Kotka wstawała wcześnie rano, aby pozwolić sobie na choćby chwile relaksu i czasu dla samej siebie; wiedziała, że potem go nie znajdzie, nawet po treningu. Fakt, że nie mogła jeść, zanim sama nie złapie, chociaż maleńkiej piszczki sprawiał, że przynajmniej nie musiała myśleć o tym, co tym razem powinna mieć na śniadanie i mogła zająć się pielęgnacją śliskiego futra. Odkryła też, że jeśli wykonuję takie zabiegi pielęgnacyjne po posiłku, to na jej jasnej szacie zostają potem różowawe, krwiste ślady języka. Wystarczało, że obrzydzała ją zwyczajna woń śliny, a kiedy pomiesza się ją z metalicznym szkarłatem... cały posiłek aż podchodził jej pod same przednie zęby. Wolała mieć pusty brzuch z powodu braku śniadania, a nie z powodu wczesnego incydentu związanego z wymiocinami... Zapach wymiocin też ją obrzydzał.
Prędko nauczyła się, że poranki są najpewniej najlepszą, najbardziej przyjemną i spokojną porą dnia w Klanie Klifu. O ile nie mogła powiedzieć, że wtedy panowała w obozie całkowita cisza, tak ilość kotów była widocznie mniejsza. Nie była jedynym rannym ptaszkiem, ale jej rytm życia był nierozwiązalnie spleciony z Trójokim Zającem, więc o ile on nie chciał wybyć tego dnia prędko, ona nie miała na to wpływu. Większość wojowników, którzy akurat nie mieli pod swoimi łapami uczniów, wykorzystywała ten okres, aby pospać trochę dłużej, zwłaszcza jeśli nie zostali wybrani przez Pikującą Jaskółkę do pierwszego patrolu. Na ich szczęście zastępczyni zdecydowanie wolała zabierać na niego uczniów i ich mentorów; bardzo do serca brała sobie szkolenie świeżej krwi Klanu Klifu. Teraz kręciła się niespokojnie w głębszej części obozu. Zachowywała się tak od kilku księżyców; nawet kiedy Oszroniona Łapa była jeszcze małym kociakiem, który dopiero uczył się obserwacji i rozczytywania zachowań innych kotów, zauważyła, że czym jej dziadek bardziej garbił się i powłóczył nogami, tym ona zachowywała się coraz to dziwniej i niespokojniej. Podnosiła głowę wyżej, chociaż nie zdobiła jej jeszcze metaforyczna gwiazda, a ogon drgał jej niemal bez przerwy, zdradzając niespokojne bicie serca. Uczennica nie wiedziała, jakie ma podejście do babki ze strony ojca. Kiedy od czasu do czasu odwiedzał ich wuj Mirtowe Lśnienie, a kiedy już umiała słuchać, była świadoma, że szepty, które wymienia z matką dotyczyły właśnie jej. No i na pewno nie były jej przychylne. Z drugiej strony miała jednak tatę Króliczą Prawdę i swojego mentora; synów kotki. O ile zauważyła, że nie było trudnym zwyczajnie za kremową nie przepadać z powodu jej twardego charakteru, tak nie mogła do końca zrozumieć, czemu aż tyle kotów patrzy na nią krzywo i z grymasem na pysku. Dla samej Oszronionej Łapy wydawała się bardzo... odpowiednia i twarda.
— Oszroniona Łapo! — Z zamyślenia wyrwał ją właśnie jej głos. Nie zauważyła nawet, kiedy kocica pojawiła się obok niej, wpatrując się w nią tymi soczystymi ślepiami. Wzrok miała twardy, przenikliwy, jakby próbowała wyczytać z pyska wnuczki dosłownie każdą, nawet najmniejszą myśl. Uczennica podniosła głowę, ale nawet teraz nie była na równi ze starszą. Wciąż miała trochę rośnięcia przed sobą.
— Słucham..? — zapytała, wciąż nieco zdziwiona. Nie spodziewała się, że nie będzie jej dane nacieszyć się porankiem. Zazwyczaj, jeśli nie budził jej Trójoki Zająć (a robił to rzadko), mogła spokojnie poobserwować wychodzące patrole, budzący się obóz.
— Idź po mentora.
— Ojciec miał iść na patrol, prawda? — Podniosła brew pytająco.
— Miał.
— Coś się stało?
— Mu nie, ale mogę cię zapewnić, że Pasterzowa Łapa jest w dobrych łapach, jeśli martwi cię stan zdrowia towarzysza z legowiska. Patrol jest spóźniony, idź po Trójokiego Zająca, zastąpicie tę dwójkę i dołączycie do Mirtowego Lśnienia i Truskawkowej Łapy — pogoniła wnuczkę, która ociężale skierowała się w kierunku legowiska wojowników.
