Jaszczurzy Syk jeszcze przed walką marudziła jej nad uchem, jakim bólem na dupie jest ten cały teatrzyk. Wracając do obozu, Kukułcza Łapa rzucała jej niepewne spojrzenia, na co starsza dała jej tylko kuksańca w bok.
— Z takim tempem powinnaś zostać Kukułczym Ślimakiem jako wojowniczka — prychnęła żartobliwie. — A z taką miną Kukułczym Smutasem — dodała, próbując pokrzepić swoją uczennicę, która słysząc propozycje mentorki mimowolnie się uśmiechnęła.
— Przepraszam. Nie powinnam była tak tego przedłużać — westchnęła w końcu bura, zwieszając łeb. Czuła się winna. Jaszczurzy Syk tyle musiała znosić jej gapiostwo, nieudolność i głupotę. A jednak jej nie oddała. Na zajęciach, mimo docinek, nie traktowała jak ciężar.
— No już bądź cicho, głupi dzieciaku — wywróciła oczami. — Daj z siebie wszystko dzisiaj, a może ci wybaczę — zaśmiała się skrzekliwie.
Stała naprzeciwko mentorki, która była już gotowa do przyjęcia ataku. Czekały już tylko na sygnał od lidera. Gdy w końcu dał znak, świat wokół kotki zdawał się zwolnić na chwilę. Czuła każdy mięsień, prężący się podczas startu. Każdy podmuch wiatru towarzyszący jej podczas pierwszego ruchu. I nim się spostrzegła, było już po wszystkim. Mentorka leżała pod jej łapami, oddychając ciężko. Jedna z jej łap wciąż opierała się na boku brązowookiej, by ostatecznie opaść spokojnie na ziemię.
— Nieźle. Nareszcie — zamruczała cicho, wstając z ziemi. Zaraz klan zaczął skandować imię wojowniczki, która leniła się z treningiem. Ale to była już przeszłość. Tak samo jak jej imię. Kukułcza Łapa została za nią, a Kukułcze Gniazdo była, przynajmniej teoretycznie, gotowa na wyzwania wojowniczego życia.