— Jeśli to było to, to tak. Akurat miałem iść coś wziąć dla siebie ze stosu, korzystając z czasu przed patrolem. Może zechcesz zjeść razem? — oznajmił, robiąc niewielkie kroki w stronę topoli, w której mieli legowisko uzdrowiciele, a wyżej w gałęziach lider. Właśnie tam między żłobkiem a drzewem mieściło się miejsce, gdzie Owocniacy odkładali upolowane piszczki dla kociej społeczności.
Wiciokrzew umilkł przez moment, zastanawiając się, czemu Smuga chciałby zjeść z nim posiłek. W końcu nie byli rówieśnikami, a liliowy był raczej nudnym, lękliwym uzdrowicielem, którego większość starała się unikać, bo rozmowy z nim wydawały się istną męką. Ta myśl ukłuła go nieprzyjemnie, choć doskonale wiedział, że była prawdziwa.
Poruszył ogonem, już mając odpowiadać, że musi wracać do lecznicy, gdy nagle coś strzeliło mu do łba. Może ten raz, ten jeden raz, przełamie się i w końcu zachowa się tak, jak każdy inny Owocniak.
— J-jasne — odparł, nieco ciszej, niż zamierzał, podążając za czekoladowym uczniem, który po usłyszeniu zgody Wiciokrzewu ruszył żywszym krokiem w stronę stosu.
Smuga zabrał ze sobą dwie, niezbyt wielkie ptaszyny i jedną z nich podarował liliowemu. Uzdrowiciel chwycił ostrożnie kosa, uśmiechając się wdzięcznie do młodszego. Nieczęsto dzielił się zwierzyną z kimś innym i nieczęsto ktoś przynosił dla niego piszczki. Dobrze było choć raz na jakiś czas poczuć się jak prawdziwy członek Owocowego Lasu. Choć Wiciokrzew nie twierdził, że nie utożsamia się z określeniem “Owocniak” – bo akurat Owocniakiem czuł się z krwi i kości… w miarę. Bardzo doceniał swoją przynależność, cieszył się, że koty tu współpracowały ze sobą i większość żyła w zgodzie. Naprawdę pięknie się na to patrzyło, a także dobrze było pomagać tym kotom, gdy były chore.
Dwójka kotów przysiadła na skrawku trawy w azylu. Smuga od razu zaczął skubać swoją porcję z piór, natomiast Wiciokrzew siedział nieruchomo, nie tykając kosa leżącego pod jego łapami. Po jakimś czasie mruknął:
— Wiesz, że ja kie-kiedyś też szko-szkoliłem się na wo-wojownika? — zagaił, wpatrując się w przestrzeń przed sobą, jakby nie patrzył na coś, co było teraz przed nim, a na coś, co istniało w jego głowie.
Smuga zastrzygł uchem, na moment zaprzestając rwania piór ze swojej piszczki i spojrzał na liliowego.
— Nie zgadłbym — odparł, a zaraz potem otworzył szerzej oczy, jakby skapnął się, że powiedział coś nieodpowiedniego. Liliowy widział, że młodszy wahał się między tym, czy coś powiedzieć, czy zachować milczenie.
— Cóż, nie szło mi na-najlepiej, dlatego zmie-zmieniłem ścieżkę — mruknął, skracając trochę prawdziwą wersję wydarzeń. Gdyby miał opowiadać o Rokitniku, o sępie i Świergot, najpewniej wyszedłby z tego ledwo zrozumiały bełkot ze względu na ilość zająknięć. Słuchanie dłuższych wypowiedzi Wiciokrzewu musiało być męczące, dlatego nie rozmawiał zbyt dużo.
Uczeń skinął głową ze zrozumieniem, po czym zaczął jeść częściowo oskubanego ptaka, jakby gdzieś się spieszył. Wiciokrzew przeniósł wzrok na swojego kosa, jakby oczekiwał, że naje się samym patrzeniem. Nie miał ochoty na ptaka, właściwie nie miał ochoty na nic. Zgodził się tylko po to, by nie wyjść na antyspołecznego ciołka.