"Przynajmniej będzie trochę spokoju, kiedy ten narwany szaleniec będzie siedział u medyczek. Uszy nam odpoczną..." — pomyślała, kiedy wdrapywała się po kamiennej rampie.
* * *
— Mówię tylko, że głupie, że łapiecie jedynie kraby. — Oszroniona Łapa nagle zainteresowała się rozmową, która odbywała się głównie między Mirtowym Lśnieniem, który prowadził cały patrol, a jego... podstarzałą (przynajmniej na normy klanowe) uczennicą-przybłędą. — Macie tyle wody!
— Truskawkowa Łapo... Proszę, nie krzycz — miauknął zmęczony kocur.
— Nie krzyczę, mam głośny ton głosu z natury, nic na to nie poradzę — wytłumaczyła się i przybliżyła się jeszcze bliżej do rudego. — Czy to bezsensowny pomysł? Ile tam musi być ryb.
— Tak, jest to pozbawione sensu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę coś tak oczywistego, jak głębokość morza, siłę i wielkość fal, a także to, że nie da się przewidzieć jego zachowania — tłumaczył syn lidera.
— Są przypływy i odpływy. Głównie o tych samych porach. Kraby łapiemy przy odpływie — wyrecytowała, uśmiechając się uroczo.
"Pewnie wczoraj się tego nauczyła..." — pomyślała Szronka, przewracając oczami. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że szylkretka mówiła tylko po to, aby gadać i mieć jakiś powód, aby iść coraz bliżej Mirtowego Lśnienia, który co jakiś czas próbował stworzyć między nimi, chociaż niewielki odstęp. Truskawka niemal momentalnie go niwelowała.
— Musisz być świetną pływaczką, skoro tak nas zachęcasz do tego pomysłu — odezwał się nagle Trójoki Zając. Niebieska zauważyła, jak rozweselony pysk zielonookiej na moment okrył się wyrazem zirytowania. Szybko jednak go opanowała.
"Pewnie zapomniała, że na patrolu jest ktoś poza ich dwójką..."
— Tak w zasadzie, to nie umiem pływać. W Owocowym Lesie się nie pływa — rzuciła za siebie niby od niechcenia.
— Kto w takim razie nauczyłby nas tego? Każ jakiemuś wojownikowi wejść do morza, a spadnie na samo dno — dodał mądrze rudy kocur.
— Słyszałam kiedyś, że kocięta nie toną — rzuciła żartobliwie szylkretka.
— Jesztesz szurnięta, mówił ci to ktosz? — odezwała się najmłodsza po raz pierwszy, od kiedy opuścili obóz. Pstrokata głowa odwróciła się w jej kierunku. Oczy, chociaż ładne i soczyste, wydawały się równie zimne co te, które należały do niebieskiej koteczki.
— Nie wiedziałam, że dzieciaki u was też są takie zamknięte na pomysły i innowacje — mruknęła nonszalancko. — No cóż... Chciałam dobrze, a moje propozycje wyciągałam prosto z dobroci serca, ale jak nie... to nie. Przecież wiecie najlepiej. — Ostatnio zdanie niemal wymruczała, kierując je najmocniej do swojego nauczyciela. Machnęła ogonem, niemal nie uderzając Szron w pysk. Uczennica warknęła pod nosem, ale powstrzymała się przed komentarzem. Nie było warto. Nie dla przybłędy.
Spojrzała kontem oka na swojego mentora, który dreptał u jej boku. Na moment złapali kontakt wzrokowy. Wuj uśmiechnął się do niej.
— Chcesz zapolować? — zapytał, przybliżając się do podopiecznej.
— Możemy... A... Czy to o krabach, to, że łapie szie je po odpływie, to prawda? — Zrobiła kolejny krok bliżej, aby Truskawkowa Łapa jej nie słyszała. Chociaż ona i tak była całkowicie zajęta osobą Mirtowego Lśnienia.
— W zasadzie tak. Kiedy nadchodzi odpływ, pasmo plaży staje się większe, bo odsłania się płycizna. Dlatego jest więcej krabów, a czasem nawet można znaleźć morskie ryby — wytłumaczył.
— Mhm...
— Możemy pójść poszukać krabów na jutrzejszym treningu — zaproponował. Koteczka skinęła łebkiem, chociaż niekoniecznie się cieszyła. Było jej obojętne, co robili na treningach; najważniejsze, żeby po prostu jej szkolenie szło do przodu. Najważniejsze, żeby w końcu doprowadziło ją do wojowniczego miana.
— Możemy... — mruknęła, a następnie jeszcze bardziej zadarła głowę, aby móc mówić jeszcze ciszej. — A nauczysz mnie pływać? Mogę być pierwszą wojowniczką Klanu Klifu, która poluje w morzu...
<Zajunc?>
[1255 słów]
[Przyznano 25%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz