nie byłam najlepszą uczennicą dla ciebie. Do dziś żałuję, że tak cię traktowałam i to tylko z powodu, że moja matka umarła, a to nawet twoja wina nie była — wymruczała niebieskooka. — Na odpoczynek przyjdzie czas później, poza tym odkąd jest Modrogończyk, to nie mam aż tylu obowiązków. W końcu to on zastąpi Purchawkę, a nie wybrany uzdrowiciel lub zielarz, jak to dawniej bywało.
Wiciokrzew wiedział, że tak właśnie będzie. Czuł się bezsilny wobec uporu Mistral. Nie nakrzyczy przecież na nią. Nie zmusi jej, by przestała go odwiedzać. Robiła to z dobroci serca, więc powinien być jej za to wdzięczny, zamiast próbować ją od siebie odsunąć. A jednak, widząc, jak bardzo odbija się to na jej zdrowiu, nie potrafił się z tego cieszyć.
— N-nie musisz. Nie mam ci te-tego za z-złe — przypomniał cicho, wciąż nie podnosząc wzroku, jakby się czegoś wstydził. Bo, co wcale nie było dziwne, wstydził się — i to bardzo. Czuł, że powinien być silniejszym kotem. Takim, któremu jakiś młodziak nie musiałby zanosić przeróżnych ziołowych mieszanek, by dodać mu sił. — Po-powinnaś za-zająć się Owocowym La-Lasem... i zrobić wszystko, żeby ni-nigdy więcej nie wy-wyrósł w nim ktoś taki jak j-ja — westchnął smutno.
— Ktoś taki jak ty? Nie mów tak! Nawet nie próbuj przy mnie ciągle rozpamiętywać śmierci tego wojownika! — Mistral fuknęła niczym obrażony kociak. — Nie możesz całe życie żyć tym jednym błędem. Takim podejściem zły mi przykład dajesz, wiesz?
Starszy w końcu uniósł brodę, spoglądając na swoją córkę wzrokiem pełnym bólu, jakby ten kumulował się w nim od samego dzieciństwa. Choć tak naprawdę właśnie tak było. Jego zmęczenie i bezsilność nie narodziły się dopiero po śmierci Ziemniaka. Były z nim znacznie dłużej. Już od chwili narodzin skazany był na cierpienie.
— Och, Mistral. G-gdyby to tylko o n-niego chodziło… — mruknął smętnie, przypominając sobie czasy swojego dzieciństwa. Pamiętał słowa matki, które raniły go niczym ciernie. Pamiętał też, jak Cierń powtarzała mu, że bycie medykiem nie jest honorowe i że powinien zostać wojownikiem. Potem przyszedł czas wyczerpujących — zarówno fizycznie, jak i psychicznie — treningów z Rokitnikiem, które zmieniły go na zawsze. Jego życie było po prostu niekończącą się serią porażek, przez które na starość stał się tym, kim był dzisiaj.
— Skoro nie tylko to opowiedz mi o tym, proszę. Sam mówisz, że powinnam zająć się Owocowym Lasem, lecz ty też jesteś jego częścią. Nie chcę nie wiadomo ilu kotom na raz pomagać, gdyż to finalnie minie się z celem. Chce pomagać po kolei, powoli, w tempie każdego, by te działania niosły ze sobą odpowiedni skutek, a nie były krótkotrwałą ulgą dla kogoś — naciskała białofutra.
Dawny uzdrowiciel nie wiedział, jak ubrać w słowa to, co chciał przekazać córce. Ostatecznie postanowił mówić to, co samo cisnęło mu się na język.
— Może i je-jestem jego częścią, ale na pe-pewno nie jego przyszłością. Po-powinnaś zająć się ty-tymi, których je-jeszcze da się uratować. Ja nie-niedługo odejdę i na nic z-zdadzą się twoje próby po-pomocy mi. Mu-musisz dopilnować, żeby ni-nikt z Owocniaków na s-starość nie skończył tak s-samo, jak ja. Taki zgorzkniały… b-bezsilny — wyjaśnił drżącym głosem, czując, jak oczy zaczynają zachodzić mu łzami.
— Możliwe, lecz każdy zasługuje, by nawet w ostatnich księżycach życia odnaleźć spokój ducha, szczególnie nim spotka Wszechmatkę. Tobie może i nikt nie pomógł wcześniej, jednak teraz jestem ja i możesz mówić, co chcesz, lecz będę do ciebie przychodzić dopóty, dopóki oddychasz. Jeśli będzie z tobą lepiej to może niekoniecznie codziennie, ale jednak nie będziesz czuł się porzucony ani zostawiony samemu sobie.
Wiciokrzew nie wiedział, jak długo musiałby jeszcze zapewniać Mistral, że żadne słowa nie są już w stanie mu pomóc. Najpewniej aż do samej śmierci, bo do białofutrej zdawał się nie docierać żaden z jego argumentów.
Na moment umilkł, ponownie spuszczając wzrok na własne łapy. Zastanawiał się, co jeszcze chciałby przekazać córce, nim odejdzie z tego świata. Czy powinien w końcu wyznać jej, że jest jej biologicznym ojcem, czy może lepiej będzie, jeśli pozostanie w błogiej nieświadomości? W ten sposób przynajmniej mieli ze sobą coś wspólnego. Liliowy również nigdy nie poznał swojego ojca i raczej już go nie pozna, skoro Cierń odeszła z tego świata.
— Niech ci b-będzie — miauknął w końcu, po czym poprawił się na posłaniu i odchrząknął. — Prawda jest taka, że ni-nigdy nie znałem s-swojego ojca, a moja ma-matka była kotką niezwykle s-surową i wymagającą. Uważała, że je-jestem dziwny. Wstydziła się mnie. Wi-widziałem, jak patrzy na mnie z o-odrazą, a to wszystko dla-dlatego, że nie byłem si-silny. Nie byłem dumny. Nie byłem a-ambitny. Marzyła o tym, bym zo-został wojownikiem. Chciała, bym był w sta-stanie się bronić. A ja… ja ją za-zawiodłem — wyrzucił z siebie w końcu.
Mógłby mówić dalej, lecz za bardzo się wystraszył. Zrzucenie tego wszystkiego z serca wcale nie przyniosło mu ulgi, a zamiast tego sprawiło, że zestresował się jeszcze bardziej. Nigdy przecież nie chciał obciążać innych kotów swoimi problemami. Tym bardziej nie kogoś młodszego od siebie.
— Może i w jej mniemaniu ją zawiodłeś, lecz to twoje życie, to ty decydujesz, nie inni. Dobra, może to egoistycznie zabrzmiało, biorąc pod uwagę moje dotychczasowe działanie, lecz ja to robię z troski, a ona zapewne ze swoich niespełnionych ambicji. Może nie byłeś dumny czy silny, ale byłeś sobą i to powinno się liczyć. Prawdziwa matka powinna to zaakceptować, a przynajmniej tak mi się wydaje... Sama wzoru nie miałam, lecz Purchawka jest dla mnie niczym przybrana matka, a ona akceptuje moje wady, nawet pomaga mi z niektórymi pracować, by było mi łatwiej w życiu.
Zielonooki pokręcił głową z rezygnacją.
— Wi-widzisz, Mistral, w tym wła-właśnie tkwi sęk. Łatwo jest mó-mówić, że po-poszczególny kot nie powinien dy-dyktować tego, jak się czujesz ani ja-jaki masz stosunek do sa-samego siebie. Ale je-jeśli ten kot przez długi cza-czas był dla ciebie naj-najważniejszy i najbliższy, to trudno nie brać sobie do se-serca jego słów. Może i to, co mó-mówiła moja ma-matka, było raniące, szko-szkodliwe i nieprawdziwe, ale jako młody, głupiutki kociak wi-widziałem w niej jedyne o-oparcie. Była dla mnie na-najmądrzejszym kotem w Owocowym Le-Lesie, któremu chciałem za-zaimponować — wyjaśnił, czując, jak supeł zaciska mu się na gardle. — To my-myślenie we mnie zo-zostało. Wiem, że jest szko-szkodliwe. Ale ono... za-zakorzeniło się we mnie. Jest jak za-zaraza, z której ni-nigdy nie będę w stanie się wy-wyleczyć — dokończył, po czym wlepił swój przestraszony wzrok w białofutrą kotkę.
Czy powiedział za dużo? Dlaczego nie mógł po prostu udawać, że słowa Mistral naprawdę go pocieszały? Wtedy przynajmniej miałaby spokój, wierząc, że jakoś mu pomaga. Och, czemu musiał być taki głupi i nie pomyśleć o tym wcześniej?
— Nawet jeśli to prawda, to nie szkodzi spróbować to zmienić. Może nie będzie to proste, lecz same chęci do zmiany tego są już dużym postępem. Cieszę się, że w końcu zacząłeś mi o tym wszystkim mówić, będę teraz nieco spokojniejsza. Wiedz jednak, że nadal będę przychodzić. Może nawet zmienię moje dotychczasowe ustalenia, ale chciałabym nadal z tobą rozmawiać, obojętnie na jaki temat. Chcę, byś czuł się częścią Owocowego Lasu, albo przynajmniej kimś ważnym dla mnie, dobrze?
Wiciokrzew czuł się obrzydliwie po tym wszystkim, co powiedział Mistral. Czuł się taki… bezbronny. Przez tak długi czas nie dzielił się swoimi problemami z innymi kotami, że zdążył już zapomnieć, iż podobno miało to przynosić ulgę. Zamiast niej czuł jedynie wstyd. Jakby właśnie dał białofutrej kolejny powód, by patrzyła na niego jak na pokrakę. Wiedział, że już wcześniej nie było szans, by widziała w nim kogokolwiek innego niż płaczliwego, słabego uzdrowiciela, lecz teraz, gdy z jego pyska padły te wszystkie słowa, miał wrażenie, że pogrążył się jeszcze bardziej.
Nie rozumiał, dlaczego tak się czuł. Dlaczego miał ochotę wyszarpać sobie język, byle tylko nigdy więcej nie dzielić się swoimi przeżyciami z kimkolwiek? Przecież nie powinno tak być. Powinien rozmawiać z Mistral, by mogła mu pomóc. Tak przecież robiły normalne koty. Mówiły głośno o swoich problemach, by poczuć się lżej.
Liliowy w końcu skinął głową na słowa zielarki, jednak jedyne, o czym potrafił teraz myśleć, to to, jak okropnie się czuł i jak bardzo nie potrafił uwolnić się od tego uczucia. Chciał zapaść się pod ziemię. Albo uciec z Owocowego Lasu. Może nawet zrobić coś znacznie bardziej desperackiego, o czym nie chciał nawet teraz myśleć. Nie w towarzystwie młodszej.
— Mo-możesz już mnie zo-zostawić s-samego? — wydukał z trudem, ledwo potrafiąc spojrzeć córce w oczy.
Mistral widząc, jak ciężka była to rozmowa dla starszego, skinęła głową i w ciszy wyszła, prosząc najbliższego stróża, by w razie jakieś niepokojących dźwięków z legowiska starszyzny, od razu ją informował.
Liliowy czuł się teraz tak, jakby był uwięziony. Jakby z każdej strony otaczały go spojrzenia córki, stróży i reszty starszyzny. Wiedział jednak, że prędzej czy później znajdzie sposób, by przestać czuć się w ten sposób. Musiał go znaleźć. Nieważne, jak bardzo Mistral próbowałaby go powstrzymać — on lepiej wiedział, co będzie najkorzystniejsze dla wszystkich. A skoro po raz ostatni miał okazję przysłużyć się kotom, które kochał, zamierzał jej nie zmarnować.

* * *

Teraźniejszość

Od rozmowy z Mistral, w której zdradził jej część informacji o swoim dzieciństwie, ani razu nie powiedział jej niczego więcej. Właściwie od tamtego momentu jeszcze bardziej pilnował się w kwestii tego, co mówił, i coraz częściej starał się udawać, że czuje się lepiej psychicznie, jak i fizycznie. Nie próbował odtrącić swojej córki ani nie mówił jej, że jej starania, by go naprawić, są bezużyteczne. Dalej oczywiście tak uważał, lecz w trosce o nią pozwalał jej żyć w przekonaniu, że jej praca w końcu przynosi jakieś efekty.
Jednocześnie nie potrafił pozbyć się myśli, że prędzej czy później nadejdzie czas na to, o czym tak długo rozmyślał. Wiedział, że lepiej będzie, jeśli ukróci cierpienia zarówno sobie, jak i białofutrej. Nawet jeśli przez kilka następnych księżyców niebieskooka miałaby czuć się przez to źle, wierzył, że później uda jej się o tym zapomnieć i będzie w stanie żyć jak normalny Owocniak. Nie mógł pozwolić na to, by jej obsesyjne zamartwianie się stanem liliowego zniszczyło ją jeszcze bardziej niż dotychczas. A skoro zielarka sama nie zamierzała odpuścić, pozostawał mu tylko jeden sposób. Może i niezbyt łatwy ani przyjemny, ale jedyny.
Właśnie dlatego pewnego dnia Wiciokrzew postanowił przejść się na spacer. Bardzo niepozorny, choć już wtedy, gdy wyszedł z legowiska starszyzny, podeszła do niego stróżka — Miodunka.
— Dokąd się wybierasz, Wiciokrzewie? — zapytała.
Liliowy wiedział, że srebrzysta nie robiła tego z własnej woli, lecz dlatego, że poprosiła ją o to Mistral. Trochę go to dobijało.
— Na te-terenach zawitała Po-Pora Nowych Liści! Chciałem tylko prze-przejść się i po-popodziwiać jej piękno — wyjaśnił, siląc się na najbardziej entuzjastyczny ton, jaki tylko potrafił.
Stróżka jeszcze przez moment patrzyła na niego podejrzliwie, lecz finalnie niczego nie powiedziała. Wiciokrzew był w końcu dorosłym kotem i nikt nie mógł mu zakazać wychodzenia poza obóz. Nie był więźniem, a jedynie starszym.
Prędko opuścił azyl, nim zdążyła zauważyć go białofutra kotka. Gdyby tylko dostrzegła, że kocur przebywa poza legowiskiem starszych, najpewniej zdenerwowałaby się i kazała mu do niego wracać. Zielonooki musiał działać szybko, jeśli nie chciał, by ta uparta młódka przeszkodziła mu w zrealizowaniu swojego planu.
Udało mu się szybko dotrzeć nad Drogę Grzmotu, mimo że przez tak szybkie tempo zdążył się zmęczyć. Na tyle, że łapy zaczęły go palić ze zmęczenia. Wiedział jednak, że niedługo ten ból minie i nie będzie już miał znaczenia.
Widząc chropowatą powierzchnię i czując gryzący zapach, uśmiechnął się pod nosem. Śmiało wkroczył wprost na drogę, czując, jak ogarnia go spokój. W końcu usiadł, gotów na to, co miało się stać za chwilę. A przynajmniej na to, co myślał, że miało się stać.
Nagle jednak w oddali usłyszał znajomy głos, który został przerwany przez głośny ryk potwora. Wiciokrzew otworzył szerzej oczy, zamierając w kompletnym bezruchu.

<Mistral? Czy to ty?>

22 czerwca 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

Wchodząc do dziupli uzdrowicieli, Wiciokrzew spostrzegł swoją córkę, która właśnie padała na swoje posłanie. Od razu potem jej wzrok zaczął śledzić ruchy liliowego, który z początku wzdrygnął się pod ciężarem spojrzenia białofutrej. Niedawno spytała go, czy coś go trapi, a on znowu jak głupi futrzak wywinął się od odpowiedzi. Teraz lecznica znów była pusta, a on miał okazję opowiedzieć córce o wszystkim, co go męczyło. Czy jednak chciał to robić? Czy chciał obarczać ją swoimi problemami? Nie dało się ukryć, że miał ich całkiem sporo i sam ledwo dawał sobie z nimi radę. Nie chciał, by Mistral jeszcze bardziej martwiła się o jego dobrostan.
Już miał bez słowa położyć się na swoim posłaniu i odpocząć, gdy nagle rozległ się głos kotki:
— Nie wyglądasz za dobrze — stwierdziła, wpatrując się w jego zmęczony wyraz pyska. — A zachowujesz się jeszcze gorzej, choć wciąż próbujesz mi wmówić, że wszystko u ciebie w porządku — dodała.
Liliowemu ciężko było stwierdzić, czy robi mu teraz wyrzuty, czy jedynie dzieli się swoimi spostrzeżeniami.
— Bo… jest w po-porządku — odezwał się uzdrowiciel, lecz czuł, że jego słowa były puste. Nawet Mistral spojrzała na niego załamana, jakby oczywistym było, że kocur kłamie.
W końcu westchnął ciężko, odwracając wzrok od młodszej kotki.
— No d-dobra, nie jest — dodał, kładąc po sobie uszy. — Ale… mam pra-prawie 80 księżyców na ba-barkach i powinienem sam radzić sobie z mo-moimi problemami. Jesteś zbyt m-młoda, by mi po-pomagać — stwierdził, zaciskając mocniej zęby.
— Dobrze, w takim razie nie muszę ci pomagać. Chcę cię po prostu zrozumieć. Dlaczego taki jesteś? — drążyła dalej. Nie zapowiadało się na to, by miała dziś odpuścić, póki nie pozna prawdy.
— To… zbyt du-dużo, by o-opowiadać — mruknął, wciąż nie chcąc ulec namowom Mistral. On także nie chciał odpuszczać.
— Mam czas — zauważyła białofutra z coraz mniejszą cierpliwością. — Wykonałam już wszystkie swoje obowiązki, a poza tym lecznica jest pusta. Nie masz się czego obawiać — dodała, poruszając wibrysami nerwowo.
— Nie… n-nie jestem g-gotowy.

* * *

Tw: Myśli samobójcze

Wreszcie spełnił się jego największy koszmar. Tak bardzo przymuszał się do pracy, by przypadkiem nie zostać uznanym za niezdolnego do pełnienia swojej funkcji, że w końcu popełnił tak kardynalny błąd, iż nawet Czereśnia mu go nie wybaczył. Jak mogło do tego dojść? Jakim cudem pomylił się tak bardzo, że przez niego umarł drugi kot? Czuł się jak morderca. Jakby miał krew na łapach. Czuł się brudny, zdradziecki. Może gdyby przypadkiem pozbawił życia kogoś ze starszych kotów w Owocowym Lesie, prędzej by sobie wybaczył. Lecz Smuga? Miał przed sobą całe życie. Nie znalazł nawet drugiej połówki, nie założył rodziny. Był taki młody, miał tyle potencjału… a to wszystko zostało mu odebrane przez głupiego uzdrowiciela, który ma nierówno pod kopułą. Może jednak mógł nie zmieniać ścieżki szkolenia? Może gdyby zamknął pysk i nie upomniał się o to, by zostać medykiem, Smuga wciąż by żył? Równie dobrze mógł też nie rezygnować z próby odebrania sobie życia. Tamtej nocy szczęściem uratowała go Cierń — później odpuścił sobie ten pomysł kompletnie. Gdyby jednak wiedział, że następne księżyce życia przyniosą mu tylko więcej bólu, wstydu i porażek, nawet by się nie zastanawiał. Nikt tak czy siak by za nim nie tęsknił. Wtedy jeszcze nie było Mistral, nie było Świergotka. Nie miał dla kogo żyć. Teraz też najchętniej po prostu zapadłby się pod ziemię, i to dosłownie, lecz nie pozwalało mu na to poczucie winy.
W końcu Mistral zdawała się nie być kompletnie obojętna na losy swojego ojca. Nie zawsze była dla niego miła i czasem potrafiła użyć ostrego języka, lecz mimo wszystko była jego córką. Nie mógł tak po prostu jej osierocić, tym bardziej że straciła już matkę w tak młodym wieku. Musiała obserwować, jak ta po ataku lisa wykrwawia się na podłożu nory, a to nie mógł być łatwy widok. Czy zniosłaby śmierć kolejnego rodzica? A może byłoby jej łatwiej bez niego? Może nawet sam powinien ją o to spytać…
Nie, nie powinien. A może właśnie powinien? Nie wiedział. W końcu pytanie kogoś o to, jak zareagowałby na odejście bliskiego kota, byłoby dosyć niepokojące. Czy Wiciokrzew chciał się pogrążać jeszcze bardziej? Jednocześnie… czy miał coś do stracenia? Mistral i tak pewnie widziała w nim dziwadło, więc gdyby to zrobił, wpasowałby się tylko w swoją rolę.
Jego brzuch zaburczał nagle, wyrywając go z zamyślenia. No tak, od rana nic nie jadł, a był już wieczór. Do środka legowiska starszyzny wpadały tylko pojedyncze, nikłe promyczki słońca, nie dając starszym zbyt wiele światła. Może to i nawet lepiej, bo przynajmniej Pieczarka, Czernidłak i Lis nie musieli przez to oglądać zapchlonego mordercy, który wcisnął im się do przestrzeni osobistej. Sam liliowy miał wrażenie, że odkąd tu zamieszkał, rozmowy starszych przycichły i wydawały się bardziej nerwowe. Czasem miał też wrażenie, że jego współlokatorzy patrzą na niego z obawą, jakby bali się, że ich też otruje. Nie wiedział, czy to tylko zwidy, czy inne koty naprawdę o nim plotkowały, lecz wiedział, że nie wytrzyma w takim stanie zbyt długo. Już teraz miał ochotę zaszyć się w najciemniejszym kącie legowiska, albo najlepiej w ogóle odejść z Owocowego Lasu, by oszczędzić innym patrzenia na zdrajcę.
Przypominał sobie też moment, w którym Czajka zaatakował Ziemniaka, gdy dowiedział się o tym, że czekoladowy zamordował Osetka. Przypominał go sobie i zastanawiał się, czy gdyby brązowooki kocur wciąż z nimi żył, też rzuciłby się na Wiciokrzewa z pazurami i pozbył się go z tego świata. Och, jak byłoby wtedy fajnie… lecz w takim gronie nikt nie miał na tyle odwagi, by samemu wymierzyć liliowemu karę. A może jednak znalazłby się ktoś taki, gdyby nie fakt, że życie z poczuciem winy było prawdopodobnie większą karą dla dawnego uzdrowiciela niż śmierć. Myślenie o tym, co zrobił, i o tym, że niewinnemu kotu odebrał tyle możliwości, było po prostu torturą. Udręką. Gorszą niż cokolwiek innego na tym świecie.
W końcu jego brzuch zaburczał ponownie, a Wiciokrzew zdał sobie sprawę z tego, że przez ten głód już zrobiło mu się słabo. Właśnie dlatego w końcu podniósł się z posłania i sztywnym, chwiejnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Gdy jednak wysunął pysk z wnętrza legowiska skąpanego w półmroku, miał wrażenie, że wszyscy natychmiast zwrócili głowy w jego stronę. Dlaczego się tak gapili? Na pewno patrzyli na niego i myśleli, że jest podłym mordercą!
Liliowy wbił wzrok w podłoże i szybkimi krokami doszedł do stosu ze zwierzyną. Patrząc jednak na te wszystkie wiewiórki, myszy i wróble, zrobiło mu się niedobrze. Czy w ogóle zasługiwał na jedzenie? Czy zasługiwał na to, by żywić się zapasami zebranymi przez owocniackich wojowników po tym, jak jednego z nich zamordował? Teraz był już bezużyteczny. Był jak pasożyt. Nie leczył nikogo, nie zbierał ziół. Całymi dniami po prostu wegetował, by pod wieczór wykraść ze stosu piszczkę i wrócić do gnicia w posłaniu.
Przełknął ślinę i w końcu, ignorując głód, odszedł od stosu ze zwierzyną. Nic się w końcu nie stanie, jeśli tego dnia nic nie zje, prawda? Nie powinien umrzeć — a nawet jeśli, to może i lepiej.
Nim jednak zdążył wrócić do swojego zacisza, stanęła przed nim białofutra kotka, zagradzając mu drogę. Mistral.
— Wspólny posiłek? — zaproponowała, nieznacznie się uśmiechając, jakby złośliwie.
— Ja… n-nie jestem głodny — odparł liliowy, przenosząc wzrok na łapy.

< Mistral? >

14 czerwca 2026

Od Wiciokrzewu CD. Smugi

— Wiciokrzewie, masz chwilę? — spytał Smuga na wstępie i dopiero po chwili przywitał się skinieniem głowy z dwójką uczniów. Liliowy miał teraz na głowie szkolenie ich obu, gdyż Purchawka przez jakiś czas miała jeszcze przebywać w żłobku ze swoimi nowo narodzonymi dziećmi.
Czuł, że ostatnio obowiązki coraz bardziej go przygniatają. Zdawało mu się też, że czasem myli zioła albo zapomina o ich zastosowaniu. Tłumaczył to sobie zmęczeniem i szedł dalej, ale z tyłu głowy obawiał się, że kiedyś przez swój stan popełni błąd, przez który komuś stanie się krzywda. Mimo że te obawy nieustannie mu towarzyszyły, w ogóle nie miał odwagi podzielić się nimi z kimkolwiek innym. Bał się stracić posadę uzdrowiciela. Bał się, że jeśli powiedziałby komuś o swoim samopoczuciu, uznaliby go za niezdatnego do pełnienia swojej funkcji i zdegradowali do starszyzny. Nie chciał takiego losu — nie po tym, jak bardzo się natrudził, by znaleźć się w tym miejscu. Zbyt wiele stracił, by tak wcześnie odchodzić na emeryturę.
Po chwili zdał sobie sprawę, że nie odpowiedział Smudze. Zamrugał kilka razy, a potem posłał kocurowi słaby, przepraszający uśmiech.
— O-oczywiście, że mam — odparł, poruszając delikatnie wibrysami.
Czekoladowy wszedł głębiej do lecznicy, po czym przysiadł przed Wiciokrzewem.
— To świetnie, bo akurat chciałem poprosić o coś na ból głowy — mruknął, spoglądając na uzdrowiciela proszącym wzrokiem.
Wiciokrzew od razu skinął głową i sięgnął do składzika po liście malin, które następnie podał Smudze. Czekoladowy wojownik podziękował mu za pomoc i opuścił lecznicę.

* * *

Teraźniejszość

TW: Śmierć

Purchawka wciąż jeszcze zajmowała się swoimi pociechami w żłobku. Liliowy miał nawet okazję odwiedzić je i się im przyjrzeć. Znał ich imiona — Łza, Modrogończyk, Psianka i Zew. Wiedział także, że dwójka z nich już niedługo zostanie oddana do Klanu Burzy i zastanawiał się nad tym, czy ta sytuacja wpłynie jakkolwiek na Purchawkę. Kotka z całą pewnością kochała swoje potomstwo równie mocno, więc na pewno będzie jej smutno z powodu rozstania. Wiciokrzew miał nadzieję, że czarnofutra nie załamie się jednak i wciąż będzie w stanie pełnić funkcję szamanki. Pręgowany tylko odliczał dni do tego, aż Purchawka w końcu powróci do lecznicy i będzie pomagać kotom u jego boku. Miał też nadzieję, że może szamanka pomoże mu z treningiem Gołąbka, bo powoli szkolenie młodziaka zaczynało się dla niego robić męczące i zbyt ciężkie do udźwignięcia. Nie, żeby miał jakieś zażalenia wobec burego; po prostu nie był obecnie w najlepszym momencie swojego życia i wolałby nie mieć treningów na głowie.
Układał właśnie zioła w składziku, gdy jego uwagę zwróciły odgłosy kroków. Odwrócił głowę w tył, a jego oczom ukazała się szylkretowa kotka — Dereńka. Kuśtykała nieznacznie, a w jej oczach iskrzył niepokój, choć starała się go zamaskować uśmiechem.
— Cześć, Wiciokrzewie… — przywitała się z liliowym, widząc, że na nią spogląda. — Pewnie już zauważyłeś, że zrobiłam sobie coś z barkiem. Mam nadzieję, że to nic poważnego… — dodała, przechylając delikatnie głowę.
Pręgowany podszedł do Dereńki, a następnie dokładnie ją obejrzał. Gdy doszedł do wniosku, że bark kotki jest wybity, nastawił go, a następnie wziął ze składziku liście wierzby i dał je Dereńce na uśmierzenie bólu.
— Dziękuję ci — mruknęła szylkretka, jedną łapą będąc już poza lecznicą. — Poza tym słyszałam, że Lis skarżył się na ból brzucha. Chyba powinieneś pójść to sprawdzić… — doradziła mu, po czym zniknęła w promieniach słońca.
Faktycznie, dawno nie odwiedzał legowiska starszyzny, a niektórzy z nich nie byli w stanie tak sprawnie dojść do lecznicy. Nie wiedział, czemu tak odwlekał wizytę tam, choć… chyba miał pewne podejrzenia. Odkąd odbył tam rozmowę z Rokitnikiem i dowiedział się o losie Osetka, unikał legowiska starszyzny jak ognia. Sam nawet nie wiedział dlaczego, skoro nie było już w nim nikogo, kogo Wiciokrzew by się obawiał.
Uzdrowiciel zabrał ze składziku kilka ziół, które uważał, że mogą się przydać przy objawach Lisa, i prędko wybył z lecznicy, kierując się w stronę legowiska starszyzny. Nim jednak do niego wszedł, zatrzymał się w progu, czując, jak jego żołądek wywija fikołka. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze, a przed oczami pojawiły się mroczki. Mimo to zmusił się do wejścia do środka i cichego przywitania się ze starszymi.
Skierował się w stronę rudej sylwetki, która kiwała się na boki.
— Sły-słyszałem, że bo-boli… cię… — wydukał, po czym zacisnął szczęki, starając się uspokoić.
Widział, że Lis zaczął coś do niego mówić, ale słowa wlatywały mu do głowy jednym uchem, a wylatywały drugim. W końcu Wiciokrzew uśmiechnął się tylko i podał rudemu trybulę, gdyż z tego, co zrozumiał, cierpiał on na niestrawność. Po tym zabrał swoje zapasy i wrócił do legowiska medyków.
Odłożył wszystko na miejsce i już chciał się kłaść, ponieważ jego zawroty głowy wciąż nie ustały, lecz do lecznicy wszedł kolejny kot. Tym razem była to bura zwiadowczyni — Jeżyna. Wyglądała na trochę zmęczoną, jej oczy były poniekąd nieobecne, a oddechy ciężkie.
— Wiciokrzewie… strasznie pali mnie w gardle — wyznała, siadając w końcu niedaleko wyjścia z lecznicy, jakby nie miała już więcej siły, by ustać. — Nie piłam nic od dłuższego czasu, a teraz jest tak ciepło, że chyba nie dam rady sama dojść do wodopoju… — dodała, kładąc po sobie uszy.
Liliowy zwrócił wzrok w stronę Mistral i Gołąbka, którzy odpoczywali na swoich posłaniach.
— H-hej… — mruknął do nich, zwracając na siebie ich uwagę. — Za-zaprowadzicie Jeżynę do rze-rzeki? Jest od-odwodniona, tak będzie naj-najszybciej — polecił.
Białofutra zielarka wraz z burym uczniem od razu zerwali się z posłań i wyprowadzili zwiadowczynię z lecznicy, udając się do wyjścia z azylu. Wiciokrzew odetchnął z ulgą, myśląc, że tym razem już uda mu się położyć i zasnąć, by odzyskać siły.
Jednak, och, jak bardzo się mylił…
Los bardzo chciał powstrzymać go od zaśnięcia, dlatego też zesłał mu do lecznicy Smugę. Liliowy czuł się już strasznie przytłoczony wszystkim, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich minut, i najchętniej wygoniłby czekoladowego, ale na uzdrowiciela tak nie przystało, dlatego też wziął głęboki wdech i podszedł do kocura.
— Co takiego spro-sprowadza cię dziś do le-lecznicy? — zapytał, czując, jak piecze go pod skórą. Nie wiedział, czemu jego samopoczucie tak bardzo się pogorszyło przez tę chwilę, ale nie miał czasu na przemyślenia.
— Od kilku nocy cierpię na bezsenność, więc przyszedłem poprosić o kilka nasion maku — wyznał od razu.
Zielonooki nie miał nawet siły zastanawiać się nad tym, czy Smuga mówił prawdę, czy może kłamał. Zresztą, czemu miałby kłamać? Poza tym nasiona maku jeszcze nikomu nie zaszkodziły. Przynajmniej w zdrowych ilościach.
Właśnie dlatego uzdrowiciel sięgnął szybko po kilka czarnych nasion ze składziku i prędko wręczył je czekoladowemu, nie zerkając na nie nawet porządnie. Wojownik uśmiechnął się i od razu wziął do pyska przyniesione przez liliowego zioło.
Dużo… zioła.
Po chwili Smuga podziękował, odwrócił się i opuścił lecznicę.
Gdy znikał w wyjściu, obraz przed oczami Wiciokrzewa zawirował, a serce zaczęło mu bić na tyle mocno, że myślał, iż zaraz roztrzaska mu żebra i wyrwie się na zewnątrz. Zielonooki przeniósł wzrok na ziemię.
Czarne nasiona. Podobne do maku. Bardzo… podobne. Ale czy na pewno nim były? Kilka z nich wciąż leżało na podłodze lecznicy, sprawiając, że liliowy zaczął odczuwać silny niepokój.
Nie wiedział nawet, ile tak stał, wpatrując się tępo w nasiona. Z tego transu wyrwały go jednak wrzaski dobiegające z zewnątrz. Były pełne przerażenia i szoku. Wstrząsnęły ciałem uzdrowiciela, który wyrwał się z lecznicy, dokładnie tak, jakby ktoś przyłożył mu do skóry rozżarzony kamień. Wybiegając na środek azylu, zaczął rozglądać się dookoła, a wtedy dostrzegł Purpurę, który ciągnął ciało Smugi za skórę na karku.
Uzdrowiciel skupił wzrok na czekoladowym. Dostrzegł jego zabrudzony od wymiocin pysk, a także nieobecne spojrzenie uciekające gdzieś w dal. Wyglądał słabo, naprawdę słabo. Jakby od śmierci dzieliło go zaledwie kilka uderzeń serca.
— Wiciokrzewie, szybko, zrób coś! — krzyknął któryś z kotów.
Pręgowany chciał się poruszyć, ale nie był w stanie. Wciąż miał wzrok utkwiony w pysku Smugi, podczas gdy trybiki w jego głowie zaczynały powoli pracować.
Wkrótce do azylu wtargnęli Mistral i Gołąbek, zaalarmowani wrzaskami swoich pobratymców. Podbiegli do uzdrowiciela, zapewne wypytując go o całe zdarzenie. Liliowy wciąż jednak stał zagubiony i skonfundowany. W końcu białofutra zielarka syknęła coś sfrustrowana i pobiegła do lecznicy. Bury uczeń natomiast odprowadził Wiciokrzewa na ubocze azylu, widząc, że próby komunikacji z nim szły na marne.
W międzyczasie ciało Smugi zostało otoczone przez tłum przerażonych kotów.

* * *

Uzdrowiciel leżał na swoim posłaniu, zwinięty w ciasny kłębek. Czuł, że miał tyle spraw do przemyślenia, a mimo wszystko w jego głowie panowała kompletna pustka. Jakby była zasnuta mgłą. Jednocześnie miał wrażenie, że w lecznicy z jakiegoś powodu panuje napięta atmosfera. Znajdowali się w niej Mistral, a także Gołąbek i, o dziwo, Purchawka. Nad czymś się zastanawiali, lecz po jakimś czasie ich głosy ucichły, a zamiast tego do uszu liliowego doszły dźwięki zbliżających się kroków.
— Wiciokrzewie… — odezwała się Mistral.
Pręgowany drgnął nieznacznie i ociężale podniósł głowę.
— Co się stało wczoraj, w obozie? Dlaczego stałeś w bezruchu? Czy wiesz, że Smuga zmarł? — zaczęła go wypytywać ze zmarszczonymi brwiami. — Wciąż nie jesteśmy pewni, co takiego spowodowało jego nagłą śmierć, ale myślimy, że mógł się czymś zatruć. Jesteś uzdrowicielem; wiesz dobrze, że w takich przypadkach liczy się czas reakcji — dodała, próbując ukryć swój oskarżycielski ton, lecz z marnym skutkiem.
Uzdrowiciel zmrużył ślepia i położył uszy po sobie.
— W-wiem… — wydukał, po czym zwiesił głowę. — To… j-ja go… o-otrułem… — dodał, a mięśnie w jego ciele spięły się z nerwów.
— Co? Co… co ty wygadujesz? — oburzyła się Mistral. — Otrułeś go? Niby jak? Czym? Dlaczego? — drążyła, wyraźnie wstrząśnięta.
— P-przypadkiem… Ja… nie c-chciałem… — Jego głos łamał się co drugie słowo, a każde zdanie z coraz większym trudem opuszczało pysk. — Mia-miałem mu po-podać nasiona… m-maku…

Przepraszam, Smugo…

Wyleczeni: Dereńka, Lis, Jeżyna

03 maja 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

— Wiciokrzewie, gdzie byłeś? — spytała, kiedy tylko starszy znalazł się na tyle blisko, by nie musiała krzyczeć na cały obóz.
— J-ja? Nigdzie… — odparł, wyraźnie zbity z tropu pytaniem Mistral.
Białofutra zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, ale niczego nie powiedziała.

* * *

Po śmierci Poranka

Wszystko wskazywało na to, że rudofutry uzdrowiciel sam odebrał sobie życie. Jego zakrwawiona łapa, resztki trujących ziół. Tylko dlaczego to zrobił? Wiciokrzew nie był z nim na tyle blisko, by rozumieć i znać wszystkie jego rozterki, ale raczej nie spodziewał się, że starszy w końcu nie wytrzyma i odejdzie z tego świata. Teraz przynajmniej był w czułych objęciach Wszechmatki i nie musiał już odczuwać tego paraliżującego bólu istnienia… Może liliowy sam powinien już dawno postąpić tak samo, jak jego wspólnik? Przecież już nieraz próbował, a jednak za każdym razem mu się nie udawało. Dlaczego to on miał takie “szczęście”? Dlaczego Wszechmatka pozwoliła Porankowi odejść, a jego samego trzymała w cierpieniu na ziemi? Może on też chciał już wreszcie odpocząć od tego wszystkiego, co dzieje się wokół? Tak bardzo nie chciał zmagać się z myślami o Osetku, Ziemniaku, Rokitniku… To było za dużo jak na jego głowę. Nie mógł pojąć, dlaczego z winy swojego byłego mentora musiał umrzeć jego przybrany syn, którego tak bardzo kochał. Frustrował go też fakt, że z winy Rokitnika aż dwójka kotów umarła — w końcu Ziemniak udał się na walkę z bobrami, w pewnym sensie za karę i przypłacił życiem za swoje czyny, do których został zmuszony przez starszego kocura. To wszystko wydawało się takie… niesprawiedliwe w oczach Wiciokrzewu, choć większość raczej uważała, że czekoladowemu należał się los, który go spotkał.
Na domiar złego teraz spadł na jego barki trening Gołąbka. Zielonooki w jednej chwili musiał zajmować się aż dwoma uczniami, mimo że nie potrafił zająć się nawet samym sobą. Na szczęście Mistral teraz więcej czasu spędzała z Purchawką, ale mimo wszystko Wiciokrzew wciąż był jej mentorem i dobrze by było, gdyby chociaż czasem spróbował przekazać jej cząstkę swojej wiedzy. Choć może lepiej byłoby, gdyby zostawił białofutrą w spokoju? Miał takie dziwne przeczucie, że córka nie za bardzo za nim przepada… Sam nawet nie wiedział czemu, ale nawet nie był tym specjalnie zdziwiony. Sam nie uważał się za kota nadzwyczaj lubianego. Wydawało mu się, że w oczach innych był raczej niezwykle irytujący. Wiecznie się jąkał, niczego nie był pewien i ogólnie był strasznie słaby. I fizycznie, i zresztą psychicznie. Bardziej się nadawał do izolatki niż na uzdrowiciela!
Na zewnątrz zachodziło już słońce, robiło się coraz później. Wiciokrzew leżał teraz na swoim posłaniu, zastanawiając się nad wydarzeniami sprzed ostatnich kilku dni. Przynajmniej do tego czasu — teraz westchnął przeciągle i przymrużył oczy, chcąc już wreszcie zasnąć. Myślenie często męczyło go nawet bardziej niż długie spacery! Oczywiście nie chodziło o samo myślenie, lecz raczej analizowanie wszystkich złych rzeczy, jakie przytrafiły mu się w przeszłości. Dlaczego potrafił myśleć o nich tak często, a mimo wszystko nie wyciągać z nich wniosków? Gdyby uczenie się na błędach działało, Wiciokrzew byłby teraz zdecydowanie nieomylny, a jednak… do tego było mu daleko. Co takiego robił źle, by wciąż żyć w takim smutku? No, teraz to i tak już nieważne, bo liliowy właśnie usypiał, a myśli w jego głowie stopniowo się wyciszały.

ᶻ 𝗓 𐰁

Nim otworzył oczy, do jego nozdrzy falą dotarł gryzący zapach krwi. Wiciokrzewowi aż zakręciło się od niego w głowie, lecz mimo wszystko nie otworzył ślepi. Jego powieki były ciężkie niczym kamienie, więc ciężko było cokolwiek z nimi zrobić.
Po chwili słuch liliowego zaczął się jakby rozbudzać. W głowie uzdrowiciela nagle rozbrzmiały liczne krzyki i wrzaski, przez które włos jeżył się na karku. Z tego gwaru wybił się jednak jeden, konkretny głos. Znajomy.
— Wiciokrzewie! — wrzasnął Ziemniak.
Uzdrowiciel otworzył gwałtownie oczy, a wtedy przed sobą ujrzał potworną rzeź. Wszędzie latały krople krwi i strzępki futer. Owocniacy walczyli z bobrami, a w powietrzu unosił się kurz. Zielonooki rozejrzał się wokół, aż nagle jego uwagę przykuła wyprostowana, siedząca postać z wypiętą piersią i złośliwym uśmiechem. Czekoladowy wojownik znajdował się na środku całej tej bitwy, a mimo wszystko wszystkie kły i pazury omijały go, jakby sama Wszechmatka broniła go własnym ciałem.
Po chwili Ziemniak podniósł się z miejsca i zaczął powolnym krokiem iść w stronę uzdrowiciela. Wszyscy pochłonięci walką odsuwali się na jego widok, pozwalając mu bezpiecznie przejść do starszego. Kocur spiął się cały i zrobił chwiejny krok w tył, panicznie chcąc wydostać się z pola bitwy i uciec od Ziemniaka, którego zachowanie wprawiało go w dyskomfort.
Wiciokrzew zamknął na moment ślepia, a gdy je otworzył, znajdował się w zupełnie innym miejscu. Stał właśnie na Drodze Grzmotu, a po walce ani Ziemniaku nie było śladu. Do czasu…
— Teraz jesteśmy kwita, prawda? — odezwał się nagle czekoladowy.
Uzdrowiciel odwrócił się, by ujrzeć przed sobą wojownika. Co oni tu robili? Co się właśnie działo? To wszystko działo się naprawdę, a może było tylko snem?
To musiał być sen. Musiał. Ale… co, jeśli nim nie był?
— C-co? — odezwał się liliowy, zdumiony i niezwykle zakłopotany.
— Ja zabiłem ci syna, a ty… zabiłeś mnie. Więc rachunki zostały wyrównane, tak? — wyjaśnił wojownik, wciąż uśmiechając się niepokojąco w stronę zielonookiego.
— N-nie… Nie za-zabiłem cię! — odparł, choć jego głos załamał się z niepewności. Czy naprawdę nie przyczynił się do śmierci Ziemniaka? Teraz sam już nie był pewien…
— Och, czyżby? W takim razie, dlaczego już nie widujesz mnie w obozie? — syknął czekoladowy, zadzierając brodę.
— To b-bobry cię za-zabiły! — mruknął liliowy, marszcząc nos. — Nie zwa-zwalaj tego na mnie!
W uszach uzdrowiciela nagle poniósł się śmiech wojownika.
— Bobry, tak? To dziwne, że nazywasz się bobrem. Nie pamiętasz już, jak twoje kły rozdzierały moją delikatną skórę? Nie pamiętasz, jak szkarłat plamił twoje futro? Doprawdy zabawne — mówił żółtooki, smagając powietrze ogonem.
Wiciokrzew na moment wstrzymał oddech. Nie pamiętał niczego z tego, co mówił Ziemniak, ale co, jeśli kocur miał rację… Co, jeśli liliowy naprawdę pozbawił go życia?


ᶻ 𝗓 𐰁

Gdy się obudził, po Ziemniaku nie było już śladu. W głowie uzdrowiciela zostały tylko jego słowa, a poza nimi dziwny ścisk w klatce piersiowej.
— To ty-tylko głupi s-sen — wymamrotał pod nosem, biorąc w płuca głęboki wdech.
Po chwili rozejrzał się wokół i dostrzegł Purchawkę, która wmasowywała ziołową papkę w skórę Kasztanki. Był dopiero wczesny ranek, a lecznica już pękała w szwach!
Gdy tylko młodsza, rudofutra kotka opuściła legowisko, szamanka zwróciła głowę w stronę Wiciokrzewu.
— Mówiłeś coś? — zapytała, na co uzdrowiciel pokręcił głową. — To chyba coś mi się przesłyszało. Ale, hej! Skoro już wstałeś, to przejdziesz się może do legowiska starszyzny? Słyszałam, że Lis od samego świtu wymiotuje… — dodała, wzdychając ciężko.
Zielonooki skinął głową, nie zastanawiając się dwa razy. Tak bardzo nie chciało mu się dziś wstawać, ale nie miał innej opcji… Wywlókł się ze swojego posłania i chwycił ze składziku kilka ziół przeciwwymiotnych. Potem zrobił krok w tył, lecz wtedy zamarł, jakby nagle coś zupełnie pochłonęło jego myśli. Stał w bezruchu przez jakiś czas, dopóki do lecznicy nie zawitał jakiś kot.
Wtedy dopiero drgnął i spojrzał w jego kierunku.
W progu stała Mistral, obserwując swojego ojca. Wiciokrzew zastanawiał się, czy powinien się z nią przywitać, lecz z ziołami w pysku raczej ciężko było coś powiedzieć. Mruknął jedynie coś niezrozumiałego pod nosem i wyminął córkę, kierując się w stronę legowiska starszych.
Gdy szedł, poniosły się za nim kroki. Czyżby niebieskooka podążała za nim? Mimo to nie odwrócił głowy i spokojnie zawitał u starszych. Jego wzrok od razu skupił się na rudym kocurze, który chwiejnie siedział na swoim posłaniu, nie wyglądając najlepiej. Wydawał się taki blady, a jego oczy były nieobecne.
Wiciokrzew szybko do niego podszedł, na co Lis z trudem zwrócił pysk w jego kierunku.
Liliowy podał mu zioła przeciwwymiotne i szybko wycofał się z legowiska starszych, chcąc wrócić na swoje posłanie i znowu pogrążyć się w myślach. Jak się jednak okazało, Wszechmatka miała wobec niego inne plany, gdyż zamiast wrócić do lecznicy, Wiciokrzew przypadkowo wpadł na swoją córkę. Ciekawe, czy tym razem też kręciła się wokół niego tylko po to, by go skrytykować...

<Mistral?>

[1280 słów]

[13%]

Wyleczeni: Kasztanka, Lis

12 kwietnia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Smugi

W tym czasie zielonooki skinął głową i sam wybrał coś dla siebie. Kiedy oboje mieli w pyskach po piszczce, skierowali swoje kroki w bardziej ustronne miejsce w obozie, aby nikomu nie przeszkadzać.
— To jak tam ci dzień mija? — zagaił młodszy, nim wziął pierwszy kęs. — Ja muszę przyznać, że u mnie było zgrzytanie zębami na treningu. Żagnica nie zna litości, szczególnie jeśli chodzi o treningi, mające poprawić moją siłę — dodał po przełknięciu. Uzdrowiciel w ciszy wysłuchiwał krótkiego monologu, aż ten w końcu powiedział ostatnie słowo i spojrzał na Wiciokrzewa nieco ponaglającym wzrokiem.
— Och, t-tak… Tre-treningi brzmią s-strasznie — odparł, po czym skrzywił pysk zakłopotany. — Znaczy… Zna-znam Żagnicę. Cierń go lu-lubi, chyba… Faktycznie jest trochę be-bezlitosny — zaśmiał się niezręcznie, po czym nachylił się, by ugryźć piszczkę — i przy okazji nie patrzeć w oczy Smugi. Rokitnik i Żagnica przyjaźnili się, nawet chyba odkąd pamiętał, i oboje mieli dosyć… ciężkie charaktery. Burego co prawda nie lubił bardziej, a z tym drugim nie miał tak dużo do czynienia, ale wciąż bał się ich obu.
— Och, a… je-jeśli chodzi o mój dz-dzień… to minął dosyć spo-spokojnie — odparł po chwili, przypominając sobie o poprzednim pytaniu młodszego. Wiciokrzew nie zrobił dziś nic nadzwyczajnego. Wykonywał tylko swoje uzdrowicielskie obowiązki, nie wychylając się za bardzo.

* * *

Epidemia niemal się już skończyła, lecz niestety nie w taki sposób, jaki wszyscy by chcieli. Choróbsko nie oszczędziło zarażonych starszych, zmuszając ich do wydania ostatniego tchu. Bukszpan, Ambrowiec, Żagnica, Żmija i… Rokitnik. Wszyscy oni umarli, choć nawet bez niektórych z nich w Owocowym Lesie żyło się lepiej. Bury naprawdę zmuszał Ziemniaka do tego, by dokuczał liliowemu i Osetkowi — było to okrutne i karygodne. Oby Wszechmatka zamieniła go w jakiegoś wróbla czy innego małego ptaka, by i on kiedyś poczuł się słabszy i bezbronny.
Nawet jeśli uzdrowiciel poniekąd cieszył się z odejścia Rokitnika, to i tak śmierć ta wpłynęła na jego samopoczucie. Od kilku dni nie potrafił się na niczym skupić, a dawki i zastosowania ziół wciąż uciekały mu z głowy. Często, gdy rozmawiał, zacinał się i zapominał, co chciał powiedzieć — choć to akurat nie było dla niego niczym nowym. Większość raczej nie zauważyła zmiany w zachowaniu Wiciokrzewa, bo przecież miał problemy z prowadzeniem normalnej rozmowy już od maleńkości.
Gdyby tylko zdali sobie sprawę z tego, że tym razem jest gorzej… że tym razem czuł, iż jedyna rzecz, w której jest dobry, zaraz stanie się dla niego nieosiągalna. Jeśli przez jego głupi błąd jakiemuś kotu stanie się krzywda, chyba nigdy sobie nie wybaczy…
Jednocześnie nie chciał stanowić zagrożenia dla innych, a z drugiej strony nie chciał odchodzić do starszyzny. Gdyby miał całymi dniami leżeć w bezruchu i nic nie robić, chyba popadłby w obłęd. Już lepiej być martwym niż niepotrzebnym — to była jedna z myśli, które wpoił mu Rokitnik.

* * *

Właśnie pomógł Purchawce opatrzyć jej zwichniętą łapę, a potem nałożył jaskółcze ziele na oczy Purpury. Wysmarował też skórę Jeżyny ziołową papką, a teraz miał dla siebie trochę czasu wolnego i zamierzał wykorzystać go na zjedzenie jakiejś piszczki. Od rana chodził o pustym brzuchu i czuł, jak z każdym uderzeniem serca burczy mu coraz głośniej.
Podszedł do sterty, analizując ją wzrokiem. Po chwili wyciągnął z niej niedużą mysz i zaczął się wycofywać, by zjeść ją w spokoju. Przysiadł niedaleko lecznicy, a po chwili przed jego oczami pojawiła się czyjaś sylwetka. Nim zdążył zareagować, Smuga dosiadł się do niego, jak gdyby nigdy nic.
— Całkiem sporo się ostatnio dzieje w Owocowym Lesie, co nie? — zagaił, wpatrując się w przestrzeń przed sobą.
Liliowy przełknął kęs i spojrzał na młodszego.
— To p-prawda… — mruknął, czując, jak na jego żołądku zaciska się supeł. — Może nie po-powinienem wtedy ro-rozmawiać z Rokitnikiem… Ty-tyle się po-porobiło… — mówił drżącym głosem. Gdyby nie ta sytuacja, Czajka nie musiałby walczyć z Ziemniakiem i uciekać… Z drugiej strony byłoby niedobrze, gdyby Owocniaki musiały na co dzień żyć z mordercą, nieświadome jego winy.

<Smugo?>

Wyleczeni: Purpura, Purchawka, Jeżyna

02 kwietnia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Mistral

Wiciokrzew wsadził łeb w wejście do lecznicy, po czym zrobił kilka kroków do przodu, zanurzając się całkowicie w półmroku. Gdy się rozejrzał, jego spojrzenie natrafiło na białą, długowłosą kotkę. Gdyby była nieco większa, przeraziłby się i pomyślał, że to Tramontana powstała z martwych. To jednak nie była Tramontana, a jej córka — Mistral. Właściwie to… ich córka, bo Wiciokrzew był jej biologicznym ojcem. Choć nigdy nawet nie przypuszczał, że do tego dojdzie.
— Ty — syknęła nagle Mistral. Jej ciało spięło się, a w oczach błysnęła nienawiść. Wyglądała jak dzikie zwierzę szykujące się do ataku.
Wiciokrzew instynktownie zatrzymał się w bezruchu, śledząc zmiany na pysku swojej córki.
— Kto ci pozwolił mnie tu zabrać?! — fuknęła, widząc, że liliowy nie zamierza się odezwać. — Dlaczego nawet nie próbowałeś ratować mojej matki, tylko zabrałeś mnie i mojego brata od niej i przywlokłeś do tego obcego miejsca?! — oburzała się dalej, podczas gdy końcówka ogona uzdrowiciela drżała nerwowo.
Wiciokrzew przełknął ślinę, czując, jak serce podchodzi mu do gardła.
— Jej… n-nie dało się u-uratować… — odparł cicho, spuszczając wzrok na łapy. Przed oczami mignął mu obraz zmasakrowanego, splamionego szkarłatem ciała jego “partnerki”. Czuł, jak ogarniają go dreszcze, a łapy stają się odrętwiałe. Wyruszając do nory tamtego dnia, nie spodziewał się ujrzeć tego, co zobaczył. To było dla niego traumatyczne — a co dopiero dla Mistral. Białofutra miała prawo się na niego złościć. Miała prawo złościć się na cały świat. Byle tylko nie trzymała się tej złości zbyt długo, bo o wiele trudniej jest nienawidzić, niż żyć z kimś w zgodzie.
— Jak przyszedłeś, to jeszcze oddychała! — uparła się Mistral.
— No, t-tak… ale stra-straciła za dużo… k-krwi — wydukał, po czym mocniej zacisnął zęby. — Nawet g-gdybym miał wszystkie zio-zioła, to… i t-tak by nie przeżyła. P-przykro mi, Mistral — wyjaśnił z trudem, po czym wziął głęboki wdech, próbując opanować emocje.

* * *

tw: rzygi, śmierć

W Owocowym Lesie głośno było o epidemii, jaka rozszalała się w legowisku starszych. Dlaczego Wszechmatka po raz kolejny zsyłała na Owocniaków te potworne choróbska? Jedna epidemia to o jedną za dużo, a teraz mieli zmagać się z kolejną?
Może naprawdę los nie chciał, by ten nieszczęsny Wiciokrzew pełnił funkcję uzdrowiciela, skoro stawiał przed nim tyle prób. Czy gdyby dociągnął trening na wojownika do końca i objął tę rangę, wszystko wyglądałoby inaczej? Nie musiałby co prawda użerać się z wymiotującymi starszymi, ale jak poradziłby sobie bez jednej łapy? Czy byłby w stanie biegać, polować i walczyć tak sprawnie, jak inni wojownicy?
Odpowiedź była prosta — nie byłby. Brak jednej kończyny utrudniał mu funkcjonowanie nawet jako uzdrowicielowi. Żyli przecież w społeczności związanej z drzewami — większość rang miała swoje legowiska na ich koronach, do których dostęp dla Wiciokrzewa był ograniczony. Bez jednej łapy wspinaczka po pniu była niezwykle trudna.
Może zielonooki powinien szukać swojego przeznaczenia gdzie indziej? Niekoniecznie w innym klanie, ale… co, jeśli powinien zostać samotnikiem? Nie dlatego, że by tego chciał, lecz po to, by ulżyć innym. W końcu kto nie ucieszyłby się na wieść, że bojący się własnego cienia, jąkający się uzdrowiciel wreszcie zniknął?

* * *

Z każdym minionym dniem było tylko gorzej. Teraz nie chorowali już tylko starsi — do grona zarażonych dołączyli też Czerwiec i Szafran. Wiciokrzew czuł się w obliczu tej choroby bezsilny. Mógł podawać tym kotom zioła, mógł przynosić im mech nasączony wodą, ale czy ich objawy w ogóle ustępowały? Te koty nie chorowały na żaden zielony czy biały kaszel, a na coś zupełnie innego. Coś, czego nie dało się wyleczyć kilkoma listkami kocimiętki.
Tego dnia liliowy zabrał ze sobą kilka ziół przeciwwymiotnych, ale z tyłu głowy i tak wiedział, że pod koniec dnia przyjdzie im wymieniać zabrudzony mech. W tym momencie legowisko starszych było istnym koszmarem. Wszystkie te zarazki uwięzione razem z osłabionymi Owocniakami… Pręgowany już nieraz prawie zemdlał, wchodząc do tej izolatki. Warunki tam były nie do wytrzymania. Brud, a w dodatku śmierdziało chorobą i nadciągającą śmiercią. Powietrze tam było aż wrzące od rozgrzanych oddechów starszych, który zmagali się z podwyższoną temperaturą. Uzdrowiciel nie sądził, że po zakończeniu epidemii ktokolwiek będzie tam chciał zamieszkać. Już chyba nigdy nie będą w stanie pozbyć się tego powalającego odoru z tego miejsca!
Wiciokrzew zatrzymał się przed wejściem do legowiska starszych, które pełniło teraz funkcję izolatki, by przypadkiem zaraza nie przeszła na inne koty. W końcu zielonooki wziął w płuca głęboki wdech świeżego powietrza i powoli przecisnął się do środka, gdzie od razu uderzył go smród tego, co przez ostatnie kilka minut zdążyło wydobyć się z wnętrza chorych kotów. Przez moment zmrużył oczy, nie chcąc widzieć przygarbionych Owocniaków, których ciała co jakiś czas wykręcały się w konwulsjach. Po chwili jednak oprzytomniał i każdemu choremu rzucił pod łapy porcję ziół.
Potem wyszedł z izolatki i poszedł po nowe, uplecione legowisko, którego stworzenie zlecił Mistral. Z nim udało mu się wrócić do środka, a tam zatrzymać się przed Rokitnikiem. Wiedział, że ze starszym łączyła go nieprzyjemna relacja i przed rozpoczęciem epidemii nie widzieli się prawie ani razu, ale… teraz nie było czasu na dawne spory. Wiciokrzew miał robotę do wykonania, nieważne czy lubił danego kota, czy nie.
— Mu-musisz… zejść — mruknął do burego, kładąc na ziemi świeże posłanie. — Będzie ci wy-wygodniej — dodał jeszcze, obserwując umorusane gniazdo, na którym leżał skulony Rokitnik. Miał nieznacznie przymknięte powieki i pysk wygięty w zirytowanym grymasie.
— Nie będę leżeć na legowisku, które żeś tknął! — wychrypiał starszy, otwierając szerzej ślepia i patrząc na swojego byłego ucznia z czystą nienawiścią.
Liliowy nie sądził, że Rokitnik wciąż jeszcze żywi do niego taką urazę.
— Rokitniku, to n-nie czas na to — wyjaśnił, popychając posłanie w stronę burego.
— A właśnie, że czas! — uparł się Rokitnik, po czym wyciągnął jedną z łap w przód, niemal łapiąc nią uzdrowiciela. Ten zdążył się jednak cofnąć na tyle, by paluchy burasa nie zdążyły opleść się wokół jego kończyny. — Nie przychodziłeś tu, odkąd w walce z sępem odniosłem poważne obrażenia! Żałuj tego, żałuj… bo może mógłbyś ominąć kilka przykrości.
Bury uśmiechnął się złośliwie, niemal szyderczo.
Po grzbiecie uzdrowiciela przeszedł dreszcz. Od zawsze bał się Rokitnika — a teraz, gdy ten wyglądał, jakby był na skraju śmierci, był jeszcze straszniejszy.
— Co masz na m-myśli…? — zapytał Wiciokrzew, po czym się rozejrzał. Niektóre oczy przebywających w izolatce kotów skupione były na nim i Rokitniku. Niektóre natomiast skupiały się na własnych łapach i na tym, by nie zwymiotować.
— Jak to co? — warknął bury, a zaraz potem zaniósł się kpiącym śmiechem. — Myślisz, że Osetek tak po prostu zniknął z Owocowego Lasu? Myślisz, że co? Że uciekł?
“O co chodzi temu szaleńcowi?” — pomyślał, nawet nie chcąc dopuścić do siebie najczarniejszych scenariuszy.
— Dalej nic nie świta? — kontynuował Rokitnik. — Pewnie myślisz też, że Ziemniak z własnej woli zaczął cię zaczepiać, co?
— Rokitniku, prze-przestań — wyrwało się w końcu Wiciokrzewowi. — Nie chcę o tym słu-słuchać!
Bury na moment zamilkł, lecz tylko po to, by jego pysk jeszcze bardziej się wykrzywił.
— Nie obchodzi mnie to, co wielmożny ziołolub sobie chce, a czego nie chce! — fuknął, marszcząc nos. — Wiedz, ty łajnojadzie, że to ja zmusiłem Ziemniaka do tego, by tobie dokuczał! Tobie i temu zapchlonemu Osetkowi!
“Dość tego, dość…” — stwierdził liliowy, robiąc krok w tył. Był na tyle zakłopotany, że obraz przed nim aż zawirował.
— Tak, tak… — zaczął powtarzać Rokitnik. — Byłeś moim ostatnim uczniem, pokrako! Zniszczyłeś mnie, zdajesz sobie z tego sprawę? Przyniosłeś mi nic innego jak niezliczone pokłady wstydu! Żyły sobie wypruwałem, by wyrosło z ciebie cokolwiek więcej niż lisie łajno, a ty na koniec-
Bury przerwał, gdyż jego ciałem wstrząsnął nagły spazm. Przełknął jednak ślinę i z trudem kontynuował:
— Ty… Ty śmiałeś zmienić rangę! Wszystko, co ci przekazałem, poszło na marne! Wiesz, ile mnie kosztowały treningi z takim niedorajdą jak ty? I tak mi się odwdzięczyłeś? A na koniec przyprowadziłeś do Owocowego Lasu jakąś przybłędę!
Wiciokrzew z trudem rozumiał to, co docierało do jego uszu. Wszystkie bodźce z otoczenia wydawały się dla niego sto razy wyraźniejsze. To było nie do zniesienia. W jego nosie kręcił się wykręcający zapach wymiocin, a w uszach słyszał tylko pełne jadu skrzeczenie swojego byłego mentora. Czy mogło być gorzej?
— Myślisz, że już skończyłem? — splunął starszy. — Ja się dopiero rozkręcam! — krzyczał dalej, chociaż reszta przebywających kotów w izolatce patrzyła się na niego z przerażeniem. — To przeze mnie Osetek nie żyje! Jest martwy! Myślisz, że to tylko jakiś bełkot schorowanego kota? To się mylisz! To ja kazałem Ziemniakowi zabić tego twojego pasożyta! Tak, tak… Ziemniak wyprowadził go poza obóz z łatwością. A potem wiesz, co zrobił? Poderżnął mu pazurem gardło! I wiesz, co było potem? No, wiesz? Wrzucił go do rzeki, by popłynął z prądem w nieznane! — miauczał wręcz maniakalnie.
To był moment, w którym nagle zielonooki odciął się od wszystkich zmysłów. W końcu gadanie Rokitnika ucichło, sylwetki innych kotów zaczęły się rozmazywać, a jego nozdrza wypełnił jedynie zapach krwi, zmieszany z wonią Osetka. Przez ten cały czas łudził się, że czarno-biały uciekł z własnej woli, że odnalazł swoje powołanie gdzieś indziej… I przez ten cały czas tak naprawdę żył z jego mordercą? Codziennie mijał w obozie kota, który na pazurach nosił krew niewinnego kota.
Gdy Wiciokrzew już się ocknął, zaczął słyszeć rozhisteryzowane krzyki i wrzaski wokół. Zamrugał kilkakrotnie i rozejrzał się po izolatce, tylko po to, by jego oczom ukazało się zwiotczałe ciało Rokitnika. Takie… bez życia. Bez tej złości, bez tego jadu, który jeszcze przed chwilą z niego tryskał. Starszy… umarł?
W pierwszym odruchu uzdrowiciel zbliżył się do burego i kłami złapał go za skórę na karku. Potem, wciąż jak w transie, wyciągnął martwe ciało z posłania i zaczął wynosić je poza izolatkę. Wychodząc przez próg, minął Czajkę, ale nawet nie skupił na nim uwagi. Szedł dalej, w akompaniamencie drżących szeptów i zdziwionych komentarzy. W jego głowie nie pojawiła się żadna myśl. Tylko pustka. Jakby był tylko ciałem, którym rządził jakiś pasożyt.
Gdy dotarł na środek azylu, rozluźnił szczękę i pozwolił Rokitnikowi upaść z hukiem na glebę. Zaraz potem sam też przypadł do ziemi, a jego wizja zaszła czernią.

* * *

Obudził się w lecznicy, na swoim wygodnym, znajomym posłaniu. Przez moment pomyślał nawet, że to wszystko było tylko złym snem. W jego głowie co prawda pojawiała się wizja martwego ciała Rokitnika, ale kto powiedział, że musi być prawdziwa?
Wiciokrzew podniósł się z miejsca, gotowy do rozpoczęcia swojego dnia tak jak zwykle. Gdy to jednak zrobił, Purchawka spojrzała w jego stronę ze zmartwionym wyrazem pyska.
— Jesteś pewny, że chcesz już wstawać? — zapytała. — Nie musisz dziś nic robić. Wszystkim się zajmiemy — dodała jeszcze, uśmiechając się z lekkim politowaniem w stronę liliowego.
Serce podeszło uzdrowicielowi do gardła, ale próbował udawać, że nie wie, o co chodzi.
— N-nie rozumiem… Czemu mia-miałbym dziś le-leżeć? — zaśmiał się nerwowo, a jego koniuszek ogona zaczął drżeć. — Nic się prze-przecież nie stało, n-nie?
Nim Purchawka zdążyła odpowiedzieć, do lecznicy weszła Mistral.
— To ja już pójdę — mruknęła czarnofutra, biorąc do pyska kilka ziół i mijając się z uczennicą w progu.

<Mistral?>

[1750 słów]

[18%]

14 marca 2026

Od Wiciokrzewu CD. Cierń

Cierń patrzyła na niepewnego Wiciokrzewa w obecności dwóch młodych kociaków. Fruczaka aktualnie nie było w żłobku, więc mieli przynajmniej trochę prywatności. Oba kociaki szybko zauważyły obecność dwóch kotek. Podbiegły do nich. Jedno z nich zaczęło polować na ogon srebrnej, a drugie zaczęło trącać łapą jedną z roślin przyklejonych do Cierń. Łysa kotka popatrzyła na dwie puchate kuleczki, a potem na Wiciokrzewa i się uśmiechnęła.
Liliowy dawno nie widział, by pysk wojowniczki rozpromienił się w jego obecności. Zazwyczaj kotka nie była zadowolona z faktu, że musiała przebywać w pobliżu swojego słabego syna, który nie spełniał jej oczekiwań. Czyżby dostała kamieniem w głowę? A może była już u schyłku życia i naszło ją na zmiany?
Wiciokrzew wzdrygnął się na tę myśl. Może i nie zawsze było mu po drodze z matką, jednak mimo wszystko szanował ją i był do niej przywiązany. W końcu to ona go wychowała; przez wiele księżyców była też jego jedyną rodziną i najbliższym kotem. Nie wyobrażał sobie życia bez niej, nawet jeśli mogłoby ono wyjść na lepsze. Bez Cierń nie byłby sobą. Nie miałby wspomnień z Osetkiem, nie przyjaźniłby się z Fruczakiem i nie doczekałby się własnych kociąt.
Z drugiej strony nie musiałby też z początku czuć wstydu przez swoje zainteresowanie ziołami. Nie musiałby zmuszać się do treningów na wojownika ani brać udziału w bitwie z sępem, podczas której stracił jedną z łap. Ale jak to się mówi – coś za coś, czyż nie?
Odwzajemnił uśmiech łysej kocicy, a w jego oczach pojawiła się iskra ciepła. Dobrze, że przynajmniej nie zamierzała traumatyzować Mistral i Świergotka. Może nawet chciała się odkupić za te wszystkie księżyce, przez które skrzywdziła Wiciokrzewa?
Nie był rzecz jasna w stanie wybaczyć jej wszystkiego do końca, lecz wciąż ją kochał. Zresztą nigdy nie przestał, choć ich relacja była bardzo zawiła i niezrozumiała – nawet dla niego. Kotka raz zachowywała się tak, jakby nie chciała mieć z nim do czynienia, lecz wtedy, gdy próbował połknąć trujące jagody, stała się wręcz innym kotem. Czasem zielonooki chciałby wejść do jej głowy, by usłyszeć wszystkie jej myśli i zrozumieć jej czyny – wiedział jednak, że to niemożliwe, a na zapytanie wprost było już za późno. Może powinien po prostu zapomnieć o przeszłości i cieszyć się teraźniejszością?

* * *

Dzień śmierci Cierń

Dzień jak co dzień. Zaczął się bardzo niewinnie, bo od wizyty Sajgonu w lecznicy. Liliowy podał mu zioła na swędzącą infekcję, bo objawy czarnofutrego pasowały właśnie do niej. Nie było to nic nadzwyczajnego – Wiciokrzew w swoim życiu już nieraz miał okazję zmierzyć się z taką chorobą, a także wieloma innymi. Bycie uzdrowicielem naprawdę nieraz wzmacniało psychicznie kota. Liliowy musiał przyznać, że nawet już nie mdlał tak często na widok krwi i nie obrzydzała go ona tak bardzo, jak kiedyś. O ile oczywiście nie pojawiała się w tak ogromnych ilościach, jak wtedy, gdy Tramontana została zabita przez lisa…
Zielonooki wciąż pamiętał jej białe futro splamione szkarłatem i nieobecne, zmrużone ślepia. Nie był z nią co prawda silnie związany, przez co łatwiej było mu się pogodzić z jej śmiercią, ale znacznie bardziej martwił go stan Mistral i Świergotka. Czy kocięta będą w przyszłości pamiętać ten przeklęty dzień? Czy jako uczniowie będą budzić się w środku nocy, zalane zimnym potem, z majaczącym obrazem zakrwawionego ciała przed oczyma? Miał nadzieję, że nie. Kocur sam wiedział, jak to jest być świadkiem śmierci jako młody kot. Wciąż jeszcze pamiętał pochówek Gęgawy i desperackie próby uratowania Padliny, który na jego oczach przepadł w odmętach rwącej rzeki.
Nagle z tych rozmyślań wyrwał go znajomy głos. Wręcz bardzo znajomy.
— Hej, wujku! — przywitała się z nim Całunka, pogodnym krokiem wchodząc do lecznicy. W jej oczach błyszczał jednak ból.
Liliowy od razu zwrócił się w jej stronę, gotów podać jej jakieś zioła, by poczuła się lepiej. Była w końcu jego rodziną, a oprócz tego i pobratymcem, więc musiał się o nią troszczyć.
Czekoladowa przystanęła tuż przed nim, po czym złapała się za głowę i wydała z siebie ciche syknięcie. Tak stała przez chwilę, dopóki chwiejnie nie stanęła znów na równych łapach.
— Boli mnie głowa — oświadczyła, choć dla Wiciokrzewa było to już oczywiste.
Skinął głową i ruszył do składziku, by następnie wyciągnąć z niego pęd maliny. Podszedł z nim do szylkretki i położył przed jej łapami.
— Zje-zjedz. Powinno przejść — polecił.
Uczennica bez wahania chwyciła pęd w zęby i zaczęła go przeżuwać. Liliowy przyglądał się jej przez moment, po czym ponownie zwrócił się w stronę składziku – tym razem, by trochę go uporządkować. Wyciągając z niego zioła, zauważył, że niektóre z nich zmieszały się ze sobą i porozrzucane były po różnych kątach. Nie mógł pozwolić na to, by panował tu taki nieład! Świergot na pewno by się to nie podobało.
A mówiąc o Świergot – to właśnie na jej cześć został nazwany rudo-biały kocurek. Nosił imię Świergotek, choć jeszcze nie wiedział, co ono znaczy. Gdy tylko podrośnie razem z Mistral, opowie im o liliowej szamance. Była na tyle ważnym kotem w jego życiu, że należy jej się pamięć.
Pręgowany nawet nie zauważył, kiedy zaszło już słońce, a w lecznicy zaczęło robić się coraz ciemniej. Teraz skończył już porządki w składziku i od jakiegoś czasu leżał na swoim posłaniu, skupiając się na oddechu, by jego głowa nie zasnuła się nagle licznymi myślami. Było w miarę cicho – dopóki do uszu uzdrowiciela nie zaczęły docierać poddenerwowane szepty i rozgoryczone stęknięcia.
Zaalarmowany podniósł uszy na sztorc i szybko wygrzebał się z lecznicy, przedostając się na polanę, na której nagle zgromadził się niemal cały Owocowy Las. Zacisnął zęby i przedarł się przez tłum kotów stojących w okręgu.
I gdy wyszedł na sam przód, stanął jak wryty.
Tuż przed jego łapami leżało nieruchome ciało. Nie byle jakie, lecz kompletnie pozbawione futra i przyozdobione licznymi roślinami. Tylko jeden kot w Owocowym Lesie był tak wyjątkowy – a tym kotem była jego matka.
Serce momentalnie podeszło mu do gardła, a umysł wypełniła pustka.
Cierń… umarła?
Nie. Nie, nie. Nie mogła umrzeć. Przecież tylko spała, prawda? Na pewno spała. Na pewno zaraz otworzy oczy, ponarzeka na wszystkich, zacznie jojczyć. Tak jak miała w zwyczaju. Tak jak Wiciokrzew doświadczał tego już w przeszłości. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Dlaczego akurat dziś miałaby już nigdy nie otworzyć swoich zielonych oczu?

[*]

Wyleczeni: Całunka, Sajgon

01 marca 2026

Od Wiciokrzewu do Mistral

Przeszłość

Nie był już u Tramontany przez kilka dni i chyba nawet wiedział, czemu tak odwlekał tę wizytę. Gdy widział ją po raz ostatni, poród był już niezwykle bliski. Wtedy zostawił jej w zapasie więcej zwierzyny, by móc nie przychodzić tam jak najdłużej. Nie był jednak pewien, czemu tak bardzo nie chciał zobaczyć swoich potomków. Może bał się, że się do nich przywiąże? Może obawiał się tego, że okażą się słabe tak, jak on? Tramontana będzie nim na pewno zawiedziona. Na pewno będzie go obwiniać za to, że przeniósł na nie swoje wady. Bał się tam pójść. Bał się spojrzeć kotce w oczy – ale wiedział, że w końcu będzie musiał. Chyba by sobie nie wybaczył, gdyby kotka zmarła z głodu czy powikłań po porodzie. Musiał przynajmniej zadbać o to, by ona i jej kocięta były bezpieczne, nim wyruszą w samodzielną podróż. Trochę wstydził się tej myśli, ale oczekiwał dnia, gdy jego ścieżka z Tramontaną się rozejdzie. Wychodzenie na takie długie “spacery” co kilka dni mogło się w końcu wydać podejrzane. Tym bardziej dla Ziemniaka, który obserwował każdy ruch Wiciokrzewa, mimo tego, że Osetka już nie było. Czekoladowy jednak wyraźnie się uspokoił od zniknięcia ucznia i nie zaczepiał już tak często uzdrowiciela. Jednak czy strata przybranego syna była warta tego spokoju?
Wiciokrzew spiął mięśnie na myśl o czarno-białym kocurze. Od razu poczuł, jak żal ścisnął mu serce. Jak mógł pozwolić na to, by uczeń tak po prostu zniknął? Bez żadnego śladu? Wydawać by się mogło, że po prostu rozpłynął się w powietrzu. Zniknął tak niespodziewanie, jak się pojawił. W końcu liliowy był równie zdziwiony, gdy natknął się na samotnego kociaka na terenach Owocowego Lasu, jak wtedy, gdy ten nagle zniknął.
Teraz postanowił wstać z posłania. Zerwał się z niego i bez słowa zaczął kuśtykać do wyjścia z obozu, tak roztargniony, że zapomniał zabrać ze sobą podstawowe zioła. Mógł się tylko modlić o to, że poród Tramontany przebiegł łagodnie, a kotka okaże się zdrowa. Szedł tam na tyle prędko, że po jakimś czasie zaczął słyszeć dudnienie swojego serca w uszach. Nie zatrzymywał się jednak – był zdeterminowany, by dotrzeć do białofutrej dosyć szybko. Nie polował nawet na nic po drodze, gdyż stwierdził, że zrobi to już po zobaczeniu kociąt.
Wkrótce przed jego oczami zaczął pojawiać się zarys wejścia do nory, w której tymczasowo przyszło żyć Tramontanie. Do tego czasu bardzo się zmęczył tym szybkim tempem, ale mimo wszystko nie zwalniał, aż dopóki nie stanął w progu schronienia. Białofutra żyła w starej, opuszczonej lisiej norze, która w głównej mierze znajdowała się pod ziemią. Liliowy wszedł do niej ostrożnie, zanurzając się w półmroku. I wtedy ją dostrzegł. Samotniczka o białym futrze wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi ślepiami, a obok jej brzucha spokojnie spała dwójka latorośli. Jedna z nich wyglądała niemal tak jak jej matka, druga zaś była rudo-biała. Żadne z kociąt nie wyglądało podobnie do Wiciokrzewu. Liliowy uśmiechnął się na tę myśl.
— Jak je na-nazwałaś? — zapytał uzdrowiciel, poruszając powoli wibrysami.
Samotniczka przejechała językiem po główce białofutrej koteczki.
— Tę nazwałam Mistral. To dla mnie bardzo ważne imię… — wyjaśniła, a potem spojrzała na łaciatego kocurka. — Ten… nie ma imienia, bo chciałam, byś ty go nazwał. Żebyśmy mieli po tobie jakąś pamiątkę — zaśmiała się, po czym wróciła spojrzeniem do Wiciokrzewu.
Liliowy nie musiał się długo zastanawiać.
— To mo-może… Świergotek?

* * *

Gdzieś między odwiedzinami Tramontany musiał jeszcze zmieścić czas na obowiązki w Owocowym Lesie. Porządkował składzik z ziołami, wyrzucając z niego te wysuszone czy gnijące. Było już coraz cieplej, kwiaty zakwitały. Nie minie dużo czasu, nim uzupełnią zapasy nowymi, świeżymi roślinami. Dawało mu to nadzieję, pocieszało go to. Mimo że stracił tak bliskiego mu kota, starał się nie zaniedbywać zdrowia swoich pobratymców. Właściwie… to nawet czuł się trochę dumny z siebie, że przez większość dni był w stanie podnieść się z posłania i pomagać Purchawce i Porankowi.
Gdy tak siedział i układał zioła, nagle do lecznicy wszedł inny kot. Wnętrze od razu wypełniło się zapachem samotnika, przez co Wiciokrzew zjeżył futro i gwałtownie odwrócił głowę w stronę przybysza. Okazał się nim Jaskier, przez co kamień spadł mu z serca.
— Ach, przepraszam, że cię wystraszyłem. Chciałem tylko zapytać, czy nie macie trochę aksamitki, bo wdała mi się infekcja w ranę… — wyjaśnił, podchodząc do uzdrowiciela.
— Ma-mamy — oznajmił zielonooki, po czym przyjrzał się składzikowi. Po chwili wyciągnął z niego pomarańczowe kwiecie i wręczył je samotnikowi. — Poradzisz so-sobie?
Jaskier uśmiechnął się i odparł:
— Oczywiście.
Powiedziawszy to, chwycił roślinę w zęby i udał się do wyjścia z obozu.

* * *

tw: krew

To już pewnie ostatnie spotkanie, jakie odbędzie z Tramontaną. Kocięta powinny być już teraz na tyle duże, by przeżyć podróż na dalsze tereny. Czuł się dziś wyjątkowo spokojny; gotowy, by wyruszyć do białofutrej i się z nią pożegnać. Miał tylko nadzieję, że będzie im się dobrze powodzić, że znajdą jakiś przytulny zakątek i będą żyć pod dostatkiem. Nawet cieszył się z tego, że mógł się do czegoś przydać i pomóc tej samotniczce znaleźć szczęście. Przynajmniej ona będzie mogła spoglądać na swoje potomstwo i cieszyć się z tego, że są przy niej. Nie będzie się też już musiała martwić o to, kto zajmie się nią na starość, bo przy swoim boku będzie miała Mistral i Świergotka.
Wiciokrzew zdecydował się nie zwlekać. Spokojnym krokiem zaczął dreptać w stronę wyjścia z obozu, gdy nagle zatrzymał go Ziemniak.
— Hej, dokąd się wybierasz?! — zaczepił go, stając mu na drodze. — Nie zasługujesz na spacerki wśród śpiewu ptaków i promyczków słońca — zakpił czekoladowy, przewracając oczami.
Wiciokrzew poczuł się zakłopotany. O co mu znowu chodziło? Co tym razem zrobił?
— Pu-puść mnie… — wymamrotał, kładąc po sobie uszy.
— Albo co? — fuknął wojownik. — Jesteś słaby! Nic mi nie zrobisz, mysia strawo! Nie potrafisz się nawet przełamać i wyleczyć Rokitnika, bo się go boisz! — mówił złośliwie, szczerząc zęby.
— O czym ty mó-mówisz…?
— Nie udawaj głupszego, niż jesteś! Purchawka musiała się zająć Rokitnikiem, bo tobie nie chciało się tyłka ruszyć, by podać mu jakieś zioła! — miauknął z wyrzutem, patrząc na uzdrowiciela z takim jadem, że można by go pomylić z wężem. — W ogóle nie dbasz o członków Owocowego Lasu! I ty się dziwisz, że Osetek uciekł?
Liliowy zagryzł zęby na swoim języku tak mocno, że chwilę potem poczuł metaliczny posmak krwi rozpływający mu się po podniebieniu.
— Dosyć te-tego… — wymamrotał, próbując wyminąć wojownika. Ten jednak złapał go za ogon, nie pozwalając wyjść. Zielonooki zamarł w miejscu i dopiero wtedy czekoladowy go puścił.
— Lepiej podaj mi zioła na swędzenie, zamiast się szlajać niepotrzebnie po terenach Owocowego Lasu! — zażądał Ziemniak.
Kocur wiedział, że jeśli nie da czekoladowemu tego, czego chce, ten mu nie odpuści. Nie miał wyboru; musiał się zgodzić.
Ruchem głowy wskazał na lecznicę, po czym powoli zaczął kuśtykać w jej stronę. Głowę miał zwieszoną, a humor doszczętnie zniszczony. Ten dzień zapowiadał się dobrze, ale teraz liliowy stracił całą motywację do czegokolwiek. Gdy wszedł do legowiska, szybko wyjął ze składziku korzeń żywokostu, przeżuł go na papkę i nałożył ją na zaczerwienione miejsca na skórze Ziemniaka.
— Jeśli mi nie przejdzie, zwalam to na twoją nieumiejętność! — rzucił czekoladowy, wychodząc na zewnątrz.
Zielonooki wpatrywał się za nim, a gdy ten zniknął, obserwował tępo punkt przed sobą. Nie wiedział, ile czasu spędził w bezruchu, ale wkrótce niebo zaczęło różowieć. Pojawiły się na nim również przebłyski pomarańczowego i żółtego.
“Tramontana… Czeka na mnie” – pomyślał, a w jego oczach wezbrały się łzy.
Musiał iść. Musiał się w końcu poruszyć. Nie mógł zawieść białofutrej kotki.
W końcu zmusił swoje ciało do wstania, a potem do powłóczenia się ku wyjściu z azylu. Jego kroki były powolne; kocur wyglądał, jakby w każdej chwili mógł się załamać i upaść na ziemię. A mimo to nie pozwolił na to, by ktokolwiek mu pomagał. W ciszy opuścił obóz.
Gdy dotarł na miejsce, od razu jego uwagę przykuły plamy krwi przy wejściu. Serce podeszło mu do gardła, a umysł na moment zaszedł mgłą. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje albo, co gorsza… zemdleje. Postanowił jednak nie martwić się na zapas. “Może to krew zwierzyny, tak?” – próbował się uspokoić.
Wziął głęboki wdech, ale całe jego ciało drżało. Jego łapy wciąż się trzęsły, gdy wślizgiwał się do lisiej nory, gdzie powinna czekać na niego Tramontana…
Jednak od razu, gdy wsadził do niej głowę, w jego nozdrza uderzył silny, duszący zapach krwi, zmieszany z wonią lisa. Zamrugał kilkakrotnie, próbując przyzwyczaić się do ciemności, aż w końcu jego oczom ukazało się zmasakrowane ciało samotniczki.
Futro, które niegdyś było piękne, aksamitne i śnieżnobiałe, teraz było postrzępione i lepkie od szkarłatu.
— Tra-Tra-Tramont… — odezwał się, lecz głos ugrzązł mu w gardle.
Ciało, które przed nim leżało, w niczym nie przypominało tej kotki, którą znał. Upadł przy niej, łapami oplatając jej krwawiącą szyję. Dopiero wtedy kątem oka dostrzegł dwa skulone kocięta, przyciśnięte do siebie w rogu nory.
Wzrokiem prześledził sylwetkę Tramontany. Jej bok wciąż ledwo zauważalnie unosił się i opadał. Jedno zmrużone oko nagle poruszyło się i spojrzało prosto na niego.
— A-a-ale… j-jak… j-j-jak to… — mamrotał, czując, jak jego serce bije na tyle mocno, że mogłoby mu zaraz połamać wszystkie kości, byleby tylko wydostać się na zewnątrz.
Spojrzał w bok, na dwójkę żywych kociaków. Jego wzrok zatrzymał się na młódce tak podobnej do matki. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami, nie rozumiejąc, co dzieje się wokół niej. Wyglądała, jakby oczekiwała, że kocur zapewni ją, że wszystko będzie dobrze. Ale Wiciokrzew w tym momencie nawet sobie nie potrafił obiecać, że poradzi sobie z tą sytuacją.

* * *

Wrócił do obozu bardzo późnym wieczorem. W pysku niósł jedno kocię, natomiast na jego grzbiecie spoczywało drugie. Jego łapy były bordowe od zaschniętej krwi, a spojrzenie zmęczone i niemal nieobecne. Nawet nie myślał o tym, jak wytłumaczy się przed pobratymcami. Wiedział tylko, że te dzieci od dzisiaj muszą zamieszkać w Owocowym Lesie. Tu będą bezpieczne. Nie wiedział nawet, czy zamierza brać udział w ich wychowaniu, ale coś mu podpowiadało, że nie zostawi ich pod opieką kogoś obcego. To w końcu jego własne potomstwo. Biologiczne. Miał teraz szansę, by nie popełnić tych samych błędów co przy Osetku. Mógł zająć się tymi dziećmi i już nigdy nie pozwolić nikomu na to, by zostały mu odebrane.
Po przekroczeniu progu azylu od razu nagromadziły się wokół niego zaciekawione, ale i nieco przerażone koty. Uzdrowicielowi udało się jedynie odłożyć kocięta na ziemię, lecz zaraz potem jego obraz zaszedł czernią.
Stracił przytomność.

<Mistral?>

Wyleczeni: Jaskier, Rokitnik, Ziemniak

07 lutego 2026

Od Wiciokrzewu CD. Smugi

— J-jagody jałowca? — podsunął niepewnie nazwę.
— Jeśli to było to, to tak. Akurat miałem iść coś wziąć dla siebie ze stosu, korzystając z czasu przed patrolem. Może zechcesz zjeść razem? — oznajmił, robiąc niewielkie kroki w stronę topoli, w której mieli legowisko uzdrowiciele, a wyżej w gałęziach lider. Właśnie tam między żłobkiem a drzewem mieściło się miejsce, gdzie Owocniacy odkładali upolowane piszczki dla kociej społeczności.
Wiciokrzew umilkł przez moment, zastanawiając się, czemu Smuga chciałby zjeść z nim posiłek. W końcu nie byli rówieśnikami, a liliowy był raczej nudnym, lękliwym uzdrowicielem, którego większość starała się unikać, bo rozmowy z nim wydawały się istną męką. Ta myśl ukłuła go nieprzyjemnie, choć doskonale wiedział, że była prawdziwa.
Poruszył ogonem, już mając odpowiadać, że musi wracać do lecznicy, gdy nagle coś strzeliło mu do łba. Może ten raz, ten jeden raz, przełamie się i w końcu zachowa się tak, jak każdy inny Owocniak.
— J-jasne — odparł, nieco ciszej, niż zamierzał, podążając za czekoladowym uczniem, który po usłyszeniu zgody Wiciokrzewu ruszył żywszym krokiem w stronę stosu.
Smuga zabrał ze sobą dwie, niezbyt wielkie ptaszyny i jedną z nich podarował liliowemu. Uzdrowiciel chwycił ostrożnie kosa, uśmiechając się wdzięcznie do młodszego. Nieczęsto dzielił się zwierzyną z kimś innym i nieczęsto ktoś przynosił dla niego piszczki. Dobrze było choć raz na jakiś czas poczuć się jak prawdziwy członek Owocowego Lasu. Choć Wiciokrzew nie twierdził, że nie utożsamia się z określeniem “Owocniak” – bo akurat Owocniakiem czuł się z krwi i kości… w miarę. Bardzo doceniał swoją przynależność, cieszył się, że koty tu współpracowały ze sobą i większość żyła w zgodzie. Naprawdę pięknie się na to patrzyło, a także dobrze było pomagać tym kotom, gdy były chore.
Dwójka kotów przysiadła na skrawku trawy w azylu. Smuga od razu zaczął skubać swoją porcję z piór, natomiast Wiciokrzew siedział nieruchomo, nie tykając kosa leżącego pod jego łapami. Po jakimś czasie mruknął:
— Wiesz, że ja kie-kiedyś też szko-szkoliłem się na wo-wojownika? — zagaił, wpatrując się w przestrzeń przed sobą, jakby nie patrzył na coś, co było teraz przed nim, a na coś, co istniało w jego głowie.
Smuga zastrzygł uchem, na moment zaprzestając rwania piór ze swojej piszczki i spojrzał na liliowego.
— Nie zgadłbym — odparł, a zaraz potem otworzył szerzej oczy, jakby skapnął się, że powiedział coś nieodpowiedniego. Liliowy widział, że młodszy wahał się między tym, czy coś powiedzieć, czy zachować milczenie.
— Cóż, nie szło mi na-najlepiej, dlatego zmie-zmieniłem ścieżkę — mruknął, skracając trochę prawdziwą wersję wydarzeń. Gdyby miał opowiadać o Rokitniku, o sępie i Świergot, najpewniej wyszedłby z tego ledwo zrozumiały bełkot ze względu na ilość zająknięć. Słuchanie dłuższych wypowiedzi Wiciokrzewu musiało być męczące, dlatego nie rozmawiał zbyt dużo.
Uczeń skinął głową ze zrozumieniem, po czym zaczął jeść częściowo oskubanego ptaka, jakby gdzieś się spieszył. Wiciokrzew przeniósł wzrok na swojego kosa, jakby oczekiwał, że naje się samym patrzeniem. Nie miał ochoty na ptaka, właściwie nie miał ochoty na nic. Zgodził się tylko po to, by nie wyjść na antyspołecznego ciołka.
— Nie jesz? — zapytał w końcu Smuga, unosząc głowę i oblizując wargi. — Ja muszę już iść na patrol — oznajmił jeszcze, powoli podnosząc się z miejsca.
— Zjem go pó-później — powiedział uzdrowiciel, przysuwając do siebie piszczkę. — Le-lepiej już idź. Widzę, że ko-koty zbierają się przy wy-wyjściu.

* * *

Teraźniejszość

Wiciokrzew leżał na swoim posłaniu, wciąż przybity stratą Osetka. Na szczęście na zewnątrz powoli się ocieplało, co zwiastowało coraz większą ilość ziół i zwierzyny, a także więcej słońca i mniej dobijającej szarości. Liliowy miał nadzieję, że dobra pogoda podniesie go na duchu i poprawi jego samopoczucie – w końcu teraz miał na głowie wyżywienie Tramontany, a także opiekę nad jej zdrowiem i przebiegiem ciąży. Wciąż jeszcze nie dowierzał, że w końcu doczeka się biologicznych potomków. Szkoda tylko, że będzie musiał się z nimi rozstać. Że nie zobaczy, jak dorastają, jak uczą się, jak przeżyć… jak wyrastają na silne, zwinne koty, takie same jak ich matka. Może to nawet lepiej? Wiciokrzew nie nadawał się na ojca, mentora ani przyjaciela. Cieszył się, że te kocięta nigdy nie będą miały okazji zawieść się na nim. Zastanawiał się jeszcze, czy w ogóle zamierzał powiadomić o tym Cierń. Kotka zasługiwała na to, by wiedzieć, że doczekała się wnuków – kolejnych już zresztą – ale bał się, że mogłaby go skarcić za jego wybór. Może wojowniczka wolałaby, by te dzieci trafiły do Owocowego Lasu? By walczył o to, by Tramontana dołączyła do społeczności razem ze swoimi latoroślami? Może faktycznie odpuścił sobie za szybko, za wcześnie? Nie… Z tą samotniczką nie łączyło go nic więcej niż zwyczajna umowa. Kim był, by stawiać jej jakieś warunki?
Nagle do lecznicy weszła bura kocica – Jeżyna. Jej głowa była lekko przekrzywiona, a na pysku widać było dyskomfort. Zielonooki od razu zadarł brodę, oczekując na wyjaśnienia ze strony burej. Z jakimi objawami przyszła? Co takiego jej dolegało?
— Och, cześć, Wiciokrzewie — przywitała się spokojnie, po czym spuściła spojrzenie na łapy. — Mógłbyś zobaczyć, co z moim uchem? Chyba mam infekcję… — odparła, wzdychając ciężko.
Liliowy skinął łebkiem i zaraz podniósł się z posłania, by podejść do Jeżyny. Obejrzał jej ucho i ustalił, że faktycznie panuje w nim infekcja. Niemal instynktownie podszedł do składziku i wyciągnął z niego dobrze mu znaną aksamitkę, której sok należało wysączyć do ucha i wmasować. Zrobił tak, za co Jeżyna podziękowała mu i wyszła z legowiska, zostawiając go samego. Wiciokrzew odwrócił się, myśląc: “To była ostatnia sztuka aksamitki. Może już udałbym się na poszukiwania ziół? Robi się ciepło, śnieg już stopniał. Kto wie, może znajdę wśród traw coś kwitnącego”.
Wychodząc z lecznicy, minął Daglezję. Wzdrygnął się na jej widok, przypominając sobie, że jest jego siostrzenicą. Zatrzymał się i zwrócił pysk w jej stronę, wiedząc, że zapewne potrzebowała jego pomocy.
— T-tak? — zapytał. Daglezja zamrugała kilka razy, po czym zmarszczyła nos.
— Dokąd idziesz? Bolą mnie poduszki u łap! — oznajmiła.
Wiciokrzew drgnął i już chciał wracać do lecznicy, gdy nagle podeszła do niego Purchawka.
— Ja się nią zajmę — stwierdziła, uśmiechając się do zielonookiego. Ten zgodził się i, ignorując dalsze stęknięcia szylkretowej uczennicy, zaczął zmierzać do wyjścia z azylu.
Po drodze jednak wpadł na Fruczaka. Stróż krzątał się bez celu po obozowej polanie.
— Hej, Wiciokrzewie — przywitał się, przekręcając główkę. — Gdzie się wybierasz?
Liliowy przestąpił z łapy na łapę.
— Chciałem zo-zobaczyć, czy na te-terenie Owocowego Lasu nie kwitną już ja-jakieś zioła. Po tej Porze Nagich Drzew skła-składzik jest o-opustoszały — miauknął cicho, nie mając zbyt dużej ochoty na luźne pogaduszki. Chciał się przejść, przemyśleć kilka spraw. Jego umysł wciąż zaprzątała ta biała kotka, a także były uczeń i syn. Mimo że starał się brnąć dalej, nie zatrzymywać, tak wciąż niektóre dni były znacznie gorsze od poprzednich. Czasem miał siłę wędrować do nory Tramontany, by zapytać, czy wszystko w porządku, ale niekiedy cały dzień spędzał zaszyty w lecznicy, choć potem karcił się za to, że zostawiał białofutrą samą.
— Pójść z tobą? — zaproponował Fruczak.
Wiciokrzew na moment zamilkł, czując, jak w jego głowie zaczyna rozgrywać się walka. Stróż był jednym z niewielu kotów, z którymi pręgowany czasem rozmawiał. Przyjaźnili się już od młodości, a dawno nie mieli okazji pójść razem na spacer, by szczerze porozmawiać.
— Ja-jasne… — wydukał w końcu uzdrowiciel, czując, jak w jego klatce piersiowej niespodziewanie pojawia się uczucie ciepła.

* * *

Wrócił do obozu szczęśliwy, że mógł porozmawiać z Fruczakiem. Czuł się rozluźniony i przez moment zapomniał o wszystkich problemach, które miał w tym momencie. Wszystko wróciło, gdy postawił krok w azylu, ale nie miał na to wpływu. Takie było jego życie – pełne wzlotów i jeszcze większej liczby upadków.
Zauważył, że burczy mu w brzuchu. Żwawo podszedł do stosu ze zwierzyną, przy którym stał też Smuga. Liliowy zawahał się przez chwilę, lecz w końcu odezwał się:
— Chcesz zno-znowu coś zje-zjeść razem?

<Smugo?>

Wyleczeni: Daglezja, Jeżyna

26 stycznia 2026

Od Wiciokrzewu CD. Osetka (Ostowej Łapy)

tw: załamka

— Wiesz, słyszałem już o twojej matce, ale… nigdy nie opowiadałeś mi o ojcu. Może czas najwyższy? — zagaił cicho. — Skoro jeszcze go nie poznałem, zakładam, że… nie żyje. Rozumiem, jeśli to dla ciebie bolesne wspomnienie. Nie musisz mi niczego wyjaśniać; jestem po prostu… ciekawy.
W tym momencie Wiciokrzew zamarł, bo sam nie miał bladego pojęcia o swoim ojcu. Cierń zawsze ukrywała jego tożsamość, a liliowy nie był na tyle odważny, by zapytać ją wprost. No, przynajmniej tak było kiedyś. Teraz miał wrażenie, że byłby w stanie powęszyć w tej sprawie, ale jakoś… zajął się obowiązkami, a życie płynęło dalej. Nie miał już czasu, by pytać o kogoś, kto i tak nigdy nie był obecny w jego życiu.
W dzieciństwie wystarczała mu obecność matki – a przynajmniej tak myślał. Nie wiedział, czy czegoś mu brakowało, skoro nigdy tego nie miał. Może wyrósłby na kogoś lepszego, gdyby miał kocura, którym mógłby się inspirować? Nie, nie… Płeć nie miała tu znaczenia. Nawet posiadając tak surową i twardą matkę, wyrósł na kompletne przeciwieństwo. Niektórzy już rodzą się z przesądzonym losem. Wiciokrzewowi Wszechmatka zgotowała taki charakter, który nie łączył się ani ociupinkę z oczekiwaniami Cierń. Czy liliowy winił ją za to? Nie, przecież nie mógł. Równowaga świata musiała zostać zachowana – niektórzy rodzą się nieszczęśliwi i żyją nieszczęśliwie, by inni mogli cieszyć się życiem.
Wiciokrzew spuścił wzrok na swoje łapy, pogrążony w myślach.
— T-tak… Mój ojciec je-jest martwy… — stwierdził ponuro — …dla m-mnie.
Liliowy kątem oka dostrzegł, że Osetek przechyla głowę w zdziwieniu.
— Co masz na myśli? Czy twoim ojcem jest… Rokitnik? — zapytał z trwogą w głosie.
Wiciokrzew natychmiast podniósł głowę, wykrzywiając pysk w obrzydzonej minie.
— Nie! — zaprzeczył twardo, lecz zaraz potem zachichotał. — Nie ma-mam z nim nic wspó-wspólnego. Oprócz tego, że by-był moim mentorem — miauknął, łapiąc się za głowę. — Ja n-nie wiem, kim jest mó-mój biologiczny o-ojciec. Nigdy go nie po-poznałem…
W zielonych oczach ucznia błysnęło zrozumienie.
— Och, to… ma sens. Bardzo mi przykro — odparł nieco niezręcznie. — Skoro twoja matka nigdy ci o nim nie mówiła, to pewnie i tak nie był nikim wartym uwagi. Nie ma co się nim przejmować. — Osetek wzruszył ramionami.
— Tak… Ma-masz rację — miauknął liliowy, wlepiając spojrzenie w ścianę lecznicy. — Ale czasem my-myślę, że może po-poznanie mojego ojca po-pomogłoby mi lepiej zrozumieć sie-siebie… — wyznał, zgodnie z prawdą, którą w sobie trzymał. — Moja ma-matka w niczym nie przy-przypomina mnie. Nie wiem, skąd wzię-wzięły się u mnie takie… ce-cechy. Ta nieśmiałość, te ją-jąkanie…
Uczeń przez moment nie odpowiedział, jakby nad czymś rozmyślał.
— Twój ojciec mimo wszystko nie definiuje tego, kim jesteś. Ważne, byś ty sam potrafił oddzielić się od reszty i zaakceptować twoje własne cechy. Nie cechy kota, który jest twoim rodzicem. — Słychać było, że Osetek ważył swoje słowa. Naprawdę starał się pomóc swojemu mentorowi najlepiej, jak tylko umiał.
Do uszu Wiciokrzewa docierały te słowa. Doceniał je, chciał żyć według nich. Ale nie potrafił. Czuł się tak, jakby jego serce robiło na przekór jego umysłowi. Jedno chciało żyć szczęśliwie, zgodnie, drugie zaś nieustannie sabotowało samego siebie. To było męczące, naprawdę męczące.
Wiciokrzew dziwił się, że sam był w stanie wytrzymać tak długo, podczas gdy w jego wnętrzu toczyła się wieczna wojna. Choć może “wytrzymać” to zbyt duże określenie. On po prostu… czasem jedynie czekał, aż wszystko przeminie, a czasem zajmował swój umysł na tyle, że te krzyki i wrzaski w jego ciele wtapiały się w gwar rozmów i szmerów.
— Słyszysz mnie? — odezwał się nagle Osetek, wymachując łapą przed oczami uzdrowiciela. — Nad czym tak myślisz? Możesz mi powiedzieć, to ja… spróbuję ci pomóc.
Wiciokrzew spojrzał wprost na ucznia.
— N-nie. Nie będę cię tym o-obarczał, Osetku. Mo-możesz… pójść i po-porozmawiać z ró-rówieśnikami. Nie musisz tu ze mną sie-siedzieć — przypomniał mu.
Nie chciał, by jego przybrany syn marnował się w lecznicy, próbując pomóc mu pogodzić się ze sobą. Gdyby to było takie łatwe, Wiciokrzew już dawno śmigałby po terenach Owocowego Lasu, podśpiewując sobie różne rzeczy pod nosem i śmiejąc się wśród swoich przyjaciół, których… w obecnym, niepogodzonym stanie, nie miał.
— Wiem, że mogę. Nie czuję się zobowiązany do tego, by przy tobie siedzieć — miauknął spokojnie. — Ale mimo tego chcę to robić. Nie zależy mi na rozmowie z rówieśnikami, a tym bardziej nie z takim jednym… — mówiąc to, wykrzywił pysk w zgorzkniałym grymasie — …Poza tym to nie mój ostatni dzień w Owocowym Lesie. Mam jeszcze mnóstwo czasu, by zakolegować się tu z kotami w moim wieku. Nie masz się o co martwić, ja sobie poradzę. Jestem już w końcu prawie dorosły.

* * *

Po zniknięciu Osetka

Po kolejnej nieprzespanej nocy nastał kolejny smutny i monotonny dzień. Wiciokrzew sam już nie pamiętał, który to z rzędu, odkąd jego przybrany syn nie wrócił do obozu. Liliowy nie mógł uwierzyć, że absolutnie nikt nie zauważył, jak czarno-biały uczeń opuszcza azyl. Nikt. Żaden z tych ponad czterdziestu kotów nie przyuważył, dokąd mógłby odejść Osetek.
Co, jeśli gdzieś zaatakował go lis? Co, jeśli poślizgnął się na lodzie i zmarł w jakiejś dziurze – sam, zziębnięty i bez szansy na ratunek? Co, jeśli krzyczał o pomoc tak długo, że stracił głos?
Wiciokrzew dłużej nie mógł znieść tych myśli. Wcisnął głowę między łapy, zaciskając mocno zęby, byle tylko nie wydobył się z jego gardła dźwięk łkania. Obok byli Poranek i Purchawka. Nie mogli go widzieć w takim stanie. Musiał być silny, musiał… dla Owocowego Lasu. Ale jak miał wykonywać swoje obowiązki, gdy los nieustannie rzucał mu kłody pod nogi? Dlaczego w ogóle śmiał myśleć, że nareszcie jego życie zmierza ku poprawie? To było oczywiste. Oczywiste, że nic, co dobre, nie trwa wiecznie. Oczywiste było też to, że Osetek męczył się codziennie w Owocowym Lesie. Pewnie uciekł, zmęczony ciągłym dokuczaniem ze strony Ziemniaka.
Temu dało się zapobiec. Gdyby tylko liliowy znalazł w sobie odwagę, by poprosić kogoś o pomoc. By Ziemniak poniósł karę, by może się opamiętał i przestał zaczepiać ucznia. Może wtedy Osetek wciąż spałby u jego boku? Może byłby szczęśliwy i spełniony? Może już nosiłby imię Oset? A tak? Tułał się gdzieś… nie żył? Czy czuł się wolny i zadowolony, czy może jeszcze czasem tęsknił za swoim mentorem?
“Przestań się łudzić. Bez ciebie jest mu lepiej” – odezwał się głos.
Wiciokrzew wysunął pazury, wbijając je sobie w skórę nad brwiami. Dlaczego to jemu przytrafia się to wszystko? Dlaczego to on ma przechodzić przez te wszystkie tragedie? Dlaczego? Dlaczego...?
Nagle liliowy poczuł, jak końcówka czyjegoś ogona smyra go po grzbiecie.
— Hej… Jesteśmy tu z tobą, dobrze? — usłyszał niespokojny głos Purchawki, która musiała zauważyć, w jakim stanie znajdował się uzdrowiciel.
Liliowy rozluźnił mięśnie i wsunął pazury, po czym z jego płuc wydostało się głośne westchnienie. Dla każdego był tylko ciężarem, brzemieniem, które musieli nosić na swoich barkach. “Czy nie lepiej dla innych byłoby, gdyby zniknął?” – ta myśl nie pojawiała się w jego umyśle pierwszy raz i z pewnością nie ostatni. A z każdym kolejnym razem żałował, że poprzednio nie pchnął się do tego, by zrobić… to.
— Wilczomlecz? Żyjesz? — zapytała szamanka, trącając go łapą.
— Nie pomagasz… — odezwał się Poranek.
Wiciokrzew miał wrażenie, że oboje pochylają się nad nim jak nad truchłem. Może to była prawda? Może tak naprawdę liliowy był już tylko pustą skorupą – bez serca, bez duszy?
— Musimy mu podać coś na wzmocnienie, bo nam tu padnie! — stwierdziła kotka, po czym uzdrowiciel usłyszał jej kroki. Zbliżyła się do składziku. — Liście stokrotki? Nie… Nasiona maku? Też nie… Czyściec! Znalazłam ostatnio jego garstkę, gdy chodziłam po terenach! — oznajmiła, wyciągając z półki roślinę o fioletowych kwiatach.
Wiciokrzew podniósł głowę i, ujrzawszy pysk szamanki, skrzywił się lekko.
— Da-daruj sobie… te zio-zioła… — wymamrotał z trudem.
Purchawka jednak zbliżyła roślinę do jego kufy. Liliowy ani nie drgnął, więc szamanka siłą rozwarła jego paszczę i wcisnęła do niej czyściec.
— Wilczomleczu, musisz to połknąć! Chyba nie chcesz nam tu paść trupem, co? — burknęła.
Zielonooki wciąż jednak nie poruszył się nawet o włos.
— Co nie…? — powtórzyła, wpatrując się prosto w jego oczy.
Dlaczego nie widziała w nich tego wewnętrznego bólu, który zakorzenił się w nim niczym chwast? Czy naprawdę tak trudno było zauważyć, że tak – chciał paść trupem?
W końcu harknął ciężko i zmobilizował w sobie resztki sił, by poruszyć tym głupim, ociężałym ciałem. Podniósł się, chwiejnie, ledwo trzymając równowagę. Wyglądał tak, jakby nawet najmniejszy podmuch wiatru mógł go przewrócić. Wypluł z pyska zielsko i zakasłał.
— Usiądź, usiądź! Nie możesz się teraz prze-
Reszta słów Purchawki była już tylko plątaniną liter i sylab, których Wiciokrzew nie rozumiał. Świat zawirował mu przed oczami. Miał wrażenie, jakby zaczęły tańczyć przed nimi kolorowe iskierki. Na oślep zatoczył się w stronę wyjścia z lecznicy. Poczuł, jak coś szarpie go za futro, ale brnął dalej. W końcu zaczął biec – wciąż nie do końca świadomy tego, co robi.
Biegł. Biegł, aż wreszcie jego wizja się ustabilizowała, a umysł nieco wytrzeźwiał. Dopiero wtedy zatrzymał się, zatapiając łapy w śniegu. Zauważył, że serce łomocze mu w klatce piersiowej, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Czy da radę ustać? Czy straci przytomność, zostanie zasypany śniegiem, zamarznie? Może odnajdą go dopiero wtedy, gdy się ociepli… Nie. Mimo wszystko nie było tu na tyle zimno ani śnieżnie, by mógł zostać całkowicie przykryty perlistym puchem.
Finalnie ostatkiem sił zebrał się, by krzyknąć:
— Osetku? Je-jesteś tu?
Jak zwykle odpowiedziała mu cisza. Zielonooki pociągnął nosem, zmarnowany. Znów odwalił manianę – uciekł bez powodu. Nie dał sobie pomóc. Sprawił tylko, że inne koty musiały się martwić. Czy poszli go szukać? A może uznali, że lepiej będzie, jeśli nie wróci?
— Nie jestem Osetkiem, ale mogę pomóc ci go odnaleźć — odezwał się nagle głos zza jego pleców.
Struchlał. Nie próbował odwrócić głowy, po prostu stał jak wryty, wpatrując się tępo w punkt przed sobą.
— Jeśli mi go opiszesz, oczywiście — kontynuowała obca mu kocica.
W końcu minęła go i stanęła przed nim. Była wysoka, o solidnej budowie. Miała półdługie futro, które świetnie wtapiało się w zaśnieżony krajobraz. Ale… co ona tu robiła?
— T-to… tereny O-Owocowego Lasu… — mruknął, jednak bardziej z przyzwyczajenia niż z faktycznej chęci. W jego głosie nie było gniewu ani złości, a jedynie rezygnacja.
— No, może i masz rację, ale nie przychodzę tu bez powodu… — odezwała się niebieskooka, uśmiechając się miękko. — Jestem Tramontana, a ty?
Liliowy zawahał się. Czy powinien ufać tej samotniczce? Już raz spotkał takiego jednego – Szczypiorka. Teraz, gdy myślał o niebieskim kocurze, robiło mu się niedobrze. Czuł się źle z faktem, że tak łatwo dał się przez niego… wykorzystać?
— A ty? — powtórzyła ponaglająco. — Jak mam się do ciebie zwracać, co? Wiesz, jeśli chcemy się zakumplować, to przydałoby się, żebym znała cię chociaż powierzchownie — rzuciła już nieco spokojniej, jakby chciała uśpić jego czujność.
Uzdrowiciel cały się jednak spiął, wciąż nie odzywając się do kotki ani słowem.
— No proszę cię! Przecież już wiem, żeś nieniemy. Ja naprawdę mogę ci pomóc, ale tylko jeśli będziesz ze mną współpracować — przekonywała go.
Zielonooki wciąż czuł, że nie powinien jej ufać, ale coś w tonie Tramontany sprawiło, że poczuł się… przekupiony.
— W-Wiciokrzew… — odezwał się w końcu.
Białofutra skinęła głową kilka razy, jakby się nad czymś zastanawiała. Może skądś go kojarzyła? Może ptaszki wyćwierkały jej kiedyś, jakim to strasznym przegrywem jest kocur o imieniu Wiciokrzew?
— Hm… miło mi cię poznać, Wiciokrzewie! — Kotka wyciągnęła łapę w jego stronę, jednak uzdrowiciel spojrzał tylko na nią i nie odwzajemnił gestu.
Tramontana westchnęła, chyba trochę zawstydzona.
— To… opowiesz mi coś o tym Osetku? Kim on jest? Jak wygląda? Musisz mi uwierzyć na słowo, ale jestem świetną tropicielką! Gdy byłam młodsza, wywęszyłam królika, który znajdował się ze sto długości drzewa ode mnie, gdy moja rodzina głodowała! — zaczęła się przechwalać.
Tia. Sto długości drzewa. Nie wierzył w te bajeczki, ale poza nią… nie widział innej szansy, by odnaleźć swojego przybranego syna. Może to głupie, ale mimo wszystko rozpalił się w nim niewielki ognik nadziei.
— Był… mo-moim przybranym synem i u-uczniem… — zaczął, po czym zamknął oczy, jakby próbował odnaleźć więcej informacji o Osetku w swoim zamglonym umyśle. — Zna-znalazłem go… osamotnionego. Wzią-wziąłem do Owocowego Lasu, wy-wychowałem…
Zmarszczył brwi, gdy nagle przez jego głowę przeszedł przeszywający ból.
— Nie do-dogadywał się z takim je-jednym… Ziemniakiem… Myślę, że to prze-przez niego… Osetek u-uciekł… — kontynuował drżącym głosem, ledwo wiążąc koniec z końcem.
Każde wspomnienie czarno-białego kocura sprawiało mu cierpienie. Był już tak blisko osiągnięcia spokoju, już prawie miał następcę, wsparcie. A potem wszystko, jak zawsze, musiało runąć…
Naprawdę chciał czuć się lepiej. Gdy miał przy sobie Osetka, czuł się zdeterminowany do pracy. Czuł, że wreszcie ma dla kogo żyć. Tak niewiele było mu potrzebne, by wreszcie poczuć się chcianym – i tak niewiele wystarczyło, by znów mu to odebrać. W takim układzie Wiciokrzew… po prostu nie mógł wygrać.