— Nie jesz? — zapytał w końcu Smuga, unosząc głowę i oblizując wargi. — Ja muszę już iść na patrol — oznajmił jeszcze, powoli podnosząc się z miejsca.
— Zjem go pó-później — powiedział uzdrowiciel, przysuwając do siebie piszczkę. — Le-lepiej już idź. Widzę, że ko-koty zbierają się przy wy-wyjściu.
Wiciokrzew leżał na swoim posłaniu, wciąż przybity stratą Osetka. Na szczęście na zewnątrz powoli się ocieplało, co zwiastowało coraz większą ilość ziół i zwierzyny, a także więcej słońca i mniej dobijającej szarości. Liliowy miał nadzieję, że dobra pogoda podniesie go na duchu i poprawi jego samopoczucie – w końcu teraz miał na głowie wyżywienie Tramontany, a także opiekę nad jej zdrowiem i przebiegiem ciąży. Wciąż jeszcze nie dowierzał, że w końcu doczeka się biologicznych potomków. Szkoda tylko, że będzie musiał się z nimi rozstać. Że nie zobaczy, jak dorastają, jak uczą się, jak przeżyć… jak wyrastają na silne, zwinne koty, takie same jak ich matka. Może to nawet lepiej? Wiciokrzew nie nadawał się na ojca, mentora ani przyjaciela. Cieszył się, że te kocięta nigdy nie będą miały okazji zawieść się na nim. Zastanawiał się jeszcze, czy w ogóle zamierzał powiadomić o tym Cierń. Kotka zasługiwała na to, by wiedzieć, że doczekała się wnuków – kolejnych już zresztą – ale bał się, że mogłaby go skarcić za jego wybór. Może wojowniczka wolałaby, by te dzieci trafiły do Owocowego Lasu? By walczył o to, by Tramontana dołączyła do społeczności razem ze swoimi latoroślami? Może faktycznie odpuścił sobie za szybko, za wcześnie? Nie… Z tą samotniczką nie łączyło go nic więcej niż zwyczajna umowa. Kim był, by stawiać jej jakieś warunki?
Nagle do lecznicy weszła bura kocica – Jeżyna. Jej głowa była lekko przekrzywiona, a na pysku widać było dyskomfort. Zielonooki od razu zadarł brodę, oczekując na wyjaśnienia ze strony burej. Z jakimi objawami przyszła? Co takiego jej dolegało?
— Och, cześć, Wiciokrzewie — przywitała się spokojnie, po czym spuściła spojrzenie na łapy. — Mógłbyś zobaczyć, co z moim uchem? Chyba mam infekcję… — odparła, wzdychając ciężko.
Liliowy skinął łebkiem i zaraz podniósł się z posłania, by podejść do Jeżyny. Obejrzał jej ucho i ustalił, że faktycznie panuje w nim infekcja. Niemal instynktownie podszedł do składziku i wyciągnął z niego dobrze mu znaną aksamitkę, której sok należało wysączyć do ucha i wmasować. Zrobił tak, za co Jeżyna podziękowała mu i wyszła z legowiska, zostawiając go samego. Wiciokrzew odwrócił się, myśląc: “To była ostatnia sztuka aksamitki. Może już udałbym się na poszukiwania ziół? Robi się ciepło, śnieg już stopniał. Kto wie, może znajdę wśród traw coś kwitnącego”.
Wychodząc z lecznicy, minął Daglezję. Wzdrygnął się na jej widok, przypominając sobie, że jest jego siostrzenicą. Zatrzymał się i zwrócił pysk w jej stronę, wiedząc, że zapewne potrzebowała jego pomocy.
— T-tak? — zapytał. Daglezja zamrugała kilka razy, po czym zmarszczyła nos.
— Dokąd idziesz? Bolą mnie poduszki u łap! — oznajmiła.
Wiciokrzew drgnął i już chciał wracać do lecznicy, gdy nagle podeszła do niego Purchawka.
— Ja się nią zajmę — stwierdziła, uśmiechając się do zielonookiego. Ten zgodził się i, ignorując dalsze stęknięcia szylkretowej uczennicy, zaczął zmierzać do wyjścia z azylu.
Po drodze jednak wpadł na Fruczaka. Stróż krzątał się bez celu po obozowej polanie.
— Hej, Wiciokrzewie — przywitał się, przekręcając główkę. — Gdzie się wybierasz?
Liliowy przestąpił z łapy na łapę.
— Chciałem zo-zobaczyć, czy na te-terenie Owocowego Lasu nie kwitną już ja-jakieś zioła. Po tej Porze Nagich Drzew skła-składzik jest o-opustoszały — miauknął cicho, nie mając zbyt dużej ochoty na luźne pogaduszki. Chciał się przejść, przemyśleć kilka spraw. Jego umysł wciąż zaprzątała ta biała kotka, a także były uczeń i syn. Mimo że starał się brnąć dalej, nie zatrzymywać, tak wciąż niektóre dni były znacznie gorsze od poprzednich. Czasem miał siłę wędrować do nory Tramontany, by zapytać, czy wszystko w porządku, ale niekiedy cały dzień spędzał zaszyty w lecznicy, choć potem karcił się za to, że zostawiał białofutrą samą.
— Pójść z tobą? — zaproponował Fruczak.
Wiciokrzew na moment zamilkł, czując, jak w jego głowie zaczyna rozgrywać się walka. Stróż był jednym z niewielu kotów, z którymi pręgowany czasem rozmawiał. Przyjaźnili się już od młodości, a dawno nie mieli okazji pójść razem na spacer, by szczerze porozmawiać.
— Ja-jasne… — wydukał w końcu uzdrowiciel, czując, jak w jego klatce piersiowej niespodziewanie pojawia się uczucie ciepła.
Wrócił do obozu szczęśliwy, że mógł porozmawiać z Fruczakiem. Czuł się rozluźniony i przez moment zapomniał o wszystkich problemach, które miał w tym momencie. Wszystko wróciło, gdy postawił krok w azylu, ale nie miał na to wpływu. Takie było jego życie – pełne wzlotów i jeszcze większej liczby upadków.
Zauważył, że burczy mu w brzuchu. Żwawo podszedł do stosu ze zwierzyną, przy którym stał też Smuga. Liliowy zawahał się przez chwilę, lecz w końcu odezwał się:
— Chcesz zno-znowu coś zje-zjeść razem?
Wyleczeni: Daglezja, Jeżyna
Wiciokrzew umilkł przez moment, zastanawiając się, czemu Smuga chciałby zjeść z nim posiłek. W końcu nie byli rówieśnikami, a liliowy był raczej nudnym, lękliwym uzdrowicielem, którego większość starała się unikać, bo rozmowy z nim wydawały się istną męką. Ta myśl ukłuła go nieprzyjemnie, choć doskonale wiedział, że była prawdziwa.
Poruszył ogonem, już mając odpowiadać, że musi wracać do lecznicy, gdy nagle coś strzeliło mu do łba. Może ten raz, ten jeden raz, przełamie się i w końcu zachowa się tak, jak każdy inny Owocniak.
— J-jasne — odparł, nieco ciszej, niż zamierzał, podążając za czekoladowym uczniem, który po usłyszeniu zgody Wiciokrzewu ruszył żywszym krokiem w stronę stosu.
Smuga zabrał ze sobą dwie, niezbyt wielkie ptaszyny i jedną z nich podarował liliowemu. Uzdrowiciel chwycił ostrożnie kosa, uśmiechając się wdzięcznie do młodszego. Nieczęsto dzielił się zwierzyną z kimś innym i nieczęsto ktoś przynosił dla niego piszczki. Dobrze było choć raz na jakiś czas poczuć się jak prawdziwy członek Owocowego Lasu. Choć Wiciokrzew nie twierdził, że nie utożsamia się z określeniem “Owocniak” – bo akurat Owocniakiem czuł się z krwi i kości… w miarę. Bardzo doceniał swoją przynależność, cieszył się, że koty tu współpracowały ze sobą i większość żyła w zgodzie. Naprawdę pięknie się na to patrzyło, a także dobrze było pomagać tym kotom, gdy były chore.
Dwójka kotów przysiadła na skrawku trawy w azylu. Smuga od razu zaczął skubać swoją porcję z piór, natomiast Wiciokrzew siedział nieruchomo, nie tykając kosa leżącego pod jego łapami. Po jakimś czasie mruknął:
— Wiesz, że ja kie-kiedyś też szko-szkoliłem się na wo-wojownika? — zagaił, wpatrując się w przestrzeń przed sobą, jakby nie patrzył na coś, co było teraz przed nim, a na coś, co istniało w jego głowie.
Smuga zastrzygł uchem, na moment zaprzestając rwania piór ze swojej piszczki i spojrzał na liliowego.
— Nie zgadłbym — odparł, a zaraz potem otworzył szerzej oczy, jakby skapnął się, że powiedział coś nieodpowiedniego. Liliowy widział, że młodszy wahał się między tym, czy coś powiedzieć, czy zachować milczenie.
— Cóż, nie szło mi na-najlepiej, dlatego zmie-zmieniłem ścieżkę — mruknął, skracając trochę prawdziwą wersję wydarzeń. Gdyby miał opowiadać o Rokitniku, o sępie i Świergot, najpewniej wyszedłby z tego ledwo zrozumiały bełkot ze względu na ilość zająknięć. Słuchanie dłuższych wypowiedzi Wiciokrzewu musiało być męczące, dlatego nie rozmawiał zbyt dużo.
Uczeń skinął głową ze zrozumieniem, po czym zaczął jeść częściowo oskubanego ptaka, jakby gdzieś się spieszył. Wiciokrzew przeniósł wzrok na swojego kosa, jakby oczekiwał, że naje się samym patrzeniem. Nie miał ochoty na ptaka, właściwie nie miał ochoty na nic. Zgodził się tylko po to, by nie wyjść na antyspołecznego ciołka.
— Nie jesz? — zapytał w końcu Smuga, unosząc głowę i oblizując wargi. — Ja muszę już iść na patrol — oznajmił jeszcze, powoli podnosząc się z miejsca.
— Zjem go pó-później — powiedział uzdrowiciel, przysuwając do siebie piszczkę. — Le-lepiej już idź. Widzę, że ko-koty zbierają się przy wy-wyjściu.
* * *
Teraźniejszość
Wiciokrzew leżał na swoim posłaniu, wciąż przybity stratą Osetka. Na szczęście na zewnątrz powoli się ocieplało, co zwiastowało coraz większą ilość ziół i zwierzyny, a także więcej słońca i mniej dobijającej szarości. Liliowy miał nadzieję, że dobra pogoda podniesie go na duchu i poprawi jego samopoczucie – w końcu teraz miał na głowie wyżywienie Tramontany, a także opiekę nad jej zdrowiem i przebiegiem ciąży. Wciąż jeszcze nie dowierzał, że w końcu doczeka się biologicznych potomków. Szkoda tylko, że będzie musiał się z nimi rozstać. Że nie zobaczy, jak dorastają, jak uczą się, jak przeżyć… jak wyrastają na silne, zwinne koty, takie same jak ich matka. Może to nawet lepiej? Wiciokrzew nie nadawał się na ojca, mentora ani przyjaciela. Cieszył się, że te kocięta nigdy nie będą miały okazji zawieść się na nim. Zastanawiał się jeszcze, czy w ogóle zamierzał powiadomić o tym Cierń. Kotka zasługiwała na to, by wiedzieć, że doczekała się wnuków – kolejnych już zresztą – ale bał się, że mogłaby go skarcić za jego wybór. Może wojowniczka wolałaby, by te dzieci trafiły do Owocowego Lasu? By walczył o to, by Tramontana dołączyła do społeczności razem ze swoimi latoroślami? Może faktycznie odpuścił sobie za szybko, za wcześnie? Nie… Z tą samotniczką nie łączyło go nic więcej niż zwyczajna umowa. Kim był, by stawiać jej jakieś warunki?
Nagle do lecznicy weszła bura kocica – Jeżyna. Jej głowa była lekko przekrzywiona, a na pysku widać było dyskomfort. Zielonooki od razu zadarł brodę, oczekując na wyjaśnienia ze strony burej. Z jakimi objawami przyszła? Co takiego jej dolegało?
— Och, cześć, Wiciokrzewie — przywitała się spokojnie, po czym spuściła spojrzenie na łapy. — Mógłbyś zobaczyć, co z moim uchem? Chyba mam infekcję… — odparła, wzdychając ciężko.
Liliowy skinął łebkiem i zaraz podniósł się z posłania, by podejść do Jeżyny. Obejrzał jej ucho i ustalił, że faktycznie panuje w nim infekcja. Niemal instynktownie podszedł do składziku i wyciągnął z niego dobrze mu znaną aksamitkę, której sok należało wysączyć do ucha i wmasować. Zrobił tak, za co Jeżyna podziękowała mu i wyszła z legowiska, zostawiając go samego. Wiciokrzew odwrócił się, myśląc: “To była ostatnia sztuka aksamitki. Może już udałbym się na poszukiwania ziół? Robi się ciepło, śnieg już stopniał. Kto wie, może znajdę wśród traw coś kwitnącego”.
Wychodząc z lecznicy, minął Daglezję. Wzdrygnął się na jej widok, przypominając sobie, że jest jego siostrzenicą. Zatrzymał się i zwrócił pysk w jej stronę, wiedząc, że zapewne potrzebowała jego pomocy.
— T-tak? — zapytał. Daglezja zamrugała kilka razy, po czym zmarszczyła nos.
— Dokąd idziesz? Bolą mnie poduszki u łap! — oznajmiła.
Wiciokrzew drgnął i już chciał wracać do lecznicy, gdy nagle podeszła do niego Purchawka.
— Ja się nią zajmę — stwierdziła, uśmiechając się do zielonookiego. Ten zgodził się i, ignorując dalsze stęknięcia szylkretowej uczennicy, zaczął zmierzać do wyjścia z azylu.
Po drodze jednak wpadł na Fruczaka. Stróż krzątał się bez celu po obozowej polanie.
— Hej, Wiciokrzewie — przywitał się, przekręcając główkę. — Gdzie się wybierasz?
Liliowy przestąpił z łapy na łapę.
— Chciałem zo-zobaczyć, czy na te-terenie Owocowego Lasu nie kwitną już ja-jakieś zioła. Po tej Porze Nagich Drzew skła-składzik jest o-opustoszały — miauknął cicho, nie mając zbyt dużej ochoty na luźne pogaduszki. Chciał się przejść, przemyśleć kilka spraw. Jego umysł wciąż zaprzątała ta biała kotka, a także były uczeń i syn. Mimo że starał się brnąć dalej, nie zatrzymywać, tak wciąż niektóre dni były znacznie gorsze od poprzednich. Czasem miał siłę wędrować do nory Tramontany, by zapytać, czy wszystko w porządku, ale niekiedy cały dzień spędzał zaszyty w lecznicy, choć potem karcił się za to, że zostawiał białofutrą samą.
— Pójść z tobą? — zaproponował Fruczak.
Wiciokrzew na moment zamilkł, czując, jak w jego głowie zaczyna rozgrywać się walka. Stróż był jednym z niewielu kotów, z którymi pręgowany czasem rozmawiał. Przyjaźnili się już od młodości, a dawno nie mieli okazji pójść razem na spacer, by szczerze porozmawiać.
— Ja-jasne… — wydukał w końcu uzdrowiciel, czując, jak w jego klatce piersiowej niespodziewanie pojawia się uczucie ciepła.
* * *
Zauważył, że burczy mu w brzuchu. Żwawo podszedł do stosu ze zwierzyną, przy którym stał też Smuga. Liliowy zawahał się przez chwilę, lecz w końcu odezwał się:
— Chcesz zno-znowu coś zje-zjeść razem?
<Smugo?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz