Zgromadzenie
Nie podobało mu się to zgromadzenie. Samo dotarcie tutaj było istną katorgą, zwłaszcza z jego króciutkimi, żałosnymi łapkami, które dostał w prezencie od własnej matki. Jak mogła go tak skrzywdzić, wydając go na świat?
W pewnym momencie, ostrożnie przechadzając się po wyspie, wpadł na obcego kota, który pachniał rybami i morską bryzą. Musiał należeć do Klanu Nocy.
— Uch, och… Dobry wieczór… nieznajomy.
Przyglądając się obcemu kocurowi, dostrzegł w nim łagodną naturę. Nie wyglądał na zagrożenie, co sprawiło, że biało-niebieski odetchnął z ulgą. Kto wie, może z tej przypadkowej rozmowy wyniknie coś więcej? Może nawet zostaną znajomymi?
— A! Ach! Hejka? — Obcy uśmiechnął się łagodnie, choć Klifiak spostrzegł, że futro na jego karku się zjeżyło. — Ugh... Jak masz na imię? — zapytał.
Uczeń wypiął dumnie pierś, chcąc chociaż spróbować pokazać, że jest kimś wartym rozmowy. Czuł się jednak okropnie na tym zgromadzeniu. Miał wrażenie, że każdy go obserwuje i myśli wyłącznie o tym, jak niedołężny i słaby jest ze względu na jego karłowatość.
— Na-Naparstnicowa Łapa — zawahał się, bo jego myśli wciąż krążyły wokół tego, jak wypada w oczach innych. — A ty?
Nocniak zamilkł na moment, jakby zastanawiał się nad swoim imieniem. “No dalej, to wcale nie takie trudne” – narzekał w myślach Naparstnica.
— Dryfująca Łapa — odparł w końcu.
I na tym się skończyło, co kompletnie zbiło biało-niebieskiego z tropu. To tyle? Wymienili się imionami i co? Mają się teraz po prostu rozejść?
Na całe szczęście obok nich nagle zjawiły się dwie kotki z Owocowego Lasu. Jedna z nich zagadała do Dryfującej Łapy, druga natomiast zgrabnym krokiem podeszła do Naparstnicy. Czy zrobiła to z litości? Może tak naprawdę wolałaby porozmawiać z nocniackim uczniem?
— Hejk- to znaczy cześć! Jestem Cegiełka, a ty? T-to znaczy, w sumie to jestem Drobinka... Nie wiem, obojętnie jak będziesz na mnie mówić. A ty? Jak masz na-
Przerwała, ponieważ za jej plecami rozległ się głośny huk. Naparstnicowa Łapa wyciągnął szyję w przód, ale będąc tak niskim, i tak nie widział, co się tam działo.
— Jak masz na imię?… — dokończyła kotka.
Uczeń prychnął niezadowolony, co wywołało u nieznajomej wyraźne zdziwienie. Nie chcąc wyjść na niemiłego, uśmiechnął się blado i mruknął:
— Bycie tak niskim to istne przekleństwo — zażartował sucho, po czym strzepnął ogonem. — Nazywam się Naparstnicowa Łapa. Pochodzę z Klanu Klifu, ale to pewnie już wyczułaś…
Potem umilkł, jak to miał w zwyczaju. Pomiędzy kotami zapadła niezręczna cisza, którą Naparstnica znał aż za dobrze. To nie tak, że nie chciał rozmawiać. Czasem po prostu miał wrażenie, jakby coś zaciskało się wokół jego gardła, a mózg spowijała mgła. Czuł się wtedy jak najnudniejszy, najzwyklejszy kot, który nie ma żadnych opinii, preferencji ani ciekawych przeżyć. Nie wiedział, jak pociągnąć rozmowę i czym podzielić się z nieznajomą, by uznała go za wartego uwagi.
— Ładne imię! — stwierdziła Cegiełka, na co biało-niebieski tylko pokręcił głową. Jako uczeń protektora miał okazję poduczyć się trochę ziół i wcale nie podobał mu się ten człon.
— Jest paskudne, gdy pomyślisz o tym, że naparstnica to trucizna — oznajmił gburowato. Zazwyczaj zachowywał się tak, gdy był wyjątkowo zirytowany, ale dziś musiał wstać lewą łapą… Właściwie nie tylko to złożyło się na jego zły humor. Bycie wśród takiej liczby kotów, ledwo myszy do pięt dorastając, nie było jego wyobrażeniem udanego dnia. Gdyby tylko mógł, zaszyłby się w swoim posłaniu i już z niego nie wychodził.
— Och… Czy twoja mama o tym wiedziała?
Naparstnica wydobył z siebie ciche, zmęczone westchnienie.
— Nie wiem, ale zakładam, że tak. Co ja się jednak będę zagłębiać w szczegóły, to nie twoja sprawa — rzucił, po czym usiadł, ciasno owijając łapy ogonem. Nie wiedział, czy to przez jego krótkie łapy tak się działo, czy każdy kot miał tak, że gdy stał za długo, czuł zmęczenie. Nie miał jednak odwagi zapytać. A nawet gdyby ją miał, to nie miał kogo zapytać.
— No tak… — odparła Cegiełka, spuszczając wzrok.
On to naprawdę potrafił wyssać z kota energię.
— Ale, hej! Patrz! Coś się dzieje na mównicy! — zawołała białofutra.
Uczeń podniósł głowę z rezygnacją, spodziewając się, że i tak niczego nie dostrzeże. Tym razem jednak udało mu się zauważyć niewielkiego kociaka, który kłócił się z przywódcami. Co za wstyd! Jak dobrze, że na pewno nie był to żaden klifiacki dzieciak. Naparstnica nigdy w życiu nie wpadłby na pomysł, by zrobić coś takiego. Wolał trzymać się na uboczu i być bezproblemowy. Szkoda, że nie każdy taki jest.
— Z jakiego klanu to kocię? Na miejscu jego matki chyba zapadłbym się pod ziemię — mruknął gorzko. Cegiełka postawiła uszy na sztorc, wsłuchując się w słowa liderów i tego małego urwisa.
— Z Klanu Burzy… ale Królicza Gwiazda chyba chce go oddać do Klanu Wilka! — stwierdziła zdumiona, a końcówka jej ogona zadrżała.
— Do Klanu Wilka? Rany… — mruknął, wpatrzony w poruszające się sylwetki na skale. Zatrzymał wzrok na liderce Wilczaków. Była smukła i wysoka. Miała długie, szylkretowe futro i… coś w jej pysku wydawało się dziwnie znajome. Naparstnica zamrugał kilka razy, nie rozumiejąc własnych myśli, po czym spuścił głowę. Kim była ta kotka? Dlaczego miał wrażenie, że jest do niego podobna? To przecież nie miało sensu. Była kompletnym przeciwieństwem klifiackiego ucznia. “To pewnie jakieś urojenia…” – pomyślał. A jednak to uporczywe wrażenie, że łączy ich coś więcej niż spanie pod jednym niebem, nie chciało go opuścić.
— Wszystko dobrze? — z zamyślenia wyrwał go głos Cegiełki. Gdy go usłyszał, niemal podskoczył.
— Co? Ach, dobrze, dobrze. Lepiej nigdy nie było — miauknął, choć zabrzmiało to mało przekonująco. Nie miał czasu, by dalej zastanawiać się nad tajemniczą liderką, bo rozpoczęły się przemowy. Niedługo później przywódcy zwołali swoje klany i Naparstnicowa Łapa musiał wraz z tłumem ruszyć w stronę obozu.
* * *
Po powrocie do azylu był zbyt wyczerpany zgromadzeniem, by zastanawiać się nad tą dziwną kocicą. Usnął niemal od razu po tym, jak ułożył się wygodnie w posłaniu. Spał jak kamień i chyba nic nie byłoby w stanie go obudzić. Może tylko wrzucenie go do lodowatego morza coś by wskórało. Na szczęście umówił się z Rozkwitającym Astrem, że dzisiejszy trening odbędzie się wieczorem, by mógł najpierw odespać. Naparstnica tak naprawdę nie przepadał za spaniem do późna, bo uważał to za marnowanie dnia, ale czasem i tak bardzo nie chciało mu się opuszczać ciepłego legowiska. Tak bardzo chciałby być już pełnoprawnym protektorem. Wtedy sam mógłby decydować, kiedy jest czas na pracę, a kiedy na odpoczynek.
Obudził się po południu, wiedząc, że zanim mentorka po niego przyjdzie, minie jeszcze trochę czasu. To dobrze – mógł porozmawiać z Postrzępionym Mrozem i przy okazji zadać jej kilka pytań, które nie dawały mu spokoju od poprzedniej nocy. Szybko podniósł się z posłania i, nawet nie czyszcząc futra, pomknął w stronę obozowej polany. Złożyło się idealnie, bo szylkretka właśnie zmierzała ku wyjściu. Naparstnica zatrzymał ją, nim zdążyła opuścić obóz.
— Postrzępiony Mrozie… — rzucił, chcąc zwrócić na siebie uwagę wojowniczki. — To znaczy… mamo! — poprawił się nerwowo, czując, jak serce podchodzi mu do gardła. Co on sobie myślał, by mówić do własnej matki po imieniu?
— Tak…? — zawahała się szylkretka, a w jej oczach pojawiła się obawa. — Coś się stało? Brzmisz na zaniepokojonego.
Ogon kocurka kołysał się nerwowo na boki, gdy zastanawiał się, jak w ogóle zacząć ten temat. W końcu westchnął ciężko i wyminął ją, rzucając przez ramię:
— Chodź, mamo… Porozmawiamy na zewnątrz.
Nie odwrócił się, by sprawdzić, czy idzie. Wojowniczka ruszyła jednak jego śladem, choć jej kroki wydawały się nerwowe. Zastanawiał się, czy dobrze robi, zawracając jej głowę. I tak był dla niej wystarczającym ciężarem – po co miał jeszcze bardziej komplikować jej życie?
W końcu zrównali się krokiem. Uczeń widział oczekiwanie wymalowane na pysku liliowo-kremowej, ale mimo to wciąż nie potrafił zebrać się w sobie, by zacząć.
— Co chciałeś mi powiedzieć? — upomniała się w końcu, dostrzegając zmieszanie na jego licu.
Minęło kilka uderzeń serca. Kocur zagryzł wargę; miał wrażenie, jakby jego głowa zaczęła pulsować.
— Bo… muszę przyznać, że wczoraj widziałem kogoś, kto wydał mi się dziwnie znajomy. Nie wiem skąd, nie wiem dlaczego. Czuję jednak, że to nie był przypadek ani żadne zwidy. Mamo, ja… muszę wiedzieć, kto tak naprawdę jest moim ojcem. Dlaczego Tawułowa Łapa czy Promienna Łapa mają aż dwóch, a ja wychowywałem się bez żadnego? Dlaczego do nas też nie przychodził taki Królicza Prawda, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku?
<Matko?>
[1335 słów – trening wojownika]
[Przyznano 27%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz